Wydawca: Wydawnictwo Amaltea Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 1

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 382 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Medgidia, miasto u kresu - Cristian Teodorescu

Jak opisać historię rodzinną, aby nie uronić nic z migotliwej atmosfery dawnych czasów, na którą składają się przecież zarówno wielkie wydarzenia historyczne, jak i drobne lokalne wypadki? Cristian Teodorescu czyni to w swojej powieści z humorem i prawdziwą swadą. Medgidia, miasto u kresu to reportażowo-poetycka mozaika ułożona ze 103 szkiców. Ich bohaterami są: lokalny restaurator Stefanek, kobieciarz i namiętny karciarz, kelner marzyciel Januszek, niegdyś pracujący w Orient Expressie, zasadniczy major Scipion, jego żydowska kochanka, lekarka Lea, safandułowaty sędzia, listonosz Claudiu – po godzinach skrytobójca, żołnierze niemieccy i radzieccy oraz dziesiątki innych barwnych postaci. Całe to ludzkie panoptikum tworzy jedyny w swoim rodzaju portret międzynarodowej społeczności Rumunii lat 30. i 40. XX wieku, burzliwych czasów pomiędzy powstaniem Żelaznej Gwardii a zapadnięciem żelaznej kurtyny. Nieco ironiczne, ale i pełne szczerego liryzmu spojrzenie autora sprawia, że ta pozornie odległa epoka staje się dla czytelnika światem bliskim i intrygującym.

 Za Medgidię, miasto u kresu autor otrzymał Narodową Nagrodę Prozatorską „Ziarului de Iaşi”, nagrodę Kolokwiów o Rumuńskiej Powieści w Alba Iulia oraz nagrodę prozatorską Związku Pisarzy Rumuńskich.

Cristian Teodorescu urodził się 10 grudnia 1954 roku w Medgidii. Po studiach na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu w Bukareszcie krótko pracował jako nauczyciel. Od 1987 roku jest dziennikarzem i redaktorem w rumuńskich periodykach kulturalnych i prasie codziennej. Jako pisarz zadebiutował w roku 1985 tomem opowiadań Maestrul de lumini („Mistrz oświetlenia”), za którym poszły powieści: Tainele inimei („Sekrety serca”, 1988), Faust repovestit copiilor mei („Faust opowiedziany moim dzieciom”, 1991) oraz kolejne zbiory nowel: Povestiri din lumea nouă („Opowieści z nowego świata”, 1996) i Îngerul de la benzinărie („Anioł ze stacji paliw”, 2003), a wreszcie Medgidia, miasto u kresu (Medgidia, oraşul de apoi, 2009). W styczniu 2015 roku ukazała się najnowsza powieść Teodorescu: Şoseaua Virtuţii. Cartea Câinelui („Droga cnoty. Księga psa”). Pisarz jest laureatem prestiżowych nagród, uhonorowano go kilka razy nagrodą Związku Pisarzy Rumuńskich i nagrodą Akademii Rumuńskiej. Utwory Cristiana Teodorescu były tłumaczone w Holandii, Stanach Zjednoczonych, Francji i na Węgrzech.

Opinie o ebooku Medgidia, miasto u kresu - Cristian Teodorescu

Fragment ebooka Medgidia, miasto u kresu - Cristian Teodorescu

Okładka

Strona tytułowa

CRISTIAN TEODORESCU

MEDGIDIA MIASTO U KRESU

PRZEŁOŻYŁA RADOSŁAWA JANOWSKA-LASCAR

WROCŁAW 2015

W serii

wydano

Lucian Dan Teodorovici Matei Brunul

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału

Medgidia, oraşul de apoi

Książka ukazała się dzięki dofinansowaniu przez

Rumuński Instytut Kultury (ICR) w Bukareszcie

Konsultacja językowa (język turecki)

Władysław Chilmon

Konsultacja kulturoznawcza

Krzysztof Górski

Projekt okładki i stron tytułowych

Paulina Zielona

Fotografia autora na okładce

Septimiu Șlicaru

Redaktor prowadzący

Ludmiła Koza

Redakcja

Robert Urbański

Korekta

Urszula Włodarska

DTP

Ludmiła Koza

Copyright © 2009, 2012 by Editura Polirom

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Amaltea, 2013

ISBN 978-83-934672-3-5

Wydawnictwo Amaltea

51-180 Wrocław, ul. Zabłocie 7a, tel. +48 728 896 998

e-mail: wydawnictwo@amaltea.az.pl, www.amaltea.az.pl

Dedykuję mojej żonie Danieli

oraz pamięci moich dziadków,

Ştefana i Virginii Theodorescu

Tragiczna dekada historii Rumunii i dramat wymazywania pamięci narodu – wstęp do polskiego wydania

W ciągu zaledwie dekady, którą rozpoczął rok 1938, w Rumunii zmieniło się tak wiele, że nawet świadkowie owych częstokroć katastrofalnych zmian przestali wierzyć, że wydarzyły się one naprawdę, a zaczęli myśleć, że był to jakiś senny koszmar. Wielu z tych, którzy marzyli o powrocie do normalności, trafiło do więzień. Aby dawne czasy zatarły się w zbiorowej pamięci narodu, począwszy od lat pięćdziesiątych z rozkazu kolejnych władz historia Rumunii była wielokrotnie pisana na nowo.

W 1938 roku Rumunia zajmowała obszar o jedną trzecią większy niż obecnie. Młody jeszcze król Karol II cieszył się zarówno zaufaniem, jak i sympatią ludności, mimo że wplątał się w nie zbyt legalne historie miłosne z Eleną Lupescu oraz otoczył kręgiem osób skorumpowanych, tak zwaną „koterią”. Był to rok najlepszy dla Wielkiej Rumunii, jak nazywano kraj po zjednoczeniu z Siedmiogrodem i Besarabią w roku 1918. Po wielu latach kryzysu w końcu wszystko zafunkcjonowało – fantastycznie dla jednych, dobrze dla innych, a zadowalająco dla największej rzeszy obywateli. Rzecz jasna, poza sprawami, które tradycyjnie szły źle, aczkolwiek trochę lepiej niż wcześniej.

Jedyne niebezpieczeństwo pojawiło się ze strony skrajnie prawicowej partii Wszystko dla Kraju (rum. Totul pentru Țară), zwanej również Legionem Archanioła Michała albo Żelazną Gwardią. Lider tej partii, Corneliu Zelea Codreanu, znany powszechnie jako Kapitan, skazany za zniewagę, a wcześniej uniewinniony w trzech procesach o morderstwo polityczne (jedno popełnione przez niego, kolejne dwa przez kamaradów z partii), został zamordowany w roku 1938 w drodze do więzienia. Oficjalnym powodem jego śmierci była próba ucieczki podczas konwojowania, prawdopodobnym zaś – rozkaz króla Karola, który w ten sposób chciał unicestwić Legio­n. Organizacja stała się niebezpieczna dla porządku konstytucyjnego kraju, ale przede wszystkim podejmowała próby włączenia Rumunii do strefy wpływów hitlerowskich Niemiec.

Opierając się początkowo na faszystowskim wzorcu Mussoliniego, a następnie nazistowskim Hitlera, legioniści mieszali populizm z politycznymi mordami, nazywając się partią elitarną. Legion zorganizowany był według zasad paramilitarnych. Jego członków rozpoznawano po zielonych koszulach i noszonych skośnie na tułowiu skórzanych pasach oficerskich. Regulamin partii przewidywał kary fizyczne dla niezdyscyplinowanych. Chcąc przyciągnąć nowych sympatyków, legioniści organizowali obozy pracy patriotycznej, defilowali ze śpiewem na ustach i przysięgali bronić kraju przed bolszewizmem. Jednocześnie w swoich publikacjach dawali wyraz coraz agresywniejszemu antysemityzmowi i chęci zniesienia demokracji. Obiecywali za to zlikwidowanie korupcji i pojawienie się nowego modelu człowieka wychowanego według legionowych zasad.

Król Karol II, który chciał samodzielnie rządzić Rumunią, zaczął się obawiać, że coraz popularniejsza organizacja legionowa mogłaby niebawem dojść do władzy. Dlatego w 1938 roku zabrania działalności wszelkich partii i tworzy jedną masową organizację o nazwie Front Odrodzenia Narodowego, pod własnym przewodnictwem i przy wsparciu Rady Koronnej. Z tej okazji wymyśla fantazyjny szamerowany mundur i hełm z piórami, w którym pojawia się później na ceremoniach publicznych. Przede wszystkim jednak u swojego boku daje władzę nowej partii, która mając prerogatywy ustawodawcze, wprowadza w życie pierwsze ustawy antysemickie. Karol nie uchyla nowych praw, mając nadzieję, że w ten sposób zdoła przeciągnąć legionistów na swoją stronę.

W roku 1940, po drugim arbitrażu wiedeńskim, Rumunia traci fragment zachodniego regionu kraju, czyli Siedmiogrodu. Część ta zostaje przyłączona do Węgier, następnie zaś na mocy tajnego protokołu do paktu Ribbentrop–Mołotow ZSRR zajmuje Besarabię i Bukowinę na północnym wschodzie. Południowa część Dobrudży po naciskach Hitlera przekazana zostaje Bułgarii.

Wskutek społecznego niezadowolenia wywołanego stratami terytorialnymi i mieszaniem się Niemiec w sprawy kraju w roku 1940 król Karol II rezygnuje z dyktatury osobistej i przekazuje władzę generałowi Ionowi Antonescu oraz pronazistowskim legionistom. W wyniku ulicznych zamieszek wywołanych przez członków Legionu, którym po śmierci Kapitana Zelei Codreanu kierował Horia Sima, ale również na rozkaz generała Antonescu, Karol II zostaje zmuszony do abdykacji, wyjazdu z kraju i przekazania tronu swojemu synowi Michałowi. Kilka dni po owym puczu Ion Antonescu ogłasza powstanie Narodowego Państwa Legionowego i wydaje ponad dwadzieścia ustaw antysemickich.

Od roku 1940 Rumunią kieruje więc generał Antonescu, przez kilka miesięcy sprzymierzony z popieraną przez Hitlera partią Horii Simy, która z organizacji kadrowej przekształca się w masową. Po przejęciu władzy legioniści prowokują olbrzymie niepokoje w całym kraju. Napadają na Żydów, zabierając siłą ich firmy i mienie, oraz wprowadzają powszechny terror. Mordują swoich politycznych przeciwników, między innymi historyka Nicolae Iorgę, i w samym Bukareszcie uśmiercają przeszło stu Żydów. Jednocześnie Horia Sima, zdecydowany przejąć całą władzę w kraju i przekonany o tym, że otrzyma wsparcie z Berlina, na początku roku 1941 próbuje obalić Iona Antonescu środkami paramilitarnymi. Rebelia legionowa trwa trzy dni. Antonescu kładzie jej kres przy pomocy wojska. Horia Sima i kilka bliskich mu osób szukają schronienia w Niemczech, natomiast Ion Antonescu, dobrze widziany przez Hitlera jako człowiek bardziej godny zaufania niż niepokorni legioniści, staje się jedynym szefem państwa, kierując rządem złożonym z wojskowych i technokratów. Latem tego samego roku generał Antonescu, sprzymierzony z nazistowskimi Niemcami, wysyła wojsko do zajętych przez Rosjan Besarabii i Bukowiny. Popularność przywódcy osiąga apogeum po zwycięstwie wojsk rumuńskich nad Sowietami i ponownym włączeniu obu prowincji w granice Rumunii. Mimo rad liderów ówczesnych wielkich partii politycznych, których oficjalna działalność była wciąż zakazana, Ion Antonescu, awansowany tymczasem do stopnia marszałka, kontynuuje wojnę przeciwko ZSRR i nadal wysyła wojska zjednoczone z armiami Osi, by walczyły „aż do całkowitego pokonania nieprzyjaciela”.

Po rozgromieniu legionistów niektórzy z nich trafiają na pierwszą linię frontu, aby móc się zrehabilitować, pozostali zaś idą do więzień. Ich partia, która wcześniej była największą siłą polityczną w Rumunii, znika z areny w ciągu kilku dni po ucieczce Horii Simy do Niemiec.

W czasie rządów Iona Antonescu i na jego bezpośredni rozkaz Żydzi i Cyganie zostają w przerażających warunkach deportowani do Naddniestrza. W trakcie tej deportacji życie traci ponad trzysta tysięcy Żydów i sto sześćdziesiąt tysięcy Cyganów. Między innymi z tego powodu po wojnie Ion Antonescu będzie oskarżony i skazany za zbrodnie przeciwko ludzkości.

Zimą roku 1942 armia rumuńska została rozbita w pył na Zakolu Donu w pobliżu Stalingradu, co nie przeszkadza Ionowi Antonescu w kontynuowaniu wojny u boku Hitlera, nawet jeżeli zaczyna mieć wątpliwości co do zwycięstwa, a w kraju jego popularność stopniowo spada. Cenzura ma coraz więcej pracy, pojawiają się restrykcje żywnościowe, a na posiedzeniach rządu coraz bardziej zirytowany Antonescu zwalcza korupcję zarówno w Besarabii, jak i w pozostałych częściach kraju, mówiąc, że „podminowuje ona morale ludności i daje zły przykład”.

W roku 1944 armia rumuńska wycofuje się z terytorium ZSRR wraz z wojskami niemieckimi. Ofensywa Sowietów wydaje się niemożliwa do zatrzymania. Bukareszt i rafinerie ropy w Ploeszti są bombardowane przez lotnictwo amerykańskie, ale Ion Antonescu nie chce słyszeć o zawarciu osobnego pokoju z aliantami, co sugerują bliskie mu osoby z Rady Ministrów. 23 sierpnia tegoż roku marszałka Antonescu aresztowano. Młody król Michał zapowiada w specjalnym komunikacie nadanym przez radio wyjście Rumunii z wojny przeciwko siłom alianckim. Bukareszt jest bombardowany na nowo, tym razem przez Luftwaffe.

Mimo przejęcia komunikatu królewskiego przez zagraniczne agencje prasowe i transmitowania go kanałami dyplomatycznymi Sowieci dalej atakują Rumunów na froncie, biorąc ich do niewoli. Następnie Armia Czerwona wkracza do Rumunii, którą okupuje jak wrogi kraj, chociaż wojsko rumuńskie rozpoczęło już wtedy samodzielne walki z wycofującymi się oddziałami Wehrmachtu.

Po dojściu Sowietów do Bukaresztu Rumunia budzi się w sytuacji, kiedy to walczy przeciwko dawnemu sprzymierzeńcowi, a jednocześnie jest okupowana przez nowego. Kiedy na froncie armia rumuńska działa u boku Sowietów, na tyłach armia sowiecka i politycy rumuńscy wysłani przez Stalina do Bukaresztu wynoszą do władzy Rumuńską Partię Komunistyczną, której jedni przedstawiciele przybyli w sowieckich czołgach, inni zaś z obozów w kraju, gdzie byli wcześ­niej internowani z rozkazu Antonescu. Razem było ich mniej niż tysiąc osób. Dlatego właśnie nowa władza podejmuje drastyczne kroki przeciwko dotychczas istniejącym partiom, a jednocześnie przyjmuje w swoje szeregi byłych legionistów jako towarzyszy wspólnej drogi.

W roku 1945 rozpoczynają się pierwsze procesy polityczne kontrolowane przez komunistów. Najpierw o zdradę lub współpracę z wrogiem zostali oskarżeni właściciele gazet i dziennikarze. Niektórym udaje się uciec z kraju, ale w większości trafiają do więzień, gdzie są torturowani i głodzeni lub mordowani przez strażników. Spośród tych, którym udało się ujść z życiem i wyjść po latach na wolność, wielu zgodziło się na współpracę z prasą komunistyczną i kompromisy, które sami uznawali za haniebne, inni zaś na wolności zostali skazani na wykluczenie społeczne i biedę, będącą przyczyną ich przedwczesnej śmierci.

W następnym roku przywieziono do kraju Iona Antonescu, przekazanego wcześniej Sowietom przez komunistów. Osądzono go, skazano na śmierć i stracono wraz z pięcioma bliskimi współpracownikami. Potem przychodzi kolej na przywódców i głównych działaczy partyjnych, skazywanych na lata ciężkich więzień za działalność antypaństwową lub za zdradę. Osadzeni umierają z powodu nieludzkiego reżimu więziennego i okrutnego traktowania przez personel. Miejsce ich pochówku w wielu przypadkach do tej pory pozostaje nieznane.

W 1947 roku, po bezczelnym fałszerstwie, komuniści wygrywają wybory i zmuszają króla Michała do abdykacji, grożąc, że otworzą ogień do studentów, którzy demonstrowali na jego rzecz pod pałacem królewskim. Król zrzeka się tronu i wyjeżdża z kraju. Dnia 30 grudnia tegoż roku proklamowana zo­stała republika, której przewodzi jedyna partia: Rumuńska Partia Robotnicza. Armia sowiecka w dalszym ciągu jest obecna na terenie Rumunii. Pozostanie tam do roku 1956, kiedy to na wniosek rumuńskiego przywódcy partii, Gheorghe Gheorghiu-Deja, będącego zaufanym człowiekiem Moskwy, Nikita Chruszczow zarządza wycofanie wojsk.

W roku 1949 ma miejsce nacjonalizacja. Właściciele fabryk, przedsiębiorstw, prywatnych banków i wszelkiego rodzaju firm zostają wywłaszczeni. Miliony mieszkań skonfiskowano w bezprawny sposób. Rozpoczyna się przymusowa kolektywizacja rolnictwa, która trwa aż do roku 1962. Policja przekształca się w milicję, żandarmeria staje się Służbą Bezpieczeństwa Państwa, natomiast dawna służba bezpieczeństwa, zwana Siguranța, otrzymuje nazwę Securitate. Województwa zostają skomasowane i tworzą tzw. regiony. Kontynuowane są aresztowania, zwłaszcza nocą. Setki tysięcy osób trafia za kraty z powodów politycznych albo bez żadnego powodu. Wielu kończy życie w więzieniu albo umiera w obozach pracy przymusowej. Ci, którzy przeżyją, zostaną uwolnieni w roku 1964. Znaczna ich część nadal jest śledzona przez służbę bezpieczeństwa (Securitate).

W latach pięćdziesiątych zaczyna się pisanie nowej historii i olbrzymi proces fałszowania i zacierania pamięci zbiorowej, który będzie trwał aż do roku 1989, a częściowo nawet jeszcze przez kilka kolejnych lat. Choć wydaje się to niewiarygodne, również i dziś część ludności Rumunii nie tylko nie zna historii swojego kraju, ale w dalszym ciągu jest ofiarą wymazywania zbiorowej pamięci.

Cristian Teodorescu

Słowo od autora

Po opublikowaniu przeze mnie pierwszych opowiadań z tej książki w czasopiśmie „România literară” („Literacka Rumunia”) skontaktowali się ze mną telefonicznie potomkowie niektórych postaci. Jedni rozpoznali część historii krążących po mieście Medgidia, a dotyczących ich rodziców lub dziadków, i pomogli mi, przekazując informacje o innych wydarzeniach lub szczegóły, których nie znałem. Inni mówili, że trochę pozmyślałem, co, przyznaję, jest zgodne z prawdą. Dlatego też wolałbym, abyście Państwo czytali ten tekst, jak gdyby wszystkie postaci i wydarzenia były wymyślone, i abyście potraktowali je jako postaci i wydarzenia pasujące do atmosfery „Medgidii, miasta u kresu”.

Mógłbym pozmieniać nazwiska postaci mających odpowiedniki w świecie rzeczywistym, ale tak naprawdę żadna z nich nie mogłaby się nazywać inaczej, bo w opowieściach zasłyszanych przeze mnie w rodzinie lub od mieszkańców miasta wszystko zaczynało się właśnie od owych nazwisk. Określone postaci narodziły się jedynie ze wspomnienia o zajęciu, którym trudnili się ludzie będący ich pierwowzorami, i o jakimś wydarzeniu, dzięki któremu pozostali w pamięci mieszkańców. Z miłości do każdej z tych historyjek, które można czytać osobno, postanowiłem jednak napisać tę powieść, przekształcając zwykłe rozdziały w samodzielne opowieści. Tak więc mogą Państwo rozpocząć lekturę w dowolnym miejscu. Najbardziej niecierpliwi mogą czytać od końca do początku. Amatorzy powieści o szybkiej akcji mogą zacząć lekturę od początku i przeskakiwać przez tak zwane rozdziały-wypełniacze, natomiast ci z Państwa, którzy chcą poznać powieść jak powieść, powinni ją przeczytać od początku do końca, nawet jeśli składa się z ponad setki opowiadań. Jestem pewien, że te małe teksty zakłócą Państwa przyzwyczajenia czytelnicze i spowodują, że będziecie zadawać sobie pytanie, co też mi przyszło do głowy, żeby ułożyć powieść z luźnych fragmentów. Kiedy przeczytałem ponownie ten tekst, rozdział po rozdziale, zdałem sobie sprawę, że mimo wszystko nie mógłbym napisać go inaczej, nawet jeżeli wiedziałbym, co czeka mnie przy pisaniu podobnej powieści, która zaczyna się i kończy sto razy, z każdym opowiadaniem na nowo.

Cristian Teodorescu

Porzucona historia

Po ambitnym projekcie stworzenia w latach międzywojnia ilustrowanej historii gminy Slobozia ostało się jedynie kilka fotografii i, być może, kilka stron wstępu napisanego przez nauczyciela P. Pomysł narodził się w głowie burmistrza podczas partyjki tryktraka z nauczycielem. Panowie grali na podwórku domu P., pod parasolem, a mój dziadek, który zabrał się do robienia zdjęć, pstryknął im jedno. Nauczyciel, lokalny patriota, zaoferował, że napisze tekst, a dziadek obiecał, że sfotografuje najważniejsze budowle i osobistości naszej gminy. Wkład dziadka nie był całkiem bezinteresowny, potrzebował on bowiem urzędowego papierka, zezwalającego na robienie szybkim aparatem zdjęć na targach i jarmarkach. Nauczyciel wyłożył się na początkach historii gminy. Nikt nie wiedział, jak odległe one były. A w ustnej historii miejscowości, przekazywanej z pokolenia na pokolenie, istniały niekoniecznie stosowne świadectwa, o których P. nie bardzo chciał wspominać. Próbował zatem poszukać starszej nazwy naszej gminy albo przynajmniej znaleźć jej inne wyjaśnienie. Jednak na próżno. A wszystko to za sprawą pytania burmistrza: „Panie Eliaszu, jakże to, nasza miejscowość ma być wsią wolnych[1] Cyganów?”. „No, skoro tak było…”. „No a gdzie są, panie Eliaszu, ci wolni Cyganie?”. Nauczyciel wymienił kilka nazwisk. Nie było ich zbyt wiele: „Może wymieszali się z Rumunami, a może pojechali w inne strony”. „A my, pozostali, to też jesteśmy ci wolni?”. Mój dziadek miał nieco ciemniejszą karnację i prowadził gminną piekarnię, ale to zajęcie wychodziło mu już trochę bokiem. Dlatego zabrał się do robienia zdjęć. Włączył się do rozmowy, bo słyszał, że „dawniej” na wsi kowale, piekarze, o muzykantach nie wspominając, byli Cyganami. Jeśli nie posiadali ziemi, musieli przecież z czegoś żyć. „No, wujku Stefanku, podajesz zbyt łatwe rozwiązanie. Dlatego właśnie mówię, żebyśmy napisali historię gminy i wydrukowali ją w Bukareszcie! I album ze zdjęciami!”. Urząd gminy, cerkiew, szkoła, pomnik i ważne osoby.

W ciągu zaledwie tygodnia pan Stefan Theodorescu, artysta fotograf z gminy Slobozia, uwiecznił wszystko i wszystkich, włącznie z szefem posterunku policji, mimo że ten nie był miejscowy. Zdjęcia nieszczególnie się udały, artysta dopiero zdobywał wprawę przed wyjazdami na jarmarki i nie opanował wszystkich tajników wywoływania klisz. Jednak aby obejrzeć wyniki jego pracy, cała gmina przyszła do urzędu. Pan Stefanek sfotografował wszystkich na schodach. Ksiądz stał w środku, jednak burmistrz był lepiej widoczny. Znajdowali się tam jeszcze: notariusz, akuszerka, młoda żona nauczyciela, a w drugim rzędzie po lewej w odświętnym niedzielnym ubraniu wyciagał szyję biedak Papurică, sprzedawca ryb i raków, chodzący po domach z wiklinowym koszem, rano pełnym ryb, a w południe raków.

Pan nauczyciel Eliasz odwiedzał starszych mieszkańców i pytał ich, co jeszcze pamiętają. Zbadał bez większego powodzenia rejestry kościelne i dodawał sobie odwagi, aby napisać do Nicolae Iorgi[2]. Dowiedział się tego i owego, że może wieś nazwano tak od Rosjan Kisieliowa[3] albo że Cyganie, którzy stąd wyjechali, opowiadali potem w innych miejscowościach, że przychodzą ze swobody, ale nie było to nic pewnego. Skończywszy ze zdjęciami, Stefanek sprzedał piekarnię, dodał do tego pieniądze z fotografii i wygrał przetarg na prowadzenie knajpy na dworcu w Medgidii. Nauczyciel, pomyłkowo wzięty za członka faszystowskiego Legionu Michała Archanioła o tym samym nazwisku, wysłany został na pierwszą linię frontu w Rosji sowieckiej. Nazwisko tego lokalnego patrioty nie trafiło na pomnik bohaterów w Slobozii, a jedynie do listu, w którym młodą panią P. zawiadamiano, że jej mąż poległ na polu bitwy.

Adio, Ada Kaleh

Virginica zobaczyła po raz pierwszy Stefanka Theodorescu, gdy miała osiemnaście lat i mieszkała z musu u swoich ciotek na wyspie Ada Kaleh[4]. Był dość wysoki, ale nie za bardzo, grubiutki i niepokojąco śniady, biorąc pod uwagę wymagania i obawy dziewczyny urodzonej w Şocariciu. Ciotki ze strony ojca zabrały Virginicę do siebie, kiedy osierociła ją także matka. W wieku dwunastu lat została z całym gospodarstwem na głowie i przez kilka miesięcy opiekowała się młodszymi braćmi. Ojciec poległ w czasie wojny pod miejscowością Turtucaia, a matka zmarła z przepracowania. Pewnego dnia podczas orki po prostu upad­ła na polu. Trzymała się za rękojeści pługa i jeśli się patrzyło z pewnej odległości, można było powiedzieć, że się potknęła. Leżała więc tak na polu, a koń Jaś pilnował jej i rżał, póki nie przyszli jacyś staruszkowie i jej nie podnieśli. Kiedy ciotki przyjechały, aby zabrać Virginicę do Ada Kaleh, znalazły ją zawszoną i śmiertelnie wychudzoną. Nie chciała jednak wyjeżdżać. Skończyła dwie klasy szkoły gminnej z pierwszą nagrodą, ale odkąd przerwała naukę, prawie zapomniała, jak się czyta i pisze. Sama nauczyła się tego na nowo, krok po kroku, już w Ada Kaleh. Ciotki też nie były zbyt uczone i aby dać jej lekcje prowadzenia gospodarstwa, zrobiły z niej najpierw służącą, a potem wysłały do kuchni, do gotowania, „żebyś wiedziała, dziewczyno, co i jak, kiedy będziesz na swoim, i żeby cię kucharka nie oszukiwała”.

Stefanek Theodorescu nie był jej pierwszym „kawalerem”; przed nim znała jeszcze pewnego porucznika straży granicznej, z dobrymi rekomendacjami, ale bez majątku. Nazywał się Mircea. Podobał się Virginice, ale nie na tyle, aby z nim uciekać. Natomiast ciotkom Stefanek spodobał się o wiele bardziej. Miał piekarnię w Slobozii, jego ojciec był rzeźnikiem w Cocargeaua, posiadał licencję z Solingen[5] i wybudował sześć domów. Kiedy w jadalni u ciotek Virginica została z chłopakiem sam na sam, czarniawy grubasek oświadczył jej, że już się stamtąd nie ruszy, bo zanim jeszcze ją poznał, marzył właśnie o takiej pannie jak ona. Był spocony, a ubrania albo nie należały do niego, albo nie umiał ich nosić. Pozwoliła, żeby pocałował ją w rękę z pożądliwym mlaśnięciem, i natychmiast przypomniała sobie o delikatnym pocałunku porucznika, który dotknął jedynie koniuszków jej palców. Jednak przyjęła jego oświadczyny, bardziej chyba po to, aby uwolnić się od domu ciotek i wyspy. Wtedy one, na początku wychwalające go pod niebiosa, dla odmiany zaczęły prześcigać się w obmowach, „Virginica, to prawda, myśmy ci go przedstawiły, ale jak ty się wydasz za takiego?”. Oznaczało to, jak zmiarkowała dziewczyna, że ciotki chcą skorzystać ze wszystkiego, do czego miały prawo jako jej opiekunki. Zgodziła się wyjść za Stefanka Theodorescu, nawet jeżeli wcale się jej nie podobał. Koniec końców, ciotki uszyły jej suknię ślubną, ale w dniu, kiedy miała przepłynąć promem Dunaj, na którego drugim brzegu czekał na nią Stefanek, prom urywa się z lin i znika w oddali. Co tu robić? Odkładamy wesele, bo przecież panna młoda nie przepłynie z wyspy na brzeg łódką, bez orszaku. I wtedy Virginica w płacz. Przepłynie nawet wpław za swoim wybrankiem! Ubrany w ślubny garnitur, Stefanek Theodorescu przyprowadził na brzeg kilku przewoźników i wyruszył z nimi, aby spotkać się z Virginicą na środku rzeki. Wiejący wiatr przyniósł ze sobą deszcz. Kiedy młodzi się spotkali, byli przemoczeni i sini z zimna. Virginica wskoczyła do barki i pocałowała Stefanka, potem owinęła się w welon i płakała jak należy do samej cerkwi, bo przecież żegnała krewnych i wychodziła za mąż. To wcale nie przeszkodziło jej zabronić Stefankowi cielesnych zbliżeń przez kolejne dwa tygodnie mimo wszystkich ślubów, ponieważ nie mogła się do niego przyzwyczaić.

Znak dobrobytu

Stefanek tak gorliwie ustawiał kelnerów do pionu i dyrygował kucharkami, jakby od zawsze był posiadaczem lokalu! Pani Virginica z podziwu straciła głos. Jeszcze nie mogła uwierzyć, że to do nich należała restauracja dworcowa w Medgidii. Wszystko działo się w zawrotnym tempie. W dniu, kiedy Stefanek wygrał przetarg, wydał bankiet z szampanem, nie licząc już grubych łapówek i „właściwego” przetargu. Pan Stelian, dotychczasowy właściciel restauracji, unosił się ambicją, dopóki Stefanek nie zaczął się do niego uśmiechać, jak to robił podczas gry w pokera. Poszło wszystko: ziemia przy rozlewisku, dom, połowa piekarni, a do restauracji nie udało się Stefankowi kupić nawet łyżki. Przed bankietem wystosował telegram do Pascu, kupca korzennego w Feteşti, i zabrał się do picia. Pan Stelian stuknął się z nim kieliszkiem i chciał wyjść: „To po to robiliśmy Wielką Rumunię, żebyście wy, wieśniaki, ją sobie brali!?”. Stefanek wziął go pod ramię. Za ile chce sprzedać umeblowanie restauracji? Niech wie, że podpali wszystko, a jemu nie sprzeda!, mówił pan Stelian. „Kupię od ciebie te meble, Stelianie, i razem je podpalimy! A potem sobie sprowadzę stoły i krzesła z Bukaresztu!”. Tak go zmiękczył tymi słowami, że dogadali się co do odkupienia syfonów i lady z ocynkowanej blachy, która była robiona na specjalne zamówienie i miała nawet kranik do piwa.

Fachowcy zgodzeni przez Pascu dotarli na trzeci dzień do Medgidii i zaczęli przerabiać restaurację, aby wyglądała lepiej niż w Bukareszcie i aby między pierwszą a drugą klasą była jedynie różnica w cenie. W klasie pierwszej dodano parę drobiazgów, żeby śmietanka towarzyska zechciała tu przyjść i porozmawiać przy kieliszeczku. Na peronie, przy pociągach, które zatrzymywały się jedynie po to, aby lokomotywy mogły nabrać wody, mieli chodzić chłopcy z obwarzankami, piernikami i lemoniadą. Między fachowcami kręcił się najlepiej opłacany człowiek, który nie robił nic. To był – daj mu spokój, Virginio – pan Seruzi, architekt, który kazał poszerzyć stare okna. Stefanek nie wtrącał się, tylko raz powiedział, że nie chce tu robić jakiejś superluksusowej restauracji. Włoch zagroził, że rzuci wszystko w diabły, więc aby go udobruchać, Stefanek pokazał mu kilka sekretów pokera. Pan Seruzi, pechowy karciarz, jeszcze pod wrażeniem tej lekcji zmobilizował fachowców i bez dopłaty kazał im wmontować w ściany lustra, które miały uczynić z dworcowej restauracji największy lokal Medgidii. Na tydzień przed ponownym otwarciem Stefanek pojechał do Konstancy po kelnerów i kucharkę. W jakiejś portowej knajpie znalazł Januszka, tego, który obsługiwał podróżnych z Orient Expressu jako Jacques, do momentu gdy pewna Francuzka poskarżyła się, że uczynił jej oburzającą i nieprzystojną propozycję. Januszek zgodził się popracować kilka miesięcy w restauracji Stefanka pod warunkiem, że sam wybierze pozostałych kelnerów. A w przeddzień inauguracji powiedział szefowi, jakie zasady panowały w Orient Expressie, aby ten wiedział, czego ma wymagać od personelu. Kucharką była okrąglutka mieszkanka Transylwanii, która gotowała bosko, jeżeli nie upijała się w sztok. Inauguracja miała nastąpić dziewiątego listopada, ale paniusia kucharka o imieniu Victoriţa nie chciała się zgodzić. „Stefanku, dziewiątka jest pechowa”. Nowi najemcy przygotowali stoły, na półkach za ladą postawili butelki z winem i szampanem i razem z obsługą położyli się spać na materacach w pokoju na tyłach restauracji.

O trzeciej nad ranem kucharka zaczęła wrzeszczeć, że ziemia się rusza. W restauracji strzelały zaś jedna za drugą butelki szampana. Stefanek stanął na równe nogi i otumaniony powlókł Virginicę za rękę do lokalu. Z półek pospadały wszystkie butelki, a jedno ze ściennych luster rozbiło się w drobny mak. „Człowieku, Bóg nas pokarał, żeśmy chcieli otwierać knajpę!”. „Idźże stąd, dziewucho. To znak dobrobytu!”. Jeszcze tego poranka z telegrafu dworcowego spłynęła informacja, że w Bukareszcie runął hotel Carlton.

Raul dobroczyńca

Msza nie mogła się rozpocząć. Z dziedzińca cerkwi słychać było coraz bardziej nieprzyzwoity rwetes. Ludzie, którzy nie zmieścili się w środku, a było ich wielu, protestowali i żądali wystawienia zmarłego na zewnątrz. Ci natomiast, którzy jeszcze w godzinach porannych znaleźli miejsce, zaczęli się sprzeciwiać. Msza powinna odbywać się wewnątrz, a nie na dziedzińcu. Trzej popi, którzy przybyli odprawić modły u wezgłowia Raula Barbălaty, miotali się przy katafalku. Po mszy miały nastąpić przemówienia i pełen powagi marsz legionistów aż do cmentarza. Zerkali więc na pana administratora Caludiego, wraz z żoną czekającego w bocznej nawie przy chórze. Administrator stał wpatrzony w pustkę. Burmistrz też nic nie mówił. Pan Stelian, szef legionistów, przybyły bez swojej pani, dał popom znak, aby odprawili mszę na dziedzińcu. A potem wydał głośny rozkaz: „Dziesięciu kamaradów[6] do katafalku!”. Ubrani w zielone koszule mężczyźni przeciskali się przez tłum. Czterech wzięło trumnę na ramiona, natomiast pozostałych sześciu ruszyło do wyjścia z katafalkiem. Na czele szedł Stelian, który samym spojrzeniem torował drogę, mimo że nie ustały jeszcze szeptane protesty.

Kiedy w drzwiach cerkwi pojawił się Stelian, a wraz z nim kamaradzi niosący trumnę oraz katafalk, na dziedzińcu dał się słyszeć szum zadowolonych głosów.

Profesor Raul Barbălată był od wielu lat duchowym przywódcą i podporą kulturalną miasta. Jego erudycję potrafili docenić jedynie: pop, imam, profesor Tase i właściciel księgarni. Zamiast osiedlić się w Bukareszcie, jak to zrobiło wielu wspaniałych synów Medgidii, po doktoracie summa cum laude na Sorbonie Raul wrócił do miasta. Posyłał artykuły i poezje do czasopisma „Myśl” pana Nichifora Crainica, czytał teksty na zebraniach kółka literackiego pana Eugena Lovinescu i został doceniony, ale wiedziony młodzieńczym entuzjazmem zadecydował, że jego misją jest podniesienie rodzinnego miasta do rangi duchowej stolicy całej Dobrudży. Wygłaszał więc wykłady w Konstancy i Tulczy, jeździł też do południowej części regionu[7], aby podsycać tam chwiejny płomień rumuńskości. Jego stowarzyszenie kulturalne „Myśl Dobrudży” miało filie nawet w malutkich miasteczkach Cernavoda i Babadag, gdzie jeździł co najmniej raz do roku na wieczorki literackie z miejscowymi intelektualistami. Odmówił wstąpienia do jakiejkolwiek partii i kiedy Nicolae Iorga zaprosił profesora do Bukaresztu, aby go poznać i oferować stanowisko prefekta województwa, podziękował mu wielce zaszczycony. Nie czuł się na siłach, żeby zwalczać, panie premierze, korupcję w administracji i nie miał zamiaru wchodzić między skorumpowanych. Wtedy miał swoje pięć minut. Dwa lata później większość członków filii jego stowarzyszenia włożyła zielone koszule legionistów i spalała swoją kulturalną energię w marszach i obozach pracy dla społeczeństwa i dla popularności swojego przywódcy, Kapitana Corneliu Codreanu. Barbălată nie poszedł za nimi, mimo że jego przyjaciel Caraeni przekazał mu osobistą propozycję Kapitana, aby się do niego przyłączył. Raul rozumiał niecierpliwość i niezadowolenie młodych członków stowarzyszenia, którzy w polityce upatrywali najkrótszą drogę od osobistych aspiracji do szybszego wydźwignięcia się województwa. Ale jeżeli on nie wierzył w drogi, którymi chadza polityka, to co miał robić? Założył „Myśl Dobrudży”, aby intelektualiści i młodzi studenci, dopiero formujący się duchowo i mogący wstąpić do jakiejkolwiek partii, wytężyli wspólnie umysł i znaleźli w ten sposób drogę do rozwoju regionu. Barbălată nie był masonem, jak sądziło wiele osób w mieście. Nie był też zamaskowanym socjalistą, jak mówili legioniści, aby całkowicie wyciągnąć członków stowarzyszenia spod jego wpływu. Był za to przekonany, że zarówno Dobrudża, jak i cały kraj potrzebują tego, aby ludzie z pomysłami rozmawiali i porozumieli się ponad polityką co do przyszłości. Według Raula nie było już czasu do stracenia. Tydzień temu wypożyczonym samochodem rozpoczął swoje wizyty w filiach organizacji. Kilku jego wiernych towarzyszy, którzy zostali w Tulczy, pytało go, czy nie byłoby lepiej, aby on też przyłączył się do legionistów. Barbălată nawet nie chciał o tym słyszeć: ci młodzieńcy nie zrobili na nim dobrego wrażenia! Mimo że zaczęło się ściemniać, wsiadł do samochodu i wyruszył do Medgidii. Los dopadł go w odległości około dwóch kilometrów przed wjazdem do miasteczka. Samochód stoczył się do rowu i dachował. Szofer, który się przyznał, że zasnął za kierownicą, wyszedł z wypadku z zaledwie paroma siniakami i policzkiem przeciętym przednią szybą. Barbălată był nietknięty, siedział na tylnym siedzeniu, ale twarz przekręciła mu się aż na kark.

Po zakończeniu mszy pan Stelian wygłosił mowę o duchowym dobroczyńcy miasta. Gdyby nie przydarzył się ten niesprawiedliwy wypadek, nasz wielki współobywatel z pewnością zgodziłby się zostać intelektualnym przywódcą jedynego ruchu, który pragnął Rumunii jak świętego słońca na niebie[8]! Słuchając go, sędzia śledczy spytał szeptem posterunkowego Pomeneę, czy przypadkiem kierowca samochodu nie był legionistą. Policjant kiwnął głową, że owszem. Kiedy skończyły się przemowy i karawan miejski przyprowadzono na dziedziniec, kamaradzi odwiązali konie i zajęli ich miejsca. Wspomagani z tyłu przez kolegów wyruszyli na cmentarz, intonując Świętą legionową młodość[9].

Klauzule umowy

Nazajutrz po otwarciu restauracji Stefanek wyruszył piechotą na spacer po mieście. Było zimne, deszczowe popołudnie. Na głównej ulicy prawie pustka. Patrolujący policjant Pomenea, jakieś psy, wozak z drewnem, kilkoro dzieci wracających ze szkoły i mężczyzna w stroju myśliwego w dorożce. Hotel Trajan, małe sklepiki, apteka, dwie piekarnie kilkaset metrów od siebie, urząd miasta, miejska sala balów i spotkań, dwie restauracje, sąd, zakład fotograficzny, jeszcze jeden hotel, meczet, a między nimi domy – takie i owakie. Na wzgórzu osiedle tureckie, z domami bez okien od strony ulicy. Również na wzgórzu samotny, długi budynek, zwany „U Łysego”, a w dolinie baraki pułku piechoty. Stefanek dowiedział się zarówno o długawym domu, jak i o pułku, zanim jeszcze przybył do miasta. U Łysego działał burdel z dwoma oddziałami. Jeden dla oficerów, z wejściem od tyłu, a drugi dla żołnierzy, z wejściem od frontu. Podczas swojej pierwszej ekspedycji przez Medgidię Stefanek chciał znaleźć tani dom do wynajęcia dla siebie i swoich ludzi razem z kelnerami i kucharkami. Wpadła mu w oko posesja koło dworca, ale pan Tudorek, zawiadowca stacji, powiedział Stefankowi, aby dał sobie z nią spokój. Jej właścicielka była wariatką. Dom stał niezamieszkany od wielu lat, jednak nie miał wybitych okien i wyłamanych drzwi. Tu mieściła się siedziba pierwszego komendanta pułku oraz oficerów wygnanych do tego żałosnego tureckiego miasteczka po wojnie o niepodległość[10]. Nikt już nie pamiętał, kto i w jaki sposób zbudował ten dom, ale spadkobierczyni tej osoby nosiła prawie takie samo nazwisko jak major Scipion, aktualny komendant pułku, nazywała się bowiem Scipione. Właścicielka wyrzucała dotąd wszystkich, którzy próbowali wynająć od niej dom, bo nie mogła zostawić go na pastwę byle kogo.

Kiedy Stefanek wrócił ze spaceru, wysłał do pani Scipione telegram z opłaconą odpowiedzią. Zamiast niej trzy dni potem z pociągu przybyłego w porze obiadowej z Bukaresztu wysiadła pani Scipione we własnej osobie, ubrana w żałobne szaty. Towarzyszył jej konus dźwigający walizę, również ubrany na czarno i krzyczący w jej imieniu cienkim głosikiem kastrata: „Który to Theodorescu Stefan, co chce rozmawiać z panią Marią Scipione?”. Kiedy konus rzucił to pytanie, Stefanek był w restauracji, ale udał, że nie słyszy. Wyszedł na peron tylnymi drzwiami na spotkanie niespodziewanego gościa. „Dostojna pani, szacuneczek, nie sądziłem, że pofatyguje się pani osobiście!”. Wdowa zażądała, aby zawołał dla niej dorożkę do przejechania owych stu kroków dzielących dworcowy peron od hotelu Trajan i aby odnalazł służącego, który ma zataszczyć walizę do hotelu. Stefanek wszedł do restauracji i wydał konusowi odpowiednie dyspozycje. Potem wrócił do wdowy Scipione i zaprosił ją do lokalu na małą przekąskę. Kobieta miała wtedy mniej więcej czterdzieści lat, Stefanek zaś, trzydziestopięcioletni galant o niebieskich oczach, którymi mógł obiecać wszystko, zatrzymał ją na obiedzie – rosół z kury, pieczeń dla pani przybyłej z daleka, lodów pani nie polecam, ale może płonący naleśnik, droga pani? Umowę o wynajem podpisali wieczorem, we dwoje, w jej pokoju hotelowym, po ponad trzech godzinach negocjacji.

Później, kiedy Stefanek miał już w mieście oddanych i słownych przyjaciół, mówił im jedynie, że dojrzała wdowa nie daje się przekonać od razu. Jeszcze przez jakieś dwa lata Stefanek często jeździł do Bukaresztu rozmawiać z nią o pewnych spornych kwestiach dotyczących umowy. Gdy się czasami spóźniał, przyjeżdżał po niego konus wdowy, smutny i nieubłagany: „Pani Scipione zamierza rozwiązać z panem umowę, panie Theodorescu”. Kiedy pani Virginica widziała w restauracji komisarza właścicielki, traciła spokój: „Jedź, Stefanku, i zobacz, czego ta wariatka znowu chce!”.

Zegarek kieszonkowy

Portfela, zwanego też Lekką Rączką, można było nazwać dżentelmenem z kilku powodów. Jakież on nosił garnitury i kapelusze! Pantofle z szarymi getrami, rękawiczki z cienkiej skórki i czarną, elegancką laskę do mierzenia kroków. Kelner Januszek znał go z Orient Expressu, gdzie Portfel został kiedyś przeszukany pod zarzutem kradzieży kieszonkowej. Będąc dżentelmenem, Portfel nie zrobił wtedy awantury. Z zimnym wyrazem obrzydzenia na twarzy dał się obmacać i przeszukać. Telegraficznie wystosował skargę do kierownictwa firmy. Otrzymał list z przeprosinami oraz sporą sumkę odszkodowania. Z racji tamtego incydentu, który ubliżył jego godności, nie wsiadł już więcej do Orient Expressu. Jednakże w pociągach, którymi podróżował, zawsze pierwszą klasą, znikały portfele i zegarki kieszonkowe. Policja zaczęła go śledzić. Mniej więcej raz w tygodniu wysiadał o różnych godzinach na dworcu w Medgidii. Nie miał przy sobie bagażu. Januszek natychmiast szykował stolik tylko i wyłącznie dla niego, z szampanem Moët w chłodziarce. Przynosił stopkę cujki[11] i oliwki na zakąskę. Zaraz potem pojawiała się zupa, którą Portfel zakwaszał sobie połówką cytryny. Krwista pieczeń, osobiście doglądana przez Januszka i obracana na ruszcie z zegarkiem w ręku, była gruba na dwa palce i wielka jak talerz. Portfel posypywał ją uważnie pieprzem, na środek kładł końcem noża kawałeczek masła i wyciskał drugą połówkę cytryny, którą chwytał serwetką, aby nie wybrudzić sobie rękawiczek. Jadł bez pośpiechu, nie używał chleba. Do pieczeni pił dwa kieliszki szampana. Zapalał greckie cygaro i patrząc w próżnię niewidzącym wzrokiem, dyskretnie czyścił sobie zęby wykałaczką. Ludzie przy sąsiednich stolikach znali go z widzenia. Na ich pozdrowienia odpowiadał z dystansem, aby któryś przypadkiem się do niego nie dosiadł. Czasem zosta­wał w mieście, w hotelu Trajan przy dworcu, ale najczęś­ciej wsiadał do powrotnego pociągu do Bukaresztu, jak gdyby jedynym celem jego podróży było zjedzenie posiłku podanego przez Januszka w tutejszej restauracji.

W ostatnim czasie ludzie z miasta rozmawiali o wojnie oraz nowym państwie patriotów w zielonych koszulach i pytali się nawzajem, co zrobi Generał po ucieczce z kraju króla Karola razem z tą jego Lupescą[12]. Major Scipion był zdania, że Generał, absolwent Saint-Cyr, chował jakiegoś asa w rękawie. Kolejne wizyty Portfela w dworcowej restauracji przebiegły prawie niezauważalnie. Pociągami przyjeżdżali uciekinierzy z Siedmiogrodu i Besarabii, którzy nie mieli pojęcia, dokąd się udać. Niektórzy, zdezorientowani, gromadzili się w poczekalni albo zostawali na peronie aż do przyjazdu pociągu do Konstancy.

Siadając przy swoim stoliku, Portfel był coraz to smutniejszy. Policja robiła łapanki po pociągach i, co wydawało mu się nie do przyjęcia, można było zostać zatrzymanym do kontroli, nawet jeśli nie istniały żadne dowody winy. Wyjechałby z kraju, ale dokąd miał się udać? Wszędzie wojna już trwała albo za chwilę miała się zacząć. A Ameryka go nie pociągała. Januszek właśnie stawiał mu na stole zakąskę, gdy do restauracji weszło trzech mężczyzn, dwóch policjantów i cywil, który wyciągnął rękę, wskazując na Portfela. Ten ze spokojem i bez pośpiechu poklepał cywila po ramieniu, dając do zrozumienia, że nic się nie dzieje, a następnie wbił wykałaczkę w plasterek suchej kiełbasy. Policjanci zabrali go od stołu. Zanim wyszedł, Portfel poprosił o rachunek i zapłacił. W nocy, kiedy Januszek zdejmował swój czarny kelnerski uniform, poczuł w kieszonce na piersi jakiś przedmiot. Był to kieszonkowy zegarek z urwaną dewizką. Złoty zegarek szwajcarski. Portfela wypuszczono nazajutrz rano. Czekając na pierwszy pociąg do Bukaresztu, przyszedł do restauracji napić się kawy. Januszek ostrożnie wyciągnął zegarek w jego stronę. Portfel odmówił: nie należał do niego, ale dlaczego nie mógłby należeć do Januszka?

Przypisy

[1] W języku rumuńskim słowo slobod oznacza: wolny, uwolniony od pod­daństwa, swobodny (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

[2] Nicolae Iorga (ur. 1871), wielki rumuński historyk i polityk, zamordowany przez faszystowską Żelazną Gwardię w 1940 roku.

[3] Książę Pavel Dmitrievici Kisieliow (1788–1872), znany lepiej pod nazwiskiem w wersji francuskiej Kisseleff, był rosyjskim generałem. W latach 1829 i 1834 przewodził rosyjskiej administracji Wołoszczyzny. Jako ambasador rosyjski w Paryżu był zwolennikiem zjednoczenia ziem rumuńskich. Jedna z głównych ulic Bukaresztu nosi dziś jego imię.

[4] Ada Kaleh (tur. Wyspa-Twierdza; także: Wyspa Karoliny, Neu-Orschowa) – nieistniejąca dziś mała wyspa rzeczna na Dunaju, w Żelaznej Bramie, trzy kilometry na wschód od rumuńskiego miasta Orszowa, zamieszkana przez ludność turecką; modne miejsce wypoczynku przedwojennej elity rumuńskiej.

[5] Miejscowość w Niemczech, słynna m.in. z wyrobu noży.

[6] Kamarad (rum. camarad) – towarzysz, w ten sposób zwracali się do siebie członkowie Legionu Michała Archanioła.

[7] Część Dobrudży utracona przez Rumunię za sprawą Hitlera w 1940 roku na rzecz Bułgarii.

[8] Fragment tekstu z książki szefa ruchu legionowego, Corneliu Zelei Cod­reanu, Dla legionistów (cały fragment brzmi: „Uczyńmy Rumunię taką, jak święte słońce na niebie”).

[9] Hymn faszystowskiego Ruchu Legionowego.

[10] Wojna rosyjsko-turecka z lat 1877–1878, w wyniku której Rumunia uzys­kała niezależność od Turcji.

[11] Cujka (rum. ţuică) – rumuńska wódka, przeważnie ze śliwek.

[12] Elena Lupescu, kochanka, a później żona rumuńskiego króla Karola II Hohenzollerna.