Wydawca: Książkowe Klimaty Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 314 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Matki - Pavol Rankov

Po wyzwoleniu Czechosłowacji przez Armię Czerwoną w 1945 roku, młoda kobieta o imieniu Zuzana zostaje oskarżona o zdradę kochanka, radzieckiego partyzanta. Zesłana do Gułagu, rodzi syna. Chłopcu udaje się przeżyć. Codzienność Zuzany to wieloletnia walka o przetrwanie wśród kobiet, które więcej dzieli niż łączy. Po śmierci Stalina zesłańcy mogą wrócić do swoich domów. Syn Zuzany będzie jednak, jak przystało na sowieckiego obywatela, nosił czerwoną chustę pionierów wokół szyi... Sześćdziesiąt lat później kobieta rozmawia z pewną studentką, która przygotowuje pracę na temat macierzyństwa w trudnych warunkach.

Opinie o ebooku Matki - Pavol Rankov

Fragment ebooka Matki - Pavol Rankov

MATKI

TOMASZ GRABIŃSKI

Absolwent filologii słowackiej na Uniwersytecie Jagiellońskim (1997), w latach 2009–2014 wicedyrektor Instytutu Polskiego w Bratysławie oraz II sekretarz Ambasady RP w Słowacji, wcześniej m.in. dziennikarz (dział zagraniczny „Gazety Wyborczej”, współpraca ze słowackim dziennikiem „Sme”). Okazyjny członek różnych jury w Słowacji – nagrody literackiej Anasoft Litera (2012), festiwalu teatralnego Nová dráma / New Drama (2013), Nagrody Dziennikarskiej (2012–2014), festiwalu filmowego Febiofest (2015).

Tłumaczy z jęz. czeskiego i słowackiego, oprócz literatury pięknej także eseje i prace historyczne. Jesienią 2014 roku otrzymał nagrodę dla tłumacza książki uhonorowanej Literacką Nagrodą Europy Środkowej Angelus. Była to poprzednia powieść Pavla Rankova Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)

.

Tytuł oryginału słowackiego: Matky

Redakcja: Paulina Orłowska

Korekta: Damian Piechaczek, Krzysztof Cieślik

Projekt okładki: Magdalena Kocińska | O!Studio, o-studio-dtp.com

Projekt układu typograficznego: Wioleta Kowalska | Violet Design, violetdesign.pl

Copyright © by Pavol Rankov and Elpeka s.r.o., 2014

Copyright © for the Polish translation by Tomasz Grabiński 2014

Ten projekt został zrealizowany przy wsparciu finansowym

Komisji Europejskiej.

Projekt lub publikacja odzwierciedlają jedynie stanowisko ich autora i Komisja Europejska nie ponosi odpowiedzialności za umieszczoną w nich zawartość merytoryczną.

Książka została opublikowana dzięki finansowemu wsparciu SLOLIA – Centrum Informacji o Literaturze w Bratysławie.

ISBN: 978-83-64887-63-5

Zaczynamy dyskutować o powieściach historycznych: czy ktokolwiek ma w ogóle prawo je pisać? Przecież powieść historyczna to rzecz o tym, czego autor nigdy nie widział. Oddzielony barierą lat i doświadczeń własnej epoki, autor może wmawiać w siebie ile wlezie, że wszystko sobie jak należy uprzytomnił, ale przecież i tak wżyć się w te odległe sprawy nie będzie w stanie. Czy nie znaczy to, że powieść historyczna zalicza się przede wszystkim do literatury fantastycznej?

Aleksander Sołżenicyn, Archipelag GUŁag 1918–1956, tom 2, rozdz. VI, przeł. Jerzy Pomianowski (Michał Kaniowski)

W beczkach zgromadziliśmy różne akta i świadectwa. Przerażające rzeczy, statystyki, plany obozów i więzień, listy internowanych ludzi, tajne decyzje i, naturalnie, wycinki z gazet. Wszystkie te dokumenty wydawały się nam bardzo ekscytujące, kiedy je zebraliśmy, ale było dziwne, że niedługo później nasza zdobycz wydawała się nam nieinteresująca i powszednia.

Ismail Kadare, Spiritus

Kiedy jednak nachyliła się nad nim, wtedy wyśmiewając okrutnego tyrana, tak powiedziała w języku ojczystym: „Synu, zlituj się nade mną! W łonie nosiłam cię przez dziewięć miesięcy, karmiłam cię mlekiem przez trzy lata, wyżywiłam cię i wychowałam aż do tych lat. Proszę cię, synu, spojrzyj na niebo i na ziemię, a mając na oku wszystko, co jest na nich, zwróć uwagę na to, że z niczego stworzył je Bóg i że ród ludzki powstał w ten sam sposób. Nie obawiaj się tego oprawcy, ale bądź godny braci swoich i przyjmij śmierć, abym w czasie zmiłowania odnalazła cię razem z braćmi”.

Biblia Tysiąclecia, 2 Mch 7, 27–29

HALT!

(niem. stać!)

– Dziwka – szepnęła kobieta. – Pod matczynym dachem… z bolszewikiem.

Przyłożyła do dziurki od klucza drugie oko, jakby w nadziei, że dzięki temu w ciemnym pokoju zobaczy łatwiejszy do zaakceptowania obraz. Znów jednak miała przed sobą tylko sylwetki nagich ciał. Ze złości przygryzła wargę. Następnie powoli się wyprostowała. Jej wzrok padł na migocące ozdoby umieszczone na jodełce wiszącej nad kuchennym stołem. Wydawało się jej, że jedna z bombek zaraz spadnie z końca gałązki. Przesunęła ją. Przeszła przez ciemne pomieszczenie w stronę ławki, ale nie usiadła. Spoglądała na drzwi do pokoju jak na granicę. Nie wiedziała jednak, czy tej ważnej granicy nie może przekroczyć, czy – wręcz przeciwnie – musi to zrobić.

Po chwili kilkoma energicznymi krokami wróciła pod drzwi. Kiedy jej palce zacisnęły się na klamce, ponownie się zawahała. Zabrała powoli rękę i wytarła w fartuch, jakby dotknęła czegoś nieczystego. Przeszła znów przez kuchnię i osunęła się na ławkę. Drewno zaskrzypiało. Kobieta w napięciu patrzyła na drzwi, ale kiedy się nie otwierały, pogroziła w ich stronę pięścią i zniesmaczona zasyczała:

– Zwierzęta w rui. Nic wam nie przeszkadza.

Pokręciła głową i westchnęła.

– Ale to jest mój dom – powiedziała już niemal na głos. – I moja córka.

Dziewczyna wędrowała twarzą po torsie mężczyzny. Twarde włosy łaskotały ją po ustach. Wdychała ostry męski zapach. Kiedy dotarła do pachy, odsunęła się:

– Musimy wymyślić, jak cię wykąpać, żeby mamusia niczego nie zauważyła.

– Czto? – spytał mężczyzna.

– Wykąpię cię. Umyję.

– Mienia myt’ nada? – śmiał się mężczyzna. – Woz’mu snieg…

– Jaki tam śnieg! Wykąpię cię w ciepłej wodzie jak dzieciątko.

– Dzieciątko? – powtórzył mężczyzna.

Uniósł się na łokciu, by widzieć twarz dziewczyny. Przyglądał się jej w jasnym świetle księżyca, które przenikało przez małe okno.

– Kogda wojna zakonczitsia i dietiatko budiet.

Dziewczyna parsknęła śmiechem, przycisnęła dłoń do ust, by stłumić chichot.

– Imia pierwogo malczika budiet Aleksiej – szeptał mężczyzna. – W naszej siemje wsiegda tak bywajet, pierwyj malczik Aleksiej. Aleksiej Aleksiejewicz.

– A z kolei w naszej rodzinie córka ma zawsze imię po matce, Zuzana. Aleksiej i Zuzana.

Dziewczyna odwróciła się na bok i przysunęła do mężczyzny. Podkurczoną nogę położyła mu na brzuchu.

– A kiedy już wojna się skończy?

– Kogda my ubjom wsiech niemcew!

– Wszystkich chyba nie?! Na dole w mieście też żyją Niemcy, to są dobrzy ludzie.

Mężczyzna ją pocałował. Nagle wstał i przycisnął twarz do okna.

– Niemcy! – krzyknął.

Otworzył okno i nagi wyskoczył na dwór. Dziewczyna wyrzuciła za nim karabin.

Ułamek sekundy później otworzyły się drzwi i do pokoju wbiegła matka.

– Zamknij okno, durna babo. Niemcy idą!

Dziewczyna jednak nadal stała. Złożyła ręce, a jej usta szeptały już pierwsze słowa modlitwy. Matka ją odepchnęła, doskoczyła do okna i je zamknęła. W pośpiechu pozbierała porozrzucane części rosyjskiego munduru.

– Halt! – odezwało się na dworze.

Zaraz potem rozległy się strzały i padły rozkazy po niemiecku. Dziewczyna przykleiła twarz do szyby, ale matka znów ją odciągnęła:

– Głupia, załóż koszulę i się połóż! Udawaj, że śpisz. Nigdy go nie widziałaś. Nie mamy z tym nic wspólnego.

Strzelanina nie ustawała.

Naga dziewczyna klęczała na łóżku z głową pochyloną aż do kolan i modliła się mechanicznie.

– Matko Boża, wysłuchaj mnie i pomóż. Matko Boża, wysłuchaj mnie i pomóż. Matko Boża, wysłuchaj mnie i pomóż – powtarzała.

Matka z wojskowym ubraniem w rękach patrzyła na jej nagie plecy.

– Wysłuchaj grzesznicę i pomóż bolszewikowi?! – wysyczała. – Dobrze, że ojciec tego nie dożył.

Ich wzrok się spotkał. Obie właśnie zdały sobie sprawę, że nie słychać już strzałów.

– Mamusiu, oni mi go zabili – wyszeptała dziewczyna.

– Ubierz się i połóż – poleciła jej matka. – Jemu już nie pomożesz, albo uciekł, albo go złapali.

Dziewczyna wykonała polecenie powoli jak dziecko, które jest świadome własnej bezsilności. Matka usiadła na skraju łóżka i grubą kołdrą przykryła nagą córkę.

Wierzchem dłoni pogłaskała ją po policzku:

– Niemcy mogą nadejść w każdej chwili. Będą nas przesłuchiwali. O niczym nie wiesz! Obudziła cię strzelanina. Jego ubranie wrzucę do pieca. I włóż coś w końcu na siebie, ty latawico!

O świcie matka wyszła na dwór. Wzięła z szopy łopatę i zaczęła odgarniać śnieg. W nocy trochę napadało, ale ślady pod oknem pokoju córki były nadal widoczne. Zrobiła kilka ruchów łopatą, zanim dostała się do ziemi.

Przycisnęła twarz do szyby. Córka ciągle klęczała przy łóżku i się modliła.

Kobieta wyruszyła po śladach. Na zmianę odgarniała śnieg albo usypywała go na małe kupki. Przeszła tak przez podwórko i ogród aż pod płot. Jedna żerdka była rozwalona. Kobieta wzięła ją do ręki i z całej siły cisnęła na wielką górę pociętego drewna przy oborze.

– Tę dziurę mamy w płocie już od kilku lat, Herr Offizier. Ciągle nie mogę jej naprawić. Przecież pan wie, że kiedy kobieta jest bez chłopa, to od razu widać to na gospodarstwie. Psie życie, panie oficerze. Hundeleben, Herr Offizier. Frau ohne Mann… Der Frau ohne das Mann…– przygotowywała sobie, co powie Niemcom.

Przerzuciła parę łopat śniegu z ogrodu i zasypała ślady za płotem. Po czym jej wzrok przykuła jakaś rzecz na zboczu.

– Mój Boże – wyszeptała – spraw, żeby to mi się tylko śniło.

W oddali wystawało ze śniegu coś sinego.

Chałupa stała na skraju wsi. Było całkiem możliwe, że oprócz niej i niemieckich żołnierzy nikt inny nie wiedział o martwym ciele w śniegu. Zbocza nie było widać z innych domów, a chodzenie do lasu po drewno było teraz zakazane. Kobieta postanowiła, że jeśli Niemcy nie zabiorą zwłok do południa, to uda się do proboszcza i poprosi go o pomoc. Sprawy dotyczące pochówku to przecież jego zmartwienie.

Córce nic nie powie. Zakazała jej wychodzić z domu i jeszcze jej to powtórzy. I musi przeszkodzić każdemu, kto będzie chciał iść w stronę trupa pod ich oknami. Ochroni córkę. Jest taka młodziutka, z czasem zapomni. Przespała się z nim, ale nie jej jednej to się przytrafiło. Wojna wkrótce się skończy i dziewczyna znajdzie sobie innego. Takiego, który umie wybaczać. I to wszystko zostanie tylko w najtajniejszych wspomnieniach, ukryte jak pod śniegiem.

Kobieta jeszcze raz rzuciła krótkie spojrzenie na zbocze, ale jej uwagę przyciągnął teraz grzmot w oddali. Burza w grudniu ją zaskoczyła. Zagrzmiało znowu, a ona nagle zdała sobie sprawę, że to o tym dudnieniu mówiły wczoraj kobiety po mszy. Kanonada. Zbliża się front. Przeżegnała się.

HALTOWAĆ

(słowac. gwar., z niem. hamować, zatrzymywać)

Słońce było słabe, nawet do obiadu nie było w stanie wysuszyć ziemi nasiąkniętej nocnym deszczem. Zuzana klęczała w mokrej trawie. Trzymała w rękach otwartą książeczkę, choć znała już na pamięć modlitwę za zmarłego męża. Oczy czerwone od płaczu kierowała na sporą stertę niedawno usypanej ziemi.

Niemiecka komendantura nie dała się przekonać proboszczowi i nie pozwoliła pochować rosyjskiego partyzanta w poświęconej ziemi na cmentarzu. Chłopi ze wsi musieli wykopać dół w zamarzniętym gruncie tuż pod górą, dokładnie tam, gdzie go zastrzelono. Ciało przykryto prześcieradłem i pochowano w na szybko zbitej trumnie z nieobrobionych desek. Proboszcz jednak i tak poświęcił grób. Bolszewik czy narodowy socjalista, wobec Boga wszyscy jesteśmy sobie równi, nakrzyczał na protestującego funkcjonariusza Gwardii Hlinki, który pilnował pochówku.

Kiedy przeszedł front, pierwszą myślą Zuzany było, że należy porządnie obmurować grób. Wiedziała, że jej matka nie da na to ani korony, postanowiła więc, że pójdzie z tym do ludzi z nowej rady narodowej. Obawiała się tylko tego, czy nie będą chcieli przenieść Aleksieja w dół na cmentarz albo może jeszcze dalej aż do Związku Radzieckiego. Tu pod górą miała go w pobliżu. Mogła przyjść do niego każdego dnia, czasem nawet ze trzy razy. Matka się gniewała, to prawda, obawiała się, co ludzie sobie pomyślą, kiedy Zuzana tak publicznie opłakuje kochanka bolszewika.

Zuzanie było jednak wszystko jedno. Za kilka tygodni i tak każdy zobaczy, że spodziewa się dziecka. Małego Aleksieja. To na pewno będzie chłopiec. Aleksiej Aleksiejewicz. Już od dłuższego czasu szukała słów, jakimi powiadomi o tym matkę.

Zuzana się przeżegnała. Chciała już zamknąć modlitewnik, ale wtedy jej wzrok padł na dolną część prawej strony, gdzie znajdowała się modlitwa za zmarłych rodziców. Przyszło jej do głowy, że w imieniu swojego dziecka mogłaby się pomodlić za jego ojca. Jedną rękę położyła sobie na brzuchu, jakby chciała połączyć się z dzieckiem, drugą mocno złapała książeczkę, bo wiatr zaczął przewracać kartki:

– Boże, któryś rozkazał czcić ojca i matkę, zmiłuj się nad duszą mojego ojca…

Kiedy Zuzana wracała po zboczu do domu, zauważyła, że od strony ich ogrodu idzie w jej kierunku trzech mężczyzn. Dwaj to byli żołnierze radzieccy, czerwień naramienników na ich mundurach świeciła w chłodnym marcowym słońcu, trzecim był milicjant, ubrany po wiejsku cywil z czerwoną opaską na rękawie. Oby tylko nie chcieli wywieźć stąd gdzieś daleko Aleksieja, przyszło jej znowu do głowy.

– Wy jesteście Zuzana Lauková? – spytał milicjant, kiedy spotkali się na środku łąki.

– Tak, przecież wiecie – odparła Zuzana.

Mężczyzna pogardliwie wydął usta:

– Musicie złożyć wyjaśnienia w pewnej sprawie, pójdziecie z nami.

Żołnierze radzieccy wykazywali nią małe zainteresowanie. Szli z przodu i coś ich żywo bawiło.

– Chodzi o pochowanie Aleksieja? – spytała Zuzana.

– Nie wiem – odpowiedział mężczyzna z czerwoną opaską. – Na dole w Lewoczy wam powiedzą. Weźcie dokumenty i jak chcecie, to też jakieś okrycie. Może znów zacząć padać.

Zuzana przyśpieszyła, by dogonić żołnierzy. Chciała usłyszeć jak najwięcej z ich śpiewnej ruszczyzny, która przypominała jej Aleksieja.

Kiedy przyszli do domu, matka stała już na podwórku.

– Co się dzieje? – spytała.

– Nicziego – uśmiechnął się jeden z żołnierzy i machnął ręką.

– Naprawdę nic – uspokajała matkę Zuzana. – Niech się mama nie niepokoi.

– Musi złożyć wyjaśnienia w pewnej sprawie, pójdzie z nami – milicjant powtórzył swoje wcześniejsze słowa. Odwrócił się do Zuzany i rozkazał wrogo:

– Prędko do środka, po dokumenty. Raz-dwa!

W kuchni Zuzana otworzyła kredens i wzięła z niego swoje dokumenty. Schowała je w modlitewniku.

– Chcecie zabrać też ten śpiewnik? – milicjant był zaskoczony.

– Jeśli będzie trzeba czekać, to chociaż się pomodlę – wytłumaczyła Zuzana.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

Zuzana weszła do pokoju, by wziąć wełnianą chustę. Drzwi pozostały uchylone, więc słyszała, jak matka pyta mężczyznę, czy teraz jest już z Rosjanami. Powiedział jej, że przecież każdy widział, co się działo w okolicznych wsiach, kiedy przechodził tamtędy front. Rosjanie byli rozwścieczeni i ktoś musiał znaleźć odwagę, by ich zhaltować. Matka spytała go drwiąco, czy wcześniej haltował też Niemców. Odparł, żeby lepiej siedziała cicho.

Zuzana pomyślała, że przecież wcale nie musi chodzić po Lewoczy jak stara babka z modlitewnikiem w ręku, więc przebrała się w granatową odświętną spódnicę mamy, która z przodu miała wszytą od wewnątrz kieszeń. Tam włożyła książeczkę.

Przy furtce stał rosyjski samochód. Żołnierze siedzieli już w środku i czekali, aż Zuzana wsiądzie. Matka jednak mocno objęła córkę, przyciskała ją do siebie, jakby nie chciała jej puścić. W końcu milicjant musiał wysiąść z auta, by energicznie odciągnąć córkę od matki. Kobieta rozpłakała się i znów próbowała ująć w ramiona Zuzanę. Milicjant odepchnął ją i krzyknął:

– Uchodi, swołocz!

Rosyjscy żołnierze wymienili między sobą rozbawione spojrzenia.

Zuzana wsiadła i auto ruszyło.

RUBASZKA

(ros. bluza, koszula)

Zuzana rzadko opuszczała rodzinną miejscowość, by udać się do Lewoczy. Ale miasto za każdym razem oczarowywało ją pięknem swoich zabytków. Jej ubogie życie w Zálesnej Porubie kontrastowało z pięknymi domami mieszczan, które jak duże kamienne wspomnienia przywoływały cudowne i światowe życie mieszkańców Lewoczy w minionych wiekach. Zuzanie od czasu do czasu przychodziło do głowy, że urodziła się w złych czasach. Najlepsze już minęły, pozostały po nich tylko te wspaniałe budynki, ale nawet w nich nie żyją już dziś szlachetni i dumni ludzie.

Komenda miejska Narodnogo Komissariata Wnutriennich Diełzajęła dom, z którego widok roztaczał się wprost na rozległy prostokątny plac i klasztor minorytów. Zuzana stała pod oknem na drugim piętrze i obserwowała żywy ruch na placu. Energicznie przechodzili po nim żołnierze radzieccy, trochę wolniej, jakby ostrożniej, poruszali się miejscowi. Korytarz za jej plecami był cichy i pusty, tylko od czasu do czasu ktoś przeszedł z jednego pokoju do drugiego. Czekała tu już dobre pół godziny i nikt nie zwracał na nią uwagi. Albo zapomniano, że ją tu w ogóle przywieziono. Oficer, który chciał z nią rozmawiać, być może musiał wyjść, wezwano go do ważniejszej sprawy, ale ona będzie tu teraz czekać aż do wieczora, a potem będzie musiała wracać sama w nocy aż do Zálesnej Poruby.

W końcu jednak otworzyły się drzwi na końcu korytarza. Pojawiła się w nich kobieta w cywilu i wezwała ją zdecydowanie:

– Zuzana Łajukowa, idite siuda! Bystro!

– Nazywam się Lauková, Zuzana Lauková – poprawiła kobietę, kiedy przechodziła obok niej, po czym weszła do środka.

Znalazła się w dużym pomieszczeniu. Jego większa część była zastawiona meblami przyniesionymi i poustawianymi bez ładu i składu. Tylko przy drzwiach stworzono prowizoryczne biuro ze stołem, naprzeciw którego postawiono dwa krzesła. Na brzegu stała lampa, na środku maszyna do pisania. Dookoła leżały porozrzucane papiery. Między oknem a drzwiami znajdował się metalowy piecyk, a przy nim poukładane drewno. Pomieszczenie było przegrzane.

Radziecka urzędniczka usiadła z jednej strony stołu i wskazała Zuzanie, by usiadła na wprost niej. Dziewczyna zdjęła płaszcz i z wełnianą chustą złożyła go na kolanach.

Urzędniczka spytała Zuzanę, czy znała radzieckiego partyzanta Aleksieja Aleksiejewicza Orłowa.

Twarz Zuzany rozjaśniła się na moment:

– Naturalnie, przecież… – Zuzana mimowolnym ruchem dotknęła swojego podbrzusza. – Przecież często do nas przychodził.

– Często? – urzędniczka z ciekawości uniosła brwi.

– Często. Przychodził do wsi po jedzenie i zawsze zatrzymywał się u nas. Mieszkamy pod górką, w ostatnim domu. Zawsze dorzucałam mu do plecaka słoiczek powideł albo parę jabłek. Dużo tego jednak nie było. Jesteśmy biedne… a poza tym nie chciałam, by mamusia coś zauważyła.

Urzędniczka spytała, komu Zuzana mówiła o wizytach Aleksieja. Dziewczyna odparła, że nikomu nie powiedziała o nich ani słowa. Ludzie wiedzieli, że Aleksiej przychodzi do wsi, przecież wielu dawało mu jedzenie, ale chyba nikt nie wiedział o tym, że przychodzi też do Zuzany. Urzędniczka skinęła głową, że rozumie. Po czym wsunęła papier do walca maszyny do pisania i zaczęła stukać w klawisze. Od czasu do czasu zaglądała do dokumentów, które miała porozkładane na biurku. Wyglądało na to, że nie ma już więcej pytań.

– Zadbamy o grób Aleksieja – powiedziała w końcu Zuzana.

Urzędniczka na chwilę podniosła wzrok znad papierów.

– Obmurujemy, napiszemy nazwisko… Po rosyjsku i po słowacku, tak wypada. Ten grób stanie się pomnikiem wojny i jej ofiary.

Urzędniczka pokiwała głową.

– Krasiwaja idieja.

Ponownie pochyliła się nad papierami i pisała dalej. Potem wstała i podeszła do okna. Otworzyła je i się wychyliła.

– Gienia, priniesi odnu rubaszku – krzyknęła.

Po chwili do pomieszczenia wszedł żołnierz z automatem na ramieniu. W ręce trzymał starą zmiętą koszulę flanelową. Zatrzymał się pod drzwiami, jakby czekał na dalsze polecenia.

Urzędniczka długo mierzyła Zuzanę wzrokiem. Po czym spokojnym, ale zdecydowanym głosem spytała, dlaczego zdradziła Aleksieja. Zuzana nie rozumiała, o czym ona mówi. Urzędniczka powtórzyła swoje pytanie równie spokojnie jak przed chwilą. Zuzana w końcu pojęła, jej źrenice nagle zrobiły się większe, a usta mimowolnie lekko się otworzyły. Wydała cichy, zawodzący dźwięk, ale nie powiedziała ani słowa. Następnie położyła rękę na sercu, jakby zamierzała przysiąc, ale długo nie była w stanie się odezwać.

– Nu… – ponagliła ją urzędniczka.

– Ja, że – dukała Zuzana – zdradziłam Aleksieja? Ja?

– Ty – głos urzędniczki pozostawał niewzruszony.

– Nie. Ja go nie zdradziłam… Ja kochałam Aleksieja.

– Oj! – urzędniczka załamała teatralnie ręce. – Ona lubiła Aleksieja…Faszistskaja bliad’!

Urzędniczka wskazała na swój stół i powiedziała, że Armii Czerwonej udało się zdobyć wiele niemieckich dokumentów. Stopniowo je studiują. Uśmiechnęła się drwiąco i wzięła jedną z kartek. Na przykład tu faszyści zanotowali, że w grudniu odwiedziła ich Zuzana Lauková i poinformowała o ruchu zaopatrzeniowca oddziału rosyjskich bandytów. Zuzana wyciągnęła rękę w stronę tej kartki:

– Pokażcie.

– Niet! – urzędniczka walnęła pięścią w stół. – A tiepier’ snimaj błuzku.

– Nie doniosłam na Aleksieja, pokażcie mi tę kartkę!

– Mołczi i snimaj błuzku.

– Nie doniosłam na Aleksieja, pokażcie mi tę kartkę! – zawołała jeszcze głośniej Zuzana.

Poczuła, jak żołnierz trącił ją w plecy. Odwróciła się i zobaczyła, że mierzy w nią z karabinu.

– Nie doniosłam na Aleksieja – teraz próbowała wytłumaczyć to jemu. – Rozumiecie? Ja go kochałam.

– Snimaj błuzku! – krzyknął żołnierz i palcami pociągnął z przodu swój mundur.

Zuzana w końcu zrozumiała, że chcą od niej, by zdjęła bluzkę. Odwróciła się w stronę urzędniczki i powoli się rozebrała. Położyła bluzkę na stole. Choć miała na sobie jeszcze koszulkę, zakryła piersi rękami, jakby była naga.

– Odieńsia – poleciła urzędniczka i wskazała głową w stronę żołnierza.

Zuzana się odwróciła. Żołnierz podał jej koszulę, którą przyniósł. Bezsilna Zuzana wzięła ją i bezwolnie włożyła. Poczuła, że koszula jest prześmierdła od długo niepranego męskiego potu, ale nie protestowała. Co za różnica, w co się ubiera, jeśli ci ludzie myślą, że zdradziła Aleksieja Niemcom?! Po niespodziewanym oskarżeniu uleciała z niej cała siła. W jej umyśle i ciele osadzała się tępa bezsilność.

Urzędniczka tymczasem wezwała żołnierza do siebie i po cichu coś do niego mówiła. Wydawało się, że ten się z nią nie zgadza. Zuzana próbowała usłyszeć ich słowa. Być może żołnierz przekonywał urzędniczkę, że Zuzana jest niewinna. Być może u niego znalazłaby więcej zrozumienia.

Tak jednak nie było. Zuzana zorientowała się, że tych dwoje nie potrafi się dogadać, gdzie trzeba ją zaprowadzić. Urzędniczka chciała ją wysłać do aresztu, ale żołnierz protestował, tłumacząc, że tam cele są pełne mężczyzn. Lepiej byłoby trzymać kobietę oddzielnie, zamknąć ją bezpośrednio w budynku dowództwa. W piwnicy są jeszcze dwa puste pomieszczenia. W końcu urzędniczka się zgodziła.

Żołnierz pokiwał głową na Zuzanę, by poszła przed nim. Zaprowadził ją na pierwsze piętro do sali z otwartymi drzwiami. Był tam jeszcze większy bałagan niż na górze. Po ziemi walały się płaszcze, marynarki, swetry, spodnie, buty, parasole i otwarte walizki. Zuzana domyśliła się, że koszula, którą teraz ma na sobie, jeszcze przed kilkoma minutami też leżała gdzieś tutaj.

Na środku siedziała na krześle starsza gruba kobieta w mundurze. Kiedy żołnierz z Zuzaną weszli, spojrzała na nich znudzona.

– Licznyj dosmotr – wytłumaczył żołnierz.

Kobieta wstała niechętnie. Zabrała Zuzanie z ręki wełnianą chustę i położyła ją na krześle. Po czym obszukała pod pachami. Potężne ręce przesuwały się powoli w dół. Przez chwilę macała na pasie, wyciągnęła modlitewnik i upuściła go na ziemię. Następnie wyciągnęła gumę ze spódnicy. Wielki palec wskazujący wsadziła też od góry do butów. W końcu odwróciła się do żołnierza i powiedziała, że wszystko w porządku. Żołnierz dał znak Zuzanie, by wzięła chustę z krzesła i wyszła. Kiedy schyliła się po modlitewnik, znów wycelował w nią broń. Potem coś zamamrotał i opuścił lufę karabinu.

GOTT SCHÜTZE DICH

(niem. Niech Bóg cię chroni)

Piwnica była całkiem pusta. Zuzana ukucnęła pod małym oknem, skąd przenikało do wewnątrz jeszcze dość światła, wyciągnęła książeczkę i zaczęła się modlić. Najpierw w imieniu swojego dziecka odmówiła kilka razy modlitwę za zmarłego rodzica, po czym stopniowo dodawała kolejne. Wydawało się jej, że w tej sytuacji pasuje niemal każda modlitwa – za rodziców, za sprawujących władzę, za ojczyznę, za pokój. Nie mogła się jednak skoncentrować na wypowiadanych słowach, ciągle myślała o tym niezrozumiałym położeniu, w którym się znalazła. Wierzyła, że jutro spotka się z całkiem innymi ludźmi, może przyjdzie jakiś bardziej doświadczony oficer i ten naprawdę jej wysłucha. Przypomniała sobie, jak matka zawsze przeklinała bolszewików, i musiała przyznać jej rację.

Kiedy zrobiło się tak ciemno, że nie dało się już czytać, usiadła na książeczce, żeby trochę się ochronić przed chłodem ciągnącym z ziemi. Szeptała modlitwy, które znała na pamięć, jak Anioł Pański i Litania loretańska. Zapadała w krótką drzemkę, ale w tym chłodzie szybko się budziła i modliła się dalej.

W nocy ciężkie drzwi piwnicy nagle się otworzyły i żołnierze wepchnęli do środka dwie postaci. Były to kobiety. W ciemnościach nawet nie zauważyły Zuzany. Rozmawiały między sobą po niemiecku. Na podstawie tego, jak się do siebie zwracały, Zuzana zrozumiała, że są to matka z córką, a po stroju poznała, że kobiety są miejscowe. Córka lamentowała, że Rosjanie z pewnością je zastrzelą. Matka energicznie jej przerwała, powiedziała, że muszą uciec. Chciała przyjrzeć się oknu i wtedy zauważyła Zuzanę. Spytała po słowacku, dlaczego ją zamknięto. Zuzana odparła, że sama nie wie. Kobieta westchnęła, że to też może być powód do rozstrzelania. Córka powiedziała, żeby były ostrożne, i odciągnęła matkę w przeciwległy kąt. Po chwili podeszła do Zuzany starsza z kobiet i po cichu spytała, czy nie dałoby się stąd uciec. Zuzana powiedziała, że nawet nie chce tego próbować, rano będzie się domagała spotkania z jakimś oficerem wyższym rangą i wszystko się wyjaśni. Kobieta niewyraźnie zamruczała i wróciła do córki.

Zuzana usłyszała, jak kobiety się sprzeczają. Nie rozumiała wszystkiego, mówiły po niemiecku i na dodatek szeptem, ale w ich kłótni powtarzały się słowa allein i zusammen.

Po chwili starsza znów zbliżyła się do Zuzany i poprosiła, by odeszła spod okna. Zuzana posłuchała, choć nie wiedziała o co chodzi. Kiedy się odsunęła, kobieta zdjęła buty. Stanęła pod oknem. Oparła się plecami o ścianę i zrobiła z rąk koszyczek. Wtedy podeszła do niej córka, wzięła do ręki but i z pomocą matki wspięła się ku małemu oknu. Zamachnęła się i rozbiła je obcasem. Szkło zadźwięczało, odłamki jakby przecięły ciszę nocy. Wszystkie trzy kobiety znieruchomiały. Stały tak, jakby zaskoczył je sam brzęk szkła. Córka obejrzała się na Zuzanę. To był moment, kiedy mogła je zdradzić.

Zuzana się odwróciła. Chwilę później starsza z kobiet wydała krótkie polecenie. Jej córka zaczęła wybierać z ramy kawałki rozbitego szkła. Podawała je matce, a ta ostrożnie wsadzała je do kieszeni płaszcza. Od czasu do czasu szkło i tak zadźwięczało. Następnie córka złapała się okna i próbowała się wydostać. Ledwo się zmieściła, matka musiała przepychać jej pośladki. W pewnym momencie córka syknęła z bólu. Chyba pocięła się na odłamkach.

Kiedy córka była już na zewnątrz, włożyła ręce przez okno, by wyciągnąć matkę. Dla Zuzany było jasne, że to się nie może udać. Nawet gdyby ona podźwignęła starszą kobietę od środka, to i tak nie przecisnęłaby się przez okno. Świadoma tego była też matka, prawdopodobnie wiedziała o tym od początku, kiedy przygotowywały plan. Na chwilę ścisnęła palce córki, po czym szybko się z nią pożegnała. Odeszła od okna i włożyła buty. Córka jeszcze ciągle trzymała wyciągnięte ręce, przygotowana, by złapać matkę i pomóc się jej wydostać.

Matka wróciła pod okno i powiedziała zdecydowanie:

– Geh schon!

– Nein, ohne dich gehe ich nicht.

– Geh! – nakazała matka i zniknęła w ciemności.

Córka jeszcze przez chwilę kucała pod oknem, po czym wstała. Było widać jej nogi. Jakby w pierwszym momencie nie wiedziały, w którym kierunku się udać, ale w końcu ruszyły się i zniknęły z pola widzenia.

– Gott schütze dich – wyszeptała starsza kobieta.

Następnie powoli podeszła do Zuzany i usiadła obok niej.

– Widzisz, da się – powiedziała. – Nie strzelali. Jak chcesz, tobie też pomogę.

– Nie muszę uciekać, rano mnie wypuszczą – odparła Zuzana.

– Oby – westchnęła kobieta.

Po chwili złapała Zuzanę za rękę.

– Ja jestem Anna.

Przez rozbitą szybę wkradało się do pomieszczenia zimno. Nad ranem na pewno był mróz.

DEN GANZEN KRIEG LANG HABEN WIR UNS GEHASST

(niem. Nienawidziliśmysię przez całą wojnę)

Kiedy rano okazało się, że jedna zatrzymana uciekła, strażnicy chcieli od razu zastrzelić dwie pozostałe. W końcu nie zrobiono tego tylko dlatego, że przyszedł wyższy rangą oficer i postanowił, że potrzebują każdej kobiety, ponieważ i tak jeszcze siedmiu im brakuje. Za chwilę faktycznie przyprowadzono siedem kobiet. Nie miały pojęcia, czego żołnierze radzieccy od nich chcą.

Przyjechały samochody ciężarowe. Zuzanę, starszą Niemkę oraz tych siedem nowych kobiet przymuszono do wejścia do jednego auta razem z około dwudziestoma mężczyznami. W kolejnych ciężarówkach byli tylko mężczyźni. Wszyscy pytali strażników, dokąd ich wiozą, ale oni im nie odpowiadali. Jeśli ktoś powtarzał pytanie zbyt natarczywie, otrzymywał cios kolbą karabinu w brzuch lub w twarz.

Kiedy Zuzana wsiadła na pakę ciężarówki, jej wzrok padł na jedno z okien na piętrze budynku, w którym była siedziba dowództwa. Stała w nim urzędniczka, która wczoraj ją przesłuchiwała. Miała na sobie jej bluzkę.

Auta ruszyły. Zimny wiatr lizał twarz Zuzany jak jakieś natrętne psisko. Rozkaszlała się. Szczypały ją oczy. W nocy się przeziębiła, czuła, że ma gorączkę. Omotała się bardziej chustą.

– Wywożą nas za miasto, żeby rozstrzelać – powiedział jeden z mężczyzn.

– Bzdura, nie marnowaliby na to paliwa, biorą nas na Syberię, na roboty – sprzeciwiał się drugi.

– Są tu też kobiety, nie jedziemy na roboty – nie zgadzał się kolejny.

– Tych, którzy mają więcej szczęścia, rozstrzelają, pozostali trafią na Syberię – zarechotał ktoś inny.

Kiedy zaświeciło słońce, od razu zrobiło się cieplej. Zuzanie wciśniętej między przykucnięte ciała w końcu przestało być zimno. Zasnęła.

Obudził ją wielki krzyk. To radzieccy żołnierze wypędzali ich z samochodów. Ciężarówka stała między kilkoma innymi pojazdami na pustym placu, w pobliżu jakiejś stacji kolejowej. Kiedy Zuzana wyskakiwała z auta, zakręciło jej się w głowie. Pewnie by upadła, ale przytrzymały ją silne ręce jednego z mężczyzn. Ciągle miała gorączkę. Bolały ją nogi, ledwo się na nich trzymała.

Żołnierze ustawiali ich w szeregach, osobno mężczyzn i kobiety. Zuzana zauważyła, że przywieziono tutaj ludzi z wielu miejsc, a to dlatego, że tych kilka kobiet z Lewoczy całkiem zgubiło się wśród osób ustawionych w duży prostokąt. Tylko starsza Niemka była przy niej.

– Anno, gdzie jesteśmy? – spytała ją Zuzana zachrypniętym głosem.

– W Polsce, w Sanoku. – Kobieta przyłożyła dłoń do czoła Zuzany. – Mein Gott, dziewczyno, ty cała płoniesz.

Natychmiast doskoczył do nich młody żołnierz i odepchnął Annę na jej miejsce w szeregu.

Zaczynało się przeliczanie. Między szeregami chodzili żołnierze i głośno liczyli. Kiedy doszli do końca, zameldowali stan innemu żołnierzowi, który zsumował poszczególne szeregi i przekazał wynik dowódcy z przodu. Liczby jednak się nie zgadzały. Musieli liczyć od nowa.

Zuzanie zaczęło się zbierać na wymioty. Kilka razy zapanowała nad ciałem, ale następny skurcz przyszedł tak gwałtownie, że aż zgięło ją w pół. Wymiociny leciały na wszystkie strony. Kobiety wezwały żołnierzy, ale osiągnęły tylko to, że jeden z nich zwyzywał Zuzanę. Anna próbowała mu wytłumaczyć, że Zuzana ma wysoką gorączkę. Żołnierz jednak nie rozumiał, krzyknął na nią, żeby była cicho. Żołądek Zuzany w końcu stał się pusty. Drugi żołnierz zameldował dowódcy, że wszystko jest pod kontrolą. Następnie rozejrzał się nienawistnie po kobietach wokół siebie i groźnie ryknął:

– Mołczitie! Strielat’ budu!

Przed ustawionymi ludźmi stanął radziecki kapitan i dwaj cywile. Oficer powiedział ludziom, że zostali aresztowani, bo pomagali faszystom. Jeden z cywilów tłumaczył jego słowa na niemiecki, drugi z kolei na polski. Kiedy ludzie usłyszeli, o co są oskarżeni, odezwały się liczne głosy protestu. Kapitan uciszył je uniesioną prawicą. Powiedział, że na razie są to tylko oskarżenia, które nie muszą się potwierdzić. Teraz zawiozą ich przed radzieckie sądy. Ci, którzy są niewinni, nie muszą się obawiać, jutro będą z powrotem w domu. Wielu wróciło w ten sposób wczoraj, inni w sobotę, zakończył dowódca.

W końcu nadszedł rozkaz do wymarszu. Kobiety musiały iść w czworoboku, tak jak zostały ustawione. Ich celem była pobliska stacja. Kilkadziesiąt metrów przed peronami stał pociąg towarowy. Drzwi były otwarte, a z nasypu prowadziły do nich wąskie deski.

Przed wagonami żołnierze chcieli rozdzielić czworobok na pięćdziesięcioosobowe grupy. Skoro jednak maszerowano ósemkami, było to dość skomplikowane. Znów zrobiło się zamieszanie. Strażnicy zaczęli krzyczeć i bić kolbami. Cios, który dostała Zuzana, był całkiem słaby, ale to wystarczyło, by upadła na kolana. Anna szybko pomogła jej wstać. Żołnierze chcieli stworzyć nowe czworoboki, tym razem po pięćdziesiąt osób, popychali więc kobiety z jednej strony na drugą. Potem nastąpiło przeliczanie, lecz nawet to nie zakończyło się sukcesem za pierwszym razem.

W końcu wydano rozkaz do wsiadania. Kobiety musiały wbiec do wagonu po podstawionych deskach. Kiedy Zuzana była w połowie, znowu zakręciło jej się w głowie i nogi się pod nią ugięły. Byłaby upadła na ostre kamienie na nasypie, ale strażnik już ją zapamiętał i zwracał na nią uwagę. Złapał ją i złagodził upadek. Wezwał jedną z kobiet i razem wnieśli Zuzanę do wagonu.

Kiedy wsiadła ostatnia z kobiet, drzwi zamknęły się z głośnym metalicznym szczękiem. Pociąg jednak jeszcze długo nie ruszał. Kobiety waliły pięściami w drzwi, bo chciały skorzystać z toalety. Strażnicy najpierw tego nie zauważali, ale kiedy zaczęły też kopać, podeszli do wagonu i wezwali je, by były cicho. Na to rozkrzyczały się niemal wszystkie. Waliły i kopały z jeszcze większą wściekłością. Jedne musiały iść do wychodka, inne męczyło pragnienie. Odpowiedzią była seria z automatu w górną część wagonu. Kobiety w jednej chwili ucichły. Po kulkach pozostały dziurki w deskach, przez które przenikały promienie światła. Zuzana siedziała z głową opartą o ramię Anny.

Większość kobiet w wagonie stanowiły Polki i Niemki.

– Den ganzen Krieg lang haben wir uns gehasst und die Iwans haben uns nun vereint – powiedziała jedna z nich.

Kobiety umówiły się, że nie będą się załatwiać do rynny na drzwiach, gdzie stała śmierdząca woda, ale do dziury, pomiędzy rozszczepione deski w jednym z rogów wagonu, niech wszystko wycieka na zewnątrz. Przedostanie się tam było jednak bardzo trudne, bo wagon był przepełniony siedzącymi i kucającymi ludźmi. Było tylko kilka pryczy i kobiety cisnęły się po dwie, a nawet po trzy.

Choć pierwszą oznaką ciąży Zuzany było to, że niemal bez przerwy chciało jej się sikać, teraz nie czuła takiej potrzeby. Bardziej dokuczało jej pragnienie. Ubranie miała całkiem mokre od potu. Także rękaw płaszcza Anny był wilgotny. Wycierała nim czoło Zuzany.

STAKAN WODY

(ros. szklanka wody)

Pociąg ruszył dopiero w nocy. Nie jechał długo, po kilku godzinach zatrzymał się i drzwi otworzyły się z hukiem. Strażnicy już się zmienili. Ci mieli psy. Zwierzęta zaczęły wściekle szczekać na kobiety.

Zuzanie trzeba było pomóc wysiąść, sama ledwo trzymała się na nogach. W ostrym świetle reflektorów skierowanych na miejsce, gdzie stały, łzawiły jej oczy. Postaci ludzi rzucały w blasku światła długie, przerażające cienie. Znów musiały się ustawić, tym razem w czwórszeregu. W zamieszaniu Zuzana oddzieliła się od Anny i teraz rozpaczliwie jej szukała. Wydawało się jej, że stara kobieta stoi aż na drugim końcu szyku, ale pod światło padające z reflektorów skierowanych prosto w twarze było bardzo źle widać.

Przeliczanie udało się od razu. Z pierwszego rzędu wyciągnięto cztery kobiety i je zabrano. Pozostałe snuły między sobą straszne domysły, co się prawdopodobnie z tymi czterema stanie. Tak samo skończąpewnie wszystkie. Po chwili jednak kobiety powróciły. Każda z nich niosła wiadro wody. Stopniowo obchodziły poszczególne rzędy i pozostałe mogły się napić z cynowych manierek przywiązanych do wiadra.

Woda była lodowata. Zuzana czuła, jak mróz przechodzi jej przez szyję i rozpaloną klatkę piersiową. Próbowała pić powoli, drobnymi łyczkami, ale strażnik to zauważył. Wyrwał jej z rąk manierkę i nakazał, by kobieta, która nosiła wiadro, przesunęła się dalej.

Te z tylnego rzędu miały jeszcze gorzej niż Zuzana. Woda się skończyła i straże już nie pozwoliły jej uzupełnić. Kiedy jedna z kobiet głośno zaprotestowała, strażnik uderzył ją kolbą w ciemię. Kobieta osunęła się i leżała na ziemi bez ruchu. Te, które stały obok, pochyliły się nad nią, ale żołnierz z wycelowaną bronią zmusił je, by znów ustawiły się na swoich miejscach. Kiedy po mniej więcej półgodzinie straże zezwoliły kobietom usiąść na zmarzniętej ziemi, niektóre ostrożnie zbliżyły się do nieruchomego ciała. Wtedy rozeszła się wieść, że ranna nie żyje.

Sąd zaczął się o świcie.

– Osoboje sowieszczanije tiebia ożydajet – zaśmiał się żołnierz, który podszedł do Zuzany.

Choć włożyła pod siebie modlitewnik, była całkiem zdrętwiała od siedzenia i chłodu. Próbowała wstać, ale dostała ataku kaszlu i znów zwaliła się na ziemię. Żołnierz, nieustannie klnąc, pomógł jej wstać. Zaprowadził ją do przerobionego wagonu kolejowego, na którym wisiała radziecka flaga. Był przygotowany tak, że równocześnie mogły się odbywać dwa procesy. Sądziły trzyosobowe komisje. Zuzanę posadzono naprzeciw starego mężczyzny z fajką w ustach, z każdej strony siedział obok niego jeden młodszy. Cała trójka miała na sobie mundury.

Nie wyciągając fajki z ust, najstarszy mężczyzna spytał ją o coś. Zuzana nie rozumiała.

– Imia i familija?! – powtórzył jeden z młodszych.

– Zuzana Lauková.

– Zuzana Łaukowa, licznoje dieło – stary mężczyzna dał polecenie wyszukania akt personalnych.

Drugi z młodych mężczyzn zerwał się w tej chwili i zaczął grzebać w teczkach, które piętrzyły się za jego plecami.

– Nacionalnost’?

– Słowacka.

– Słowackaja? – zdziwił się mężczyzna z fajką. – Odna słowaczka sriedi niemcew i polakow?

Zuzanie wydało się, że to zdanie daje nadzieję, by wyjaśnić, że jest tu przez pomyłkę.

– Tak, jestem Słowaczką! Nie jestem Niemką ani Polką. Doszło do jakiegoś nieporozumienia. Jestem niewinna.

Stary mężczyzna kiwał przecząco głową. Twierdził, że nie przypomina sobie ani jednego przypadku, by zatrzymano kogoś niewinnego. Młody mężczyzna tymczasem meldował mu, że nie może znaleźć akt.

Starzec wyciągnął fajkę z ust i spojrzał przyjaźnie na Zuzanę. Wytłumaczył jej, że potrzebują prawdziwych informacji i szczerego przyznania się. Wystarczy, jak powie, z kim była w kontakcie, a jej wina będzie od razu mniejsza. Zuzana milczała.

– Nu skaży! – ponaglał nerwowo jeden z młodszych.

– Dwadcat’ piat’ let i stakan wody! – postanowił stary mężczyzna i pociągnął z fajki.

W tej chwili podszedł do Zuzany żołnierz, który stał za jej plecami, i ruchem lufy karabinu wskazał jej, by wstała.

– Zuzana Łaukowa! Licznoje dieło! – mężczyzna, który szukał w papierach, machał triumfalnie jasnoszarą okładką.

Zuzana odwróciła się i spojrzała na niego z wdzięcznością. Starszy mężczyzna z fajką ledwo widocznym gestem dał znak strażnikowi, by ją odprowadził. Zuzana chciała coś powiedzieć na swoją obronę, ale wyszli już z pomieszczenia. Członkowie tego prowizorycznego sądu nie byli w stanie rozsądnie ocenić jej sytuacji.

Zuzana stwierdziła, że żołnierz prowadzi ją wprost do długiego pociągu towarowego, który tymczasem podstawiono.

– Powiedzieli, że dwadcat’ piat’ let i stakan wody – przypomniała.

– Idi! – oburzył się na nią żołnierz.

– Stakan wody, tak powiedzieli – nie dała się Zuzana.

– Swołocz niemieckaja! – zaklął żołnierz i poszturchując ją lufą, obrócił Zuzanę, by poszła w stronę budynku, skąd w nocy przyniesiono wiadra.

ORAL HISTORY

(ang. historia mówiona)

– Dalej! – krzyknął docent Voknár i zachmurzony spojrzał na drzwi.

W środku pojawiła się twarz dziewczyny, która nieśmiało spytała:

– Mogę?

– Proszę – mruknął pedagog.

Dziewczyna zamknęła za sobą drzwi, ale zatrzymała się przy nich.

– W jakiej sprawie pani przychodzi? – westchnął Voknár.

– W sprawie pracy magisterskiej.

Twarz docenta się rozpromieniła:

– To w takim razie muszę panią rozczarować! Wszystkie tematy, które wypisałem, są już zajęte i zatwierdzone. Proszę sobie znaleźć innego promotora.

– Nazywam się Herlianska – usprawiedliwiała się dziewczyna. – Wybrałam pański temat już w czerwcu… Jestem jedną z tych zatwierdzonych.

– Aha – twarz Voknára znów się zachmurzyła. – To w takim razie wie pani, że należy wysłać mi tekst pocztą elektroniczną.

– Wysłałam, ale nie odpowiedział mi pan.

– Kiedy?

– No… N-ni-nigdy… – jąkała się zaskoczona studentka. – W ogóle pan mi nie odpowiedział.

Zniechęcony docent przewrócił oczami:

– Kiedy pani mi to wysłała?

– W zeszły poniedziałek.

– Na pewno? – docent pochylił się nad komputerem. – Skoro tak, to powinienem to tu mieć… Jak pani mówiła, że się nazywa?

– Lucia Herlianska.

– Tu pani jest – zrezygnował Voknár. – Proszę usiąść. Przeczytam to sobie.

Konspekt pracy dyplomowej

Tytuł pracy:Formy i specyfika realizacji macierzyństwa w sytuacji granicznej

Imię i nazwisko studentki:Lucia Herlianska

Imię i nazwisko promotora:Doc. Mgr. Peter Voknár, PhD.

Kierunek:Studia środkowoeuropejskie (kod akredytacji: 2012-mag-6/537)

Stopień studiów:magisterski

Cel pracy:Podstawowe założenia teoretyczne pracy będą stanowić źródła psychologiczne, kulturologiczne i socjologiczne na temat macierzyństwa oraz matki jako instytucji społecznej. Aplikując przestudiowane wyniki badań, autorka skoncentruje się na specyficznych sposobach, za pomocą których realizuje się funkcje instytucji macierzyństwa w ekstremalnych warunkach życiowych oraz środowiskach społecznych, na przykład w więzieniu, obozie jenieckim, podczas ucieczki, w podziemiu itp.

Metodyka własnych badań:Częścią pracy będzie analiza przypadku realizowana metodą oral history.

Oral history(synonimy terminolog.: historia mówiona, historia ustna, opowiadanie biograficzne, wspomnienia werbalne) jest to metoda ilościowa zbierania i interpretacji informacji, wykorzystywana w różnych naukach społecznych, przede wszystkim w etnologii, historiografii i socjologii. W tej metodzie naukowiec-badacz oddaje pole laickiemu respondentowi (synonimy terminolog.: narrator, informator, opowiadacz, partycypant), by w formie monologu, ewentualnie luźnej rozmowy (synonim terminolog.: wywiad narracyjny) opisał swoje życie i własne poglądy. Należy odróżniać to, co respondent przeżył, od tego, co respondent usłyszał.

Skorooral historydaje pole do wyrażenia subiektywnych poglądów tzw. zwykłych ludzi (plebeizacja, laicyzacja historii), tym większe wymagania są stawiane wobec naukowca-badacza, by podchodził on krytycznie do uzyskanych informacji i je obiektywizował. Ważna jest przede wszystkim konfrontacja z innymi źródłami, zwłaszcza pisanymi (utrwalonymi, publikowanymi). Tylko w taki sposób oral historymoże z jednej strony przynieść opis codzienności, którego z reguły brakuje w tradycyjnej literaturze nauk społecznych, ale z drugiej strony pozostać mimo to metodą ścisłą.

Naukowiec-badacz powinien mieć jak najmniejszy wpływ na strategię narracyjną (synonim terminolog.: sposób opowiadania), którą wybiera respondent, ponieważ właśnie jego własny i specyficzny sposób opowiadania ułatwia mu prezentowanie myśli i wspomnień. Proces przechodzenia ze wspominania do opowiadania powinien być jak najbardziej naturalny. Tę niezależność stylistyczną respondenta podczas opowiadania należy jednak koniecznie korygować pod względem tematu. Respondent decyduje o tym, jak opowiadać, naukowiec-badacz decyduje, o czym opowiadać.

Idealne jest, jeśli naukowcowi-badaczowi uda się nawiązać bliską relację z respondentem. Potrzeba wzajemnego zaufania okazuje się szczególnie nieodzowna, jeśli temat (albo jego podtematy) ingerują też w sfery intymne czy wręcz tabuizowane. Do nich należą na przykład seks, stosunki międzyludzkie, przekonania religijne, przestępstwa, śmierć bliskich itp.

Opowiadanie respondenta nie stanowi obiektywnego zapisu wydarzeń historycznych, jak one naprawdę się wydarzyły, ale chodzi tu o aktualną rekonstrukcję własnych wspomnień respondenta na temat minionych, subiektywnie postrzeganych wydarzeń. Ze strony respondenta dochodzi zatem do podwójnego subiektywizmu: najpierw subiektywnie postrzegał epokę jako jej uczestnik (aktor), a potem wspomina ją przez pryzmat swoich aktualnych subiektywnych poglądów i wartości. Naukowiec-badacz musi brać pod uwagę też fakt, że poglądy respondenta w okresie, który upłynął od badanego wydarzenia, zmieniały się, z jednej strony pod wpływem skutków wydarzeń, z drugiej pod wpływem mass mediów, opinii publicznej, ideologii epoki, propagandy itp.

Metodaoral historyjest szczególnie istotna podczas badań grup mniejszościowych i ostracyzowanych, które w przeszłości nie miały, ewentualnie do dziś nie mają, platformy artykułowania swoich stanowisk, ewentualnie nie mają w swoich szeregach wystarczającej liczby naukowców, specjalistów od nauk społecznych, postrzegających temat przez optykę grupy (np. położenie Romów z punktu widzenia Romów, życie więźniów według więźniów, subkultura narkomanów oczami jej członków). W ten sposób metodaoral historyprzynosi też informacje, dla których nie istnieje inna forma i inny kanał ich ujęcia w literaturze fachowej danego okresu.