Mahabharata - dr Krishna Dharma - ebook

Mahabharata ebook

Krishna Dharma

0,0
39,00 zł

lub
Opis

Mahabharata jest niezwykłym dziełem literackim. Ponad 100 000 wersetów czyni z niej jeden z największych eposów świata – jest ośmiokrotnie dłuższa niż Iliada i Odyseja razem wzięte. Według współczesnych badaczy, Mahabharata powstała na przestrzeni kilku stuleci, między IV w. p.n.e a IV w. n.e. i miała wielu autorów. Według samej Mahabharaty oraz zgodnie z tradycją, została spisana przez wielkiego wieszcza Wjasadewę około 5000 lat temu, bezpośrednio po wydarzeniach, które składają się na jej akcję. Epos ten uważany jest za jeden z dwóch fundamentalnych tekstów (obok Ramajany), na których opiera się kultura, tradycja i religia Indii, a jej poszczególne epizody wielokrotnie znajdowały swoje przedstawienie w rzeźbie, malarstwie, tańcu czy teatrze.

Mahabharata zawiera w sobie wszystko to, co tak fascynuje ludzi zachodu w kulturze Indii: duchowość, mistycyzm, świat bogów , demonów i joginów, wierzenia, miłość, erotyka, opisy bitew.

Historia Mahabharaty została opisana na kanwie konfliktu dwóch gałęzi rodu Bharatów. Przedmiotem sporu jest tron Hasztinapury- stolicy Bharata-Warszy (tradycyjna nazwa Indii). Poprzez intrygi Kaurawowie skazali swoich kuzynów na wygnanie i bezprawnie sprawowali władzę w królestwie. Kulminacją historii jest wielka bitwa pod Kurukszetrą, w trakcie której giną Kaurawowie oraz prawie wszyscy biorący w niej udział żołnierze. Przed samą bitwą doszło do wypowiedzenia Bhagavat-gity (Pieśń Pana), której 700 wersetów, będących częścią Mahabharaty stanowi dla Hindusów najważniejszy i najświętszy tekst. W niej to Kryszna, który jest uznawany za samego Boga Wisznu, instruuje swojego przyjaciela Ardżunę (jeden z Pandawów) o naturze świata, prawie karmy, zasadach reinkarnacji oraz różnych systemach Jogi. Sama Bhagavat-gita doczekała się ponad 100 różnych tłumaczeń na język angielski oraz kilku na język polski.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 1405

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Tytuł wydania angielskiego

Mahabharata

The Greatest Spiritual Epic of All Time

Przekład z języka angielskiego

Iwona Szuwalska

Redakcja i korekta

Jolanta Kardela

Projekt okładki i rysunki

Krystyna Szczepaniak

Skład i łamanie

Alicja M. Lewińska

© Copyright by Torchlight Publishing, Inc.

© Copyright for Polish edition by PURANA

Wydanie trzecie, Wrocław 2014

ISBN 978-83-66200-23-4

Wydawnictwo PURANA

ul. Agrestowa 11

55-330 Lutynia

tel.: 71/3592701, 603 402 482

e-mail:[email protected]

www.purana.com.pl

Dedykacja

Dla Jego Boskiej Miłości

A.C. Bhaktiwedanty Swamiego Prabhupada,

mojego wiecznego przewodnika i natchnienia,

oraz zawsze żywego przykładu

wzniosłego przekazuMahabharaty.

Podziękowania

Do wydania tej książki znacząco przyczyniły się następujące osoby:

Greg Stein, Kaishori Devi Dasi, Chris Glenn,

Roy Richard, Yamaraja das,

Ron Marinelli oraz Ananta Shakti.

Na szczególne podziękowania zasługuje

Advaita Chandra das (Alister Taylor) – mój przyjaciel i wydawca,

który poświęcił wiele godzin ciężkiej pracy,

by doszło do opublikowania tej książki.

Chciałbym również podziękować swojej dobrej żonie,

która od początku mojej pracy dostarczała

mi nieocenionego wsparcia i inspiracji.

Od wydawcy

Mahabharata jest niezwykłym dziełem literackim. Nie tylko dlatego, że pierwotnie była zapisana w sanskrycie kilka tysięcy lat temu, choć to też warte jest odnotowania. Ponad 100 000 wersetów czyni z niej największy epos świata, ośmiokrotnie dłuższy niż Iliada i Odyseja razem wzięte. Mahabharata zawiera wszystko, co tak fascynuje ludzi Zachodu w kulturze Indii: duchowość, mistycyzm, świat bogów i demonów, jogini, wierzenia, miłość, erotyka, opisy bitew. Tematyka ta została przedstawiona na tle konfliktu dwóch gałęzi rodu Bharatów.

Mahabharata jest nie tylko niezwykłym opisem starożytnej historii, kultury i cywilizacji, jak Iliadai Odyseja, lecz jest ona nadal częścią żywej tradycji hinduistycznej, która do dziś zachowała się nie tylko w Indiach, ale na całym świecie.

Duża objętość Mahabharaty sprawia, iż niezwykle rzadko publikuje się jej pełne tłumaczenie. W 1911 r. nakładem Księgarni Feliksa Westa ukazało się polskie wydanie Mahabharaty w opracowaniu Antoniego Langego. Edycja ta zawiera niewiele przekładów dosłownych pisanych wierszem lub prozą i streszczeń. Do tej pory było to jedyne wydanie Mahabharaty.

Przekłady na inne języki zwykle podają jej treść w formie zbeletryzowanej. I w takiej właśnie formie przedstawiamy Czytelnikom to ponadczasowe dzieło, które należy do dziedzictwa kulturowego świata.

Wydawca

Wstęp

Spodziewam się, że większość osób, które będą czytać ten wstęp, po raz pierwszy spotyka się z tekstem Mahabharaty. Ci, którzy już ją znają, nie potrzebują żadnego wprowadzenia. Z pewnością będą woleli natychmiast przystąpić do czytania tej kojącej serce i umysł historii. Jeśli jest to Wasze pierwsze spotkanie z tym dziełem, pozwólcie, że zaproszę Was do czytania może nieco utartą formułką: „Witam w świecie Mahabharaty”.

Witam w świecie bohaterów i bogów, prawych królów rządzących ziemią, gdzie życie postrzega się jako jedynie krok na drodze wiodącej do świata wiecznego szczęścia. Oto historia, która Was oczaruje, a jednocześnie dostarczy wiedzy z różnych dziedzin życia. Pięć tysięcy lat temu po raz pierwszy spisał ją w języku sanskryckim Wjasadewa – mistyk żyjący w Himalajach. Jej głównym wątkiem jest historia życia pięciu potężnych królów – Pandawów. Przeplatają się z nim inne opowieści o mędrcach, królewskich wojownikach i wielu innych barwnych osobistościach. Jedną z nich jest Kryszna, wcielenie Boga, bardzo ważna postać w tej książce. To właśnie z jego powodu Mahabharata ma charakter religijny. Zawiera Bhagawad-gitę, którą wygłosił Kryszna i która stała się źródłem duchowych wskazówek, nadal czytanych codziennie przez miliony ludzi (tak jak i Mahabharata).

Moja książka nie jest pracą akademicką ani nie zawiera wszystkich szczegółów. Ma ona raczej formę powieści, mającej pomóc Czytelnikom zapoznać się z akcją i doświadczyć wzniosłego nastroju starożytnych czasów. Zauważyłem, że nawet Czytelnicy, którzy bardzo pragną zapoznać się z Mahabharatą, nie są w stanie przebrnąć przez obszerne tomy dostępnych naukowych przekładów. Dlatego starałem się, by moje opracowanie było jak najbardziej przystępne dla każdego, a jednocześnie zawierało wszystkie ważne szczegóły historii. Uważam, że moja książka jest jednym z najbardziej autentycznych przekazów, ponieważ zawsze pozostawałem wierny dostępnym mi tłumaczeniom.

Na końcu umieściłem krótkie wyjaśnienia, biografie oraz słowniczek głównych bohaterów. Mogę tylko dodać, że Mahabharata ujęła mnie swym wzniosłym przekazem i sprawiła, że moje życie stało się bogatsze i pełniejsze. Mam nadzieję, że Wam też dostarczy wiele przyjemności.

Dharme czarthe cza kame cza

Moksze cza bharatharszabha

Jad ihasti tad anjastra

Jan nehasti na tat kwaczit

„Wszystko, czego można nauczyć się z tej powieści na temat dharmy, arthy, kamy i mokszy (etyki, rozwoju ekonomicznego, przyjemności zmysłowych i wyzwolenia), można dowiedzieć się z innych źródeł, lecz to, czego nie można w niej znaleźć, nie jest nigdzie dostępne”. (Mahabharata, Adi parva 56.33)

Krishna Dharma

wrzesień 1998

Księga I

Kości zostały rzucone

1

Jak przyszli na świat przywódcy rodu Kuru

Ambika spoglądała z zaciekawieniem w lustro, gdy służące kończyły ją stroić i upiększać przed wejściem do małżeńskiego łoża. Miesiące żałoby nie odebrały jej urody. Okrągłą twarz o nieskazitelnej mlecznobiałej cerze zdobiły kruczoczarne loki. Nad podłużnymi jak płatki lotosu czarnymi oczami rozpinały się kształtne łuki brwi. Nic dziwnego, że Wiczitrawirja, rozkochany w żonie, rzadko zostawiał ją samą. Za jego życia służki stroiły ją tak co wieczór na wypadek, gdyby jej pan zapragnął ją odwiedzić. Teraz, wdziewając piękne szaty i klejnoty, Ambika ze smutkiem wróciła pamięcią do dni spędzonych z mężem. Jakież to dziwne uczucie – ona, która zaznała objęć mocnych ramion walecznego Wiczitrawirji, przygotowuje się teraz na przyjęcie innego mężczyzny!

Ambika zadrżała na myśl o tym, co ją czekało. Jej niepokój narastał. Odprawiła krzątające się wokół niej służki. Chciała być sama, zebrać myśli. Kiedy Wiczitrawirję spotkała przedwczesna śmierć, pragnęła wstąpić na stos, by udać się z mężem do krainy niebios. Nie umiała wyobrazić sobie życia bez niego. Powstrzymała ją jednak królowa matka, Satjawati, która uświadomiła Ambice, że pozostawał jej do spełnienia pewien obowiązek wobec męża. Mimo iż przez siedem lat małżeństwa dali sobie nawzajem wiele rozkoszy, nie doczekali się dzieci. Jak może dotrzeć do bram niebios król, który nie spełnił swego najważniejszego obowiązku – nie zostawił po sobie następcy?

Satjawati przekonała Ambikę oraz drugą żonę króla, Ambalikę, że muszą żyć, by dopełnić spoczywającego na królu obowiązku. Dopiero wtedy dusza jego będzie szczęśliwa w zaświatach. Według pism świętych w wyjątkowej sytuacji, jeśli mąż jest niezdolny dać żonie dziecka, może go w tym zastąpić starszy brat. Była to taka właśnie wyjątkowa sytuacja. Ambika poczuła się spokojniejsza. Zgadzając się na zbliżenie z Bhiszmą, nie sprzeniewierzy się miłości do męża, wręcz przeciwnie – zrobi to dla niego i dla królestwa. Ambika przestała chodzić nerwowo po komnacie i spoczęła na łożu z kości słoniowej, wstydliwie oczekując Bhiszmy. Był to mężczyzna, którego prawość nie ustępuje sile. Komuż lepszemu mogłaby powierzyć zadanie spłodzenia przyszłego króla? Postanowiła, że dołoży wszelkich starań, by odpowiednio go przyjąć.

Ktoś zapukał. Ambika nieśmiało podniosła oczy. Drzwi otworzyły się i w komnacie zjawił się wysoki mężczyzna. Ambika poczuła, jak krew w jej żyłach zamienia się w lód: to nie był Bhiszma! W jej królewskiej sypialni stał pomarszczony, odrażająco brudny asceta. Skołtunione włosy okalały jego wychudzoną twarz. Wpatrywały się w nią dzikie oczy. Jego zęby były niemal tak samo czarne jak skóra. Za całą odzież służyła mu brudna przepaska na biodrach. Owłosione ciało pokrywała skorupa brudu i pyłu. Nie czekając, mężczyzna zbliżył się i usiadł koło niej. Ambika natychmiast odsunęła się z odrazą, taki bił od niego odór. Kim jest ten człowiek? Wiedziała, że jedynym jej szwagrem był Bhiszma. Modliła się do bogów, by zesłali jej omdlenie. Jak zdoła w przeciwnym wypadku znieść dotknięcie tego przerażającego mężczyzny? Obcy położył ręce na jej szatach. Ambika zamknęła oczy, z trudem powstrzymując się od krzyku.

Satjawati czuła się winna. Gdyby nie chciwość jej ojca, królestwo Hastinapury nie znalazłoby się w tak trudnym położeniu. Siedzi przed nią przecież potężny Bhiszma, syn bogini Gangi. Nie ma na ziemi dzielniejszego męża. Jako najstarszy syn prawego króla Siantanu to on powinien był odziedziczyć tron. Niestety, jej głupi ojciec zaprzepaścił tę tak cenną dla całego królestwa szansę – ze względu na nią. Dobrze pamiętała, jak wszystko się zaczęło. Był dzień jak każdy inny. Satjawati siedziała nad rzeką i czekała, aż pojawi się ktoś, kto mógłby potrzebować przewoźnika. Tak kazał jej ojciec, przywódca miejscowych rybaków. Spełniając pobożny uczynek służenia wędrowcom, dziewczyna miała sobie zjednać przychylność losu. Tego dnia do pobliskich lasów przybył na polowanie możny Siantanu, król całego świata. Z daleka poczuł oszołamiającą woń, jaka pochodziła od ciała Satjawati. Król znęcony niebiańskim zapachem łatwo trafił do jego źródła i zamarł w bezruchu oczarowany urodą dziewczyny. Jego oczy mówiły jasno, że chce ją pojąć za żonę. Usłyszawszy, że jest jeszcze panną, pospieszył do ojca dziewczyny prosić o jej rękę.

Satjawati dotarła do domu akurat w chwili, gdy przygnębiony Siantanu opuszczał jej chatę. Przywódca rybaków zgodził się oddać mu córkę pod warunkiem, że jej syn odziedziczy królestwo. Król miał już jednak dobrego i gorąco kochanego syna, Dewawratę, który miał zostać następcą tronu. Jako ojciec nie mógł postąpić wobec niego tak haniebnie – i to w dodatku z powodu własnej zachcianki. Odszedł więc z bijącym sercem.

Satjawati także cierpiała z tęsknoty za królem i przez wiele dni modliła się do bogów, by pozwolili im się połączyć. Pewnego dnia przed jej chatą pojawił się Dewawrata. Przybył bez wiedzy króla, by w jego imieniu prosić o jej rękę. Ojciec dziewczyny nie chciał zmienić warunków, więc Dewawrata był zmuszony wyrzec się tronu Hastinapury. Niech koronę odziedziczą dzieci Satjawati. Jednak ojciec dalej się wahał. Słyszał wystarczająco wiele o dworskich intrygach, by przewidzieć, że nawet jeśli Dewawrata gotów jest zrezygnować z tronu, to w przyszłości jego potomkowie mogą wystąpić przeciwko synowi Satjawati. Na tę wątpliwość Dewawrata odpowiedział wstrząsającą przysięgą: nigdy się nie ożeni i przez całe życie zachowa celibat. Oświadczył, że gotów jest wyrzec się wszelkich przyjemności, żeby tylko jego ojciec mógł być szczęśliwy. Satjawati przypomniała sobie, jak w odpowiedzi na ślub młodzieńca z nieba posypały się kwiaty i podobny do gromu niebiański głos rzekł: „Od dzisiaj imię jego będzie Bhiszma – ten, który złożył surowy ślub”.

Satjawati spojrzała teraz na siedzącego pokornie przed nią Bhiszmę. Wymówiła jego imię i Bhiszma podniósł głowę, gotów spełnić jej życzenie. Może jednak uda jej się go przekonać. Zawsze był jej posłuszny, szczególnie po śmierci Siantanu.

„Proszę, drogi Bhiszmo, zastanów się” – powiedziała, zakrywając włosy pięknym jedwabnym sari. „Złożyłeś ten ślub dla szczęścia ojca i mojego. Zwalniam cię teraz z niego. Zawsze byłeś człowiekiem honoru. Proszę, weź pod uwagę naszą obecną sytuację. Złożyłeś ten ślub, aby służyć starszym rodu. Zadowól ich też teraz i zatroszcz się o pomyślność dynastii. W tej chwili obowiązek ten niewątpliwie spoczywa na tobie. Wstąp więc na tron Hastinapury i spłódź potężnych synów, by nie zaginęło nasze starożytne królestwo”.

Bhiszma potrząsnął z rozdrażnieniem głową. „Nie nalegaj, matko, bym zszedł ze ścieżki prawdy. Nie mogę spełnić twojej prośby. Słońce może utracić blask, woda wilgoć, a eter zdolność przenoszenia dźwięku, ale ja Bhiszma nigdy nie sprzeniewierzę się prawdzie”.

Bhiszma poprosił Satjawati, by zastanowiła się nad głębszymi przyczynami nieoczekiwanego nieszczęścia królestwa. Taki musiał być wyrok wszechwładnego losu. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że chociaż Satjawati urodziła dwóch wspaniałych synów, żaden nie zostawił po sobie potomka? Jej pierwszemu synowi Czitrangadzie wszyscy królowie ziemi składali daniny, a jego sława wojenna i rozgłos jego imienia jako męża wielkiej prawości dosięgła niebios. Usłyszał o nim nawet potężny król niebiańskiego plemienia Gandharwów, który zrządzeniem losu nosił to samo imię, i pozazdrościł mu chwały. Zawistny Gandharwa nie mógł znieść, że na ziemi żyje inny potężny i sławny Czitrangada. Odwiedził więc ziemię i rzucił rywalowi wyzwanie. Walka trwała wiele lat i skończyła się śmiercią mężnego syna Satjawati, a pyszny Gandharwa wrócił triumfalnie do swej niebiańskiej siedziby. Po Czitrangadzie tron objął potężny Wiczitrawirja. Niestety, zaledwie po siedmiu latach panowania zmogła go śmiertelna choroba. Zarówno on, jak i jego starszy brat zmarli bezpotomnie.

Bhiszma podszedł do okna i wyjrzał na pałacowy ogród skąpany w księżycowej poświacie. Była pełnia i srebrzyste smugi leżały na szerokich, wyłożonych piaskowcem alejach, po których Wiczitrawirja lubił przechadzać się z żonami.

Zwracając się do Satjawati, Bhiszma mówił dalej: „Matko, wyroku przeznaczenia nie odwrócimy takim niegodnym czynem. Człowiek prawy pozostaje posłuszny woli Boga bez względu na okoliczności. Prawości towarzyszą zawsze zwycięstwo i pomyślność; nieprawość natomiast sprowadza nieszczęście. Nie proś więc, bym złamał raz swój ślub”.

Satjawati milczała. Nic nie skłoni więc Bhiszmy do odstąpienia od prawdy i cnoty. Jego słowa były mądre. Królowa matka pochyliła głowę, słuchając dalej: „Zdaje się, że przeznaczenie dało nam jeszcze inne wyjście, i to jak najbardziej zgodne z zasadami religii. Jeśli czcigodny Wjasadewa zgodziłby się obdarzyć królowe potomstwem, będziemy uratowani. Módlmy się, matko, żeby udało się go przekonać”. Satjawati skinęła głową. Przywołała potężnego rysziego Wjasadewę, swego pierworodnego syna. Kosztowało ją wiele odwagi, by przyznać się do dziecka urodzonego przed wyjściem za mąż. Obawiając się potępienia, przez wiele lat ukrywała jego istnienie. Jednak spotkanie z ryszim Paraszarą pozostało żywe w jej pamięci – to, jak przewoziła go łodzią przez rzekę i jak doszło do zbliżenia, którego owocem był czcigodny Wjasadewa. Paraszara wyjawił Satjawati, że czeka ją wielka przyszłość, w której ważną rolę odegra wspaniały syn, którego on jej da. Obiecał jej też, że mimo zbliżenia z nim zachowa dziewictwo. Także dzięki błogosławieństwu Paraszary ciało Satjawati nabrało niebiańskiej woni, która miała później oczarować Siantanu.

Zamyślona Satjawati przemierzała powoli mozaikową posadzkę ogromnej, oświetlonej setkami lamp oliwnych sali o wysokim sklepieniu. Na ścianach wisiały portrety przodków – cała dynastia, począwszy od założyciela, możnego króla Kuru. Każdy z nich był potężnym władcą rządzącym całym światem. Takiemu rodowi z całą pewnością i teraz nie było sądzone zaginąć. Królowa rzekła: „Modliłam się o to królestwo od chwili śmierci moich synów. Ufam, że Wjasadewa okaże się dla nas wybawieniem. Mimo to martwię się bardzo, gdy los piętrzy przeciwności na naszej drodze”. Chociaż Siantanu nie było już wśród żywych, miłość do niego kazała Satjawati troszczyć się o dobro jego rodu i królestwa. Tak, rzeczywiście mają szczęście, że Paraszara spłodził z nią Wjasadewę. Natychmiast po przyjściu na świat ten niezwykły syn przybrał dorosłą postać i odszedł. Na pożegnanie powiedział jej: „Droga matko, jeśli kiedykolwiek będziesz w potrzebie, pomyśl tylko o mnie, a przybędę natychmiast, nawet gdybym był bardzo daleko”.

Rozmowę Bhiszmy i Satjawati przerwał odgłos otwierających się drzwi. Wjasadewa wyszedł z komnaty sypialnej Ambiki. Bhiszma skłonił się mędrcowi do stóp. Satjawati zapytała go z niepokojem: „Czy królowa będzie mieć udanego syna?”.

Błogosławiąc podnoszącego się z podłogi Bhiszmę, Wjasadewa odparł: „Będzie mieć syna silnego jak dziesięć tysięcy słoni, o przenikliwym intelekcie, mądrego i bogatego – syna, który sam stanie się ojcem setki synów. Niestety, o pobożna pani, z winy matki będzie on ślepcem”.

Satjawati zamarła w bezruchu. „Ależ… Jak może stanąć na czele rodu Kuru król, który jest ślepy?”.

Wjasadewa wyjaśnił, że zbliżył się do Ambiki gotów spłodzić sprawnego syna, lecz królowa ze strachu zamknęła oczy na jego widok. Gdy zgodził się spłodzić to dziecko, mędrzec postawił warunek, że królowa przyjmie go takim, jakim był. Przybył on na wezwanie matki prosto z Himalajów, gdzie oddawał się surowej ascezie. Jako ascecie nie wolno mu było się myć ani dbać o ciało. „Mogłem przyjść jako piękny mężczyzna, wspaniale przyodziany, ozdobiony klejnotami, w tym celu jednak królowa musiałaby najpierw złożyć pewien religijny ślub i przestrzegać go w ciągu całego roku. Ty jednak prosiłaś, bym dał jej dziecko natychmiast. Zamiast praktykować ascezę przez rok, musiała przyjąć mnie w mej obecnej postaci”.

Satjawati przeklinała własną niecierpliwość. Rzeczywiście, nie chciała czekać. Bez następcy tronu królestwu zewsząd zagrażało niebezpieczeństwo. Tam, gdzie nie ma monarchy, nawet deszcz nie pada jak należy i bogowie nie dają swojej łaski. To dlatego Satjawati ubłagała Wjasadewę, by nie zwlekał ani chwili. A tu takie nieszczęście! Syn ślepiec. Przecież ślepiec nie może być królem!

„Musisz dać królestwu jeszcze jednego syna” – błagała. „Udaj się do drugiej królowej, Ambaliki”.

Wjasadewa spojrzał ze współczuciem na niespokojną matkę i zapewnił ją, że nie musi się trwożyć. Powróci wkrótce, by spłodzić jeszcze jedno dziecko. Muszą tylko go wezwać, gdy Ambalika będzie gotowa. Mędrzec zniknął. Satjawati zwróciła się do Bhiszmy: „Tego się obawiałam. Będę teraz musiała nakłonić Ambalikę, by przyjęła rysziego. Oby powiodło jej się lepiej niż siostrze”.

Po miesiącu Satjawati ponownie wezwała Wjasadewę. Tak jak poprzednim razem przybył prosto ze swych ascetycznych praktyk i wyglądał odrażająco. Matka przyprowadziła go pod drzwi Ambaliki i mędrzec wszedł, nie czekając. Królowa, uprzedzona przez siostrę, wiedziała, czego oczekiwać. Jednak mimo to widok straszliwego ascety przejął ją grozą. Zdołała wprawdzie w chwili zbliżenia powstrzymać się od zamknięcia oczu, lecz zbladła z przerażenia. „Ponieważ zbladłaś na mój widok, twój syn będzie blady. Dlatego nazwą go Pandu – »Blady«”. Wypowiedziawszy te słowa, ryszi opuścił komnatę. Na pytanie czekającej pod drzwiami matki odparł, że ten syn będzie odznaczał się niezwykłą siłą, ale będzie blady.

Satjawati znowu się zaniepokoiła. Blady? Co Wjasadewa miał na myśli? Coś znowu było nie tak. Nawet jeśli to dziecko będzie całkowicie sprawne, to jedyny męski potomek zdolny objąć tron nie wystarczy, by można było czuć się spokojnym o losy królestwa. Wjasadewa musi spróbować jeszcze raz.

Satjawati poprosiła swego syna, by ponownie udał się do Ambiki. Teraz królowa wie już, czego się spodziewać i na pewno nie zamknie oczu. Wjasadewa uśmiechnął się i odrzekł: „Dobrze. Powrócę więc, kiedy Ambika urodzi pierwsze dziecko”.

Gdy nadszedł czas, Ambika urodziła ślepego chłopczyka, któremu dano na imię Dhrytarasztra. Ambalice urodził się syn o bladej cerze, lecz urodziwy, ze znamionami na ciele świadczącymi, że dziecku temu sprzyjać będzie dobry los. Nazwano go Pandu, według słów Wjasadewy. Wkrótce potem mędrzec ponownie zjawił się w pałacu, by jeszcze raz zbliżyć się do Ambiki.

Gdy królowej powiedziano, że czeka ją jeszcze jedno spotkanie z tym strasznie wyglądającym ascetą, wpadła w przerażenie i uprosiła jedną ze swych służek, która była jej bliską przyjaciółką, by zajęła jej miejsce. W sypialni Ambiki czekała więc na mędrca zwyczajna służąca, która ubrała na siebie najpiękniejsze szaty i biżuterię królowej.

Wjasadewa wyczuł podstęp. Wszedł jednak do komnaty. Na widok dostojnego mędrca służąca powstała z czcią i skłoniła mu się do samej ziemi. Posadziła go wygodnie, po czym obmyła mu stopy i podała do jedzenia rozmaite wyborne potrawy. Ryszi był ujęty. Opuszczając ją, powiedział: „Dziewczyno o dobrym sercu, nie będziesz już dłużej służącą. Zrodzonemu z naszego związku synowi nie tylko sprzyjać będzie dobry los, ale będzie on także mądry i bystrością umysłu przewyższy wszystkich na tej ziemi”.

I znowu Satjawati wyczekiwała pod drzwiami komnaty. Wjasadewa oznajmił jej: „Królowa oszukała mnie i posłała na swe miejsce służącą. Ta prosta dziewczyna przyjęła mnie z wielkim szacunkiem, toteż zostanie matką dobrego dziecka. A teraz, matko, wracam do mej ascezy. Powrócę, jeśli będziesz mnie potrzebować, lecz nie proś mnie już o płodzenie dzieci”. I Wjasadewa zniknął, zostawiając Satjawati i Bhiszmę rozważających jego słowa.

Służąca urodziła syna, któremu dano na imię Widura. Miał on w przyszłości zostać głównym ministrem i doradcą rodu Kuru. Wychowywano go razem z braćmi. Wszyscy trzej chłopcy chowali się dobrze, a blask bił od nich jak od bogów. Ludzie cieszyli się, że królestwo jest teraz zabezpieczone. I rzeczywiście, królestwo kwitło, bogowie darzyli je łaskami i wszyscy byli szczęśliwi. Do czasu pełnoletności chłopców władzę sprawował Bhiszma.

Dhrytarasztra, chociaż najstarszy, nie mógł objąć tronu z powodu kalectwa. Wykluczony był też Widura jako syn służącej. Pandu natomiast nadawał się na monarchę, toteż Bhiszma przekazał mu tron rodu Kuru, gdy tylko chłopiec osiągnął odpowiedni wiek. Pandu przewyższał wszystkich w sztuce strzelania z łuku. Wkrótce opanował też wedyjskie zasady rządzenia oraz dyplomacji.

Bracia otrzymali najstaranniejsze wykształcenie. Bhiszma wychowywał ich z wielką miłością. Zgodnie z przepowiednią Wjasadewy Dhrytarasztra odznaczał się niezwykłą siłą, Widura zaś już jako dziecko zadziwiał wszystkich roztropnością i pobożnością. Kiedy dorósł, sam Bhiszma chętnie zasięgał jego rad. Pewnego dnia Bhiszma zwrócił się do Widury: „O mądry Widuro, powinniśmy podjąć kroki, aby nasz szlachetny ród w przyszłości znów nie stanął przed groźbą zagłady. Czas znaleźć odpowiednie żony dla naszych dwóch królewiczów. Słyszałem, że są trzy księżniczki godne naszego rodu. Powiedz, co o nich sądzisz”.

Bhiszma miał na myśli księżniczkę z domu Jadu zwaną Kunti, drugą, imieniem Gandhari, córkę króla górskiej krainy Suwala, i trzecią Madri z krainy Madra. Sugerował, żeby dwie z nich wydać za Pandu, a trzecią za Dhrytarasztrę.

Widura złożył pokornie dłonie i odparł: „O mój panie, jesteś dla nas ojcem, obrońcą i nauczycielem. Zrób tak, jak uważasz, że będzie najlepiej dla dynastii”. Bhiszma chodził tam i z powrotem po swej pałacowej komnacie i rozważał. Gandhari otrzymała od boga Śiwy błogosławieństwo, że urodzi stu synów. Byłaby więc odpowiednią żoną dla Dhrytarasztry, który otrzymał podobne błogosławieństwo od Wjasadewy. Stu synów tak potężnego ojca byłoby cennym nabytkiem dla królestwa i zapewniłoby ciągłość dynastii. Bhiszma postanowił natychmiast wysłać swatów do Suwali, władcy krainy Suwala.

Król Suwala początkowo wahał się. Czyż może wydać córkę za ślepca, choćby i królewskiego rodu? Dhrytarasztra należał do znakomitej dynastii Kuru, która rządziła światem od tysięcy lat. Ta dynastia była okryta chwałą i znana z prawości. Ostatecznie Suwala wyraził zgodę i polecił synowi, imieniem Siakuni, odwieźć Gandhari do Hastinapury. Gdy pannie powiedziano, że ma wyjść za ślepego Dhrytarasztrę, zasłoniła sobie oczy przepaską, nie chcąc być pod żadnym względem lepszą od przyszłego męża i pana.

Siakuni oddał swą piękną siostrę Dhrytarasztrze i przekazał mu hojne dary Suwali. Odebrawszy od Bhiszmy wyrazy szacunku należne bratu panny młodej, wsiadł na złoty rydwan i odjechał z powrotem do swego kraju. Gandhari od razu przywiązała się do męża i starała się sprawiać mu przyjemność. Nigdy nie zwracała uwagi na innych mężczyzn, nawet o nich nie mówiła, a jej oczy zawsze zasłaniała przepaska. Teraz Bhiszma postanowił ożenić Pandu. Dowiedział się, że rozważana przez niego kandydatka, Kunti, ma wkrótce sama wybrać sobie męża na specjalnej ceremonii zwanej swajamwarą. Księżniczka słynęła zarówno z urody, jak i innych niewieścich zalet. Należała przy tym do szlachetnego rodu Jadu. Bhiszma nakłonił Pandu, by natychmiast pojechał na swajamwarę i starał się zdobyć jej rękę.

Młody monarcha dosiadł silnego, czarnego rumaka i odjechał w pośpiechu do położonego na południu królestwa ojca Kunti – Kuntibhodży. Wkroczył na arenę swajamwary niczym dumny lew. Na ceremonię stawiło się wielu innych kandydatów królewskiego rodu, ale gdy ujrzeli Pandu z szeroką piersią i oczami rozwścieczonego byka, myśleli, że to drugi Indra. Zaćmił wszystkich, jak słońce o wschodzie zaćmiewa gwiazdy. Jego wzrok spoczął na Kunti. Spojrzenie potężnego monarchy Hastinapury sprawiło, że serce królewny zaczęło mocno bić. Drżąc ze wzruszenia, powoli podeszła do niego i nieśmiałym gestem założyła mu na szyję ślubną girlandę.

Na swajamwarę Kunti zjechało się z nadzieją na jej rękę wielu królów i książąt. Tego rodzaju ceremonie rzadko odbywały się bez użycia siły, tym razem nikomu nie przyszło nawet do głowy próbować odbić Pandu narzeczoną. Zawiedzeni kandydaci powsiadali na rydwany czy konie i odjechali każdy w swoją stronę. Rozpromieniony Kuntibhodża zszedł z królewskiego podium na arenę. Lepszego męża dla córki nie mógł sobie wymarzyć. Natychmiast też zorganizował uroczyste zaślubiny i hojnie obdarował Pandu.

Po kilku dniach nowożeńcy wyruszyli w drogę do Hastinapury z licznym orszakiem, z kolorowymi proporcami powiewającymi na wietrze. Wojownicy bili w bębny i głośno dęli w konchy. Wjazd do miasta był iście królewski: Pandu i Kunti na czele orszaku usadowieni na rydwanie wśród braminów obsypujących ich błogosławieństwami.

Bhiszma był bardzo szczęśliwy, że Pandu zdobył za żonę tak szlachetną i piękną dziewczynę. Uważał jednak, że królowi potrzebna jest jeszcze jedna żona. Kunti nie miała tego samego błogosławieństwa co Gandhari, której sądzone było urodzić aż stu synów. Zdecydowany zrobić wszystko, aby szlachetny Pandu miał udanych synów, Bhiszma osobiście udał się w podróż do królestwa Madra, by w imieniu Pandu poprosić o rękę Madri, która mieszkała na dworze swego brata Sialji.

Król Sialja ze wszelkimi honorami przyjął zarówno samego Bhiszmę, jak i całą jego świtę ministrów, braminów oraz ryszich. Wprowadziwszy syna Gangi do pałacu, posadził go na krześle z kości słoniowej wysadzanej drogimi kamieniami, po czym osobiście obmył mu stopy i ofiarował arghję. Po tym uroczystym powitaniu Bhiszma zwrócił się do Sialji: „Wiedz, królu, że przybywam tu w poszukiwaniu pewnej panny. Słyszałem, że masz siostrę cnotliwą i pełną zalet. Wybrałem ją na żonę dla Pandu. Czy zgodzisz się mu ją oddać?”.

Sialja odparł, że dom Kuru jest więcej niż wart, by związać się z jego domem, lecz w rodzie jego panuje starodawny obyczaj, który pozwala wydać dziewczynę za mąż tylko za tego, kto ofiarował coś w darze.

Obyczaj ten był Bhiszmie znany, pochodził bowiem z czasów samego wielkiego Brahmy. Był więc na to przygotowany. „W obyczaju tym nie ma nic złego” – odparł. „Zaaprobował go wszak samozrodzony stwórca, Brahma. Proszę, przyjmij łaskawie te oto przywiezione przeze mnie dary w zamian za rękę księżniczki”.

Na dany znak słudzy zaczęli wnosić całe stosy złotych monet, pereł, korali oraz drogocennych kamieni mieniących się różnorodnymi barwami i złożyli przed Sialją. Bhiszma obdarował go ponadto setkami słoni, koni oraz rydwanów.

Sialja, zachwycony darami, z radością powierzył swą siostrę Bhiszmie, który przywiózł ją do Hastinapury i zaślubił królowi Pandu.

Pandu podarował swym żonom wspaniałe pałace. Niczym mieszkaniec niebios cieszący się towarzystwem dwóch cudownej urody dziewcząt młody monarcha spędzał czas na rozrywkach w pałacowych parkach i ogrodach.

2

Pandu ściąga na swą głowę klątwę i błogosławieństwo

Mimo iż Pandu miał wszystko, czego tylko zapragnął, z natury nie był przywiązany do radości zmysłowych. Nacieszywszy się dwiema żonami, szybko zwrócił myśli w inną stronę. Dynastia Kuru sprawowała rządy nad światem od tysięcy lat, stojąc na straży zasad religii, jednak po śmierci Siantanu i wkrótce jego synów hegemonia cesarstwa osłabła. Niektórzy królowie-lennicy zaczynali się burzyć i próbowali przeciągnąć na swoją stronę innych.

Pandu czuł, że pora działać, i powiedział o tym Bhiszmie. „Szlachetny panie, nasza dynastia traci władzę. Świat schodzi ze ścieżki cnoty, wytyczonej przez przodków. Szerzy się bezbożność. Na mnie spoczywa obowiązek wobec naszego świetnego domu, a przede wszystkim wobec samego Najwyższego Pana, ruszenia w pole i ujęcia w karby wichrzycieli i złoczyńców”.

Bhiszma uśmiechnął się na te słowa. Oto godny następca potężnego Bharaty, od którego imienia świat wziął swą nazwę. Odparł więc: „Twe ambicje przystoją potomkowi rodu Kuru i są ze wszech miar chwalebne. Proś braminów o błogosławieństwo i ruszaj z wojskiem w pole. Oby nie odstępowało cię zwycięstwo!”. W niedługim czasie Pandu zebrał ogromną armię składającą się z piechoty, konnicy, jazdy na słoniach oraz wojowników na rydwanach. Gdy wyruszał z Hastinapury na czele całej tej potęgi, przywodził na myśl króla bogów dowodzącego siłami niebian. Najpierw zwrócił się na wschód i pokonał króla Dasiarnów, który nie chciał być dłużej wasalem Hastinapury. Dalej na południe leżała kraina zwana Maghada, której władca, potężny Dirgha, nękał sąsiednie kraje. Pandu zaatakował go w jego własnej stolicy Radżgriha i pozbawił życia.

Kilku jeszcze innych wojowniczych władców spotkał podobny los. Pandu przemierzał ziemię niczym pożar, śląc wszędzie jasne płomienie swych dalekosiężnych strzał i innych pocisków. Sława jego rozeszła się daleko i następni władcy poddawali mu się już bez oporu. Wkrótce kraje całej ziemi uznały go za najpotężniejszego z monarchów. Ich królowie witali Pandu z kornie złożonymi dłońmi, składali mu pokłony i nieśli wszelaką daninę.

Wyprawa trwała rok i Pandu przywiózł z niej do Hastinapury ogromne bogactwa. Książęta rodu Kuru z Bhiszmą na czele, którzy wyszli na powitanie zwycięzcy, nie posiadali się z radości na widok niekończącej się karawany słoni, wołów, wielbłądów, koni oraz długiego sznura rydwanów – oczywiście załadowanych zdobyczą. Pandu obdarował starszyznę stosami drogich kamieni, pereł, korali, złota i srebra. Rozdał im też miliony krów, koni i innych zwierząt. Pokazał niezliczone kosztowne kapy, dywany oraz wyprawione skóry rzadkiej czarnej antylopy renku.

Zaprezentowawszy wszystkie trofea wojenne, młody król padł do stóp Bhiszmie, który uściskał go ze łzami w oczach, a zebrani bramini zaintonowali słowa modlitw i błogosławieństw. Wreszcie Pandu i Bhiszma wsiedli na złocisty rydwan i pojechali do pałacu, odprowadzani głośną muzyką trąbek, konch i biciem w kotły.

Pandu zadbał, by obaj jego bracia zostali hojnie obdzieleni. Sam nie kochał się w bogactwie i nad przepych pałacu przedkładał lasy i otwarte równiny. Jego ulubioną rozrywką były długie wyprawy łowieckie, na które wyruszał na swym wiernym rumaku. Od triumfalnego powrotu do Hastinapury upłynęło nie więcej niż parę miesięcy, gdy Pandu postanowił zamieszkać na stałe w pagórkowatej okolicy u podnóża Himalajów. Tak opuścił swój wspaniały pałac i wraz z żonami przeniósł się do niewyszukanej rezydencji na górskim zboczu. Okoliczni poddani widywali go niekiedy chodzącego z żonami po lesie. W świetnej, lśniącej zbroi, z łukiem i mieczem u boku był podobny do niebianina, który z jakiegoś powodu zstąpił na ziemię.

Pod nieobecność Pandu władzę w Hastinapurze sprawował starszy brat Dhrytarasztra. Z jego polecenia mieszkańcy lasów zaopatrywali Pandu we wszystko, czego tylko mógł zapragnąć. Pandu jednak był powściągliwy, toteż dalej żył skromnie – jakkolwiek zawsze okazywał wdzięczność za dary.

Pewnego dnia na polowaniu Pandu zobaczył parę dorodnych jeleni w akcie godowym. Na jego widok zwierzęta porwały się do ucieczki, lecz on posłał za nimi pięć szybkich strzał ze złotymi piórami i trafił jedno zwierzę. Ugodzony jeleń padł z żałosnym stękaniem, po czym ku zdumieniu króla przemówił łamiącym się od bólu, lecz niewątpliwie ludzkim głosem.

„O, jak ci nie wstyd! Takiego okrucieństwa nie spotyka się nawet u ludzi, którzy stoczyli się do poziomu niewolników własnych żądz. Osąd człowieka nigdy nie przeważy wyroku pism świętych. Dlaczegóż więc ty, król i potomek szlachetnego rodu Bharaty, poważyłeś się na czyn zakazany w Wedach?”.

Pandu podszedł do rannego gorzko płaczącego jelenia. „Polowanie to mój królewski obowiązek” – odparł. „W ten sposób strzegę porządku w lesie i zapewniam bezpieczeństwo zamieszkującym go ryszim, a zarazem ćwiczę się we władaniu bronią, jak na króla przystało. Zresztą nawet czcigodni mędrcy w dawnych czasach zabijali w lesie jelenie na ofiarę. Czemu więc mnie winisz, jeleniu?”.

Jeleń odrzekł, że nie potępia króla za to, iż go zranił, lecz za to, że nie wahał się strzelać do zwierzęcia w akcie godowym. Wyjawił też Pandu, że ma na imię Kindama i nie jest tak naprawdę jeleniem, a ryszim, który przybrał tę postać, by móc się zbliżyć do swej żony. Oboje mieszkali w lesie i nie mieli nawet chaty, a nie chcieli siać zgorszenia, obcując ze sobą w ludzkiej postaci. Kindama ciągnął dalej: „Nie napada się żadnej żywej istoty w chwili miłosnego zbliżenia. Twój postępek może cię zaprowadzić do piekła. Jest on nadzwyczaj okrutny, grzeszny i tym bardziej karygodny, że dopuścił się go sam król, którego obowiązkiem jest karać złoczyńców i strzec zasad religii”.

Pandu osłupiały wpatrywał się w jelenia. Nie znajdował słów. Kindama ma rację – strzelanie do jeleni w akcie godowym to niewątpliwie grzech. Jak mógł dać się tak ponieść gorączce polowania? A co dopiero spotka go za zabicie rysziego? Biada mu! Pandu spuścił głowę ze wstydu.

Widząc, że król jest zupełnie załamany, Kindama rzekł: „Nie musisz się obawiać kary za grzech zabicia bramina, gdyż nie mogłeś wiedzieć, kim jestem. Zabiłeś mnie w chwili, gdy zażywałem rozkoszy, i ciebie więc spotka śmierć w podobnej chwili”.

Rzucając na Pandu klątwę, ryszi chciał go oczyścić z popełnionego grzechu. W ten sposób Pandu odcierpi karę od razu i nie będzie musiał cierpieć jeszcze po śmierci. Wraz z krwią z rysziego uchodziło życie. Z wysiłkiem wymówił słowa klątwy: „Kiedy następnym razem zbliżysz się do żony wiedziony namiętnością, natychmiast padniesz martwy. O królu, jak na mnie w chwili szczęścia spadło nieszczęście, tak też będzie i z tobą”.

Jeleń leżał martwy. Pandu stał nad nim dłuższą chwilę i patrzył, niezdolny się poruszyć, a po policzkach spływały mu gorące łzy. Otrząsnąwszy się wreszcie, wrócił do chaty, gdzie natychmiast opowiedział żonom całe zajście. Pełen żalu, głośno płakał razem z nimi i wciąż na nowo potępiał sam siebie. Chowając głowę w dłoniach, mówił z rozpaczą: „Słyszałem, że mój ojciec, choć sam zrodzony ze szlachetnego i cnotliwego ojca, był niewolnikiem własnych żądz i z tego też umarł. Spłodzony przez tak pożądliwego króla, i ja dałem się ponieść żądzom. Zaprzedałem się grzechowi. Całe moje życie tylko zabijam niewinne stworzenia. Bogowie odwrócili się ode mnie. Jestem przeklęty!”.

Pandu postanowił odtąd wieść życie pełne wyrzeczenia. Oświadczył, że pójdzie w ślady Bhiszmy i złoży ślub wstrzemięźliwości. Będzie dążyć do wyzwolenia poprzez całkowite wyrzeczenie się rozkoszy miłosnych – tej największej przeszkody na ścieżce duchowego oświecenia. „Zgolę głowę i natrę ciało popiołem” – oświadczył Pandu przerażonym żonom. „Obojętne mi się staną radości i smutki. Nigdy nie wpuszczę do serca gniewu i poświęcę się pracy dla dobra wszystkich żywych istot. Nie będę przyjmować żadnych darów, a żywić się będę tym, co użebrzę. W ten sposób wzniosę się ponad ten pełen dwoistości świat i dotrę do najwyższego królestwa, gdzie mieszka sam Pan”.

Żonom kazał król wracać do stolicy i opowiedzieć o wszystkim starszyźnie rodu. Miały też w jego imieniu pozyskać przychylność braminów hojnymi darami. On sam niezwłocznie zaś ruszył w głębię puszczy, na zawsze zostawiając za sobą świat ludzi.

Kunti i Madri były załamane. Nie mogąc znieść myśli o rozstaniu z mężem, żałośnie błagały, by pozwolił im sobie towarzyszyć. Gotowe były na wszelkie wyrzeczenia. W imieniu ich obu Kunti rzekła: „Możemy wszyscy troje razem praktykować wanaprasthę, życie leśnych ascetów. Chętnie podzielimy z tobą twe pokuty, tylko nas nie zostawiaj, bo tego na pewno nie przeżyjemy”.

Pandu ustąpił, podkreślając jednak, że ma zamiar praktykować najsurowszą ascezę. Żony obstawały przy swoim – chcą tylko móc być z nim, dokądkolwiek pójdzie.

Pandu był zdecydowany rozpocząć nowe życie natychmiast, nie wracając do stolicy. Zdjął królewskie ozdoby i oddał je braminom wraz ze wszystkim, co miał przy sobie cennego. Następnie kazał swoim przybocznym wracać do Hastinapury i powiadomić Bhiszmę o tym, co się stało.

Przyboczni i bramini z żalem wyruszyli w drogę do Hastinapury. Na wieść o nieszczęściu króla mieszkańcy stolicy wznosili głośne okrzyki rozpaczy. Szczególnie cierpiał Dhrytarasztra. Myśl o tym, że jego brat wiedzie teraz surowy żywot w lesie, nie odstępowała go ani na chwilę. Nie cieszyły go już wygodne łoża, słudzy ani przepych na królewskim dworze. Bez przerwy rozmyślał o Pandu i płakał nad jego losem.

Odprawiwszy braminów i przybocznych, Pandu zapuścił się z żonami w las. Przez wiele dni wędrowali na północ, aż dotarli do podnóża Saptasroty, góry o stu wierzchołkach. Tam król zbudował drewnianą chatę i zaczął praktykować srogie pokuty. W okolicach góry mieszkało wielu ryszich, Siddhów oraz Czaranów i Pandu szybko zjednał ich sobie pokorą, opanowaniem, a także oddaniem dla starszych i Boga, tak że często przychodzili do jego chaty na pogawędkę.

Pandu myślał tylko o wyzwoleniu i prowadził bardzo prosty tryb życia. Żywił się wyłącznie owocami, a pragnienie gasił czystą wodą z górskich źródeł. Żony szły za jego przykładem i wszyscy troje byli całkiem szczęśliwi, wiodąc to leśne życie na zboczach Saptasroty, niczym niebianie przybyli z wyższych krain. Z upływem czasu Pandu zaczął rozważać swą sytuację. Pewnego dnia zwierzył się ryszim ze swych trosk. „Słyszałem, wielce uczeni mężowie, że mężczyzna, który nie ma syna, nie może wznieść się do nieba. Płodząc synów spłacamy dług przodkom. Jeśli umrę bezpotomnie, nie będzie komu spełniać ofiary śraddha dla pomyślności moich zmarłych przodków, których czeka wtedy niechybnie smutny los. Ja jednak nie mogę spłodzić dziecka i myśl o przyszłości przejmuje mnie niepokojem”.

Pandu był rzeczywiście strapiony. Sam regularnie odprawiał ofiarę śraddha za pomyślność przodków. Według Wed taka oblacja złożona bogom w imieniu zmarłych zapewnia im szczęście w niebie. Lecz co będzie, kiedy on umrze? Kto, jeśli nie jego potomstwo, będzie kontynuować ofiary za pomyślność przodków? Kto złoży ofiary za niego samego? Tu Pandu złożył błagalnie ręce. Czy ryszi nie mogliby spłodzić dzieci z jego żonami, tak jak Wjasadewa spłodził jego samego i braci?

Jeden z ryszich odparł z uśmiechem: „Siła naszej ascezy pozwala nam przeniknąć przyszłość. Widzimy jasno, że z całą pewnością będziesz miał dzieci, i to dzieci równe samym bogom. W rzeczy samej twoje potomstwo wypełni misję bogów. Jak najbardziej więc powinieneś zrobić coś, by mieć dzieci”.

Pandu rozważył słowa mędrca. Wydawało się z nich wynikać, że ryszi nie będą przeciwni jego prośbie. Udał się więc do Kunti, by porozmawiać z nią na uboczu. „O pani o słodkim uśmiechu, pragnę mieć dzieci” – powiedział. „Jednakże przez mój niegodny postępek straciłem moc płodzenia. W takich przypadkach pisma zezwalają, by w moim imieniu dokonał tego aktu inny mężczyzna. Proszę więc, zgódź się przyjąć kogoś, kto spłodzi dla nas dziecko”.

Pandu przywiódł też przykład własny i braci, którzy zostali poczęci w ten właśnie sposób. Kunti powinna zgodzić się na zbliżenie z jakimś dobrym braminem – zaletami przewyższającym niewątpliwie samego Pandu – i urodzić mu dziecko. Sugestia Pandu nie przypadła szlachetnej Kunti do gustu. Spuszczając oczy, odparła cicho: „Nie proś mnie o to, o cnotliwy. Tobie zostałam poślubiona i tobie oddałam serce. Nigdy nie obejmą mnie ramiona innego, nawet w wyobraźni. Jeżeli pragniesz mieć potomstwo, królu, ty sam mnie obejmij. Razem z tobą wstąpię do nieba. Nie ma nikogo lepszego od ciebie!”.

Kunti opowiedziała mężowi zasłyszaną niegdyś starodawną historię. Był pewnego razu potężny król, który umarł bezpotomnie. Jego pogrążona w rozpaczy żona objęła jego leżące bez życia ciało i z woli bogów stało się tak, że objęcie martwego męża uczyniło ją brzemienną. Urodziła trzech udanych synów. Kunti nalegała, by Pandu szedł za przykładem owego króla.

Pandu odparł jednak, że nie posiada takiej mocy i wolałby, aby jego żona poczęła dziecko przez zbliżenie z którymś z ryszich. Zapewnił ją, że nie będzie w tym żadnego grzechu. Zresztą to on ponosi całą odpowiedzialność za czyn, który jako mąż poleca jej spełnić. Nie powinna więc się wahać.

W końcu Kunti, widząc jego upór, rzekła: „Wyjawię ci coś. Będąc jeszcze niezamężną dziewczyną otrzymałam pewne błogosławieństwo, w którym może leżeć dla nas ratunek. Gdy mieszkałam jeszcze w domu rodziców, ojciec zatrudniał mnie często do służenia gościom. Pewnego dnia zawitał w nasze progi potężny mistyk Durwasa. Przez cały czas jego pobytu usługiwałam mu, jak mogłam najlepiej, i Durwasa był ze mnie zadowolony. Na odchodnym zawołał mnie na stronę i powiedział: »Szlachetna dziewczyno, chciałbym cię czymś obdarzyć. Wypowiem teraz pewną mantrę, słuchaj uważnie. Mantra ta, ilekroć sama ją wypowiesz, pozwoli ci przywołać dowolnego niebianina, który zobowiązany wtedy będzie spełnić twe życzenie«”.

Kunti przemilczała fakt, że już kiedyś wypróbowała otrzymaną od Durwasy mantrę. Wypowiedziała ją, myśląc o bogu słońca Surji – i rzeczywiście, promienne bóstwo natychmiast zjawiło się przed nią. Owocem spotkania był syn. Stąd Kunti pewna była, że może wezwać innych bogów i uzyskać od nich potomstwo. Wolałaby nie zdradzać Pandu tego sekretu i nie dopuszczać do siebie żadnego innego mężczyzny, sytuacja była jednak wyjątkowa. Może czas zrobić dobry użytek z mantry Durwasy.

Pandu był uradowany. Błogosławieństwo, o którego istnieniu nie miał aż dotąd pojęcia, to niewątpliwie łaska samego Pana. Synowie spłodzeni przez bogów będą lepsi niż synowie jakiegokolwiek śmiertelnika.

Kunti zapytała, którego z bogów Pandu życzy sobie wezwać. Pandu zastanawiał się chwilę. „Wezwij, o piękna, wielkiego Dharmę, boga sprawiedliwości. On na pewno nie ściągnie na nas grzechu, a poczęty przezeń syn będzie udany pod każdym względem”.

Kunti posłusznie zasiadła do medytacji i recytując otrzymaną od Durwa sy mantrę, skupiła myśli na bogu Dharmie. Już po chwili bóg sprawiedliwości zjawił się przed nią na przepysznym rydwanie, jaśniejący jak słońce, i zapytał z uśmiechem: „Czego życzysz sobie dzisiaj ode mnie?”.

Onieśmielona blaskiem boga Kunti odparła drżącym głosem: „Pragnę dziecka od waszej dostojności”.

Dharma złączył się z nią w swej duchowej postaci, po czym zniknął. Kunti stała się brzemienna i o właściwym czasie – w ósmym miesiącu roku, w dniu pełni księżyca w południe, gdy w zenicie stała dobra gwiazda Dżjesztha – powiła prześliczne dziecko płci męskiej. W chwili, gdy przyszło ono na świat, z nieba dał się słyszeć głos mówiący: „To dziecko wyrośnie na najlepszego i najcnotliwszego z ludzi, wiernego prawdzie, obdarzonego wielką siłą i sławnego we wszystkich trzech światach. Zwać się będzie Judhiszthira i zostanie władcą całej ziemi”.

Pandu nie posiadał się z radości. A więc bogowie nie zapomnieli jednak o nim! Oto ma syna, i to syna godnego dostojnej dynastii, w której się urodził. Król poczuł się uwolniony od troski.

Zaczął się zastanawiać. Błogosławieństwo Durwasy mogłoby im dać i więcej dzieci – synów obdarzonych niezrównaną siłą, potomstwo samych bogów, którzy zapewniliby rodowi Kuru pomyślność i objęliby we władanie cały świat. Gdy od narodzin Judhiszthiry upłynął rok, Pandu ponownie przyszedł do Kunti i powiedział: „Jak uczą mędrcy, władca powinien być nie tylko prawy, ale i silny. Dlatego proszę, przywołaj jeszcze Waju, boga wiatru i najsilniejszego z niebian. On da nam syna, który siłą przewyższy wszystkich ludzi na tej ziemi”.

Kunti skłoniła się, składając dłonie na znak posłuszeństwa i ponownie zasiadła do medytacji. Tym razem przywołała Waju i ten natychmiast zjawił się przed nią, dosiadając ogromnego jelenia. Głosem donośnym jak burzowa chmura promienny bóg przemówił z uśmiechem: „O Kunti, czego życzysz sobie ode mnie?”.

Kunti odparła zawstydzona: „O najlepszy z niebian, łaskawie daj mi syna obdarzonego niespotykaną siłą cielesną, takiego, który zetrze w proch dumę każdego przeciwnika”.

Bóg wiatru zgodził się spełnić prośbę Kunti. Swą jogiczną mocą połączył się z nią i począł w jej łonie dziecko. Kiedy potomek Waju przyszedł na świat, jak i poprzednim razem z nieba dał się słyszeć głos wieszczący: „Ten chłopiec będzie najsilniejszym z silnych”.

Narodziny drugiego syna uradowały Pandu i Kunti jeszcze bardziej. Dali mu na imię Bhima. Mieli teraz dwoje dzieci i wraz z Madri opiekowali się nimi z miłością, wiodąc spokojne życie w leśnym ustroniu na zboczu góry, w towarzystwie Siddhów i Czaranów.

Pewnego razu – było to kilka miesięcy po narodzinach Bhimy – Kunti siedziała na skale ponad stromym górskim zboczem ze śpiącym dzieckiem na kolanach. Nagle gdzieś zupełnie blisko rozległ się ryk tygrysa. Kunti aż podskoczyła ze strachu, a wówczas dziecko stoczyło się z jej kolan i poleciało w przepaść. Przerażony Pandu zbiegł ze zbocza, jak mógł najszybciej, i u jego podnóża znalazł dziecko – nic mu się nie stało, leżało spokojnie na stercie potrzaskanych w drobne kawałki kamieni. Najpewniej spadając, trafiło na skałę i impetem upadku rozbiło ją w drzazgi. Zdumiony Pandu ostrożnie wziął dziecko na ręce i odniósł Kunti.

Chociaż Pandu miał już dwóch synów, dalej troskał się o przyszłość dynastii. „Pomyślność na tym świecie przychodzi dzięki wysiłkowi, lecz sam ludzki wysiłek nie przemoże przeznaczenia. Samo zaś przeznaczenie zależy od woli Najwyższego Pana. Dlatego chciałbym jeszcze mieć syna, który byłby najlepszą z dusz oddanych Panu. Ale jak to zrobić?”.

Przyszedł Pandu na myśl Indra, król wszystkich bogów i słynny czciciel Pana. Indra spełnił swego czasu tysiąc ofiar dla przyjemności Pana Wisznu. Pandu znał też jego niezmierzoną siłę cielesną, potęgę i chwałę. Indra na pewno da im syna, któremu nikt nie dorówna.

Tym razem Pandu poradził się najpierw ryszich i ci zalecili, by zarówno on, jak i Kunti ślubowali na rok ascezę, aby zjednać sobie przychylność króla bogów. Dopiero po roku Kunti powinna wezwać Indrę swą mantrą.

Król i jego żona ślubowali więc, że będą stać na jednej nodze co dzień od wschodu do zachodu słońca, nie jedząc i nie pijąc. Przez cały rok trwali tak w medytacji i modlitwie z nadzieją na łaskę Indry. Po roku Indra sam przemówił do pogrążonego w medytacji Pandu: „Królu, jestem z ciebie zadowolony. Dam ci syna, który będzie obrońcą religii i pogromcą niegodziwych. Przyniesie radość rodzinie i przyjaciołom, a zatratę wrogom. Zaprawdę, chłopiec ten będzie najlepszym z ludzi”.

Pandu dał znak Kunti, która po raz trzeci wypowiedziała słowa mantry. Indra zjawił się natychmiast, a bijący od niego blask rozświetlił wszystko dookoła. Swą niezmierną mocą tysiącoki Indra uczynił Kunti brzemienną i we właściwym czasie wydała ona na świat dziecko o ciemnej skórze. W chwili narodzin chłopca znów rozległ się z nieba głos, który tym razem obwieścił: „O Kunti, to dziecko dorówna siłą Indrze i samemu Śiwie. Zwać się będzie Ardżuna i rozsławi cię po całym świecie. Pokona wielu możnych królów i przyniesie jeszcze większą chwałę dynastii. Wierną służbą pozyska sobie względy Indry, Agniego i Śiwy. Nikt nigdy nie dorówna mu siłą, a jego sławę głosić będą trzy światy”.

Proroctwo to, a także dalsze niebiańskie przepowiednie zwiastujące Ardżunie wielką przyszłość, słyszeli zamieszkujący górę ryszi i ogarnęła ich wielka radość. Obsypali nowo narodzone dziecko błogosławieństwami, a powietrze rozbrzmiewało werblami niebiańskich bębnów i z nieba padał deszcz kwiatów. Wielu bogów i niebiańskich mędrców przybyło pobłogosławić dziecko. Widzieli ich tylko ryszi-asceci, gdyż istoty te zstąpiły na ziemię w swych eterycznych postaciach, stojąc na rydwanach, zdawało się, zawieszonych w powietrzu na wierzchołkach gór. Oszołomieni niezwykłym widokiem ryszi stali i patrzyli na wszystko z dłońmi złożonymi do modlitwy.

Pandu nie posiadał się z zachwytu. Oto doczekał się trzech niezrównanych synów! Widząc, jaki cud sprawiła mantra Durwasy, postanowił poprosić Kunti, by jeszcze raz zrobiła z niej użytek i przywołała jeszcze któregoś potężnego boga. Tym razem jednak Kunti odmówiła. „Uczony królu!” – rzekła. „Nawet w wyjątkowych wypadkach, takich jak nasz, pisma nie zezwalają kobiecie obcować z więcej niż trzema mężczyznami. Czyż o tym zapomniałeś? Dopuszczając do siebie jeszcze kogoś, okryłabym się hańbą”.

Król milczeniem przyznał Kunti rację. Postanowił nie prosić jej już więc o synów i żył dalej spokojnie w lesie ze swymi dwiema żonami. Pod ich czułą opieką Judhiszthira, Bhima i Ardżuna rośli na wspaniałych chłopców.

Lecz pewnego dnia do króla podeszła na uboczu Madri. „Mój władco i panie – powiedziała – nie skarżę się na to, że traktujesz mnie gorzej niż Kunti. Chociaż jestem księżniczką wysokiego rodu, znoszę to bez skargi. Boli mnie jednak, że nie dajesz mi synów”.

Madri nie mogła się pogodzić z faktem, że pozostanie bezdzietna. Takie nieszczęście nie spotkało dotąd żadnej księżniczki z jej rodu. Kunti ma trzech synów. Madri zasłyszała też, że w Hastinapurze poślubiona Dhrytarasztrze Gandhari doczekała się aż stu synów. Tymczasem ona, ślubna żona takiego bohatera jak Pandu, nie ma ani jednego dziecka. Może Pandu mógłby skłonić Kunti, by i ją nauczyła swej mantry? Madri wyznała, że nie śmie poprosić sama, gdyż Kunti i ona są rywalkami.

Pandu uśmiechnął się. Żal mu było młodszej żony. „I ja już o tym myślałem, Madri” – powiedział. „Niezręcznie mi tylko było cię prosić, bo nie wiedziałem, jak to przyjmiesz. Teraz jednak, skoro już wiem, na pewno porozmawiam z Kunti i myślę, że ci nie odmówi”.

I monarcha natychmiast udał się do Kunti. Powiedział jej, że Madri cierpi, nie mogąc zostać matką i nalegał, by Kunti okazała jej wielkoduszność. Pandu zaznaczył, że on sam także chciałby mieć więcej synów – dla większej pomyślności zarówno rodu, jak i siebie samego, i wreszcie Kunti.

Kunti wyraziła zgodę. „O szlachetna – pouczyła Madri – wypowiem teraz mantrę z myślą o tobie, ty zaś skup się na tym z bogów, od którego pragniesz dziecka”.

Madri rozważała. Mało prawdopodobne, żeby Kunti użyczyła jej czarodziejskiej mantry więcej niż ten jeden raz. Lecz jeśli wezwie nierozłączną parę boskich bliźniaków, Aświnów, może mieć od razu dwoje dzieci. Gdy tylko o tym pomyślała, natychmiast zjawili się przed nią dwaj jaśniejący niebianie. Madri, zmieszana, poprosiła, by zjednoczyli się z nią i uczynili ją brzemienną. Aświnowie zgodzili się od razu.

Spłodzonym w łonie Madri bliźniakom dano na imię Nakula i Sahadewa. W chwili ich narodzin niebiański głos obwieścił: „Ci dwaj królewicze, pełni cnót i zalet, siłą i urodą prześcigną nawet swych niebiańskich ojców”.

Pięciu braci rosło nadzwyczaj szybko. Mając rok, wyglądali, jak gdyby liczyli sobie pięć lat. Bardzo też przypadli do serca ryszim z Saptasroty, którzy przeprowadzili dla nich stosowne obrzędy wtajemniczenia. Pandu nie posiadał się ze szczęścia, widząc niezwykłą siłę swoich dzieci, ich wytrzymałość, urodę i roztropność. Gdy chłopcy bawili się razem, wyglądali jak pięciu Gandharwów, którzy z jakiegoś powodu zstąpili na ziemię.

Pandu przyszło do głowy, że może mógłby poprzez Madri uzyskać jeszcze jednego syna. Kiedy jednak zwrócił się z tym do Kunti, ta wpadła w gniew.

„O mój panie – odrzekła – i tak już dałam się wywieść w pole tej nikczemnicy. Tylko raz użyczyłam jej mojej mantry, a ona już ma dwóch synów. Jeśli jeszcze raz jej pomogę, to obawiam się, że będzie miała więcej dzieci niż ja. Bądź więc łaskaw nigdy już więcej mnie o to nie prosić”.

Pandu musiał więc pogodzić się, że będzie miał tylko pięciu synów. Nie był jednak bynajmniej rozczarowany. Dzieci rosły niczym niebianie, piękne były jak bóg księżyca Soma, a silne jak Indra. Cała piątka odznaczała się biegłością w sztuce łucznictwa i nie bała się stawiać czoła rozwścieczonym górskim lwom, chociaż byli to przecież jeszcze niedorośli chłopcy. Od ryszich z gór synowie Pandu otrzymali staranne i wszechstronne wykształcenie w wedyjskich naukach i sztukach. Samych mędrców zdumiewało, jak szybko chłopcy się rozwijają – niczym lotosy rozkwitające na tafli jeziora. Pandu i żony wznosili dziękczynne modlitwy do Pana Wisznu. I tak wiedli szczęśliwe życie w Himalajach, otaczając dzieci miłością i rodzicielską troską.

3

Pandawowie przybywają do Hastinapury

Dhrytarasztra przeprowadził w Hastinapurze pięć wspaniałych ceremonii ofiarnych, przeznaczając na nie kosztowne dary otrzymane od Pandu po powrocie z wyprawy. Rozdał także jałmużnę setkom tysięcy braminów i oblacjami zaskarbił sobie przychylność bogów. Królestwo kwitło, poddani podążali ścieżką cnoty, prawdy, poświęcenia i kochali się nawzajem. Nikt nie cierpiał niedostatku. Hastinapura była morzem pałaców i innych okazałych budowli, złotych łuków triumfalnych i kryształowych fontann. Wzdłuż szerokich bitych dróg rozciągały się wspaniałe parki i ogrody, gdzie okryte kwieciem drzewa przesycały powietrze słodką wonią. Tętent kopyt końskich i turkot kół rydwanów mieszały się z trąbieniem słoni i dźwięcznymi głosami konch obwieszczających początek obrzędów ofiarnych. Ze strzelistych świątyń, których tysiące zdobiły miasto, rozlegały się słowa modlitw intonowanych przez braminów. Hastinapura była niczym niebiańska stolica Indry. Każdego dnia przybywały do niej dziesiątki królów podległych krain, by złożyć daninę.

W imieniu Pandu królestwem rządził Dhrytarasztra z pomocą i radą Bhiszmy. Kiedy dowiedziano się, że Pandu został przeklęty i wyrzekł się świata, Dhrytarasztra został mimo ślepoty oficjalnie namaszczony na króla. Bardzo tęsknił do brata i bolał nad jego losem, jednakże pod jego nieobecność umiał sprawnie kierować sprawami królestwa.

Zdarzyło się pewnego razu, że do pałacu Dhrytarasztry przybył Wjasadewa. Gandhari ugościła głodnego i spragnionego mędrca. Ujęty jej troską, Wjasadewa pobłogosławił ją: „Już wkrótce staniesz się matką stu synów równie potężnych jak twój mąż”. Krótko potem Gandhari zaszła w ciążę. Nosiła dziecko w łonie przez całe dwa lata i coraz bardziej się niecierpliwiła. Wreszcie pewnego dnia rozeszła się wieść, że Kunti powiła w lesie synka promiennego jak wschodzące słońce. Gandhari rozżalona i wściekła, że jej własna brzemienność trwa tak długo, z całej siły uderzyła się pięścią w brzuch i poroniła. Jej płód okazał się zbitą bryłą mięsa, podobną do żelaznej kuli. Gdy Gandhari usłyszała od położnych, że płód urodził się martwy, wpadła w rozpacz. Jej myśli pobiegły ku Wjasadewie i jego niespełnionym błogosławieństwie. W tej samej chwili mędrzec pojawił się przed nią. „Cóż zrobiłaś najlepszego?” – zapytał.

Gandhari zwierzyła się ze swego rozczarowania i zawiści na wieść, że Kunti urodziła Judhiszthirę. Ze łzami w oczach wyjaśniła: „Uderzyłam się w brzuch i oto, co urodziłam. Cóż warte było twe błogosławieństwo?”.

Wjasadewa odparł, że jego obietnice zawsze się spełniają i kazał sługom przynieść sto garnków z ghi. Następnie skropił bryłę mięsa zimną wodą i ta powoli podzieliła się na sto jeden części o rozmiarze kciuka. Mędrzec kazał każdą część umieścić w osobnym garnku, szczelnie je zamknąć, dobrze schować i nie otwierać przed upływem dwóch lat. Udzieliwszy tych wskazówek Wjasadewa wrócił do swej górskiej pustelni.

Dokładnie po dwóch latach zaczęto jeden po drugim otwierać garnki. W pierwszym znaleziono dziecko płci męskiej, które otrzymało imię Durjodhana. Kiedy słudzy wyjmowali go z garnka, rozległ się ośli ryk, krakanie sępów i wycie szakali. Zerwał się gwałtowny wicher. Bez widocznej przyczyny w różnych miejscach zaczęły wybuchać pożary, które szybko objęły całe miasto.

Dhrytarasztrę ogarnął strach. Wezwawszy do siebie Bhiszmę, braminów, Widurę i innych ministrów oraz królewskich doradców, zapytał, jak tłumaczą oni te znaki. „Najstarszym z królewiczów jest niewątpliwie Judhiszthira i on też odziedziczy królestwo. Tego nie kwestionuję. Ale czy po nim wstąpi na tron mój własny syn? Wy, którzy słyniecie z mądrości, radźcie mi teraz, gdzie leży racja i sprawiedliwość”.

Kiedy Dhrytarasztra mówił, znowu ozwały się złowróżbne głosy. Widura zwrócił się do króla: „Kiedy narodzinom towarzyszą omeny tego rodzaju, znaczy to ponad wszelką wątpliwość, że dziecko przyniesie zagładę własnemu rodowi. Nasza przyszłość i nasza pomyślność nakazują porzucić to dziecko. Nie wahaj się, królu. Tu trzeba działać natychmiast”.

Widura tłumaczył Dhrytarasztrze, że zostanie mu przecież dziewięćdziesięciu dziewięciu synów. Wyrzeczenie się Durjodhany nie będzie przy tym żadnym grzechem – pisma mówią wyraźnie, że dla dobra całej rodziny wolno poświęcić jednostkę, dla dobra całej wioski rodzinę, wioskę dla dobra miasta i że według tej zasady warto poświęcić cały świat dla dobra duszy.

Dhrytarasztra nie posłuchał jednak rady. Nie mógł wyrzec się własnego syna. Powoli potrząsnął tylko głową. Nie odpowiadając Widurze ani słowem, spojrzał na mamkę, która stała opodal z dzieckiem na ręku, i gestem wskazał jej Gandhari. Kiedy Gandhari brała dziecko, Bhiszma i Widura wymienili spojrzenia, jednak nic nie powiedzieli. Dhrytarasztra był królem i miał ostatnie słowo.

W ciągu następnego miesiąca pootwierano pozostałe garnki i znaleziono w nich dziewięćdziesięciu dziewięciu chłopców oraz jedną dziewczynkę. Po wszystkich chłopcach widać było jasno, że będą z nich zawołani wojownicy i przywódcy. Król z królową radowali się przyjściem na świat dzieci i, nie myśląc o złowróżbnych znakach, wiedli dalej wygodne życie w Hastinapurze, a Bhiszma i Widura wiernie im służyli.

Na górze Saptasrota zaczęła się kolejna wiosna. W towarzystwie swych pięciu synów Pandu sam odmłodniał. Biegał z chłopcami po wzgórzach, wspinał się z nimi na strome ściany skalne i zapuszczał się w lwie jaskinie, by mieć okazję do walki. Razem chlapali się i nurkowali w górskich stawach, wspinali na wysokie drzewa. Bawiąc się w zapasy, ze śmiechem tarzali się po miękkiej trawie górskich zboczy.

Pewnego wieczoru Pandu wybrał się z Madri do lasu po jadalne korzonki i owoce na wieczerzę. Po drodze uwagę ich zwróciła wielka rozmaitość pokrytych kwieciem drzew i krzewów. W ciężkim od woni powietrzu co chwila rozlegało się kukanie kukułek oraz zmieszane głosy innych ptaków. Na brzegach jezior, pokrytych lotosami, rozkwitły różnobarwne kwiaty, wabiąc ku sobie roje czarnych pszczół. Niebiańskie piękno górskiego zakątka rozmarzyło Pandu. Zwrócił oczy na śliczną Madri i jego sercem zawładnął bóg miłości. Jako że dzień był gorący, Madri miała na sobie długą szatę z jedwabiu. Słońce świeciło jeszcze jasno, wydobywając cudowne linie jej kobiecej sylwetki, doskonałej jak u bogini. Poruszana powiewem wietrzyka szata przywarła do jej ciała, uwydatniając jeszcze bardziej szczupłość talii i krągłość jędrnych piersi.

Pandu nie mógł pohamować pożądania. Przez dwanaście lat trzymał na wodzy swoje żądze i nie śmiał nawet myśleć o objęciu którejś z żon. Dobrze pamiętając o klątwie Kindamy, praktykował wstrzemięźliwość z determinacją godną rysziego. Wydawało się, że wieki całe upłynęły, odkąd oddawał się z żonami miłosnym rozkoszom. Teraz pragnienie na nowo przebudziło się do życia i szarpało jego sercem. W oszołomieniu, sam nie wiedząc, co robi, przybliżył się do Madri i delikatnie położył jej rękę na ramieniu.

Madri od razu pojęła, co się z nim dzieje. Targały nią sprzeczne uczucia. Dlaczego jej mąż i pan raptem zbliża się do niej w ten sposób? W obawie przed klątwą starannie unikał przecież od tylu lat wszelkiego cielesnego kontaktu z nią i Kunti. Także ona sama, mimo iż tęskniła do jego ramion, skrupulatnie unikała sytuacji, które mogłyby wystawić na próbę jego powściągliwość. Nie malowała się nawet ani nie używała pachnideł. Teraz jednak, gdy mocarny Pandu wziął ją w ramiona, opuściła ją determinacja, a sercem targnęły zarazem zachwyt i obawa. Jej umysł był jak sparaliżowany. A klątwa? Jeśli Pandu nie przestanie, czeka go niechybna zguba. Ona musi go powstrzymać!

Madri zaczęła odpychać męża od siebie. Pandu tylko się uśmiechnął – jej wysiłki podniecały go jeszcze bardziej. Jego muskularne, opalone ramiona z odciskami od cięciwy łuku zamknęły się wokół niej niczym węże. Owładnięty namiętnością nawet nie słyszał, gdy przypominała mu o klątwie. Zamknął jej usta własnymi i opadł z nią na miękką trawę, mocno trzymając ją w ramionach. Uniósłszy jej szatę, wparł się w jej miękkie ciało. Rozpaczliwy opór Madri rozpalał tylko jego pożądanie.

Jak gdyby odpowiadając na zew boga Śmierci, król dał się porwać namiętności, która całkiem odebrała mu rozum. Niepomny klątwy, zatracił się w rozkoszy obcowania ze swą cudownie piękną żoną o jasnej cerze. Dokładnie w chwili, gdy ich akt miłosny miał się dopełnić, króla dosięgło przeznaczenie. Poczuł straszliwy ból w piersi. Wyraz zaskoczenia przemknął mu po twarzy, potem jego ciało wyprężyło się i opadło bezwładnie.

Wydobywszy się spod martwego ciała męża, Madri wydała jęk boleści. Spełniły się jej najgorsze obawy. Jej protesty nie uchroniły męża przed śmiercią. Rozpłakała się głośno, rozpaczliwie i raz po raz obejmowała martwego męża.

Słysząc płacz Madri, Kunti pobiegła w jej stronę. Madri, cała we łzach, zawołała do niej z dala, by nie dała się zbliżyć dzieciom, toteż Kunti odesłała chłopców do aśramu i przybiegła z powrotem sama. Przy ciele Pandu opadła na ziemię. Pojmując natychmiast, co zaszło, wydała z siebie okrzyk: „O, mój panie!”. W oczach jej wzbierały łzy. „O szlachetna – zwróciła się do Madri – jak mogłaś do tego dopuścić? A tak zawsze się starałam uchronić naszego pana przed tym właśnie niebezpieczeństwem. Jak mógł cię objąć, wiedząc o klątwie rysziego? Dlaczego go kusiłaś w tym ustroniu? Będąc z nami, zawsze zachowywał powagę, pomny wiszącej nad nim klątwy. Czemuż tym razem postąpił tak nieopatrznie?”.

Madri szlochała, niezdolna odpowiedzieć. Kunti tarzała się po ziemi obok niej. Razem tuliły do siebie ciało męża i tonęły w morzu łez. „Księżniczko z kraju Madra – zwróciła się Kunti jeszcze raz do Madri – ty miałaś niewątpliwie większe szczęście niż ja. Było ci dane widzieć twarz naszego pana opromienioną szczęściem, gdy w tym odludnym miejscu wziął cię w ramiona”.

Dochodząc do siebie Madri odparła: „Siostro, ze łzami w oczach próbowałam się wyrwać, ale on nie władał sobą. Jak gdyby chciał, by klątwa się dopełniła”.

Kunti modliła się o siłę. Takie musiało być boskie zrządzenie. Niezbadane są drogi Opatrzności. Ale co teraz robić? Co wypada jej czynić? Łagodnie pogładziła młodszą żonę po głowie i rzekła: „Madri, została mi tylko jedna droga. Pozwól mi razem z naszym mężem odejść do krainy niebios. Ty powstań i idź, zaopiekuj się naszymi dziećmi. Mnie zostaw jego ciało. Obejmę je mocno i wejdę w ogień”.

Madri potrząsnęła głową i odrzekła błagalnie: „Naszego króla spotkała śmierć w chwili miłosnego zbliżenia ze mną. Jego pragnienie pozostało niezaspokojone. Czyż więc to nie ja powinnam odejść do krainy zmarłych, by tam je zaspokoić? Jeszcze i teraz tulę go do siebie i nie pozwolę mu odejść beze mnie. O, Kunti, pozwól mnie iść za nim!”.

Madri czuła, że bez Kunti nie poradzi sobie z wychowaniem wszystkich pięciu synów. Kunti będzie dla nich o wiele lepszą matką. Madri podziwiała jej wyczucie w postępowaniu z chłopcami. Pewna była, że Kunti będzie troszczyć się o wszystkich jednakowo. „Kunti – przekonywała – to mnie chciał posiąść nasz król. Błagam, pozwól mnie odejść razem z nim. Wyświadczysz mi tym największą łaskę. Jestem pewna, że pod twoją opieką moi synowie będą szczęśliwi i bezpieczni”.

Madri mówiła to wszystko, obejmując martwe ciało Pandu i kąpiąc je we łzach. Szlachetna Kunti patrzyła na nią ze współczuciem i serce jej się rozdzierało. To do niej jako do starszej żony należało prawo odejścia wraz z mężem w zaświaty, jeśli taka byłaby jej wola. Ale czyż mogła odmówić Madri? To ona rozbudziła w Pandu namiętność. Jeśli Madri ma żyć dalej, całe życie prześladować ją będzie pamięć tej krótkiej, a jakże strasznej chwili. Będą ją trawić poczucie winy i żal, że nie było jej dane spełnić ostatniego pragnienia męża. Kunti całym sercem pragnęła iść za mężem, lecz byłoby to okrucieństwo wobec Madri. Nie mogła jej tego zrobić. Dotykając jej łagodnie, rzekła: „Niech i tak będzie”. Potem podniosła się i z ciężkim sercem skierowała kroki w stronę aśramu.

Chłopcy przyjęli wiadomość o śmierci ojca wybuchem rozpaczy. Płacząc, przybiegli na miejsce, gdzie leżał i tarzali się po ziemi. Madri pobłogosławiła ich przez łzy i powiedziała, że ma zamiar wstąpić na stos wraz z ich ojcem. Swoich dwóch synów poprosiła, by zostali z Kunti i wiernie jej służyli. Chłopcy byli zbyt załamani, by odpowiedzieć. Na ich oczach ryszi wznieśli na miejscu stos i przy wtórze mantr ułożyli na nim ciało. Następnie poprosili najstarszego Judhiszthirę, by podszedł bliżej. Oślepiony łzami królewicz przytknął do stosu pochodnię i cofnął się. Gdy drewno zajęło się płomieniem, Madri złożyła dłonie i padła na ciało męża, z całej siły je obejmując. Ogień owinął ich oboje i po kilku minutach nie było już ani Pandu, ani Madri.

Przytłoczona nieszczęściem Kunti zapytała ryszich, co wypada jej teraz czynić. Radzili jej jak najszybciej wracać z chłopcami do Hastinapury. Obiecali też, że sami będą im towarzyszyć, niosąc szczątki króla i Madri.

Licznie zebrani ryszi, Siddhowie i Czaranowie uformowali procesję, a Kunti wraz z chłopcami szła za nimi. Dzięki mistycznym mocom mędrców odległość między Saptasrotą a Hastinapurą pokonana została nadzwyczaj szybko. Kunti zatrzymała się u północnej bramy miasta, opowiedziała się strażom i posłańcy pobiegli w pośpiechu zawiadomić króla.

Na wieść o przybyciu Kunti Dhrytarasztra, Bhiszma, Satjawati i cała reszta starszyzny rodu Kuru pospieszyła jej na spotkanie. W ślad za nimi biegli mieszkańcy miasta, których doszła wieść o przybyciu procesji niebiańskich istot. Tysięczne tłumy zgromadziły się opodal północnej bramy i w zdumieniu spoglądały na znakomitych ryszich stojących pośród świty Siddhów i Czaranów.

Dhrytarasztra wraz ze swymi stu synami oddał ryszim pokłon. Bhiszma i inni poszli za jego przykładem i ofiarowawszy im wygodne poduszki, sami zasiedli na rozpostartych na ziemi jedwabnych matach. Kiedy tłum ucichł, na przód wystąpił Bhiszma i na znak czci obmył ryszim stopy i ofiarował im arghja. Na ich pytanie, jak się mają sprawy w królestwie, odparł, że wszystko jest dobrze. Następnie powstał jeden z najdostojniejszych ryszich i zwracając się do starszyzny rodu Kuru, rzekł: „Nasz prawy monarcha przybył na górę Saptasrota, by tam wieść życie ascety. Boskim zrządzeniem, którego nikt nie przeniknie, urodziło mu się pięciu synów”.

Tu ryszi przedstawił pięciu Pandawów, dodając, który pochodził od którego niebiańskiego ojca. Dalej opowiedział, jak to chłopcy otrzymali wykształcenie w Wedach i jak wzrastali wśród ryszich i Siddhów. Obejmując spojrzeniem całe liczne zgromadzenie, mędrzec dodał: „Pandu, który zawsze kroczył ścieżką prawości, przeniósł się do wyższych światów. Cnotliwa Madri podążyła za nim. Zostawił jednak po sobie te oto dzieci. Jego synowie są odtąd prawymi dziedzicami królestwa”.

Ryszi wskazał leżące opodal nosze okryte białą tkaniną. „Oto szczątki Pandu i jego żony. Spełnijcie dla nich stosowne obrzędy i przyjmijcie jego synów za własnych. My odchodzimy”.

Ledwo mędrzec dopowiedział te słowa, zniknął z oczu zebranym i on sam, i pozostali ryszi oraz niebiańskie istoty. Mieszkańcy miasta przejęci rozeszli się do domów. Bhiszma wprowadził Kunti wraz z chłopcami do miasta i oddał im do dyspozycji stosowne miejsca w pałacu królewskim. Dhrytarasztra nakazał przeprowadzenie uświęconych tradycją obrzędów za duszę zmarłego i ogłosił w stolicy dwunastodniową żałobę.

Członkowie rodu Kuru nie posiadali się z rozpaczy po stracie Pandu. Króla kochali wszyscy poddani i teraz głośno płakali. Pięciu synów Pandu spędziło dwanaście dni, leżąc na gołej ziemi i dawało pełny wyraz swej boleści. Nie chcieli skorzystać z łóż ani innych wygód oddanej im królewskiej rezydencji i obchodzili żałobę wraz ze starszymi rodu.

Na zakończenie okresu żałoby dynastia Kuru spełniła dla Pandu obrzęd śraddha, zgodnie ze zwyczajem rozdając braminom w imieniu zmarłego ogromne ilości pożywienia oraz cenne dary. Powoli życie w Hastinapurze zaczęło wracać do normalności, a synowie Pandu zajęli należne im miejsce w królewskiej dynastii. Wtedy to właśnie zechciał ponownie zjawić się w mieście Wjasadewa, by udzielić poufnej rady pogrążonej w żałobie Satjawati. „Nadchodzą straszne czasy, matko. Zbliża się ciemny wiek Kali. Z każdym dniem rośnie w siłę grzech.

Już wkrótce za sprawą niegodziwych postępków rodu Kuru całą dynastię spotka zagłada, a na świecie zapanuje zamęt”.

Wjasadewa radził matce natychmiast odejść do lasu i poświęcić się praktyce jogi oraz medytacji. Lepsze to, niż zostać i patrzeć na okropności zbliżających się czasów oraz na cierpienie, jakie niosły ze sobą.

Satjawati rozważyła słowa syna i postanowiła pójść za jego radą. O swych zamiarach zawiadomiła synowe i poprosiła nieszczęśliwą matkę Pandu, Ambalikę, by jej towarzyszyła. Wkrótce potem obie królowe odeszły do lasu i tam zaczęły uprawiać ascezę. Gdy ich czas się dopełnił, porzuciły ciała i z radością przeniosły się do wyższych krain. Co do Ambiki, pozostała ona wraz z synem Dhrytarasztrą w Hastinapurze.

4

Niecne knowania Durjodhany

Życie w Hastinapurze spodobało się Pandawom. Mogli się teraz bawić ze stu synami Dhrytarasztry, których zaczęto dla odróżnienia nazywać Kaurawami. Okazało się, że synowie Pandu pod każdym względem przewyższają Kaurawów – siłą, zręcznością i umiejętnością we władaniu bronią. Zwłaszcza Bhima, najsilniejszy z braci, uwielbiał pokonywać Kaurawów w zabawie. Żaden nie dotrzymywał mu pola. Bhima tryskał energią i był niezmordowany, jak przystało na syna wszechpotężnego Waju. Niezrównany w zapasach oraz walkach wszelkiego rodzaju z łatwością sam jeden odpierał ataki całej gromady Kaurawów. Po chłopięcemu swawolny, często płatał im figle i śmiał się, gdy wściekli usiłowali się na nim odegrać. Nic im z tego zresztą nie wychodziło.

Durjodhanę najbardziej drażniły wybryki Bhimy i jego nadludzka siła. Pierworodny syn ślepego króla zajmował na dworze uprzywilejowaną pozycję. Wiedząc, że może on w przyszłości zostać cesarzem świata, patriarchowie rodu dali mu staranne wychowanie i ćwiczyli we wszystkich umiejętnościach niezbędnych władcy. Pomni złowróżbnych znaków widzianych w chwili jego przyjścia na świat, starali się wpoić mu takie wartości, jak moralność i prawość. Królewicz Durjodhana odznaczał się siłą i zręcznością w sztuce władania bronią, jak i przenikliwością w polityce. Wokół niego skupiało się dotąd życie dworu. Przybycie Pandawów zmieniło jednak wszystko. Skromni, z natury szlachetni i posłuszni starszym, synowie Pandu szybko przypadli do serca Bhiszmie, Widurze oraz reszcie starszyzny. Ich sposób bycia stanowił miłą odmianę po zachowaniu Durjodhany i braci, którzy byli raczej samolubni, dumni, a często wręcz aroganccy. Durjodhana szybko znienawidził swych pięciu kuzynów. Wybryki Bhimy dolewały jeszcze oliwy do ognia.

Któregoś dnia Durjodhana, po raz kolejny upokorzony przez Bhimę, postanowił z tym skończyć. Rozmówił się z Dusiasianą, najstarszym z reszty braci.

„Ten Bhima jest nie do wytrzymania. Wyzywa nas wszystkich naraz do walki, po czym rzuca nami na wszystkie strony jak słomkami. W niczym nie jesteśmy od niego lepsi. Nawet przy posiłku zapędza nas w kozi róg, zjadając tyle, ile nas dwudziestu. Musimy coś zrobić, by wreszcie ukrócić jego pychę”.

Oczy Durjodhany zwęziły się, gdy to mówił. Zamyślał coś niegodziwego. Królewicz miał wrodzoną skłonność do zła, a podżegał go jeszcze wuj Siakuni. Siakuni był księciem Gandhary, mieszkał jednak w Hastinapurze. Żywił urazę do Bhiszmy za to, że ów dał jego siostrę Gandhari za żonę Dhrytarasztrze, a nie Pandu. Szukając okazji do zemsty na Bhiszmie, Siakuni rzucił się w wir intryg. Nieźle byłoby na przykład zaszkodzić w jakiś sposób Pandawom, do których Bhiszma miał wyraźną słabość. Za jednym zamachem można byłoby poprawić widoki na przyszłość siostrzeńcom. W Durjodhanie Siakuni znalazł chętnego wspólnika, królewicz traktował Siakuniego jako swego mentora. Kiedy przyszedł do niego ze skargą na Bhimę, wujowi nietrudno przyszło go namówić do zrobienia Pandawie czegoś naprawdę złego.

Teraz Durjodhana wyjawił Dusiasianie swój zbrodniczy plan. „Jutro zaproszę Bhimę na ucztę i doprawię mu wszystkie potrawy trucizną. On oczywiście zje mnóstwo! Kiedy straci przytommność, zwiążę go i wrzucę do Gangesu. Bez Bhimy reszta Pandawów jest bezsilna, łatwo damy sobie z nimi radę, a wtedy nic już nie zagrozi mojemu przyszłemu panowaniu”.

Dusiasiana uśmiechnął się z uznaniem. Jemu też Bhima dał się we znaki. Odkąd Pandawowie przybyli na dwór, on także często czuł się pominięty i lekceważony przez starszyznę rodu Kuru. Objął brata ramieniem i obaj wrócili leśną ścieżką do pałacu, śmiejąc się głośno.

Następnego dnia rano Durjodhana zaproponował królewiczom wybranie się razem nad rzekę. Zaraz też chłopcy powsiadali na błyszczące rydwany, każdy wielki jak miasto. Kiedy olbrzymie koła rydwanów z hałasem zaczęły się toczyć i kawalkada ruszyła, zdawało się, że to burza wzbija w niebo chmury pyłu i przetacza gromy. Zajechawszy na miejsce, młodzi zsiedli z rydwanów i wśród śmiechów i żartów weszli do letniej rezydencji, którą Dhrytarasztra zbudował dla nich specjalnie na takie wycieczki.

Był to właściwie okazały pałac o siedmiu kondygnacjach, cały z białego marmuru. Łopotały nad nim wielobarwne proporce zatknięte na smukłych pozłacanych drzewcach. W pałacu było dziesiątki zbytkownie wyposażonych komnat. Każdą zdobiły bogate gobeliny i wspaniałe malowidła, meble z kości słoniowej i koralu, wysadzane drogimi kamieniami oraz wyściełane poduszkami ze złocistego brokatu. Dworscy muzycy i tancerze czekali gotowi zabawiać królewiczów, a setka wyborowej straży królewskiej czuwała nad ich bezpieczeństwem.

Gdy już wszyscy weszli do środka, Durjodhana zaprosił ich na wielką ucztę i poprowadził ich przez cały pałac do wewnętrznego ogrodu. Chłopcy spoglądali z przyjemnością na okazałe stawy pełne czerwonych i błękitnych lotosów, gdzie szum wody spadającej kaskadami po stopniach z kryształu mieszał się ze śpiewem barwnopiórych egzotycznych ptaków. W powietrzu unosiła się odurzająca woń licznie rozkwitłych kwiatów. Na miękkiej trawie nad stawami rozłożono dla chłopców rzędami wygodne poduszki, a słudzy już czekali, by podać potrawy.

Durjodhana wybrał miejsce obok Bhimy i dał znak rozpoczęcia uczty. Była wyśmienita. Durjodhana zawczasu osobiście dodał trucizny do potraw, które przed nim postawiono. Teraz podał talerz Bhimie i z udawaną miłością zaczął go własnoręcznie karmić. Prostoduszny Bhima, niczego nie podejrzewając, zajadał ze swoim zwykłym apetytem, a Durjodhana ze skrywaną radością patrzył, jak pochłania zatrute ciasta, ciastka, desery, napoje i cokolwiek mu podano.

Po uczcie Durjodhana zaproponował zabawę nad rzeką. Chłopcy na wyścigi pobiegli na brzeg. Tam mocowali się ze sobą, tarzali po ziemi i wrzucali jeden drugiego do przejrzystej błękitnej wody. Rej wiódł jak zawsze Bhima. Wydawało się, że trucizna na niego nie działa. Wyższy od swych rówieśników o całą głowę i ramiona, Bhima był niezrównanym zapaśnikiem. Ktokolwiek się doń przybliżył, po niedługiej chwili wylatywał w powietrze i lądował w wodzie, po czym rozbawiony Bhima sam dawał nura do rzeki i wzbijał rękami potężne fale, zatapiając tych, których wrzucił do rzeki.

Było już późne popołudnie, gdy chłopców zaczęło ogarniać zmęczenie. Wyszli z wody i ubrali się w białe szaty zdobione złotem, po czym znużeni poszli do pałacu na spoczynek.

Chociaż Bhima najadł się tyle trucizny, że starczyłoby na zabicie stu ludzi, dopiero teraz zaczął odczuwać jej działanie. Z nadejściem wieczoru syn boga wiatru poczuł się tak senny, że postanowił zdrzemnąć się nad samą rzeką. Położył się na brzegu i wkrótce zasnął mocno.

Teraz, gdy reszta chłopców była już w pałacu, Durjodhana mógł przystąpić do działania. Z pomocą Dusiasiany skrępował Bhimie ręce i nogi mocnym sznurem. Rozglądając się, czy ktoś nie widzi, bracia szybko poturlali go po pochyłym brzegu i zepchnęli do rzeki.

Śpiący Bhima opadł na samo dno i zaczął dryfować, popychany przez prądy podwodne. W toni Gangesu znajdowało się tajemne przejście do niebiańskiej siedziby boskich węży zwanych Nagami. Tam właśnie fale zaniosły Bhimę. Węże od razu zaczęły kąsać tę ludzką istotę, która nieoczekiwanie zjawiła się wśród nich. I tak się złożyło, że ich straszliwy jad podziałał jak antidotum na truciznę roślinnego pochodzenia podaną królewiczowi przez Durjodhanę. Bhima powoli odzyskiwał przytomność. Obudziwszy się odkrył, że leży na brzegu rzeki, ale miejsce nie wygląda znajomo, i że wokół kłębią się ogromne węże z obnażonymi zębami jadowymi.

Bhima naprężył mięśnie i krępujące go więzy pękły. Oswobodzony, zaczął łapać węże i ciskać nimi naokoło. Jedne wdeptywał w ziemię, inne odrzucał daleko od siebie, zakręciwszy nimi nad głową. Wkrótce tuziny Nagów leżały jak martwe, a reszta uciekała w popłochu.

Nagowie pospieszyli do swego króla, Wasukiego. Przerażonymi głosami opowiadali mu: „Władco nasz, trafił do nas jakiś człowiek skrępowany powrozami. Możliwe, że go otruto, gdyż był nieprzytomny. Ale kiedy zaczęliśmy go kąsać, odzyskał przytomność i pobił nas niemiłosiernie. Powinieneś natychmiast iść go zobaczyć”.