44,90 zł
W świecie, w którym liczy się tylko produktywność, emocje nie są najlepszym doradcą…
Po nieudanej próbie samobójczej Tally musi zmienić szkołę i wykazać się potencjałem, żeby nie zesłano jej do Sektora Wyrzutków. W powrocie do normalności nie pomagają rzucane w jej kierunku spojrzenia, ciągłe szepty, a często wręcz nieukrywana wrogość i pogarda ze strony większości społeczeństwa. Dziewczyna daje sobie 100 dni na podjęcie decyzji czy warto zawalczyć o swoją przyszłość, czy ponownie ze wszystkim skończyć – tym razem skutecznie…
W międzyczasie Reuben, genialny konstruktor, przygotowuje swój projekt do konkursu. Musi go wygrać – to jedyna szansa na odzyskanie warsztatu nieżyjącego ojca. Chłopak nie ma wątpliwości, że jego skrzydlot będzie idealny, ale komisja wymaga też wizualizacji na papierze, a to nie jest jego mocna strona. Zauważył jednak, że ta nowa stale coś rysuje… Może zechciałaby pomóc?
***
W Ulii nie ma miejsca dla ludzi ze słabościami – a uchodzą za nie zarówno niepełnosprawność, jak i posiadanie marzeń. Tu właśnie przyszło żyć Tally, której zmagania z rzeczywistością są boleśnie namacalne. Jej historia pokazuje, że choć nie każdą dziurę w sercu da się zanitować, poszukiwanie swojego miejsca w świecie nie musi być skazane na porażkę... jeśli można je z kimś dzielić.
Joanna W. Gajzler, autorka cyklu „Necrovet”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 434
Prawa autorskie © Magdalena Kowalczyk, 2026
Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być kopiowana i wykorzystywana w jakiejkolwiek formie bez zgody wydawcy i/lub właściciela praw autorskich.
Redaktor prowadząca
Ewelina Bojszczak
Redakcja
Jolanta Szalak
Korekta
Anna Gidaszewska
Opieka promocyjna
Bartosz Wojtaszek
Projekt okładki i stron tytułowych
Ewa Popławska
Projekt typograficzny i łamanie
Justyna Nowaczyk
Wydanie I
ISBN 978-83-8203-532-2
Wydawnictwo Nowa Baśń
ul. Święty Marcin 77/8a, 61-808 Poznań
telefon: 881 000 125
www.nowabasn.com
Rozdział 1
Tally
Nagle zauważam, że wszyscy się na mnie gapią.
No tak, znowu zastygłam nad talerzem. Posyłam tacie ostrzegawcze spojrzenie, które skutecznie powstrzymuje go przed zadaniem natrętnego pytania o samopoczucie. Jemy przez chwilę w milczeniu… ale on wreszcie nie wytrzymuje:
– Na pewno nie chcesz, żeby cię odwieźć? To twój pierwszy dzień.
– Nie trzeba. Co z waszą pracą? I ktoś musi odprowadzić Theo do przedszkola – tłumaczę po raz tysiąc pierwszy i marzę o tym, żeby wrócić do mojego pokoju, zamknąć drzwi, wejść pod kołdrę i najlepiej tam zniknąć. Tak na dobre.
Zamiast tego muszę przetrwać wspólne śniadanie. Wcześniej nie jadaliśmy razem, ale od paru miesięcy zachowujemy się niczym idealna rodzina: siedzimy przy ładnej zastawie, rozmawiając o zwykłych, domowych sprawach. Mój młodszy brat robi głupie miny, tata z wymuszonym uśmiechem próbuje je ignorować, a mama dolewa wszystkim herbaty z imbryka.
Tylko ja burzę ten sielankowy obrazek.
Po jedzeniu łykam kilka kolorowych tabletek. Zawsze robię to ukradkiem, żeby młody nie widział. Przełykam zbyt wielkie piguły i unikam wzroku rodziców. Brakuje mi śmiałości, by spojrzeć w ich twarze.
– To naprawdę dobra szkoła – dodaje mama, nerwowo wycierając obrusem szklankę. Chyba nikt oprócz mnie tego nie zauważa. – Nauczysz się zawodu, a Mia we wszystkim ci pomoże. I nie jest przecież daleko… Możesz wracać na cotygodniowy dzień przerwy, jeśli tylko zechcesz.
– Mamo, to nie ścierka – wtrącam cicho.
Z zakłopotaniem puszcza fragment obrusa, odstawia szklankę i wzdycha.
Zerkam na zegarek. Powinniśmy się zbierać, ale na moim talerzu wciąż leży góra jedzenia. Przełyk ściska mi się w ciasną rurkę, przez którą może się przedostać jedynie herbata. Biorę łyk i niezgrabnie wstaję od stołu.
Rodzina jak na komendę robi to samo. Tata opiekuńczo wyciąga ramię, jakby chciał mnie podtrzymać, mama lamentuje nad moim brakiem apetytu, a brat skacze wokół jak mały psiak. Zbywam ich wszystkich ruchem dłoni i kuśtykam do ciasnego korytarza. Wciąż nie przywykłam do ich zaangażowania. Kiedyś zachowywali się zupełnie inaczej.
Wszystko się zmieniło, po tym jak skoczyłam z mostu.
Staję w swoim ciasnym pokoiku na poddaszu i ostatni raz wodzę wzrokiem po skośnym suficie, tapecie w zielone groszki oraz lekko zużytych meblach. Theo zagląda przez uchylone drzwi. Chichocze. Trochę przeżywa mój wyjazd do szkoły z internatem, ale tak naprawdę cieszy się, że dostanie mój pokój. Zawsze o nim marzył. Leżąc obok mnie na łóżku, niezliczoną ilość razy wyobrażał sobie w tym pomieszczeniu półki na wysłużone maskotki oraz małe biurko, gdzie będzie układał klocki. Może już widział w myślach nowy wzór tapety w misie albo trójkołowce (wciąż nie mógł się zdecydować). Rodzice też odetchną z ulgą – wreszcie będą mogli pozbyć się czteroletniego urwisa ze swojego tapczanu.
Wciągam w płuca znany od dzieciństwa, bezpieczny zapach: drewnianych mebli i wykrochmalonej pościeli. Mój nowy pokój, w internacie, będzie pachniał zupełnie inaczej. Wszystko będzie inaczej. Nie tylko zmieniam miejsce zamieszkania i szkołę. To moja ostatnia szansa na powrót do tak zwanego społeczeństwa. Jeśli zawiodę, już nic nie powstrzyma władz aglomeracji przed zepchnięciem mnie na margines, wprost do spowitego smrodem i ciemnością Sektora Wyrzutków.
Na stację uciągów odprowadzają mnie rodzice oraz ciekawskie spojrzenia przechodniów. Powoli wędrujemy w kierunku peronu, na który podjedzie uciąg numer cztery. Moje spotniałe palce mimowolnie zaciskają się na rączce skórzanej torby. Chcę uciec, ale inni pasażerowie tłoczą się ze wszystkich stron. Są jak szczelny mur, który przesuwa się równolegle w takt moich chwiejnych kroków.
Dobiega nas charakterystyczny dźwięk – uciąg słychać dużo wcześniej, niż widać. Rytmiczny stukot i szum, a potem narastające drgania stalowych szyn obwieszczają pojawienie się zwalistej maszyny. W kłębach dymu dostrzegam wielką, czarną lokomotywę, a za nią rząd brązowych wagonów z szybami drżącymi od wibracji. Wreszcie, po długim koncercie pisków i zgrzytów, stalowa machina wyłania się w całej okazałości. Otulona chmurą pary bucha gorącem jeszcze na chwilę przed otwarciem drzwi.
– Powinnam… – jąka się mama, chaotycznie dotykając to moich ramion, to policzków. – Powinnam była wziąć wolne i pojechać razem z tobą. Może jeszcze…
– Nie, mamo, nie trzeba – ucinam.
Staram się, by mój głos brzmiał spokojnie, ale w środku aż trzęsę się ze strachu na myśl o czekającym mnie wyzwaniu. Tak naprawdę oddałabym wszystko, żeby mama mogła towarzyszyć mi w podróży i później w szkole. Jeszcze nie wyjechałam, a już mi jej brakuje.
– Nie możecie teraz nie pojawiać się w pracy. Wiesz, że władze nas obserwują… Poradzę sobie. Muszę.
Mama miętosi rękawy mojego płaszcza. Jej ręce trzęsą się lekko od zimna lub ze zdenerwowania. Na plecach czuję poklepywanie taty, który lekko popycha mnie do przodu. Dopiero kiedy wchodzę po skrzypiących, żelaznych schodkach, dostrzegam wyraz ulgi na twarzach rodziców. Zastanawiam się, co myślą: „Udało się! Wsiadła!” albo „Rozpocznie nowy rozdział”, a może pełne wątpliwości „Czy tym razem sobie poradzi?”.
Sama jeszcze tego nie wiem.
Rzucam dużą torbę na podłogę, mniejszą kładę na siedzeniu, żeby odgrodzić się nią od reszty przedziału. Zajmuję miejsce przy oknie i wlepiam nieruchomy wzrok w szary świat za nim. Rodzina macha na pożegnanie. Wyglądają, jakby byli rozmazani. Może to tylko brudna szyba. Próbuję odmachać, ale całą uwagę koncentruję na utrzymaniu ust w formie słabego uśmiechu. Byle tylko się nie rozryczeć, nie na ich oczach.
Wreszcie maszyna zaczyna bujać się w przód i w tył. Majestatycznie rusza z miejsca. Słucham powtarzalnego stukotu żelaznych kół, któremu udaje się nieco ukoić mój strach przed nieznanym. Obserwuję, jak za oknem przesuwają się budynki, słupy gazowych latarni i pojedyncze drzewa. W mieście nie ma ich zbyt wiele. Jacyś ludzie wracają z nocnej zmiany w kopalni karbonu, który jest niezwykle wydajnym paliwem kopalnym – główną siłą napędową całej Federacji. Karbon wydobywa się przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, przez trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku, dlatego w naszej aglomeracji górnicy stanowią prawie połowę społeczeństwa. Ci za oknem mają umorusane twarze, puste spojrzenia, zwieszone ramiona. Idą w jednym, długim rzędzie, jakby się umówili albo było im wszystko jedno. W oddali, wśród bezkształtnych chmur wydobywających się z kominów, majaczy wieża ratusza.
Nachodzi mnie natrętna myśl o wysokości konstrukcji – jest na tyle imponująca, że skok z krawędzi dachu na pewno byłby śmiertelny.
Mrugam powiekami, ale niechciane wspomnienia pojawiają się same.
Ucisk w gardle, desperacki krok w nicość, pęd, szok, rozdzierający ból…
CIEMNOŚĆ.
Potrząsam głową, odganiając wizje jak gęste kłęby pary na peronie. Panika. Jest tuż, tuż. Siedzi gdzieś w gardle i zaraz rozpełznie się po całym ciele. Desperacko sięgam do mniejszej torby, tej na siedzeniu. Dotykam wystającego z niej wytartego grzbietu starego szkicownika. Gdy go wyciągam, wciąż trzęsą mi się ręce. Prawie upuszczam ołówek. Dopiero kiedy oprawiony w popękaną skórę zeszyt spoczywa na moich kolanach, powoli rozchodzi się we mnie spokój. Uśmiecham się do rysunków jak do starych przyjaciół. Naprawdę tak je traktuję. To one wiernie towarzyszyły mi przez miesiące wypełnione mrokiem. Nie oceniały. Niczego nie chciały. Były. Po prostu były.
Kartkuję szkicownik. Na ostatniej stronie znalazło się jeszcze trochę wolnego miejsca, gdzie udaje mi się wcisnąć krzywy rysunek. Próbuję naszkicować wjeżdżający na peron uciąg, ale zamiast komina lokomotywy, z chmur zaczyna wyłaniać się chuda wieża ratusza.
Pokrywam to miejsce plątaniną kresek, która przypomina czarny kłąb dymu, i z westchnieniem zamykam szkicownik. Okładka kłapie cicho, obwieszczając, że zakończył się pewien rozdział. Wsuwam zeszyt obok drugiego – oprawionego w tekturę i ze skórzanymi narożnikami, ale zupełnie nowego, pozbawionego tłustych plam po palcach Theo. Posyłam świeżemu szkicownikowi nieśmiały uśmiech niczym nowemu znajomemu. Mam nadzieję, że z nim także się zaprzyjaźnię.
Upiorny pisk kół na szynach wyrywa mnie z rozmyślań o rysunkach. Czy minęły już dwie godziny? Nerwowo nachylam się do okna, próbując rozpoznać miejsce, które przed miesiącem oglądałam z rodzicami podczas wstępnej wizyty.
Zamiast poszarzałych od spalin budynków za szybą migają pnie drzew, a z każdą chwilą pojawia się ich więcej. Szkoła znajduje się na drugim końcu Ulii – naszej rozległej aglomeracji – a dokład-niej na skraju wielkiego, gęstego lasu. Wszystko wskazuje na to, że rzeczywiście zbliżamy się do celu. Zaciski hamulców uciągu szorują po kołach, nakazując zwalistej konstrukcji zwolnić pęd. Maszyna ze złością sapie dymem, aż w końcu się zatrzymuje, podrygując nerwowo.
Wysiadam razem z kilkorgiem uczniów. Prawdopodobnie spędzali dzień przerwy w domach, bo na pewno nie rozpoczynają nauki razem ze mną; właśnie zaczął się październik. Tylko ja jestem nowa.
Idę ze wzrokiem wbitym w kocie łby, co jakiś czas tylko zerkając, czy podążam we właściwym kierunku. Trudno nie trafić do Ulijskiej Szkoły Zawodowej Numer 1, ponieważ wysoki mur ze stosownym napisem i fantazyjnie kutą, żelazną bramą mieści się tuż obok peronu. Tymczasem zgrzytający uciąg odjeżdża w dal, a wraz z nim znika moja ostatnia szansa na powrót do domu.
– Tally! – Znajomy głos i szarpnięcie za łokieć wyrywają mnie z transu. To Mia, moja młodsza o rok kuzynka. Wygląda na zakłopotaną, ale sili się na wesoły ton. – Chodź, zostawimy twoje bagaże w internacie. Mamy zarąbisty pokój! Serio, najlepszy na całym piętrze. No i poznam cię z resztą. Chłopcy są o-błę-dni!
Podnoszę wzrok i jak zwykle wzdycham na jej widok. Mia przypomina lepszy model mnie. Widać między nami jakieś podobieństwo, ale to jej przypadły w udziale długie, lejące się włosy w kolorze miodu, regularne rysy twarzy i gładka cera jak u porcelanowej lalki. Ja policzki mam bardziej piegowate. Usta zwykle zaciśnięte albo ozdobione cynicznym uśmieszkiem, podczas gdy jej są pełne i zawsze różowe. Moje włosy, choć też sięgają za łopatki, mają dziwny odcień, niby można uznać je za jasnobrązowe, ale z rudym połyskiem. Zielone oczy Mii otwierają się do niespotykanych rozmiarów, moje, o bledszym kolorze, sprawiają wrażenie mniejszych.
Cóż, najwyraźniej musiałam gdzieś pobłądzić, kiedy rozdawano urodę.
Wbijam wzrok w ziemię i wlokę się za kuzynką. Kanciasty, ceglany budynek majaczy przed nami wśród drzew. Gmach wydaje mi się olbrzymi, aż ciężki od kryjących się w jego murach trosk, zadań i obowiązków.
Od pierwszego kroku na korytarzu wiem, że powrót do szkoły, nawet jeśli to inna szkoła, to jednak katastrofalny pomysł. Uczniowie niby spokojnie rozmawiają albo pokazują sobie coś w zeszytach, ale tak naprawdę wszyscy PATRZĄ. Ich twarze zbijają się w jasne, bezkształtne plamy odwracające się ukradkiem, gdy przechodzę obok.
– Widziałaś? To ta nowa, co… – dobiega mnie czyjś głos. – No wiesz.
– O rany. Spójrz na jej nogę.
Obce oczy śledzą każdy mój ruch, któremu towarzyszy cichy zgrzyt mechanizmu protezy.
– Kurde, to musiało boleć, co?
– Wariatka… – syczy jeden z uczniów. – Kto normalny robi takie rzeczy?!
– Powinni ją skazać na Sektor Wyrzutków! Szkoła to nie miejsce dla takich popaprańców.
Idę dalej wśród szeptów, zgrzytania protezy i spojrzeń z ukosa. Chowam głowę w ramionach. Koncentruję się na punkcie gdzieś w dole, przede mną. Byle nie patrzeć na boki. Byle nie słuchać. Byle dojść do pokoju…
Imiona i niemrawe powitania docierają do mnie stłumione, jakbym trzymała głowę pod wodą. Mia przedstawia jedną osobę za drugą, ale nie jestem w stanie ich zapamiętać. Chcę tylko przetrwać ten dzień. I kolejny, i kolejny.
Z głównego korytarza skręcamy do prawego skrzydła, gdzie znajdują się pokoje dziewcząt. Chociaż w nowoczesnych budynkach montują już podnośniki, którymi można wjechać nawet na piąte piętro, Ulijska Szkoła Zawodowa ma chyba z dwieście lat, więc nie należy liczyć na tego typu udogodnienia. Gramolimy się trzeszczącymi schodami. Właściwie to tylko ja, bo Mia wskakuje na górę lekko i zgrabnie niczym łania. Przez chwilę zerka niepewnie na moją protezę, próbując ocenić, jak szybko powinna iść. Na pierwszym piętrze wyprzedza mnie i z impetem otwiera drzwi do pokoju na końcu korytarza.
– Witaj w naszym królestwie! – oznajmia i wyszczerza swoje nieskazitelnie białe zęby.
Królestwu brakuje skośnego dachu oraz tapety w groszki. Ściany wyłożono pomalowaną na biało boazerią. Wszędzie unosi się kurz oraz woń starych mebli. Drewnianą podłogę prawie całkowicie zajmują dwa łóżka i dwie małe komódki. W rogu stoi ogromna szafa, którą pewnie ciężko otworzyć, bo znajduje się tuż za posłaniem Mii. Wolne łóżko mieści się w najmniej widocznym kącie, co z miejsca zyskuje moją aprobatę. Poza tym nowy pokój jest prawie tak ciasny jak ten domowy, dlatego biorę oddech pełen nadziei i zdrową nogą przekraczam próg. Muszę dać radę.
Chwilę później kuzynka pogania mnie już do wyjścia. Chciałam rozpakować torby z ubraniami, ale nie zdążę, wkrótce zaczynają się zajęcia.
Pierwszaki uczą się w tym samym budynku, w którym mieszczą się ich pokoje, tyle że na parterze. Wystarczy zejść schodami i skręcić w lewo. Starsze grupy wychodzą na warsztaty techniczne na zewnątrz. Główny gmach szkoły cichnie. Idąc szerokim holem, słyszę tylko walenie własnego serca.
Sama nie wiem, kiedy i jak docieramy wraz z Mią do naszej sali. Przechodzimy przez dwuskrzydłowe, drewniane drzwi. Omiatam wzrokiem pomieszczenie, wdycham zapach kredy, mokrej gąbki i parkietu. Podchodzę do ławki i zastygam. Ktoś pobazgrał blat niecenzuralnymi napisami. Udaję, że nie widzę ukradkowych spojrzeń posyłanych w moim kierunku. Na nikogo nie patrzę. Wchodzi nauczyciel historii, wygląda typowo i uspokajająco: odstający brzuch, niedbale przystrzyżona broda, sweter w romby pod marynarką.
– Dzień dobry państwu! Gotowi na kolejne spotkanie z dawnymi dziejami? – Jego ciepły baryton ucina wszystkie szepty.
Chwilę później nauczyciel leniwie sprawdza obecność. Przy moim nazwisku unosi na moment głowę znad dziennika, ale nic nie mówi. Po dotarciu do końca listy pobłażliwie zerka na tablicę wymalowaną w uśmieszki i serca z inicjałami. Zaczyna opowiadać:
– To był rok wprowadzenia pierwszej, a więc przełomowej, maszyny napędzanej parą. Wynalazcy nazwali ją parociągiem, a, jak zapewne doskonale wiecie, to robotnicy zaczęli używać skróconej nazwy uciąg i tak właśnie…
Moje rozszalałe ze strachu serce stopniowo zwalnia. Powoli koi mnie znajomy rytm notowania, monotonna paplanina nauczyciela, szum kartek i sunących po papierze ołówków.
Mia wierci się obok. Zerkam do jej zeszytu, ale przez całe zajęcia niczego nie zapisała. Zamiast tego posyła uśmieszki w kierunku ciemnowłosego mięśniaka siedzącego pod ścianą. Atleta w skórzanej kurtce głośno przegryza miętówkę i puszcza Mii oczko.
Wzdycham ciężko. Nigdy nie byłam blisko z kuzynką. Mój rozbudowany świat wewnętrzny totalnie nie przyjmował jej płytkiej powierzchowności ani hałaśliwego sposobu bycia. A teraz nie dość, że ponownie wylądowałam w pierwszej klasie, to siedzę z Mią w ławce i dzielę z nią pokój w internacie. Cudownie. Ponownie wzdycham z rozpaczy.
– Co tak dyszysz? – szepcze Mia, wytrzeszczając swoje wielkie, zielone oczy. – Źle się czujesz? Chcesz wyjść?
Opuszczam wzrok. Nauczyciel nas ignoruje, chociaż widzę, jak kontrolnie zerka w moją stronę. On wie. Wszyscy wiedzą. Wszyscy pytają. Nagle każdego interesuje, co myślę, jak się czuję i co chcę powiedzieć.
A ja nie chcę nic mówić. Chcę tylko przetrwać dzień.
