Matka (prawie) idealna - Kerry Fisher - ebook + książka

Matka (prawie) idealna ebook

Kerry Fisher

4,3

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Ktoś ci powiedział, że nie jesteś idealną kobietą i matką?

Uwierz, że jesteś wyjątkowa i ważna.

Idź do przodu i nie oglądaj się za siebie.

Czy sprzątaczka może poczuć się jak księżniczka? Maia Etxeleku jest inteligentną i atrakcyjną młodą kobietą. Nie wierzy jednak w siebie i rzadko zdarza się, żeby ktoś pytał ją poważnie o zdanie. Życzliwa osoba zachęciła ją, aby pomyślała o dokończeniu edukacji przerwanej błędem młodości, a jej szlachetny gest – prawdziwy uśmiech losu – sprawił, że dzieci Mai, Harley i Bronte, mają szanse na naukę w najlepszej w mieście prywatnej szkole.

Są jednak pewne warunki, które należy spełnić, a „błąd młodości” o imieniu Colin – zadufany w sobie partner Mai, leń żyjący z zasiłku dla bezrobotnych – zamiast ją wesprzeć, podcina jej skrzydła. Zdeterminowana, by dać dzieciom lepszą przyszłość, kobieta podejmuje wyzwanie. Ale czy jej się uda w świecie zadzierających nos mamusiek zajętych organicznymi dietami i nicnierobieniem? Czy jej dzieci znajdą przyjaciół wśród uczniów podwożonych do szkoły najnowszymi modelami bentleya?

Ktoś nieoczekiwanie wyciąga pomocną rękę...

A los nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Pełna ciepła i komizmu romantyczna wersja bajki o współczesnym Kopciuszku.

Czytelniczki bestsellerowych powieści Kerry Fisher Posłuszna żona i Sekretne dziecko będą w siódmym niebie!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 409

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: THE NOT SO PERFECT MUM
Opieka redakcyjna: KATARZYNA KRZYŻAN-PEREK
Redakcja: ANNA RUDNICKA
Korekta: ALDONA BARTA, URSZULA SROKOSZ-MARTIUK, ANETA TKACZYK
Projekt okładki: © tashwebber.com
Zdjęcia na okładce © Ira Shumejko / Shutterstock © Dean Drobot / Shutterstock
Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ
Copyright © Kerry Fisher, 2014 All rights reserved © Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2020
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-07180-9
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., 2020 ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: [email protected] Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Dla Steve’a, Camerona i Michaeli

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Kobietom z wyższych sfer, które miały zaniedbane domy, czasem zdarzało się do mnie zadzwonić. Mężczyznom z wyższych sfer nigdy.

Aż do dnia, kiedy w pewien poranek z bezwzględną arogancją wdarł się telefonicznie hałaśliwy pracownik kancelarii. Moje uszy zaprotestowały: odrzuciły bezdyskusyjny ton, przez co były głuche na jego słowa.

– Przykro mi, że to ja muszę pani przekazać złe wieści.

Akurat wróciłam do domu po najgorszym zleceniu w tygodniu – sprzątaniu szatni w najnędzniejszym kompleksie rekreacyjnym w Surrey. Telefon zadzwonił zaraz po tym, jak poszłam na piętro, by wziąć kąpiel i zeskrobać ze skóry każdy ślad po zagrzybionych tynkach i brudzie nagromadzonym w odpływach. Poczłapałam do kuchni zawinięta w ręcznik ledwie zakrywający tyłek, modląc się, by to był Colin z dobrymi wieściami w sprawie pracy. A potem stałam, odsuwając aparat od ucha, żeby woda z moich włosów nie zalała mikrofonu, podczas gdy pan William Bla-bla-bla ryczał z niewielkiej odległości z akcentem, który można by nazwać etońsko-kretyńskim. Dopiero wtedy do mnie dotarło, to co powiedział.

– Profesor Rose Stainton odeszła, niestety, w ubiegły piątek.

Przycisnęłam słuchawkę do czoła, starając się przyjąć do wiadomości, że nie żyje klientka, którą bardzo lubiłam i która przy tym najlepiej mi płaciła. Zmarła moja ekscentryczna sojuszniczka, już nigdy nie usłyszę szokujących komentarzy starszej pani ani nie doświadczę jej nieoczekiwanych przejawów życzliwości. Nawet się z nią nie pożegnałam. Piana spływająca spod ręcznikowego turbanu zmieszała się ze szczypiącymi łzami.

– Pani Etxeleku? Jest tam pani jeszcze?

– Tak, ciągle jeszcze tu jestem.

Nie miałam siły go poprawiać. Nie jestem żadną „panią”. Dawno porzuciłam nadzieję, że Colin wreszcie wydusi z siebie To Pytanie. A moje nazwisko wymawia się Ecz-eleku, a nie Eceleku. Gdyby mój ojciec zechciał pozostać w polu widzenia, aż zdążę się urodzić, w mojej metryce zamiast pustego miejsca widniałoby sympatyczne angielskie nazwisko – Windsor, Jones albo choćby Sidebottom. Zawsze, kiedy o niego pytałam, matka zaciskała usta niczym owadożerna roślina. Przeżyłam zatem trzydzieści sześć lat obarczona baskijskim potworkiem, którego nikt nie potrafi wymówić.

– Jak zmarła?

W swoim głosie usłyszałam drżenie. Oparłam się o ścianę; lodowaty grudniowy powiew ciągnął spod kuchennych drzwi, oblizując moje wilgotne kolana.

– Atak serca.

– Była sama?

– Tak, zdołała wezwać ambulans, ale gdy przyjechał, już nie żyła.

Powiedział to, jakby chodziło o zamówienie z knajpy z chińszczyzną. Najwidoczniej stanowiłam jedynie pozycję na schludnie wydrukowanej liście osób, do których trzeba zadzwonić – do tego jako ktoś, kogo należy powiadomić, że stracił pracę. Mężczyzna zrobił pauzę. Wyobraziłam go sobie, jak siedzi za ciężkim drewnianym biurkiem, zerkając, kto jest następny po „sprzątaczce”. Zapewne nigdy nie przyszłoby mu do głowy, że osoba zarabiająca na życie ścieraniem śladów pasty do zębów z umywalek może się przyjaźnić z kimś spędzającym czas na dyskusjach o Kafce. Zaczęłam hałasować, wrzucając do zlewu brudne miski po płatkach oraz ciskając adidasy i piłkarskie korki na potężny stos obuwia obok kuchennych drzwi. Nie miałam żadnych praw do Rose Stainton. Byłam jedynie babą z mopem, popychadłem od szorowania kubła na śmieci.

– Tak czy owak, dzwonię częściowo dlatego, że jej prawnik chciałby się z panią spotkać – oświadczył.

– Prawnik? Coś zginęło? – spytałam przerażona.

Nie mogło przecież chodzić o podpórki do książek, które dostałam od starszej pani. Nawet nie lubiłam tych papuzich głów. Z doświadczenia wiedziałam, że prawnicy nie należą do ludzi, którzy chcieliby się z tobą spotkać ot tak. Otrzymują jedynie polecenie, by to zrobić. Mężczyźni w średnim wieku, w opiętych koszulach, przybywający na posterunek policji, żeby rozgrzebywać żałosne historie narkomanów, pijaków i zwyczajnej hołoty zamieszkującej nasze osiedle. Ludzie, którzy niejeden raz ratowali Colinowi jego nędzny tyłek.

– Nie, pani Etxeleku. Nie, oczywiście nic z tych rzeczy. Przypuszczam, że testament pani profesor zawiera coś, co pan Harrison chciałby z panią omówić.

Dopiero kiedy odłożyłam telefon, powoli zaczęło mnie opuszczać odrętwienie. Zęby mi szczękały. Włożyłam spodnie od dresu, które Colin porzucił na krześle, i chwyciłam z suszarki długi kardigan, wciąż jeszcze wilgotny. W filmach widzi się ludzi wybuchających płaczem, szlochających: „Po prostu nie mogę uwierzyć, że odeszła”. Tymczasem ja zaczęłam wrzeszczeć:

– Koszmarne! Potworne! Straszliwe! Upiorne! Okropne! Kurde! – Była to jedna z ulubionych zabaw pani profesor: kazała mi wymyślać najróżniejsze słowa oznaczające to samo.

Kiedy doszłam do „kurde”, zabębniłam w szybę na stukniętego sąsiada, bo znowu przerzucał przez dziurę w naszym płocie kupę swojego teriera. Celował w basen, który od lata zdążył się zmienić w oślizgły zielony dom dla pluskolców i innej dzikiej fauny. Sąsiad pogroził mi szuflą i wyszczerzył się jak wariat.

Pani profesor zawsze rozmawiała ze mną, jakby moje zdanie było ważne. Znała się na Szekspirze, Dickensie i zagranicznych pisarzach, o których nigdy nie słyszałam. Bardzo lubiła Gabriela Garcíę Márqueza i ciągle mnie prosiła o wymawianie różnych hiszpańskich słów. Krępowało mnie to, bo najczęściej rozmawiałam z mamą po angielsku – a w każdym razie w dziwacznej odmianie tego języka, jaką się posługiwała. Żałowałam, że nie mówiła ze mną częściej po hiszpańsku czy nawet po baskijsku. Ale Sandbury w latach siedemdziesiątych nie było miejscem dla cudzoziemców, tylko angielską mieściną targową, gdzie do największych atrakcji przy głównej ulicy zaliczały się sklep z wełną, szewc i punkt filatelistyczny. Mama uważała Anglię za kraj nieograniczonych możliwości. Nawet jeśli sama mówiła jak idealna kandydatka do roli żony Manuela z Hotelu Zacisze, była gotowa stanąć na rzęsach, żeby jej córka nie wyrażała się jak imigrantka „z drugiej klasy”.

Dałam sobie spokój ze sprzątaniem utytłanej do granic możliwości kuchni i ciężko usiadłam na krześle. Odsunęłam na bok brudny talerz Colina i poszukałam formularza zgłoszeniowego Uniwersytetu Otwartego, który przyszedł tego ranka. W tym tygodniu chciałam powiedzieć pani profesor, że zamierzam się w końcu zapisać na zajęcia. Nie mogłam się doczekać jej reakcji – wiedziałam, że się ucieszy, a zwykle w takich sytuacjach, zapominając o manierach, machała z podnieceniem rękami, co często kończyło się przewróceniem stojącej na tacy porcelanowej filiżanki. Rozśmieszała mnie, gdy próbowała przeklinać. Rzucała czasem „kurde mol” albo „jasna cholera”, ale nigdy nie wyrażała się jak Colin po kilku guinnessach. Raczej jakby eksperymentowała, testowała obelżywe określenia. Uwielbiałam jej sposób mówienia, wszystkie te idealnie wypowiadane słowa z każdą literą na swoim miejscu. Nigdy nie wykorzystywała języka, by mnie poniżyć.

Podarłam formularz na drobne kawałeczki, niczym pusty los loteryjny. Mowy nie ma, żebym teraz mogła sobie pozwolić na naukę. Obserwowałam papierki sfruwające na korkową podłogę, zauważając kolejny raz, że nieważne jak często ją szoruję, coś lepkiego zawsze pozostaje w szparach między płytkami. Nawet sprzątać nie umiem porządnie. Nabiłam sobie głowę dzikimi pomysłami o zrobieniu dyplomu, a przecież to znacznie przekraczało moje możliwości. Sądziłam jednak, że jeśli dzieci zobaczą moje starania, by coś osiągnąć, także zaczną mierzyć odrobinę wyżej. W podstawówce w Morland, skąd nauczyciele dawali nogę po dwóch semestrach, a od kształcenia ważniejsze były techniki panowania nad tłumem, raczej trudno o wzorce do naśladowania.

Nie było sensu mazgaić się z powodu rzeczy, których i tak nigdy nie zmienię. Nie zamierzałam się też oddawać ponurym rozmyślaniom o tym, jak przerażona i samotna w ogromnym domu poczuła się pani profesor, gdy zrozumiała, że jej kruche, stare serce na dobre odmówiło posłuszeństwa. Miałam nadzieję, że zmarła w bibliotece otoczona książkami, które ukołysały ją do snu. Zaczęłam polewać wybielaczem zaplamione kawą laminatowe blaty, by się oderwać od wizji jej postaci, schylonej w fotelu ze spękanej brązowej skóry, z siwymi włosami wysuwającymi się ze spinek, z herbatą – zawsze earl grey – stygnącą przy łokciu. Wybielacz szczypał moją spierzchniętą skórę. Przysięgłam pani profesor w duchu, że już nigdy nie połknę litery „t”, i wyrecytowałam na głos:

– „Little, computer, water, butter”.

Drzwi wejściowe otwarły się gwałtownie. Colin pokonał ciężkim krokiem korytarz prowadzący do kuchni, roznosząc błoto po podłodze. Nie skomentowałam. Prawdę mówiąc, celowo odwróciłam wzrok. Zawsze po powrocie z pośredniaka był cholernie nabuzowany. A talerzy zostało tak niewiele, że wkrótce będziemy jeść wprost ze stołu.

– Jezu, to miejsce to jakaś kpina. Prędzej można tam złapać cholerną gruźlicę niż robotę. I te durnowate pytania: „Ile podań wysłałeś w zeszłym tygodniu? Czy byłeś na jakichś rozmowach o pracę?”. Jakby urządzali pieprzony wywiad, kiedy masz komuś pomalować korytarz.

– Ale powiedzieli, że będziesz dalej dostawał pieniądze? – zapytałam i wstrzymałam oddech.

– No, za miesiąc mają zrobić „kontrolę”. Siedemdziesiąt funciaków tygodniowo to zawsze lepsze niż nic, przynajmniej jakoś przebiedujemy święta – ciągnął, rozdzierając paczkę herbatników.

Chociaż bezrobocie spadło, Colin wciąż stękał i kwękał, święcie przekonany, że wykończeniówka nie podniesie się jeszcze długo. „Malowanie łazienki to nie priorytet, prawda? Zapamiętaj moje słowa, dla mnie roboty nie będzie jeszcze długo”.

Z pewnością, że żadne zlecenie nagle się nie napatoczy, rozwalił się na kuchennym krześle i zaczął pochłaniać markizy waniliowe jak chomik gromadzący zapasy na wypadek klęski głodu. W odróżnieniu ode mnie był wysoki, więc przez jakiś czas mogło mu to uchodzić na sucho, ale sześciopak zdobyty dzięki pracy fizycznej powoli niknął pod warstwą gromadzonego dzień po dniu sadła.

Chciałam mu opowiedzieć o Rose. Przez jeden krótki moment zamierzałam poszukać u niego oparcia. Położyć mu głowę na ramieniu, pozwolić, by mnie gładził po włosach, i porządnie się wypłakać, aż cała będę się trzęsła, a moje oczy spuchną jak piłki golfowe. Próbowałam sobie przypomnieć, czy w ciągu ostatnich blisko dziewiętnastu lat choć raz zwróciłam się do niego o pomoc. A przecież musiałam mu oznajmić, że od teraz gotówki będzie jeszcze mniej. Nie oczekiwałam bynajmniej, że zrekompensuje ten brak. Zresztą i tak nie mogłabym przeznaczyć pieniędzy na dyplom Uniwersytetu Otwartego. Colin uważał naukę za stratę czasu, bo ten lepiej poświęcić na oglądanie telewizji. Po co sięgać gwiazd, skoro wystarczy zmienić kanał?

Policzyłam do trzech.

– Rose Stainton zmarła w piątek.

– Co, ta stara nadęta krowa z rezydencji? Jezu, Maia, skąd my teraz wytrzaśniemy forsę? Nie mogła wybrać gorszej chwili. Tyle lat narzekała, a musiała akurat teraz kopnąć w kalendarz. Zapłacą ci przynajmniej za wyprzątnięcie gratów po niej? Lepiej rusz tyłek i zacznij szukać innej roboty.

Odsunął ze zgrzytem krzesło i zaczął przetrząsać kredens, jakby jego życie zależało od znalezienia puszki ravioli. Próbowałam sobie przypomnieć, czym tak właściwie mnie kiedyś zafascynował. Dlaczego pokochałam go tak mocno, by urodzić mu dwoje dzieci. Może to jego skłonność do buntu i krnąbrność wydawały mi się nad wyraz romantyczne, i dlatego uciekałam z lekcji na całe dnie do Brighton, żeby jeść wspólnie na plaży rybę z frytkami, dygocąc pod podestem dla orkiestry, owinięci razem moim szalem. Wydawał się taki olśniewający i dorosły: dwudziestolatek z motocyklem i rudawoblond dziką czupryną. Ku przerażeniu nauczycieli odpuściłam sobie egzaminy kończące liceum i wszelkie szanse na studia, a potem gruntownie wdeptałam w ziemię marzenia matki, wybierając karierę na kasie w Tesco. Wkrótce awansowałam na szefową działu delikatesów serwującą jajka po szkocku. Następnie wspięłam się na niebywałe wyżyny, sprzedając w budzie smażoną rybę z frytkami, ale to teraz osiągnęłam zawodowy szczyt, sprzątając u ludzi, którzy prędzej by umarli, niż powiedzieli „kibel” zamiast „toaleta”, a mimo to regularnie zasikiwali podłogę.

Nareszcie dorosłam. Najchętniej wygłosiłabym w tej chwili tyradę o odpowiedzialności, rozwaliła Colinowi czaszkę deską do krojenia i zachichotała upiornie. Tymczasem zaparzyłam mu herbatę i rozmawiałam z nim tonem, jakiego używałam wobec Harleya i Bronte, kiedy byli mali i nie chcieli się położyć.

– Wywieszę ogłoszenie na poczcie. Dzwoniłeś do tego gościa z placu budowy, który wspominał, że będą szukać kogoś do malowania szkoły?

– No, jasne. Straciłaś robotę i od razu wsiadasz na mnie. Wbij sobie do tej tępej głowy, Maia: kryzys kredytowy wcale się nie skończył. Ludzie nie zamierzają marnować forsy, żeby odświeżyć sypialnię dla gości.

– Wiem, ale chodziło o szkołę, więc pomyślałam tylko...

Radio Mercury ryknęło na cały regulator, zagłuszając to, co pomyślałam.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki