Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Bezlitosny świat. Niebezpieczne uczucie. Cienie przeszłości.
I nadzieja, która może zachwiać systemem.
Siyako niegdyś tętniło spokojem i radością. Dziś to bezduszne miejsce, w którym ludzie zatracili wiarę w lepsze jutro. Sztuczna inteligencja, zamiast sprzymierzeńcem, stała się narzędziem kontroli, a społeczeństwo podzielono na tych, którzy mają władzę, i tych, którzy nie mają nic.
Sara, liderka rebelianckiej grupy Tricksów, od lat sprzeciwia się korporacyjnemu totalitaryzmowi. Widzi, jak technologia zaślepia ludzi, a prawda ginie pod warstwami propagandy. Kade stoi po drugiej stronie ideowego podziału. Jako potomek głowy monopolu NeuroTech Corp. jest twarzą przyszłości, do której Sara nie chce dopuścić.
Ich pierwsze spotkanie powinno doprowadzić do starcia. Zamiast tego rodzi się między nimi coś, czego nie przewidziały ani algorytmy, ani zimne kalkulacje. W świecie, który powoli zaczyna wrzeć od buzujących pod powierzchnią konfliktów, już wkrótce oboje będą musieli zadać sobie pytanie: o co tak naprawdę warto walczyć?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 373
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Zegarowa wskazówka, cienka jak pudrowa kreska, która towarzyszyła mi wczorajszego wieczoru, przeskoczyła o jedną dwudziestą czwartą. Wybiła druga zero pięć.
Higroskopijna rzeczywistość wypełniała przestrzeń między betonową codziennością a lukrem trzymanych w klatce serca marzeń. Spływała po ciałach tych, którzy mieli jeszcze wystarczająco dużo siły i odwagi, aby unosić ciężar nie tylko wszechobecnej łuny światła, ale też emocjonalnego kalectwa odciętych uczuć, które niczym niewidzialne kikuty sterczały ze smutno migoczących źrenic. Odbijał się w nich wirujący pył, wchodzący poprzez oczy, uszy, usta.
Była ciemna noc, a zarazem pełna blasku. Ciemna w umysłach, które ogarnął strach, żyjących w nieświadomości po dzień dzisiejszy – bo tak wygodniej. Bo tak po prostu musi być. Nieprzyjmujących żadnej alternatywy obmywającej nasze ciała rzeczywistości. Prawdą niepodważalną była jasność, która zapanowała i chciwie zdominowała linię horyzontu. Pod tą oślepiającą łuną tliło się coś więcej.
Byli też i tacy, dla których ta noc płonęła nieskończonym światłem, wcale niezależnym skalą od siły emitowanych promieni wybuchu. Jasność, przejrzystość, klarowność myśli. Walka w imię czegoś większego. Zrzucenia pryzmatu iluzji systemu zaprogramowanych jednostek na rzecz piękniejszego, wolnego świata.
Byłam też ja, dla której ta noc była jaśniejsza niż kiedykolwiek.
Z uchylonego okna dolatywał śpiew ptaków, a przestrzeń wypełniało intensywne światło. Był sam środek dnia, południe. Poczułam na twarzy przyjemne ciepło promieni słonecznych, które zdawały się otulać zewsząd pory mojej skóry.
Już czas, zrugałam się w myślach. Wstawaj albo znowu się spóźnisz.
Nie otwierając powiek, zwlekłam się z łóżka do pozycji siedzącej. Zamrugałam.
Nic się nie zmieniło. Te same czarne ściany, gdzieniegdzie pokryte fluorescencyjnymi mazidłami. Ta sama szafa z wysypującymi się ubraniami. Tablica interaktywna, teraz uśpiona, skrywająca odpowiedź, dlaczego miałam w ogóle ochotę i sens wstawać z łóżka.
Zdarzały się dni, rekordowo miesiące, kiedy byłam całkowicie off. Od świata, od siebie. Wystarczyło aktywować pakiet pierwszej instancji, aby mieć dostęp do wszystkich możliwości, do których na co dzień miały dojście tylko elity. Wirtualna rzeczywistość oferowała drugie życie, w której byłeś kreatorem nie dzięki swojej podświadomości, ale za sprawą liczby zer na koncie. Brzmi znajomo? Skądże. Ulubione hobby społeczeństwa uśpionego na wszelkie bodźce i wyższe emocje, lubującego się w otępianiu zmysłów na weekendowym zjeździe lub wskakującego po pracy w stan uśpienia.
– Czarna kawa – powiedziałam w eter.
– Czarna kawa w trakcie przygotowywania – odpowiedziały mi ściany.
Nie przeczę, technologia była całkiem pomocna, jeśli spojrzeć na lenistwo zakodowane w ludzkim DNA, szerzące się jak epidemia na skalę światową. Choroba, na którą jedynym sprawdzonym lekarstwem był postęp cywilizacyjny.
Piję kawę, której tak naprawdę nienawidzę, i z każdym kolejnym łykiem zwiększa się kaliber mojego odruchu wymiotnego, ale mimo to muszę ją w siebie wlewać. Dokładnie tak samo, jak puste treści globalnej dezinformacji wlewane są codziennie do oczu i uszu. Bez tego ciężko byłoby pozostać „obudzonym”, przynajmniej wtedy, kiedy uzależniony umysł prosi o więcej. W przypadku kawy to ta słaba część mnie nie wierzyła, że stanę o własnych siłach po wczorajszym dniu. Naprawdę spałabym dłużej. Duties. Obowiązki wzywają. Słowami Willa, który zawsze łamał sobie język, rozmawiając po polsku, co też tłumaczyło, dlaczego do każdego zdania wtrącał anglojęzyczne akcenty.
Will był naszym pionierem w dziedzinie infrastruktury neuronowych połączeń sieciowych. W skrócie: wrażliwych punktów operacji. Ale właśnie to go jarało. On po prostu uwielbiał adrenalinę, szczególnie tę w postaci kodu binarnego. Był totalnym freakiem, i właśnie to w nim lubiłam najbardziej.
Kompatybilne myśli, podłączone i monitorowane przez system, stanowiły prawdziwą i w dodatku całkiem darmową pożywkę dla dużych korporacji, ba, dla samego rządu. Synonim polityki stanowiła gęsta sieć opierająca się na informacjach o newralgicznych punktach obywateli, przechowywanych w systemie zero-jedynkowym, nieuwzględniającym półśrodków, które mogłyby zaproponować jakikolwiek kompromis dla społeczeństwa.
Na przegubie mojej dłoni wyświetlił się komunikat: Poziom energii wzrósł o 46%. Przewidywany czas do wyczerpania organizmu: 5 godzin.
Spojrzałam przez okno. Fikcyjny obraz nocy zastąpił widok wzbijających się w niebo futurystycznych przeszklonych form przypominających pączkujące łodygi, a każdy z architektonicznych polipów mieścił w sobie życie tętniące w określonym rytmie gospodarczych gigantów, które monopolizując rynek, nie zostawiały miejsca dla mniejszych przedsiębiorców i jakichkolwiek innych niezależnych biznesów.
Reguły gry były proste. Albo dostosowujesz się do panujących zasad, albo możesz się pożegnać z resztkami samoświadomości, która była jedynym przywilejem obecnej rzeczywistości.
Z trudem podniosłam się z łóżka. Podeszłam do kokpitu, skąd miałam dostęp do wszystkich kontrolek. Wyłączyłam ćwierkanie ptaków; mój nastrój już nie współgrał z ich radosną kokieterią. Skalę wlewających się do pokoju promieni słonecznych również zmniejszyłam. Słońce widoczne za szklaną ścianą było iluzją. Hologramem. Zapytacie, jak było na zewnątrz? Monochromatycznie, gdyby nie krzyczące zewsząd slogany reklam.
Musiałam się zbierać. Wiedziałam o tym, że czekają na mnie w bazie. Podniosłam z podłogi kilka par skarpet oraz T-shirtów i wrzuciłam je do kosza na brudną bieliznę. Wyciągnęłam z szafy obcisłe lateksowe spodnie i czarny gorset. Włosy pozostawiłam w nieładzie. Ubrana, kierując się do drzwi wyjściowych, spojrzałam mimochodem w lustro. Cienie podkrążonych oczu niewątpliwie zdradzały tempo wczorajszego wieczoru.
***
Całą noc nie mogłem spać. Ciężkie krople deszczu dudniły o szyby okien niczym werble, a przed oczami wyświetlały mi się obrazy ostatnich zdarzeń. Jak mogłeś być tak głupi, żeby tego nie przewidzieć?
Kornel był liderem, a ja grałem drugie skrzypce. Oficjalnie. W praktyce cała odpowiedzialność za akcję spadała na mnie. Miałem za sobą kilkudziesięciu ludzi, na karku zgrzytającą zębami presję.
Z pozoru wszystko wyglądało banalnie łatwo. Naszym zadaniem było zasabotować dojście Tricksów do centrali. W tym celu całe dwa miesiące spędziłem na szkoleniu nowych i wprowadzaniu ich w temat. Jeśli coś wyciekłoby przed akcją, bylibyśmy przegrani na starcie, dlatego podczas onboardingu testowaliśmy ich zaufanie, podstawiając im kilka propozycji z różnych źródeł. Wszyscy zdali egzamin. Najwyraźniej gdzieś jednak musiała być pluskwa.
Tak naprawdę niewiele wiedziałem o działaniu systemu od wewnątrz. Tym zajmowali się insajderzy. Po prostu każdy miał swoją działkę. Dzięki temu praca szła szybciej i efektywniej. Nikt nikomu nie wchodził w drogę. Do czasu.
Jeden mały błąd zadecydował o zniweczeniu wszelkich działań.
Od samego początku to była jedna wielka niewiadoma. Mój ojciec obdarzył mnie zaufaniem. Po raz pierwszy byłem odpowiedzialny za tak duży projekt. Miałem się wykazać. Nawet nie brałem pod uwagę, że cokolwiek może pójść nie tak. Nie podejrzewałem, że ktoś z naszych może nas wsypać.
Leżąc wśród kojących dźwięków ulewy panującej na zewnątrz, miałem w głowie rój pędzących, rozwścieczonych myśli. Kłębiły się, wylatując wrotami uszu, bzycząc pod sufitem i zabarwiając go na purpurowy kolor. Za oknem widać było przecinającą ciemne niebo fioletową łunę, pozostałość po flajmobilu.
Twoja przyszłość w naszych rękach. Nasze ręce – Twoimi. Buduj z nami lepszą codzienność w NeuroTech Corp.
Neonowy hologram wyświetlał się za załzawioną szybą. Nocą zewsząd wyglądały hasła korporacji, która dominowała na danym terenie. Tutaj, w Siyako, wszelkie legalnie działające usługi były w rękach NeuroTech Corp., a jej prezesem był Leonardo Seadrewe.
Żeby była jasność – NeuroTech Corp. całkowicie zdominowało lokalny rynek, zaczynając od środka, a kończąc na zachodniej części kraju. Teraz szykowało się na wyparcie kolejnego z korporacyjnych gigantów, zajmującego wschodni obszar.
Po nieudanej akcji nie było już nawet o czym rozmawiać. W duchu szykowałem się na ciężki poranek i konfrontację z ojcem. Szukałem w głowie jakichkolwiek racjonalnie brzmiących argumentów, ale nic mi nie przychodziło na myśl.
Nagle na przegubie mojej dłoni wyświetliło się powiadomienie o nowej wiadomości. Czerwony napis raził po oczach, tonąc wśród gęstej ciemności pokoju, a litery pisane Arialem układały się w krótką linijkę.
Sorry. The game is over.
***
– Heeej, Sara! Jak po wczoraj? Żyjesz? Może mała powtórka dzisiaj wieczorem?
Rafi, siedzący przy swoim Macu obklejonym nalepkami z Naruto, wyszczerzył do mnie zęby w złośliwym uśmiechu. Patrzył na mnie wyczekująco, a ja specjalnie odczekałam kilka sekund, zanim zwróciłam się w jego kierunku. Zignorowałam jego pytanie i zamiast tego powiedziałam:
– Akcja się nie udała. Rozmawiałam przed chwilą z Willem.
– Co masz na myśli? – Zmarszczył brwi.
– Zaczęli działać około północy. Koło drugiej nad ranem ktoś zablokował im dostęp do serwerów – odpowiedziałam beznamiętnie, jednocześnie wypakowując z plecaka laptop.
– Co teraz? – Czy on naprawdę jest taki głupi, czy tylko udaje?, pomyślałam.
– Nic teraz. DDoS się nie udał. Sorry, ale nie mam czasu na wyjaśnienia, muszę jak najszybciej dowiedzieć się więcej konkretów od chłopaków.
Rafi przeniósł swój pytający wzrok ze mnie na ekran monitora. Sprawiał wrażenie, jakby dysponował zbyt małą ilością pamięci magazynującej, aby przetworzyć grubsze informacje, co było komiczne, zważywszy na jego żyłkę do IT.
– Co masz na myśli mówiąc, że się nie udała? – Chłopak nie miał zamiaru odpuścić.
Westchnęłam.
– Wiesz, na czym w ogóle polega taki atak?
– No jasne, celem jest crash całego serwera. Dzieje się tak dzięki pracy wysyłających powtarzające się zapytania botów do czasu, aż serwer nie będzie w stanie ich przetworzyć, prowokując crash.
Wygłosiwszy wikipediową definicję, Rafi wyprostował się dumnie na krześle.
– Brawo – odpowiedziałam z ironią. – Co więcej, zwykły taki atak sprowadza się do zalewania pojedynczego adresu IP dużą ilością ruchu sieciowego z jednego źródła. A więc wyobraź sobie, że my chcieliśmy być o krok dalej i wybraliśmy taktykę rozproszoną. Ataki były generowane z różnych miejsc, przy jednoczesnym bombardowaniu serwera z naszej centrali.
– W takim razie szanse na to, że coś mogło pójść nie tak, były znikome. Dlaczego więc nie wypaliło?
– Zastanawiające, nieprawdaż? – prychnęłam z ironią.
Patrzyliśmy na siebie w milczeniu.
– Myślisz poważnie, że ktoś z naszych sypie?
– Nie jestem pewna, jednak ktokolwiek to był, zapłaci za to.
Chłopak popatrzył na mnie i już się więcej nie odezwał.
Centrala to był mój dom. Spędzałam tu większość czasu. Ba, spędziłam tu większość mojego życia, dlatego czułam, jakbym przynależała do tego miejsca od zawsze. W ekipie bywało różnie. Mimo to nigdy bym nie podejrzewała, że stracę zaufanie do ludzi, z którymi podzielałam te same wartości.
Z tła przebił się głośny jęk rozwieranych metalowych drzwi.
– Sorry za spóźnienie.
Kiwnęłam głową Arkowi, a ten szybko ruszył do swojego stanowiska. Nie był duszą towarzystwa. Szczerze mówiąc, na pierwszy rzut oka wydawał się całkowitym outsiderem. Haker z charakterystyczną dla siebie czapką złodziejką na głowie. Ręce w kieszeni. Sylwetka przygarbiona. Jedno trzeba było mu przyznać – był zajebisty w swojej robocie. Kiedyś brał udział w krucjacie Anonymous przeciw scjentologom, sekcie, która wyłudzała pieniądze od swoich wyznawców. Na swoim koncie miał też stworzenie drugiego w historii złośliwego oprogramowania, hołdując przy tym Morrisowi, który w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym ósmym roku jako pierwszy rozpowszechnił robaka na światową skalę, wykorzystując błędy systemów uniksowych. Pozwoliło to robakowi na samodzielne rozmnażanie się w sieci. Ta cybernetyczna epidemia objęła około sześciu tysięcy komputerów. Mogło się wydawać, że to mało, ale wówczas stanowiły one dziesięć procent całego Internetu. Straty szacowano na jakieś pięćset tysięcy salinów. Arkowi udało się podwoić ten sukces.
Usiadłam przy biurku i odpaliłam laptopa. Pomimo że akcja się nie powiodła, mimowolnie się uśmiechnęłam. Lubiłam to miejsce. Może chodziło o ekipę, może o lokalizację, a może o jedno i drugie.
Znajdowaliśmy się w przeciwatomowych schronach. Podziemne miasto, w którym tętniło drugie życie. Odkryliśmy je kilka lat temu, gdy lawirowaliśmy pomiędzy wyrastającymi z ziemi pomnikami współczesnej architektury. Wznoszące się na siedemdziesiąt pięter organiczne kształty budynków podobno były drogą do nieba. Jeśli wierzyć panującym powszechnie pogłoskom, ci, którzy wjechali na sam szczyt, twierdzili, że boga tam nie znaleźli.
Budynek docelowo przeznaczony był dla centrali rządowej. Cały kompleks powstał w drugiej połowie dwudziestego wieku, w czasie zimnej wojny. Z biegiem lat, w obliczu rozwinięcia technologii i alternatywnej rzeczywistości cyfrowej, mało kto obawiał się już zagrożenia ze strony realnego świata. Tak naprawdę wszystko toczyło się po drugiej stronie ekranu. Dlatego zapomniany underground zyskał nowe życie, gdy przypadkowo odkryliśmy jego istnienie. To było pięć lat temu, kiedy za szczeniaka robiliśmy gówniane akcje, właściwie niemające prawa bytu ani żadnej realnej szansy powodzenia. Uciekając przed fortą, odkryliśmy zejście na niższy poziom w jednym z budynków, składających się na większy kompleks betonowych osiedli. To był bez wątpienia decydujący moment. Co więcej, warto było przypłacić go strachem o własne życie. Gdyby nie to, dzisiaj byśmy tutaj nie siedzieli.
***
Tamtej nocy syreny zawyły z podwójną mocą. Forta, do której zadań należało utrzymywanie społecznego porządku, właśnie nas ścigała.
– Sara! Z prawej, uważaj!
Wąski strumień pocisków przeleciał tuż obok mojej twarzy. W ostatniej sekundzie udało mi się uchylić przed postrzałem; nie zapowiadało się dobrze.
Pociski strumieniowe, dzięki którym całkowicie przejmowano kontrolę nad umysłem trafionego. Wielu z naszych znikało w „niewyjaśnionych okolicznościach” – właśnie takich. Zabierali ich ciała, aby robić z nich pomniki zaklęte w formalinie. Muzeum dla hiroszów. Tych, którzy na górze znaleźli władzę, zamiast poszukiwanego wcześniej boga.
Biegłam tak szybko, że nie zauważyłam, jak przemieszczamy się przez potężne skrzyżowanie w centrum Siyako, którego pasy dla pieszych układały się w sześciokąt.
To właśnie w tamtym momencie, stojąc na samym środku tej geometrycznej układanki, usłyszałam krzyk Miyi. To było tak surrealistyczne, że w wyścigu z fortą zatrzymało mnie równie gwałtownie, jakbym trafiła na niewidzialną betonową ścianę. Przed oczami zapłonęły obrazy wspomnień.
Wspólne przesiadywanie do późna na dachu Atlanty. Jej roześmiana twarz na tle fioletowych wzgórz za miastem, z których obserwowałyśmy budzące się do życia Siyako. Zaraz potem cień. Kurtyna ognia. Płacz i nierozerwalny ból, który niczym tatuaż wyrył się w moim sercu.
W tamtej chwili czas się zatrzymał. Postacie na unoszących się w powietrzu motocyklach wzorowanych na modelu KRGT-1 znieruchomiały, a moje zmysły wyostrzyły się jak jeszcze nigdy dotąd. Swoisty dożylny zastrzyk adrenaliny.
Robiłam to dla nich. Sabotowaliśmy działania hiroszów, byle tylko wyczyścić palące wspomnienia spod powiek. To nie mogło się udać. Mimo wszystko próbowaliśmy. Czułam w żyłach narastającą przez lata nienawiść. Pulsowała razem z krwią, falując pod moją bladą skórą. Widziałam ją każdego dnia. W lustrze, gdy spod spuchniętych powiek wylewała się na moje odbicie. Widziałam ją na twarzach forty, jak zacierają się w jej czarno-białej mazi jeden po drugim. Jak spadają z motocykli, wibrują w emocjonalnej agonii, by potem z cichym jękiem zgasnąć.
Nic nie było tu prawdziwe. Nawet ja.
Stojąca przed moimi oczami drobna postać Miyi wydawała się wtedy najbardziej realna.
– Nie zapominaj o tym, co buduje twoją tożsamość. Historia jest tym, co cię zbudowało.
Jej drobne usta prawie się nie poruszały. Kierowała wprost na mnie spojrzenie wrzynające się w głąb. Nie wiem, ile w tamtej chwili była w stanie dostrzec. Moją twarz pokrywały krople deszczu. Gdyby nie słony smak, który poczułam na ustach, nie zdawałabym sobie nawet sprawy, że płaczę.
– Miya – wyszeptałam – to ty? – Jedyne, na co było mnie w tej chwili stać.
Nie odpowiedziała. W zamian za to bardzo powoli skierowała wskazujący palec prawej dłoni w jedną z wąskich uliczek, rozchodzących się ramion najsłynniejszego skrzyżowania w Siyako.
Spojrzałam we wskazanym kierunku, potem znowu na nią. Jej postać była taka wyraźna, tak niemożliwie prawdziwa. Czarne, gęste włosy okalały dziecięcą twarz o niewinnym wyrazie, która jeszcze tyle mogła zobaczyć, gdyby nie…
– Historia jest tym, co cię zbudowało – powtórzyła. – Uciekając przed nią, uciekasz przed samą sobą. Czy właśnie tego chcesz– zatracić siebie?
Nagle ze wspomnień wyrwało mnie wycie syreny. Alarm mógł sygnalizować jedno: w budynku znajdował się intruz.
12 godzin wcześniej
Dudniąca, psychodeliczna muzyka wylewała się z klubu oklejonego na zewnątrz neonami. Było zimno, trzy stopnie na minusie. Zadrżałam. Miałam na sobie tylko cienkie rajstopy i futro w pattern cętkowanej pantery. Chciałam jak najszybciej dostać się do środka. Przede mną stała jednak kolejka, która wydawała się nie mieć końca. Genialny pomysł na piątkowy wieczór. Byłam na siebie zła, że zgodziłam się spotkać tego dnia z Willem.
Kiedy będziesz?
Will najwyraźniej zaczynał się już niecierpliwić.
Zaraz wejdę do środka – odpowiedziałam mu za pomocą połączeń cyfrowo-neuronowych. To było, jeszcze zanim zobaczyłam rozciągający się przede mną wąż kolejki, który niewątpliwie był jadowity.
Laska stojąca przede mną, ubrana w białe, opinające uda kozaki, robiła dramę. Koleś obok niej wyglądał na bodyguarda, ale w rzeczywistości mógł być po prostu jej facetem. Dziewczyna energicznie gestykulowała przed jego twarzą.
Gdy przyglądałam się owej parce, za mną w kolejce ustawiło się dwóch mężczyzn. Zauważyli, że zlustrowałam ich kątem oka.
– Co jest, maleńka? – powiedział jeden z nich niskim, zachrypniętym głosem.
Na dłoni nosił kastet, na ramionach – obcisłą marynarkę.
– Musi ci być zimno – powiedział ten drugi. – Stoisz tu taka sama.
Wydął usta, wyginając ich kąciki w podkówkę, po czym uśmiechnął się szyderczo. Zielone włosy kontrastowały z jasną kurtką.
Milczałam.
– Słuchaj, a może ty wcale nie chcesz iść na bibkę, może wolałabyś się inaczej zabawić, co?
Cały czas było mu mało. Instynktownie czułam, jak zbliżają się do mnie. Byli zbyt blisko.
Nagle moją uwagę odwrócił znajomy głos.
– Panowie, chyba pomyliliście kluby. Jeśli szukacie lasek, to raczej znajdziecie je na Stritz.
Will stał obok mnie, wbijając spojrzenie w osiłków.
– Dobra, dobra – wycofali się tamci – my tu tylko ucinamy sobie miłą pogawędkę, co nie, mała?
Mrugnął do mnie porozumiewawczo, żując gumę, po czym odwrócił się i zanurzył w rozmowie z kompanem.
Will na pierwszy rzut oka mógł się wydawać niepozorny, ale jego obecność roztaczała specyficzną aurę, w obliczu której większość osób ustępowała.
– Ej, nawet mnie nie przywitasz? – Mój przyjaciel patrzył na mnie pewnym siebie, rozbawionym wzrokiem.
Styl macho podbił mu ego.
– Dzięki – powiedziałam cicho, wciąż mierząc wzrokiem dwóch obleśnych typów.
– Wchodzimy. – Chłopak pociągnął mnie za rękę do klubu.
W pomieszczeniu panowała ciemność, jednak nie na tyle gęsta, aby nie można było dostrzec pomarańczowych włosów idącego przede mną przyjaciela. Ciała wokół wiły się i ściskały naprzemiennie. Will przede mną również podrygiwał. Z każdym kolejnym krokiem stawaliśmy się częścią jednego, pulsującego w rytm muzyki organizmu. Spomiędzy tłumu wyrastały neonowe kapsuły, w których zmysłowo wyginały się tancerki. Ich ciała pokrywały zsynchronizowane z basem, drgające tatuaże. Cały obraz sprawiał wrażenie falującej mozaiki. Hipnotyzowało. Sprawiało, że chcesz więcej.
– To, co zawsze? – spytał Will, wskazując głową bar.
– Tak. Red Flare, proszę. – Uśmiechnęłam się zadziornie.
– Jestem za minutkę. – Will puścił moją dłoń i oddalił się w kierunku kiwającej na niego barmanki.
Selena była córką właściciela. Skórzany top ledwo zakrywał jej piersi, obwieszone błyszczącymi pierścionkami dłonie podawały drinki. Znałam ją z widzenia. W klubie bywaliśmy z Willem ostatnio coraz częściej. Nie wiem, czy przez to, że nasze akcje dawały radę. Czasami nie potrafiłam odpowiedzieć, czy świętujemy, czy też może zalewamy samotność. Przez większość życia mieliśmy tylko siebie.
Czekałam, stojąc oparta o ścianę. Obserwowałam muzyczny organizm na parkiecie, który wznosił się i opadał. Mocne, metalowe brzmienie. Wokal, który z balladowego śpiewu przechodził w growl. Lider zespołu bujał się na zgiętych kolanach i headbangował, a wraz z nim kołysała się cała scena. W powietrzu czuć było elektryzującą atmosferę. Chłopak w czarnej bluzie z kapturem grał gitarowe solo. Obserwowałam go, wciąż czekając. Minuty się wlekły, a tymczasem zespół pomału kończył swój koncert. Willa nadal nie było, a ja zaczynałam się niepokoić. Zerknęłam w stronę baru. Jedyne, co rzuciło mi się w oczy, to pomarańczowe włosy w towarzystwie barmanki. Już miałam się zbierać i sama odebrać swojego drinka, gdy drogę zaszedł mi chłopak od gitarowego solo.
Przyglądał mi się przez dłuższą chwilę, po czym rzucił bezceremonialnie:
– Masz plany na dzisiaj?
W jego oczach drgały płomyki. Resztę twarzy przesłaniała płócienna maska z uśmiechem Jokera. Jeszcze minutę temu stał na scenie, a teraz dzieliło nas zaledwie kilkanaście centymetrów.
Przeszukałam spojrzeniem bar. Will wciąż opierał się na przedramionach z głową pochyloną w stronę odsłoniętych piersi Seleny. Nie byłam pewna, czy podziwiał kolor jej oczu, czy…
– Tak, mam. W moich planach na dzisiejszy wieczór leży spławiać takich frajerów jak ty – odparowałam zniecierpliwiona czekaniem.
Na czole chłopaka zmaterializowała się konsternacja w postaci zmarszczki.
– Twoja definicja frajerstwa zamyka się w tym, że koleś zagaduje do laski, która wydaje się odstawać od szalejącego tłumu, stojąc sama pod ścianą i taksując chłodnym spojrzeniem sytuację? – Zdawało się, że nie odpuści. – Laski, której uwaga skupia się wyłącznie na gitarzyście blackmetalowego zespołu, dlatego później zamierza go spławić, gdy ten podejmuje inicjatywę.
Dobra, nieznajomy zaczynał działać mi na nerwy.
– Wiesz co, stary, chyba sobie za bardzo schlebiasz. Po prostu odpuść. Nie jestem tu sama. Przyszłam z…
– No i co tam, S.? Gotowa na rundkę po parkiecie? – wszedł mi w słowo Will, wyrastając jakby spod ziemi i podając zabarwionego czerwienią drinka. Kostki lodu zagrzechotały w smukłym szkle.
– Jasne. – Uśmiechnęłam się złośliwie, patrząc prosto w oczy obcemu, który stał obok.
Will podążył za moim wzrokiem.
– Nie wiedziałem, że nie jesteś sama. – Zmieszał się. – Tak to bym wciąż hipnotyzował córkę właściciela. – Ryknął śmiechem, jak tylko on potrafił. – Ej, to w takim razie, skoro jest nas czwórka, wyskoczylibyśmy później na miasto poszwendać się, co? – Najwyraźniej Will w ogóle nie widział mojej twarzy, która krzyczała jedno wielkie NIE! – A tak przy okazji, to mogłabyś mnie przedstawić swojemu nowemu znajomemu.
Naprawdę uwielbiałam w Willu to, że jest taki prostolinijny, ale w skrajnych sytuacjach, takich jak ta, przybierało to formę grubiaństwa.
Nowy przejął inicjatywę.
– Kade – przedstawił się, wyciągając rękę w stronę Willa.
Uścisnęli sobie dłonie.
– Will. Zaraz, zaraz… Czy to nie ty przypadkiem jesteś tym gitarzystą od Shell of The Devil?
– Chyba musiałeś mnie z kimś pomylić – odpowiedział wymijająco Kade, spoglądając na mnie śmiejącymi się oczyma.
– Och… – Will wyraźnie się zmieszał. – Sorry, tak jakoś mi się wydawało. Dobra, to co? Godzinkę tutaj, dopóki Selena nie skończy zmiany, i lecimy na Rockefeller Center?
– Pewnie. – Najwyraźniej to ten nowy miał podejmować za mnie dzisiaj wszystkie decyzje.
Wiedziałam, że Will od dłuższego czasu podbijał do córki właściciela, szczególnie po tych wszystkich relacjach, które zamieszczał w sieci. Wspólny obiad w Genesis, jednym z najbardziej fancy barów w Siyako. Koncert BMTY i after u Rafiego. Pomału wkręcał dziewczynę w świat naszej ekipy. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby nie podziemny charakter naszego działania. Szczególnie że już od dawna byliśmy na celowniku forty.
– Dobra, wbijam na parkiet, bo stypa – wyrwał mnie z monologu myśli Will, po czym zniknął w gąszczu parkietowych ciał.
Spojrzałam w dół na Red Flare, którego trzymałam w dłoni. Zanurzyłam usta w słodkim drinku. Tancerki w kapsułach przybierały skomplikowane pozy akrobatyczne, wijąc się do nowych elektronicznych dźwięków o głębokim basie i kobiecym wokalu. Wnętrze klubu wypełniał dym, który przecinały co jakiś czas laserowe języki. Regularny rytm muzyki w metrum cztery czwarte budował noc, która dopiero się zaczynała.
Nagle zdałam sobie sprawę, dlaczego od dłuższej chwili miałam wrażenie, że coś nie gra. To nie była dymiarka. Tempo uderzeń bliskie stu dwudziestu na minutę też nie było przypadkowe. Tak zwana tachykardia serca, by tylko budzić do życia skołtunione emocje i podsycać pulsującą krew.
Byli w charakterystycznych dla nich maskach. Postacie mieszały się ze standardowymi cywilami. Pod ciemnymi kapturami jarzyły się zaszyte neonowym światłem usta, a na przymkniętych powiekach iksy nawiązywały do ich przewodniego hasła You’re almost dead. Spod rękawów bluz wystawały bioniczne dłonie. Poruszali się szybko i bezszelestnie. Neuroprzekaźnikami wpływali na nastrój ludzi wokół siebie, elektryzując atmosferę. Większość osób nie wiedziała o ich istnieniu, a ci, którzy wiedzieli, nie wierzyli, że są częścią tego światka.
– Muszę znaleźć Willa – rzuciłam do stojącego obok mnie nowo poznanego chłopaka, po czym utonęłam w tłumie.
Twarze migotały w świetle ledowego stroboskopu. Przypadkowe ciała ocierały się o moje ubranie. Mieszanka potu, podniecenia, adrenaliny i koksu. Jak miałam go znaleźć?!
Will, za minutę widzimy się przy wyjściu ewakuacyjnym.
Nie odpowiadał na mój przesył. W tym momencie nie było miejsca na bezpośredniość. Oni mieli jawny wgląd w przesyłane impulsem sygnały. Musiałam zachować ostrożność.
Od strony sceny doszedł huk. Nagle ktoś chwycił mnie za rękę. Zamachnęłam się w celu zadania ciosu, ale w ostatniej chwili zamarłam w bezruchu.
Miałam wrażenie, jakby wszystko wokół spowolniło. Twarz Kade’a znajdowała się teraz tuż przed moją. Na czoło chłopaka niedbale opadały kosmyki włosów, a połowę jego oblicza przesłaniała maska. Coś mnie tknęło, aby ją zdjąć. Podniosłam dłoń, żeby dotknąć jego policzka. Chłopak stał nieporuszony, najwyraźniej naszym układom limbicznym udzielała się energia zawieszona w otaczającym powietrzu.
Złapałam za jego maskę, lecz zanim zdążyłam pociągnąć ją w dół, nagle wszystko przyśpieszyło. Rzeczywistość zawirowała, a ja usłyszałam tylko szybki przekaz w mojej głowie.
Spadamy. Idź za mną. Znam inne wyjście.
Zhakował mnie. Wiadomości mogły być przesyłane za pomocą neuroprzekaźników tylko tym, którzy mieli dostęp. Może był jednym z nas. Może wiedział, jak to działa. Takie praktyki były jawną wizytówką społecznych wyrzutków. Praktycznie go nie znałam, więc nie mogłam mu też bezwarunkowo ufać, ale w tamtej chwili, pomimo że nie grał czysto i potrafił się włamać do czyjegoś umysłu, musiałam działać szybko. Przesłał wiadomość poza ogólnodostępną siecią, tworząc prywatny strumień w zaledwie kilka sekund. Wiedziałam jedno – mój przyjaciel nie odpowiadał, a zakapturzonych par neonowych iksów pojawiało się wśród roztańczonego tłumu coraz więcej.
Will nie był laikiem w temacie. Może wyczuł ich wcześniej. Może bał się nas zdradzić przed nowym, który nie opuszczał mnie na krok. Znałam Willa od dziecka. Gdyby nie to, nie odpuściłabym. Byłam pewna, że gdziekolwiek był, wiedział, co robi.
Prowadź.
Przesłałam sygnał do Kade’a, bo chyba tak miał na imię, nie? Nieważne, nie pamiętałam. Zależało mi tylko na tym, aby jak najszybciej się stąd wydostać.
Nie puszczając mojej dłoni, pociągnął nas w stronę najbliższych drzwi. Szarpnięcie było na tyle gwałtowne, że kieliszek z drinkiem, którego nie zdążyłam dopić, roztłukł się na lustrzanej, ciemnej posadzce.
Moje bordowe Martensy zgrabnie wyminęły szkło. Chłopak pchnął drzwi wiodące na zaplecze dla artystów. Naszym oczom ukazał się długi korytarz prowadzący ku schodom. Szybko pokonaliśmy dzielącą od nich odległość, mijając migoczący na ścianie hologram z hasłem Same shit, different day. Brutalnie realne motto motywacyjne do pracy w systemie, w jakim przyszło nam żyć.
Dobiegliśmy do schodów. Przeskakując po dwa stopnie, pokonaliśmy trzy piętra. Klatka była wąska – na tyle, że mogła pomieścić naraz tylko jedną osobę. Trzymałam się za Kade’em, mając przed oczami jego szerokie ramiona. Działał szybko i bez zastanowienia. Jednocześnie biłam się z myślami, czemu to robię. Nie znałam go, rozsądniej byłoby poczekać na Willa, jednak intuicja podpowiadała mi zupełnie co innego.
Pokonując przedostatni schodek, usłyszałam hałas dochodzący z niższych pięter. Stanęłam gwałtownie i spojrzałam w dół przez stalową poręcz ornamentowaną liliami. Znajdująca się na dole postać zadarła głowę ku górze, najwyraźniej zaalarmowana głośnym stąpaniem naszych butów. Usta zaszyte niebieskim neonowym światłem i rażące iksy wymalowane na zamkniętych powiekach zwróciły się w moją stronę.
W tej samej chwili przed moimi oczami zapłonął monochromatyczny obraz nadgryzionych budynków. Odrapane ściany. Rześkie, chłodne powietrze. Ostatni papieros palony we wnętrzu Atlanty. Pustka ziejąca z każdego zakątka mieszkania, które jeszcze dzień wcześniej tętniło życiem i miłością. Niewidzącym spojrzeniem szukałam mamy krzątającej się za stołem w kuchni. Ojca pochylonego nad biurkiem, przy którym zwykliśmy spędzać długie godziny, analizując sieć i podsystemowe jednostki. To on zaszczepił we mnie hakerskie zacięcie, a mama nauczyła wiary, wypełniając wątpiące serce bezwarunkowym wsparciem. Widziałam też Miyę opartą o sosnową framugę drzwi, mierzącą swój wzrost za pomocą kresek wydrążanych scyzorykiem przez tatę w drewnianej ramie. Co jakiś czas powtarzała tę czynność, porównując nowy wynik do zapisków sprzed miesięcy.
– Mamo, jak dorosnę, chcę być taka jak Sara! Chcę móc chodzić nocą po tych wszystkich wysokich dachach i obserwować flajmobile, a później latać na KRGT-1, łiiiiii! – zakrzyknęła mała, naśladując rozwartymi ramionami samolotowe skrzydła i przebiegając jednocześnie przez salon.
– Będziesz, córeczko, a teraz siadaj, obiad stygnie – odparła pobłażliwie mama, przyzwyczajona do codziennych fantazji młodszej córki.
– KRGT-1? Też mi coś! – oburzył się teatralnie tato. – Mogłabyś wybrać coś bardziej wystrzałowego, te motory nie są w stanie doścignąć nawet tych, którzy mieszkają na ostatnich piętrach wieżowców.
Widać było, że się droczy i ma z tego niezły ubaw. Miya jednak wzięła jego słowa na poważnie.
– Chcę latać tylko KRGT-1, niczym innym! – krzyknęła z całej siły. – Tylko motoryyyy!!!!
– A ja myślę, że za sterem flajmobilu wyglądałabyś o wiele lepiej. – Papa wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Żartowniś – mruknęła mama. – Daj już spokój, niech dziecko zje obiad. Miya, siadaj, proszę. Zrobiłam wasze ulubione pankejki z owocami. Sara, czekamy na ciebie – powiedziała, patrząc w moim kierunku, równocześnie bezskutecznie próbując złapać rozbiegane młodsze dziecko, które pędziło po pokoju, symulując lot maszyny i ryk silnika.
Sekundy mijały, a obraz się ulatniał, roztapiał i mieszał z wrzeszczącym pustką powietrzem. W końcu pozostały tylko ściany i kilka przewróconych mebli.
– Wszystko okej?
Głos chłopaka wydawał się dobiegać z daleka. Zamrugałam. Minęło kilka sekund, zanim doszłam do siebie.
– Ja-jasne – zająknęłam się przygnieciona ciężarem wspomnień. – Ja… – Urwałam i spojrzałam w dół.
Neonowe iksy wciąż się we mnie wpatrywały. Cała ta sytuacja trwała zaledwie krótką chwilę. W przeciwnym razie postać z dołu już dawno by nas dogoniła. Szybko wydedukowałam, że Kade musiał się zatrzymać, gdy tylko zauważył, jak przestałam za nim podążać.
– Chodźmy – ponagliłam.
Ręce mi się trzęsły. Skąd ta silna reakcja? Czemu akurat w tym momencie wspomnienia odżyły z podwójną siłą – teraz, gdy liczyła się każda sekunda?
Kade pchnął ciężką klapę w suficie na ostatnim piętrze. Gdy tylko ją otworzył, moim oczom ukazały się jasno migoczące gwiazdy na tle aksamitnego granatu nocy.
Obejrzałam się za siebie. Z dołu doganiał nas dźwięk pośpiesznych kroków po schodach. Bez zastanowienia podciągnęłam się do góry i wygramoliłam na dach Cytadeli, czterdziestopiętrowego budynku, w którym znajdował się klub, gdzie przed chwilą piłam Red Flare. Niby nic niezwykłego w porównaniu do rzekomej panoramy z posiadłości hiroszów, które można było podziwiać na wyświetlanych hologramach. Zachęcały niewinnie do dozgonnego kredytowania swojego życia w zamian za opakowany w marmur i szkło luksus.
Zrobiłam kilka kroków przed siebie, łapczywie sycąc oczy hipnotyzującym widokiem strzelistych, rozświetlonych, aglomeracyjnych form tonących w gęstej nocy. W tym czasie Kade również wspiął się na dach. Zatrzasnął klapę, po czym chwycił coś ciężkiego. To było zabezpieczenie od wejścia, najwidoczniej ktoś musiał je tu wcześniej porzucić, gdy wyważał zamek. Po zaryglowaniu przejścia podszedł do krawędzi budynku. Zatrzymał się nad samą przepaścią, po czym stuknął kilka razy w wyświetlacz na przegubie swojej dłoni. Nie minęła nawet minuta, a przed nim wznosiła się już latająca maszyna. Chłopak wsiadł na futurystyczny motocykl, po czym spojrzał na mnie wyczekująco. Nie zareagowałam, co go wyraźnie sfrustrowało.
– Wsiadasz czy zamierzasz czekać na tych z dołu?
– Skąd wiesz o prowokatorach? – rzuciłam nieufnie.
– Wiem więcej, niż podejrzewasz – żachnął się. – Wsiadaj, zanim nas dogonią. Parkowanie na dachu bez przepustki jest nielegalne. Muszę zdążyć, zanim mnie przyczają.
Zza moich pleców dobiegł łoskot. Byli coraz bliżej. Przełknęłam ślinę.
– Dobra – powiedziałam, przekładając nogę przez maszynę, która unosiła się trzysta metrów nad ziemią. Na dole widać było szybko kotłujące się życie: zderzające się ze sobą miliardy ludzkich istnień. – Ale mam chorobę lokomocyjną, więc wiesz, byle nie za szybko – dodałam kpiarsko.
Na ogonie prowokatorzy, wsiadam na motor obcego typa na dachu czterdziestopiętrowej Cytadeli, a mnie naszła ochota na żarty. So much fun, jak by to ujął Will. Na myśl o nim ścisnęło mnie w gardle.
– Jasne – odparł chłopak, a ton głosu zdradzał, że w jego oczach znów czają się charakterystyczne złośliwe płomyki.
Kade dodał gazu. Motocykl wyrwał przed siebie. Wiatr szarpał mi włosy, policzki. Ścisnęłam chłopaka w pasie. Nie wiedziałam, gdzie czułam się bezpieczniejsza: czy na dachu z prowokatorami, czy z nim na tej szalejącej maszynie. Wokół nas pędziły kolorowe światła, rzeczywistość zlewała się w neonową mozaikę bestialskiej metropolii, a my mknęliśmy prosto w jej zachłanną paszczę.
Papier dokumentów leżących na biurku powoli chłonął rozlaną różową ciecz o słodkim zapachu. Zaalarmowany wyjącym sygnałem Rafi nawet nie zauważył, kiedy potrącił ramieniem szklankę z truskawkowym shakiem, wstając gwałtownie znad laptopa.
Jeśli w centrali był intruz, to miał tylko dwie możliwości przedostania się do środka. Od północno-wschodnich drzwi wejściowych dzieliły nas dwie minuty i trzydzieści trzy sekundy, jeśliby wierzyć wskaźnikowi na przegubie dłoni, którego mikroprocesor, wszczepiony pod moją cienką skórę, z łatwością odnotował towarzyszącą emocję strachu, kalkulując najlepsze wyjście z potencjalnie kryzysowej sytuacji. Oczywiście z każdą sekundą mojego wahania czas realnego pokonania odległości z punktu A do punktu B wzrastał. To nie był pierwszy raz, kiedy musiałam podejmować decyzje w mgnieniu oka. Lata praktyki nauczyły mnie, że czasami lepiej kierować się przeczuciem niż chłodno kalkulowanymi obliczeniami wgranego podsystemu. Mimo że był kompatybilny w dziewięćdziesięciu pięciu procentach z moją podświadomością, co przekładało się na jego miarodajne osiągi, nie miałam do niego całkowitego zaufania. Zresztą i tak wymagał aktualizacji.
Właśnie dlatego wybrałam drugą opcję: szybko podbiegłam do stojącej obok skrzyni i z hukiem podniosłam wieko.
– Rafi, kieruj się w stronę magnetycznych drzwi na północnym wschodzie – nakazałam chłopakowi, podając mu ARK-173, jeden z karabinów precyzyjnych o większym kalibrze.
– Się robi, a co z wami? Jest nas za mało, trzeba alarmować resztę. Początek tygodnia, a tu takie cyrki. – Rafi splunął na betonową posadzkę, przeładowując jednocześnie magazynek.
– Filozofować będziesz później, na razie musimy znaleźć źródło – odpowiedziałam, rzucając w stronę Arka strzelbę załadowaną pociskami zapalającymi.
Sama wzięłam Faith, bestię krótkiego rażenia, wyposażoną w łącze smart, skorelowaną ze zmysłem wzroku jej aktualnego użytkownika. To pozwalało na wyprzedzanie warunkowej reakcji, minimalizując jednocześnie ryzyko opóźnienia strzału w starciu z napastnikiem.
– Ktokolwiek tu jest, miał tylko dwie opcje wejścia – powiedziałam, zakładając kamizelkę kuloodporną. – Głównym entrance albo przez klapę wylotową na dach. Dobra, wiemy, co robić. Pozostajemy jednocześnie na łączu.
– Copy that. – Rafi podążył się w kierunku północno-wschodnim.
Arek złapał mój wzrok i skinął głową.
Odeszłam od kokpitu i skierowałam się w stronę głównego holu. Papiery walały się po podłodze. Przeskoczyłam sofę, aby nie tracić czasu, i podbiegłam do drzwi prowadzących na korytarz. Wypełniała go cisza. Mój umysł działał na najwyższych obrotach. Procesor podskórny dostrajał się automatycznie do panującej atmosfery. Czułam, jakby poprzez moje żyły nie płynęła krew, a elektryzująca ciecz adrenaliny, która ogarnęła zmysły. Zza ramienia dochodziło mnie ciche stąpanie butów po metalicznej podłodze schronu. Arek był moją lewą ręką. Odkąd pamiętam, funkcję prawicy pełnił Will. Tyle tylko, że teraz go nie było.
Minąwszy kilka par drzwi rozsianych na ścianach długiego korytarza, skręciliśmy w prawo. Od wejścia dzieliły nas jeszcze dwa zakręty.
Widzisz coś?
Arek przesłał w moją stronę sygnał zakodowany na naszym centralnym VPN-ie.
Na razie cisza.
Wgrany podsystem był w stanie namierzyć wzrost temperatury w promieniu trzystu metrów. To świadczyłoby o obecności obcego ciała w pobliżu, dlatego już dawno powinnam zauważyć zmianę. Chyba że czujniki zostały uśpione. Potrójne zabezpieczenia, które wprowadziliśmy jakiś czas temu, nie pozostawiały jednak wątpliwości, że ktokolwiek mógł to zrobić, musiał znać nasze wewnętrzne sposoby działania.
Przez wszystkie lata tylko raz trafiła nam się pluskwa. I to w postaci mikroprocesora przemyconego w lapku jednego z naszych. W zasadzie mogliśmy tego uniknąć, gdybyśmy się nie połakomili na tańszą naprawę matrycy u Rally’ego. Zawsze powtarzałam, że najlepiej robić wszystko na własny rachunek. Teoretycznie Rally robił dobrze robotę. Specjalizował się w przeprogramowywaniu systemu Afa, odpowiednika BIOS, z tą różnicą, że Afa był hybrydą. Łączył binarność z neuronową kompatybilnością, więc jego komplementarny charakter w całości nam odpowiadał. Dodatkowo tworzył zintegrowaną sieć połączeń, sprytnie przerzucając rzeczywistość i aktywując pakiet pierwszej instancji. Chcąc czy nie, musieliśmy w to wejść. Poznanie zasad gry było koniecznością nie tylko wtedy, kiedy czynnie brałeś w niej udział, ale szczególnie w przypadku chęci sabotowania działań strony przeciwnej.
Jedno było pewne: system zawodził. Musiałam zdać się na instynkt, a ten podpowiadał mi, że lada moment rozpęta się burza.
***
Kilka kroków w przód. Oczy lustrują dominantę pustej przestrzeni. Hol wypełniają drgania migoczącej czerwieni przyklejonego nad wejściem neonu z napisem Entrance.
Szorstki obraz przecina krzycząca kakofonia zdarzeń.
W ułamku sekundy przeskakuję do lewego skrzydła holu. Przewrót przez bark. Kątem oka lustruję Arka kontrującego serię. Oddaje strzał, po czym zwinnie chowa się za zakrętem korytarza, dając mi sygnał.
Odwrócę jego uwagę – przesyła komunikat.
Okej – odpowiadam. Tyle wystarczy, już wiem, co mam robić.
Wykorzystuję moment i niczym iskra w eterze przemieszczam się na drugi koniec martwej przestrzeni. Martwej, nie licząc wypełniających ją drgających atomów ludzkich ciał. Martwej, bo sama w sobie nie ma duszy. Bez nas jest tylko pustym zbiorem industrialnych podziemnych kubików. To my nadajemy jej sens. I właśnie ten sens naszych działań kieruje mną w tej chwili. To on naciska na spust bestialskiej Faith, którą trzyma moja dłoń.
Odruch bezwarunkowy dyktowany przez ewolucyjny charakter naszej natury wżera się w rzeczywistość i koroduje nieodwracalną zmianą na osi czasu. To cienka granica, za którą nie ma odwrotu. Gdy raz ją przekroczysz, możesz być pewny, że już nigdy nie będziesz taki sam. Życie jest stertą przypadków i niewykorzystanych okazji. Tylko od ciebie zależy, czy zmiana będzie twoim przeznaczeniem.
Seria trafia w tył szarej kurtki. Dzięki nieuwadze intruza przechodzę na tył, gdy Arek oddaje salwę. Hakując jego główny dock, sprawnie usuwam kontur własnej przebiegającej postaci na tle kilku sekund, klatka po klatce.
Szara kurtka pada na wskroś. O podłogę rozbija się z hukiem Glock. A ostatnia rzecz, jaką widzę, jest leżący cień Faith na posadzce. Nim zamknę oczy, świat spowija ciemność.
***
– Mogłam to przewidzieć – jęczę, rozcierając obolałą skroń.
– Ciesz się, że nie rąbnęłaś o kant barierki – kwituje kwaśno Arek.
– Taa, o mały włos – wtóruje mu Rafi.
– Och, zamknijcie się już – ucinam.
O moje czoło bije nie tylko pulsujący ból, ale też rozkołatane myśli. Pokonuję kilka kroków. Kwadrat pięć metrów na pięć rozświetla żółta jarzeniówka. Szum wentylatora wibruje w uszach.
– Byłam pewna, że go mam – mówię, spoglądając przez wenecką szybę.
Gość, do którego mierzyłam przed chwilą z Faith, siedzi oparty nonszalancko na krześle i stuka bladymi knykciami w blat stołu. Zupełnie jakby nie był przetrzymywany, a czekał na kawę w Starbucksie.
– Od początku system szwankował – przyznaję – nie wykrywał go. To mogło dać mi sygnał. Teraz już jest nieważne. Trzeba go przetrzepać. Pytanie, czego szukał w naszej bazie.
– Albo kogo – dodaje Rafi.
– Chcesz teraz tam wejść? Może poczekaj chwilę, odpocznij. – Arek zerka na moje posiniaczone czoło.
– Wszystko gra, otwieraj.
Przygryzam wargę i przygotowuję się do zadania werbalnych obrażeń. Popycham ciężkie drzwi, które ulegają ze skrzypnięciem. Pomieszczenie przesłuchań sprawia wrażenie klaustrofobicznego. Intruz siedzi na krześle, wygląda na znudzonego. Mierzy mnie wzrokiem, szczerząc zęby w obrzydliwym uśmiechu, gdy siadam naprzeciwko. Oznaka triumfu; radość, że uszedł z życiem. O mały włos.
Mocno osadzone oczy. Lśniące od potu czoło zdradza pozory jego gierki. Mężczyznę zżera stres i prawdopodobnie odlicza cicho sekundy. Atmosfera drga pod napływem niemych emocji.
– Dla kogo pracujesz? – przerywam milczenie.
– Jak się postarasz, to mogę dla ciebie. – Sugestywnie unosi brwi do góry.
– Chciałam po dobroci, ale się prosisz – wzdycham bardziej do siebie niż do niego. – Arek?
Chłopak kiwa głową na znak zrozumienia. Podchodzi do intruza, wykręca mu ręce do tyłu i spina je w stalowym uścisku za oparciem krzesła. Wstaję i podchodzę do mężczyzny. Jednym ruchem obracam go razem z krzesłem i gwałtownie stawiam ciężki but pomiędzy jego udami. Opieram ramiona na kolanie, spoglądając w jego nieprzeniknione oczy. Mężczyzna łapie fazę, a jego głupkowaty uśmieszek szybko się ulatnia.
– Zapytam raz jeszcze: kto cię wynajął? – cedzę przez zęby.
Milczenie. Wpatrzony w punkt za mną, głośno wciąga w płuca zmęczone powietrze z wentylatorów.
– Sam się o to prosisz – powtarzam.
Wyciągam z kieszeni skaner. To proste urządzenie po podłączeniu do nośnika danych w jednej sekundzie ściąga informacje z ostatnich czterdziestu ośmiu godzin. Prześwietla wszystkie połączenia z innymi jednostkami. Poddawany skanerowi jest czysty, obezwładnia go chwilowa pustka, a oczy zachodzą mu mgłą. Cały mechanizm tylko potwierdza, jak bardzo system kontroluje nasz organizm. Składamy się w siedemdziesięciu procentach z wody, reszta to kopia zapasowa danych.
Gość pęka na widok skanera:
– To nie-nielegalne!
Gdzieś gubi się ten chojrak, który jeszcze chwilę temu siedział przede mną.
– A myślałeś, że cokolwiek w tym miejscu jest legalne? – Tym razem ja ironizuję z uśmieszkiem.
Blednie. Po użyciu skanera w jego głowie zapanowałaby pustka, której potłuczone odłamki odzywałyby się w najmniej oczekiwanych momentach. To cholerne urządzenie, ale w takich sytuacjach trzeba się uciekać do radykalnych narzędzi.
– Dobra – kapituluje intruz – dobra! Powiem wszystko, co wiem.
– Czekamy. – Odsuwam się, krzyżując ręce na piersiach.
Skonsternowany intruz wierci się w uścisku Arka.
– Po pierwsze: nie pracuję dla nikogo. Jestem najemnikiem. Pojawiło się zlecenie w bazie danych, przyjąłem. Ostatnio z hajsem krucho. Sytuacja na rynku…
– Do meritum, a nie pieprzysz o sytuacji rynkowej! – warczę mu w twarz. – Kto był nadawcą?
– Anonim. Zlecenie anonimowe. – Mężczyzna błądzi spojrzeniem między mną a Arkiem. – Nie kłamię, serio. Za trzy i pół bańki.
Wymieniam komunikaty z Arkiem.
Coś mi nie gra.
Mnie też. Przyciśnij go.
– Jak brzmiała treść zlecenia?
Na moment się przełącza, szukając szczegółów w pamięci. Po chwili wraca do żywych.
– Oferta dnia: trzy i pół miliona salinów za mózg operacyjny Tricksów – recytuje. – Szczegółowe dane w wiadomości zgłoszeniowej. Płatność jeszcze w tym samym dniu.
Oblewa mnie zimny pot. Ktoś wydał zlecenie bezpośrednio na mnie? Może niekoniecznie miał na myśli mnie, ale sam mózg Tricksów. Z potyczki wyszłam z potłuczoną skronią. Okazuje się, że minęłam się też o włos z kostuchą.
– Podaj szczegółowe dane. – Przełykam głośno ślinę.
– Nie pamiętam – odpowiada intruz.
– Tu nie ma miejsca na żarty. Dawaj albo przykładam skaner.
– Ale ja naprawdę… – zaczyna, gdy wtem łoskot drzwi zagłusza jego dalsze jęki.
– Puśćcie go – przerywa bezceremonialnie Will, wchodząc do pomieszczenia przesłuchań.
Jego włosy mają dziś mniej intensywny odcień, najwidoczniej współgrając z jego nastrojem.
– On wam nie pomoże – odpowiada, widząc wyraz mojej twarzy: jeden wielki pytajnik.
– Znasz go?
– Nie, ale spójrzcie na gościa. – Will kiwa głową w stronę najemnika. – Z jego marnej gęby już nic nie wyciągniecie.
Nie mogę pojąć, dlaczego ziomek, którego znam od lat, zamierza ot tak usprawiedliwiać człowieka, który jeszcze przed chwilą do mnie celował, dlatego oponuję:
– Will, wchodzisz tutaj jakby nigdy nic i stwierdzasz, że najemnik, który dostał zlecenie wyeliminowania mnie, jest niewinny. Jak mam to odebrać? Gdzie byłeś wcześniej? Ze względu na twoją nieobecność poranne spotkanie się nie odbyło.
– Babe – zaczyna Will ze swoim charakterystycznym akcentem – wiem, jak bardzo jesteś zdenerwowana. Rafi o wszystkim mi powiedział. Nie mogłem przyjść wcześniej, ledwo wstałem, zarwałem nockę. Przecież byłaś tam ze mną, w klubie.
– Zniknąłeś – podkreślam.
– Miałem sprawę, później do tego wrócimy. A ten – kieruje na intruza palec wskazujący prawej dłoni obwieszonej złotymi bransoletami – na nic się nie zda. To zwykły strzelec.
Spogląda na urządzenie, które wciąż trzymam w dłoni.
– Chcesz jeszcze bardziej rzucać się w oczy? Już i tak forta węszy wokół. Dobrze wiesz, z czym wiąże się użycie skanera. Namierzyliby nas w ciągu kilku minut, a tego na pewno nie chcemy.
Niby wszystko to brzmi racjonalnie, ale wciąż nie mogę poskładać kilku puzzli do kupy.
– Gość dostał na mnie zlecenie. Czy naprawdę cię to nie rusza?
– Sara – wymawia moje imię powoli i łagodnie – nic mnie bardziej nie rusza niż twoje bezpieczeństwo. Jak myślisz, co tutaj właśnie robię? Jak tylko Rafi przesłał mi powiadomienie, od razu się zebrałem.
Wyjmuje mi z dłoni skaner i odkłada go na miejsce. Jego dziwny spokój mi się udziela.
Will łapie mnie za ręce i powoli odprowadza na bok. Przez moment zapominam, że nie jesteśmy sami.
– To wypuścicie mnie? – skrzeczy intruz.
Sytuacja zaczyna robić się groteskowa. Wzdycham.
– Zostaniesz na kwarantannie – mówię, po czym zwracam się do Arka: – Przeprowadź go w odpowiednie miejsce. Pozostanie pod obserwacją.
[…]
Pozostało jeszcze 90% treści tej ksiązki.
Mgły minionych dni
isbn 978-83-8423-530-0
© Aleksandra Ząbek i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Marzena Kwietniewska-Talarczyk
korekta: Małgorzata Giełzakowska
ilustracja: Oliwia Błaszczyk
okładka: Oliwia Błaszczyk
konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: sekretariat@novaeres.pl
http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
