Martwy punkt pomiarowy - Łukasz Nester - ebook

Martwy punkt pomiarowy ebook

Łukasz Nester

0,0

Opis

W czasie nocnego ultramaratonu nikt nie powinien zniknąć bez śladu.

Każdy zawodnik ma przypisany chip. Każde przekroczenie maty pomiarowej zostaje zapisane w systemie. Organizatorzy widzą międzyczasy, kibice obserwują wyniki, a sponsorzy czekają na rekord, który pomoże im wypromować wydarzenie.

Elektroniczny pomiar czasu ma być nieomylny.

Do chwili, gdy w pobliżu jednego z punktów kontrolnych zostaje odnalezione ciało.

Wszystko wskazuje na to, że morderca znajdował się na trasie. Problem w tym, że dane z systemu zapewniają głównemu podejrzanemu pozornie niepodważalne alibi. W chwili zbrodni jego chip został zarejestrowany wiele kilometrów dalej. Wynik widnieje w oficjalnej klasyfikacji, potwierdzają go kolejne punkty pomiarowe, a cyfrowy zapis nie pozostawia miejsca na wątpliwości.

Przynajmniej w teorii.

Kiedy rozpoczyna się walka o prawdę, organizatorzy próbują uratować reputację zawodów, sponsorzy chronią zainwestowane pieniądze, a ktoś usuwa z systemu kolejne fragmenty danych. W świecie sportowych ambicji, wielkich kontraktów i bezwzględnej rywalizacji wynik może być wart znacznie więcej niż medal.

Może zapewnić prestiż.

Może przynieść fortunę.

Może również ukryć zbrodnię.

Im więcej nieprawidłowości wychodzi na jaw, tym trudniej ustalić, kto naprawdę pojawił się na martwym punkcie pomiarowym. Czy można sklonować chip zawodnika? Kto miał dostęp do systemu? Dlaczego część zapisów zniknęła? I komu najbardziej zależy na tym, aby oficjalne wyniki nigdy nie zostały zakwestionowane?

Podczas gdy uczestnicy biegną przez ciemny las, śledztwo zmienia się w wyścig z czasem. Każdy kolejny kilometr może prowadzić do rozwiązania zagadki albo do następnej starannie przygotowanej pułapki.

„Martwy punkt pomiarowy” to mroczny thriller kryminalny osadzony podczas nocnego ultramaratonu — w świecie elektronicznego pomiaru czasu, sportowych sponsorów i wyników, które mogą zapewnić nie tylko zwycięstwo, ale również doskonałe alibi.

Bo czas można zmierzyć z dokładnością do setnych części sekundy.

Znacznie trudniej zmierzyć, jak daleko ktoś jest gotów się posunąć, aby wygrać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 519

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Okładka

Martwy punktpomiarowy

Thriller kryminalny

Łukasz Nester

Nota wydawnicza

Martwy punkt pomiarowy

© 2026 Łukasz Nester. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Wydanie elektroniczne, 2026

Niniejsza powieść jest utworem fikcyjnym. Nazwiska, postacie, miejsca i zdarzenia są wytworem wyobraźni autora lub zostały użyte w sposób fikcyjny.

Bez pisemnej zgody właściciela praw autorskich żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana, z wyjątkiem przypadków dozwolonych prawem.

Prolog

Ostatni odczyt

Milena Radecka spojrzała na zegarek po raz czwarty w ciągu ostatnich pięciu minut.

Dochodziła dwudziesta trzecia. Za oknami panowała całkowita ciemność, rozcinana od czasu do czasu światłem czołówek zawodników biegnących leśną drogą po drugiej stronie doliny. Z tej odległości wyglądali jak błędne ogniki. Pojawiali się między drzewami, przesuwali przez kilka sekund, a potem znikali, jakby las otwierał się tylko po to, żeby ich połknąć.

Dom stał niecałe dwa kilometry od trasy Srebrnej Pętli. Adrian kupił go przed trzema laty, gdy jeszcze udawali, że wspólne weekendy mogą uratować ich małżeństwo. Mieli przyjeżdżać tutaj jesienią, spacerować po górach i zostawiać problemy w mieście. W rzeczywistości bywali w nim oddzielnie. Adrian organizował spotkania ze sponsorami, a Milena przyjeżdżała wtedy, gdy potrzebowała miejsca, w którym nikt nie zadawał pytań.

Tej nocy nie przyjechała odpocząć.

Na kuchennym stole leżała szara teczka. W środku znajdowały się kopie przelewów, zestawienia księgowe fundacji i umowy podpisane przez ludzi, którzy prawdopodobnie nawet nie wiedzieli, że widnieją na nich ich nazwiska. Każdy dokument osobno można było uznać za pomyłkę. Razem tworzyły historię, której Adrian nie zdołałby wytłumaczyć.

Milena odkryła pierwszą niezgodność przypadkiem. Faktura za transport sprzętu rehabilitacyjnego opiewała na kwotę pięć razy wyższą od ceny rynkowej. Zapytała o nią księgową. Następnego dnia dokument zniknął z systemu, a księgowa przestała odbierać telefon.

Wtedy zaczęła szukać.

Im więcej znajdowała, tym lepiej rozumiała, dlaczego Adrian tak chętnie opowiadał o fundacji przed kamerami. Pomagał dzieciom, wspierał młodych sportowców i finansował zakup wyposażenia dla szpitali. Na zdjęciach zawsze klękał obok wózka inwalidzkiego albo obejmował podopiecznego. Uśmiechał się łagodnie, jak człowiek, któremu cudze cierpienie naprawdę nie pozwala spać.

Milena wiedziała, że spał doskonale.

Pieniądze przechodziły przez kilka spółek. Część wracała do niego w postaci fikcyjnych usług marketingowych. Część znikała za granicą. Najgorsze było jednak to, że fundacja wykorzystywała nazwiska prawdziwych ludzi. Rodzin, które otrzymywały niewielką pomoc, a później służyły jako uzasadnienie wydatków wielokrotnie większych.

Milena odsunęła teczkę i podeszła do okna.

Deszcz spływał po szybie długimi strużkami. W świetle lampy widziała własne odbicie. Była blada, zmęczona i starsza, niż zapamiętała siebie ze zdjęcia zrobionego zaledwie rok wcześniej. Wtedy jeszcze nosiła obrączkę. Teraz leżała ona w kieszeni płaszcza razem z kluczami do mieszkania, którego Adrian nie znał.

Kobieta, na którą czekała, miała przyjechać o dwudziestej drugiej trzydzieści. Milena znała ją tylko z dwóch rozmów telefonicznych. Głos miała spokojny i rzeczowy. Nie obiecywała, że publikacja zniszczy Adriana. Powiedziała jedynie, że sprawdzi dokumenty i zabezpieczy ich kopie.

To Milenie wystarczało.

Telefon leżący na stole nie miał zasięgu. Przez chwilę pojawiała się jedna kreska, po czym znikała. Dom znajdował się w martwej strefie. Adrian zawsze uważał to za jego największą zaletę.

„Tutaj nikt nas nie znajdzie” powiedział, gdy przyjechali po raz pierwszy.

Wtedy brzmiało to jak obietnica.

Teraz jak groźba.

Milena wróciła do stołu. Obok teczki stało niewielkie czarne urządzenie z płaską anteną. Technik obsługujący bieg zostawił je po południu. Oficjalnie było zapasowym czytnikiem, który w razie awarii miał zostać przewieziony na jeden z punktów kontrolnych. Milena poprosiła, żeby umieszczono go właśnie tutaj. Powiedziała, że jako żona głównego sponsora chce mieć podgląd na przebieg zawodów.

Nikt jej nie odmówił.

Czytnik wychwytywał elektroniczne chipy z odległości kilku metrów. Gdy zawodnik zbliżał się do anteny, urządzenie zapisywało jego numer, dokładną godzinę i fabryczny identyfikator chipa. Technik wyjaśniał jej to cierpliwie, nie podejrzewając, że Milena słucha znacznie uważniej, niż powinna.

Na niewielkim ekranie widniał ostatni testowy odczyt wykonany kilka godzin wcześniej.

Milena dotknęła przycisku i wyłączyła wyświetlacz.

Nie chciała, żeby światło było widoczne z drogi.

Na piętrze coś zatrzeszczało.

Zamarła.

Przez kilka sekund słyszała tylko deszcz uderzający o dach. Dom był stary. Drewniane belki pracowały przy każdej zmianie temperatury, a wiatr wciskał się pod dachówki. Powinna się do tego przyzwyczaić.

Nie przyzwyczaiła się.

Podeszła do schodów i spojrzała w górę. Drzwi sypialni pozostawały zamknięte. Ciemny korytarz był pusty.

„Jesteś tu?” zawołała.

Nie otrzymała odpowiedzi.

Poczuła się głupio. Osoba, na którą czekała, nie weszłaby przez piętro. Nie pojawiłaby się też bez pukania.

Milena wróciła do kuchni i sprawdziła telefon. Nadal nie było zasięgu. Chciała podejść do okna, gdy w oddali dostrzegła światło.

Pojedyncza czołówka zbliżała się od strony lasu.

Nie poruszała się po trasie biegu. Ktoś szedł drogą prowadzącą prosto do domu.

Milena poczuła ulgę, która natychmiast ustąpiła niepokojowi. Dziennikarka wiedziała, że powinna przyjechać samochodem. Miała zostawić go przy starej kapliczce, a ostatnie kilkaset metrów przejść pieszo, żeby nie zwracać uwagi. Mogła więc korzystać z latarki czołowej.

Tylko dlaczego nadchodziła od strony przeciwnej do kapliczki?

Światło zniknęło.

Milena przysunęła się do szyby, ale widziała już wyłącznie odbicie własnej twarzy. Wyłączyła lampę w kuchni. Pomieszczenie pogrążyło się w ciemności.

Czekała.

Najpierw usłyszała szelest krzewów. Później cichy odgłos kroków na mokrym żwirze. Ktoś zatrzymał się przed domem.

Milena wsunęła dokumenty do teczki i ścisnęła ją obiema rękami.

Nie było pukania.

Klamka poruszyła się powoli.

Drzwi były zamknięte. Sprawdziła je po przyjeździe, a później jeszcze dwa razy. Mimo to klamka opadła ponownie. Tym razem mocniej.

Milena wyjęła telefon, chociaż wiedziała, że nie zdoła zadzwonić. Weszła do salonu i stanęła za ścianą oddzielającą go od przedpokoju.

Po drugiej stronie drzwi zabrzęczał metal.

Klucz wsunął się do zamka.

Milena przestała oddychać.

Tylko trzy osoby posiadały komplet. Ona, Adrian i zarządca, który od tygodnia przebywał u córki w Gdańsku.

Zamek obrócił się.

W tej samej chwili czarne urządzenie na kuchennym stole wydało krótki elektroniczny sygnał.

Pojedyncze piknięcie.

Czytnik wykrył chip.

Milena odruchowo spojrzała w stronę ekranu. Urządzenie samo się podświetliło. Na zielonym tle pojawił się numer zawodnika oraz dokładny czas odczytu.

Przeczytała nazwisko.

Poczuła, jak wszystko wewnątrz niej zamiera.

To nie było możliwe.

Ten zawodnik znajdował się teraz wiele kilometrów dalej. Widziała jego czas na poprzednim punkcie. Tysiące osób obserwowały go w aplikacji. Kamery transmitowały jego bieg. Każdy odczyt potwierdzał, że porusza się trasą w czołowej grupie.

A jednak chip był tutaj.

Tuż za drzwiami.

Milena położyła teczkę na fotelu i cofnęła się w stronę kominka. Rozejrzała się za czymś, czego mogłaby użyć do obrony. Jej dłoń zacisnęła się na ciężkim mosiężnym pogrzebaczu.

Drzwi otworzyły się bezszelestnie.

Do przedpokoju wszedł człowiek w nieprzemakalnej kurtce. Miał opuszczoną głowę, a twarz zasłaniał mu kaptur. Woda spływała z rękawów na drewnianą podłogę.

Milena nie widziała jego twarzy.

Zobaczyła buty.

Były pokryte błotem. Takie same jak obuwie zawodników, których mijała po południu przy starcie. Do sznurowadeł przyczepiły się świerkowe igły, a na lewej cholewce widniała świeża smuga jasnej gliny.

Człowiek zamknął za sobą drzwi.

„Miałaś nikomu o tym nie mówić” powiedział.

Milena rozpoznała głos.

Nie krzyknęła. Wiedziała, że nikt jej nie usłyszy. Najbliższy punkt obsługi znajdował się daleko, a zawodnicy biegli po drugiej stronie doliny.

„Oni już wiedzą” odpowiedziała.

To było kłamstwo. Dziennikarka nie przyjechała. Teczka leżała zaledwie kilka kroków od napastnika. Kopie zapisane w telefonie nie miały znaczenia, jeśli urządzenie spłonie razem z domem.

Mężczyzna odwrócił głowę w stronę kuchni. Zauważył świecący ekran czytnika.

Milena zobaczyła moment, w którym zrozumiał.

Ruszył do stołu.

Ona rzuciła się ku fotelowi.

Dopadli do teczki niemal jednocześnie. Mężczyzna chwycił ją za ramię i szarpnął tak mocno, że uderzyła plecami o ścianę. Pogrzebacz wypadł jej z dłoni. Próbowała dosięgnąć dokumentów, lecz napastnik odepchnął ją na podłogę.

Przez chwilę widziała jedynie jego zabłocone buty.

Potem poczuła zapach benzyny.

Nie przyniósł jej przypadkiem.

Przygotował wszystko wcześniej.

Mężczyzna zabrał teczkę i podszedł do czytnika. Wyrwał przewód z gniazdka, ale ekran nie zgasł. Urządzenie miało własną baterię. Numer nadal widniał na wyświetlaczu wraz z godziną i fabrycznym identyfikatorem chipa.

Ostatni odczyt.

Napastnik uniósł czytnik i uderzył nim o krawędź stołu. Plastikowa obudowa pękła. Spróbował ponownie, tym razem mocniej.

Milena podniosła się z podłogi. Nie pobiegła do drzwi. Wiedziała, że nie zdąży. Zamiast tego rzuciła się w stronę urządzenia i wyrwała z jego wnętrza małą kartę pamięci.

Zacisnęła ją w dłoni.

Mężczyzna odwrócił się gwałtownie.

Pierwsze płomienie pojawiły się przy zasłonach. Ogień wspiął się po materiale szybciej, niż Milena uznałaby za możliwe. Po chwili dotarł do drewnianej boazerii. Dym wypełnił sufit i zaczął opadać.

Napastnik ruszył w jej stronę.

Milena cofnęła się ku schodom. Ukryła kartę w zaciśniętej pięści, choć metalowe krawędzie wbijały się w skórę.

Wiedziała już, że nie wyjdzie z tego domu.

Mogła jedynie sprawić, żeby prawda nie spłonęła razem z nią.

Za oknem przesunęły się światła kolejnych zawodników. Biegli przez ciemność, nieświadomi, że jeden z uczestników znajdował się w dwóch miejscach jednocześnie.

Część I

Przed startem

Rozdział 1

Powrót na Srebrną Pętlę

Iga zobaczyła wieżę kościoła kilka minut przed wjazdem do miasteczka. Wynurzyła się z mgły ponad czarną linią świerków, dokładnie tak, jak ją zapamiętała. Najpierw blaszany krzyż, później spiczasty dach i wreszcie jasna fasada przecięta wąskimi oknami. Przez siedem lat próbowała przekonać samą siebie, że nigdy więcej nie będzie oglądać tego widoku.

Zwolniła przed tablicą z nazwą miejscowości. Pod nią organizatorzy ustawili baner witający uczestników Srebrnej Pętli. Srebrne litery połyskiwały w światłach samochodu, a sylwetka biegnącego człowieka ciągnęła za sobą smugę przypominającą płomień.

Iga mimowolnie zacisnęła dłonie na kierownicy.

Mogła zawrócić. Wystarczyło minąć rondo, zjechać na drogę wojewódzką i po trzech godzinach znaleźć się we własnym mieszkaniu. Nikt nie miałby prawa jej osądzać. Opłata startowa przepadłaby, Marcin obraziłby się na kilka dni, a później przyznałby, że od początku podejrzewał, iż tak się to skończy.

Włączyła kierunkowskaz i skręciła w stronę centrum.

Nie przyjechała tu po to, żeby po raz kolejny uciec.

Rynek był zamknięty dla ruchu. Iga zostawiła samochód na prowizorycznym parkingu przy szkole, między kamperem z czeską rejestracją a terenowym autem oklejonym nazwami górskich biegów. Deszcz ustał, lecz powietrze nadal było ciężkie od wilgoci. Nad zboczami wisiały niskie chmury, a mokry asfalt odbijał czerwone i niebieskie światła namiotów sponsorów.

Po otwarciu bagażnika poczuła zapach kawy z termosu, maści rozgrzewającej i wilgotnych ubrań. Zapach każdego wyjazdu na zawody. Zwykle działał na nią uspokajająco. Tym razem przywołał wspomnienie małego pomieszczenia technicznego, w którym siedem lat wcześniej obserwowała kolejne rzędy danych i powtarzała Sebastianowi, że coś się nie zgadza.

Wyjęła plecak, narzuciła kurtkę i sprawdziła telefon.

Na ekranie widniały trzy nieodebrane połączenia od Marcina.

Oddzwoniła natychmiast. Sygnał rozległ się dwa razy, po czym połączenie zostało odrzucone. Chwilę później przyszła wiadomość.

„Jestem przy konfiguracji. Odbierz pakiet i poczekaj na mnie. Musimy porozmawiać”.

Iga przeczytała ją ponownie. Marcin prawie nigdy nie pisał, że musi porozmawiać. Zwykle od razu przechodził do rzeczy, nawet jeśli chodziło o coś, czego nie powinien przekazywać w wiadomości. Wysyłał zdjęcie, fragment pliku albo kilkuminutowe nagranie, w którym najpierw tłumaczył problem, a dopiero na końcu pytał, czy ma rację.

Schowała telefon i ruszyła w stronę rynku.

Decyzję o starcie podjęła pod koniec maja, po wspólnym biegu z Marcinem. Wybrali łatwą trasę nad rzeką, ale już po dziesięciu kilometrach brat zaczął opowiadać o Srebrnej Pętli. Najpierw wspomniał o nowym przebiegu trasy, później o widokach ze szczytu, a w końcu powiedział, że siedem lat to wystarczająco długo, żeby pozwalać jednemu miejscu decydować o reszcie życia.

Iga odmówiła. Tego samego wieczoru otworzyła stronę zapisów i przez niemal godzinę patrzyła na formularz. Następnego dnia opłaciła start.

Od tamtej chwili przygotowywała się tak, jakby chodziło wyłącznie o sport. Zwiększała dystans, trenowała nocą i uczyła żołądek przyjmowania jedzenia po wielu godzinach wysiłku. Nie powiedziała Marcinowi, że podczas każdego dłuższego biegu wyobrażała sobie ostatnie kilometry Srebrnej Pętli. Widziała siebie przekraczającą metę o świcie i odkrywającą, że miasteczko nie ma już nad nią żadnej władzy.

Teraz, gdy naprawdę tu była, ten plan wydawał się naiwny.

Miejsca nie przechowywały wspomnień w murach ani w kamieniach. To ludzie przywozili je ze sobą. Iga miała swoje w napiętych ramionach, przyspieszonym oddechu i odruchu, który kazał jej sprawdzać każdą twarz w tłumie. Mogła przebiec siedemdziesiąt osiem kilometrów, dostać medal i nigdy więcej nie wrócić. Nie oznaczało to jednak, że cokolwiek zostawi na mecie.

Mimo wszystko zamierzała spróbować.

Miasteczko zmieniło się bardziej, niż oczekiwała. Dawny sklep z pamiątkami zastąpiła restauracja, apteka zajęła lokal po banku, a na rogu pojawił się hotel ze szklaną fasadą, niepasującą do niskich kamienic. Tylko góry pozostawały takie same. Otaczały miejscowość ze wszystkich stron i sprawiały, że nawet otwarta przestrzeń rynku przypominała dno głębokiej studni.

Biuro zawodów mieściło się w domu kultury. Przed wejściem stała kolejka biegaczy w kurtkach przeciwdeszczowych. Niektórzy rozmawiali głośno, porównując prognozy i zawartość plecaków. Inni milczeli, skupieni na ekranach zegarków. Iga rozpoznawała ten rodzaj napięcia. Do startu pozostawały cztery godziny, więc nikt nie mógł już poprawić przygotowania. Można było jedynie zastanawiać się, o czym się zapomniało.

Stanęła na końcu kolejki.

Przed nią dwóch mężczyzn dyskutowało o trasie.

„Najgorzej będzie za szóstym punktem” powiedział wyższy. „Jeśli popada, zejście do starej stacji zrobi się niebezpieczne”.

„Gorsza jest martwa strefa” odpowiedział drugi. „Ostatnio zegarek stracił mi tam wszystko. Tempo, ślad, nawet wysokość oszalała”.

„Dlatego nazywają to Martwym Punktem”.

Obaj się roześmiali.

Iga spojrzała na mapę trasy wydrukowaną na ścianie budynku. Siedem punktów kontrolnych oznaczono srebrnymi okręgami. Ostatni znajdował się na pięćdziesiątym drugim kilometrze, w dolinie otoczonej stromymi zboczami. Kiedy pracowała przy biegu, dojazd tam wymagał samochodu terenowego i dobrej znajomości leśnych dróg. Zwykłe telefony traciły zasięg kilka kilometrów wcześniej. Radiowa transmisja danych też bywała kapryśna, dlatego punkt przechowywał odczyty lokalnie.

Siedem lat temu jeszcze go nie było. Trasa prowadziła wtedy drugą stroną grzbietu, obok domu należącego do Adriana Radeckiego.

Domu, który spłonął w noc zawodów.

Kolejka przesunęła się do przodu. Iga weszła do holu, gdzie zrobiło się ciasno i duszno. Wolontariusze kierowali zawodników do stolików oznaczonych zakresami numerów. Nad sceną wisiał ogromny ekran z odliczaniem do startu. Poniżej wyświetlano film promocyjny. Ujęcia wschodu słońca, błota rozpryskującego się pod butami i ludzi wpadających sobie w ramiona na mecie.

Na końcu pojawił się Adrian Radecki.

Stał na górskim grzbiecie w dopasowanej czarnej koszulce. Wyglądał niemal tak samo jak siedem lat wcześniej. Miał tylko więcej siwych włosów przy skroniach i kilka głębszych zmarszczek wokół oczu.

„Srebrna Pętla przypomina nam, że granice istnieją tylko do chwili, gdy zdecydujemy się je przekroczyć” powiedział z ekranu.

Jego głos zagłuszyła muzyka. Pojawiło się logo Fundacji Mileny Radeckiej, a pod nim informacja, że część opłat startowych zostanie przeznaczona na rehabilitację dzieci po ciężkich wypadkach.

Iga odwróciła wzrok.

Pamiętała nagłówki, które przez wiele tygodni pojawiały się w portalach informacyjnych. Tragiczny pożar. Śmierć młodej filantropki. Mąż, który dowiedział się o wszystkim po zejściu z trasy. Zdjęcia Adriana stojącego przed ruinami domu w kurtce finishera. Miał twarz człowieka, któremu odebrano cały świat, a na szyi medal potwierdzający, gdzie znajdował się przez większą część nocy.

Iga również pomogła to potwierdzić.

W oficjalnym raporcie podpisała się pod zdaniem, że wszystkie odczyty numeru Adriana tworzyły spójny zapis jego udziału w zawodach. Nie napisała o sygnale, który pojawił się zbyt wcześnie na jednym z urządzeń. Sebastian uznał, że był to test wykonany przez technika, a znacznik czasu został błędnie zsynchronizowany. Powiedział, że publikowanie niesprawdzonych podejrzeń podczas policyjnego dochodzenia zaszkodzi firmie i rodzinie zmarłej.

Miała wtedy trzydzieści jeden lat, kredyt i stanowisko, o które walczyła przez sześć sezonów. Pozwoliła mu zamknąć sprawę.

Trzy miesiące później odeszła z pracy.

„Nazwisko?” zapytała wolontariuszka przy stoliku.

Iga potrzebowała chwili, żeby zrozumieć, że pytanie jest skierowane do niej.

„Kierska. Iga Kierska”.

Dziewczyna przesunęła palcem po liście.

„Numer dwieście siedemnaście. Trasa długa”.

Wyjęła z pudełka kopertę i podała ją Idze razem z płócienną torbą. W środku znajdowały się ulotki, żel energetyczny, składany kubek i koszulka z nazwą biegu.

„Proszę sprawdzić dane na odwrocie numeru i podpisać odbiór. Chip jest przyklejony tutaj. Nie wolno go odrywać ani zginać”.

Iga obróciła numer. Do tylnej strony przymocowano cienki pasek tworzywa, niewiele grubszy od plastra. W jego środku wyczuła niewielkie zgrubienie anteny i układu pamięci.

Przez lata podobne chipy były dla niej zwyczajnymi przedmiotami. Zamawiała je tysiącami, programowała serie numerów, sprawdzała siłę sygnału i uczyła pracowników, jak rozpoznawać wadliwe sztuki. Teraz trzymała jeden z nich tak ostrożnie, jakby pod papierem ukryto ostrze.

„Coś się nie zgadza?” zapytała wolontariuszka.

„Nie. Wszystko w porządku”.

Iga podpisała listę.

Przy wyjściu z sali zauważyła Elizę Modrą. Dyrektorka biegu stała przy scenie z zestawem słuchawkowym na głowie i dwoma telefonami w dłoni. Wydawała polecenia jednocześnie wolontariuszowi, operatorowi kamery i komuś, kto odzywał się w słuchawce. Siedem lat wcześniej była odpowiedzialna za kontakty ze sponsorami. Już wtedy potrafiła uśmiechać się do człowieka, nie przerywając rozmowy z kimś ważniejszym.

Eliza dostrzegła Igę i na moment zamilkła.

Wahanie trwało najwyżej sekundę. Potem na jej twarzy pojawił się profesjonalny uśmiech.

„Iga Kierska. Nie wierzę”.

Podeszła i objęła ją krótko, jakby przed chwilą rozstały się po wspólnym treningu.

„Słyszałam, że wróciłaś do biegania, ale nie wiedziałam, że wybierasz się do nas”.

„Zapisałam się dwa miesiące temu”.

„Listy zawodników przegląda Marcin. Ja mam teraz prawie tysiąc nazwisk i każde staje się pilne na pięć minut przed startem”.

Eliza roześmiała się, lecz jej wzrok przesunął się na numer trzymany przez Igę.

„Długa trasa. Odważnie jak na powrót”.

„Nie wracam. Chcę tylko ukończyć jeden bieg”.

„Tak zwykle zaczynają ludzie, których później widuję co roku”.

Ktoś zawołał Elizę ze sceny. Dyrektorka uniosła dłoń, dając znak, że za moment podejdzie.

„Marcin jest w centrum pomiarowym?” zapytała Iga.

„Powinien być. Od rana zachowuje się tak, jakby od powodzenia tej imprezy zależało jego życie”.

Uśmiech Elizy nie zniknął, ale coś w jej głosie sprawiło, że Iga spojrzała na nią uważniej.

„Stało się coś?”

„Zapytaj jego. Może tobie powie, dlaczego przed każdą próbą transmisji żąda pełnego eksportu danych”.

„To nie jest standardowa procedura?”

„Nie w taki sposób. Robi kopie kopii, a potem porównuje każdą z poprzednią. Sebastian twierdzi, że Marcin szuka problemu, którego nie ma”.

Iga poczuła napięcie w karku.

„Sebastian tu jest?”

„Oczywiście. Jego firma nadal obsługuje cały pomiar. Myślałam, że wiesz”.

Nie wiedziała. Marcin zapewniał ją, że Sebastian prawie nie pojawia się na zawodach i zarządza firmą z biura. To był jeden z powodów, dla których zgodziła się przyjechać.

Eliza została ponownie wezwana. Tym razem odpowiedziała krótkim poleceniem i ruszyła w stronę sceny.

„Miło cię widzieć” rzuciła przez ramię. „Naprawdę”.

Iga wyszła z sali bocznymi drzwiami. Potrzebowała świeżego powietrza. Znalazła się na niewielkim dziedzińcu zastawionym skrzyniami, przewodami i składanymi barierkami. Pod ścianą stały dwa samochody firmy pomiarowej. Ich białe karoserie zdobił ten sam niebieski znak, który Iga zaprojektowała dwanaście lat wcześniej.

Stylizowany impuls przechodzący w linię mety.

Kiedyś była z niego dumna.

Drzwi jednego z samochodów otworzyły się i wysiadł z niego młody technik. Niósł zwiniętą matę pomiarową oraz czarną skrzynkę z kontrolerem. Iga odsunęła się, żeby zrobić mu miejsce. Na chwilę z wnętrza auta dobiegł znajomy zapach metalu, mokrej gumy i nagrzanej elektroniki.

Pomyślała o pierwszej edycji Srebrnej Pętli, którą obsługiwała. Całą noc spędziła wtedy w samochodzie, pijąc zimną kawę i odświeżając tabelę wyników. O świcie Sebastian usiadł obok niej i powiedział, że pewnego dnia poprowadzi wszystkie największe imprezy w kraju. Uwierzyła mu. Przez długi czas wierzyła we wszystko, co mówił.

Telefon zawibrował.

„Gdzie jesteś?” zapytał Marcin, zanim zdążyła się odezwać.

W tle słyszała szybkie stukanie klawiatury i urywane głosy kilku osób.

„Za domem kultury. Odebrałam numer”.

„Nie ruszaj się. Zaraz przyjdę”.

„Marcin, co się dzieje?”

Po drugiej stronie zapadła cisza.

„Nie przez telefon”.

„Eliza powiedziała, że robisz kopie wszystkich danych”.

„Eliza za dużo mówi”.

„A Sebastian podobno uważa, że szukasz problemu, którego nie ma”.

Tym razem cisza trwała dłużej.

„Widziałaś go?” zapytał Marcin.

„Jeszcze nie”.

„Dobrze. Poczekaj przy samochodach”.

Rozłączył się.

Iga patrzyła na wygaszony ekran. Nie pamiętała, kiedy ostatnio słyszała w głosie brata strach. Marcin bywał zdenerwowany, drażliwy i przemęczony, ale lęk zwykle zamieniał w ironię. Tym razem nie próbował żartować.

Po kilku minutach pojawił się w bocznych drzwiach budynku. Miał na sobie czarną bluzę z logo firmy, spod której wystawała pognieciona koszula. Włosy sterczały mu we wszystkie strony, jakby wielokrotnie przeczesywał je palcami. W jednej dłoni trzymał laptop, w drugiej pęk kluczy i krótkofalówkę.

Podszedł do Igi, rozejrzał się i dopiero wtedy ją przytulił.

„Dobrze, że jesteś” powiedział cicho.

„Dwa miesiące mnie namawiałeś. Powinieneś brzmieć na bardziej zaskoczonego”.

Nie odpowiedział. Cofnął się i spojrzał na jej numer startowy.

„Dwieście siedemnaście?”

„Podobno szczęśliwy”.

Marcin dotknął palcem miejsca, w którym znajdował się chip. Przez moment wyglądał tak, jakby chciał go oderwać.

„Programowałeś je osobiście?” zapytała.

„Część”.

„Mój też?”

„Nie wiem. To nie ma znaczenia”.

Iga odebrała mu laptop, zanim wysunął mu się spod ramienia.

„Od początku. Co znalazłeś?”

Marcin znów rozejrzał się po dziedzińcu. Technik, który wcześniej wyjmował sprzęt, zniknął w budynku. Po drugiej stronie metalowego ogrodzenia przechodzili zawodnicy, ale nikt nie zwracał na nich uwagi.

„Nie tutaj” powiedział.

„Przed chwilą kazałeś mi czekać właśnie tutaj”.

„Bo nie chciałem, żebyś wchodziła do centrum”.

„Dlaczego?”

„Sebastian siedzi przy głównym serwerze”.

Iga poczuła, że wraca do niej chłód, którego nie potrafiła pozbyć się od chwili wjazdu do miasteczka.

„Marcin, jeśli masz problem z systemem, zgłoś go organizatorom”.

„To nie jest problem z systemem”.

„Więc z czym?”

Brat spojrzał jej prosto w oczy. Był od niej młodszy o sześć lat, lecz w tej chwili wyglądał starzej. Pod oczami miał ciemne cienie, a na skroni drgał mu niewielki mięsień.

„Z kimś, kto wie, jak sprawić, żeby system pokazał dokładnie to, czego od niego oczekuje”.

Z głośników na rynku popłynął komunikat o odprawie technicznej. Głos prowadzącego odbił się od ścian kamienic i dotarł na dziedziniec jako niewyraźny pomruk.

Marcin wyjął Idze laptop, otworzył go i osłonił ekran własnym ciałem. Na pulpicie widniało kilka tabel. Zanim zdążyła przeczytać nagłówki, zamknął dwa okna i uruchomił plik oznaczony dzisiejszą datą.

„W nocy robiliśmy test wszystkich punktów” powiedział. „Każdy chip przeszedł pełną ścieżkę. Przynajmniej tak miało być”.

„Kto je przewoził?”

„Dwa zespoły techniczne. Wszystko zgodnie z procedurą”.

„I?”

Marcin przewinął tabelę. Zatrzymał kursor przy jednym numerze, lecz wtedy drzwi domu kultury otworzyły się gwałtownie.

„Marcin!” zawołał ktoś ze środka. „Siódemka znowu nie odpowiada!”

Brat zatrzasnął laptop.

Na jego twarzy pojawiło się coś więcej niż zdenerwowanie.

Iga zobaczyła czysty strach.

„Muszę iść” powiedział.

„Najpierw pokaż mi ten plik”.

„Spotkajmy się za dwadzieścia minut w kawiarni obok apteki. Usiądź z tyłu, z dala od okna”.

„Zaczynasz mnie przerażać”.

Marcin chwycił ją za ramię.

„Iga, cokolwiek usłyszysz, nie oddawaj nikomu swojego numeru. Nawet mnie”.

Puścił ją i ruszył do drzwi.

„Marcin”.

Zatrzymał się na progu.

„Co było w tym pliku?” zapytała.

Przez chwilę wyglądał, jakby rozważał kłamstwo. Potem spojrzał na samochody, zamknięte drzwi centrum pomiarowego i numer przypięty do jej dłoni.

„Zawodnik, który pojawił się w dwóch miejscach jednocześnie” odpowiedział.

Zniknął wewnątrz budynku, zanim zdążyła zadać następne pytanie.

Iga została sama na mokrym dziedzińcu. Z rynku dobiegała muzyka, głosy konferansjerów i śmiech ludzi robiących zdjęcia pod bramą startową. Całe miasteczko przygotowywało się do święta, które miało trwać do następnego poranka.

Spojrzała na cienki chip przyklejony do odwrotnej strony numeru.

Siedem lat wcześniej jeden nieprawidłowy odczyt wystarczył, żeby zaczęła wątpić w system.

Teraz jej brat znalazł dwa.

Rozdział 2

Dwa miejsca

Kawiarnia obok apteki nazywała się Pod Zegarem, choć jedyny zegar wiszący nad wejściem zatrzymał się kilka minut po trzeciej. Iga pamiętała to miejsce jako cukiernię z plastikowymi obrusami i zapachem starego oleju. Teraz za szybą stały drewniane stoliki, na ścianach wisiały zdjęcia gór, a w witrynie chłodniczej ustawiono ciasta opisane nazwami szczytów.

Wybrała miejsce w głębi sali, zgodnie z poleceniem Marcina. Stamtąd widziała wejście, lecz sama pozostawała niewidoczna dla ludzi przechodzących po rynku. Położyła numer startowy na krześle obok i zamówiła czarną kawę.

Do spotkania pozostało siedemnaście minut.

Próbowała przekonać samą siebie, że Marcin przesadza. Od kilku dni prawie nie spał, odpowiadał za system obsługujący setki zawodników i znajdował się pod presją Sebastiana. W takich warunkach pojedynczy błąd mógł wyglądać jak początek katastrofy.

Iga znała jednak brata wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, kiedy czegoś nie mówił.

Marcin od dzieciństwa nie potrafił ukrywać emocji. Gdy kłamał, dotykał szyi. Kiedy czuł się winny, zaczynał mówić zbyt szybko. Strach sprawiał natomiast, że stawał się nienaturalnie spokojny.

Na dziedzińcu był spokojny.

Zbyt spokojny.

Iga spojrzała na rynek. Przy bramie startowej gromadziło się coraz więcej zawodników. Niektórzy mieli już na sobie plecaki i kamizelki biegowe, choć do startu pozostały ponad trzy godziny. Pozowali do zdjęć, sprawdzali czołówki i porównywali zawartość przepaków. Nad ich głowami świecił ekran pokazujący odliczanie.

Trzy godziny, dziewiętnaście minut i czterdzieści sekund.

Cyfry zmniejszały się bez względu na to, czy ktokolwiek był gotowy.

Iga podniosła filiżankę. Kawa była zbyt gorąca, ale wypiła łyk. Potrzebowała zająć czymś dłonie.

Przy sąsiednim stoliku starsze małżeństwo studiowało mapę trasy. Mężczyzna miał przypięty numer startowy, a kobieta zaznaczała długopisem miejsca, do których mogła dojechać samochodem.

„Na piątym punkcie będę przed północą” powiedziała. „Jeśli nie zdążę, pojadę od razu na siódmy”.

„Na siódmym nie ma zasięgu”.

„Dlatego muszę tam być”.

Iga mimowolnie spojrzała w ich stronę.

Martwy Punkt Pomiarowy. Tak zawodnicy nazywali siódmy punkt, choć oficjalnie nosił nazwę Dolina Wron. Organizatorzy próbowali używać jej w komunikatach i materiałach promocyjnych, ale bez powodzenia. Przydomek przylgnął do miejsca po pierwszej awarii, gdy przez prawie godzinę nie pojawił się żaden odczyt.

Punkt nie był naprawdę martwy. Pracował lokalnie i zapisywał dane na karcie kontrolera. Problem zaczynał się dopiero przy przesyłaniu ich do centrum zawodów. Góry blokowały sygnał, pogoda wpływała na antenę, a każda próba nawiązania stabilnego połączenia przypominała rzucanie monetą.

Iga otworzyła mapę w telefonie. Powiększyła okolice Doliny Wron. Punkt znajdował się przy ruinach dawnej stacji przekaźnikowej, około dwunastu kilometrów w linii prostej od rynku. Samochodem trzeba było pokonać prawie trzy razy większy dystans.

Marcin powiedział, że siódemka znowu nie odpowiada.

Jeśli awaria wymagała wyjazdu zespołu technicznego, nie pojawi się w kawiarni za dwadzieścia minut.

Minęło dwanaście.

Iga zadzwoniła do niego. Połączenie zostało natychmiast odrzucone.

Chwilę później otrzymała wiadomość.

„Będę. Nie wychodź”.

Bez wyjaśnienia. Bez żartu. Bez pytania, czy zamówiła mu kawę.

Odłożyła telefon ekranem do dołu.

Drzwi kawiarni otworzyły się i do środka wszedł Sebastian Mirski.

Iga rozpoznała go od razu, chociaż przez siedem lat widziała go jedynie na kilku zdjęciach w internecie. Był szczuplejszy, niż zapamiętała. Włosy, dawniej niemal czarne, miał teraz krótko przycięte i wyraźnie posiwiałe. Nosił granatową kurtkę z logo firmy oraz identyfikator głównego koordynatora pomiaru.

Zatrzymał się przy wejściu i rozejrzał po sali.

Iga odruchowo sięgnęła po numer startowy leżący na krześle. Chciała schować go do torby, ale zrozumiała, że ten ruch zwróciłby uwagę. Zostawiła go na miejscu.

Sebastian zauważył ją kilka sekund później.

Na jego twarzy nie pojawiło się zaskoczenie. Uśmiechnął się, jakby właśnie odnalazł osobę, której się spodziewał.

„Iga”.

Podszedł do stolika i zatrzymał się naprzeciwko niej.

„Sebastian”.

„Marcin wspominał, że namawia cię na start, ale nie sądziłem, że naprawdę przyjedziesz”.

„Ja też nie”.

Spojrzał na wolne krzesło.

„Mogę?”

Iga nie chciała, żeby siadał. Odmowa wyglądałaby jednak jak przyznanie, że nadal się go boi.

„Proszę”.

Sebastian zdjął kurtkę i przewiesił ją przez oparcie. Pod spodem miał czarną koszulę z podwiniętymi rękawami. Na prawym nadgarstku nosił ten sam masywny zegarek, który dostał od zespołu po pierwszej dużej imprezie obsługiwanej przez ich firmę.

Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało.

„Dobrze wyglądasz” powiedział w końcu.

„Ty również”.

„Nie musisz kłamać. Od tygodnia śpię po trzy godziny”.

„To nadal więcej niż przed pierwszą Srebrną Pętlą”.

Roześmiał się cicho.

„Wtedy byliśmy młodsi. Wydawało nam się, że kawa rozwiązuje każdy problem”.

„Nie każdy”.

Uśmiech Sebastiana osłabł.

Kelnerka podeszła do stolika. Zamówił espresso, nie zaglądając do karty. Kiedy odeszła, oparł dłonie na blacie.

„Nie wiedziałem, czy kiedykolwiek jeszcze cię zobaczę”.

„Przez siedem lat nie próbowałeś”.

„Uznałem, że tego chciałaś”.

„Chciałam, żebyś powiedział prawdę”.

„O czym?”

Pytanie zabrzmiało zbyt niewinnie.

Iga spojrzała mu prosto w oczy.

„Naprawdę chcesz wracać do tej rozmowy właśnie tutaj?”

Sebastian odchylił się na krześle.

„Nie. Masz rację. Dzisiaj najważniejszy jest bieg”.

„Dla ciebie zawsze najważniejszy był bieg”.

„Dla ciebie też. Gdyby było inaczej, nie siedziałabyś teraz z numerem startowym obok”.

Iga zacisnęła palce na filiżance.

Sebastian potrafił rozmawiać w sposób, który zmuszał drugą osobę do obrony, nawet jeśli to on powinien się tłumaczyć. Najpierw znajdował wspólną winę. Później zamieniał ją we wspólne zobowiązanie. Na końcu człowiek wychodził z pokoju przekonany, że podjął własną decyzję.

Przez sześć lat obserwowała, jak robił to z klientami, pracownikami i organizatorami. Dopiero po śmierci Mileny zrozumiała, że wobec niej stosował dokładnie tę samą metodę.

Kelnerka przyniosła espresso. Sebastian podziękował i przesunął filiżankę na bok.

„Marcin mówił, że spotyka się z tobą?” zapytał.

Iga nie odpowiedziała od razu.

„Dlaczego pytasz?”

„Bo powinien być w centrum pomiarowym”.

„Może jest”.

„Widziałem, jak wychodził bocznymi drzwiami”.

„Więc wiesz więcej ode mnie”.

Sebastian uniósł filiżankę, lecz nie wypił.

„Twój brat od kilku dni zachowuje się dziwnie. Robi dodatkowe kopie danych, sprawdza archiwa i kwestionuje konfigurację, którą sam zatwierdził. Pomyślałem, że mógł chcieć z tobą porozmawiać”.

„Może po prostu dokładnie wykonuje swoją pracę”.

„Dokładność nie polega na szukaniu spisku w każdej utraconej paczce danych”.

Iga poczuła, że serce zaczyna bić szybciej.

„Jaki spisek?”

Sebastian spojrzał na nią uważnie.

„To słowo Marcina, nie moje”.

Drzwi kawiarni ponownie się otworzyły.

Marcin wszedł do środka tak szybko, że omal nie wpadł na wychodzącą kobietę. Zatrzymał się, gdy zobaczył Sebastiana przy stoliku. Przez moment jego twarz była całkowicie nieruchoma.

Potem pojawił się na niej wymuszony uśmiech.

„Widzę, że zaczęliście beze mnie”.

„Przyszedłem po kawę” odpowiedział Sebastian. „Nie wiedziałem, że jesteście umówieni”.

„Nie jesteśmy”.

Marcin podszedł i położył laptop na stole.

„Iga chciała zapytać o trasę”.

„Od tego mamy odprawę”.

„Ona woli informacje bez muzyki i filmów sponsorów”.

Sebastian wstał. Sięgnął po kurtkę, ale zanim ją założył, spojrzał na laptop.

„Siódemka działa?”

„Połączenie wróciło”.

„Co było przyczyną?”

„Nie wiem”.

„Sprawdzałeś dziennik kontrolera?”

„Jeszcze nie”.

„Zrób to przed odprawą. Nie chcę niespodzianek w nocy”.

Marcin skinął głową.

Sebastian odwrócił się do Igi.

„Powodzenia na trasie. Mam nadzieję, że tym razem zabierzesz stąd lepsze wspomnienia”.

„Ja też”.

Założył kurtkę i ruszył do wyjścia. Kiedy mijał ich stolik, zatrzymał się na ułamek sekundy.

„Marcin” powiedział cicho. „Nie przegap próby awaryjnego zasilania”.

„Będę”.

Sebastian wyszedł.

Marcin czekał, aż przejdzie przed oknem. Dopiero kiedy zniknął w tłumie, usiadł na zwolnionym krześle.

„Sam cię znalazł?” zapytał.

„Tak twierdzi”.

„O czym rozmawialiście?”

„O tobie”.

Marcin zaklął pod nosem.

„Nie powiedziałam mu niczego. Chociaż on najwyraźniej wie, że sprawdzasz archiwa”.

Brat otworzył laptop, lecz Iga położyła dłoń na pokrywie.

„Zanim cokolwiek mi pokażesz, chcę wiedzieć, w co próbujesz mnie wciągnąć”.

„Nie próbuję cię wciągać”.

„Kazałeś mi usiąść z dala od okna. Powiedziałeś, żebym nie oddawała numeru nawet tobie. Teraz zachowujesz się tak, jakby Sebastian mógł czytać nam z ruchu ust”.

Marcin spojrzał w stronę drzwi.

„Może nie z ruchu ust”.

„O czym ty mówisz?”

„W centrum jest monitoring. Przy samochodach również. Sebastian ma dostęp do podglądu”.

„A tutaj?”

„Tutaj widziałem tylko jedną kamerę. Jest skierowana na kasę”.

Iga zabrała rękę z laptopa.

„Masz pięć minut”.

„Potrzebuję więcej”.

„Za pięć minut zdecyduję, czy zostaję”.

Marcin otworzył komputer. Wprowadził hasło, a następnie uruchomił tabelę, którą próbował pokazać jej na dziedzińcu.

Na ekranie znajdowały się setki wierszy. Każdy zawierał numer zawodnika, identyfikator chipa, oznaczenie punktu i dokładny czas odczytu.

Marcin wpisał w wyszukiwarkę liczbę sześćset czternaście.

Tabela skurczyła się do ośmiu pozycji.

„To chip testowy przypisany do pakietu zawodnika numer sześćset czternaście” powiedział. „W nocy technicy przeprowadzili pełną próbę trasy. Zabrali partie zaprogramowanych chipów i przewieźli je przez wszystkie punkty w takiej kolejności, w jakiej pojawią się na nich zawodnicy”.

„Standardowa procedura”.

„Tak. Spójrz na godziny”.

Iga pochyliła się nad ekranem.

Pierwsze sześć odczytów wyglądało prawidłowo. Odstępy odpowiadały czasowi przejazdu samochodu technicznego. Siódmy pojawił się w Dolinie Wron o drugiej czternaście.

Poniżej znajdował się jeszcze jeden zapis.

Ten sam numer został odczytany na punkcie czwartym o drugiej szesnaście.

Iga przeczytała oba wiersze ponownie.

„Dwie minuty”.

„Dokładnie sto dwadzieścia osiem sekund”.

„Jaka odległość?”

„Po drodze trzydzieści jeden kilometrów. W linii prostej prawie dwanaście”.

„Zespół wracał na czwórkę?”

„Nie. Samochód z tym pakietem znajdował się przy siódemce. Mam zapis lokalizacji”.

„Więc czwórka przesłała opóźniony odczyt”.

„Tak pomyślałem. Dlatego sprawdziłem czas zapisany przez kontroler, a nie czas dotarcia danych do serwera”.

Marcin otworzył drugie okno. Pokazał jej surowy dziennik urządzenia.

„Kontroler na czwórce twierdzi, że chip naprawdę znalazł się przy antenie o drugiej szesnaście. Nie przesłał starego zapisu. Utworzył nowy”.

Iga przybliżyła tabelę.

„Mogła powstać kopia identyfikatora podczas programowania”.

„Próbowałem to odtworzyć. Programator nie pozwala przypisać aktywnego identyfikatora do drugiego chipa. Wyświetla błąd i blokuje zapis”.

„Programator może być uszkodzony”.

„Sprawdziłem wszystkie trzy”.

„Błąd w bazie?”

„To nie numer zawodnika jest powtórzony. Powtórzony został fabryczny identyfikator układu”.

Iga zamilkła.

Numer zawodnika można było zmienić w ciągu kilku sekund. Fabryczny identyfikator był zapisany w chipie przez producenta. System traktował go jak odcisk palca. Dwa egzemplarze nie powinny mieć takiego samego.

„Skontaktowałeś się z producentem?”

„Jeszcze nie”.

„Dlaczego?”

„Bo najpierw sprawdziłem, czy zdarzyło się to wcześniej”.

Marcin otworzył folder oznaczony nazwą Srebrnej Pętli. W środku znajdowały się katalogi z kolejnych edycji. Wybrał ten sprzed siedmiu lat.

Iga poczuła napięcie w żołądku.

„Skąd masz te dane?”

„Z archiwum firmy”.

„Sebastian powiedział policji, że część surowych zapisów została utracona”.

„Oficjalna część. Firma robiła również automatyczne kopie dla ubezpieczyciela. Nikt ich nie usunął, bo po roku zmieniliśmy system przechowywania i stary serwer trafił do magazynu”.

„Znalazłeś kopię tamtej nocy?”

„Nie całą. Niektórych plików nadal brakuje. Ale znalazłem coś innego”.

Na ekranie pojawił się zapis odczytów z dawnego biegu. Iga rozpoznała układ tabeli. Sama stworzyła szablon, z którego generowano później oficjalne raporty.

Marcin wyszukał nazwisko Adriana Radeckiego.

Kolejne punkty tworzyły pozornie logiczną sekwencję. Adrian przemieszczał się po trasie z równym tempem, tracił kilka minut na stromych podejściach i odzyskiwał je na zbiegach. Nie znajdował się w czołówce, ale biegł wystarczająco szybko, żeby ukończyć zawody przed świtem.

Ten zapis stał się jego alibi.

„Widziałam to setki razy” powiedziała Iga.

„W oficjalnej bazie”.

Marcin przesunął palcem po gładziku. Na ekranie pojawił się dodatkowy wiersz zaznaczony czerwonym kolorem.

Odczyt nastąpił między trzecim a czwartym punktem. Urządzenie, które go zarejestrowało, nie miało nazwy, jedynie numer seryjny.

Iga poczuła, że powietrze w kawiarni staje się cięższe.

„Zapasowy czytnik” wyszeptała.

„Ten, który stał w domu Mileny”.

Znała numer urządzenia. Pamiętała go, choć przez siedem lat robiła wszystko, żeby zapomnieć. Po pożarze Sebastian przekazał policji spis sprzętu. Czytnik uznano za zniszczony. Nie odzyskano z niego danych.

Przynajmniej tak zapisano w raporcie.

„Skąd masz ten wiersz?”

„Z kopii synchronizacji. Czytnik przez kilka sekund połączył się z serwerem, zanim przestał odpowiadać. Wysłał nagłówek pakietu, ale nie pełną zawartość”.

„Nie było tego w materiałach dla policji”.

„Bo system sklasyfikował zapis jako testowy i ukrył go w raporcie”.

„Kto ustawił taki filtr?”

Marcin nie odpowiedział.

Nie musiał.

Iga spojrzała na godzinę odczytu. Adrian miał wtedy znajdować się kilka kilometrów dalej, pomiędzy dwoma punktami kontrolnymi. Do domu nie mógł dotrzeć, po czym wrócić na trasę przed kolejnym odczytem.

Chyba że w lesie biegł ktoś inny.

„To nadal nie jest dowód” powiedziała. „Nie wiemy, co wykrył czytnik. Mógł zarejestrować testowy chip ze źle przypisanym numerem”.

„Dlatego porównałem identyfikatory”.

Marcin wskazał ciąg znaków w nagłówku starego pakietu. Następnie wrócił do danych z nocnej próby i zaznaczył identyfikator chipa przypisanego do numeru sześćset czternaście.

Ciągi były prawie identyczne.

Różniły się tylko ostatnim znakiem.

„To jedna seria produkcyjna” stwierdziła Iga.

„Seria, której nie używamy od ośmiu lat”.

„Stary chip mógł zostać w magazynie”.

„Nie chodzi tylko o serię. Oba identyfikatory zostały zmodyfikowane w ten sam sposób. Producent potwierdził mi rano, że końcówka nie odpowiada żadnej partii, którą nam dostarczył”.

Iga oderwała wzrok od ekranu.

„Powiedziałeś, że jeszcze się z nimi nie kontaktowałeś”.

„Nie kontaktowałem się w sprawie dzisiejszego podwójnego odczytu. Wysłałem im wczoraj sam identyfikator, bez danych imprezy”.

„Marcin, jeśli ktoś potrafi skopiować fabryczny numer chipa, może stworzyć dowolną liczbę takich samych odczytów”.

„Wiem”.

„Może też sprawić, że jedna osoba będzie widoczna w dwóch miejscach”.

„Albo że dwie osoby będą wyglądały jak jedna”.

Iga spojrzała na numer startowy leżący obok. Cienki chip przyklejony do papieru wydawał się nagle czymś znacznie bardziej niebezpiecznym niż urządzenie śledzące czas zawodnika.

„Dlaczego mój numer jest ważny?”

Marcin zawahał się.

„Bo nie wiem, kto programował ostatnią partię”.

„Powiedziałeś, że część robiłeś osobiście”.

„Numery od pierwszego do pięćsetnego. Później Sebastian stwierdził, że mamy opóźnienie i dokończył pracę z jednym z techników”.

Iga miała numer dwieście siedemnaście.

„Mój chip programowałeś ty”.

„Tak”.

„Więc dlaczego nie wolno mi go oddawać?”

„Bo rano sprawdziłem listę urządzeń i znalazłem dodatkowy programator. Zalogowano go na moje konto”.

„Ktoś użył twojego hasła?”

„Albo skopiował kartę dostępu”.

„Do czego?”

„Tego nie wiem. Dziennik operacji został usunięty”.

Telefon Marcina zawibrował. Spojrzał na ekran i natychmiast odrzucił połączenie.

„Kto dzwonił?”

„Centrum”.

„Powinieneś odebrać”.

„Najpierw muszę ci coś przekazać”.

Otworzył torbę z laptopem i wyjął niewielką kartę pamięci umieszczoną w plastikowym pudełku. Położył ją pod serwetką.

„Są tu kopie dzisiejszych odczytów i fragment archiwum sprzed siedmiu lat”.

Iga nie dotknęła pudełka.

„Dlaczego nie pójdziesz z tym na policję?”

„Bo jeszcze nie wiem, co właściwie mam. Jeśli przekażę im jeden niepełny zapis, Sebastian wyjaśni go błędem technicznym. Tak jak wtedy”.

„A jeśli znajdziesz więcej?”

„W siódmym punkcie jest karta kontrolera z pełną nocną próbą. Dane, które widzieliśmy, przeszły przez serwer. Karta zawiera zapis bez żadnych filtrów”.

„Wyślij po nią technika”.

„Już wysłałem. Bruno powinien być na miejscu za godzinę”.

„Ufasz mu?”

Marcin otworzył usta, lecz zanim odpowiedział, w kawiarni zgasło światło.

Ekspres do kawy ucichł. Muzyka przerwała się w połowie słowa, a sala pogrążyła się w szarym półmroku. Kilka osób jęknęło z niezadowoleniem. Kelnerka przeprosiła gości i ruszyła w stronę zaplecza.

Laptop Marcina nadal działał na baterii.

Na ekranie pojawiło się powiadomienie.

Połączenie z serwerem zostało przerwane.

Chwilę później telefon Marcina rozdzwonił się ponownie. Tym razem odebrał.

„Tak?”

Słuchał przez kilka sekund. Z jego twarzy zniknął kolor.

„Kiedy?”

Iga nie słyszała odpowiedzi.

„Nie dotykajcie niczego. Zaraz będę”.

Rozłączył się i zatrzasnął laptop.

„Co się stało?”

„Padło zasilanie w centrum pomiarowym”.

„Przecież macie agregat”.

„Agregat też nie działa”.

„Przypadek?”

Marcin wsunął komputer do torby.

„Nie wiem”.

„Co z punktem siódmym?”

„Znowu zniknął z systemu”.

Iga chwyciła go za nadgarstek.

„A Bruno?”

„Nie odpowiada”.

„Mówiłeś, że jedzie po kartę”.

„Bo jedzie”.

„Kto o tym wiedział?”

Marcin spojrzał na nią.

W kawiarni uruchomiło się awaryjne oświetlenie. Słabe lampy nad drzwiami zabarwiły twarze ludzi na blady zielony kolor.

„Ja” odpowiedział. „Bruno i Sebastian”.

Iga wzięła pudełko ukryte pod serwetką.

Marcin zacisnął palce na jej dłoni.

„Schowaj je tak, żeby nikt nie widział”.

„Co zamierzasz zrobić?”

„Przywrócić system, a później pojadę do siódemki”.

„Sam?”

„Jeśli Bruno nie dotarł, nie mam wyboru”.

„Masz. Możesz odwołać bieg”.

Marcin spojrzał przez okno. Na rynku zawodnicy nadal robili zdjęcia pod bramą startową. Awaria prądu nie zatrzymała odliczania. Ekran korzystał z własnego zasilania.

Trzy godziny, dwie minuty i jedenaście sekund.

„Eliza nigdy się na to nie zgodzi bez dowodu, że system nie działa” powiedział.

„System nie działa”.

„Za kilkanaście minut znowu będzie działał. I właśnie na tym polega problem”.

Wstał i zarzucił torbę na ramię.

„Zostań tutaj”.

„Nie przyjechałam po to, żeby siedzieć w kawiarni”.

„Przyjechałaś pobiec”.

„Ty mnie tu ściągnąłeś”.

Marcin spojrzał na nią tak, jakby dopiero teraz zrozumiał, że to prawda.

„Nie powinienem był tego robić” powiedział.

Ruszył w stronę drzwi.

„Marcin”.

Zatrzymał się.

„Co znajduje się na karcie w siódmym punkcie?”

„Pełny zapis testu”.

„To już powiedziałeś”.

„Tylko tyle wiem”.

Iga widziała, że kłamie.

Dotknął szyi dokładnie w tym samym miejscu, co w dzieciństwie.

„Co jeszcze?” zapytała.

Marcin opuścił rękę.

„Kiedy siódemka połączyła się z serwerem po pierwszej awarii, przesłała listę chipów znajdujących się w pobliżu anteny”.

„Pakiet testowy?”

„Nie tylko”.

„Co wykryła?”

Przez twarz Marcina przemknął cień.

„Chip, który według ewidencji został zniszczony siedem lat temu”.

Iga poczuła chłód pomimo dusznego powietrza.

„Czyj?”

Brat otworzył drzwi kawiarni.

Z rynku dobiegł ich głos konferansjera informującego, że odprawa zawodników rozpocznie się za kilka minut.

„Adriana Radeckiego” odpowiedział Marcin.

Wyszedł, zanim Iga zdołała go zatrzymać.

Przez szybę obserwowała, jak przeciska się między zawodnikami i znika za drzwiami domu kultury. Po chwili w kawiarni wrócił prąd. Ekspres zapiszczał, muzyka popłynęła z głośników, a ludzie przy stolikach zaczęli rozmawiać, jakby nic się nie wydarzyło.

Iga została sama.

W jednej dłoni trzymała kartę pamięci. Na krześle obok leżał jej numer startowy. Dwa niewielkie przedmioty, które mogły zawierać więcej prawdy niż wszystkie oficjalne raporty z ostatnich siedmiu lat.

Spojrzała na odliczanie.

Dwie godziny, pięćdziesiąt dziewięć minut i czterdzieści siedem sekund.

Czas nadal płynął.

Tylko wynik już przestał być pewny.

Rozdział 3

Numer z popiołów

Iga przez kilka sekund siedziała bez ruchu, wpatrując się w drzwi, za którymi zniknął Marcin.

W kawiarni wszystko wróciło do normy. Ekspres syczał, głośniki grały spokojną muzykę, a kelnerka przechodziła między stolikami i przepraszała za chwilową awarię. Przy sąsiednim stoliku starsze małżeństwo nadal omawiało trasę. Mężczyzna przesuwał palcem po mapie, jakby przerwa w dostawie prądu nigdy się nie wydarzyła.

Tylko Iga nie potrafiła wrócić do tego, co było wcześniej.

Chip Adriana Radeckiego został wykryty w Dolinie Wron.

Przedmiot, który zgodnie z dokumentacją spłonął siedem lat temu, pojawił się przy antenie kilka godzin przed rozpoczęciem biegu.

Iga spojrzała na kartę pamięci leżącą w jej dłoni. Była mała, czarna i niemal nic nie ważyła. Marcin oddał jej jedyny ślad wskazujący, że zapis z nocy śmierci Mileny mógł zostać celowo zmieniony.

Jeśli ktoś o tym wiedział, karta czyniła ją celem.

Wsunęła ją do kieszeni kurtki, po czym natychmiast uznała, że to zbyt oczywiste miejsce. Wyjęła pas biegowy z torby i odnalazła niewielką kieszeń przeznaczoną na klucz. Umieściła kartę w środku, zamknęła suwak i założyła pas pod bluzkę.

Numer startowy nadal leżał na krześle.

Nie oddawaj go nikomu. Nawet mnie.

Słowa Marcina brzmiały absurdalnie, dopóki nie zobaczyła podwójnego odczytu. Teraz cienki pasek tworzywa przyklejony do papieru wydawał się narzędziem, dzięki któremu można było stworzyć fałszywe alibi, przenieść człowieka na drugi koniec trasy albo ukryć jego zniknięcie.

Przypięła numer do pasa na zatrzaski, a następnie założyła kurtkę. Nie chciała pozostawiać go w torbie nawet na chwilę.

Zadzwoniła do Marcina.

Nie odebrał.

Spróbowała połączyć się z Brunem. Numer technika znalazła w grupie organizacyjnej, do której Marcin dodał ją kilka tygodni wcześniej. Wtedy uznała, że zrobił to przez pomyłkę. Teraz podejrzewała, że od początku chciał zapewnić jej dostęp do kontaktów zespołu.

Telefon Bruna był wyłączony.

Iga wybrała numer ponownie. Usłyszała ten sam komunikat.

Znała Bruna słabo. Widzieli się kilka razy podczas zawodów, jeszcze zanim odeszła z firmy. Był wtedy studentem informatyki, który zgłosił się jako wolontariusz. Potrafił przez pół nocy siedzieć przy uszkodzonym przewodzie i sprawdzać każde połączenie, dopóki nie znalazł problemu. Sebastian zatrudnił go po pierwszym sezonie.

Jeśli Marcin mu ufał, miał ku temu powód.

Jeśli Bruno wyłączył telefon w drodze do najważniejszego punktu na trasie, również musiał mieć powód.

Iga zostawiła na stoliku pieniądze i wyszła z kawiarni.

Rynek wypełnił się ludźmi. Zawodnicy ustawiali się przed sceną, a wolontariusze rozdawali mapy i opaski z numerami alarmowymi. Awaria prądu nie pozostawiła po sobie żadnego widocznego śladu. Ekran znów pokazywał film promocyjny, namioty sponsorów były oświetlone, a z głośników płynęły komunikaty o obowiązkowym wyposażeniu.

Do startu pozostały dwie godziny i czterdzieści sześć minut.

Iga ruszyła w stronę domu kultury. Przy bocznym wejściu stał pracownik ochrony, którego wcześniej nie widziała. Miał szerokie ramiona, krótkie włosy i identyfikator bez nazwiska.

„Centrum techniczne jest zamknięte” powiedział, zanim zdążyła się odezwać.

„Szukam Marcina Kierskiego”.

„Wszyscy szukają teraz kogoś z pomiaru”.

„Jestem jego siostrą”.

Mężczyzna spojrzał na jej numer.

„Proszę poczekać do końca odprawy. Zespół techniczny pracuje nad systemem”.

„System podobno już działa”.

„W takim razie nie ma powodów do obaw”.

Sposób, w jaki to powiedział, sprawił, że Iga przyjrzała mu się uważniej.

„Kto pana tu postawił?”

„Organizator”.

„Eliza Modra?”

„Proszę odejść od drzwi”.

Nie podniósł głosu, lecz przesunął się tak, żeby całkowicie zasłonić wejście.

Iga nie zamierzała urządzać sceny. Odeszła kilka kroków i zatrzymała się przy metalowym ogrodzeniu. Z tego miejsca widziała część dziedzińca. Jeden z samochodów firmy pomiarowej zniknął. Drugi stał z otwartymi tylnymi drzwiami. W środku poruszał się młody technik, układając skrzynki z przewodami.

Marcin nie pojawił się w polu widzenia.

Iga wyjęła telefon i otworzyła stronę śledzenia pojazdów technicznych. Podczas wcześniejszych edycji korzystali z prostego systemu, który pozwalał koordynatorom obserwować pozycję samochodów. Nie wiedziała, czy nadal używali tego samego rozwiązania.

Link zapisany w starej zakładce zadziałał.

Na mapie widniały cztery znaczniki. Pierwszy znajdował się na rynku. Drugi przy punkcie drugim. Trzeci poruszał się drogą prowadzącą w stronę północnego grzbietu. Czwarty stał na leśnym skrzyżowaniu około pięciu kilometrów od Doliny Wron.

Iga powiększyła mapę.

Przy znaczniku pojawił się numer samochodu oraz godzina ostatniej aktualizacji.

Dane nie zmieniły się od dwudziestu trzech minut.

Jeśli tym pojazdem jechał Bruno, nie dotarł do siódmego punktu.

Zrobiła zrzut ekranu i wysłała go Marcinowi.

„To samochód Bruna?”

Odpowiedź pojawiła się po kilkunastu sekundach.

„Skąd masz dostęp?”

„Nieważne. To on?”

Trzy kropki pojawiły się i zniknęły. Marcin zaczął pisać ponownie.

„Tak. Nie jedź tam”.

Iga zadzwoniła do niego. Tym razem odebrał.

„Gdzie jesteś?” zapytał.

„Przed domem kultury. Ochrona nie pozwala mi wejść”.

„Dobrze”.

„Co w tym dobrego?”

„Sebastian zażądał zamknięcia centrum do czasu zakończenia próby awaryjnej”.

„Próba już się skończyła. Poza tym samochód Bruna od ponad dwudziestu minut stoi w lesie”.

„Wysłałem do niego drugi zespół”.

„A policję?”

„Jeszcze nie”.

„Dlaczego?”

„Bo samochód może mieć problem z nadajnikiem”.

„A telefon Bruna?”

Po drugiej stronie zapadła cisza.

„Jest wyłączony” powiedziała Iga. „Próbowałam dwa razy”.

„Mógł stracić zasięg”.

„Telefon nie informuje wtedy, że jest wyłączony”.

„Wiem”.

Marcin mówił cicho. W tle słyszała wentylatory komputerów i urywane polecenia.

„Co się stało z zasilaniem?” zapytała.

„Ktoś odłączył główną rozdzielnię”.

„Przypadkiem?”

„Trzeba otworzyć metalową osłonę i przesunąć dwa zabezpieczenia. Agregat nie uruchomił się, bo wyjęto bezpiecznik sterownika”.

„Czyli ktoś zrobił to celowo”.

„Na to wygląda”.

„Kamery coś nagrały?”

„Przestały zapisywać siedem minut przed awarią”.

Iga spojrzała na ochroniarza stojącego przy drzwiach.

„Powiedz Elizie, że trzeba odwołać start”.

„Sebastian twierdzi, że wszystko jest pod kontrolą”.

„Sebastian nie jest organizatorem”.

„Ale odpowiada za pomiar. Przed chwilą pokazał Elizie raport, według którego system przeszedł próbę po ponownym uruchomieniu”.

„A siódemka?”

„Znowu odpowiada”.

„Na jak długo?”

Marcin nie odpowiedział.

„Czy powiedziałeś Sebastianowi o chipie Adriana?” zapytała.

„Nie”.

„A o karcie kontrolera?”

„Wie, że wysłałem Bruna po dane. Nie wie dlaczego”.

„Tylko ty, Bruno i Sebastian wiedzieliście, dokąd jedzie. Teraz Bruno nie odpowiada, a jego samochód stoi w lesie”.

„Dlatego wysłałem tam ludzi”.

„Kogo?”

„Karola i Paulinę”.

„Czy Sebastian o tym wie?”

„Nie”.

„Więc dlaczego nadal siedzisz w centrum razem z nim?”

„Bo jeśli wyjdę, zostanie sam z serwerem”.

Iga przymknęła oczy. Rozumiała logikę Marcina, ale wiedziała również, że brat był od wielu godzin bez snu. Znalazł coś, co podważało oficjalną wersję śmierci Mileny, i próbował jednocześnie ochronić dane, odnaleźć Bruna oraz uruchomić system dla niemal tysiąca zawodników.

Nie mógł kontrolować wszystkiego.

„Wyślij kopię plików poza firmowy serwer” powiedziała.

„Już to zrobiłem”.

„Dokąd?”

„Im mniej wiesz, tym lepiej”.

„Dałeś mi kartę z tymi samymi plikami”.

„Nie ze wszystkimi”.

Ktoś zawołał Marcina.

„Muszę kończyć” powiedział.

„Zadzwoń, kiedy znajdą Bruna”.

„Iga, idź na odprawę. Zachowuj się normalnie”.

„Nie jestem już pewna, jak wygląda normalne zachowanie”.

„Na razie nie rób niczego sama”.

Rozłączył się.

Iga schowała telefon. Ochroniarz nadal ją obserwował.

Ruszyła w stronę sceny.

Odprawa miała rozpocząć się za kilka minut, ale większość zawodników już zajęła miejsca. Ludzie stali ciasno obok siebie, poprawiali plecaki i robili zdjęcia mapy wyświetlonej na ekranie. Iga zatrzymała się z boku, skąd widziała scenę oraz wejście do domu kultury.

Eliza Modra pojawiła się przy mikrofonie. Przywitała zawodników i opowiedziała o pogodzie, zmianach na trasie oraz stanie szlaków. Mówiła spokojnie i pewnie. Nikt, kto nie znał jej dobrze, nie domyśliłby się, że kilkanaście minut wcześniej ktoś odciął zasilanie w centrum pomiarowym.

Po Elizie mikrofon przejął kierownik trasy. Na ekranie wyświetliła się mapa z siedmioma punktami kontrolnymi.

„Najtrudniejsze warunki czekają was pomiędzy punktem piątym i siódmym” powiedział. „Po nocnych opadach na zejściu do Doliny Wron znajduje się dużo błota. Prosimy o ostrożność i stosowanie się do poleceń ratowników”.

Iga patrzyła na srebrny okrąg oznaczający siódmy punkt.

„W Dolinie Wron telefony tracą zasięg” kontynuował mężczyzna. „System pomiarowy działa lokalnie, dlatego część wyników może pojawić się z opóźnieniem. Nie oznacza to, że wasz chip nie został odczytany”.

Kilku zawodników zaśmiało się, a ktoś z przodu zawołał, że w Martwym Punkcie niczego nie można być pewnym.

Iga nie podzielała ich rozbawienia.

Na ekranie pojawiło się zdjęcie stacji pomiarowej. Dwie maty leżały w poprzek leśnej drogi, a obok nich ustawiono namiot, agregat i antenę na wysokim maszcie. Fotografię wykonano poprzedniego dnia. W prawym dolnym rogu widniała data i godzina.

Iga powiększyła zdjęcie w telefonie, korzystając z transmisji obrazu dostępnej w aplikacji biegu.

Przy krawędzi kadru stał mężczyzna w czarnej kurtce. Widać było jedynie fragment jego sylwetki i prawą dłoń opartą na maszcie anteny. Na nadgarstku miał masywny zegarek.

Taki sam jak Sebastian.

Mógł uczestniczyć w montażu punktu. Jako właściciel firmy miał do tego pełne prawo. Mimo to Iga zapisała zdjęcie.

Kierownik trasy skończył omawiać zasady bezpieczeństwa. Eliza ponownie weszła na scenę.

„Srebrna Pętla nie byłaby tym samym biegiem bez człowieka, który od pierwszej edycji wspiera nas nie tylko jako zawodnik, lecz także jako przyjaciel i ambasador” powiedziała. „Przywitajcie Adriana Radeckiego”.

Tłum odpowiedział oklaskami.

Adrian wszedł na scenę od strony domu kultury. Miał na sobie czarną koszulkę z logo fundacji oraz spodnie biegowe. Do szerokiego pasa przypiął numer jeden. Wyglądał jak człowiek gotowy do startu, choć Iga wiedziała, że od kilku lat pokonywał jedynie krótszą trasę.

Stanął obok Elizy i objął ją jednym ramieniem. Poczekał, aż ucichną oklaski.

„Kiedy siedem lat temu straciłem Milenę, byłem przekonany, że już nigdy tu nie wrócę” powiedział. „To miejsce przypominało mi o wszystkim, czego nie zdołałem ochronić”.

Iga poczuła ucisk w gardle.

Na ekranie za Adrianem pojawiło się zdjęcie Mileny. Miała jasne włosy związane wysoko i szeroki uśmiech. Fotograf uchwycił ją na mecie pierwszej edycji biegu. Stała w kurtce wolontariuszki i nakładała medal jednemu z zawodników.

Iga znała to zdjęcie. Sama je zrobiła.

„Później zrozumiałem, że ucieczka nie przywróci jej życia” kontynuował Adrian. „Mogłem natomiast sprawić, żeby jej imię oznaczało coś więcej niż tragedię”.

Opowiedział o fundacji, rehabilitowanych dzieciach i pieniądzach zebranych podczas poprzednich edycji. Mówił bez kartki. Wiedział, kiedy zrobić przerwę, kiedy ściszyć głos i kiedy spojrzeć w stronę zdjęcia żony.

Tłum słuchał w całkowitej ciszy.

Iga również kiedyś wierzyła w jego żałobę. Widziała go przed ruinami domu, na komisariacie i podczas pogrzebu. Pamiętała drżące dłonie oraz moment, w którym musiał oprzeć się o samochód, gdy wynoszono trumnę z kościoła.

Teraz zastanawiała się, ile z tego było prawdą.

Adrian zakończył przemówienie prośbą o minutę ciszy. Kilkaset osób pochyliło głowy. Muzyka ucichła. Na rynku słychać było jedynie szum wiatru i trzepotanie materiału na bramie startowej.

Telefon Igi zawibrował.

Spojrzała na ekran.

Wiadomość przyszła z nieznanego numeru.

„Oddaj to, co dostałaś od brata”.

Iga poczuła, jak napinają się wszystkie mięśnie jej ciała.

Rozejrzała się po tłumie. Ludzie stali z pochylonymi głowami. Niektórzy trzymali telefony, ale nikt nie patrzył w jej stronę.

Odpisała jednym zdaniem.

„Kim jesteś?”

Wiadomość została dostarczona, lecz nie pojawiło się potwierdzenie odczytania.

Minuta ciszy dobiegła końca. Adrian podziękował zawodnikom, a z głośników ponownie popłynęła muzyka. Ludzie zaczęli się rozchodzić.

Iga ruszyła w stronę domu kultury. Chciała znaleźć Marcina i pokazać mu wiadomość, zanim osoba, która ją wysłała, zdąży wyłączyć telefon.

Nie zrobiła nawet dziesięciu kroków.

„Iga Kierska”.

Zatrzymała się.

Adrian Radecki stał kilka metrów za nią.

Z bliska wyglądał starzej niż na nagraniu. Skóra pod oczami była cienka, a na lewej skroni widniała blada blizna, której wcześniej nie zauważyła. Uśmiechał się uprzejmie, lecz jego wzrok pozostawał chłodny.

„Nie wiedziałem, że startujesz” powiedział.

„Ja nie wiedziałam, że nadal pamiętasz moje nazwisko”.

„Pamiętam wszystkich, którzy byli przy mnie po śmierci Mileny”.

Iga nie odpowiedziała.

Adrian podszedł bliżej. Tłum rozstępował się przed nim. Zawodnicy pozdrawiali go, prosili o zdjęcia i życzyli powodzenia. Każdemu odpowiadał uśmiechem.

„Wróciłaś do firmy?” zapytał.

„Nie”.

„Więc przyjechałaś tylko pobiec?”

„Taki był plan”.

„Był?”

Iga spojrzała mu w oczy.

„Dużo się wydarzyło od mojego przyjazdu”.

„Przed zawodami zawsze panuje chaos. Człowiek zaczyna dostrzegać problemy tam, gdzie są tylko nerwy”.

Brzmiał niemal tak samo jak Sebastian.

„Słyszałam, że biegniesz krótszą trasę” powiedziała.

„Dwadzieścia osiem kilometrów. Na więcej nie pozwala mi kolano”.

„Masz nowy chip?”

Pytanie zaskoczyło go. Jego wzrok przesunął się na własny numer startowy.

„Każdy zawodnik ma nowy”.

„Co stało się z tym, którego używałeś siedem lat temu?”

Uśmiech Adriana zniknął.

Wokół nich przechodzili ludzie, ale nikt nie zwracał uwagi na rozmowę. Dla obserwatorów byli zapewne dwojgiem dawnych znajomych spotykających się po latach.

„Spłonął razem z domem” odpowiedział.

„Widziałeś go po pożarze?”

„Nie. Policja nie odzyskała większości rzeczy znajdujących się przy wejściu”.

„Twój numer startowy znaleziono w samochodzie”.

„Bo po biegu przebrałem się przed powrotem do domu”.

Iga pamiętała zdjęcie wykonane przez policję. Numer Adriana leżał na podłodze za siedzeniem kierowcy. Chip nadal był do niego przyklejony. Został później umieszczony w magazynie dowodów, a kilka tygodni później uznano go za uszkodzony podczas badania.

Marcin powiedział jednak, że chip wykryty w Dolinie Wron był tym, który zgodnie z ewidencją został zniszczony.

Nie spłonął w domu.

Ktoś zmienił dokumentację już po pożarze.

„Pamiętasz mój raport?” zapytała.

„Oczywiście”.

„Napisałam w nim, że wszystkie twoje odczyty tworzyły spójną trasę”.

„I byłem ci za to wdzięczny”.

„Za napisanie prawdy?”

Adrian przyglądał jej się przez dłuższą chwilę.

„Za to, że nie pozwoliłaś, aby jeden testowy sygnał zniszczył człowiekowi życie”.

Iga poczuła chłód na plecach.

Nie powiedziała mu o sygnale.

Informacja nie znalazła się w raporcie. Nie przekazała jej policji ani organizatorom. Rozmawiała o niej wyłącznie z Sebastianem.

„Skąd o tym wiesz?” zapytała.

Adrian poprawił pas z numerem.

„Sebastian wyjaśnił mi później, dlaczego analiza trwała tak długo”.

„Powiedział ci o zapasowym czytniku?”

„Nie pamiętam szczegółów technicznych”.

„Przed chwilą nazwałeś sygnał testowym”.

„Tak określił go Sebastian”.

„Czy powiedział ci również, skąd pochodził?”

Adrian spojrzał ponad jej ramieniem.

Iga odwróciła głowę. Przy bocznym wejściu do domu kultury stał Sebastian. Rozmawiał z ochroniarzem, lecz obserwował ich rozmowę.

Kiedy zorientował się, że Iga go zauważyła, powiedział coś do mężczyzny i wszedł do budynku.

„Nie powinnaś była wracać do tych danych” powiedział Adrian.

„Nie wróciłam”.

„Twój brat wrócił”.

„Skąd wiesz?”

„Marcin od kilku dni zadaje pytania. Ludzie zaczynają się martwić”.

„O błędny wynik?”

„O bieg. O fundację. O wszystko, co zbudowaliśmy po śmierci Mileny”.

Adrian zrobił krok bliżej.

„Niektóre błędy wyglądają podejrzanie tylko dlatego, że człowiek bardzo chce znaleźć winnego” powiedział cicho. „Ty chciałaś go znaleźć już wtedy”.

„Miałam powód”.

„Miałaś poczucie winy”.

Iga zacisnęła dłonie.

„Za co?”

„Za to, że Milena zadzwoniła do ciebie tamtej nocy, a ty nie odebrałaś”.

Przez moment nie słyszała muzyki, głosów ani zapowiedzi płynących ze sceny.

Widziała jedynie twarz Adriana.

„Skąd o tym wiesz?”

„Policja sprawdziła jej telefon”.

„W raporcie nie było mojego nazwiska”.

„Bo poprosiłem, żeby go nie publikowali. Nie chciałem, żeby media znalazły kolejną osobę, którą można obwinić”.

„Nie zrobiłeś tego dla mnie”.

„Nie. Zrobiłem to dla Mileny”.

Odwrócił się, jakby rozmowa była zakończona.

Iga chwyciła go za przedramię.

Adrian spojrzał na jej dłoń.

„Dlaczego do mnie dzwoniła?” zapytała.

„Nie wiem”.

„Wiedziałeś, że się znałyśmy?”

„Miała wielu znajomych”.

„Nie odpowiedziałeś na pytanie”.

„Ty również nie odpowiedziałaś na jej telefon”.

Wysunął rękę z uścisku.

Na jego nadgarstku Iga zobaczyła cienkie zadrapania. Świeże, zaczerwienione i ułożone równolegle, jak ślady po gałęziach.

Adrian opuścił rękaw.

„Powodzenia na trasie” powiedział. „Uważaj w Dolinie Wron. To miejsce nie wybacza ludziom, którzy schodzą ze szlaku”.

Odszedł w stronę grupy czekającej na zdjęcie.

Iga patrzyła za nim, próbując uspokoić oddech.

Milenę poznała rok przed pożarem. Spotkały się podczas konfiguracji urządzenia w domu Radeckich. Milena interesowała się systemem bardziej, niż było to konieczne. Pytała o możliwość kopiowania chipów, ręcznego dodawania odczytów i korygowania czasu zawodnika.

Iga uznała wtedy, że chce lepiej rozumieć pracę męża związaną z fundacją i biegiem.

Kilka tygodni później Milena zadzwoniła do niej po raz pierwszy. Powiedziała, że zauważyła niezgodność w wynikach Adriana z innej imprezy. Iga sprawdziła dane, ale nie znalazła niczego podejrzanego. Kolejne rozmowy były krótkie i chaotyczne. Milena zadawała pytania, po czym prosiła, żeby o nich zapomnieć.

W noc pożaru zadzwoniła o drugiej dziewiętnaście.

Iga siedziała wtedy w centrum pomiarowym. Zobaczyła nazwisko na ekranie, ale odrzuciła połączenie, ponieważ Sebastian stał obok niej i próbował naprawić transmisję z trzeciego punktu.

Milena nie zadzwoniła ponownie.

Iga przez siedem lat próbowała wmówić sobie, że rozmowa niczego by nie zmieniła.

Adrian właśnie przypomniał jej, że ktoś zadbał o usunięcie informacji o tym telefonie z oficjalnego raportu.

Telefon zawibrował.

Marcin dzwonił.

„Znaleźli samochód Bruna” powiedział, gdy odebrała.

„A jego?”

„Nie”.

„Co jest w samochodzie?”

„Laptop, telefon i kluczyki. Drzwi były otwarte”.

„Ślady walki?”

„Karol mówi, że nie widzi krwi ani uszkodzeń. Na błocie jest zbyt dużo śladów”.

„Karta z kontrolera?”

„Nie ma jej”.

Iga spojrzała w stronę domu kultury. Ochroniarz zniknął sprzed drzwi.

„Musisz zawiadomić policję”.

„Eliza już dzwoni”.

„Powiedziałeś jej o danych?”

„Tylko że Bruno pojechał naprawić punkt”.

„Rozmawiałam z Adrianem”.

Marcin zamilkł.

„Co ci powiedział?”

„Wie o sygnale z czytnika w domu Mileny. Wie również, że wróciłeś do starych danych”.

„Odejdź od niego”.

„Już odszedł”.

„Znajdź miejsce, w którym są ludzie. Nie wracaj do samochodu. Nie idź do hotelu”.

„Marcin, dostałam wiadomość”.

„Jaką?”

Iga przeczytała mu jej treść.

Po drugiej stronie usłyszała szybkie uderzenia klawiszy.

„Podaj numer”.

Podyktowała go.

„Nie ma go w książce służbowej” powiedział. „Spróbuję ustalić właściciela”.

„To może być numer jednorazowy”.

„Prawdopodobnie”.

Na rynku rozległ się sygnał dźwiękowy. Ekran za sceną zmienił obraz. Film promocyjny zniknął, a w jego miejsce pojawiła się próbna tabela wyników. Organizatorzy prezentowali aplikację, w której kibice mieli śledzić zawodników.

Nazwiska przesuwały się w kolejności numerów startowych.

„Marcin” powiedziała Iga.

„Co?”

„Czy system jest teraz w trybie testowym?”

„Nie. Wyczyściliśmy wszystkie próbne odczyty. Dlaczego pytasz?”

Na ekranie pojawił się numer dwieście siedemnaście.

Iga Kierska.

Przy jej nazwisku widniał czas oraz oznaczenie punktu.

Dolina Wron.

Siódmy punkt kontrolny zarejestrował ją kilkanaście sekund wcześniej.

Iga dotknęła numeru przypiętego pod kurtką. Wyczuła papier, zatrzaski i cienki chip znajdujący się dokładnie tam, gdzie powinien.

„Mój numer pojawił się w wynikach” powiedziała.

„To niemożliwe”.

„Siódemka twierdzi, że właśnie przez nią przebiegłam”.

Marcin przestał pisać.

„Zdejmij numer” powiedział. „Ale nie odrywaj chipa”.

Iga odpięła zatrzaski i wyjęła numer spod kurtki. Ludzie wokół niej patrzyli na ekran, komentując działanie aplikacji. Nikt nie zwracał na nią uwagi.

„Trzymam go w dłoni”.

„Jesteś pewna, że to numer dwieście siedemnaście?”

Spojrzała na duże czarne cyfry.

„Tak”.

Na ekranie przy jej nazwisku pojawił się drugi odczyt.

Punkt czwarty.

Czas różnił się od poprzedniego o trzydzieści jeden sekund.

Tłum zareagował śmiechem. Ktoś powiedział, że system oszalał. Prowadzący przeprosił za błąd prezentacji i poprosił obsługę o wyczyszczenie tabeli.

Iga nie patrzyła już na ekran.

Na odwrocie jej numeru widniał chip, lecz jego powierzchnia wyglądała inaczej niż wcześniej. W jednym rogu zauważyła drobne nacięcie. Podważyła paznokciem warstwę tworzywa.

Górna część anteny uniosła się bez oporu.

Pod nią znajdował się drugi, znacznie mniejszy układ.

Ktoś umieścił go pomiędzy papierem a właściwym chipem.

„Marcin” wyszeptała.

„Co widzisz?”

Iga spojrzała na maleńki czarny prostokąt przyklejony do numeru.

„Miałeś rację. Ktoś skopiował mój chip”.

Telefon poinformował o nadejściu kolejnej wiadomości.

Ten sam nieznany numer.

„Teraz wiesz, ile warte jest alibi”.

Iga przeczytała zdanie dwukrotnie.

Potem podniosła wzrok.

Po drugiej stronie rynku stał Adrian Radecki.

Nie uśmiechał się.

Patrzył prosto na nią.

Rozdział 4

Dwa miejsca naraz

Adrian stał po drugiej stronie rynku i patrzył na Igę.

Nie próbował ukryć zainteresowania. Nie rozmawiał z ludźmi, którzy jeszcze przed chwilą prosili go o wspólne zdjęcie. Nie sprawdzał telefonu ani zegarka. Stał nieruchomo z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała, jakby czekał, aż Iga zrozumie znaczenie wiadomości.

Teraz wiesz, ile warte jest alibi.

Pod palcami czuła maleńki układ ukryty pod właściwym chipem. Gdyby nie zauważyła nacięcia w rogu anteny, przebiegłaby z nim całą trasę. Każdy punkt kontrolny zarejestrowałby oba sygnały, a ona nawet nie wiedziałaby, że przez kilkadziesiąt kilometrów niesie ze sobą cudzą tożsamość.

„Iga, odezwij się” powiedział Marcin przez telefon.

„Adrian mnie obserwuje”.

„Gdzie jest?”

„Po drugiej stronie rynku”.

„Nie podchodź do niego”.

„Nie zamierzam”.

„Schowaj numer i idź do namiotu medycznego. Wejdź od strony parkingu. Za pięć minut tam będę”.

Iga nadal patrzyła na Adriana.

„Ktoś przykleił drugi chip pod moim numerem. Jeśli mnie odczytano w Dolinie Wron i na punkcie czwartym, to znaczy, że istnieją przynajmniej trzy kopie”.

„Albo ktoś wprowadza odczyty bezpośrednio do systemu”.

„Można to zrobić?”

„Nie bez dostępu administratora”.

„Ty go masz”.

„Sebastian również”.

Adrian ruszył.

Nie szedł w stronę Igi. Odwrócił się i wszedł pomiędzy namioty sponsorów. Po kilku sekundach zasłoniła go grupa zawodników ubranych w czerwone kurtki.

„Zniknął mi z oczu” powiedziała.

„Nie szukaj go. Idź do namiotu”.

Marcin zakończył połączenie.

Iga wsunęła numer pod bluzkę, uważając, żeby nie uszkodzić żadnego z układów. Przecisnęła się przez tłum w stronę parkingu. Co kilka kroków oglądała się za siebie. Nie widziała Adriana, ale miała wrażenie, że ktoś porusza się za nią dokładnie w tym samym tempie.

Przy namiocie sponsora zatrzymała się gwałtownie.

Młody mężczyzna idący kilka metrów za nią niemal na nią wpadł. Miał plecak biegowy, kijki i numer czterysta osiemdziesiąt trzy. Spojrzał na nią ze zdziwieniem, przeprosił i poszedł dalej.

Iga odczekała kilka sekund.

Nikt inny się nie zatrzymał.