Mechaniczne serca - Magdalena Kowalczyk - ebook + książka

Mechaniczne serca ebook

Magdalena Kowalczyk

0,0
44,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

W świecie, w którym liczy się tylko produktywność, emocje nie są najlepszym doradcą…

Po nieudanej próbie samobójczej Tally musi zmienić szkołę i wykazać się potencjałem, żeby nie zesłano jej do Sektora Wyrzutków. W powrocie do normalności nie pomagają rzucane w jej kierunku spojrzenia, ciągłe szepty, a często wręcz nieukrywana wrogość i pogarda ze strony większości społeczeństwa. Dziewczyna daje sobie 100 dni na podjęcie decyzji czy warto zawalczyć o swoją przyszłość, czy ponownie ze wszystkim skończyć – tym razem skutecznie…

W międzyczasie Reuben, genialny konstruktor, przygotowuje swój projekt do konkursu. Musi go wygrać – to jedyna szansa na odzyskanie warsztatu nieżyjącego ojca. Chłopak nie ma wątpliwości, że jego skrzydlot będzie idealny, ale komisja wymaga też wizualizacji na papierze, a to nie jest jego mocna strona. Zauważył jednak, że ta nowa stale coś rysuje… Może zechciałaby pomóc?

***

W Ulii nie ma miejsca dla ludzi ze słabościami – a uchodzą za nie zarówno niepełnosprawność, jak i posiadanie marzeń. Tu właśnie przyszło żyć Tally, której zmagania z rzeczywistością są boleśnie namacalne. Jej historia pokazuje, że choć nie każdą dziurę w sercu da się zanitować, poszukiwanie swojego miejsca w świecie nie musi być skazane na porażkę... jeśli można je z kimś dzielić.

Joanna W. Gajzler, autorka cyklu „Necrovet”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 434

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Prawa au­tor­skie © Mag­da­lena Ko­wal­czyk, 2026

Wszyst­kie prawa za­strze­żone. Żadna część ni­niej­szej pu­bli­ka­cji nie może być ko­pio­wana i wy­ko­rzy­sty­wana w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez zgody wy­dawcy i/lub wła­ści­ciela praw au­tor­skich.

Re­dak­tor pro­wa­dząca

Ewe­lina Bojsz­czak

Re­dak­cja

Jo­lanta Sza­lak

Ko­rekta

Anna Gi­da­szew­ska

Opieka pro­mo­cyjna

Bar­tosz Woj­ta­szek

Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych

Ewa Po­pław­ska

Pro­jekt ty­po­gra­ficzny i ła­ma­nie

Ju­styna No­wa­czyk

Wy­da­nie I

ISBN 978-83-8203-532-2

Wy­daw­nic­two Nowa Baśń

ul. Święty Mar­cin 77/8a, 61-808 Po­znań

te­le­fon: 881 000 125

www.no­wa­basn.com

Roz­dział 1

Tally

Na­gle za­uwa­żam, że wszy­scy się na mnie ga­pią.

No tak, znowu za­sty­głam nad ta­le­rzem. Po­sy­łam ta­cie ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie, które sku­tecz­nie po­wstrzy­muje go przed za­da­niem na­tręt­nego py­ta­nia o sa­mo­po­czu­cie. Jemy przez chwilę w mil­cze­niu… ale on wresz­cie nie wy­trzy­muje:

– Na pewno nie chcesz, żeby cię od­wieźć? To twój pierw­szy dzień.

– Nie trzeba. Co z wa­szą pracą? I ktoś musi od­pro­wa­dzić Theo do przed­szkola – tłu­ma­czę po raz ty­siąc pierw­szy i ma­rzę o tym, żeby wró­cić do mo­jego po­koju, za­mknąć drzwi, wejść pod koł­drę i naj­le­piej tam znik­nąć. Tak na do­bre.

Za­miast tego mu­szę prze­trwać wspólne śnia­da­nie. Wcze­śniej nie ja­da­li­śmy ra­zem, ale od paru mie­sięcy za­cho­wu­jemy się ni­czym ide­alna ro­dzina: sie­dzimy przy ład­nej za­sta­wie, roz­ma­wia­jąc o zwy­kłych, do­mo­wych spra­wach. Mój młod­szy brat robi głu­pie miny, tata z wy­mu­szo­nym uśmie­chem pró­buje je igno­ro­wać, a mama do­lewa wszyst­kim her­baty z im­bryka.

Tylko ja bu­rzę ten sie­lan­kowy ob­ra­zek.

Po je­dze­niu ły­kam kilka ko­lo­ro­wych ta­ble­tek. Za­wsze ro­bię to ukrad­kiem, żeby młody nie wi­dział. Prze­ły­kam zbyt wiel­kie pi­guły i uni­kam wzroku ro­dzi­ców. Bra­kuje mi śmia­ło­ści, by spoj­rzeć w ich twa­rze.

– To na­prawdę do­bra szkoła – do­daje mama, ner­wowo wy­cie­ra­jąc ob­ru­sem szklankę. Chyba nikt oprócz mnie tego nie za­uważa. – Na­uczysz się za­wodu, a Mia we wszyst­kim ci po­może. I nie jest prze­cież da­leko… Mo­żesz wra­cać na co­ty­go­dniowy dzień prze­rwy, je­śli tylko ze­chcesz.

– Mamo, to nie ścierka – wtrą­cam ci­cho.

Z za­kło­po­ta­niem pusz­cza frag­ment ob­rusa, od­sta­wia szklankę i wzdy­cha.

Zer­kam na ze­ga­rek. Po­win­ni­śmy się zbie­rać, ale na moim ta­le­rzu wciąż leży góra je­dze­nia. Prze­łyk ści­ska mi się w cia­sną rurkę, przez którą może się prze­do­stać je­dy­nie her­bata. Biorę łyk i nie­zgrab­nie wstaję od stołu.

Ro­dzina jak na ko­mendę robi to samo. Tata opie­kuń­czo wy­ciąga ra­mię, jakby chciał mnie pod­trzy­mać, mama la­men­tuje nad moim bra­kiem ape­tytu, a brat ska­cze wo­kół jak mały psiak. Zby­wam ich wszyst­kich ru­chem dłoni i kuś­ty­kam do cia­snego ko­ry­ta­rza. Wciąż nie przy­wy­kłam do ich za­an­ga­żo­wa­nia. Kie­dyś za­cho­wy­wali się zu­peł­nie ina­czej.

Wszystko się zmie­niło, po tym jak sko­czy­łam z mo­stu.

Staję w swoim cia­snym po­ko­iku na pod­da­szu i ostatni raz wo­dzę wzro­kiem po sko­śnym su­fi­cie, ta­pe­cie w zie­lone groszki oraz lekko zu­ży­tych me­blach. Theo za­gląda przez uchy­lone drzwi. Chi­cho­cze. Tro­chę prze­żywa mój wy­jazd do szkoły z in­ter­na­tem, ale tak na­prawdę cie­szy się, że do­sta­nie mój po­kój. Za­wsze o nim ma­rzył. Le­żąc obok mnie na łóżku, nie­zli­czoną ilość razy wy­obra­żał so­bie w tym po­miesz­cze­niu półki na wy­słu­żone ma­skotki oraz małe biurko, gdzie bę­dzie ukła­dał klocki. Może już wi­dział w my­ślach nowy wzór ta­pety w mi­sie albo trój­ko­łowce (wciąż nie mógł się zde­cy­do­wać). Ro­dzice też ode­tchną z ulgą – wresz­cie będą mo­gli po­zbyć się czte­ro­let­niego urwisa ze swo­jego tap­czanu.

Wcią­gam w płuca znany od dzie­ciń­stwa, bez­pieczny za­pach: drew­nia­nych me­bli i wy­kroch­ma­lo­nej po­ścieli. Mój nowy po­kój, w in­ter­na­cie, bę­dzie pach­niał zu­peł­nie ina­czej. Wszystko bę­dzie ina­czej. Nie tylko zmie­niam miej­sce za­miesz­ka­nia i szkołę. To moja ostat­nia szansa na po­wrót do tak zwa­nego spo­łe­czeń­stwa. Je­śli za­wiodę, już nic nie po­wstrzyma władz aglo­me­ra­cji przed ze­pchnię­ciem mnie na mar­gi­nes, wprost do spo­wi­tego smro­dem i ciem­no­ścią Sek­tora Wy­rzut­ków.

Na sta­cję ucią­gów od­pro­wa­dzają mnie ro­dzice oraz cie­kaw­skie spoj­rze­nia prze­chod­niów. Po­woli wę­dru­jemy w kie­runku pe­ronu, na który pod­je­dzie uciąg nu­mer cztery. Moje spo­tniałe palce mi­mo­wol­nie za­ci­skają się na rączce skó­rza­nej torby. Chcę uciec, ale inni pa­sa­że­ro­wie tło­czą się ze wszyst­kich stron. Są jak szczelny mur, który prze­suwa się rów­no­le­gle w takt mo­ich chwiej­nych kro­ków.

Do­biega nas cha­rak­te­ry­styczny dźwięk – uciąg sły­chać dużo wcze­śniej, niż wi­dać. Ryt­miczny stu­kot i szum, a po­tem na­ra­sta­jące drga­nia sta­lo­wych szyn ob­wiesz­czają po­ja­wie­nie się zwa­li­stej ma­szyny. W kłę­bach dymu do­strze­gam wielką, czarną lo­ko­mo­tywę, a za nią rząd brą­zo­wych wa­go­nów z szy­bami drżą­cymi od wi­bra­cji. Wresz­cie, po dłu­gim kon­cer­cie pi­sków i zgrzy­tów, sta­lowa ma­china wy­ła­nia się w ca­łej oka­za­ło­ści. Otu­lona chmurą pary bu­cha go­rą­cem jesz­cze na chwilę przed otwar­ciem drzwi.

– Po­win­nam… – jąka się mama, cha­otycz­nie do­ty­ka­jąc to mo­ich ra­mion, to po­licz­ków. – Po­win­nam była wziąć wolne i po­je­chać ra­zem z tobą. Może jesz­cze…

– Nie, mamo, nie trzeba – uci­nam.

Sta­ram się, by mój głos brzmiał spo­koj­nie, ale w środku aż trzęsę się ze stra­chu na myśl o cze­ka­ją­cym mnie wy­zwa­niu. Tak na­prawdę od­da­ła­bym wszystko, żeby mama mo­gła to­wa­rzy­szyć mi w po­dróży i póź­niej w szkole. Jesz­cze nie wy­je­cha­łam, a już mi jej bra­kuje.

– Nie mo­że­cie te­raz nie po­ja­wiać się w pracy. Wiesz, że wła­dze nas ob­ser­wują… Po­ra­dzę so­bie. Mu­szę.

Mama mię­tosi rę­kawy mo­jego płasz­cza. Jej ręce trzęsą się lekko od zimna lub ze zde­ner­wo­wa­nia. Na ple­cach czuję po­kle­py­wa­nie taty, który lekko po­py­cha mnie do przodu. Do­piero kiedy wcho­dzę po skrzy­pią­cych, że­la­znych schod­kach, do­strze­gam wy­raz ulgi na twa­rzach ro­dzi­ców. Za­sta­na­wiam się, co my­ślą: „Udało się! Wsia­dła!” albo „Roz­pocz­nie nowy roz­dział”, a może pełne wąt­pli­wo­ści „Czy tym ra­zem so­bie po­ra­dzi?”.

Sama jesz­cze tego nie wiem.

Rzu­cam dużą torbę na pod­łogę, mniej­szą kładę na sie­dze­niu, żeby od­gro­dzić się nią od reszty prze­działu. Zaj­muję miej­sce przy oknie i wle­piam nie­ru­chomy wzrok w szary świat za nim. Ro­dzina ma­cha na po­że­gna­nie. Wy­glą­dają, jakby byli roz­ma­zani. Może to tylko brudna szyba. Pró­buję od­ma­chać, ale całą uwagę kon­cen­truję na utrzy­ma­niu ust w for­mie sła­bego uśmie­chu. Byle tylko się nie roz­ry­czeć, nie na ich oczach.

Wresz­cie ma­szyna za­czyna bu­jać się w przód i w tył. Ma­je­sta­tycz­nie ru­sza z miej­sca. Słu­cham po­wta­rzal­nego stu­kotu że­la­znych kół, któ­remu udaje się nieco ukoić mój strach przed nie­zna­nym. Ob­ser­wuję, jak za oknem prze­su­wają się bu­dynki, słupy ga­zo­wych la­tarni i po­je­dyn­cze drzewa. W mie­ście nie ma ich zbyt wiele. Ja­cyś lu­dzie wra­cają z noc­nej zmiany w ko­palni kar­bonu, który jest nie­zwy­kle wy­daj­nym pa­li­wem ko­pal­nym – główną siłą na­pę­dową ca­łej Fe­de­ra­cji. Kar­bon wy­do­bywa się przez dwa­dzie­ścia cztery go­dziny na dobę, przez trzy­sta sześć­dzie­siąt pięć dni w roku, dla­tego w na­szej aglo­me­ra­cji gór­nicy sta­no­wią pra­wie po­łowę spo­łe­czeń­stwa. Ci za oknem mają umo­ru­sane twa­rze, pu­ste spoj­rze­nia, zwie­szone ra­miona. Idą w jed­nym, dłu­gim rzę­dzie, jakby się umó­wili albo było im wszystko jedno. W od­dali, wśród bez­kształt­nych chmur wy­do­by­wa­ją­cych się z ko­mi­nów, ma­ja­czy wieża ra­tu­sza.

Na­cho­dzi mnie na­trętna myśl o wy­so­ko­ści kon­struk­cji – jest na tyle im­po­nu­jąca, że skok z kra­wę­dzi da­chu na pewno byłby śmier­telny.

Mru­gam po­wie­kami, ale nie­chciane wspo­mnie­nia po­ja­wiają się same.

Ucisk w gar­dle, de­spe­racki krok w ni­cość, pęd, szok, roz­dzie­ra­jący ból…

CIEM­NOŚĆ.

Po­trzą­sam głową, od­ga­nia­jąc wi­zje jak gę­ste kłęby pary na pe­ro­nie. Pa­nika. Jest tuż, tuż. Sie­dzi gdzieś w gar­dle i za­raz roz­peł­znie się po ca­łym ciele. De­spe­racko się­gam do mniej­szej torby, tej na sie­dze­niu. Do­ty­kam wy­sta­ją­cego z niej wy­tar­tego grzbietu sta­rego szki­cow­nika. Gdy go wy­cią­gam, wciąż trzęsą mi się ręce. Pra­wie upusz­czam ołó­wek. Do­piero kiedy opra­wiony w po­pę­kaną skórę ze­szyt spo­czywa na mo­ich ko­la­nach, po­woli roz­cho­dzi się we mnie spo­kój. Uśmie­cham się do ry­sun­ków jak do sta­rych przy­ja­ciół. Na­prawdę tak je trak­tuję. To one wier­nie to­wa­rzy­szyły mi przez mie­siące wy­peł­nione mro­kiem. Nie oce­niały. Ni­czego nie chciały. Były. Po pro­stu były.

Kart­kuję szki­cow­nik. Na ostat­niej stro­nie zna­la­zło się jesz­cze tro­chę wol­nego miej­sca, gdzie udaje mi się wci­snąć krzywy ry­su­nek. Pró­buję na­szki­co­wać wjeż­dża­jący na pe­ron uciąg, ale za­miast ko­mina lo­ko­mo­tywy, z chmur za­czyna wy­ła­niać się chuda wieża ra­tu­sza.

Po­kry­wam to miej­sce plą­ta­niną kre­sek, która przy­po­mina czarny kłąb dymu, i z wes­tchnie­niem za­my­kam szki­cow­nik. Okładka kła­pie ci­cho, ob­wiesz­cza­jąc, że za­koń­czył się pe­wien roz­dział. Wsu­wam ze­szyt obok dru­giego – opra­wio­nego w tek­turę i ze skó­rza­nymi na­roż­ni­kami, ale zu­peł­nie no­wego, po­zba­wio­nego tłu­stych plam po pal­cach Theo. Po­sy­łam świe­żemu szki­cow­ni­kowi nie­śmiały uśmiech ni­czym no­wemu zna­jo­memu. Mam na­dzieję, że z nim także się za­przy­jaź­nię.

Upiorny pisk kół na szy­nach wy­rywa mnie z roz­my­ślań o ry­sun­kach. Czy mi­nęły już dwie go­dziny? Ner­wowo na­chy­lam się do okna, pró­bu­jąc roz­po­znać miej­sce, które przed mie­sią­cem oglą­da­łam z ro­dzi­cami pod­czas wstęp­nej wi­zyty.

Za­miast po­sza­rza­łych od spa­lin bu­dyn­ków za szybą mi­gają pnie drzew, a z każdą chwilą po­ja­wia się ich wię­cej. Szkoła znaj­duje się na dru­gim końcu Ulii – na­szej roz­le­głej aglo­me­ra­cji – a do­kład-niej na skraju wiel­kiego, gę­stego lasu. Wszystko wska­zuje na to, że rze­czy­wi­ście zbli­żamy się do celu. Za­ci­ski ha­mul­ców uciągu szo­rują po ko­łach, na­ka­zu­jąc zwa­li­stej kon­struk­cji zwol­nić pęd. Ma­szyna ze zło­ścią sa­pie dy­mem, aż w końcu się za­trzy­muje, po­dry­gu­jąc ner­wowo.

Wy­sia­dam ra­zem z kil­kor­giem uczniów. Praw­do­po­dob­nie spę­dzali dzień prze­rwy w do­mach, bo na pewno nie roz­po­czy­nają na­uki ra­zem ze mną; wła­śnie za­czął się paź­dzier­nik. Tylko ja je­stem nowa.

Idę ze wzro­kiem wbi­tym w ko­cie łby, co ja­kiś czas tylko zer­ka­jąc, czy po­dą­żam we wła­ści­wym kie­runku. Trudno nie tra­fić do Ulij­skiej Szkoły Za­wo­do­wej Nu­mer 1, po­nie­waż wy­soki mur ze sto­sow­nym na­pi­sem i fan­ta­zyj­nie kutą, że­la­zną bramą mie­ści się tuż obok pe­ronu. Tym­cza­sem zgrzy­ta­jący uciąg od­jeż­dża w dal, a wraz z nim znika moja ostat­nia szansa na po­wrót do domu.

– Tally! – Zna­jomy głos i szarp­nię­cie za ło­kieć wy­ry­wają mnie z transu. To Mia, moja młod­sza o rok ku­zynka. Wy­gląda na za­kło­po­taną, ale sili się na we­soły ton. – Chodź, zo­sta­wimy twoje ba­gaże w in­ter­na­cie. Mamy za­rą­bi­sty po­kój! Se­rio, naj­lep­szy na ca­łym pię­trze. No i po­znam cię z resztą. Chłopcy są o-błę-dni!

Pod­no­szę wzrok i jak zwy­kle wzdy­cham na jej wi­dok. Mia przy­po­mina lep­szy mo­del mnie. Wi­dać mię­dzy nami ja­kieś po­do­bień­stwo, ale to jej przy­pa­dły w udziale dłu­gie, le­jące się włosy w ko­lo­rze miodu, re­gu­larne rysy twa­rzy i gładka cera jak u por­ce­la­no­wej lalki. Ja po­liczki mam bar­dziej pie­go­wate. Usta zwy­kle za­ci­śnięte albo ozdo­bione cy­nicz­nym uśmiesz­kiem, pod­czas gdy jej są pełne i za­wsze ró­żowe. Moje włosy, choć też się­gają za ło­patki, mają dziwny od­cień, niby można uznać je za ja­sno­brą­zowe, ale z ru­dym po­ły­skiem. Zie­lone oczy Mii otwie­rają się do nie­spo­ty­ka­nych roz­mia­rów, moje, o bled­szym ko­lo­rze, spra­wiają wra­że­nie mniej­szych.

Cóż, naj­wy­raź­niej mu­sia­łam gdzieś po­błą­dzić, kiedy roz­da­wano urodę.

Wbi­jam wzrok w zie­mię i wlokę się za ku­zynką. Kan­cia­sty, ce­glany bu­dy­nek ma­ja­czy przed nami wśród drzew. Gmach wy­daje mi się ol­brzymi, aż ciężki od kry­ją­cych się w jego mu­rach trosk, za­dań i obo­wiąz­ków.

Od pierw­szego kroku na ko­ry­ta­rzu wiem, że po­wrót do szkoły, na­wet je­śli to inna szkoła, to jed­nak ka­ta­stro­falny po­mysł. Ucznio­wie niby spo­koj­nie roz­ma­wiają albo po­ka­zują so­bie coś w ze­szy­tach, ale tak na­prawdę wszy­scy PA­TRZĄ. Ich twa­rze zbi­jają się w ja­sne, bez­kształtne plamy od­wra­ca­jące się ukrad­kiem, gdy prze­cho­dzę obok.

– Wi­dzia­łaś? To ta nowa, co… – do­biega mnie czyjś głos. – No wiesz.

– O rany. Spójrz na jej nogę.

Obce oczy śle­dzą każdy mój ruch, któ­remu to­wa­rzy­szy ci­chy zgrzyt me­cha­ni­zmu pro­tezy.

– Kurde, to mu­siało bo­leć, co?

– Wa­riatka… – sy­czy je­den z uczniów. – Kto nor­malny robi ta­kie rze­czy?!

– Po­winni ją ska­zać na Sek­tor Wy­rzut­ków! Szkoła to nie miej­sce dla ta­kich po­pa­prań­ców.

Idę da­lej wśród szep­tów, zgrzy­ta­nia pro­tezy i spoj­rzeń z ukosa. Cho­wam głowę w ra­mio­nach. Kon­cen­truję się na punk­cie gdzieś w dole, przede mną. Byle nie pa­trzeć na boki. Byle nie słu­chać. Byle dojść do po­koju…

Imiona i nie­mrawe po­wi­ta­nia do­cie­rają do mnie stłu­mione, jak­bym trzy­mała głowę pod wodą. Mia przed­sta­wia jedną osobę za drugą, ale nie je­stem w sta­nie ich za­pa­mię­tać. Chcę tylko prze­trwać ten dzień. I ko­lejny, i ko­lejny.

Z głów­nego ko­ry­ta­rza skrę­camy do pra­wego skrzy­dła, gdzie znaj­dują się po­koje dziew­cząt. Cho­ciaż w no­wo­cze­snych bu­dyn­kach mon­tują już pod­no­śniki, któ­rymi można wje­chać na­wet na piąte pię­tro, Ulij­ska Szkoła Za­wo­dowa ma chyba z dwie­ście lat, więc nie na­leży li­czyć na tego typu udo­god­nie­nia. Gra­mo­limy się trzesz­czą­cymi scho­dami. Wła­ści­wie to tylko ja, bo Mia wska­kuje na górę lekko i zgrab­nie ni­czym ła­nia. Przez chwilę zerka nie­pew­nie na moją pro­tezę, pró­bu­jąc oce­nić, jak szybko po­winna iść. Na pierw­szym pię­trze wy­prze­dza mnie i z im­pe­tem otwiera drzwi do po­koju na końcu ko­ry­ta­rza.

– Wi­taj w na­szym kró­le­stwie! – oznaj­mia i wy­szcze­rza swoje nie­ska­zi­tel­nie białe zęby.

Kró­le­stwu bra­kuje sko­śnego da­chu oraz ta­pety w groszki. Ściany wy­ło­żono po­ma­lo­waną na biało bo­aze­rią. Wszę­dzie unosi się kurz oraz woń sta­rych me­bli. Drew­nianą pod­łogę pra­wie cał­ko­wi­cie zaj­mują dwa łóżka i dwie małe ko­módki. W rogu stoi ogromna szafa, którą pew­nie ciężko otwo­rzyć, bo znaj­duje się tuż za po­sła­niem Mii. Wolne łóżko mie­ści się w naj­mniej wi­docz­nym ką­cie, co z miej­sca zy­skuje moją apro­batę. Poza tym nowy po­kój jest pra­wie tak cia­sny jak ten do­mowy, dla­tego biorę od­dech pe­łen na­dziei i zdrową nogą prze­kra­czam próg. Mu­szę dać radę.

Chwilę póź­niej ku­zynka po­ga­nia mnie już do wyj­ścia. Chcia­łam roz­pa­ko­wać torby z ubra­niami, ale nie zdążę, wkrótce za­czy­nają się za­ję­cia.

Pierw­szaki uczą się w tym sa­mym bu­dynku, w któ­rym miesz­czą się ich po­koje, tyle że na par­te­rze. Wy­star­czy zejść scho­dami i skrę­cić w lewo. Star­sze grupy wy­cho­dzą na warsz­taty tech­niczne na ze­wnątrz. Główny gmach szkoły cich­nie. Idąc sze­ro­kim ho­lem, sły­szę tylko wa­le­nie wła­snego serca.

Sama nie wiem, kiedy i jak do­cie­ramy wraz z Mią do na­szej sali. Prze­cho­dzimy przez dwu­skrzy­dłowe, drew­niane drzwi. Omia­tam wzro­kiem po­miesz­cze­nie, wdy­cham za­pach kredy, mo­krej gąbki i par­kietu. Pod­cho­dzę do ławki i za­sty­gam. Ktoś po­ba­zgrał blat nie­cen­zu­ral­nymi na­pi­sami. Udaję, że nie wi­dzę ukrad­ko­wych spoj­rzeń po­sy­ła­nych w moim kie­runku. Na ni­kogo nie pa­trzę. Wcho­dzi na­uczy­ciel hi­sto­rii, wy­gląda ty­powo i uspo­ka­ja­jąco: od­sta­jący brzuch, nie­dbale przy­strzy­żona broda, swe­ter w romby pod ma­ry­narką.

– Dzień do­bry pań­stwu! Go­towi na ko­lejne spo­tka­nie z daw­nymi dzie­jami? – Jego cie­pły ba­ry­ton ucina wszyst­kie szepty.

Chwilę póź­niej na­uczy­ciel le­ni­wie spraw­dza obec­ność. Przy moim na­zwi­sku unosi na mo­ment głowę znad dzien­nika, ale nic nie mówi. Po do­tar­ciu do końca li­sty po­błaż­li­wie zerka na ta­blicę wy­ma­lo­waną w uśmieszki i serca z ini­cja­łami. Za­czyna opo­wia­dać:

– To był rok wpro­wa­dze­nia pierw­szej, a więc prze­ło­mo­wej, ma­szyny na­pę­dza­nej parą. Wy­na­lazcy na­zwali ją pa­ro­cią­giem, a, jak za­pewne do­sko­nale wie­cie, to ro­bot­nicy za­częli uży­wać skró­co­nej na­zwy uciąg i tak wła­śnie…

Moje roz­sza­lałe ze stra­chu serce stop­niowo zwal­nia. Po­woli koi mnie zna­jomy rytm no­to­wa­nia, mo­no­tonna pa­pla­nina na­uczy­ciela, szum kar­tek i su­ną­cych po pa­pie­rze ołów­ków.

Mia wierci się obok. Zer­kam do jej ze­szytu, ale przez całe za­ję­cia ni­czego nie za­pi­sała. Za­miast tego po­syła uśmieszki w kie­runku ciem­no­wło­sego mię­śniaka sie­dzą­cego pod ścianą. Atleta w skó­rza­nej kurtce gło­śno prze­gryza mię­tówkę i pusz­cza Mii oczko.

Wzdy­cham ciężko. Ni­gdy nie by­łam bli­sko z ku­zynką. Mój roz­bu­do­wany świat we­wnętrzny to­tal­nie nie przyj­mo­wał jej płyt­kiej po­wierz­chow­no­ści ani ha­ła­śli­wego spo­sobu by­cia. A te­raz nie dość, że po­now­nie wy­lą­do­wa­łam w pierw­szej kla­sie, to sie­dzę z Mią w ławce i dzielę z nią po­kój w in­ter­na­cie. Cu­dow­nie. Po­now­nie wzdy­cham z roz­pa­czy.

– Co tak dy­szysz? – szep­cze Mia, wy­trzesz­cza­jąc swoje wiel­kie, zie­lone oczy. – Źle się czu­jesz? Chcesz wyjść?

Opusz­czam wzrok. Na­uczy­ciel nas igno­ruje, cho­ciaż wi­dzę, jak kon­tro­l­nie zerka w moją stronę. On wie. Wszy­scy wie­dzą. Wszy­scy py­tają. Na­gle każ­dego in­te­re­suje, co my­ślę, jak się czuję i co chcę po­wie­dzieć.

A ja nie chcę nic mó­wić. Chcę tylko prze­trwać dzień.