Magiczne lato - Aleksandra Tyl - ebook
Opis

Alicja samotnie wychowuje siedmioletnią Matyldę. Córka bez przerwy choruje, ma obniżoną odporność. Za radą lekarki wyjeżdżają na wieś, żeby dziecko zmieniło klimat i z dala od smogu miasta nabierało sił. Zatrzymują się u dalekiej ciotki – Józefiny. Alicja dopiero na miejscu dowiaduje się, że staruszka para się zielarstwem, a jej specjalnością są miłosne eliksiry. Mimo że dziewczyna początkowo nie wierzy w magiczną moc ziół, a do zajęcia ciotki podchodzi z dystansem, to jednak przychodzi taki dzień, kiedy pokusa skorzystania z mikstury jest wyjątkowo silna…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 602

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Aleksandra Tyl

Copyright © 2015 Grupa Wydawnicza Literatura Inspiruje

Sp. z o. o.

Wszelkie prawa zastrzeżone

All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w jakikolwiek inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Redakcja: Sylwia Klich / Pracownia Mole

Korekta: Estera Sendecka

Skład i łamanie: Natalia Pawlik, Aleksandra Krzyżostaniak / Pracownia Mole

Projekt graficzny okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Wykorzystane zdjęcie na okładce: © Elena Kharichkina

ISBN: 978-83-65223-21-0

Wydawnictwo Prozami

Warszawa/Słupsk 2015

zamowienia@literaturainspiruje.pl

www.prozami.pl

www.literaturainspiruje.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Rozdział 1

Poszarzałe popołudniowe niebo ciężko unosiło się nad miastem. Nietrudno było zauważyć napływające ze wschodu poszarpane, ciemnoszare chmury. Alicja skrzywiła się, obserwując zmieniającą się aurę. Żałowała, że nie ma przy sobie parasolki. Kiedy wychodziła z domu, było w miarę pogodnie. Teraz, stojąc na przystanku autobusowym, czuła nieprzyjemne podmuchy coraz silniejszego wiatru. Kilka osób schroniło się przed deszczem pod wiatą przystanku. Każdy z nadzieją wypatrywał swojego autobusu. Wraz z narastającym wiatrem, krople zacinały coraz mocniej. W oddali zaczęło grzmieć. Niebo jeszcze bardziej pociemniało. Gdy podjechał wyczekiwany przez Alicję autobus, niemal rzuciła się do drzwi. Tuż przed nią biegła kobieta, której reklamówka z zakupami zahaczyła o ostrą krawędź stojącej na przystanku ławki. Pociągnięta, rozpruła się, a z jej wnętrza wypadły jabłka i pomarańcze. Alicja w pierwszym odruchu chciała je pozbierać, widząc jednak, że kobieta machnęła ręką na ten incydent, sama również wbiegła na schodki autobusu. Otrzepując płaszcz z ciężkich kropli, rozglądała się za wolnym miejscem. Dostrzegła je na samym końcu. Było jej zimno, pragnęła usiąść i skulić się w sobie, aby choć trochę rozgrzać wysmagane wiatrem dłonie i uszy. Dochodziła czternasta. Nie była to godzina szczytu, powinna zatem dotrzeć do szkoły na czas. Wiedziała, że jej córka nie lubi czekać w szatni, a na świetlicę, gdzie przebywały również starsze i mocno onieśmielające ją dzieci, za żadne skarby nie dawała się zaciągnąć.

Gdy autobus w końcu ruszył, Alicja, pocierając dłonie, wyjrzała przez okno. Prawdziwe oberwanie chmury. W ciągu kilku minut z betonowego chodnika zrobiła się niemal rwąca rzeka. Deszczówka płynęła mocnym strumieniem, nie przejmując się próbującymi ocalić swoje buty przechodniami. Razem z deszczem płynęły siłą rozpędu złote pomarańcze.

Kiedy dotarła do szkoły, z zadowoleniem zauważyła, że jest przed czasem. Przeczesała przemoknięte włosy, zdjęła płaszcz. Po chwili do szatni zaczęły wchodzić inne matki, opiekunki, babcie. Z liczącej dwadzieścioro siedmioro dzieci klasy, zaledwie dziesięcioro zapisanych było na świetlicę. Reszta miała zorganizowany odbiór ze szkoły tuż po zajęciach. Przed budynkiem zawsze można było kogoś spotkać. Idealna okazja do rozmowy z inną mamą, bliższego poznania się. Alicja jednak czuła się obco. Zbyt rzadko bywała w szkole, aby kojarzyć którąkolwiek z mam. Nie kojarzyła nawet dzieci z klasy Matyldy, a co dopiero ich opiekunów. Oni wszyscy znali się dość dobrze. Nie licząc spotkań w szkole, okazji do poznania się było znacznie więcej. Urodziny, imprezy klasowe. Matyldzie do tej pory udało się zaliczyć tylko jedną z takich imprez. Akurat tę, na której wynajęty klaun z przerażająco wymalowaną twarzą wystraszył ją tak bardzo, że po piętnastu minutach z krzykiem oświadczyła, iż chce już wracać do domu. Nie była w tym odosobniona. Inne dziewczynki też się popłakały i również namówiły swoich rodziców na wyjście. Z tą różnicą, że one opuściły tylko tę jedną nieudaną imprezę, a Matylda tylko na tej była.

Alicja, stojąc przy drzwiach do szatni, przysłuchiwała się rozmowom. Zazwyczaj nie było jej to dane, ponieważ wychowawczyni, kładąc nacisk na samodzielność dzieci, nie pozwalała rodzicom wchodzić do szkoły. Czekali więc posłusznie przed budynkiem. Niektórzy zbierali się w grupki, plotkując lub omawiając szkolne wydarzenia. Alicja nie miała na tyle odwagi, by podejść do którejś z grup. Czekając na córkę, siadała z książką na ławce lub spacerowała wzdłuż ogrodzenia. Tym razem jednak, z uwagi na szalejącą na zewnątrz wichurę i mocny deszcz, opiekunowie ruszyli wprost do szatni. Jedyny tatuś, równie wyobcowany z towarzystwa co Alicja, postanowił poczekać na schodach. Tymczasem kobiety, stłoczone w niewielkim pomieszczeniu, prowadziły ożywioną dyskusję na temat zbliżającego się występu dzieci. Wymieniały się uwagami o tym, gdzie można dostać odpowiednie stroje, w którym sklepie sprzedają najtańsze rekwizyty, a w którym jest akurat promocja szyfonu i tiulu.

– Przepraszam, a kiedy ten występ? – zagadnęła zaintrygowana Alicja. Matylda w domu nic o nim nie mówiła, w jej dzienniczku również nie znalazł się na ten temat żaden wpis, choć na zebraniu wychowawczyni deklarowała, że ważne informacje będzie przekazywała rodzicom właśnie w ten sposób.

– Słucham? – spytała jedna z kobiet, zauważywszy przysłuchującą się ich rozmowie Alicję. – Pani o coś pytała?

– Kiedy ten występ? Nic o nim nie wiedziałam.

– A pani jest mamą…

– Matyldy.

– Matyldy… – powtórzyła w zamyśleniu kobieta. – Ach tak, to z naszej klasy.

– To córka pani nie mówiła? – zainteresowała się inna. – Przecież już od dwóch miesięcy uczą się ról, wierszyków, piosenek. Niewiele czasu zostało, a przecież trzeba przygotować stroje.

– Nie, nic nie mówiła… A kiedy ten występ?

– Za półtora tygodnia. Dwudziestego pierwszego marca. Starsze klasy mają wtedy dzień wagarowicza, zaplanowano dla nich różne atrakcje. A nasze maluchy przygotują dla całej szkoły przedstawienie – wyjaśniła krępa starsza pani, podająca się za babcię niejakiej Wikusi.

Alicja chciała jeszcze o coś zapytać, ale rozległ się dzwonek i już po chwili do szatni zaczęły wbiegać roześmiane dzieci. Ogólny gwar spowodował, że rozmowa o przedstawieniu została przerwana. Matylda weszła do szatni jak zwykle naburmuszona. Ostatnio coraz częściej zamiast uśmiechu na jej twarzy pojawiał się grymas niezadowolenia. Pytana przez Alicję o powód niezadowolenia, wzruszała tylko ramionami, tłumacząc, że nie ma humoru tak po prostu. Tego dnia również, gdy tylko wyszły z szatni, wzruszyła ramionami. Alicja jednak nie odpuszczała.

– Przecież widzę, że jesteś smutna – powiedziała, kucając przy córce i patrząc jej w oczy. Stały nieopodal szkoły. Deszcz przestał już padać i choć na próżno było szukać tęczy, to niebo wyraźnie pojaśniało, pozwalając słońcu niemrawo przebijać się przez rzadsze nieco chmury.

– Nie jestem smutna – odrzekła ponuro Matylda, uciekając wzrokiem.

– A może chodzi o przedstawienie?

– O jakie przedstawienie?

– To, które przygotowujecie na pierwszy dzień wiosny.

– Nie chodzi o przedstawienie. O nic nie chodzi. Idziemy?

– Nie. Najpierw chcę się dowiedzieć, dlaczego nie powiedziałaś mi o tych występach. Przecież trzeba znaleźć jakiś kostium, nawet nie wiem, jaką masz rolę.

– Nie muszę mieć kostiumu.

– Jak to? Słyszałam w szatni, że wszyscy będą poprzebierani, pani na pewno poprosiła o przygotowanie kostiumu, przypomnij sobie.

Alicja, mówiąc to, pilnie obserwowała córkę. Dziewczynka nie patrzyła jej w oczy, jednak dało się zauważyć, że mimo zaciśniętych ust, broda zaczyna jej się trząść, co było sygnałem, że za chwilę wybuchnie płaczem.

– Matysia, co się dzieje? Nie chcesz brać udziału w tym przedstawieniu?

– Chcę.

– To o co chodzi?

– O nic. – Dziewczynka zaczęła płakać.

– No dobrze, więc powiedz mi, jaką masz rolę. – Alicja przytuliła córkę.

– Będę drzewem.

– Cudownie – powiedziała Alicja bez przekonania.

– Wcale nie cudownie – załkała Matylda. – Inne dziewczynki będą motylkami, biedronkami. Będą miały skrzydełka i sukienki. A ja będę drzewem.

– Ależ drzewa też są piękne – pocieszała Alicja.

– Drzewo nic nie robi. Tylko stoi – rzekła twardo Matylda, ocierając łzy.

– Kochanie, nie wszyscy aktorzy muszą chodzić po scenie… A masz jakąś kwestię do wypowiedzenia?

– Nie.

– A inne drzewa coś mówią?

– Nie ma innych drzew. Tylko ja.

– To może jakieś krzaczki?

– Nie ma krzaczków.

– A kostium? – Alicja czuła, że jej głos, dotychczas miękki, staje się coraz bardziej nerwowy.

– Nie muszę mieć kostiumu. Pani namalowała na kartonie drzewo i mam je trzymać.

– Chodź. Porozmawiam z twoją panią.

– Ale nie powiesz, że płakałam? – upewniła się dziewczynka.

W pokoju nauczycielskim unosił się duszący zapach potu. Podczas przerwy przebywało w nim wiele osób, a z uwagi na burzę nikt nie odważył się uchylić okna. Alicja odetchnęła z ulgą, gdy okazało się, że wychowawczyni Matyldy siedzi przy stole.

– Dzień dobry – przywitała się Alicja, wchodząc do pokoju. – Ja do pani w sprawie przedstawienia. A raczej roli Matyldy.

– Witam. Matylda wie, co ma robić w czasie przedstawienia. Wszystkie dzieci otrzymały role. O co dokładnie chodzi? – Nauczycielka niechętnie podniosła wzrok znad dziennika.

– Chodzi o to drzewo. Przyzna pani, że to nie jest zbyt ciekawa rola, w dodatku Matylda nie ma do wypowiedzenia żadnej kwestii. Jest jej smutno, gdy widzi, że inne dziewczynki ekscytują się przedstawieniem, szukają sobie barwnych strojów…

– Przepraszam – weszła w słowo nauczycielka – przecież obydwie wiemy, że szansa na to, że Matylda w ogóle weźmie udział w tym przedstawieniu, jest niewielka. Powinna się cieszyć, że mimo wszystko uwzględniłam ją i otrzymała jakąkolwiek rolę.

– Nie rozumiem, dlaczego Matylda miałaby nie wziąć udziału w przedstawieniu?

– Proszę pani. – Nauczycielka westchnęła ciężko. – Statystyka mówi sama za siebie. Proszę bardzo. – Otworzyła dziennik na liście obecności. – Wrzesień – ledwie tydzień była obecna w szkole, październik – ile? Osiem, przepraszam, dziewięć dni. Listopad… poszarpany, może znów dziewięć dni by się uzbierało. Grudzień…

– Wiem – przerwała kategorycznie Alicja. – Nie musi mi pani wyliczać. Matylda ma słabą odporność, gdyby inne dzieci przychodziły do szkoły zdrowe, zapewne nie łapałaby tych wszystkich katarów i przeziębień, nie chorowałaby tak często.

– To jest szkoła. Nie jesteśmy w stanie zmusić rodziców, aby trzymali w domu kichające dzieci. I nie nasza wina, że pani córka wciąż się od kogoś zaraża. Zresztą ten temat już podejmowałyśmy nie raz. Proszę jednak nie mieć do mnie pretensji, że boję się powierzyć Matyldzie większą rolę w przedstawieniu. Przecież jeśli nie przyjdzie, nie będzie miał jej kto zastąpić.

– Można by dopisać kwestię neutralną. Taką, którą można w razie czego wyciąć. – Alicja nie dawała za wygraną. – Przecież nie możemy dodatkowo karać dziecka za to, że często choruje. To nie jej wina. A przez to, że nie ma konkretnej roli, czuje się dodatkowo wykluczona z klasy.

– Nic na to nie poradzę. Już za późno na zmianę scenariusza.

– A o czym jest to przedstawienie?

– O wiośnie. W skrócie: różne zwierzęta witają Panią Wiosnę. Wiewiórki, zajączki, jeże, motylki… Role są już obsadzone, nie da się nic dopisać, przykro mi.

– Ale przecież i drzewo może powitać Panią Wiosnę. Listki się zielenią, drzewo budzi się do życia – przedstawiła swoją wizję Alicja.

– A widziała pani kiedyś gadające drzewo? – odcięła się nauczycielka.

– A widziała pani gadające wiewiórki?

Zamilkły, wpatrując się w siebie groźnie. Wychowawczyni pierwsza postanowiła wyciszyć emocje.

– Pani Alicjo, nie ma co się kłócić o szczegóły. Matylda bierze udział w przedstawieniu, jest drzewem i nie widzę możliwości zmiany. Umówmy się, że w przyszłym roku pomyślimy o jakiejś większej roli dla niej. O ile oczywiście zdrowie jej na to pozwoli. A teraz muszę panią przeprosić, kończy mi się okienko. – Nauczycielka podniosła się zza stołu, wskazując brodą drzwi i ucinając tym samym rozmowę.

– Dobrze. – Alicja niechętnie skinęła głową. – Proszę mi tylko powiedzieć, czy możemy popracować nad strojem, żeby był ciekawszy?

– Nie ma takiej potrzeby. Ale jeśli ma pani ochotę, to proszę. – Kobieta wyciągnęła zza szafy zwinięty rulon. – Wszystko już jest namalowane, ale można podkolorować jeszcze farbkami listki.

– Dziękuję.

Wyszły w tym samym czasie. Alicja skierowała się do ławki przy oknie na korytarzu, na której siedziała Matylda. Nauczycielka, szybko się pożegnawszy, pobiegła schodami na górę.

– I co? – spytała z nadzieją w głosie Matylda.

– Możemy przyczepić listki. Poza tym… możemy wymyślić przywitanie Pani Wiosny. Powiesz dwa zdania na początku.

– Naprawdę?

– Tak. Okazało się, że grasz najlepszą i najważniejszą rolę.

– Jak to?

– A niby skąd wiadomo, że idzie wiosna? – Alicja udawała zniecierpliwioną banalnym pytaniem. W głowie gorączkowo szukała argumentów za tym, że drzewo naprawdę jest ważne.

– Bo robi się ciepło?

– Bo drzewa wypuszczają liście, przyroda budzi się do życia. To właśnie drzewa dają znać zwierzętom, że pora wybudzić się z zimowego snu.

– Ale co będę mówiła?

– Nie teraz, kochanie, popracujemy nad kwestią w domu. Strasznie jestem głodna. Może zjemy dziś na mieście?

– Tak, hurra, pójdźmy na pizzę.

– Niech będzie pizza. A potem wstąpimy do przychodni.

– Ale po co? Przecież nie jestem chora! – Matylda niepewnie spojrzała na matkę.

– Nie, oczywiście, że nie jesteś. Ja tylko wpadnę na chwilę do pani doktor po kropelki na swędzący nos. Chyba mam jakieś uczulenie.

*

Recepcjonistka z uśmiechem przywitała Matyldę, gdy ta tylko przekroczyła próg przychodni.

– Witamy naszą księżniczkę. Ale chyba nie zamawiała pani wizyty? – te słowa skierowała do Alicji.

– Dzień dobry, pani Urszulo. Nie, nie umawiałyśmy się. Wpadłam tylko na chwilkę, żeby coś skonsultować. Może pani doktor przyjmie mnie między pacjentami? Dosłownie pięć minut.

– Ojej, ale doktor Koterskiej dziś nie ma. Nie będzie jej do końca tygodnia. Lekarze niestety też czasem chorują. – Pielęgniarka uśmiechnęła się do Matyldy, podając jej, jak zwykle, lizaka z witaminami. – Chyba że doktor Miszczuk. Jest w zastępstwie. Na pewno panią przyjmie. Jeden pacjent nie dotarł, a kolejny umówiony jest dopiero za pół godziny.

Doktor Miszczuk okazała się mocno posuniętą w latach kobietą o ciepłym spojrzeniu. Alicja, przyzwyczajona do młodej, energicznej Koterskiej, bez przekonania weszła do gabinetu, prosząc o chwilę rozmowy. Lekarka, upewniwszy się, że żaden pacjent nie czeka, zgodziła się ją przyjąć. Recepcjonistka przezornie przyniosła kartę Matyldy, a dziewczynkę, na prośbę Alicji, usadowiła nieopodal siebie przy biurku, dając jej do zabawy kartki i flamastry.

– Pani doktor – zaczęła Alicja, gdy tylko za pielęgniarką zamknęły się drzwi. – Mam ogromną prośbę. Ten tran, który poleciła mojej córce doktor Koterska zapewne działa, ale bardzo, bardzo mi zależy, żeby dać jej coś jeszcze. Ona nie może się rozchorować przez najbliższe półtora tygodnia. Czy mogłaby pani przepisać coś ekstra na wzmocnienie? Coś, co dałoby stuprocentową gwarancję, że Matysia przez najbliższe półtora tygodnia nie nabawi się żadnego kataru, nie złapie przeziębienia, grypy, gorączki czy…

– Zaraz, zaraz, spokojnie. – Lekarka podniosła dłoń. – Chwileczkę. Dlaczego pani córka miałaby się rozchorować? Jak rozumiem, nic jej obecnie nie dolega?

Alicja ucichła, wpatrując się w lekarkę z konsternacją. Nie była przyzwyczajona do takich pytań. Tu, w przychodni, znali ją i jej córkę od tylu lat i dla każdego było jasne, że Matylda co chwila choruje i że jej odporność jest o wiele słabsza niż u statystycznego siedmiolatka.

– No… Akurat teraz nic jej nie dolega – przyznała, akcentując słowo „akurat”. – Ale jej niewiele trzeba, żeby coś podłapała. Niebawem jest w szkole przedstawienie z okazji Dnia Wiosny. Bardzo chciałaby w nim wziąć udział, ale boimy się, że nie dotrwa do tego czasu. To znaczy jej wychowawczyni się boi, że Matysia nie dotrwa, bo ja oczywiście mam nadzieję, że ten tran…

– Nie, nie, nie. Tak nie damy rady rozmawiać. Proszę dać mi minutkę. – Lekarka założyła na nos ciężkie okulary, poprawiając je u nasady. Otworzyła kartę Matyldy i zagłębiła się w lekturze.

Alicja cierpliwie czekała, próbując przypomnieć sobie, jak długi okres uwzględnia obecna karta i czy lekarka będzie w stanie na jej podstawie stwierdzić, jakie lekarstwo byłoby najlepsze dla Matyldy w tym momencie. Och, jaki to pech, że nie ma doktor Koterskiej – pomyślała. Ona od razu, bez zaglądania w kartę wiedziała, co może przepisać Matyldzie; doskonale pamiętała, co na nią działało, a raczej co nie działało, i co – spośród szerokiej gamy dostępnych środków na wzmocnienie odporności – można jeszcze dziecku zaaplikować.

Lekarka, wydymając wąskie, pomarszczone usta, podniosła w końcu wzrok znad karty. Zdjęła okulary i szczupłą, przetykaną fioletowymi nitkami żył ręką przetarła oczy.

– Droga mamo – powiedziała, patrząc ciepło na Alicję. – Widzę, że pani córka nie przechodziła jakichś szczególnie poważnych chorób, zwykłe przeziębienia… Po prostu ma słabą odporność.

O Boże – westchnęła w duchu Alicja – odkrycie Ameryki!

– No właśnie – przytaknęła głośno. – Dlatego chciałabym coś ekstra, superskutecznego, żeby chociaż do przedstawienia…

– Dziecko drogie, skąd ja ci wezmę coś takiego? – Lekarka uśmiechnęła się, składając ręce, co spowodowało, że Alicja przeklinała w duchu lekarkę starowinkę za ton, jakim się do niej zwróciła.

– Może panią to bawi – powiedziała nerwowo. – Ale z mojego punktu widzenia nie ma w tym nic śmiesznego, że moja córka, zamiast chodzić do szkoły, męczy się w domu z gorączką, kaszlem czy katarem. Zamiast integrować się z klasą, integruje się co najwyżej z Muminkami, które jej czytam, albo z Kubusiem Puchatkiem. Przecież nie żyjemy w średniowieczu, na pewno są jakieś skuteczne środki na wzmocnienie odporności, brałyśmy już tyle syropów…

– Otóż to – weszła jej w słowo lekarka. – Szprycuje pani córkę kolejnymi syropami, kropelkami, teraz tranem… Niebawem nic nie będzie na nią działało.

– To niby co powinnam zrobić? Nic jej nie dawać? I czekać, aż znów dopadnie ją gorączka?

– Przecież i tak dopada – zauważyła trzeźwo lekarka, stukając palcem w kartę.

– Przyszłam do pani po radę. – Alicja odchyliła się na krześle. – Doktor Koterska przynajmniej próbuje pomóc Matyldzie…

– Oj, dziewczyny, dziewczyny… Ja może jestem stara, ale uwierz mi, droga mamo, że jeśli chodzi o dzieci, to żadne syropki nie pomogą. Dziecko musi się uodpornić w sposób naturalny.

– Ale przecież to są naturalne wyciągi. W dodatku wzbogacone o witaminy.

– Pani Alicjo, absolutnie nie chcę wchodzić w kompetencje doktor Koterskiej. To młoda, zdolna lekarka. Jestem przekonana, że każda jej sugestia odnośnie do zdrowia pani córki była podyktowana troską. Sylwia jest dobrym pediatrą i nie ulega to wątpliwości. Ale mimo wszystko, jeśli chodzi o wzmocnienie odporności u dziecka, to nikt mnie nie przekona, że jakiekolwiek syropki są lepsze niż natura. Od zawsze w takich przypadkach doradzałam wywiezienie dziecka na wieś i zawsze efekt był pozytywny, a co najważniejsze – trwały. Teraz nastały jakieś dziwne czasy. Wy, rodzice, oczekujecie recepty. My, lekarze, staramy się wam ją dać. Tylko że żadna firma farmaceutyczna, droga pani, nie wyprodukuje natury. Wyciąg z malin nie zastąpi świeżych malin. Wie pani, o czym mówię?

– Nie bardzo… – Alicja zmarszczyła czoło, starając się przetrawić informacje. Do tej pory była przekonana, że lekarze potrafią wypisać receptę na wszystko. Zazwyczaj łudziła się nadzieją, że dany lek potrafi zdziałać cuda, a brak działania na Matyldę był spowodowany tym, że jej córka była wyjątkiem i potrzebowała więcej czasu, aby dopasować coś specjalnie pod jej organizm.

– Każde dziecko jest inne – kontynuowała lekarka cierpliwie. – Jedne w ogóle nie chorują, inne natomiast chorują w nadmiarze. Tu nie ma jednego szablonu. A jednak za moich czasów dzieci chorowały mniej.

– Ale na gorsze choroby – docięła Alicja.

– Owszem. Teraz mamy szczepionki, antybiotyki, po prostu wiedzę. Ale na katarek, proszę pani, do tej pory nie znaleziono skutecznego lekarstwa. I dobrze. Dziecko musi się uodporniać w sposób naturalny i nie ma co szprycować młodego organizmu kolejnymi dawkami sztucznie wytwarzanych witamin. Pewnie, że nie zaszkodzi jej ten tran, który pani podaje. Ale czy aby na pewno pomoże?

– To co mi pani radzi? – spytała zrezygnowana Alicja.

– Niech weźmie pani dziecko na wieś, na wakacje, do babci. Niech tam pobiega, niech wyrwie się z miejskiego smogu, pooddycha czystym powietrzem.

– Nie mamy babci na wsi. Zresztą akurat na wakacje wyjeżdżamy nad morze, to chyba lepiej? Jod i te sprawy. Co roku na dwa tygodnie. A potem jeszcze z tatą zostaje przez tydzień, więc w sumie spędza trzy tygodnie nad morzem. Ale i tak choruje.

– A tam. – Lekarka machnęła ręką. – Co to są trzy tygodnie? Organizm nie zdąży się przestawić. Minimum trzy miesiące.

– Dłużej nad morzem nie możemy zostać, przecież pani wie, jakie tam są ceny…

– Nie musicie koniecznie jechać nad morze. Owszem, dobrze by było, gdyby nawdychała się jodu, ale nie ma twardych danych o tym, że jod, który aktywizuje się nad Bałtykiem, rzeczywiście skutecznie przenosi się do organizmu. Jeśli nie da się nad morze, to na jakąkolwiek wieś. Niech dziecko biega boso po trawie, szaleje w deszczu, na słońcu, niech je prawdziwe warzywa, owoce, a nie te z supermarketu. Niech robi sobie wycieczki po polach, do lasu, cieszy się świeżym, nieskażonym powietrzem.

– Łatwo pani mówić – obruszyła się Alicja. – Gdybym ją puściła boso, natychmiast złapałaby katar.

– A niech złapie! Niech chodzi z katarem! Nie pamięta pani, jak się kiedyś biegało z glutami po dworze? Nikt afery nie robił. Teraz rodzice przegrzewają dzieci, trzymają w sterylnych warunkach. Ledwo trochę wiaterku i już zakładają szaliki, czapki, a najlepiej w ogóle nie wypuszczaliby dzieci z domu. I takie mamy efekty.

– Ale jakoś inne dzieci w szkole tak często nie chorują… – wtrąciła nieśmiało Alicja.

– Bo pani się trafił mniej odporny okaz i trzeba nad tym popracować. Ja pani nic dzisiaj nie przepiszę. Trzy miesiące na wsi, ot co. To moja rada. Ona ma dopiero siedem lat, niedawno zaczęła szkołę, to nie są jeszcze trudne przedmioty. Dramatu nie będzie, jeśli zrobi pani dziecku wcześniej wakacje.

– Rozumiem. Trzy miesiące na wsi – powtórzyła zrezygnowana Alicja.

*

Rozłożony na podłodze arkusz szarego papieru nabierał barw. Namalowane na nim drzewo nie wyglądało może ładnie, ale za to Matylda miała uciechę, wycinając z kolorowego papieru liście i przyklejając je, gdzie tylko się dało.

Alicja w tym czasie przygryzała ołówek, męcząc się nad kartką, by wymyślić jedno krótkie, ale za to bardzo ważne zdanie, które mogłoby wypowiedzieć drzewo na początku przedstawienia.

– A co mówią zwierzątka? – dopytywała córki.

– Przychodzą i mówią: „Witaj, Pani Wiosno, piękna i radosna”. Dalej nie pamiętam.

– A kto gra Panią Wiosnę?

– Nasza pani.

– Aha. Nieźle sobie wymyśliła – wycedziła pod nosem Alicja.

Za oknem zmierzchało. Matylda, zmęczona już przyklejaniem, oparła się o sofę, ściskając w ręku pilot od telewizora.

– Mogę? – spytała z nadzieją.

– Ale nie tutaj. Obejrzyj w swoim pokoju. Ja teraz myślę i muszę mieć spokój. I możesz obejrzeć tylko jedną! Potem kolacja i spać – kategorycznie oświadczyła Alicja. Nie pozwalała oglądać córce bajek bez uprzedniego ustalenia z nią limitu. Mimo że Matylda zawsze zdołała ubłagać o kolejne odcinki uwielbianych przez nią kreskówek, to Alicja pragnęła zachować pozory zasad w tym temacie.

„Witaj, Pani Wiosno, piękna i radosna, to ja, drzewo…”, „Drzewa witają wiosnę, piękną i radosną”…

– Tfu! – krzyknęła Alicja, męcząc się nad tekstem. – Ani nie jest piękna, ani tym bardziej radosna ta baba – mówiła do siebie, wspominając spotkanie z nauczycielką. – Błagam, weno, przyjdź do mnie! – mamrotała, wznosząc oczy do góry.

Jak na zawołanie rozległ się dzwonek do drzwi. Alicja podskoczyła na krześle wyrwana z letargu. Zanim zdążyła wyjrzeć przez wizjer, ktoś z rozmachem nacisnął klamkę.

– Alicja, wiem, że jesteś, otwieraj, szybko! – Usłyszała głos swojej siostry.

Już po chwili do mieszkania wkroczyła Dorota w towarzystwie wystraszonej skośnookiej, młodej kobiety.

– Jest afera – powiedziała Dorota bez wstępów, siadając ciężko na kanapie. – Trzeba przenocować tę dziewczynę, jutro się nią zajmę.

– Ale kto to jest? – spytała Alicja, patrząc na zdezorientowaną Azjatkę.

– Dziewczyna potrzebuje pomocy – wyjaśniła Dorota, rozmasowując sobie prawą kostkę. – Cholera, winda u ciebie nie działa, musiałyśmy przytelepać się po schodach.

– Ale jakiej pomocy? Kto to jest? – dociekała Alicja.

– Nie wiem, jakaś Chinka. – Dorota wzruszyła ramionami. – Prawdopodobnie porwana albo co. Przetrzymywana siłą… Znęcają się nad nią, musimy powiadomić jakiś urząd, trzeba ją ratować. Gdyby nie ja…

– Dzień dobry – przywitała się Alicja z Azjatką. – Może pani spocznie? – Wskazała krzesło.

Kobieta zaczęła mówić coś płaczliwym tonem, wpychając do rąk Alicji zwitek dokumentów.

– Co to jest? Po co ona mi to daje? – spytała z przerażeniem Alicja.

– Nie wiem. Może to jakiś list błagalny do potencjalnych wybawców. No… czyli do mnie. Ważne, że dziewczyna jest już bezpieczna. Daj coś do picia.

Alicja posłusznie przyniosła z kuchni butelkę wody i szklanki. Azjatka wciąż stała przy drzwiach, kuląc się i przyciskając do piersi torebkę.

– Widzisz, jaka wystraszona? – zauważyła Dorota, odbierając od Alicji szklankę z wodą. – Siadaj, Mia. Tak ją nazwałam. Mia – ładnie, prawda? Nie mogę jej wziąć do siebie, bo Artur dziś w nocy przylatuje i wiesz… No nie może być u mnie Chinki. Musi spać u ciebie. No siadaj, Mia, nie krępuj się – ponagliła gestem. – Jesteś już bezpieczna. Do you understand? Rozumiesz?

Chinka nie rozumiała. Stała nieruchomo ze wzrokiem utkwionym w podłodze.

– Jak ją znalazłaś? – spytała Alicja, nie bardzo wiedząc, czy może pozwolić na to, aby obca Chinka nocowała w jej mieszkaniu. Gdzie ją położy, skoro ma tylko dwa łóżka?

– Mówiłam ci, Artur dzisiaj przylatuje, postanowiłam kupić coś na kolację. Wiadomo, nie będę sama stać przy garach, poleciałam więc do baru i zamówiłam chińszczyznę na wynos. Kiedy czekałam, aż przygotują dania, usłyszałam krzyki. Nie byłabym sobą, gdybym nie zajrzała na zaplecze. Udając, że szukam toalety, zapuściłam żurawia. I co? Stoi biedna Mia, a nad nią facet, który się wydziera i wymachuje tasakiem! Żebyś ją widziała, jaka wystraszona, łzy jej leciały ciurkiem, a on się darł jak oszalały. Mówię ci, żadnych gości, tylko ja. Poczułam się odpowiedzialna za tę dziewczynę, też byś tak zrobiła! Nie będzie w moim kraju jakiś dupek znęcał się nad biedną Chinką. Jeszcze by ją zabił i nikt by się o tym nie dowiedział…

– Ale co on krzyczał?

– A bo ja wiem? Przecież nie znam chińskiego. Darł się i tyle. Wpadłam tam, krzyknęłam na niego, pogroziłam policją, wzięłam Mię i uciekłyśmy.

– Nie mogłaś zadzwonić po policję?

– Nie pomyślałam, tak szybko się to działo… Trzeba ją tu przenocować, a jutro się coś wymyśli.

– Czekaj! – krzyknęła nagle Alicja i twarz jej się rozpromieniła. – Przecież Basia Grad jest tłumaczką chińskiego, zaraz po nią zadzwonię, mieszka piętro wyżej. – Mówiąc to, chwyciła za komórkę i pokrótce naświetlając Basi sprawę, poprosiła ją o przyjście.

Już po kilku minutach rozległo się pukanie do drzwi.

Basia była drobną blondynką o wydatnych ustach i dużych, granatowych oczach. Dorota blado uśmiechnęła się na jej widok, nie lubiła przebywać w towarzystwie kobiet ładniejszych od siebie, a Basia nie dość, że ładna, to jeszcze przyjaźnie szczebiocząca i szczerze zainteresowana niesieniem pomocy biednej Chince. Przywitawszy się z nią, wolno i spokojnie spytała ją, o co chodzi. Z dziewczyny, która usłyszała swój rodzimy język, wypłynął potok słów. Miała na imię Lao i jak przetłumaczyła Basia, przebywała w Polsce legalnie, dowodem czego miały być zabrane przez nią w pośpiechu z baru dokumenty, ale Dorota nawet w nie nie spojrzała. Dziewczyna była przekonana, że Dorota jest z urzędu imigracyjnego, dlatego pojechała z nią, wyjaśnić sprawę.

– Nic nie rozumiem. – Dorota wzruszyła ramionami. – Coś kręci. Na własne oczy widziałam, jak kucharz drze się na nią, wymachując tasakiem.

– Ten z tasakiem to jej wuj. Nie znęcał się nad nią, po prostu rozmawiali.

– Rozmawiali… – burknęła Dorota. – On krzyczał, a ona płakała, też mi rozmowa.

Basia odwróciła się do Lao i spytała ją o powód łez.

– Ona pochodzi z biednej prowincji – wytłumaczyła po chwili. – W Polsce jest od niedawna, dołączyła do rodziny swojego wuja mieszkającej tu od ośmiu lat. Co miesiąc wysyłają do Chin pieniądze, które, jak się dzisiaj dowiedzieli, nie zawsze docierają do jej ojca i matki. Giną po drodze, prawdopodobnie ktoś z urzędu pocztowego z ich wsi rekwiruje co którąś wpłatę. Dlatego jej wuj się zdenerwował. Krzyczał, owszem, ale nie na nią. A ona płakała, bo uświadomiła sobie, jak wiele pracy wymaga od nich tutaj wysupłanie kilku złotych, by móc przelać dolary do Chin. A te dolary nie docierają…

– To przykre – zasmuciła się Alicja.

– Jednym słowem, nastąpiło nieporozumienie. Lao jest w Polsce legalnie i krzywda jej się nie dzieje.

– Strasznie mi głupio – wyjąkała Dorota, wstając z kanapy. – Myślałam, że…

– Już wyjaśniłam Lao, skąd to nieporozumienie, nie jest zła. Pyta, czy może już wrócić do domu.

– Oczywiście. – Dorota sięgnęła do torebki, wyjęła portfel, a z niego sto złotych. – To na taksówkę. Bardzo przepraszam, że tak brutalnie wyciągnęłam cię z baru.

Lao kiwnęła głową, czekając, aż Basia przetłumaczy, co powiedziała Dorota. Wkrótce kobiety pożegnały się i Lao, już mniej spięta, wyszła z mieszkania poinstruowana przez Basię, gdzie znajdzie postój taksówek.

– Dziękuję za pomoc. – Alicja uśmiechnęła się do Basi. – Gdyby nie ty, przetrzymywałabym przez całą noc biedną Chinkę, zmuszając ją do spania w moim łóżku.

– E tam – obruszyła się Dorota. – Pewnie sama by uciekła w końcu. Nic się nie stało. O Boże! – krzyknęła nagle. – A gdzie Matysia? Mam nadzieję, że się nie wystraszyła tą akcją?

– Zasnęła przed telewizorem – wyjaśniła Alicja. – Jak złapie pierwszy sen, to może się wokół walić i nic jej nie obudzi. Macie ochotę na sernik?

– Nie, dziękuję, zaraz muszę lecieć, żeby wyszykować się na wieczór i kupić coś do jedzenia, bo z tego wszystkiego nie wzięłam chińszczyzny – powiedziała Dorota.

– A ja chętnie. I tak nie mam nic do roboty. Janusz po pracy miał wpaść do warsztatu wymienić opony, a Tomek śpi dzisiaj u kolegi. – Basia usiadła przy stole, biorąc do ręki gryzmoły Alicji. – A co to? Wierszokletką zostałaś?

Alicja zrobiła kwaśną minę i pokrótce opowiedziała o sytuacji z przedstawieniem.

– Co za pinda z tej nauczycielki! – oburzyła się Dorota. – W moją Matysię kochaną nie wierzy? W moją córcię jedyną?

– Dorcia jest matką chrzestną. – Alicja wyjaśniła Basi zawiłości rodzinne.

– Już ja jej pokażę drzewo! – kontynuowała Dorota. – Wyrzuć ten papier, co to jest w ogóle? Malowanki komunistyczne? Do śmieci z tym!

– Ale Matylda się namęczyła… Cieszyła się na te listki…

– W dupie z listkami. Wytnij kawałek gałęzi i zawieś u niej w pokoju na pamiątkę. Ja jej przyniosę strój. Będzie takim drzewem, że wszystkim szczęki poopadają z wrażenia! Poproszę chłopaków z produkcji, już oni wymyślą taki bajer, kochana, światełka, muzyczkę, szum prawdziwych liści. Te motylki i biedroneczki będą mogły co najwyżej po kątach się schować. Zobaczysz. Kiedy ten występ?

– Za tydzień.

– Ups… Trochę mało czasu… Ale damy radę, moja w tym głowa! Dobra, dziewczyny, lecę. Pa! – Chwyciła leżącą na sofie torbę i wybiegła z mieszkania.

– Fajną masz siostrę – przyznała Basia, gdy za Dorotą zamknęły się drzwi, a ona z Alicją siedziały przy stole, delektując się sernikiem i zieloną herbatą.

– Fajna, tylko trochę postrzelona, jak widzisz. Pracuje w agencji reklamowej, jest bardzo kreatywna, energiczna, no i… czasem szybciej działa, niż myśli… Co było widać na przykładzie biednej Chinki.

– Dobre ma serce, ot co.

– Nie wiem, czy to dobre serce, czy jakaś nadmiernie rozbuchana potrzeba niesienia pomocy.

– To chyba dobrze?

– Zależy dla kogo – zadumała się Alicja. – Zdarza się, że Dorota angażuje się w coś, co nie wymaga wcale jej pomocy. Czasem mam wrażenie, że po prostu lubi błyszczeć, zwracać na siebie uwagę; lubi, gdy ludzie są jej wdzięczni, czuje się wtedy chyba bardziej doceniona… Nie wiem… Właściwie to zawsze taka była. A to przygarnęła psa, a to kota, a to stanęła w obronie koleżanki, którą gnębiono z powodu tuszy. Jest niczym radar wykrywający słabszych, taki superman w spódnicy. Kiedyś na przykład zrobiła całą akcję na osiedlu, kiedy jeszcze mieszkałyśmy z rodzicami, żeby pomóc biednej rodzinie. Chciała im zrobić niespodziankę na święta, zaangażowała sąsiadów, kupowali jedzenie, ubrania, zabawki dla dzieci. Naprawdę olbrzymia akcja pomocowa. W Wigilię przyszła do nich wraz z dwiema innymi sąsiadkami, niosąc wielkie pudła. Była szczęśliwa i przekonana, że robi dobrze, że będą jej wdzięczni. Tymczasem ta rodzina, choć rzeczywiście biedna, nie oczekiwała od nikogo pomocy. Żyli bardzo skromnie, ale dawali radę. Poczuli się upokorzeni tymi paczkami, a przede wszystkim tym, że Dorota na całe osiedle rozgłosiła, że są biedni. Potem te dzieci chodziły ze spuszczonymi głowami po szkole, bo inne oczekiwały podziękowań za zabawki, które im przyniosły. Ach, szkoda gadać… Dorota nie rozumiała, gdzie popełniła błąd, nie docierało do niej, że powinna najpierw z nimi porozmawiać, zapytać, co sądzą o takim pomyśle. Niewiele ją tamta akcja nauczyła, potem jeszcze miała kilka tego typu wpadek. A, nieważne…

– Mimo wszystko dobrze, że są tacy, którzy mimo wpadek, chcą dalej pomagać – zamyśliła się Basia.

– Masz rację. – Uśmiech rozświetlił twarz Alicji. Dolała herbaty z imbryczka.

– Szkoda, że ja nie mam siostry. Dwóch młodszych braci to zupełnie inna bajka. Prawie nie mamy kontaktu, widujemy się od święta. Z siostrą to jednak i poplotkować można, i na wino pójść…

– Ha! Dobrze powiedziane. My niestety rzadko wychodzimy gdzieś razem. Ona ma swoją pracę, swoje życie. Ja mam Matyldę, siedzę w domu… Zresztą Dorota jest ode mnie trzy lata starsza, a czuję się, jakbym to ja była starszą siostrą. Bardziej poukładaną, bardziej odpowiedzialną, no wiesz… Myślę, że ona wolałaby pójść na wino z jakąś koleżanką niż ze mną. Ale fakt, dzwoni dość często.

– Ty jesteś bardziej poukładana? – zdziwiła się Basia. – To chyba mało cię znam. – Uśmiechnęła się.

– Bo nie znasz Doroty. Mimo wszystko to ja mam już dziecko, mieszkanie. No, męża nie mam, ale przecież byłam wiele lat w stałym związku. Ona z kolei stale coś zmienia, a to fryzury, a to styl ubierania się, ciągle się przeprowadza, facetów też zmienia jak rękawiczki. Teraz jest niby z jakimś Arturem, ale ja go jeszcze na oczy nie widziałam. Mam wątpliwości, czy on w ogóle istnieje, bo zawsze, gdy mówię, że chciałabym go poznać, ona odpowiada, że jeszcze nie czas, że on taki zabiegany, bo mieszka w Poznaniu, a tu wpada na chwilę w interesach…

– Może naprawdę jest zabiegany. A ona zakochana i woli każdą minutę z nim spędzać, niż wozić go po rodzinie.

– Może…

– U mnie tak było. Rodzice poznali Janusza dopiero po siedmiu miesiącach, akurat w dniu, gdy postanowił mi się oświadczyć. Wcześniej jakoś nie było okazji… To znaczy my nie mieliśmy ochoty wyfruwać z jego ówczesnej kawalerki, czyli naszego gniazdka miłości. – Basia się roześmiała, puszczając oczko. – Chłonęliśmy każdą sekundę, którą mieliśmy dla siebie. Janusz wtedy dużo podróżował. Teraz role się odmieniły, to ja podróżuję. Ale niedosyt pozostaje. Śpimy wciąż mocno wtuleni w siebie, jakby jutra miało nie być… À propos, znów kroi mi się wyjazd do Chin. Janusz trochę kręci nosem. Tym razem mam jechać na pół roku. Nie wiem, jak sobie z Tomkiem we dwóch poradzą…

– Aż pół roku? Jak ty sobie poradzisz bez nich?

– No właśnie… Ale to dobra propozycja. Polska firma odzieżowa otwiera tam fabrykę, mam być tłumaczem. Świetnie płacą, moglibyśmy dzięki temu kupić z Januszem działkę nad Świdrem. Byłoby gdzie jeździć latem, on tak lubi ryby łowić… Ech, właściwie to już postanowiłam.

– A kiedy masz jechać?

– W maju. Myślisz, że dobrze robię?

Alicja się zamyśliła. Znała Basię od niecałych ośmiu miesięcy, odkąd zaprzyjaźniły się podczas awarii windy. Zawieszone w dźwigu pomiędzy piętrami, razem z dziećmi i wśród rozchodzącego się apetycznego aromatu wiezionej przez Basię pizzy na wynos – zaczęły rozmawiać, potem jeść, a w końcu, gdy zostały wreszcie uwolnione, umówiły się na wieczorną kawę. I tak zaczęła się ich przyjaźń. Zbyt krótka jednak, by Alicja mogła rzetelnie ocenić, na ile półroczny wyjazd Basi jest trafionym pomysłem.

– Nie wiem – przyznała. – Ale skoro już postanowiłaś…

– Główny powód to pieniądze, bo przecież w Chinach już byłam, nie muszę ich ponownie zwiedzać. Ale żal mi Janusza, dorabia po nocach, pisząc wnioski o pozyskanie funduszy dla początkujących firm. Działki z tego nie kupi, a wiem, że o niej marzy… No nic, uciekam, przemyślę to jeszcze, buziaki.

Alicja po wyjściu Basi jeszcze chwilę siedziała nad tekstem dla Matyldy. W końcu zdecydowała się na proste dwa zdania:

„Wiosnę poznacie po liściach na drzewach. Zielenią się na nich zanim ptak zaśpiewa”.

Zadowolona zamknęła zeszyt. Uznała, że niezależnie od tego, czy ptaki na zimę milkną czy nie – zdanie, które będzie wypowiadać Matylda, daje przewagę nad innymi aktorami. To ona, drzewo, będzie pierwszym zwiastunem wiosny.

Cholernej Pani Wiosny – zaklęła w myślach.

Rozdział 2

Dozorczyni ubrana w ciemnozieloną kurtkę wyprowadzała ukochanego jamnika na spacer. Dzierżąc w jednej ręce łopatkę do zbierania psich odchodów, a w drugiej brązową, mocno już zużytą smycz, podążała w stronę niewielkiego skrawka zieleni odgrodzonego od chodnika niskimi, czerwonymi barierkami. Dochodziła godzina siódma, pierwsi lokatorzy wychodzili z kamienicy, podążając szybkim krokiem w kierunku przystanku lub zaparkowanych samochodów. Dozorczyni witała się z każdym krótkim „dzień dobry”, obiecując sobie, że to już ostatni raz, gdy wita się z sąsiadami pierwsza. Obietnicę taką składała sobie niemal każdego dnia, nazajutrz o niej zapominając. Właśnie miała ukłonić się Rudej, bo tak nazywała w myślach lokatorkę spod czwórki, gdy nieopodal klatki schodowej zatrzymał się pokaźnych rozmiarów samochód, a kierowca zaczął przeraźliwie trąbić. Ruda, zaspana jeszcze i nie do końca przytomna, przystanęła poruszona nagłym dźwiękiem. Dozorczyni zaś, z rysującym się na twarzy zacięciem, pociągnęła smycz i – mimo że jamniczek w najlepsze prężył się pod krzaczkiem – ruszyła w stronę hałaśliwego auta.

Wysiadła z niego kobieta, która nie zważając ani na osłupiałą Rudą, ani też na coraz bardziej czerwoną na twarzy dozorczynię, zagwizdała na palcach i krzyknęła w stronę jednego z okien:

– Pobudka! Drzewo przyjechało! Wstawać, śpiochy, wiosna przyszła!

Ponownie wsiadła do samochodu i zatrąbiła.

– Oszalała pani? – krzyczała w jej stronę zdyszana dozorczyni. – Pobudzi pani ludzi! Nie wszyscy wychodzą do pracy, są tacy, którzy jeszcze śpią! Co pani?

– Wiosna przyszła, ptaki powrócą do gniazd – wymamrotała Ruda filozoficznie, pokiwała głową i uśmiechnąwszy się lekko, odeszła w stronę parkingu.

– Jaka wiosna? To nie powód, żeby nam tu o siódmej rano hałasować! – krzyczała wzburzona dozorczyni. Nie zauważyła nawet, że jamnik, próbując dotrzymać jej kroku, zaplątał się w smycz i biegł, kuśtykając, na trzech nogach.

– Niech pani nie dramatyzuje. Przecież nie ma już ciszy nocnej. Zresztą mnie też nieraz budzi facet, który ostrzy noże. Krzyczy pięć razy głośniej niż ja. „Noże ostrzę, nożyczki, noże!!!”.

– To co innego. Pan z ostrzałką krzyczy, bo to jego praca. W ten sposób informuje mieszkańców, że przyszedł – wycedziła dozorczyni, usiłując uwolnić psa ze smyczy.

– Ja przecież robię to samo. Informacyjnie krzyczę, że drzewo przywiozłam. Halo, pobudka! – zaprezentowała. – Drzewo przywiozłam!!! Wiosna, wiosna!!!

– Dorota? – Nagle otworzyło się okno na drugim piętrze i wychyliła się z niego Alicja. – Nie drzyj się tak, chodź na górę. Dzień dobry, pani Konarska, przepraszam za siostrę, ale dzisiaj pierwszy dzień wiosny i przywiozła drzewo.

– Pani Alicjo – odkrzyknęła dozorczyni – mnie nie obchodzi, co wy tam sobie zwozicie. Ja muszę dbać o spokój lokatorów!

– Tak, tak, ma pani rację – przyznała Alicja. – Dorota, chodź na górę.

Dorota dotarła pod drzwi Alicji równocześnie z Basią, która usłyszawszy jej pokrzykiwania, założyła na siebie szlafrok i przybiegła, by podziwiać przebranie dla Matyldy.

– Obudziłam cię? – spytała rozbawiona Dorota.

– Ależ skąd. Nie spałam już, Tomka do szkoły wyprawiam o tej porze. Pomogłaś mi, bo nie chciał się zwlec z łóżka. Ale gdy usłyszał o wiośnie, to zaraz wyskoczył, żeby sprawdzić, co to za wariatka wydziera się pod oknami. Janusz akurat był w łazience i też przybiegł. Trzeba przyznać, że masz kawał głosu – roześmiała się Basia.

Kiedy weszły do mieszkania, obydwie w dobrych humorach, nie od razu zauważyły, że Alicja jest jeszcze nieubrana, a do tego smutna i blada.

– O Boże! Jak ty wyglądasz?! – krzyknęła po chwili Dorota, wpatrując się w siostrę. – Zaspałaś? Siódma już! Budź Matyldę i jedziemy. Drzewo jak ta lala! Piękne, mówię ci, chłopaki się postarali. Na kółeczkach, nie musi mała nic trzymać, jest otwór na twarz, a ponadto wydaje szumiące dźwięki. Taki akumulatorek i głośniczki zamontowali, mówię ci, cudo. Przepiękne!

– Nie zaspałam. Całą noc nie spałam. Nigdzie nie jedziemy – wydukała smutno Alicja.

– Dlaczego? Co się stało? – spytała zdziwiona Basia, siadając przy stole.

– A jak sądzicie, co się mogło stać? Matysia wczoraj w nocy dostała gorączki. Nici z występów. Cholera jasna, ta przemądrzała nauczycielka będzie teraz zacierać ręce z satysfakcją, że miała rację.

– O rany, tak mi przykro – powiedziała Basia. – A sprawdzałaś teraz temperaturę? Może dostała wczoraj gorączki ze stresu, że dzisiaj występuje…

– Gdzie tam ze stresu. Zwyczajnie się rozchorowała, jak zwykle. Przepraszam, Dorota, powinnam była do ciebie zadzwonić, żebyś nie przyjeżdżała z tym drzewem, ale tak się załamałam, że w ogóle nie miałam do tego głowy. Strasznie mi przykro, że nie wykorzystamy tego stroju, wiem, że i ty się zaangażowałaś, i twoi koledzy.

– A tam. – Dorota machnęła ręką. – Jeszcze będzie okazja… – powiedziała bez przekonania.

– Kawy wam zrobię – zaproponowała Alicja. – Matylda jeszcze śpi. Niedawno dałam jej paracetamol, trochę pokasływała w nocy, pewnie dopiero się zaczyna. Byle nie zapalenie oskrzeli, bo niedawno przechodziłyśmy…

– Tran nie pomógł? – spytała Dorota.

– Jak widać. Prawdę mówiąc, jestem zdeterminowana, żeby jechać z nią na tę cholerną wieś, jak radziła lekarka, tyle że mnie nie stać.

– Jak to? Przecież na wsi to raczej drogo nie jest… – zadumała się Dorota.

– Ale pobyt gdziekolwiek kosztuje. – Alicja przyniosła dzbanek ze świeżo zaparzoną kawą. – A nie wystarczy pojechać na tydzień. Lekarka zasugerowała trzy miesiące! Przesiedziałam całą noc w internecie, sprawdzając oferty hoteli, pensjonatów, gospodarstw agroturystycznych. Niestety, żebym nie wiem jak się starała, to na trzymiesięczny pobyt mnie nie stać.

– To może bez wyżywienia… – zaproponowała Dorota.

– Zgłupiałaś? – wtrąciła się Basia.

– A Bartek nie może zapłacić? Przecież to także jego córka. Uważam, że powinien zasponsorować chociaż część kosztów wyjazdu! – powiedziała Dorota.

– Bartek, Bartek – westchnęła Alicja. – Rozmawiałam z nim w nocy. Byłam naprawdę zdesperowana. Ale zbagatelizował sprawę. Powiedział, że to fanaberie, że dziecko w końcu się wychoruje i żadna wieś tutaj nie będzie miała wpływu. Taki wiek według niego.

– No tak, nie siedzi z nią, to nie widzi problemu, kutas jeden – wycedziła Dorota.

– Nie przeklinaj. Poza tym, on teraz szykuje się do ślubu z tą swoją Andzią – kontynuowała Alicja. – Więc tym bardziej pieniądze zbiera, przecież nigdy nie był bogaty, nie ma oszczędności.

– No pewnie, jeszcze się nad nim lituj! – oburzyła się Dorota. – Powinnaś więcej wymagać. Nie możesz brać wszystkiego na swoje barki. To jego córka…

– Alimenty płaci – wtrąciła Alicja.

– Alimenty-srenty. Pięć stów ledwie rzuca, co to jest na dziecko?

– Racja. Przecież to ty jesteś z nią na co dzień – zauważyła Basia. – To ty opiekujesz się nią, biegasz po lekarzach, jesteś uwiązana w domu, nie możesz iść do pracy… On nie ma tych problemów. Tylko płaci… Zresztą niewiele. Dorota ma rację, powinnaś go przydusić o kasę. Albo niech to on jedzie na trzy miesiące na wieś.

– O, dobry pomysł! – przyklasnęła Dorota. – Niech on jedzie. Po pierwsze zrobi coś dla dziecka, po drugie ty trochę dzięki temu odsapniesz, a po trzecie niech on wreszcie zobaczy, jak to jest!

– Nie pojedzie. – Alicja wzruszyła ramionami.

– Dlaczego? Zaproponuj mu to. Wytłumacz, że to nie fanaberie. Skoro Matyldzie nic innego nie pomaga, to warto spróbować. Przecież nie namawiasz go na wyjazd do Honolulu, ale na polską wieś. Niech spróbuje wziąć kilka miesięcy wolnego, przecież ty musiałaś odłożyć swoje zawodowe ambicje na kilka lat… – drążyła Dorota.

– Nie pojedzie – powtórzyła Alicja. – Mało tego, w tym roku również nie spędzi z Matyldą wakacji, właśnie mnie o tym poinformował. Zaproponował, że w zamian zabierze ją na ferie, bo teraz nie będzie miał czasu… Przygotowania do ślubu, szukanie sali, sukni, garnituru, załatwianie podróży poślubnej. No wiecie, Aneczka jest wymagająca, ona nie zadowoli się byle czym, trzeba zadbać o każdy szczegół…

– I zrezygnował z wakacji z córką? – Basia kręciła głową z niedowierzaniem. – Co za świnia.

– Ma wpaść w któryś weekend – uściśliła Alicja. – Obiecał, że zabierze ją do zoo, do kina. Co miałam zrobić, zgodziłam się. Przecież nie będę mu dziecka na siłę wciskała. Szczególnie teraz, gdy mieszka z tą lafiryndą…

Dorota i Basia spojrzały na siebie kwaśno. Obydwie uważały, że Alicja jest zbyt miękka w stosunku do Bartka. Widząc jednak zmęczenie i smutek rysujące się na jej twarzy, odpuściły pogadankę na temat facetów i ich ojcowskich obowiązków. Siedząc w ciszy, każda zatopiła się w swoich myślach.

– Pożyczyłabym ci kasę na ten wyjazd – odezwała się po chwili Basia. – Ale nie mam.

– Dziękuję, kochana jesteś. – Alicja się uśmiechnęła. – Ale nie chcę pożyczać. Zlecenia mam ostatnio na tyle nieregularnie, że nawet nie potrafiłabym przewidzieć, kiedy udałoby mi się oddać. Ledwie mi starcza na rachunki. Nie mówiąc o innych wydatkach, dobrze, że rodzice trochę mi pomagają.

– Ja też teraz nie mam – wtrąciła Dorota smutno. – Wszystkie oszczędności poszły na cycki…

– Jakie cycki? – Alicja spojrzała na siostrę zdziwiona wyznaniem.

– Nawet nie zauważyłaś…

– Zrobiłaś sobie cycki? – Basia wpatrywała się w klatkę piersiową Doroty. – Mogę dotknąć?

– Kiedy zrobiłaś? Po co? – dopytywała Alicja.

– Dwa miesiące temu… Nie chwaliłam się, bo ciekawa byłam, czy zauważysz. No, ale nie noszę teraz jeszcze dekoltów, to w sumie można nie dostrzec. – Zamyśliła się. – Właściwie nie zarejestrowałam większego zainteresowania ze strony mężczyzn, może powinnam jeszcze je powiększyć…

– Zgłupiałaś? Przecież miałaś ładne piersi. Nie mów, że to ten twój Artur cię do tego namówił.

– A skąd, nawet się nie przyznałam. Prawdę mówiąc, on też nic nie zauważył, a przecież tydzień temu dotykał.

– A ja mogę dotknąć? – dopytywała Basia.

– A dotykaj, byle nie ściskaj za mocno, bo ciągle mam fobię, że ten silikon strzeli. Słuchaj, Alicja – zmieniła nagle temat. – A może rodzice by się dorzucili? W końcu to ich jedyna wnuczka, mama nie żałuje na prezenty dla niej.

– Aha, pewnie. – Alicja zmarszczyła nos. – Szczególnie teraz, gdy robili remont i ojciec zrzędził w słuchawkę, że kredyt musiał wziąć, bo mama uparła się na podłogę z egzotycznego drewna. Poza tym pomagają mi na co dzień, a to Matysi buty kupią, a to kurtkę…

– Rzeczywiście…

– Dziewczyny. – Klasnęła w dłonie Basia, oderwawszy się od piersi Doroty. – A po cholerę pensjonat? Przecież można się najzwyczajniej w świecie wprosić do kogoś na wakacje. Ja wiem, że trzy miesiące to nie tydzień, ale babcia czy ciocia mieszkająca na wsi na pewno zrozumie sytuację… Rodzina powinna się wspierać. Możesz zaproponować, że innym razem ktoś może przyjechać do ciebie, zrobisz mu wycieczkę po Warszawie…

– Świetny pomysł – przyznała Alicja. – Tyle że ja nie mam do kogo się wprosić. Nie mam rodziny na wsi.

– Na pewno masz. Przecież każdy ma.

– My nie – odrzekły zgodnie Dorota i Alicja.

– Z żadnej strony? Ani od mamy, ani od taty?

– Mama z Mokotowa, tata z Żoliborza. – Alicja wzruszyła ramionami. – Poznali się w kinie, mama wtedy pracowała jako kasjerka w Feminie. Wzięli ślub i zamieszkali najpierw u babci na Mokotowie, potem dostali mieszkanie na Woli. Brat naszej mamy mieszka z żoną na Pradze Południe, drugi wyprowadził się z Warszawy, ale niestety nie na wieś, tylko do Bydgoszczy. Siostra taty mieszkała na Powiślu, ale gdy dziadkowie zmarli, przeniosła się na Żoliborz. Aha, jest jeszcze brat dziadka od strony taty i jego dzieci, ale oni też na Żoliborzu. A nie, jedna mieszka na Ursynowie…

– Nawet na wakacje nie jeździłyśmy na wieś – wtrąciła Dorota. – Tata zawsze załatwiał wczasy albo nad morzem, albo na Mazurach, w typowych ośrodkach wypoczynkowych z domkami, boiskami, świetlicami. Żadna tam wieś… Jak na tamte czasy, to były prawdziwe kurorty.

Basia patrzyła zdumiona. Trudno jej było zrozumieć, jakim sposobem te ponad trzydziestoletnie kobiety mogły się uchować bez jakiegokolwiek członka rodziny, który nie mieszkałby na wsi. Ona sama, mimo iż urodzona w Warszawie, jedną babcię miała na wsi pod Wrocławiem, a drugą nieopodal Białegostoku. Niestety, żadna z nich już nie żyła, a domy zostały sprzedane, więc nawet gdyby chciała, to nie mogłaby zaproponować Alicji pobytu na którejś z tych wsi.

– Alicja! – krzyknęła nagle Dorota. – Jednak mamy kogoś! Pamiętasz tę staruszkę, która przyjechała na pogrzeb babci? Ona ze wsi jest przecież, to jakaś jej siostra cioteczna, pamiętasz?

Alicja zmrużyła oczy, starając przypomnieć sobie wydarzenie sprzed roku. Na pogrzeb babci, oprócz nielicznej rodziny, przybyło też mnóstwo babcinych przyjaciółek, sąsiedzi i koleżanki z Klubu Seniora.

– Taka siwa, w czarnym toczku…

– Co druga tam była siwa – zauważyła Alicja.

– No, ale taka charakterystyczna, bo nikogo tu nie znała, na stypie trzymała się z boku. Pamiętasz? Józefina jakaśtam.

– Czekaj, rzeczywiście, była taka. Zachwycała się Matyldą.

– No widzisz, to już masz z górki, bo lubi Matysię. A pamiętasz, jak się z nami żegnała? Powiedziała, że zaprasza do siebie na wieś, że koniecznie musimy przyjechać…

– Powiedziała tak z grzeczności. Nie mogę do niej zadzwonić. To było prawie rok temu, nie utrzymujemy ze sobą kontaktu. Była na liście osób do powiadomienia o pogrzebie, ale tylko tyle. Nie mogę ot tak wprosić się do niej na trzy miesiące.

– Nie bądź głupia, dzwoń – naciskała Dorota. – Przecież mówiła, że mieszka sama, syn w Australii siedzi. Może staruszka akurat potrzebuje towarzystwa? Nic więcej o niej nie wiemy. Nie możesz zakładać z góry, że ci odmówi. Być może właśnie się ucieszy.

– A nawet jeśli odmówi, to trudno, nie masz nic do stracenia – zauważyła Basia.

– Dzwoń, mówię ci – ponaglała Dorota.

– Nie mam do niej numeru. Może mama ma…

– Ależ oczywiście, że masz. Obdzwaniałaś wszystkich, na pewno masz tę listę, przecież ty nic nie wyrzucasz. Założę się, że jest w szufladzie z pamiątkami po babci.

Alicja podrapała się po brodzie niezdecydowana. Pamiętała ciotkę Józefinę jak przez mgłę. Podczas stypy rozmawiała z nią tylko przez chwilę, byłoby niezręcznie zadzwonić do niej nagle i wpraszać się na trzy miesiące.

– No, szukaj tej kartki – niecierpliwiła się Dorota.

– Ale co mam jej powiedzieć? Dzień dobry, nie wiem, czy mnie pani pamięta, widziałyśmy się na stypie Wandy Moreń, mojej babci…

– Nie „pani”, tylko „ciocia” – przypomniała Dorota. – Siostra cioteczna babci to dla nas ciocia.

– Albo stryjenka – zamyśliła się Basia.

– Nieważne – kontynuowała Alicja. – Co jej powiem? Że mnie zapraszała i właśnie sobie o tym przypomniałam? I że mam ochotę przyjechać z córką na, bagatela, trzy miesiące? Przecież ona zejdzie na zawał po takim telefonie.

– Nie marudź, szukaj tej kartki i dzwoń.

Alicja, przyciśnięta do muru, otworzyła jedną z głębokich szuflad w komodzie. Trzymała tam wszelkie pamiątki, nie tylko po babci, ale też swoje i rodziców. Były tam pamiętniki, zdjęcia, stary obrus z motywem świątecznym. Szuflada kryła również kilka płyt gramofonowych, spięte recepturką papierki z historyjkami obrazkowymi po gumach „Donald”, a także dwa lekko wyszczerbione kryształowe kieliszki, które niegdyś stały na honorowym miejscu w mieszkaniu rodziców. Kieliszki, którymi wznosili toast w dniu ślubu, a które chcieli wyrzucić podczas ostatniego remontu.

W szufladzie było również pudełko po butach, gdzie swoje miejsce znalazły drobne szpargały, pamiątkowe bilety, kilka starych znaczków pocztowych oraz dziesiątki luźnych kartek.

– Jest. – Alicja wyjęła z pudełka zapisaną ręcznie kartkę z nazwiskami i numerami telefonów.

– No to dzwoń. – Dorota podała swój telefon. – Nie ma na co czekać.

– Ale chyba za wcześnie, dopiero wpół do dziewiątej, nie wypada tak wcześnie dzwonić.

– O Boże! Ale się zasiedziałam! – krzyknęła Basia. – Moi chłopcy dawno już wyszli z domu, a ja nie zrobiłam Tomkowi kanapek… Może Janusz zrobił? – pocieszyła się. – O rany, co za wyrodna matka ze mnie…

– Starzy ludzie wcześnie wstają, dzwoń – powiedziała z przekonaniem Dorota, nie zważając na lamenty Basi.

– Mamo, pić – usłyszały nagle słaby głos Matyldy z drugiego pokoju.

– Ja się nią zajmę – zaproponowała Basia, sięgając po stojącą na stole szklankę z sokiem. – Zdziwi się, kiedy zobaczy mnie w szlafroku, ale trudno. Wyjaśnię, że czasem sąsiadki tak właśnie się odwiedzają.

Alicja wzięła telefon, kartkę i wyszła do kuchni. Peszył ją wzrok siostry, wolała odbyć tę rozmowę na osobności. Kiedy po piętnastu minutach wróciła, jej wzrok niewiele mówił. Dorota z Basią wpatrywały się w nią wyczekująco.

– I co? Odebrała telefon? Żyje? Rozmawiałaś z nią? – Siostra Alicji jak zwykle była bezpośrednia.

– Rozmawiałam. Sama nie wiem… Ucieszyła się, że dzwonię, od razu mnie skojarzyła, kiedy się przedstawiłam.

– No i? – ponaglała Dorota.

– No i naświetliłam jej sprawę. Spytałam, czy mogłabym przyjechać z Matyldą. Powiedziałam o jej problemach zdrowotnych, o tym, co zaleciła lekarka i o tym, że nie bardzo mam dokąd jechać. Że nie stać mnie na pensjonat, ale oczywiście zapłacę za pobyt, żeby też nie wystraszyła się, iż zwalimy się jej na głowę bez grosza przy duszy. Powiedziałam, że chodzi o trzy miesiące od czerwca.

– Zgodziła się? – dopytywała Dorota.

– Zgodziła – powiedziała Alicja sucho.

– Super! – Basia klasnęła w dłonie. – Czyli po problemie! Wspaniale!

– Ale nie słyszałam w jej głosie entuzjazmu… – zamyśliła się Alicja.

– Może zaspana była. Zresztą co tu dużo gadać, zaskoczyłaś ją. Ważne, że się zgodziła.

– Janusz też się zgodził, tak à propos – wtrąciła Basia.

– Na co? – Dorota nie była w temacie.

– Na mój wyjazd do Chin.

Rozdział 3

Miarowy stukot pociągu sprawiał, że Alicja robiła się coraz bardziej senna. Po nieprzespanej nocy organizm domagał się odpoczynku. Były w przedziale same. Matylda, naburmuszona i milcząca, wpatrywała się beznamiętnie w mijane krajobrazy. Nie była zadowolona z wyjazdu. Nie rozumiała, dlaczego nie wyjadą jak zwykle nad morze, do pensjonatu z placem zabaw i mnóstwem atrakcji w okolicy. Nie wiedziała, dlaczego w tym roku nie będzie tak bardzo wyczekiwanych wakacji z tatą. Marzyła, że zabierze ją do parku linowego, tak obiecywał. Mieli razem pokonywać przeszkody i wspinać się po zawieszonych na drzewach mostkach.

Alicja tłumaczyła, że ojciec pracuje, że zabierze Matyldę na ferie. Nie przeszło jej przez gardło, iż powód jest zupełnie inny – przygotowania do ślubu. Do tej pory unikała tematu związanego z Bartoszem i jego nową partnerką. Rozmowy z Matyldą o ojcu ograniczała do suchych informacji – kiedy przyjedzie, żeby spędzić z nią weekend, kiedy ją zabierze na lody. O Annie nie wspominała ani słowem. Na pytania Matyldy o nową partnerkę ojca, której jeszcze nie poznała, Alicja wzruszała tylko ramionami, mówiąc, że kiedyś na pewno będzie okazja. Po cichu miała jednak nadzieję, że ta okazja nigdy nie nastąpi; że zauroczenie Bartka minie i znów będzie sam, a wtedy być może zatęskni za nią i za Matyldą. I wróci.

Wiadomość o planowanym ślubie spadła jak grom z nieba. Którejś soboty Bartek przyjechał radosny i podekscytowany, zdradzając, że dzień wcześniej oświadczył się Ani, a ta go przyjęła.

Alicja przepłakała tego dnia wiele godzin, ciesząc się, że Matylda, spędzając czas z ojcem na mieście, nie musi oglądać jej w takim stanie.

Cholera – pomyślała teraz, patrząc na córkę. – Dziewczyny mają rację, jestem za mało wymagająca wobec Bartka. On właśnie beztrosko szuka garnituru i nawet nie pomyśli o tym, że Matysi jest przykro z powodu obiecanych, a niezrealizowanych planów wakacyjnych. Dlaczego mu o tym nie powiedziałam? Dlaczego godzę się zawsze na wszystko? On sobie układa życie, jest szczęśliwy, a ja?

Pytanie zawisło w powietrzu niczym ciężka zasłona, za którą nie ma błękitnego nieba, ale szary, gęsty od smogu świat.

Mimo że planowała wyjechać pierwszego czerwca, to ze względu na Matyldę, przełożyła podróż o kilka dni. Dzień dziecka postanowiła spędzić z córką w mieście, aby choć trochę poprawić Matyldzie humor. Był plac zabaw, pizzeria, lody i kino. Matylda, za dnia uśmiechnięta i szczęśliwa, wieczorem znów zapadła w niezadowolenie. „Nie chcę nigdzie jechać” – mówiła. – „Tam nic nie będzie, tylko nudy”. Alicja pocieszała ją, mówiąc, że na wsi dużo się dzieje, nie potrafiła jednak podać konkretnych przykładów. Opowiadała o tym, że na pewno będą tam jakieś zwierzęta, że będą miały okazję obcować z przyrodą, ale Matyldy to nie przekonywało. „Nudy” – powtarzała uparcie. – „Nudy na pudy”.

– Chcesz kanapkę? – spytała Alicja, wyjmując z torebki zapakowany w srebrną folię prowiant.

– Nie jestem głodna – wymamrotała Matylda, nie odwracając się od okna.

– A może chcesz soku?

– Nie.

Alicja odłożyła kanapki. Ona też nie miała apetytu. Najchętniej położyłaby się na siedzeniach i usnęła. Dorota jednak ostrzegała ją przed bezmyślnym spaniem w pociągu, straszyła złodziejami. Starając się ze wszystkich sił nie zasnąć, sprawdzała w myślach, czy o niczym nie zapomniała. Nigdy wcześniej nie wyjeżdżała na dłużej niż dwa tygodnie, nie potrafiła więc ocenić, co powinna ze sobą zabrać na tak długi czas, tym bardziej że musiała się ograniczyć do dwóch walizek – nie dałaby rady wziąć więcej, bo Matylda jest jeszcze zbyt mała, by ciągnąć za sobą ciężką torbę na kółkach. Oprócz typowych letnich ubrań spakowane więc zostały tylko dwa swetry – po jednym dla każdej, cieplejsze bluzy na wieczór, kurtka przeciwdeszczowa dla Matyldy i kalosze. „Na wsi na pewno będzie błoto, weź kalosze” – wyrokowała matka Alicji, gdy dowiedziała się o planowanej eskapadzie po zdrowie. – „I nie zapomnij o jakiejś kiecce. Na wsiach w remizach robią dyskoteki, możesz zostawić Matyśkę pod opieką Józefiny i wybrać się na potańcówkę, może kogoś poznasz – najwyższy czas, bo przecież ten twój Bartek to raczej nie wróci” – prorokowała. – „Byle nie gołodupca. Zorientuj się tam, kto ma ziemię i za takiego się bierz”.

Alicja spakowała więc i kalosze, i jedną sukienkę, chociaż wcale nie miała zamiaru się w nią ubierać. Ostatnia rzecz, na jaką miałaby ochotę, to wiejska dyskoteka. Nie wypadało jednak odmówić – w końcu mama przyjechała i czynnie pomagała w pakowaniu, nalegając na spakowanie sukienki.

Zaczął padać deszcz. Krople leniwie spływały po szybie. Matylda palcem podążała po ich śladzie. Pod nosem zaczęła nucić jakąś piosenkę, dzięki czemu Alicja odetchnęła, zadowolona, że może w końcu jej córkę opuścił zły humor i przygnębienie.

Spod przymkniętych powiek patrzyła na dziewczynkę. Zebrane w kucyk włosy miały barwę słomy, gdzieniegdzie dało się zauważyć jaśniejszy o ton kosmyk. Zaczesana na bok grzywka przypięta była fioletową spinką. Mały, zadarty nosek dodawał drobnej twarzy uroku. Alicja cieszyła się, że córka nie odziedziczyła nosa po swoim ojcu. Bartek, mimo iż twarz miał dość delikatną i symetryczną, to wydatny orli nos nadawał jej ciężkości i powagi. Idealnie pasował do przyszłego profesora historii sztuki. Tym bardziej że Bartek od pewnego czasu ozdabiał nos nisko opadającymi okularami. W ten sposób chciał sobie dodać lat i wyglądać dostojniej.

Bartek… Alicja przymknęła oczy i odpłynęła we wspomnienia.

Poznali się na imprezie u wspólnej koleżanki. Alicja była wtedy na ostatnim roku malarstwa. Bartek zaczynał doktorat z historii sztuki. Dość szybko przypadli sobie do gustu. Już tamtego wieczora przegadali pół nocy o sztuce, o ulubionych artystach, o swoich planach na przyszłość, o życiu. Alicji imponował ten postawny chłopak o rozległej wiedzy. Ona zaś ujęła go swoją dziecinną niemal naiwnością, gdy roztaczała wizje otwarcia własnej galerii, planowanych wystaw, promowaniu młodych polskich malarzy. Sama porzuciła złudzenia o zostaniu światowej sławy artystką. Studia zweryfikowały jej umiejętności. Była dobrym rzemieślnikiem, jednak tworzonym przez nią dziełom brakowało tego czegoś, co sprawia, że ludzie zatrzymują się i stoją zafascynowani – swoistej „energii obrazu” przechodzącej na oglądającego – niezależnie od tego, czy obraz przedstawia wyrazisty temat, czy tylko plamę między innymi plamami.