Łuk Triumfalny - Erich Maria Remarque - ebook

Łuk Triumfalny ebook

Erich Maria Remarque

4,5

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Łuk Triumfalny , powieść z roku 1946, przedstawia dramatyczne losy niemieckiego emigranta w Paryżu tuż przed wybuchem II wojny światowej. Ravic – pod takim nazwiskiem ukrywa się główny bohater – jest lekarzem i nielegalnie przeprowadza operacje w cieszącej się dobrą opinią klinice. Pewnego dnia poznaje przypadkiem kobietę, która wypełni jego puste – jak już mu się wydawało – życie. Ale innego dnia spotka, również przypadkiem, gestapowca, który go kiedyś torturował. Rozliczenie się z dramatyczną przeszłością – jakkolwiek okrutne – uwolni Ravica na nowo. „Człowiek może wiele wytrzymać” – z tą myślą wyruszy w niepewną, przymusową drogę do obozu dla uchodźców.

Erich Maria Remarque (1898–1970) należał do pokolenia, które straciło młodość w okopach I wojny światowej. Nim zyskał sławę dzięki pacyfistycznej powieści Na Zachodzie bez zmian, parał się dziennikarstwem, był też księgowym, nauczycielem i organistą.

Po dojściu Hitlera do władzy książki Remarque’a trafiły na stos, a ich autor został pozbawiony niemieckiego obywatelstwa. Lata II wojny światowej spędził w USA, gdzie powstała jedna z jego najlepszych powieści – Czas życia i czas śmierci.

Autor Łuku triumfalnego nie był eksperymentatorem. Uznanie czytelników i krytyki zdobył za jędrny styl, „publicystyczną” aktualność tematyki, mistrzowskie budowanie scenerii i sylwetek bohaterów.

Dom Wydawniczy <!--?xml:namespace prefix = st1 /-->REBIS spośród jego utworów opublikował . Trzech towarzyszy, Nim nadejdzie lato, Hymn na cześć koktajlu, Noc w Lizbonie i Cienie w raju.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 625

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




1

Kobieta zbli­żała się do Ravica z ukosa. Szła szybko, ale jakby dziw­nie się zata­cza­jąc. Ravic zauwa­żył ją dopiero w chwili, gdy zna­la­zła się tuż obok niego. Ujrzał bladą twarz z wysoko osa­dzo­nymi kośćmi policz­ko­wymi i sze­roko roz­sta­wio­nymi oczami. Twarz była nie­ru­choma i przy­po­mi­nała maskę, spra­wiała wra­że­nie zapad­nię­tej, a oczy w świe­tle latarń miały wyraz takiej szkli­stej pustki, że zwró­ciło to jego uwagę.

Kobieta prze­szła tak bli­sko, że omal go nie musnęła. Wycią­gnął rękę i chwy­cił ją za ramię. W następ­nym momen­cie zachwiała się i byłaby upa­dła, gdyby jej nie przy­trzy­mał.

– Dokąd się pani śpie­szy? – zapy­tał po chwili, nie pusz­cza­jąc jej ramie­nia.

Kobieta wytrzesz­czyła na niego oczy.

– Pro­szę mnie puścić – szep­nęła.

Ravic nie odpo­wie­dział. Wciąż trzy­mał ją za ramię.

– Pro­szę mnie puścić! Co to ma zna­czyć?

Kobieta ledwo poru­szała ustami.

Ravic miał wra­że­nie, że w ogóle go nie widzi. Prze­szy­wała go wzro­kiem na wylot, wpa­tru­jąc się gdzieś w pustkę nocy, a on był tylko czymś, co ją powstrzy­mało i do czego musiała teraz mówić.

– Pro­szę mnie puścić!

Od razu się zorien­to­wał, że nie ma do czy­nie­nia z dziwką. Nie była też pijana. Nie ści­skał już mocno jej ramie­nia. Gdyby chciała, mogłaby się uwol­nić, ale nie zauwa­żyła tego. Ravic odcze­kał chwilę.

– Dokąd się pani naprawdę wybiera, w nocy, sama, o tej porze w Paryżu? – zapy­tał jesz­cze raz spo­koj­nie i puścił ją.

Kobieta mil­czała, ale nie ruszyła dalej. Wyda­wało się, jakby raz zatrzy­mana, nie potra­fiła znów iść.

Ravic oparł się o balu­stradę mostu. Poczuł pod rękami wil­gotny, poro­waty kamień.

– Może tam?

Wska­zał głową za sie­bie, w dół, gdzie Sekwana w sza­rym, roz­pły­wa­ją­cym się bla­sku toczyła bez ustanku swe wody pod cie­nie Pont de l’Alma.

Kobieta nie odpo­wia­dała.

– Za wcze­śnie – rzekł Ravic. – Za wcze­śnie i o wiele za zimno w listo­pa­dzie.

Wycią­gnął paczkę papie­ro­sów i zaczął grze­bać po kie­sze­niach w poszu­ki­wa­niu zapa­łek. Stwier­dził, że w wąskim pudełku zostały mu tylko dwie, pochy­lił się więc prze­zor­nie, żeby osło­nić dłońmi pło­mień przed lek­kim wia­trem od rzeki.

– Mnie też pro­szę dać papie­rosa – powie­działa kobieta bez­dź­więcz­nym gło­sem.

Ravic wypro­sto­wał się i poka­zał jej opa­ko­wa­nie.

– Algier­skie. Czarny tytoń Legii Cudzo­ziem­skiej. Praw­do­po­dob­nie za mocne dla pani. Nie mam przy sobie innych.

Kobieta pokrę­ciła głową i wzięła papie­rosa. Ravic przy­tknął do niego pło­nącą zapałkę. Kobieta paliła śpiesz­nie, zacią­ga­jąc się głę­boko. Ravic wyrzu­cił zapałkę za balu­stradę. Spa­dała w ciem­no­ści niczym mały meteor i zga­sła, dopiero gdy zetknęła się z wodą.

Mostem powoli nad­je­chała tak­sówka. Szo­fer zatrzy­mał się. Zer­k­nął w ich stronę i zacze­kał chwilę, po czym dodał gazu i ruszył dalej po mokrym, błysz­czą­cym czar­nym asfal­cie Ave­nue Geo­rge V.

Ravic poczuł nagle, jak ogar­nia go zmę­cze­nie. Ciężko pra­co­wał przez cały dzień i nie mógł zasnąć. Dla­tego wyszedł jesz­cze na mia­sto, żeby się napić. I teraz, w jed­nej chwili, w wil­got­nym chło­dzie póź­nej nocy, zmę­cze­nie ude­rzyło w jego głowę jak worek.

Przyj­rzał się kobie­cie. Dla­czego wła­ści­wie ją zatrzy­mał? Coś było z nią nie tak, to jasne. Ale co go to obcho­dziło? Widział już wiele kobiet, z któ­rymi coś było nie tak, zwłasz­cza nocą, zwłasz­cza w Paryżu, i teraz było mu wszystko jedno, pra­gnął tylko prze­spać się parę godzin.

– Niech pani idzie do domu – powie­dział. – Czego pani szuka o tej porze na ulicy? W naj­lep­szym razie może pani mieć nie­przy­jem­no­ści.

Posta­wił koł­nierz płasz­cza i odwró­cił się, żeby odejść. Kobieta popa­trzyła na niego nie­ro­zu­mie­ją­cym wzro­kiem.

– Do domu? – powtó­rzyła.

Ravic wzru­szył ramio­nami.

– Do domu, do miesz­ka­nia, do hotelu, niech pani to nazywa, jak chce. Dokąd­kol­wiek. Chyba nie chce pani, żeby zgar­nęła panią poli­cja?

– Do hotelu! Mój Boże!

Ravic zatrzy­mał się. Znowu ktoś, kto nie wie, dokąd pójść, pomy­ślał. Powi­nien był to prze­wi­dzieć. Zawsze to samo. W nocy nie wie­dzą, co ze sobą zro­bić, a następ­nego ranka zni­kają, zanim się obu­dzisz. Wtedy już wie­dzą dokąd. Dobrze znane, tanie zwąt­pie­nie, które przy­cho­dzi i odcho­dzi razem z ciem­no­ścią. Odrzu­cił papie­rosa. Jakby sam nie znał tego aż do prze­sady!

– Chodźmy gdzieś napić się wódki – zapro­po­no­wał.

Tak było naj­pro­ściej. Wtedy będzie mógł zapła­cić i wyjść, a ona sama zde­cy­duje, co ze sobą zro­bić.

Kobieta wyko­nała nie­pewny ruch i potknęła się. Ravic zła­pał ją za ramię.

– Zmę­czona? – zapy­tał.

– Nie wiem. Chyba tak.

– Zbyt zmę­czona, żeby móc zasnąć?

Ski­nęła głową.

– Zda­rza się. No, to chodźmy. Trzy­mam panią.

Ruszyli w górę Ave­nue Mar­ceau. Ravic czuł, jak kobieta opiera się na nim; opie­rała się tak, jakby wła­śnie upa­dała i musiała się cze­goś przy­trzy­mać.

Szli Ave­nue Pierre 1er de Ser­bie. Za skrzy­żo­wa­niem z rue Cha­il­lot ulica otwie­rała się i w oddali, na tle desz­czo­wego nieba, poja­wiła się nie­wy­raźna, ciemna syl­wetka masyw­nego Łuku Trium­fal­nego.

Ravic wska­zał oświe­tlone wąskie wej­ście, pro­wa­dzące do lokalu w piw­nicy.

– Wejdźmy tutaj… tu powinni mieć jesz­cze coś do picia.

Była to knajpa szo­fe­rów. W środku sie­działo paru tak­sów­ka­rzy i dwie pro­sty­tutki. Kie­rowcy grali w karty. Dziwki piły absynt. Zmie­rzyły kobietę szyb­kim spoj­rze­niem i odwró­ciły się obo­jęt­nie. Star­sza ziew­nęła gło­śno, druga leni­wie zaczęła się malo­wać. W głębi pomiesz­cze­nia młod­szy kel­ner o twa­rzy nabur­mu­szo­nego szczura nasy­pał tro­cin na kamienną posadzkę i zaczął je wymia­tać na kory­tarz. Ravic z kobietą usie­dli przy sto­liku obok wej­ścia. Miej­sce było dobre, w razie czego mógł szyb­ciej się ulot­nić. Nie zdjął płasz­cza.

– Czego się pani napije? – zapy­tał.

– Nie wiem. Cze­go­kol­wiek.

– Dwa calva­dosy – zamó­wił Ravic u kel­nera w kami­zelce i z pod­wi­nię­tymi ręka­wami koszuli. – I paczkę che­ster­fiel­dów.

– Nie mamy – oświad­czył kel­ner. – Są tylko fran­cu­skie.

– Dobrze. W takim razie paczkę zie­lo­nych lau­ren­sów.

– Zie­lo­nych też nie mamy. Są tylko nie­bie­skie.

Ravic przy­glą­dał się przed­ra­mie­niu kel­nera z wyta­tu­owaną nagą kobietą, która cho­dziła ponad chmu­rami. Męż­czy­zna podą­żył wzro­kiem za jego spoj­rze­niem, zaci­snął pięść i napiął mię­śnie. Kobieta zako­ły­sała lubież­nie bio­drami.

– Niech będą nie­bie­skie – zgo­dził się Ravic.

Kel­ner skrzy­wił usta w uśmie­chu.

– Może znaj­dzie się jesz­cze paczka zie­lo­nych – oznaj­mił i odda­lił się czła­pią­cym kro­kiem.

Ravic popa­trzył za nim.

– Czer­wone pan­to­fle – powie­dział – i balet­nica w tańcu brzu­cha. Pew­nie słu­żył w turec­kiej mary­narce.

Kobieta poło­żyła dło­nie na stole. Uczy­niła to w taki spo­sób, jakby nie zamie­rzała już ich pod­nieść. Dło­nie miała zadbane, ale to nic nie mówiło. Nie były zresztą bar­dzo zadbane. Zauwa­żył, że pazno­kieć środ­ko­wego palca pra­wej ręki ma uła­many i chyba urwany, a nie spi­ło­wany. W nie­któ­rych miej­scach odprysł lakier.

Kel­ner przy­niósł kie­liszki i paczkę papie­ro­sów.

– Zie­lone lau­rensy. Zna­la­złem jesz­cze paczkę.

– Tak sobie pomy­śla­łem. Był pan w mary­narce?

– Nie. W cyrku.

– To jesz­cze lepiej. – Ravic podał kobie­cie kie­li­szek. – Pro­szę to wypić. To naj­lep­sze o tej porze. A może chce pani kawy?

– Nie.

– Pro­szę wypić na raz.

Kobieta ski­nęła głową i opróż­niła kie­li­szek. Ravic popa­trzył na nią. Miała zga­szoną twarz, wybla­kłą, pra­wie bez wyrazu. Usta pełne, ale blade, kon­tury wyda­wały się zama­zane, i tylko włosy były bar­dzo piękne, poły­skliwy natu­ralny blond. Na gło­wie miała beret, a pod płasz­czem prze­ciw­desz­czo­wym nie­bie­ski kostium na miarę. Kostium uszyty był przez dobrego krawca, ale zie­lony kamień pier­ścionka na palcu wyda­wał się o wiele za duży, żeby nie był fał­szywy.

– Ma pani ochotę na jesz­cze jed­nego? – spy­tał Ravic.

Ski­nęła głową.

Przy­wo­łał gestem kel­nera.

– Jesz­cze dwa calva­dosy. Ale więk­sze kie­liszki.

– Więk­sze kie­liszki? W środku też ma być wię­cej?

– Tak.

– A więc dwa podwójne calva­dosy.

– Słusz­nie się pan domy­ślił.

Ravic posta­no­wił szybko opróż­nić swój kie­li­szek i wyjść. Nudził się i był bar­dzo zmę­czony. Na ogół cier­pli­wie zno­sił nie­spo­dzie­wane zda­rze­nia, miał za sobą czter­dzie­ści lat życia obfi­tu­ją­cego w zmienne koleje losu, ale aż za dobrze znał już takie sytu­acje jak ta. Od kilku lat miesz­kał w Paryżu i nie bar­dzo mógł sypiać w nocy; o tej porze na mie­ście widy­wało się różne rze­czy.

Kel­ner przy­niósł calva­dos. Ravic wziął kie­li­szek wódki jabł­ko­wej o ostrym, aro­ma­tycz­nym zapa­chu i posta­wił ostroż­nie przed kobietą.

– Pro­szę wypić jesz­cze i to. Nie­wiele pomoże, ale roz­grzewa. A do tego, co panią gry­zie, pro­szę nie przy­wią­zy­wać zbyt wiel­kiej wagi. Nie­wiele waż­nych rze­czy wytrzy­muje próbę czasu.

Popa­trzyła na niego, ale nie tknęła alko­holu.

– Tak bywa – pod­jął. – Zwłasz­cza w nocy. Noc skła­nia do prze­sady.

Kobieta na­dal patrzyła na niego.

– Nie musi mnie pan pocie­szać – prze­mó­wiła w końcu.

– Tym lepiej.

Ravic rozej­rzał się za kel­ne­rem. Miał dosyć. Znał ten typ kobiet. Pew­nie Rosjanka, pomy­ślał. Ledwo gdzieś usiądą, jesz­cze zmok­nięte, bez gro­sza, zaraz zaczy­nają się pano­szyć.

– Jest pani Rosjanką?

– Nie.

Ravic zapła­cił i wstał, chcąc się poże­gnać. W tym samym momen­cie kobieta rów­nież wstała. Zro­biła to bez słowa, jakby to było oczy­wi­ste. Ravic popa­trzył na nią nie­zde­cy­do­wa­nie. Dobrze, pomy­ślał, rów­nie dobrze mogę to zro­bić na zewnątrz.

Zaczęło padać. Ravic zatrzy­mał się przed wej­ściem.

– W któ­rym kie­runku pani idzie?

Był zde­cy­do­wany ruszyć w prze­ciwną stronę.

– Nie wiem. Dokąd­kol­wiek.

– A gdzie pani mieszka?

Kobieta drgnęła gwał­tow­nie.

– Tam nie mogę iść! Nie! Nie mogę! Nie tam!

Jej oczy w jed­nej chwili wypeł­niły się dzi­kim stra­chem. Pokłó­ciła się, pomy­ślał Ravic. Miała jakąś scy­sję i wybie­gła na ulicę. Prze­my­śli sobie wszystko i jutro w połu­dnie wróci.

– Zna pani kogoś, do kogo mogłaby pani pójść? Ma pani jakąś zna­jomą? Może pani zadzwo­nić z knajpy.

– Nie. Nie mam nikogo.

– Ale musi pani gdzieś pójść. Nie ma pani pie­nię­dzy na pokój?

– Mam.

– No, to niech pani idzie do hotelu. Wszę­dzie tutaj, w tych bocz­nych ulicz­kach są hotele.

Nie odpo­wie­działa.

– Dokądś musi pani pójść – znie­cier­pli­wił się Ravic. – Nie może pani prze­cież zostać w desz­czu na ulicy.

Kobieta otu­liła się szczel­niej płasz­czem.

– Ma pan rację – stwier­dziła, jakby powzięła w końcu decy­zję. – W zupeł­no­ści ma pan rację. Dzię­kuję. Pro­szę się już o mnie nie mar­twić. Na pewno dokądś pójdę. Dzię­kuję. – Przy­trzy­mała jedną ręką pod szyją roz­chy­la­jący się koł­nierz płasz­cza. – Dzię­kuję za wszystko.

Popa­trzyła z dołu na Ravica spoj­rze­niem peł­nym bólu i spró­bo­wała się uśmiech­nąć, lecz jej się nie udało. A potem, już bez waha­nia, bez­gło­śnym kro­kiem odda­liła się w mżą­cym desz­czu.

Ravic postał jesz­cze chwilę.

– Psia­krew! – mruk­nął zasko­czony i nie­zde­cy­do­wany.

Nie wie­dział, skąd to się wzięło i co to było, smutny uśmiech albo spoj­rze­nie, albo pusta ulica, a może noc – wie­dział tylko, że nie zostawi samej tej kobiety, która wyglą­dała nagle we mgle niczym zagu­bione dziecko. Ruszył za nią.

– Niech pani idzie ze mną – powie­dział opry­skli­wie. – Coś się na pewno znaj­dzie.

Dotarli do Étoile. Ogromny, bez­kre­sny plac roz­cią­gał się przed nimi w sączą­cej się sza­ro­ści. Mgła zgęst­niała, nie było już widać odcho­dzą­cych pro­mie­ni­ście ulic. Był tylko roz­le­gły plac ze świe­cą­cymi się tu i ówdzie męt­nymi księ­ży­cami latarń oraz kamienną budowlą ogrom­nego Łuku, który ginął we mgle, jakby pod­pie­rał smutne niebo i osła­niał samotny blady pło­mień na Gro­bie Nie­zna­nego Żoł­nie­rza, wyglą­da­ją­cym niby ostatni grób ludz­ko­ści wśród nocy i opusz­cze­nia.

Prze­mie­rzyli na ukos cały plac. Ravic szedł szyb­kim kro­kiem. Był zbyt zmę­czony, żeby myśleć. Sły­szał obok sie­bie nie­pewne, mięk­kie kroki kobiety, która podą­żała za nim w mil­cze­niu z opusz­czoną głową, zanu­rzyw­szy ręce w kie­sze­niach płasz­cza, mały, obcy pło­mień życia – i nagle, w póź­nej samot­no­ści placu, mimo że nic nie wie­dział o niej, a może wła­śnie z tego powodu, wydała mu się przez chwilę w dziwny spo­sób przy­na­leżna do niego. Była mu obca, tak jak on sam czuł się wszę­dzie obco, a to dziw­nie ją do niego zbli­żało, bar­dziej niż mno­gość słów i niwe­lu­jąca moc przy­zwy­cza­je­nia, jakie przy­nosi czas.

Ravic miesz­kał w małym hotelu przy prze­cznicy Ave­nue Wagram, za Place des Ter­nes. Budy­nek znaj­do­wał się w dość opła­ka­nym sta­nie, nowy był tylko szyld nad wej­ściem z napi­sem „Hôtel Inter­na­tio­nal”.

Zadzwo­nił do drzwi.

– Macie jesz­cze jakiś wolny pokój? – zapy­tał posłu­ga­cza, który mu otwo­rzył.

Zaspany chło­piec wytrzesz­czył na niego oczy.

– Kon­sjerża nie ma – wyją­kał w końcu.

– To widzę. Pyta­łem cię, czy jest jesz­cze wolny pokój.

Chło­piec bez­rad­nie wzru­szył ramio­nami. Widział, że z Ravi­kiem jest kobieta, ale nie rozu­miał, do czego potrzebny mu jesz­cze jeden pokój. Z doświad­cze­nia wie­dział, że nie po to przy­pro­wa­dza się kobiety.

– Madame śpi. Wyrzuci mnie na zbity pysk, jak ją zbu­dzę – powie­dział i podra­pał się jedną nogą w drugą.

– No cóż, w takim razie sami będziemy musieli spraw­dzić.

Ravic dał chłopcu napi­wek, wziął klucz i ruszył przed kobietą po scho­dach na górę. Zanim otwo­rzył swój pokój, przyj­rzał się sąsied­nim drzwiom. Nie stały przed nimi buty. Zapu­kał dwa razy. Nikt nie odpo­wie­dział. Ostroż­nie naci­snął klamkę. Drzwi były zamknięte na klucz.

– Wczo­raj był pusty – mruk­nął. – Spró­bu­jemy jesz­cze z dru­giej strony. Wła­ści­cielka praw­do­po­dob­nie zamknęła, bo bała się, że plu­skwy uciekną.

Otwo­rzył swój pokój.

– Pro­szę usiąść na chwilę. – Wska­zał czer­woną sofę wypchaną koń­skim wło­siem. – Zaraz wra­cam.

Otwo­rzył drzwi okienne pro­wa­dzące na wąski żela­zny bal­kon, skąd prze­lazł przez kratę łączącą na sąsiedni i zba­dał drzwi. One rów­nież były zamknięte. Zre­zy­gno­wany wró­cił do pokoju.

– Nie da rady. Nie zała­twię pani tutaj pokoju.

Kobieta sie­działa w rogu sofy.

– Mogę posie­dzieć jesz­cze chwilę?

Ravic przyj­rzał się jej uważ­nie. Wyda­wało się, że nie jest w sta­nie się pod­nieść. Jej twarz roz­sy­py­wała się ze zmę­cze­nia.

– Może pani tu zostać – powie­dział.

– Tylko chwilę…

– Może się pani tutaj prze­spać. Tak będzie naj­pro­ściej.

Spra­wiała wra­że­nie, jakby nie dosły­szała. Powoli, nie­mal auto­ma­tycz­nie poru­szała głową.

– Powi­nien pan był zosta­wić mnie na ulicy. A teraz… sądzę, że teraz już nie jestem w sta­nie.

– Też tak sądzę. Może pani tu zostać i się prze­spać. To naj­lep­sze roz­wią­za­nie. A rano zoba­czymy, co dalej.

Popa­trzyła na niego.

– Nie chcia­ła­bym panu…

– Mój Boże. Naprawdę mi pani nie prze­szka­dza. Już nie­raz zda­rzało się, że ktoś zosta­wał tutaj na noc, bo nie wie­dział, dokąd pójść. W tym hotelu miesz­kają uchodźcy. Takie rze­czy zda­rzają się pra­wie codzien­nie. Może pani wziąć łóżko. Ja będę spał na sofie. Jestem przy­zwy­cza­jony.

– Nie, nie, mogę tutaj sie­dzieć dalej. Jeśli tylko będę mogła jesz­cze posie­dzieć, to wystar­czy.

– Dobrze, jak pani chce.

Ravic zdjął płaszcz i powie­sił na wie­szaku. Następ­nie wziął pled i poduszkę z łóżka i przy­su­nął krze­sło do sofy. Z łazienki przy­niósł płaszcz kąpie­lowy i powie­sił na opar­ciu krze­sła.

– Pro­szę – powie­dział – to wszystko, co mogę pani dać. Jeśli pani chce, może też pani dostać pidżamę. W szu­fla­dzie komody jest ich kilka. Od tej pory prze­staję się o panią trosz­czyć. Teraz może pani sko­rzy­stać z łazienki. Ja muszę jesz­cze coś zro­bić.

Kobieta pokrę­ciła głową.

Ravic sta­nął przed nią.

– Ale płaszcz zdej­miemy – powie­dział. – Jest kom­plet­nie prze­mo­czony. Niech pani da także beret.

Podała mu jedno i dru­gie. Poło­żył poduszkę w rogu sofy.

– To pod głowę. A krze­sło po to, żeby śpiąc, nie spa­dła pani na pod­łogę. – Przy­su­nął je do sofy. – Teraz jesz­cze tylko buty. Natu­ral­nie mokre na wylot. Nie­za­wodny spo­sób, żeby się prze­zię­bić. – Ścią­gnął jej pan­to­fle, wyjął z szu­flady krót­kie weł­niane skar­pety i wło­żył na jej stopy. – No, teraz od biedy ujdzie. W kry­tycz­nych momen­tach należy zadbać o odro­binę kom­fortu. To stara zasada żoł­nier­ska.

– Dzię­kuję – powie­działa kobieta. – Dzię­kuję.

Ravic poszedł do łazienki i odkrę­cił kurki. Woda try­snęła do umy­walki. Polu­zo­wał kra­wat i nie­obec­nym wzro­kiem przy­glą­dał się sobie w lustrze. Baczne spoj­rze­nie oczu osa­dzo­nych głę­boko w cie­niu oczo­do­łów, szczu­pła twarz, śmier­tel­nie zmę­czona, gdyby nie wła­śnie oczy; wargi zbyt mięk­kie w porów­na­niu z bruz­dami wyżło­bio­nymi od nosa do ust – a nad pra­wym okiem, prze­cho­dząca w ząb­ko­wa­nej postaci pod włosy, długa bli­zna.

Jego myśli prze­rwało brzę­cze­nie tele­fonu.

– Psia­krew!

W ciągu sekundy wszystko zapo­mniał. Zda­rzały się takie chwile zato­pie­nia. Ale obok była prze­cież jesz­cze kobieta.

– Już idę – zawo­łał. – Prze­stra­szona? – Pod­niósł słu­chawkę. – Co? Tak. Dobrze… tak… oczy­wi­ście, tak… jakoś się da… tak. Gdzie? Dobrze, już wycho­dzę. Gorą­cej kawy, moc­nej kawy… tak…

Bar­dzo ostroż­nie odło­żył słu­chawkę na widełki i przez kilka sekund sie­dział w zamy­śle­niu na porę­czy sofy.

– Muszę wyjść – wyja­śnił. – To pilne.

Kobieta natych­miast wstała. Tro­chę się chwiała i musiała oprzeć się o krze­sło.

– Nie, nie… – Ravica wzru­szyła na moment ta posłuszna ocho­czość. – Może pani tu zostać. Pro­szę się prze­spać. Ja muszę wyjść na godzinę, dwie, nie wiem, na jak długo. Spo­koj­nie może pani zostać.

Wło­żył płaszcz. Prze­mknęła mu przez głową pewna myśl, ale natych­miast puścił ją w nie­pa­mięć. Ta kobieta nic nie ukrad­nie. Nie nale­żała do tego typu ludzi, który znał aż za dobrze. Nie­wiele zresztą było do ukra­dze­nia.

Stał już przy drzwiach, kiedy zapy­tała:

– Mogę pójść z panem?

– Nie, to nie­moż­liwe. Pro­szę zostać tutaj. Niech pani sobie weź­mie, czego pani jesz­cze potrze­buje. Łóżko też, jeśli pani chce. Koniak stoi tam. Pro­szę się prze­spać…

Odwró­cił się.

– Niech pan zostawi włą­czone świa­tło – powie­działa nagle szybko kobieta.

Ravic wypu­ścił klamkę z ręki.

– Boi się pani? – zapy­tał.

Ski­nęła głową.

Wska­zał klucz.

– Pro­szę zamknąć za mną, a potem wycią­gnąć klucz. Na dole jest drugi, wezmę od por­tiera i otwo­rzę sobie.

Pokrę­ciła głową.

– Nie o to cho­dzi. Ale, pro­szę, niech pan zostawi świa­tło włą­czone.

– Ach tak! – Ravic spoj­rzał na nią badaw­czo. – Tak czy owak nie zamie­rza­łem go gasić. Spo­koj­nie może się palić. Znam to. Mie­wa­łem już takie okresy.

Gdy zna­lazł się na rogu rue des Aca­cias, nad­je­chała z naprze­ciwka tak­sówka.

– Pro­szę na rue Lau­ri­ston czter­na­ście. Śpie­szy mi się!

Szo­fer zawró­cił i skrę­cił w Ave­nue Car­not. Kiedy prze­ci­nał Ave­nue de la Grande Armée, z pra­wej strony wysko­czyło małe dwu­oso­bowe auto. Samo­chody zde­rzy­łyby się, gdyby jezd­nia nie była mokra i śli­ska. To dla­tego dwu­oso­bowe autko zarzu­ciło przy hamo­wa­niu na śro­dek jezdni, tuż obok maski tak­sówki. Lekki wóz krę­cił się jak karu­zela. W małym renaul­cie sie­dział męż­czy­zna w oku­la­rach i czar­nym sztyw­nym kape­lu­szu. Przy każ­dym obro­cie widać było przez chwilę jego bladą obu­rzoną twarz. W końcu samo­chód prze­stał się krę­cić i ruszył w kie­runku Łuku Trium­fal­nego na końcu ulicy, jakby to była ogromna brama Hadesu – mały zie­lony owad z wygra­ża­jącą białą pię­ścią na tle noc­nego nieba.

Kie­rowca tak­sówki odwró­cił się do Ravica.

– Widział pan już kie­dyś coś takiego?

– Ow­szem.

– Ale w takim kape­lu­szu. Jak ktoś w takim kape­lu­szu może jechać po nocy tak szybko?

– Miał prawo. To on miał pierw­szeń­stwo jazdy. Dla­czego mu pan wymy­śla?

– Oczy­wi­ście, że miał prawo. Wła­śnie dla­tego mu wymy­ślam.

– A co by pan zro­bił, gdyby nie miał?

– Też bym mu wymy­ślał.

– Wygląda na to, że uła­twia pan sobie życie.

– Wymy­ślał­bym, ale ina­czej – wyja­śnił szo­fer i skrę­cił w Ave­nue Foch. – Nie z takim zdzi­wie­niem, rozu­mie pan?

– Nie. Pro­szę wol­niej jeź­dzić na skrzy­żo­wa­niach.

– Zamie­rza­łem tak czy owak. Cho­lerna śli­zgawka na środku jezdni. Ale dla­czego wła­ści­wie pan pyta, skoro potem nie chce pan sły­szeć odpo­wie­dzi?

– Bo jestem zmę­czony – odparł znie­cier­pli­wiony Ravic. – Bo jest noc. Jeśli o mnie cho­dzi, także dla­tego, że jeste­śmy iskrą na nie­zna­nym wie­trze. Niech pan przy­śpie­szy.

– To co innego. – Szo­fer przy­tknął palce do czapki na znak pew­nego sza­cunku. – To rozu­miem.

– Pro­szę mi powie­dzieć – ode­zwał się po chwili Ravic, któ­rego naszło pewne podej­rze­nie. – Nie jest pan Rosja­ni­nem?

– Nie. Ale czy­tam różne rze­czy, kiedy cze­kam na klien­tów.

Nie mam dziś szczę­ścia do Rosjan, pomy­ślał Ravic. Oparł głowę na zagłówku kanapy. Kawy, pomy­ślał. Gorą­cej, czar­nej kawy. Oby mieli jej pod dostat­kiem. Moje ręce muszą być cho­ler­nie spo­kojne. Jeśli nie da się ina­czej, Veber będzie musiał zro­bić mi zastrzyk. Ale na pewno się da. Opu­ścił szybę w oknie i wdy­chał powoli i głę­boko wil­gotne powie­trze.

2

W małej sali ope­ra­cyj­nej było jasno jak w dzień. Z wyglądu przy­po­mi­nała higie­niczną rzeź­nię. Pod ścianą stały kubły z prze­siąk­nię­tymi krwią strzę­pami waty, tu i ówdzie walały się opa­trunki i tam­pony, a krzy­kliwa czer­wień odci­nała się odświęt­nie od mnó­stwa bieli. Veber sie­dział w przed­po­koju przy lakie­ro­wa­nym sta­lo­wym sto­liku i robił notatki; jedna z sióstr wygo­to­wy­wała instru­menty; woda wrzała, świa­tło zda­wało się syczeć i tylko ciało na stole leżało zupeł­nie samo – jego to wszystko w ogóle już nie obcho­dziło.

Ravic nalał sobie mydła na ręce i zaczął się myć. Mył się z dziką zawzię­to­ścią, jakby szo­ru­jąc, chciał zedrzeć całą skórę.

– Psia­krew! – mruk­nął pod nosem. – Niech to wszy­scy dia­bli!

Sio­stra instru­men­ta­riuszka popa­trzyła na niego z odrazą. Veber pod­niósł wzrok.

– Spo­koj­nie, Euge­nie! Wszy­scy chi­rur­dzy prze­kli­nają. Zwłasz­cza gdy coś się nie powie­dzie. Powinna być pani przy­zwy­cza­jona.

Pie­lę­gniarka wrzu­ciła garść instru­men­tów do gotu­ją­cej się wody.

– Pro­fe­sor Per­rier ni­gdy nie prze­kli­nał – oświad­czyła obra­żona. – A mimo to ura­to­wał wielu ludzi.

– Pro­fe­sor Per­rier był spe­cja­li­stą od ope­ra­cji mózgu. To naj­sub­tel­niej­sza mecha­nika pre­cy­zyjna, Euge­nie. My kro­imy brzu­chy, a to co innego. – Veber zamknął zeszyt z notat­kami i wstał. – Dobra robota, Ravic. Ale jeśli wcze­śniej dzia­łał jakiś fuszer, to nie da się już nic zro­bić.

– Da się, cza­sami można.

Ravic wytarł ręce i zapa­lił papie­rosa. Pie­lę­gniarka z mil­czącą dez­apro­batą otwo­rzyła okno.

– Brawo, Euge­nie – pochwa­lił ją Veber. – Zawsze zgod­nie z prze­pi­sami.

– Mam w życiu pewne obo­wiązki. I nie lubię bujać w obło­kach.

– Ład­nie powie­dziane, Euge­nie. I uspo­ka­ja­jące!

– Nie­któ­rzy nie mają obo­wiąz­ków i nie chcą ich mieć.

– To było pod pań­skim adre­sem, Ravic! – Veber roze­śmiał się. – Lepiej się wyno­śmy. Euge­nie bywa rano bar­dzo agre­sywna. Tutaj tak czy owak nie ma już nic do roboty.

Ravic odwró­cił się i popa­trzył na obo­wiąz­kową pie­lę­gniarkę. Bez lęku odwza­jem­niła jego spoj­rze­nie. Oku­lary w niklo­wej oprawce nada­wały jej gład­kiej twa­rzy wra­że­nie nie­ty­kal­no­ści. Była czło­wie­kiem jak on, ale była mu bar­dziej obca niż drzewo.

– Prze­pra­szam – powie­dział. – Ma pani rację.

Na bia­łym stole leżało coś, co jesz­cze przed paroma godzi­nami było nadzieją, odde­chem, bólem i dygo­czą­cym życiem. Został z niego tylko bez­sen­sowny zewłok – a ludzki auto­mat, zwany sio­strą Euge­nie, dumny z tego, że ni­gdy nie popeł­nia błę­dów, przy­krył go i wywiózł z pomiesz­cze­nia. Tacy zawsze prze­żyją, pomy­ślał Ravic, świa­tło nie kocha tych drew­nia­nych dusz, dla­tego zapo­mina o nich i pozwala im długo żyć.

– Do widze­nia, Euge­nie – powie­dział Veber. – Niech się pani dzi­siaj wyśpi.

– Do widze­nia, dok­to­rze Veber. Dzię­kuję, panie dok­to­rze.

– Do widze­nia – rzekł Ravic. – I prze­pra­szam za prze­kli­na­nie.

– Miłego dnia – odparła lodo­wa­tym tonem Euge­nie.

– Cha­rak­ter z lanego żelaza – uśmiech­nął się Veber.

Na zewnątrz powi­tał ich szary pora­nek. Śmie­ciarki z tur­ko­tem objeż­dżały ulice. Veber posta­wił koł­nierz.

– Ohydna pogoda! Pod­wieźć pana, Ravic?

– Nie, dzię­kuję. Przejdę się.

– W taką pogodę? Mogę pana pod­rzu­cić. To wła­ści­wie po dro­dze.

Ravic pokrę­cił głową.

– Dzię­kuję, Veber.

Tam­ten przyj­rzał mu się badaw­czo.

– Dziwne, że na­dal tak mocno pan prze­żywa, kiedy ktoś umrze panu pod nożem. Jest pan prze­cież od pięt­na­stu lat w zawo­dzie i zna takie sytu­acje.

– Ow­szem, znam takie sytu­acje. I już tego nie prze­ży­wam.

Veber stał przed nim zwa­li­sty i masywny. Jego duża, okrą­gła twarz błysz­czała niczym nor­mandz­kie jabłko. Czarne przy­strzy­żone wąsy, mokre od desz­czu, poły­ski­wały. Poły­ski­wał też sto­jący na skraju chod­nika buick. To nim Veber poje­dzie wygod­nie do domu na przed­mie­ściu – różo­wego domku jak dla lalek, gdzie czeka czy­sta, rumiana żonka i dwoje czy­stych, rumia­nych dzieci oraz czy­sta, rumiana egzy­sten­cja. Jak można mu było wyja­śnić w przy­bli­że­niu to wstrzy­ma­nie tchu, kiedy przy­sta­wia się skal­pel, aby wyko­nać pierw­sze nacię­cie, kiedy wąska, czer­wona strużka krwi poja­wia się w ślad za lek­kim naci­skiem ręki, kiedy ciało w szpo­nach igieł i kla­mer roz­chyla się niczym wie­lo­war­stwowa kur­tyna, kiedy odsła­nia się narządy wewnętrzne, które ni­gdy nie oglą­dały świa­tła, kiedy jak myśliwy w dżun­gli podąża się jakimś tro­pem i nagle w znisz­czo­nych tkan­kach, w bul­wach, w wybu­ja­ło­ściach, w szcze­li­nach, staje naprze­ciw niego, wiel­kiego dra­pież­nika o imie­niu Śmierć? Jak wyja­śnić ową walkę, w któ­rej nie potrzeba niczego prócz cien­kiego ostrza, igły i nie­skoń­cze­nie pew­nej ręki – jak mu wyja­śnić, co to zna­czy, kiedy potem wśród całej tej olśnie­wa­ją­cej, skon­cen­tro­wa­nej w naj­wyż­szym stop­niu bieli nagle na krew pada cień, maje­sta­tyczne szy­der­stwo, zda­jące się stę­piać lan­cet, kru­szyć igłę i nada­wać ręce ocię­ża­łość – i kiedy to nie­wi­dzialne, zagad­kowe, pul­su­jące, czyli życie, w jed­nej chwili prze­staje drgać pod bez­sil­nymi dłońmi, roz­pada się, wcią­gane przez upiorny czarny wir, do któ­rego nie można się zbli­żyć i go odpę­dzić, kiedy twarz, która jesz­cze przed chwilą oddy­chała i była jakimś Ja, i nosiła imię, zamie­nia się w bez­i­mienną, nie­ru­chomą maskę – tę bez­sen­sowną, bun­tow­ni­czą bez­sil­ność – jak można ją wyja­śnić – i co w niej w ogóle jest do wyja­śnia­nia?

Ravic zapa­lił następ­nego papie­rosa.

– To życie trwało dwa­dzie­ścia jeden lat – powie­dział.

Veber otarł z wąsów chu­s­teczką błysz­czące kro­ple.

– Wyko­nał pan świetną robotę. Ja bym tak nie potra­fił. Nie powi­nien się pan przej­mo­wać tym, że nie zdo­łał pan napra­wić cze­goś, co spa­prał jakiś kono­wał. Do czego byśmy doszli, gdy­by­śmy tak myśleli!

– Tak – przy­znał Ravic. – Do czego byśmy doszli!

Veber scho­wał chu­s­teczkę.

– Po tym wszyst­kim, co pan prze­szedł, powi­nien pan być jed­nak cho­ler­nie zahar­to­wany.

Ravic popa­trzył na niego z odcie­niem iro­nii w oczach.

– Czło­wiek ni­gdy nie jest zahar­to­wany. Można tylko przy­wyk­nąć do wielu rze­czy.

– To mia­łem na myśli.

– Tak, a do nie­któ­rych ni­gdy się nie uda. Ale to trudno usta­lić. Załóżmy, że cho­dziło o kawę. Może rze­czy­wi­ście kawa mnie tak oży­wiła. A my wzię­li­śmy to za pod­nie­ce­nie.

– Kawa była dobra, prawda?

– Bar­dzo.

– Znam się na robie­niu kawy. Mia­łem swego rodzaju prze­czu­cie, że jej pan potrze­buje, dla­tego sam ją zro­bi­łem. To było coś innego niż czarna lura, którą przy­rzą­dza zwy­kle Euge­nie, prawda?

– Nie ma porów­na­nia. W robie­niu kawy jest pan mistrzem.

Veber wsiadł do swo­jego wozu. Włą­czył star­ter i wychy­lił się przez okno.

– Może jed­nak szybko pana pod­rzucę? Musi pan być cho­ler­nie zmę­czony.

Jak foka, pomy­ślał w roz­tar­gnie­niu Ravic. Przy­po­mina z wyglądu zdrową fokę. Ale co z tego? Po co mi to przy­szło do głowy? Po co cią­gle to podwójne myśle­nie?

– Nie jestem zmę­czony – powie­dział. – Kawa mnie obu­dziła. Niech pan się dobrze wyśpi, Veber.

Veber roze­śmiał się. Bły­snęły zęby pod czar­nymi wąsami.

– Nie pójdę już spać. Pójdę popra­co­wać w swoim ogródku. Posa­dzić tuli­pany i nar­cyzy.

Tuli­pany i nar­cyzy, pomy­ślał Ravic. W równo wyty­czo­nych grząd­kach ze schlud­nymi alej­kami żwi­ro­wymi pomię­dzy. Tuli­pany i nar­cyzy – brzo­skwi­niowo-złoty atak wio­sny.

– Do widze­nia, Veber – dodał. – Pan zadba o całą resztę, prawda?

– Oczy­wi­ście. Wie­czo­rem zadzwo­nię jesz­cze do pana. Hono­ra­rium będzie nie­wiel­kie. Wła­ści­wie nie­warte wzmianki. Dziew­czyna była biedna i wygląda na to, że nie miała krew­nych. Jesz­cze się okaże.

Ravic wzbra­nia­ją­cym ruchem pod­niósł rękę.

– Wrę­czyła Euge­nie sto fran­ków. Wygląda na to, że wię­cej nie miała. Z tego dwa­dzie­ścia pięć dla pana.

– Dobrze, dobrze – odparł nie­cier­pli­wie Ravic. – Do widze­nia, Veber.

– Do widze­nia. Do zoba­cze­nia jutro rano o ósmej.

Ravic szedł powoli rue Lau­ri­ston. Gdyby było lato, usiadłby w poran­nym słońcu gdzieś na ławce w Lasku Buloń­skim i wpa­try­wał się bez­myśl­nie w wodę albo zie­lony las, dopóki napię­cie nie ustąpi. Potem poje­chałby do hotelu i poło­żył się spać.

Wstą­pił do bistra na rogu rue La Boissière. Przy kon­tu­arze stało paru robot­ni­ków i kie­row­ców cię­ża­ró­wek. Pili gorącą czarną kawę i maczali w niej brioszki. Ravic obser­wo­wał ich przez chwilę. To było pewne, pro­ste życie, egzy­sten­cja dająca się chwy­cić w garść i zapla­no­wać, wie­czo­rem zmę­cze­nie, kola­cja, kobieta i ciężki sen bez marzeń sen­nych.

– Pro­szę kirsz – powie­dział.

Umie­ra­jąca dziew­czyna nosiła na kostce pra­wej nogi cienki tani pozła­cany łań­cu­szek – takie nie­do­rzeczne pomy­sły miewa się tylko wtedy, gdy jest się mło­dym, sen­ty­men­tal­nym i nie ma dobrego gustu. Do łań­cuszka, zaku­tego wokół kostki, żeby nie dało się go zdjąć, dołą­czona była mała pla­kietka z napi­sem „Toujo­urs1 Char­les”. Łań­cu­szek opo­wia­dał histo­rię o nie­dzie­lach w lasach nad Sekwaną, o zako­cha­niu i dur­nej mło­do­ści, o drob­nym jubi­le­rze gdzieś w Neu­illy, o wrze­śnio­wych nocach w poko­iku na pod­da­szu – a potem nagle zaczęło się nie­przy­cho­dze­nie, cze­ka­nie, strach – toujo­urs Char­les nie dał już znaku życia, przy­ja­ciółka znała adres pew­nej aku­szerki, był stół przy­kryty ceratą, rwący ból i krew, krew, zmie­szana twarz sta­rej baby, ramiona wpy­cha­jące dziew­czynę szybko do tak­sówki, żeby się jej pozbyć, dni męczarni i ukry­wa­nia się, w końcu trans­port, szpi­tal, ostatni zmięty bank­not stu­fran­kowy w gorą­cej, spo­co­nej dłoni, a i to: za późno.

Nagle zaskrze­czało radio. Roz­le­gły się dźwięki tanga, do któ­rego nosowy głos śpie­wał jakieś idio­tyczne słowa. Ravic przy­ła­pał się na tym, że na­dal krok po kroku roz­pa­mię­tuje ope­ra­cję. Prze­ana­li­zo­wał każdą swoją czyn­ność. Kilka godzin wcze­śniej może była jesz­cze szansa. Veber kazał do niego dzwo­nić, ale nie było go w hotelu. Dziew­czyna musiała więc umrzeć, bo on stał sobie przy Pont de l’Alma. Sam Veber nie potra­fił wyko­ny­wać takich ope­ra­cji. Co za zło­śli­wość losu. Noga z pozła­ca­nym łań­cusz­kiem na kostce, bez­wład­nie wykrę­cona do wewnątrz.

„Wsiądź do mej łodzi, świeci księ­życ w pełni”, zawo­dził teno­rek piskli­wym fal­se­tem.

Ravic zapła­cił i wyszedł. Na zewnątrz zatrzy­mał tak­sówkę.

– Do „Ozy­rysa” pro­szę.

„Ozy­rys” był dużym, miesz­czań­skim bur­de­lem z potęż­nym barem, wszystko utrzy­mane w egip­skim stylu.

– Wła­śnie zamy­kamy – oświad­czył por­tier. – Nie ma już nikogo.

– Nikogo?

– Jest tylko madame Rolande. Pozo­stałe damy już poszły.

– To dobrze.

Nie­za­do­wo­lony por­tier w kalo­szach prze­stę­po­wał z nogi na nogę.

– Nie zostawi pan sobie tak­sówki? Póź­niej nie­ła­two będzie panu coś zła­pać. My zamy­kamy.

– Już mi pan to mówił. Na pewno jesz­cze coś zła­pię.

Ravic wsa­dził por­tie­rowi paczkę papie­ro­sów do kie­szonki na piersi i wszedł do środka przez wąskie drzwi. Minąw­szy szat­nię, zna­lazł się w dużym pomiesz­cze­niu. W barze było pusto: jak zwy­kle spra­wiał wra­że­nie lokalu, w któ­rym odbyło się przy­ję­cie w drob­no­miesz­czań­skim stylu – kałuże roz­la­nego wina, parę prze­wró­co­nych krze­seł, nie­do­pałki papie­ro­sów na pod­ło­dze i zapach tyto­niu, słod­kich per­fum oraz skóry.

– Rolande – ode­zwał się Ravic.

Stała przed sto­li­kiem, na któ­rym leżała sterta różo­wej jedwab­nej bie­li­zny.

– Ravic – odpo­wie­działa w ogóle bez zdzi­wie­nia. – Późno się zja­wiasz. Co chcesz dostać: dziew­czynę czy coś do picia? Czy jedno i dru­gie?

– Chcę wódki. Pol­skiej.

Rolande przy­nio­sła butelkę i kie­li­szek.

– Sam sobie nalej. Muszę jesz­cze posor­to­wać i spi­sać bie­li­znę. Zaraz przy­je­dzie auto z pralni. Jeśli czło­wiek nie spi­sze wszyst­kiego, ta banda krad­nie jak stado srok. Kie­rowcy, wiesz? Na pre­zenty dla swo­ich dziew­czyn.

Poki­wał ze zro­zu­mie­niem głową.

– Nastaw muzykę, Rolande. Gło­śno.

– Dobrze.

Włą­czyła kon­takt. Za sprawą kotłów i per­ku­sji muzyka zagrzmiała w wyso­kim, pustym pomiesz­cze­niu niczym burza.

– Nie za gło­śno, Ravic?

Za gło­śno? Czy coś było za gło­śne? Tylko cisza. Cisza, w któ­rej czło­wiek roz­pa­dał się niczym w próżni.

– Gotowe.

Rolande pode­szła do sto­lika, przy któ­rym sie­dział Ravic. Miała krępą figurę, wyra­zi­stą twarz i spo­kojne czarne oczy. Noszona przez nią czarna, pury­tań­ska suk­nia wska­zy­wała, że Rolande jest tutaj zarzą­dza­jącą, w odróż­nie­niu od pra­wie nagich pro­sty­tu­tek.

– Napij się ze mną, Rolande.

– Dobrze.

Ravic przy­niósł z baru kie­li­szek i jej nalał. Kiedy kie­li­szek był napeł­niony do połowy, Rolande przy­trzy­mała butelkę.

– Wystar­czy! Nie wypiję wię­cej.

– Kie­liszki do połowy puste to okrop­ność. Lepiej zostaw, jeśli nie dasz rady.

– Dla­czego? Prze­cież byłoby to mar­no­traw­stwo.

Ravic pod­niósł wzrok. Popa­trzył w jej godną zaufa­nia, roz­tropną twarz i się uśmiech­nął.

– Mar­no­traw­stwo! Cią­gle ten fran­cu­ski strach. A po co oszczę­dzać? Cie­bie też nie oszczę­dzają.

– To tutaj to inte­res. To co innego.

Ravic roze­śmiał się.

– Wypijmy za to! Czym byłby świat bez moral­no­ści w inte­re­sach! Gro­madą prze­stęp­ców, ide­ali­stów i próż­nia­ków.

– Potrze­bu­jesz dziew­czyny – stwier­dziła. – Mogę zadzwo­nić do Kiki. Jest bar­dzo dobra. Dwa­dzie­ścia jeden lat.

– Ach tak. Też dwa­dzie­ścia jeden. Dzi­siaj to nie dla mnie. – Ponow­nie napeł­nił swój kie­li­szek. – O czym tak naprawdę myślisz, Rolande, przed zaśnię­ciem?

– Prze­waż­nie o niczym. Jestem zbyt zmę­czona.

– A gdy nie jesteś zbyt zmę­czona?

– O Tours.

– Dla­czego?

– Moja ciotka ma tam dom ze skle­pem. Dałam jej na niego dwie hipo­teki. Kiedy ciotka umrze – a ma sie­dem­dzie­siąt sześć lat – dostanę dom. Wtedy prze­ro­bię sklep na kawiar­nię. Jasne tapety w dese­nie kwia­towe, trzy­oso­bowy zespół muzyczny: pia­nino, skrzypce, wio­lon­czela, a w głębi bar. Mały i dobrze zaopa­trzony. Dom stoi w dobrej dziel­nicy. Sądzę, że za dzie­więć i pół tysiąca fran­ków uda mi się go urzą­dzić, nawet wli­cza­jąc zasłony i lampy. Poza tym chcę mieć pięć tysięcy fran­ków w rezer­wie na pierw­szy okres. I natu­ral­nie dojdą czyn­sze z wynaj­mo­wa­nia pierw­szego i dru­giego pię­tra. O tym myślę.

– Uro­dzi­łaś się w Tours?

– Tak. Ale nikt nie wie, gdzie się póź­niej obra­ca­łam. A jeśli inte­res będzie dobrze pro­spe­ro­wał, nikt o to nie zapyta. Pie­nią­dze wszystko przy­kry­wają.

– Nie wszystko. Ale wiele.

Ravic czuł nara­sta­jącą ocię­ża­łość w głębi oczo­do­łów, skut­kiem czego mówiło mu się coraz wol­niej.

– Chyba mam dosyć – powie­dział i wycią­gnął z kie­szeni kilka bank­no­tów. – Wyj­dziesz w Tours za mąż?

– Nie od razu. Ale za kilka lat. Mam tam przy­ja­ciela.

– Jeź­dzisz cza­sami do niego?

– Rzadko. On cza­sem pisze do mnie. Oczy­wi­ście na inny adres. Jest żonaty, ale jego żona leży w szpi­talu. Gruź­lica. Leka­rze dają jej naj­wy­żej rok lub dwa. Wtedy będzie wolny.

Ravic wstał.

– Niech Bóg cię bło­go­sławi, Rolande. Masz dobrze poukła­dane w gło­wie.

Uśmiech­nęła się ufnie. Uwa­żała, że Ravic ma rację. Na jej wyra­zi­stej twa­rzy nie było widać nawet śladu zmę­cze­nia. Wyda­wała się świeża, jakby przed chwilą wstała z łóżka. Wie­działa, czego chce. Życie nie miało przed nią tajem­nic.

Na zewnątrz roz­wid­niło się już zupeł­nie. Prze­stało padać. Pisu­ary sto­jące na rogach ulic przy­po­mi­nały wie­życzki czoł­gów. Por­tier znik­nął, noc się ulot­niła, zaczął się dzień, a przy wej­ściach do metra tło­czyły się gro­mady śpie­szą­cych się ludzi – jakby wpa­dali w dziury w ziemi, żeby zło­żyć sie­bie w ofie­rze jakie­muś mrocz­nemu bóstwu.

Kobieta pode­rwała się ze snu. Nie krzyk­nęła – tylko z cichym, stłu­mio­nym okrzy­kiem pod­nio­sła się gwał­tow­nie na sofie, oparła na łok­ciach i zasty­gła w bez­ru­chu.

– Spo­koj­nie, spo­koj­nie – powie­dział Ravic. – To ja. Ten, który przy­pro­wa­dził panią tutaj kilka godzin temu.

Kobieta zaczęła z powro­tem oddy­chać. Nie widział jej dokład­nie; zapa­lone świa­tło elek­tryczne mie­szało się z jasno­ścią poranka, która wpeł­zała przez okno, two­rząc bladą, chorą poświatę.

– Sądzę, że możemy już to wyłą­czyć – dodał i prze­krę­cił kon­takt.

Znowu czuł w skro­niach pul­su­jące mięk­kie mło­teczki, jak zawsze, gdy wię­cej wypił.

– Zja­dłaby pani śnia­da­nie? – zapy­tał. Zapo­mniał o niej, a gdy odbie­rał klucz od pokoju, pomy­ślał, że już sobie poszła. Chęt­nie by się jej pozbył. Wypił wystar­cza­jąco dużo, kulisy jego świa­do­mo­ści prze­su­nęły się, a kiedy dzwo­niący łań­cuch czasu pękł, obstą­piły go wspo­mnie­nia i marze­nia, silne i nie­zna­jące lęku. Chciał zostać sam. – A napi­łaby się pani kawy? Tylko kawa jest tutaj dobra.

Pokrę­ciła głową. Przyj­rzał jej się bacz­nie.

– Coś się stało? Był tutaj ktoś?

– Nie.

– Ale coś musiało się stać. Wpa­truje się pani we mnie, jak­bym był duchem.

Kobieta poru­szyła war­gami.

– Zapach – wyja­śniła w końcu.

– Zapach? – powtó­rzył, nie rozu­mie­jąc. – Wódka nie ma prze­cież zapa­chu. Kirsz i brandy także nie mają. A papie­rosy pani też pali. Czego tu się można wystra­szyć?

– Nie to mam na myśli…

– Tylko co, na Boga?

– To ten sam… ten sam zapach…

– Dobry Boże, to chyba eter – stwier­dził Ravic, któ­rego nagle olśniło. – Czy to eter?

Ski­nęła głową.

– Była pani kie­dyś ope­ro­wana?

– Nie… to jest…

Nie słu­chał jej dalej. Otwo­rzył okno.

– Zaraz będzie po wszyst­kim. Tym­cza­sem niech pani zapali papie­rosa.

Wszedł do łazienki i odkrę­cił kurki. W lustrze przyj­rzał się swo­jej twa­rzy. Kilka godzin temu już tak stał. Tym­cza­sem umarł czło­wiek, ale nie było w tym nic nie­zwy­kłego. W każ­dej chwili umie­rały tysiące ludzi. Ist­niały sta­ty­styki. Nie było w tym nic nie­zwy­kłego, ale dla kogoś, kto umie­rał, to było wszystko i liczyło się bar­dziej niż cały świat, który krę­cił się dalej.

Usiadł na brzegu wanny i zdjął buty. Pod tym wzglę­dem nic się nie zmie­niało. Rze­czy i rzą­dzący nimi niemy przy­mus. Try­wial­ność, wątła nić przy­zwy­cza­je­nia w całym tym upior­nym prze­śli­zgi­wa­niu się. Kwit­nący brzeg serca nad wodami miło­ści – ale bez względu na to, kim się jest, poetą, pół­bo­giem czy idiotą – co parę godzin trzeba zejść z obło­ków, żeby oddać mocz. I nie da się od tego uciec! Iro­nia natury. Roman­tyczna tęcza roz­pięta ponad odru­chami gru­czo­łów i ruchami robacz­ko­wymi jelit. Narządy roz­ko­szy w dia­bo­licz­nej rów­no­cze­sno­ści prze­zna­czone do wyda­la­nia. Ravic cisnął buty w kąt. Znie­na­wi­dzone przy­zwy­cza­je­nie roz­bie­ra­nia się! Nawet od niego nie da się uciec. Rozu­miał to tylko ktoś, kto miesz­kał sam. Była w tym jakaś prze­klęta rezy­gna­cja, gest roz­to­pie­nia się. Już nie­raz spał w ubra­niu, żeby od tego uciec, ale to była tylko zwłoka. Bo nie można od tego uciec.

Odkrę­cił prysz­nic. Chłodna woda spły­wała po jego skó­rze. Ode­tchnął głę­boko i wytarł się do sucha. Pocie­cha pły­nąca z drob­nych spraw. Woda, oddech, wie­czorny deszcz. Także je znał tylko ktoś, kto był sam. Wdzięczna skóra. Lekka krew pędząca w ciem­nych kana­łach. Pole­żeć na łące. Brzozy. Białe let­nie obłoki. Niebo mło­do­ści. Gdzie się podziały przy­gody serca? Zabite przez ciemne przy­gody ist­nie­nia.

Wró­cił do pokoju. Kobieta sie­działa w rogu sofy, otu­lona ple­dem, który pod­cią­gnęła wysoko.

– Zimno? – spy­tał.

Pokrę­ciła głową.

– Boi się pani?

Ski­nęła głową.

– Mnie?

– Nie.

– Tego, co na zewnątrz?

– Tak.

Ravic zamknął okno.

– Dzię­kuję – powie­działa.

Popa­trzył na jej kark. Ramiona. Coś, co oddy­chało. Tro­chę obcego życia – ale życia. Cie­płego. A nie sztyw­nie­jące ciało. Co można dać sobie nawza­jem, jeśli nie tro­chę cie­pła? Czy mogło być coś wię­cej?

Kobieta poru­szyła się. Zady­go­tała. Popa­trzyła na Ravica. Poczuł opa­da­jącą falę. Dotarł do niego głę­boki chłód. Napię­cie minęło. Zbli­żyła się dal. Wyda­wało się, że noc zabiera go z powro­tem na obcą pla­netę. Wszystko stało się nagle łatwe, pora­nek, kobieta – nie trzeba było już o niczym myśleć.

– Chodź – powie­dział.

Wytrzesz­czyła na niego oczy.

– No, chodź – powtó­rzył nie­cier­pli­wie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zawsze twój (franc.). [wróć]

Tytuł ory­gi­nału: Arc de Triom­phe

ARC DE TRIOM­PHE © 1945 by New York Uni­ver­sity, suc­ces­sor-in-inte­rest to the lite­rary rights of The Estate of the Late Pau­lette God­dard Rema­rque

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e-book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2010, 2015, 2020

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­tor: Kata­rzyna Raź­niew­ska

Pro­jekt i opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Zbi­gniew Miel­nik

Foto­gra­fia na okładce: © Butch Mar­tin / Getty Ima­ges

Wyda­nie III e-book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Łuk Trium­falny, wyd. X, dodruk, Poznań 2011)

ISBN 978-83-7818-025-8

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer