Lwy z Westerplatte - Stanisława Górnikiewicz - ebook

Lwy z Westerplatte ebook

Stanisława Górnikiewicz

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Biblioteka Publiczna Gminy Pruszcz Gdański

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 516

Rok wydania: 1983

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Lwy z Westerplatte

 

Wydawnictwo Morskie

Gdańsk 1983

 

STANISŁAWA GÓRNIKIEWICZ

Lwy z Westerplatte

 

Copyright by Wydawnictwo Morskie 1983

 

Okładkę i stronę tytułową projektował

Jan Misiek

Redaktor

Maria Dmochowska

Redaktor techniczny

Wiesława Górska

Korekta

Aniela Wilkanowicz

Renata Wołoszyk

Marcin Michno

 

ISBN 83-215-7208-1

Wstęp

Nie wiem, czy tego dnia miałam prawo przypisywać sobie poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Nie mnie oceniać, czy był on spełniony dobrze. Ale na pewno tego dnia jak i w wielu poprzednich miałam prawo mówić o satysfakcji i zarazem o wielkim zmęczeniu związanym z przygotowaniem i przebiegiem wielkiej, patriotycznej imprezy, jaka odbyła się w Gdańsku w dniach od 30 sierpnia do 2 września 1979 roku. Wiele czasu i wysiłku wymagało doprowadzenie do tego, aby mogło się ze sobą spotkać jak najwięcej uczestników pamiętnych wrześniowych walk. Była to bowiem czterdziesta rocznica heroicznego boju o Westerplatte — tę niewielką, ale jakże ważną, jak się później okazało, placówkę przedwrześniowej Polski.

Jakiś etap mojej działalności — można rzec nawet realizowania pasji — zakończony. A jej plon? Czas na podsumowanie i refleksje przyszedł niedługo. 20 października 1979 roku popłynęłam jako pasażerka na statku handlowym m.s. „Skoczów” w rejs do portów śródziemnomorskich. Długi, spokojny wypoczynek sprzyjał uporządkowaniu mnóstwa notatek, dokumentów, zapisków oraz innych materiałów dotyczących właśnie ich, westerplatczyków, i przemyśleniu od dawna rodzącej się koncepcji książki — zbioru wspomnień, przeżyć tych, którzy pomału odchodzą w wieczność sterani trudami życia. By nie tylko wzmianki w podręcznikach historii i nie tylko pocztówki znad Bałtyku przypominały o tamtych ludziach „z siedmiu dni i nocy w ogniu”, o ich walce na Westerplatte, ale też prawda zawarta w książce o nich i o ich późniejszych losach.

Tyle już razy, od lat, obserwowałam ze wzruszeniem reakcję zasłuchanej i przejętej dziatwy oraz dorosłych zwiedzających Westerplatte, kiedy tylko niespodziewanie okazało się, że kręcący się w pobliżu starszy pan — to właśnie uczestnik siedmiodniowej epopei. Z obserwacji tych wiem, że żaden folder, żadna publikacja, najbardziej drobiazgowa relacja przewodnika nie zastąpi gawędy ludzi żywych, mających prawo mówić o sobie, o swoim udziale w obronie tego skrawka Polski. Nagrać te relacje, zapisać te wspomnienia, bo ulecą, bo zginą, bo odejdą wraz z nimi. Niemłodzi już przecież — myślałam, postanawiając wciąż, że zaraz, że za dzień, dwa zacznę to robić. Ale czas upływał...

Zanim przemówią sami bohaterowie, pragnę zapoznać Czytelnika z wydarzeniami, które w ciągu lat doprowadziły do zebrania nie tylko w miarę kompletnych danych o ludziach z Westerplatte, ale też do poznania niezwykle ciekawych ich losów.

Z dotychczas zgromadzonej dokumentacji było wiadomo, że w dniu 1 września 1939 roku zaciekły opór nacierającemu na Westerplatte wrogowi stawiła załoga licząca 218 żołnierzy. O ich walce, o postawie oznaczającej najwyższe bohaterstwo napisano już bardzo wiele. Miejsce uświęcone ich krwią urosło do rangi narodowego symbolu, jest otaczane czcią i szacunkiem kolejnych pokoleń. Z opracowań reportażowych, faktograficznych, naukowych, publicystycznych, wspomnieniowych i literackich wiemy, czym po wsze czasy załoga Westerplatte wsławiła się i zasłużyła na wpisanie złotymi zgłoskami do najszczytniejszych kart historii narodu polskiego.

Jeśli więc po tak licznych i bardzo często precyzyjnych ustaleniach podejmuję trud utrwalenia w pamięci ludzkiej raz jeszcze ich nazwisk, postaci i czynów, to robię to z innego powodu. Nie chodzi o kolejne uściślanie szczegółów tamtych siedmiu dni i nocy, lecz bardziej o pokazanie, kim byli i są do dziś ci, którzy po czterdziestu latach zameldowali swą obecność nad polskim Bałtykiem.

Starsi już dzisiaj panowie, aktywni, żywotni — na ile oczywiście pozwala im zdrowie i możliwości, bo przecież nie oszczędziły ich choroby, konsekwencje wojennych i późniejszych kontuzji i ran — w zdecydowanej większości cieszą się emeryturami i chowają wnuki. Ale przecież tam, gdzie żyją, gdzie osiedli po burzliwych wojennych przeżyciach, zostawiają kolejny kawałek swego życia. Życia poświęconego najpierw odbudowie zniszczonego kraju, potem budowie jego potencjału gospodarczego. Wtopili się w odrodzoną Polskę, byli i są wśród nas — rozproszeni po wsiach, miastach, i miasteczkach.

Znając ich losy, właśnie te wojenne i powojenne — z bezpośrednich z nimi kontaktów, z dokumentów — wiem, że trzeba zadać pytanie: czy wystarczy o westerplatczykach wiedzieć tylko to, co przeżyli do chwili kapitulacji swej placówki? Czy dla historycznej prawdy to nie za mało? Czy tylko tyle da się wpisać o Westerplatte do „księgi narodu polskiego”?

Ale zacznijmy od początku.

Mieszkając w latach międzywojennych na kresach wschodnich ówczesnej Polski jako trzynastoletnia dziewczyna mało wiedziałam o Gdańsku, jeszcze mniej o Westerplatte. Lecz kiedy wybuchła wojna, w pierwszych jej godzinach i dniach radio wciąż powtarzało komunikaty o bohaterstwie broniących się „lwów z Westerplatte”: „Westerplatte jeszcze się broni, jeszcze Polska nie zginęła...” Przeżyłam to bardzo po swojemu i nigdy nie zapomniałam tego, co wtedy odczuwałam.

Wojenne losy sprawiły, że w pewnym momencie założyłam na siebie mundur żołnierza Wojska Polskiego. Jedna z jednostek tej właśnie armii przyjęła imię nawiązujące do bohaterskiej obrony Wojskowej Składnicy Tranzytowej. Była to Brygada Pancerna im. Bohaterów Westerplatte. Z tym imieniem szła wiosną 1945 roku wyzwalać Gdańsk, a razem z nim i Westerplatte.

Dzięki kolejnemu splotowi wydarzeń po wojnie znalazłam się w Gdańsku. Po raz pierwszy zobaczyłam nadbałtyckie miasto portowe i morze. I to okaleczone Westerplatte. Osiedliłam się w Gdańsku, założyłam rodzinę. W późniejszym okresie włączyłam się w pracę społeczną na terenie przyportowej dzielnicy Gdańska — Nowym Porcie. Po sąsiedzku z Westerplatte. Poznałam pierwszych westerplatczyków mieszkających na Wybrzeżu. Liczna grupa różnymi drogami i sposobami trafiła na Wybrzeże, do Gdyni, Gdańska i okolic. Jednych wiodło tu poprzednie miejsce zamieszkania, innych... No właśnie! Co wiodło tu po wyzwoleniu tych, którzy przed wojną znaleźli się na Westerplatte nie z wyboru przecież, lecz za sprawą rozkazu wojskowego? Mogli osiąść w rodzinnych stronach w centralnej Polsce, na Ziemiach Odzyskanych. A jednak...

„Ściągnął mnie do Gdańska kolega, który tu już wcześniej przyjechał i dostał robotę. Nie przeczę, że ciągnęło mnie również Westerplatte, chciałem je znowu zobaczyć... chciałem spotkać kolegów” — tak o sobie po latach powie jeden z westerplatczyków, Julian Dworakowski. I na pewno wyraża rację nie tylko swoją.

Bo czyż inna powodowała Stanisławem Zwierzchowskim, któremu na Westerplatte spodobało się naprawdę: „Tam wojowałem to i tam po wojnie wstąpiłem do Portowej Milicji. Tak pomyślałem i tak też uczyniłem. Z Kieleckiego zaraz po wojnie przybyłem na Wybrzeże i zaraz rozpocząłem poszukiwania ocalałych kolegów”.

W rocznicę września każdego roku na Wybrzeże przybywali również i ci zamieszkali w głębi kraju, licząc na spotkania z kolegami, na wspomnienia. A wspomnień tych było coraz więcej. Pomału odnajdywali się, kontaktowali, działali. Więzi zadzierzgnięte w czasie dramatycznej obrony i późniejszej niewoli wytworzyły swoistą odrębność i siłę stale powiększającej się grupy. Coraz więcej było wspomnień osobistych, prób odtwarzania dni walk, losów po kapitulacji. Informacje i dokumenty przekazywane do Nowego Portu pozwalały poszerzać wiedzę o ludziach z Westerplatte oraz nawiązać z nimi bezpośredni kontakt. Pomału też wyłaniał się nowy obraz żołnierzy, którzy w swej większości nie czynili z faktu udziału w walce na Westerplatte tytułu do zasług. Traktowali udział w walkach jako zwykłą powinność żołnierską. Mówiąc o sobie, o swych przeżyciach kończyli stwierdzeniem, iż w swym życiu nie dokonali nic nadzwyczajnego. Ot, po prostu spełniali obowiązki obywatela Polaka. Kiedy trzeba było — walczyli w obronie ojczyzny, a kiedy dla niej pracować — pracowali z zapałem. Bowiem tylko w ten sposób mogli zasłużyć na szacunek i uznanie społeczeństwa.

Duchowym dowódcą garnących się ku sobie westerplatczyków w pierwszych miesiącach wyzwolenia był kapitan Dąbrowski, który, podobnie jak podporucznik Zdzisław Kręgielski, swe przywiązanie do Wybrzeża zadokumentował tuż po wojnie podjęciem zawodowej służby w Marynarce Wojennej. Właśnie on, już jako komandor podporucznik, zainicjował w 1946 roku w dniu 1 września skromną ceremonię na mogile podwładnych. Nie zapomniał o tych piętnastu, którzy polegli w walkach na Westerplatte. Nad ich mogiłą w miejscu zgruzowanej doszczętnie wartowni nr 5 stanął wyniosły, betonowy krzyż. Krzyż wykonany przez młodych marynarzy pełniących służbę wojskową został przewieziony z placu koszarowego w Nowym Porcie motorówką wojskową na drugi brzeg kanału portowego. Skromna, lecz jakże wymowna była ta uroczystość. Na szczątkach wartowni i prochach poległych stanął krzyż — chrześcijański symbol cierpienia zmarłych i czci oddawanej im „przez żywych. Nie zdążyli uczynić tego zanim odeszli do niewoli.

Również za sprawą Franciszka Dąbrowskiego zorganizowali się w Związek Obrońców Westerplatte. Wówczas młodzi, w zdecydowanej większości zdrowi, pełni wiary w pomyślną przyszłość nowej Polski, w budowie której zaangażowali wszystkie swe siły. Zakładali rodziny, wychowywali dzieci, urządzali mieszkania, wtapiali się w środowiska zawodowe.

Nie dostrzegali jeszcze — prócz nielicznych — chmur, gromadzących się nad społeczno-politycznym życiem kraju, narastania ciężkiej atmosfery, w której programowo brakowało miejsca na eksponowanie walki i ofiary żołnierzy armii wrześniowej, poświęcenia jej dowódców i szeregowych. „To dlatego, żeście walczyli w obronie kapitalizmu” — usłyszał wtedy właśnie porucznik Leon Pająk od młodego lekarza, żywionego ideologiczną papką „okresu błędów i wypaczeń”, kiedy ten oglądał jego straszliwe blizny po ranach odniesionych już wczesnym rankiem w dniu 1 września 1939 roku. Ci, którzy to zrozumieli, a było ich coraz więcej usuwali się w cień. Byli odsuwani. Nawet w taki sposób, jak major Wojska Polskiego, lekarz z Westerplatte, Mieczysław Słaby. W tym czasie Związek Obrońców Westerplatte roztapia się w Związku Bojowników o Wolność i Demokracją

Przełom październikowy przynosi odwilż, także i wobec nich. Potrzeba prostowania historii powoduje znaczne zainteresowanie również epizodem Westerplatte. Do wspomnień załogi sięgają dziennikarze, historycy. Zmienia się atmosfera, odblokowują się mechanizmy rządzące przyznawaniem odznaczeń. Różnicują się składy pocztów sztandarowych, jest w nich miejsce i dla westerplatczyków. Czują się doceniani, potrzebni. Docierają do młodzieży szkolnej, do jednostek wojskowych. Dwukrotnie spotykają się w 1957 roku, za każdym razem z radością stwierdzając, że odnajduje się ich coraz więcej. Uwierzyli, iż ich heroiczna ofiara nie była nadaremna, że pozostaną w pamięci potomnych jako przykład należycie, z nawiązką spełnionego i nadal pełnionego obowiązku wobec ojczyzny. I że ojczyzna ta o nich nie zapomni. Wchodzą już przecież w wiek średni, odeszła już najwspanialsza młodość, z czasem zaczynają się odzywać ślady wojny, lagrów, niewolniczej pracy pod batem wachmanów. Już niektórych łamie to i owo, nie nazywają tego po imieniu, by się wzajemnie nie peszyć, już tego i owego nie ma pomiędzy żywymi.

Ten rok 1957 był rokiem znaczącym w życiu wielu westerplatczyków. W tym właśnie roku, z inicjatywy porucznika Leona Pająka, zwołuje się w dniu 14 marca spotkanie. Nie w Gdańsku, nie na Westerplatte, lecz w Kielcach. Dlaczego? Ano tam właśnie wyznaczyli sobie spotkanie ci, którzy w 1939 roku wyruszyli na Westerplatte właśnie z Kielc, z miejsca stacjonowania 2. Dywizji Piechoty Legionów. Z niej to bowiem rekrutował się ostatni wymienny Pluton Wartowniczy na Westerplatte. Data spotkania po osiemnastu (wówczas) latach nie była też przypadkowa. W 1939 roku odjechali na Westerplatte właśnie 14 marca pod dowództwem porucznika Leona Pająka.

Na zjazd do Kielc przybyli ci, którzy do tego czasu zdołali nawiązać ze sobą kontakty, którzy posłyszeli informacje i komunikaty radiowe — trzydziestu ośmiu byłych żołnierzy, ludzi w pełni sił, czynnych zawodowo i społecznie. Umówili się też zaraz na kolejne, równie symboliczne spotkanie — 1 września tego samego roku, dokładnie przy mogile piętnastu poległych kolegów na Westerplatte.

Idea spotkań obrońców Wojskowej Składnicy Tranzytowej była już wtedy bardziej znana, zresztą czas sprzyjał prostowaniu tego, co w latach 1947-1955 usiłowano przeinaczyć. Pojawiły się publikacje dotyczące co najmniej dziwnego traktowania niektórych spośród bohaterskiej załogi Westerplatte na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych, wzrosło zainteresowanie społeczeństwa najnowszymi tradycjami narodowego oręża. Zapewne te i inne przyczyny wpłynęły na fakt, że w wyznaczonym dniu na spotkanie stawiło się już sześćdziesięciu siedmiu westerplatczyków. I właściwie to zgromadzenie, ze względu na jego frekwencję, należałoby nazwać pierwszym, znaczącym zjazdem.

Znaczącym, bo podjęto wówczas działania, które były początkiem systematycznych prac nad szerszym i bardziej udokumentowanym utrwaleniem obrony Westerplatte w świadomości narodowej. I tak na przykład na podstawie relacji, porównań i zbiorowej niejako weryfikacji udało się ustalić, że w dniu 1 września 1939 roku Westerplatte broniło 168 żołnierzy. Zdawano sobie sprawę, że ustalenie to na pewno nie jest pełne, dlatego też Gdańskie Towarzystwo Naukowe, edytor wydanej w 1957 roku książki Franciszka Dąbrowskiego Wspomnienia z obrony Westerplatte, podając tę liczbę zamieścił wyjaśnienie: „[...] prowizoryczna lista [...] nie jest jeszcze ani kompletna, ani bezbłędna. Gdańskie Towarzystwo Naukowe prosi wszystkich uczestników wrześniowych walk na Westerplatte względnie osoby posiadające w tym zakresie materiały dokumentalne o nadesłanie dalszych informacji, uzupełnień i sprostowań na adres Towarzystwa...”.

Ustalenie pełnej listy załogi Westerplatte wymagało jeszcze wielu lat. Dopiero w siódmym z rzędu wydaniu znanej książki Zbigniewa Flisowskiego Westerplatte opublikowana została lista zawierająca 218 nazwisk, m.in. na podstawie listy opracowanej przez Leona Pająka w 1969 roku i publikacji Bolesława Fenglera w „Biuletynie Historycznym” nr 3 z 1972 roku i nr 4 z 1973 roku pt. Wojskowa Składnica Tranzytowa na Westerplatte w latach 1933-1939. Lista Leona Pająka uzupełniała dane kapitana Franciszka Dąbrowskiego z 1957 roku o 14 nazwisk, z publikacji zaś Bolesława Fenglera doszły jeszcze, zebrane w toku badań źródłowych, „olejne 34 nazwiska. Informacja ta bardzo mnie zaintrygowała, tym bardziej że Flisowski podając dane uzupełnione przez Fenglera wspomniał o raportach dziennych, a zatem o dokumentach z Westerplatte. Są więc takie? Gdzie? Czy tylko takie?

Dotarcie do nich miałoby kapitalne znaczenie dla poznania prawdy, mogłyby one wyjaśnić wiele rodzących się raz po raz wątpliwości, sprzeczności w relacjach samych uczestników walk. Wszak wiek i czas robią swoje — fakty, epizodyczne a nawet znaczące zdarzenia różnią się w szczegółach w zależności od osoby relacjonującej.

Okazało się, że Bolesław Fengler jest oficerem Polskiej Marynarki Wojennej, zaś jego westerplackie zainteresowania wiązały się z tematem pracy dyplomowej. Obecnie już komandor podporucznik Fengler jest wykładowcą w Wyższej Szkole orskiej w Szczecinie. Podążyłam tym tropem i wiosną 1979 roku wybrałam się do Szczecina. Komandor Fengler wyjaśnił od razu interesującą mnie kwestię i naprowadził na ślad już nie pojedynczych dokumentów, ale całego archiwum dotyczącego Westerplatte, o którego istnieniu chyba po prostu całkiem zapomniano. Otóż w trakcie zbierania materiałów do pracy magisterskiej dotarł do archiwum wojskowego w Rembertowie pod Warszawą i tam natknął się na coś, czego zupełnie nie oczekiwał. I nikt chyba nie mógł się tego spodziewać, jako że wszyscy zainteresowani tematem Westerplatte znają niewątpliwie wspomnianą już książkę kapitana Franciszka Dąbrowskiego. Na stronie 106 autor napisał: „W przewidywaniu jednak, że lada moment należy oczekiwać natarcia niemieckiego, które może Niemcom przynieść sukces, zapada decyzja palenia akt tajnych i szyfrów”. Zgodnie z tym dokumentacja nie powinna ocaleć. A jednak część z niej ocalała! Spalono bowiem nie wszystkie akta.

Komandor Fengler część tych dokumentów przeniósł na kliszę fotograficzną, co też uczyniłam i ja, stając się posiadaczką 198 fotokopii, stanowiących — to już dziś wiem z całą pewnością — prawdziwą skarbnicę dokładnej, rzetelnej wiedzy o faktach, które ze względu na poufność i tajny charakter nie mogły być znane większości żołnierzy. Na ich podstawie wyjaśniło się szereg nieporozumień, upadły też niektóre mity towarzyszące pewnym zdarzeniom czy osobom.

Rodzi się jednak pytanie, w jaki sposób westerplacka dokumentacja ocalała, skoro było polecenie jej zniszczenia, by nie wpadła w ręce wroga? I pytanie drugie — dlaczego mając takie archiwum przez szereg lat interesujący się tematem zdani byli na żmudne szperanie, zestawianie i porównywanie faktów, na zawierzanie zawodnej pamięci? O tym też sporo dowiedziałam się w Szczecinie. Otóż po wkroczeniu na teren poddanego już Westerplatte uwagę Niemców zwróciły pojedyncze, porozrzucane liczne kartki, druczki, pisane ręcznie i na maszynie, a odnoszące się do działalności Składnicy. Pozbierali je do skrzynki, którą opatrzyli napisem „Westerplatte” i przewieźli do swego archiwum wojskowego w Oliwie. Przeleżała tam ona aż do wyzwolenia. W marcu 1945 roku po wkroczeniu Armii Czerwonej radzieckie władze wojskowe zabezpieczyły całe niemieckie archiwum, by nie uległo zniszczeniu w rozgardiaszu trwającej jeszcze wojny i zebrane dokumenty, całą zawartość archiwum przewieziono na teren Związku Radzieckiego. W latach pięćdziesiątych dokumenty dotyczące Polski przekazano archiwum wojskowemu w Rembertowie. W ten sposób skrzynka z napisem „Westerplatte” znalazła się w kraju.

Dokumenty leżały więc spokojnie, gdy tymczasem wysilając pamięć westerplatczycy przez wiele lat usiłowali odtworzyć skład swej załogi, co nie było zresztą łatwe. W 1939 roku na Westerplatte przybywali całymi grupami, pojedynczo lub w nielicznych grupkach z różnych pułków, z różnych miast i odległych od siebie regionów Rzeczypospolitej: z Kielc, z Sandomierza, z Mołodeczna, z Gniezna, z Białegostoku, z Wilna, z Warszawy, z Lidy, z Dębicy — jednym słowem z różnych pułków tam stacjonujących. Na Westerplatte nie mogli tak szybko nawzajem się dobrze poznać z nazwisk, imion, stopni wojskowych. Nie mieli już na to czasu. A już najmniej te ostatnie wzmocnienia załogi, grupy przybyłe z terenów wschodnich, gdzie na kilka tygodni przed wrześniem pospiesznie dobierano z różnych pułków tych najlepszych. Nie sprzyjał też temu okres niewoli, choć początek niemal dla wszystkich ocalałych był jednaki: Biskupia Górka, Tczew, Prusy Wschodnie. Od razu jednak zaczęły się ucieczki, rozdziały do poszczególnych obozów, do robót w majątkach niemieckich. Część z nich, przeważnie pracowników kontraktowych, od pierwszych dni niewoli trafiła do obozów koncentracyjnych. Rychło więc jako zwarta grupa przestali istnieć.

Zanim jednak przemówiły odzyskane dokumenty, w Nowym Porcie trwała wymiana korespondencji z żyjącymi westerplatczykami, nie przestawano gromadzić wiadomości o ludziach z Westerplatte. Znaczącym etapem tej pracy była akcja odbudowy wartowni nr 1, jedynej ocalałej w stanie nadającym się do restauracji. Myśl urządzenia w niej izby pamięci zrodziła się już dawno. Chciano zebrać w jednym miejscu nieliczne wówczas eksponaty — osobiste pamiątki, zdjęcia, listy, ocalałe osobiste dokumenty. Sam obiekt ze względu na charakter całego terenu — a stał już przecież na nim monumentalny pomnik Westerplatte — uznany był za zabytek klasy zerowej. W 1967 roku, podczas modernizacji nabrzeża portowego, wartownię nr 1 udało się przesunąć ponad siedemdziesiąt metrów w głąb lądu, co uchroniło ją przed zburzeniem. W 1973 roku, dzięki długoletnim zabiegom samych westerplatczyków, ZBoWiDu oraz innych instytucji i organizacji społecznych, a także dzięki ofiarnemu zaangażowaniu społeczników, idea odbudowy wartowni ruszyła z miejsca. Jako pierwsi do pracy stanęli żołnierze Ludowego Wojska Polskiego i Marynarka Wojenna. Dużą pomoc, zwłaszcza przy finansowaniu przedsięwzięcia, wykazało społeczeństwa Kielecczyzny, gdzie z uwagi na pochodzenie znacznej części załogi Składnicy właśnie z ziemi kieleckiej, wszystko, co dotyczyło Westerplatte, było i jest przyjmowane ze szczególnym zainteresowaniem. Mówią tam, że Westerplatte to „skrawek Kielecczyzny nad polskim Bałtykiem”.

Uroczyste otwarcie Wartowni nr 1 odbyło się 29 czerwca 1974 roku. Początkowo pomieszczenia jej świeciły przysłowiową pustką z powodu braku dostatecznej ilości eksponatów, które mogłyby ją wypełnić. Trochę wsparcia okazało Muzeum Wojska Polskiego z Warszawy, przekazując kilka sztuk broni pochodzącej z tamtego okresu. Po otwarciu Wartowni, w którym uczestniczyło ponad pięćdziesięciu westerplatczyków, także wdowy i rodziny już nie żyjących, z miesiąca na miesiąc zbiory zaczęły się powiększać. Lecz nade wszystko przybywało informacji o ich miejscach zamieszkania, o ich losach, codziennych troskach, zdrowiu. Nadchodziły również spisane starczymi rękoma wspomnienia jeszcze z przeżyć obronnych na Westerplatte. Epizody wyraziste, ciekawe, nigdy dotąd nie słyszane.

Stało się to w dużym stopniu za sprawą niewielkiej publikacji, wydrukowanej w trzydziestą piątą rocznicę Września. Był to imienny wykaz członków załogi Westerplatte na dzień 1 września 1939 roku, dostępny dla zwiedzających Westerplatte. Składanka zawierała informacje o każdym z obrońców: żyje, zmarł w okresie okupacji, zmarł po wojnie, los nieznany. Poprzez ożywiony ruch turystyczny ocierała ona do najodleglejszych zakątków kraju, także poza jego granice.

Niebawem do Wartowni — zresztą na najprzeróżniejsze adresy, na przykład Westerplatte-Gdańsk” — zaczęły nadchodzić listy, a w nich coraz to nowe dane o westerplatczykach, których losy były dotąd nie znane. W ciągu kilku zaledwie lat akcja rozkręciła się na dobre i przybrała charakter na początku nie zamierzony. Korespondencja i kontakty, których dziś nikt już nic zliczy ani nie zewidencjonuje, dostarczyły ogromnej wiedzy o Składnicy, o różnorodnych szczegółach dotyczących jej funkcjonowania, o ludziach, ich troskach, ich walce w ciągu tych wrześniowych dni i nocy, nigdzie nie spisanych, zapomnianych. Pisali zwykli szeregowi żołnierze o pozornie mało ważnych sprawach, które i wtedy na Westerplatte i w latach późniejszych określały postawy prawdziwych obrońców, prawdziwych żołnierzy, prawdziwych obywateli swego kraju.

Z inicjatywy Koła ZBoWiD w Gdańsku-Nowym Porcie, przy znacznym wsparciu ze strony westerplatczyków — Leona Pająka z Kielc i Michała Gawlickiego z Gdańska, z tychże obchodów trzydziestopięciolecia wybuchu drugiej wojny światowej zebrano zdjęcia oraz dane osobowe żyjących westerplatczyków. W przeddzień wspomnianej rocznicy, w czasie uroczystego spotkania w Morskim Domu Kultury w Nowym Porcie, na taśmie magnetofonowej utrwalone zostały ich relacje. Stały się one zaczątkiem niniejszego zbioru wspomnień.

Informacje, dokumenty zdjęcia, będące często osobistymi, rodzinnymi pamiątkami, pozwalały sukcesywnie wypełniać liczne „białe plamy”, rozwiewać wątpliwości, postawić wiele „kropek nad i”, kojarzyć ze sobą poszarpane, niepełne wątki. Niestety, coraz częściej nadchodziły listy pisane już nie ręką samych obrońców. Pisały owdowiałe żony, rodzeństwo, dzieci. Rozstając się z przedmiotami stanowiącymi nieraz rodzinne relikwie informowali, że „niech lepiej będą tam na Westerplatte, gdzie ktoś je obejrzy i należny odda im szacunek”. Bywało, że zamiast adresatów czy ich rodzin odpowiadały...urzędy pocztowe donosząc, iż adresat zmarł w osamotnieniu i pochowany został na takim to a takim cmentarzu.

Tym co wcześniej odeszli od nas, tym co przekazali wspomnienia, pamiątki po bohaterach — poświęcam ostatni rozdział mojej książki.

Kolejnym etapem mojej skomplikowanej i ciekawej drogi do pełnej wiedzy o Westerplatte był ów jubileuszowy zjazd, wspomniany na początku książki. Pamiętam dobrze tę uroczystą, a przecież całkiem rodzinną atmosferę, te zupełnie pozaprotokolarne rozmowy, powitania, chwile oczekiwania, nerwowe wypytywania — czy ten, czy ów żyje, czy przyjedzie, może już przyjechał, gdzie jest? Dom studencki Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni, który był ich kwaterą, stał się istną giełdą informacji. Co prawda przyjazd zaawizowało ponad dziewięćdziesięciu westerplatczyków, ale niektórzy do ostatniej chwili uzależniali to od stanu zdrowia, od tego, czy akurat syn, córka, żona, wnuk znajdą czas, by im pomóc w podróży, towarzyszyć i służyć opieką.

Pierwsi przybyli już 29 sierpnia. Na dworcu kolejowym witały ich magnetofonowe informacje o punkcie zbornym w jednym z pomieszczeń stacyjnych. Stamtąd do akademika kursował specjalny samochód. Każdemu z nich towarzyszył w drodze od dworca student Wyższej Szkoły Morskiej. Przed wejściem do budynku wzrok ich przykuwał wielki napis „Serdecznie witamy Obrońców Westerplatte”. Patrzyli na ten transparent, na witających ich przedstawicieli organizatorów zmęczeni podróżą, ale jakże dumni, usatysfakcjonowani widocznym rozmachem jubileuszowego spotkania po czterdziestu latach. Ze wzruszeniem patrzyłam na serdeczne powitania, na uściski i uważane za nieprzystojne, męskie łzy radości — że znowu się widzą, po tylu przecież latach, że niby już inni, ale jakby wciąż tacy sami, wciąż młodzi, czy raczej odmłodzeni świadomością, że jeszcze po latach są potrzebni. Nie tylko po to, by się spotkać, by powspominać, pogadać o bieżących troskach, kłopotach i cieniach wieku; w tej wielkiej patriotycznej manifestacji mają zaświadczyć, jak bardzo był im wtedy drogi morski brzeg Rzeczypospolitej i jak są dumni, że dziś ten brzeg rozległy, pięknie zagospodarowany i dobrze strzeżony.

Szczególnie serdeczne byty powitania tych, którzy mieszkając w różnych zakątkach kraju, a nawet świata, spotykali się po raz pierwszy od lat czterdziestu i tych, którzy przyjeżdżali do uświęconego własną krwią miejsca także po raz pierwszy od tamtych dni. Brzmi to może nieprawdopodobnie, że przez tyle lat nie mieli ku temu okazji, lecz taka jest właśnie prawda i poznamy ją na dalszych stronach tej książki.

I jeszcze jedna refleksja, może zbyt osobista. Nie umiem i nie mogę nie powiedzieć, że w tamtych uroczystych dniach i godzinach jubileuszowego zjazdu odczuwałam naprawdę wielką satysfakcję — właśnie patrząc na nich, na ich wzruszenia, biorąc je sobie jako najwdzięczniejszą zapłatę za wieloletni trud ich odnajdywania, za mozolne ślęczenie nad dokumentami, za niewygody wędrówek po dalekich miasteczkach, wsiach, wyboistych drogach, za niezliczone godziny, za noce spędzone przy równie niezliczonej korespondencji. Wiedziałam, że trudu tego trzeba będzie jeszcze włożyć sporo, ale nie przerażało już mnie to. Gdzieś w zakamarkach pamięci i serca zapadły sceny pozjazdowych pożegnali. Ilu z nas doczeka zjazdu kolejnego? Czy taki jeszcze będzie?

30 sierpnia 1981 roku na Westerplatte, przy zbiorowej mogile poległych żołnierzy, przy niszy z urną zawierającą prochy majora Sucharskiego, odprawiono mszę świętą celebrowaną przez ordynariusza diecezji gdańskiej, księdza biskupa Lecha Kaczmarka. Podczas mszy nastąpiło uroczyste poświęcenie krzyża, ponownie ustawionego na mogile bohaterów obrony wrześniowej. Uroczystość ta stała się oczywiście okazją do kolejnego spotkania westerplatczyków i choć nie był to oficjalny zjazd, to przecież zjechało się ich wielu. Czyli następna okazja do wspomnień, a dla mnie do zapisu.

Późnym wieczorem w hotelu robotniczym Zarządu Portu Gdańsk, gdzie zakwaterowali zamiejscowi uczestnicy spotkania, zasiadamy przy herbacie. Jest kapral Henryk Chrul z Rzepina, starszy strzelec Stanisław Bartocha z Sosnowca, strzelec Aleksy Kowalik z Blachowni, kapral Władysław Goryl z Jarosławia. Jest również strzelec Jan Wójtowicz ze Stargardu Szczecińskiego. Są zmęczeni i daleką podróżą, i udziałem we wzruszającej uroczystości, jakiej jeszcze na Westerplatte nie widzieli.

„No bo jeśli chodzi o mszę świętą, to była nasza pierwsza od sierpnia trzydziestego dziewiątego! Była przecież na Westerplatte kaplica i w niedzielę odprawiały się w niej dla nas nabożeństwa — podkreślają zgodnie. — No a święcenie krzyża to w ogóle było pierwsze, dobrze, że wreszcie było, i że krzyż wrócił po tylu latach. Oni tam leżący pod krzyżem wierzący byli, jak jeden, katolicy przecież”.

Przy każdej podobnej okazji, przy kolejnym spotkaniu zadaję sobie pytanie: co też jeszcze nowego usłyszę, wydaje się, że znam już wszystkie relacje i bogate archiwum Westerplatte. A jednak zawsze znajdzie się jakiś nie znany poprzednio szczegół, jakeś wspomnienie dotychczas skrywane, jakieś piękne i wzruszające słowa, które zapisane nie ulecą z pamięci ludzkiej.

A teraz pora wyjaśnić kryterium wyboru bohaterów mojej książki, dlaczego w niniejszym zbiorze relacji i wspomnień znalazły się fragmenty życiorysów tych, a nie innych uczestników obrony Westerplatte, choć zgromadzone przeze mnie zbiory o charakterze już obecnie archiwalnym zawierają znacznie więcej materiału faktograficznego.

Było ich niewątpliwie kilka. Na pewno należało przedstawić wojenne i powojenne losy przynajmniej części kadry oficerskiej i podoficerskiej, gdyż losy te już od chwili kapitulacji ułożyły się inaczej niż szeregowych żołnierzy. Kapitan Dąbrowski, kapitan Słaby, porucznik Pająk, podporucznik Kręgielski — jak wynika z ich wspomnień i zebranych materiałów o charakterze relacji pośredniej — gotowi byli już od momentu powrotu do wyzwolonego kraju oddać sprawie jego odbudowy, sprawie umacniania jego obronności wszystkie swe siły, całą wiedzę zawodową i serce. Byli ludźmi w sile wieku, z wszechstronną wiedzą wojskową, wzmocnioną doświadczeniami wojny. W odrodzonej ojczyźnie przystąpili z zapałem do jej odbudowy, spotkać ich można było przy pracy w miastach i wsiach, w różnych regionach kraju, w różnych zawodach. Ale w latach pięćdziesiątych, w okresie narastającej nieufności losy niektórych żołnierzy stały się dramatyczne. Wiemy, jak wypaczenia te dotknęły kapitana (komandora podporucznika) Franciszka Dąbrowskiego — któremu przyszło szyć kapcie, kapitana (majora) Mieczysława Słabego — któremu bezpodstawnie przypisywano zdradę tajemnicy wojskowej, podporucznika (kapitana) Zdzisława Kręgielskiego — którego znów spotkał zarzut nadużywania sprzętu wojskowego przy aprowizacji ludności. Lata te musiały wycisnąć szczególne piętno na psychice tej grupy obrońców Wojskowej Składnicy Tranzytowej. Dla nich słowa „Westerplatte” i „ojczyzna” stanowiły wszystko — życie i śmierć, a nade wszystko właśnie ojczyznę.

W odniesieniu do tej grupy obrońców Westerplatte — ze względu na dość powszechną, choć jednak pobieżną znajomość ich postaci — starałam się dotrzeć do takich faktów, których dotąd nie publikowano, bądź nie czyniono tego otwarcie. Stąd próba pokazania przepojonego ideałami chrześcijańskimi dzieciństwa i młodości majora Sucharskiego, stąd może nie nazbyt taktowne „wsadzanie nosa” w jego sprawy osobiste i chęć odnalezienia w nim cech zgoła odmiennych od tych znanych, „zawodowych”, zgodnie podkreślanych przez jego podwładnych. Stąd wreszcie narzucające się nieodparcie po analizie zgromadzonego materiału skontrastowanie łagodności, piękna i prawości charakteru kapitana Słabego z okrutnym losem, jaki go spotkał.

Na pewno należy przedstawić wojenne i powojenne losy przedstawicieli — by tak rzec — przeciętnej, szeregowej załogi żołnierskiej. Zgodnie z wymogami rządzącymi kierowaniem do służby na Westerplatte, była to załoga pochodząca z terenów centralnej i wschodniej Polski — oczywiście Polski ówczesnej. Ten fakt wywarł określony wpływ na losy westerplatczyków, szczególnie w momencie wyzwalania kraju i pierwszych lat po wojnie.

Dokonując wyboru sylwetek spośród szeregowych żołnierzy kierowałam się przede wszystkim tym, na ile ich losy odzwierciedlały wojenne i powojenne losy Polski i Polaków. Ogólne to kryterium pozwoliło na pokazanie zarówno mordęgi, cierpienia i ofiar ponad pięcioletniej niewoli, jak też i brawury, ryzyka, powodzenia i niepowodzenia licznych ucieczek, zarówno prób szukania wolności i szansy walki z wrogiem, jak i wolności tej osiągania i włączania się w czynną walkę. Znamienny jest tu przykład Józefa Kaczanowskiego, żołnierza Dywizji Kościuszkowskiej, który był we wrześniu 1939 roku świadkiem i uczestnikiem pierwszej walki stoczonej w drugiej wojnie światowej i zarazem świadkiem i uczestnikiem zwycięskiego boju na gruzach Berlina w maju 1945 roku. Znamienny jest także przykład Wiktora Bialousa, który z kolei niemal natychmiast po skutecznej ucieczce znalazł się wśród żołnierzy wileńskiego zgrupowania Armii Krajowej.

Podobny klucz — swoisty wachlarz losu Polaków — zastosowałam wybierając charakterystyczne dla polityczno-społecznych realiów kraju powojenne życiorysy tych, którzy piekło wojny przeżyli. Są to więc życiorysy zwykłe, niemal szare. Poszukiwanie rodzin, pracy, tarapaty ze zdrowiem, zwykłe, pospolite zawody, drobne awanse, żmudne budowanie domów-mieszkań i domów-rodzin. Drobne i większe radości. Z dorastających, urządzających się dzieci, z uśmiechniętych wnuków, z odznak, z medali, czasem i orderów. Drobne i większe troski i smutki. Bo nieudane małżeństwo, bo osobiste niepowodzenia, bo zagubienie, samotność. Bo wiązanie końca z końcem, błaganie o lekarza, o miejsce w szpitalu, o sanatorium, o lichą zapomogę.

Zdecydowałam też sięgnąć — co czyniono dotąd niezwykle rzadko i z ostrożna do relacji i dokumentów żołnierzy z Westerplatte zamieszkałych po wojnie poza granicami kraju, na Zachodzie. Z materiałów tych, z ich nałożenia na to wszystko, co wiemy o terytorialnym pochodzeniu poszczególnych grup tworzących załogę Westerplatte — wynika wiedza zgoła dotąd nie wypowiedziana, a potwierdzająca tym razem mniej obraz Polski po wyzwoleniu, bardziej zaś charakteryzująca społeczne układy II Rzeczypospolitej. Oto bowiem zdecydowana większość westerplatczyków pozostałych na Zachodzie po wyzwoleniu z lagrów przez ofensywę idącą na Berlin od Normandii i Włoch rekrutuje się z grupy kieleckiej, przybyłej na Westerplatte w marcu 1939. roku. W swych relacjach mówią jasno o przyczynach wyboru-życia poza krajem. Obawy natury politycznej nie stanowią przyczyny głównej. Tą główną była pamięć o pospolitej biedzie wsi na terenach przedwojennej centralnej Polski — w Kieleckiem, Sandomierskiem. Pamięć o emigracji za przysłowiowym chlebem, bardzo licznej właśnie z tych piaszczystych ziem, zagrożonych raz suszą, raz powodzią, słabo doinwestowanych, zapomnianych przez bogów i ministrów... Także pamięć o tym, że ten i ów spośród rodziny czy sąsiadów po paru latach w „Hameryce” czegoś się dorobił, a już ha pewno nie głodował.

Ciekawym rysem grupy kieleckiej, który to rys po jego wyłonieniu się z zebranych relacji miął wpływ na ich wybór — jest również mniej czynna postawa niż w grupie wileńskiej wobec organizowanych ucieczek z lagrów, z tak zwanych dziesiątek roboczych i od właścicieli majątków w Prusach Wschodnich. Przyczyną leżała zapewne i w znacznej odległości od rodzinnych stron, o których wiedziano, iż są okupowane przez Niemców, a więc trudne do przejścia i następnie do przeżycia w ach przymusowej konspiracji. Natomiast żołnierzy przybyłych z Wileńszczyzny zachęcała do podejmowania ucieczek znacznie mniejsza odległość od rodzinnych stron wzmacniająca szanse ich powodzenia. Również niepełna znajomość realiów wytworzonych po 17 września 1939 roku, czego przykładnie dowodzi wspomniana tu już droga jaką odbył na wschód Józef Kaczanowski. Uciekający na Wileńszczyznę, w dobrze znane sobie strony, trafiali na zupełnie nie znany, nie istniejący poprzednio mur polityczny i o ten mur rozbijali się z całym impetem, z całą otwartością i fantazją swej wilniackiej, szczerej duszy. Po takiej konstatacji jaśniejsze się staje, dlaczego w wojennych i powojennych życiorysach westerplatczyków z grupy wileńskiej pojawiają się odległe nazwy Archangielsk, Kaługa, Workuta. Spośród 28 żołnierzy, o których losach do dziś nic nie wiadomo, osiemnastu przybyło na Westerplatte z Wileńszczyzny.

W chwili przystąpienia do pracy nad niniejszą książką nic nie było wiadomo o losach 51 obrońców Westerplatte. W chwili składania książki do druku z dopiskiem „los nieznany” pozostaje tylko 26 nazwisk. Żyją? Zginęli? Zmarli? Czy kiedyś dowiemy się o ich losie? Czas pokaże.

 

Na zakończenie pragnę podziękować Wydawnictwu Morskiemu, specjalnie pani redaktor Elżbiecie Rusak, dzięki jej bowiem pomocy, serdeczności i podtrzymywaniu mnie na duchu w chwilach piętrzących się trudności i zwątpień — książka przybrała realny kształt. Wdzięczna jestem również komandorowi Bolesławowi Fenglerowi za naprowadzenie mnie na ślad dokumentacji z Westerplatte oraz panom redaktorowi Zbigniewowi Flisowskiemu i komandorowi Rafałowi Witkowskiemu za weryfikację i pomoc w uściślaniu faktów historycznych i realiów militarnych. Dziękuję także panu Mieczysławowi Pawłowi Staszewskiemu za współpracę przy powstawaniu tej książki, a szczególnie za uzupełnienia wspomnień o majorze Sucharskim i kapitanie Słabym.

I Załoga Westerplatte w świetle dokumentów

Niejasności i nieporozumienia dotyczące składu załogi Westerplatte w dniu 1 września 1939 roku, wynikające z braku nie budzących wątpliwości źródeł, przez długi czas powodowały utrzymywanie się wielu znaków zapytania. Niektóre z nich pozostają nadal. Dość szybko, choć dopiero przy bardziej systematycznych badaniach zapoczątkowanych przez Leona Pająka, Michała Gawlickiego i kontynuowane przez Zbigniewa Flisowskiego, uzupełniono brakujące poprzednio imiona niektórych żołnierzy — Eugeniusz Aniołek, Jan Derlatka, Stefan Jezierski, Zygmunt Kozak, Leon Kubicki, Władysław Okraszewski, Aleksander Ortian, Bronisław Perucki, Teodor Wiatr — i zmieniono na prawidłowe przy nazwiskach Jan Czywil, Antoni Łojkowicz, Józef Majcher, Bronisław Michniewicz, Józef Nowicki, Józef Pełka, Władysław Sobol i Antoni Szapiel. Ustalono poprawną pisownię niektórych nazwisk. Udało się też wyjaśnić, że powtarzające się w relacjach pamięciowych wymienne bądź równoległe używanie nazwisk Czaja, Czajko i Czajo jest w rzeczywistości myleniem dwu różnych żołnierzy — strzelca Aleksandra Czaja radiotelegrafisty Stanisława Czai. Gorzej sprawa przedstawiała się z ustaleniem stopni wojskowych. Tu występowało wiele pomyłek, które mogły tylko ostatecznie rozstrzygnąć materiały źródłowe.

Dotarcie do pisemnych źródeł (rozkazów dziennych, dokumentów kontraktowy itp.) prócz wręcz rewelacyjnego „odkrycia” trzydziestu czterech obrońców Westerplatte, nie wymienianych poprzednio przez nikogo — pozwoliło na w miarę pełne i pewne uporządkowanie dokumentacji załogi. Przypomnijmy, że przed dokładną analizą tych źródeł uważano — na podstawie zapisów pamięciowych — że załoga Westerplatte składała się ze 182 żołnierzy i pracowników cywilnych. Na podstawie informacji dostarczonych przez Bolesława Fenglera — po odnalezieniu pisemnej dokumentacji — powiększono ich liczbę do 218, przez kolejne lata uważając, że ta właśnie cyfra jest prawdziwa.

Dokładna analiza rozkazów dziennych i innych odnalezionych dokumentów pozwala jednak na bardziej szczegółową rewizję listy załogi. Oto bowiem okazuje się także poprzez kontaktu bezpośredniego, że wymieniony na „liście Pająka” strzelec Jan Zameryka i na „liście Fenglera” Franciszek Zawaryka – to w istocie kapral Franciszek Zameryka. A więc jeden, nie zaś dwu żołnierzy. To samo dotyczy strzelca Dymitrowicza (u Pająka bez imienia) i strzelca Jana Zmitrowicza (u Fenglera poprawnie) oraz strzelca Konstantego Murawskiego (Fengler podaje poprawnie Żurawskiego). I znów zamiast dwóch umieszczanych na liście — Żurawskiego i Murawskiego, wyłonił się jeden prawdziwy, zresztą po dziś dzień żyjący Konstanty Żurawski.

Podobne skrzyżowanie występuje w trzech, ale tylko pozornie trzech nazwiskach żołnierzy z Westerplatte — strzelca Antoniego Skwirowicza (Pająk), strzelca Skwirocza (Pająk, bez imienia) i strzelca Stanisława Skwirala (Fengler). Po analizie rozkazów dziennych i nawiązaniu kontaktu z zamieszkałym od czasów wojny na terenie RFN i uważanym poprzednio za zaginionego Stanisławem Skwirą (Skwirą, nie Skwiralem ani Skwiroczem) ustalono, że w dniu 7 sierpnia 1939 roku przybyło na Westerplatte dwu strzelców — Antoni Skwirkowicz i Stanisław Skwira. Żadne inne podobne nazwisko w rozkazach nie figuruje.

Odnalezienie rozkazów dziennych pozwoliło też skorygować pomyłki zaistniałe na „liście Pająka”. Lista ta zawiera dwa podobne nazwiska żołnierzy o takich samych imionach — Stanisław Bałtowski i Stanisław Bełdowski, także dwa inne podobne nazwiska — Dunkiewicz i Zdunkiewicz, przy czym przy nazwisku Dunkiewicza brakuje imienia. Są też u Pająka jeszcze inne dwa identyczne nazwiska z różnymi imionami, mianowicie Jan Gąsowski i Michał Gąsowski. W każdym z tych trzech przypadków pomyłka polega na niedokładnościach relacji pamięciowych, stwarzając wrażenie, że chodzi tu o sześciu różnych żołnierzy. W rzeczywistości jest ich tylko trzech — Stanisław Bałtowski, Donat Zdunkiewicz i Michał Gąsowski. Tylko takie nazwiska są w rozkazach dziennych.

Wyjaśnienia wymaga jeszcze postać Leona Kręckiego, pracownika kontraktowego, palacza centralnego ogrzewania na Westerplatte od 1934 roku. Według Pająka wchodził on w skład walczącej załogi w dniu 1 września 1939 roku. Natomiast według wspomnień starszego ogniomistrza Leonarda Piotrowskiego nie było go na terenie Składnicy co najmniej od 28 sierpnia. Jego obecność jako pracownika cywilnego, wracającego po godzinach pracy do domu w Gdańsku, mogła ujść uwagi bardzo wielu żołnierzy, nawet członków dowództwa, albowiem nie istniała w tym czasie potrzeba ogrzewania pomieszczeń. Jest natomiast wielce prawdopodobne, że „jak poszedł do Gdańska, tak więcej już nie wrócił. Obawiali się, że wzięty na spytki zwykłym drańskim sposobem wroga wyda co wie o bunkrach i schronach. To byłoby bardzo źle” — pisała Zofia Meissner w zbeletryzowanym reportażu historycznym Obrońcy Westerplatte. Ostatnio, na podstawie uzyskanych dokumentów ustaliłam, że Leonowi Kręckiemu tuż przed wybuchem wojny major Sucharski udzielił kilkudniowego urlopu, w związku z czym nie występuje w spisie załogi.

I kolejne wyjaśnienie. W dokumentach z Westerplatte doszukać się można nazwiska Alfonsa Kąkola, który jednak nie znajduje się W żadnym rozkazie zawierającym nazwiska przybywających żołnierzy, wchodzących w skład walczącej załogi we wrześniu 1939 roku. Jedna z ostatnich relacji rzuca snop światła na los tego żołnierza. Strzelec Antoni Ozorowski z całą pewnością wymienia imię i nazwisko kolegi, z którym w momencie kapitulacji ukrył się w pobliżu Mikołajewa. W wielu relacjach innych żołnierzy stwierdza się natomiast, że do załogi Westerplatte tuż przed wymarszem Niemcy dołączyli tylko jednego żołnierza — Antoniego Ozorowskiego. Najprawdopodobniej Alfonsowi Kąkolowi udało się po raz drugi skutecznie ukryć, ponieważ nikt z załogi nie potwierdza jego obecności w stalagu, aczkolwiek zapamiętali go z okresu przedwojennego. W związku z tym wykaz załogi w niniejszej książce uzupełniamy nazwiskiem Alfonsa Kąkola, bez podawania stopnia i okresu przybycia na Westerplatte.

Podsumowując powyższe informacje i wyjaśnienia — czynię to z ostrożnością, nie przesądzając ostatecznie sprawy — stwierdzam, że według ostatnich ustaleń w dniu 1 września 1939 roku do bohaterskiej obrony skrawka Polski na westerplackim cyplu stanęło nie 218 — jak dotąd uważano — lecz 209 żołnierzy i zmobilizowanych, zatrudnionych tam pracowników kontraktowych i urzędników cywilnych.

Zwracam się w tym miejscu z apelem do Czytelników, którzy mogliby wnieść jakieś uzupełnienia do tego tematu i skorygować ewentualne pomyłki, o przesłanie do mnie lub do Wydawnictwa tych informacji.

 

Załoga Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte

walczącej w dniach 1—7 września 1939 roku

(Na podstawie materiałów źródłowych i relacji ustnych uczestników walk)

 

Zanim nastąpiła ostatnia wymiana półroczna Plutonu Wartowniczego Westerplatte w marcu 1939 roku, na terenie Wojskowej Składnicy Tranzytowej służbę pełnili zatrudnieni tam urzędnicy cywilni, pracownicy kontraktowi i podoficerowie zawodowi. Wojskową Składnicą Tranzytową dowodzili major Henryk Sucharski i jego zastępca kapitan Franciszek Dąbrowski. Oto wykaz trzydziestojednoosobowej grupy, z której większość pracowników cywilnych została w dniu 1 września 1939 roku zmobilizowana:

 

 

Z poprzedniego Plutonu Wartowniczego Westerplatte, przybyłego we wrześniu 1938 roku z 5. Pułku Piechoty z Wilna, pozostało dziesięciu żołnierzy:

 

W okresie od 17 marca do 15 kwietnia 1939 roku przybyła osiemdziesięciojednoosobowa grupa z 2. Dywizji Piechoty Legionów w Kielcach, stanowiąca Pluton Wartowniczy Westerplatte:

 

 

W dniu 8 czerwca 1939 roku przybyli na Westerplatte żołnierze pełniący służbę czynną z II Batalionu Morskiego w Redłowie:

Latem 1939 roku przyjęto do pracy pracowników kontraktowych:

 

31 lipca 1939 roku z 1 Morskiego Dywizjonu Artylerii Przeciwlotniczej z Gdyni przybył:

W dniu 4 sierpnia 1939 roku przybyli:

 

W dniu 30 lipca 1939 roku na Westerplatte przybyli żołnierze z XIV Dywizjonu Artylerii Konnej Białystok, 85. Pułku Piechoty Nowowilejka, 77. Pułku Piechoty Lida, 86. Pułku Piechoty Mołodeczno i 5. Pułku Piechoty Wilno:

W dniach 7 i 13 sierpnia 1939 roku na Westerplatte przybyli żołnierze z pułków stacjonujących na Wileńszczyźnie, tj. z 85. Pułku Piechoty Nowowilejka, 77. Pułku Piechoty Lida, 86. Pułku Piechoty Mołodeczno i 5. Pułku Piechoty Wilno:

 

II Stara gwardia westerplacka

W 1971 roku, podczas uroczystości sprowadzenia z Włoch do Polski, na Westerplatte, prochów majora Sucharskiego, obecna była jego siostra, pani Anna Bugajska. Prasa wybrzeżowa zwróciła się wówczas do „Kochanej Hanki”, jak ją zawsze nazywał w listach Henryk Sucharski, z prośbą o garść bardziej prywatnych wspomnień o bliskim jej człowieku. Padło między innymi pytanie o to, czy major nie mając własnej rodziny nie myślał o jej założeniu. Pani Hanka odpowiedziała, że kilkakrotnie wspólnie z matką namawiały go do ożenku, bo przecież dochodził już do czterdziestki. Ale niezmiennie odpowiadał, że najpierw służba, powinności żołnierskie, a kiedy wreszcie zostanie majorem, to może o tym pomyśli. Mijały jednak lata, był już majorem, a stanu cywilnego jednak nie zmieniał. Dopiero po wojnie dowiedziała się, że w życiu jej brata była kobieta, która znaczyła dla niego bardzo wiele. Mieszka do dziś w Przemyślu i z czcią i szacunkiem przechowuje pamięć o dowódcy Westerplatte, przed laty bardzo bliskim sobie człowieku.

A więc w Przemyślu znajdę nić, która być może doprowadzi mnie do niejako prywatnej sylwetki bohatera narodowego. Zresztą nie tylko tę jedną. W Przemyślu mieszka także ksiądz Jan Merta —jeden z ostatnich Polaków, którzy towarzyszyli majorowi w Neapolu i w Casamassima w 1946 roku.

Zanim jednak wybrałam się do Przemyśla, nawiązałam kontakt listowny z panią Wiktorią Krotochwil — bo to o niej właśnie mówiła Anna Bugajska. Mimo delikatności sprawy odpowiedź była natychmiastowa, a nade wszystko życzliwa. List ucieszył mnie bardzo, gdyż obawiałam się, że może nie zechce ze mną mówić o swej młodości, o sprawach niejako zastrzeżonych dla dwojga ludzi, których łączyło uczucie. A tu niespodzianka — serdeczne zaproszenie do jej domu, do Przemyśla, wraz z plikiem korespondencji i prywatnych zdjęć z okresu narzeczeństwa. Zdawałam sobie sprawę, że wchodzę w ten sposób w tę cząstkę życia jej i majora, o której poza nimi nie wiedział nikt. Lecz czyniłam to nie przez zwykłą ciekawość, a z przekonania, że ta właśnie osoba może wnieść garść interesujących wspomnieli do historii życia wciąż samotnego — jak się wszystkim, nawet jego towarzyszom zdawało surowego dowódcy z Westerplatte. Surowego nie w znaczeniu ostrości postępowania z podwładnymi, lecz raczej surowego w zwyczajach, w codziennym obejściu. Nikt z oficerów i żołnierzy nie mógł nic powiedzieć o prywatnych sprawach majora nie dlatego, że milczenie nakazywał im takt i szacunek dla dowódcy, ale chyba po prostu dlatego, że nic o tym nie wiedzieli. Powszechnie uważano, że w wojskowym, bardzo „regulaminowym” życiu majora nie było miejsca na sentymenty, na uczucie do kobiety.

W kwietniu 1980 roku pojechałam na drugi koniec Polski. Mocno spóźniony pociąg wtoczył się na dworzec w samym środku nocy, nie pozostawało mi więc nic innego, jak wtulić się w ledwie ciepły piec w nieprzytulnej poczekalni dworca, pamiętającej jeszcze czasy zaborów i tam doczekać dnia. Rano, zupełnie zziębnięta, zapukałam nieśmiało do drzwi mieszkania przy ul. Krasińskiego. Otworzyła je maleńka, uśmiechnięta kobieta.

— Pani Tusiu! Doprawdy wyobrażałam sobie panią inaczej — powiedziałam już w progu do ściskającej mnie serdecznie filigranowej kobietki. — Myślałam, choć sama nie wiem dlaczego, że spotkam raczej korpulentną, wielce poważną matronę, bo tak sobie wyobrażałam zawsze emerytowane nauczycielki, a tymczasem ... No tak! Teraz doskonale rozumiem te podpisy składane pani rączką na listach pisanych do narzeczonego. Teraz wiem, skąd się wzięło „Twoje maleńkie kurczątko...”

Tak właśnie podpisywane były listy pisane przez panią Krotochwil i wysyłane na Westerplatte z Brześcia nad Bugiem.

Uśmiecha się do mnie i zaprasza do ciepłego pokoju, bo wciąż stoimy w chłodnym przedsionku. A potem ja zamieniam się w słuch, a ona opowiada. Wszystko o Ryśku, jakim był, jak go szanowała, kochała. Wiem, że na imię miał Henryk i pytam, dlaczego wciąż nazywa go Ryśkiem. Czyżby miał dwa imiona?

— Ależ skąd — zaprzecza — To tylko zdrobnienie... Henryk, Henryś, Henrysiek. No i pozostał tak na wieczność dla mnie Ryśkiem. Kochałam go przecież więc i nazywałam po swojemu...

Wśród drobiazgów wyłożonych na stół przez panią Tusię dostrzegam odpis telegramu skierowanego do Polskiego Radia we Lwowie z datą 19 stycznia 1939 roku następującej treści:

„Gdańsk — Westerplatte — major Henryk Sucharski. Wiązankę najserdeczniejszych życzeń w dniu imienin wraz z ulubionym Marszem Węgierskim Rakoczego śle aż do szmaragdowych fal polskiego morza — Twoje maleńkie kurczątko”.

Ciekawa jest historia korespondencji pani Wiktorii z majorem. Część z niej zachowała się w kopiach w zbiorach mojej rozmówczyni, która — co jest zadziwiające — pisywała do majora w dwóch egzemplarzach, jak na przykład cytowany telegram, część natomiast otrzymała od jego siostry. Po śmierci Sucharskiego Międzynarodowy Czerwony Krzyż w Genewie przesłał całą jego spuściznę najbliższej rodzinie.

— Pani Tusiu, dlaczego właśnie Marsz Węgierski?
— Tak! Tak! — rozmówczyni niemal wskakuje w moje pytanie. — On bardzo lubił muzykę poważną, wojskową, a szczególnie węgierską i dlatego na imieniny posłałam mu tę melodię w koncercie życzeń.
— A kiedy i jak poznaliście się?
— Hm, odległe to lata... Pamiętam, był rok 1937. Pracowałam jako nauczycielka w jednej ze szkół w Brześciu nad Bugiem. W Twierdzy Brzeskiej odbywał się wielki bal maskowy. Miałam piękny kostium stylizowany na orła białego i zajęłam pierwsze miejsce w konkursie. Przy wręczaniu nagrody, po odsłonięciu twarzy, po raz pierwszy w życiu ujrzałam go. Był wtedy w randze kapitana, na naramiennikach idealnie dopasowanego munduru połyskiwały trzy gwiazdki. Jakoś tak zwyczajnie spodobaliśmy się sobie. Służył wtedy w trzydziestym piątym pułku piechoty w Brześciu, był dowódcą Szkoły Podoficerskiej.

— Jakim pozostał w pani pamięci z tamtych lat?

— Był skryty, zamknięty w sobie, małomówny.
— I taki właśnie człowiek — przerywam — tak bardzo się pani spodobał?

Lekki uśmiech, uśmiech skierowany właśnie „w tamte lata”, jakby gdzieś w pobliżu zabrzmiało echo balowego tanga czy fokstrota, pojawił się na wargach siedzącej tuż przy mnie pani Wiktorii. Po chwili jej policzki wyraźnie zarumieniły się.

— Był przy tym taki elegancki, uprzejmy, delikatny. Kochał swój kraj, bardzo kochał rodzinę, mówił o tym w sposób budzący szacunek. Oczywiście w moim wydaniu było to raczej rosnące uwielbienie. Niejednokrotnie siedzieliśmy razem całymi godzinami i on milczał. Ale właśnie tak nam było bardzo dobrze. Myślę, że te lata służby wycisnęły na nim takie piętno. Rozumiałam, że nie o wszystkim mógł ze mną mówić i wiedziałam, że ogromnie pragnie być najsumienniejszym z żołnierzy. Może stąd ta surowość, oszczędność słów — zastanawia się pani Wiktoria. — Na pewno był z gruntu dobrym, serdecznym człowiekiem. Rzadko widywaliśmy się, bo dużo czasu zajmowało mu wojsko. Miał bardzo dużo pracy, nie było w tej naszej znajomości w Brześciu miejsca na teatr, na kino.
— A czy bywał wesoły? Czy palił papierosy? — wyrywały mi się kolejne pytania.
— Nie! Bardzo mało, prawie wcale — zdecydowanie zaprzecza pani Wiktoria. Przynajmniej wtedy i przy mnie! Był zgrabny, szczupły, zawsze elegancki, uważający na siebie nawet w ruchach, w gestach. Nie było w nim niczego, co nie pasowałoby do niemal idealnej postaci, sylwetki oficera. Myślę, że miał to we krwi, ale też i bez wątpienia o to dbał. Takie cechy mogły mi się tylko podobać, dlatego go pokochałam. Tak! Na pewno pokochałam człowieka o wielkim sercu i szlachetnego. Na spotkania nasze w Brześciu przychodził w uniformie/obowiązującym jednostkę podhalańską, a więc w pelerynie narzuconej na ramię. Tak mu w niej było do twarzy! Nie należał do ludzi wesołych, dowcipnych, to raczej ja przy nim wyglądałam na trzpiotkę. Zauważyłam jednak, że chyba ta moja wesołość mu odpowiadała, była jakby uzupełnieniem jego powagi. Dobrze nam było we dwoje. Prowadziliśmy nieraz dyskusje dotyczące spraw poważnych i bardzo imponowała mi jego dojrzałość, pewność sądów, logika myślenia, precyzja wypowiedzi. Wiem, czuję to, ze czeka pani na to najważniejsze... W tych naszych rozmowach niewiele było o małżeństwie, o wspólnej przyszłości. Prawic wszystko, o czym mówił, z czym wiązał nadzieje, co wywoływało jego ożywienie, zainteresowanie — dotyczyło spraw wojskowych i najchętniej o tym rozprawiał. Tylko czasem, kiedy stawał się jakby trochę sentymentalny, pozwalał sobie snuć na głos marzenia o przyszłości bardziej prywatnej. Oczyma wyobraźni widział wiejską chatę, dużą, pobielaną izbę, w której pełno było gwaru i zabawy dzieci. Jeśli już rodzina, to liczna, wielodzietna, tak to sobie wyobrażał. Ale oczywiście w tym wszystkim on w mundurze. Zrósł się z nim i chyba nigdy nie przychodziło mu. do głowy, że w ogóle mogłoby być inaczej.
— A może pani uchylić rąbka tajemnicy o tych pięciu zasuszonych różach, zerwanych jego ręką na Westerplatte i potem przysłanych pani?
— Teraz to już nie pamiętam z jakiej to było okazji, ale po tym bardzo osobliwym, bardzo młodzieńczym odruchu widać, że w skrytości był jednak wielce romantyczny. No bo jakżeby inaczej taki poważny jak on mężczyzna, na dodatek w mundurze, pozwolił sobie na suszenie róż gdzieś w swoim gabinecie, w swojej westerplackiej kwaterze, gdzie przecież było tylko wojsko, wojsko i wojsko. W każdym razie ja to widziałam, choć innym mogło się wydawać, że był zaprzeczeniem romantyka.

Nachylamy się z panią Wiktorią nad zniszczonym, zapisanym drobnym maczkiem kalendarzykiem majora z 1942 roku, a więc z niewoli. W tym właśnie kalendarzyku odnotowane są wszystkie liczne daty nadejścia z Przemyśla pocztówek, listów i paczek od „maleńkiego kurczątka”.

— Jak i kiedy dowiedziała się pani o jego pobycie w niewoli? Trzeba było dużo silnej woli i naprawdę wielkiego uczucia, by przez wiele lat i to często siać do obozu to, co wcale nie było takie łatwe do zdobycia, nawet jeśli się żyło niby na wolności, to znaczy w okupowanym kraju.
— On znał mój przemyski adres i dał znać, gdzie przebywa. Nie było chyba wtedy polskiej rodziny, polskiego domu, w którym wojna nie zaznaczyłaby się smutkiem, rozdzieleniem, oczekiwaniem na powrót i staraniami o ulżenie jenieckiej lub obozowej niedoli. To był przecież ludzki nakaz sumienia i serca wobec najbliższych. Wiedziałam też, czym było Westerplatte w pierwszych dniach wojny, wtedy zrozumiałam go jeszcze bardziej jako człowieka i żołnierza. Gdzie mogłam to zdobywałam i ciułałam wszystko, co według mojego wyobrażenia mogło mu być tam w obozie przydatne, a kiedy tylko mogłam otrzymać kartę na wysyłkę, to od razu posyłałam. Przecież mnie było jednak lżej niż jemu, biedak tam głodował. W małych paczuszkach posyłałam więc puszki z sardynkami, czekoladki, czosnek, cebulę, sucharki. Nawet gdyby miał sam tego nie zjeść, to przecież miał równie głodnych i potrzebujących kolegów — myślałam wtedy. Zbliżał się koniec wojny. Może to była i. moja wina, sama nie wiem, jeszcze do dziś często o tym myślę, może wszystko stałoby się inaczej... Napisał, że nie bardzo wie co ze sobą zrobić, gdzie ma jechać. Wiedział przecież dobrze co się „po tamtej stronie” o nowej sytuacji w Polsce mówiło i miał wątpliwości. A tutaj działy się rzeczy straszne, z jednej strony Niemcy, z drugiej Rosjanie, cuda wyprawiali Ukraińcy. Ja sobie pomyślałam, że jak wróci, to znów go gdzieś wywiozą i co będzie? Może i źle postąpiłam, ale napisałam mu: „Jesteś wolnym człowiekiem, jedź do wolnego kraju”. Czasami myślę, że gdyby wrócił, to może bym go tu jakoś ukryła, przeżyłby. Chociaż lekarz z Westerplatte po wojnie do Polski wrócił i widzi pani, jak tragicznie skończył... No więc wtedy on pojechał do Włoch, do Neapolu i od tego czasu nasza korespondencja urwała się. Ślad zaginął. Po wojnie długo go poszukiwałam, pisałam do Czerwonego Krzyża, do różnych ambasad, bez rezultatu. Wreszcie z Anglii otrzymałam wiadomość potwierdzającą śmierć.
— Jak pani to przeżyła?
— No cóż... Zdałam sobie sprawę, że pewien etap mojego życia zamknął się raz na zawsze, choć nigdy przedtem nie przypuszczałam, że taki będzie koniec. Spodziewałam się jednak w swojej głębokiej nadziei i wierze czego innego. Przecież najgorszy czas, wojnę, przeżył...

Pani Wiktoria urywa. Łzy dławią jej krtań.

— Skończyło się wszystko. To był dla mnie okropny cios — kontynuuje po chwili.—Jakże trudno to wspominać nawet jeszcze dziś...

 

Tego samego dnia spotkałam się z kapelanem wojskowym księdzem Janem Mertą, który zetknął się z majorem Sucharskim w-sierpniu 1946 roku. Oto co zanotowałam z tej rozmowy:

— Majora Sucharskiego zobaczyłem po raz pierwszy na ślubie porucznika Rutkowskiego w Neapolu. Początkowo był tylko jednym z anonimowych gości weselnych, żołnierzem, jak prawie wszyscy pozostali. Ot, zwyczajnie, jak na wojnie, każdy gdzieś walczył, każdy miał przeszłość, o której opowiadał. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, pobawiliśmy się trochę. Major jak zwykle był małomówny. Potem dopiero okazało się, że jest dowódcą Westerplatte, ale w wojsku polskim we Włoszech raczej mało wiedziano wtedy o tym epizodzie wystawiającym świadectwo najwyższej wartości żołnierzowi i dowódcy. Kiedy się o tym dowiedziałem, zapytałem go, jak to tam było na Westerplatte. Odpowiedział jednym zdaniem:
— Jak długo wytrzymaliśmy, tak długo biliśmy się.

Potem... potem widziałem go w okolicznościach zupełnie już odmiennych. Byłem jednym z sześciu kapelanów w szpitalu polskim w Casamassima. Znam dobrze ze studiów język włoski, byłem więc często wysyłany do okolicznych szpitali i do domów, w których leżeli ciężko chorzy. Raz posłano mnie na jeden dzień do Neapolu. Znajdował się tam szpital angielski, ale tak z przyzwyczajenia wstąpiłem do niego, bo i między Anglikami trafić się mógł potrzebujący duchowej pomocy katolik. Gdy przechodziłem korytarzem, zaczepiła mnie siostra mówiąc, że mają akurat paru ciężko chorych polskich żołnierzy. Dlaczego, pytam, przecież jest polski szpital wojskowy w Casamassima, i tam powinni być, na to ona, że tak bywa, i że to wszystko jedno gdzie się ciężko choruje. Wszedłem na salę, popatrzyłem na jednego, na drugiego, ale Sucharskiego nie poznałem. Było to dwudziestego trzeciego sierpnia, pamiętam jak dziś, gorąco strasznie, leżeli przykryci tylko prześcieradłami. Wyspowiadałem go, miał ręce złożone na piersiach, był mocno wychudzony i słabym głosem odezwał się:

— Księże kapelanie, chciałbym, aby po śmierci przewieźli mnie do Polski.

Jeszcze nie kojarzyłem, że to on, ale zdanie to tak mnie wzruszyło, że jąłem go jakoś szczególnie gorliwie i serdecznie pocieszać.

— Nie gadaj głupstw, chłopie, na własnych nogach dojdziesz do kraju razem z innymi, niebawem będziemy tam maszerować, a bo to nie wiesz, jak jest w polskim hymnie, że z ziemi włoskiej do Polski?

On słabym głosem na to:

— Och nie, nie, ja już nie...

Rozumiałem go, zrobiło mi się go serdecznie żal. Uścisnąłem tylko jego rękę i powiedziałem:

— No, odwagi!

Wyszedłem. Siostra stała już pod drzwiami i do mnie: — Księże, no i jak, jak tam major?

— Jaki major — pytam ją, bo mi do głowy nie przyszło, że tak sobie z majorem gadałem bez szacunku dla dystynkcji.

— No jak to, jaki major, major Sucharski!

Poderwało mnie, biegiem wróciłem na salę, od razu do jego łóżka. Toż to on, Henryk, poznany na ślubie kolegi! Miałem na sobie płaszcz wojskowy, poprawiłem go, przybrałem postawę wyprostowaną i tak trochę dla żartu wyprężyłem się i z ukrywanym uśmiechem powiedziałem:

— A teraz kapitan melduje się majorowi!

Był jednak bardzo wycieńczony, objął mnie słabym wzrokiem i ledwie wyszeptał:

— Spocznij, macie postawę wojskową, kapitanie.

Porozmawialiśmy trochę na temat obrony Westerplatte, nadal serdecznie go pocieszałem, szczerze pragnąc, aby życzenie to ziściło się.

A on na to:

— Niech mnie ksiądz kapelan nie pociesza, ja wiem, że to na próżno. Ja będę umierał.
— Dlaczego? — pytam.
— Ja mam zapalenie otrzewnej.

Opowiedziałem wtedy o mojej chorobie w trzydziestym siódmym, też miałem operację i wywiązało się zapalenie otrzewnej, ale przecież wszystko się dobrze skończyło i z nim też na pewno dobrze się skończy.

— Niestety, ksiądz kapelan jest lepszej kondycji fizycznej, a to przecież ma znaczenie — odpowiedział.

Porozmawialiśmy jeszcze trochę, aż znowu wrócił do tego, co mu chyba najbardziej leżało na sercu. Umęczonym głosem wyszeptał:

— Oby mnie tylko po śmierci pochowali w kraju... choćby na najuboższym cmentarzu wiejskimi ale w Polsce... ach, ta Polska...

Zabrzmiało to jak największe ludzkie pragnienie, będące zarazem wyrażeniem ostatniej woli.

Tymczasem przygotowywano rozwiązanie II Korpusu i w Casamassima trwał bardzo gorączkowy okres. Raz dwa trzeba było uporządkować nasze groby na maleńkim cmentarzu sąsiadującym ze szpitalem. Z różnych stron Włoch zwożono ekshumowane, umieszczone w trumnach ciała polskich żołnierzy i tak cmentarz zapełniał się. Pozostało na nim na wieczność czterystu jedenastu. Przy pochówku zatrudniony był między innymi starszy sierżant o nazwisku Sztandera, pochodzący spod czeskiej granicy, gdzieś z Jabłonkowa. Podczas jednej z takich smutnych, ostatnich powinności oddawanych przez żywych zmarłym usłyszałem na cmentarnej alejce:

— Kapelanie, a tego, no Sucharskiego, kaj pochowamy?

Stanąłem jak wryty. Tak, w szarej, zaplombowanej trumnie, przepasanej biało-czerwoną wstęgą spoczywał major Henryk Sucharski. Więc jednak... Wybrałem miejsce najbliżej cmentarnego ołtarza przy głównej alei z tą myślą, by ewentualne delegacje z Polski czy przedstawiciele z naszej ambasady w Rzymie nie musieli szukać grobu bohatera z Westerplatte, chcąc oddać mu należny hołd. Tylko tyle mogłem wtedy dla niego zrobić, choć dobrze znałem jego ostatnie pragnienie — o pośmiertnym powrocie do umiłowanej Polski, choćby na najbiedniejszy wiejski cmentarz.

Nie będę opowiadał o tym, jak wiele razy po wojnie usiłowałem zainteresować różne polskie organizacje i władze tym właśnie ostatnim życzeniem majora. Brak zainteresowania, niechęć, obawy, niemoc. Odczuwałem co najmniej zażenowanie, widząc takie reakcje. Ale w końcu najważniejsze, że po dwudziestu czterech latach jego wola spełniła się, że spoczął w Polsce i to w miejscu należnym mu, eksponowanym. Pusty grób na cmentarzu w Casamassima jest jednak dalej i przypomina odwiedzającym to miejsce, że właśnie tam przez wiele lat, z dala od Polski, spoczywały doczesne szczątki tego wielkiego człowieka.

Tak, spełniła się wola dowódcy Westerplatte. Powrócił szlakiem wymarzonym, wyśpiewanym w słowach Mazurka Dąbrowskiego przez żołnierzy polskich Legionów, szlakiem w szczególny sposób skojarzony z naszą historią i z walką o wolność — z ziemi włoskiej do Polski. Obrót wojennych dziejów i jego ciężka choroba spowodowały, że — jak legioniści generała Dąbrowskiego — nie przynosił swej ojczyźnie wolności, choć walczył o nią od pierwszej chwili zamachu na jej suwerenność. Umarł, gdy była już wolna i do wolnej powrócił jako symbol odwagi, heroizmu, żołnierskiego poświęcenia i nieprzemijającej człowieczej tęsknoty do miejsc, do stron rodzinnych, do wolności.

Przypomnijmy tę ostatnią drogę Majora do kraju według relacji gdańskiej prasy.

Tuż po południu 27 sierpnia 1971 roku z rzymskiego lotniska Fiumicino wystartował rejsowy samolot Polskich Linii Lotniczych „Lot” wiozący do kraju urnę z prochami Majora. Na lotnisku wojskowym w Warszawie oddali im hołd przedstawiciele najwyższych władz państwowych, dowódcy wojskowi, dyplomaci, kompania reprezentacyjna Wojska Polskiego, orkiestra I Warszawskiej Dywizji Zmechanizowanej im. Tadeusza Kościuszki, mieszkańcy Warszawy. Przybyła siostra Majora, Anna Bugajska z mężem, obecny był także kapitan rezerwy Mikołaj Troicki — żołnierz, który zatknął polski sztandar w Berlinie w dniu zwycięstwa nad hitlerowskim wrogiem w wojnie rozpoczętej właśnie na Westerplatte. Powagę chwili podkreślały spowite, kirem flagi i sztandary.

Przy łoskocie werbli przyozdobioną biało-czerwoną szarfą i wiązanką goździków urnę przeniesiono do przygotowanego wcześniej samolotu wojskowego, którym prochy Majora przewieziono następnie do Gdańska. W samolocie zajęli miejsca jako honorowa, żałobna asysta przedstawiciele Warszawskiej Komendy Garnizonu, delegacja Ziemi Gdańskiej, grupa westerplatczyków — byłych podkomendnych Henryka Sucharskiego.

Podchodząc do lądowania na lotnisku w Gdańsku wojskowy AN-24 zatoczył szeroki łuk nad Zatoką Gdańską, nad Westerplatte, nad granitowym pomnikiem jego obrońców.

Mimo tysięcy zgromadzonych mieszkańców Trójmiasta, żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, delegacji szkolnych, ZBoWiD-owskich — po wygaszeniu silników samolotu nad lotniskiem zapadła długa cisza. Słychać w niej było jedynie ostre słowa wojskowych komend towarzyszących honorowym czynnościom żołnierzy Jednostki Obrony Wybrzeża i marynarzy Marynarki Wojennej, spadkobierców bojowej tradycji Westerplatte. Urnę umieszczono w wojskowym samochodzie, który poprzedzony honorową asystą przejechał ulicami Gdańska wśród szpaleru skupionych mieszkańców do koszar „niebieskich beretów” we Wrzeszczu. Urnę ustawiono w Sali Tradycji jednostki spełniającej dziś na rozległym brzegu polskiego morza funkcje podobne do garnizonu westerplackiego.

31 sierpnia 1971 roku urnę wystawiono na widok publiczny w Dworze Artusa w Gdańsku. Na długo przed zapowiedzianą godziną otwarcia Dworu Artusa zgromadziły się nieprzeliczone szeregi mieszkańców. Planując umożliwienie gdańszczanom oddania ostatniego hołdu bohaterskiemu Majorowi nie przewidziano chyba, że pięć godzin to za mało, by przed urną przejść mogli wszyscy pragnący hołd ten wyrazić. Tak silne okazało się przywiązanie gdańszczan do symbolicznego już nazwiska i postaci. Gdańszczan — Anno Domini 1971, czyli w znakomitej większości przybyłych i zamieszkałych w tym mieście po 1945 roku lub już w nim urodzonych i wychowanych. 1 września 1971 roku, dokładnie w dwudziestą czwartą rocznicę pogrzebu majora Henryka Sucharskiego na cmentarzu w Casamassima, urna z jego prochami spoczęła na Westerplatte, w tym samym miejscu, w którym snem wiecznym śpią jego żołnierze polegli w czasie obrony Wojskowej Składnicy Tranzytowej. W mogile umieszczono grudkę ziemi z rodzinnego Gręboszowa. W czasie uroczystości minister obrony narodowej, ówczesny generał broni Wojciech Jaruzelski udekorował urnę Krzyżem Komandorskim Orderu Virtuti Militari. Nad niszą z urną na niewielkim cokole stanął pomnik polskiego orła.

 

Pozostańmy jeszcze chwilę przy postaci majora Sucharskiego. Wiadomo już o nim dziś dużo — ze wspomnień podwładnych, z dokumentów, nawet z relacji wroga, który musiał bohaterskiemu majorowi oddać należną cześć. Tak, wiadomo dużo o MAJORZE Sucharskim. A tak po-prostu o Sucharskim? Niewiele. Widziany jest przez historyków, przez kolejne pokolenia poznające narodowy symbol wałki i poświęcenia — jako szczególnie odważny żołnierz i tylko żołnierz.

Dlatego tak bardzo ciekawiła mnie rozmowa z panią Wiktorią Krotochwil i dlatego korzystałam z każdej nadarzającej się sytuacji, by o Sucharskim dowiedzieć się więcej. O Sucharskim z jego życia prywatnego, poza służbą i kręgiem spraw wynikających z życia w mundurze.

I oto kolejna okazja, dziesiąta rocznica sprowadzenia do kraju prochów Majora i zarazem 35 rocznica jego śmierci. Na te okoliczności z inicjatywy Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Tarnowskiej, młodzieży z Technikum Zawodowego i Zarządu Zakładowego Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej przy Zakładach Azotowych w Tarnowie — na frontowej ścianie budynku przy ul. Stalingradzkiej odsłonięto tablicę upamiętniającą te rocznice. W budynku tym przed laty mieściło się II Gimnazjum. Do tegoż gimnazjum uczęszczał kilkunastoletni Henryk Sucharski. Odsłonięcia tablicy dokonała siostra Majora, Anna Bugajska.

Będąc w składzie delegacji Gdańska na tę uroczystość otrzymałam — wraz z dwoma westerplatczykami, Julianem Dworakowskim i Wiktorem Ciereszką zaproszenie do rodzinnej wioski Sucharskiego, do odległego o 36 kilometrów Gręboszowa. Zapraszała Anna Bugajska wraz z mężem. Ruszyliśmy od razu i krętymi drogami, mimo dość równinnego terenu, dotarliśmy do rodzinnej wsi Sucharskiego, zatrzymując się przy ostatnich zabudowaniach. To właśnie ojcowizna Majora. Ale nie ma śladu chałupy pod strzechą, w której urodził się i wychował. Zniszczyła ją powódź w 1934 roku, kiedy wylał przepływający niedaleko kapryśny i niebezpieczny Dunajec, stając się przyczyną nieszczęścia okolicznych rolników. Sucharscy pobudowali wtedy nowy dom, ale i ten zniszczyła woda w 1960 roku. Dopiero kiedy w latach siedemdziesiątych obudowano koryto Dunajca wysokimi wałami przeciwpowodziowymi, gospodarująca na ziemi Sucharskich siostrzenica Majora Wanda Dubielówna zdecydowała się zafundować sobie i rodzinie dom nowy murowany, solidny, taki bardziej miejski niż wiejski.

Sporo jest takich w okolicy. Ale nie świadczą one o zamożności mieszkańców tych ziem choć obecnie można już mówić o względnym dostatku. Te typowo rolnicze tereny, niezbyt wydajne, niegdyś mocno zaniedbane, były w latach międzywojennych i jeszcze wcześniej tak przeludnione i biedne, że wielu mieszkańców emigrowało za chlebemdo Europy Zachodniej, szczególnie zaś za ocean. Niewiele jest dziśrodzin, które nie miałyby krewnych w USA, w Kanadzie, w Anglii. I rodzina Sucharskich w tamtych latach też rozjechała się po świecie. Jeszcze przed pierwszą wojną światową dwaj najstarsi bracia Henryka wyjechali do Stanów Zjednoczonych i najmłodsza z dziewięciorga rodzeństwa — Anna — zupełnie ich nie pamięta ze swego dzieciństwa.

Dziś w miejscu gdzie stała wspominana często przez Sucharskiego wiejska chata rodzinna, tamte czasy przypominają, a raczej pamiętają tylko kilkudziesięcioletnie, rozłożyste drzewa.

Ruszamy na drugi koniec Gręboszowa i znowu zatrzymujemy się przed ostatnią, zadbaną willą, otoczoną kwietnym ogródkiem i zielenią. Czuję się jak w zamożnej części wielkiego miasta. Spoglądam jednak na drugą stronę drogi — i odczucie jest zupełnie inne: stado gęsi, kury, perliczki, kaczki — czyli dokładnie „po wiejsku”.

— Gospodarujemy ciągle na wsi, to przecież wieś. Ale inna, coraz więcej w niej elementów miejskich. W tym połączeniu żyje się nam wspaniale — mówi pani Anna.

Rodzina Bugajskich prowadzi spore gospodarstwo rolne i zdaję sobie sprawę, jak ważną rolę w takim gospodarstwie pełni kobieta. Wiem też, że przed kilkoma laty, dokładnie w 1974 roku Anna Bugajska została matką chrzestną statku Polskich Linii Oceanicznych Wypowiedziała wtedy na pochylni stoczniowej tradycyjną formułę: „Płyń po morzach i oceanach świata, sław imię polskiego stoczniowca i honor bandery polskiej. Nadaję ci imię...” Było to imię szczególnie jej drogie, imię jej brata, Henryka Sucharskiego. Nowoczesny statek skierowany został do obsługi linii australijskiej, jej zaś, matce chrzestnej, przysługiwało prawo odbycia rejsu na „chrześniaku”. Właśnie przed paroma tygodniami powróciła z takiego rejsu. Myślę o tym patrząc na jej domowe obejście i nie bardzo sobie wyobrażam, jak też obeszło się ono bez swej pani przez pół roku.

— Nie było żadnych kłopotów — odpowiada pani Anna na moje wątpliwości. — Mój syn Zbyszek, dziś już czterdziestoletni mężczyzna, od dawna zdecydował się pozostać na gospodarstwie rodziców. Razem z ojcem, to znaczy z moim mężem, Wojciechem, znakomicie sobie radzili beze mnie.

Po chwili przechodzimy do tematu bardziej mnie interesującego, do wspomnień o Majorze. Ale chcę wiedzieć nie to, co już tylokrotnie opowiadała dziennikarzom, historykom, wycieczkom odwiedzającym Gręboszów.

— Opowiedz mi Aniu o bracie takim, jakim go zapamiętałaś ze swoich lat dziecinnych. Jakim go pamiętasz z tamtych lat? — pytam, mając nadzieję na wspominki bardziej rodzinne, osobiste. Czegoś, co pozwoli przełamać dotychczasową opinię, że był człowiekiem surowym, „chodzącym regulaminem”, żyjącym wyłącznie sprawami swojej służby. Był takim niewątpliwie, ale też musiał być i inny, mniej surowy i regulaminowy, tyle że poza służbą. Przecież wychował się na wsi, niejako na łonie natury, w kręgu kultury chrześcijańskiej, ludowej, a to nadaje charakterom rys pewnej łagodności, serdeczności.
— Tak, pamiętam z tamtych lat bardzo dużo — odpowiada po namyśle Anna Bugajska. —Jak tylko sięgam pamięcią wstecz, to widzę go zawsze w mundurze, bo w domu był tylko gościem. Jako małe dziecko lubiłam tak po dziecinnemu łasić siędo niego, do tego munduru, który miał swój niepowtarzalny zapach, właśnie taki jakiś wojskowy, żołnierski. Lubił mnie bardzo. Nigdy nie przyjeżdżał z pustymi rękami. Najpierw maleńkiej siostrzyczce przywoził cukierki. Nieco później także kolorowe bajeczki rysunkowe, kiedy jeszcze nie umiałam czytać. A kiedy już umiałam, to dostawałam od niego różne ciekawe książki do czytania, pamiętam do dziś niektóre tytuły: Na srebrnym globie, W pustyni i w puszczy. A znowu dorastającej już pannie przywiózł kiedyś biały sweter i najmodniejsze buty. Miały wysokie cholewki, były śliczne, a ja nie bardzo wiedziałam jak i kiedy w nich chodzić, takie były uroczyste i „miastowe”. Ale byłam z nich dumna... Na pewno nie bardzo to pasuje do relacji jego żołnierzy, dla których był przecież przełożonym, i to nie w instytucji cywilnej, lecz w wojsku, ale dla mnie Henryk był człowiekiem umiejącym się bawić, śpiewać, żartować, serdecznie śmiać. Choćby taki moment, z okresu wczesnego dzieciństwa. Przywiózł wtedy ślicznie zapakowane pudełeczko, podał mi i powiedział: — Haniś, zanieś tatusiowi klej do butów. Ojciec nasz był szewcem, pobiegłam zaraz do niego, ale okazało się, że to nie był żaden klej, tylko cukierki dla mnie. Zawróciłam na pięcie, rzuciłam się ucieszona bratu w ramiona, a on długo śmiał się z udanego żartu. Z udanego, bo przecież wszyscy dorośli dobrze wiedzieli, że Henryk nie przywoził ojcu kleju, nie było takiej potrzeby, bo ojciec klej robił sam z kasztanów i żadnego lepszego nie potrzebował, ten był wystarczająco dobry. Ale ja z całą dziecinną powagą zaniosłam ojcu klej do butów!

Przez moment powracamy z Anną do dnia dzisiejszego, dziwiąc się wielce, że dziś ze wszystkim mamy kłopoty, że do produkcji byle czego, nawet najprostszego potrzeba zaraz składników sprowadzanych za dewizy, a kiedyś każdy rzemieślnik umiał sobie chałupniczo dać radę i niczego nie sprowadzał. A kasztany dziś, owszem, eksportujemy na Zachód, wiedząc o tym, że robią tam z niego doskonały klej... Tyle że samochody transportujące te kasztany dojeżdżają tylko do bram zakładu, by nie podpatrzeć tajemnicy produkcji. Tajemnicy, którą znał kiedyś każdy szewc.

— Henryk dobrze znał i co najważniejsze dobrze pamiętał ludowe piosenki, choć przecież przez wiele lat przebywał poza środowiskiem wiejskim. I lubił je śpiewać. Szczególnie pamiętam to jego śpiewanie na moim weselu w trzydziestym siódmym roku. Dziwiłam się, że jeszcze tak dobrze zna nasze przyśpiewki, bo wiedziałam przecież, że interesował się muzyką poważną.

Jeszcze przed ślubem przysłał mi na imieniny telegram: „Żebyś dobrze za mąż wyszła i mnie w kumy zaprosiła”. Słowa dotrzymałam i kiedy w trzydziestym ósmym roku urodziła się nam córeczka, to Henryka zaprosiłam w kumy. Przyjechał jeszcze wtedy z Brześcia. Po raz ostatni był w domu na dziewięciodniowym urlopie w lipcu w trzydziestym dziewiątym. Nie wykorzystał go jednak w całości. Któregoś dnia od kierownika szkoły przyniosłam mu gazetę. On, będąc w domu tak rzadko, gdy nie pracował, nie pomagał. Nie było takiej potrzeby, rozumieliśmy, że przyjeżdżał odpocząć. Bardzo lubił odpoczywać w stodole pod strzechą, bo tam było przewiewnie i chłodno w upalne lipcowe dni. I z tą gazetą tam poszedł, by spokojnie poczytać Ale tym razem bardzo szybko ze stodoły wrócił, taki nagle spoważniały, i zaczął się pakować do drogi. Pytaliśmy co się stało, że tak nagle zmienił plany urlopowe, a on na to wskazał na niewielkimi czcionkami wydrukowane informacje, że Gdańsku doszło do drobnych nieporozumień i incydentów politycznych. Powiedział że w takiej sytuacji on musi wracać na swoją odpowiedzialną placówkę. No i widziałam go wtedy ostatni raz...

Chwila zadumy naprowadza nas na jeszcze jeden, zupełnie dotąd pomijany aspekt Henryka Sucharskiego. Mianowicie związek jego bohaterskiej żołnierskiej postawy i gorliwego patriotyzmu z głęboką religijnością, z jego wychowaniem w tradycji katolicyzmu. Ogromny, wręcz decydujący wpływ na całą późniejszą drogę i postawę życiową Majora wywarł niewątpliwie ówczesny proboszcz parafii gręboszowskiej, ksiądz Piotr Halak. Zważywszy na istniejące do dziś dokumenty, pamiątki i wspomnienia starych mieszkańców Gręboszowa nie sposób zgodzić się z sugestią jaka pojawiła się w części publikacji prasowych towarzyszących sprowadzeniu prochów Henryka Sucharskiego do kraju, jakoby w młodości wywarła nań wpływ atmosfera swoistej opozycji wobec plebanii, wynikającej z familijnych powiązań rodziny Sucharskich z rodziną działacza ludowego Jakuba Bojki. Swe sympatie dla ruchu ludowego Sucharski idealnie godził z pryncypiami wiary, zaś o pozostawianiu w opozycji wobec plebanii nie może być w ogóle mowy, choćby z racji duchowej i nie tylko duchowej jaką młodego Henryka otaczał ksiądz Halak, i z racji wieloletniej przyjaźni trwającej pomiędzy proboszczem i jego duchowym uczniem, kiedy ten opuścił już Gręboszów i wyruszył na samodzielną drogę życiową. Dokumentują tę przyjaźń liczne listy, życzenia imieninowe i każdorazowe odwiedziny plebanii, kiedy tylko Sucharski odwiedzał rodzinne strony.

Ten jakże przecież typowy związek duchowego nauczyciela i wychowawcy z przyszłym wychowankiem zadzierzgnął się w okolicznościach zgoła dramatycznych, podczas ciężkiej,