Droga powrotna - Erich Maria Remarque - ebook + książka

Droga powrotna ebook

Erich Maria Remarque

4,8

Opis

Erich Maria Remarque (1898-1970) należał do pokolenia, które straciło młodość w okopach I wojny światowej. Nim zyskał sławę dzięki pacyfistycznej powieści Na Zachodzie bez zmian, parał się dziennikarstwem, był też księgowym, nauczycielem i organistą. Po dojściu Hitlera do władzy książki Remarque’a trafiły na stos, a ich autor został pozbawiony niemieckiego obywatelstwa. Lata II wojny spędził w USA, gdzie powstała jedna z jego najlepszych powieści – Czas życia i czas śmierci. Spośród jego utworów Dom Wydawniczy REBIS opublikował m.in. Trzech towarzyszy, Nim nadejdzie lato, Noc w Lizbonie, Cienie w raju, Hymn na cześć koktajlu oraz   Na Zachodzie bez zmian i Łuk triumfalny  w nowym przekładzie Ryszarda Wojnakowskiego.

Droga powrotna, traktowana jako kontynuacja Na Zachodzie bez zmian, jest powieścią o zmaganiu się z nową rzeczywistością  - wojna się skończyła i jej młodzi bohaterowie zastanawiają się, co ich czeka. Miasto, które opuścili jako pełni zapału młodzieńcy, wydaje się inne, chłodniejsze, domy mniejsze, a powody, dla których ich towarzysze broni musieli umrzeć, z dnia na dzień coraz mniej zasadne. Powrót jest trudniejszy, niż mogli sobie wyobrazić, a świat, za którym tęsknili, już nie wydaje się ich światem.

Nowy przekład Ryszarda Wojnakowskiego!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 336

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,8 (5 ocen)
4
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
kotmisia85

Nie oderwiesz się od lektury

sama nie wiem co napisać. Sto lat minęło od tamtej wojny a nadal są ci którzy dla swoich "ideałów" wysyłają niewinnych na śmierć... Tak jakbyśmy jako gatunek nie uczyli się na błędach poprzedników....
00

Popularność




WEJŚCIE

Ci, któ­rzy zostali z dru­giego plu­tonu, wyle­gują się w roz­ry­tym poci­skami oko­pie za liniami frontu i drze­mią.

– Dziwny typ poci­sków… – odzywa się nagle Jupp.

– Dla­czego dziwny? – pyta Fer­di­nand Kosole, pod­no­sząc się na łok­ciu.

– No to posłu­chaj! – odpo­wiada Jupp.

Kosole przy­kłada dłoń do głowy za uchem i nasłu­chuje. My rów­nież łowimy docie­ra­jące do nas odgłosy nocy. Nie sły­chać jed­nak nic oprócz głu­chego dud­nie­nia arty­le­rii i wyso­kich, ćwier­ka­ją­cych dźwię­ków prze­la­tu­ją­cych poci­sków. Do tego docho­dzi z pra­wej strony ter­ko­ta­nie kara­bi­nów maszy­no­wych i od czasu do czasu krzyk. Ale to znamy od lat, z tego powodu nie trzeba już spe­cjal­nie otwie­rać ust.

Kosole przy­gląda się Jup­powi z powąt­pie­wa­niem.

– W tym momen­cie wła­śnie się skoń­czyło – broni się tam­ten zmie­szany.

Kosole jesz­cze raz mie­rzy go badaw­czym spoj­rze­niem. Ale ponie­waż Jupp zacho­wuje spo­kój, odwraca się i tylko mru­czy:

– Kiszki ci mar­sza grają, dla­tego wydaje ci się, że sły­szysz poci­ski. Powi­nie­neś raczej ude­rzyć w kimono. – To mówiąc, ukle­puje z ziemi pod­głó­wek i ostroż­nie wyciąga nogi w taki spo­sób, żeby buty nie ześli­zgnęły się do wody. – A w domu, mówię ci, czeka żona i dwu­oso­bowe łóżko – mru­czy już z zamknię­tymi oczami.

– W któ­rym leży pew­nie jakiś gach – dopo­wiada Jupp ze swo­jego kąta.

Kosole otwiera jedno oko i spo­gląda na niego z ukosa. Wygląda, jakby jed­nak jesz­cze zamie­rzał wstać, lecz w końcu tylko bur­czy:

– Nie radził­bym jej brać sobie gacha, ty głupku z Nad­re­nii.

I w chwilę póź­niej chra­pie już w naj­lep­sze.

Jupp daje mi ręką znak, żebym wspiął się na drugą stronę, do niego. Prze­cho­dzę nad butami Adolfa Beth­kego i sia­dam obok. Jupp ostroż­nie przy­gląda się chra­pią­cemu i zauważa z gory­czą:

– Coś takiego nie ma poję­cia o wykształ­ce­niu, mówię ci.

Jupp był przed wojną pisa­rzem w kan­ce­la­rii adwo­kac­kiej w Kolo­nii. Mimo że już od trzech lat służy na fron­cie, zacho­wał wraż­li­wość i, co cie­kawe, przy­wią­zuje wagę do tego, żeby i tutaj pamię­tać, że jest czło­wie­kiem wykształ­co­nym. Co to ma dokład­nie zna­czyć, tego nie wie natu­ral­nie nawet on; ale ze wszyst­kiego, co kie­dyś sły­szał, aku­rat słowo „wykształ­ce­nie” pozo­stało mu w pamięci i ucze­pił się go jak ostat­niej deski ratunku. Każdy tutaj ma coś takiego, jeden żonę, drugi firmę, trzeci buty, Valen­tin Laher wódkę, a za Tja­de­nem cho­dzi bób kra­szony sło­niną: jesz­cze raz chciałby najeść się go do syta. Koso­lego nato­miast bar­dzo łatwo roz­draż­nić sło­wem „wykształ­ce­nie”. Jakimś spo­so­bem koja­rzy je z poję­ciem „sto­jący koł­nie­rzyk” i to mu wystar­cza. Nawet teraz to działa. Nie prze­ry­wa­jąc chra­pa­nia, rzuca krót­kie zda­nie:

– Pie­przony pisar­czyk!

Jupp z rezy­gna­cją kręci głową. Przez chwilę sie­dzimy w mil­cze­niu cia­sno obok sie­bie, żeby się ogrzać. Noc jest wil­gotna i chłodna, prze­cią­gają chmury, a cza­sami pada z nich deszcz. Bie­rzemy wtedy pałatki, na któ­rych sie­dzimy, i roz­wie­szamy je nad gło­wami.

Na hory­zon­cie bły­ska ogień u wylo­tów dział arty­le­rii. Trudno się oprzeć wra­że­niu, że tam musi być mniej zimno, tak przy­tul­nie wszystko wygląda. Rakiety wspi­nają się na niebo ponad rozbły­skami arty­le­rii niczym kolo­rowe i srebrne kwiaty. Duży czer­wony księ­życ pły­nie w mgli­stym powie­trzu nad ruinami w oddali.

– Wie­rzysz, że mamy wró­cić do domu? – odzywa się szep­tem Jupp.

Wzru­szam ramio­nami.

– Podobno tak mówią…

Jupp oddy­cha gło­śno.

– Cie­pły pokój i kanapa, i wyj­ście wie­czo­rem – potra­fisz jesz­cze to sobie wyobra­zić?

– Na ostat­nim urlo­pie przy­mie­rza­łem cywilne ubra­nie – odpo­wia­dam w zamy­śle­niu – ale jest na mnie o wiele za małe; musiał­bym mieć nowe rze­czy.

Jak dziw­nie to wszystko brzmi teraz: cywilne ubra­nie, kanapa, wie­czór… Dziwne myśli przy­cho­dzą wtedy czło­wie­kowi do głowy – jak czarna kawa, kiedy cza­sem za bar­dzo miała smak bla­chy i rdzy menażki i czło­wiek, krztu­sząc się, rzy­gał po wypi­ciu gorą­cego płynu.

Zamy­ślony Jupp dłu­bie w nosie.

– Mówię ci, wystawy… i kawiar­nie… i kobitki.

– Ech, stary, ciesz się, jeśli uda ci się w ogóle wydo­stać z tego gówna – mówię, chu­cha­jąc w zimne dło­nie.

– Masz rację. – Jupp naciąga pałatkę na chude, zgar­bione plecy. – A co będziesz robił, kiedy się stąd wydo­sta­niesz?

– Ja? – odpo­wia­dam ze śmie­chem. – Pew­nie będę musiał wró­cić do szkoły. Ja i Willy, i Albert… i nawet Ludwig, ten tam za nami.

To mówiąc, poka­zuję do tyłu, gdzie przed roz­wa­lo­nym przez poci­ski schro­nem leży ktoś przy­kryty dwoma płasz­czami.

– A niech to! Chyba tego nie zro­bi­cie? – pyta Jupp.

– Nie wiem. Pew­nie będziemy musieli – mówię i ogar­nia mnie wście­kłość, sam nie wiem dla­czego.

Pod płasz­czami coś się rusza. Blada, szczu­pła twarz pod­nosi się, jęcząc cicho. Leży tam mój kolega ze szkoły, porucz­nik Ludwig Breyer, dowódca naszego plu­tonu. Od tygo­dni ma krwawą bie­gunkę, to na pewno czer­wonka, ale nie chce wra­cać do laza­retu. Woli zostać tutaj z nami, bo wszy­scy cze­kamy na to, że nasta­nie pokój, i wtedy mogli­by­śmy od razu zabrać go z sobą. Laza­rety są prze­peł­nione, nikt porząd­nie nie trosz­czy się tam o czło­wieka, a kiedy już ktoś wylą­duje na takim łóżku, to od razu jakby był tro­chę bar­dziej mar­twy. Dookoła zdy­chają ludzie, a to zaraź­liwe, jeśli czło­wiek leży sam mię­dzy nimi, ani się obej­rzy, i jego śmierć też dosięga. Max Weil, nasz sani­ta­riusz, zała­twił Brey­erowi coś w rodzaju płyn­nego gipsu, i Breyer go łyka, żeby wyce­men­to­wać sobie jelita i móc się znowu na czymś oprzeć. Mimo to dwa­dzie­ścia, trzy­dzie­ści razy na dzień spusz­cza spodnie.

I teraz też musi na stronę. Poma­gam mu znik­nąć za rogiem, gdzie przy­kuca.

Jupp kiwa na mnie.

– Sły­szysz, znów się zaczyna!

– Co takiego?

– Poci­ski takie jak poprzed­nio.

Kosole poru­szył się i ziewa. Po chwili się pod­nosi, przy­gląda wymow­nie swo­jej cięż­kiej pię­ści, zerka na Juppa i oświad­cza:

– Czło­wieku, jeśli znowu wystrych­ną­łeś nas na dudka, to możesz wysłać swoje kości do domu w worku na buraki.

Nasłu­chu­jemy. Syki i gwizdy poru­sza­ją­cych się po nie­wi­dzial­nych torach gra­na­tów prze­rywa dziwny, ochry­pły, prze­cią­gły dźwięk, tak oso­bliwy i nowy, że czuję gęsią skórkę.

– Gra­naty gazowe! – woła Willy Homeyer, pod­ry­wa­jąc się z ziemi.

Zacho­wu­jemy czuj­ność i wszy­scy wsłu­chu­jemy się w napię­ciu.

Wessling poka­zuje w górę.

– To dzi­kie gęsi!

Na tle męt­nych sza­rych chmur prze­ciąga ciemna kre­ska, klin. Jego wierz­cho­łek zwró­cony jest w stronę księ­życa, kiedy prze­cina czer­woną tar­czę, wyraź­nie widać czarne cie­nie, trój­kąt utwo­rzony z wielu skrzy­deł, klucz pta­ków zni­ka­jący w oddali z żało­snym, obcym, dzi­kim woła­niem.

– A one odla­tują – war­czy Willy. – Psia­krew, gdyby czło­wiek mógł tak odfru­nąć! Dwa skrzy­dła i odjazd!

Hein­rich Wessling patrzy za odla­tu­ją­cymi gęsiami.

– Teraz to już jak nic będzie zima – stwier­dza powoli.

Jako rol­nik wie, co mówi.

Osła­biony i smutny Ludwig Breyer opiera się o skarpę i bąka nie­wy­raź­nie:

– Pierw­szy raz widzę gęsi.

Naj­bar­dziej jed­nak momen­tal­nie oży­wił się Kosole. Zwraca się do Wesslinga, żeby mu rzecz jesz­cze raz wyja­śnił, po czym pyta przede wszyst­kim, czy takie dzi­kie gęsi są wiel­ko­ści tuczo­nych.

– Mniej wię­cej – odpo­wiada Wessling.

– Coś podob­nego – Koso­lemu aż żuchwy cho­dzą z pod­nie­ce­nia – w takim razie tam w górze fruwa w tej chwili pięt­na­ście, dwa­dzie­ścia dosko­na­łych pie­czeni!

Ponow­nie tuż nad nami daje się sły­szeć szum, znów w nasze czaszki ude­rza jak jastrząb ochry­pły, gar­dłowy krzyk pta­ków, a łopot skrzy­deł łączy się z prze­cią­ga­ją­cym klan­go­rem i ude­rze­niami nasi­la­ją­cego się wia­tru w nagłe, gwał­towne poję­cie wol­no­ści i życia.

Wtem huk wystrzału. Kosole opusz­cza giwerę i usil­nie prze­szu­kuje wzro­kiem niebo. Mie­rzył w sam śro­dek klu­cza. Obok niego stoi Tja­den, gotów popę­dzić niczym pies myśliw­ski, kiedy gęś spad­nie na zie­mię. Ale stado w zwar­tym szyku leci dalej.

– Szkoda – stwier­dza Adolf Bethke – to byłby pierw­szy roz­sądny strzał na tej zafaj­da­nej woj­nie.

Zawie­dziony Kosole ciska kara­bin na zie­mię.

– Gdyby mieć cho­ciaż parę nabo­jów śru­to­wych!

Pogrąża się w melan­cho­lii i fan­ta­zjuje, ile to róż­nych rze­czy można by wtedy zro­bić. Mimo woli wyko­nuje ruchy żujące.

– No pew­nie – potwier­dza Jupp, który go obser­wo­wał – z musem jabł­ko­wym i pie­czo­nymi ziem­nia­kami, co?

Kosole posyła mu jado­wite spoj­rze­nie.

– Zamknij się, pisar­czyku!

– Powi­nie­neś był zostać lot­ni­kiem – zauważa Jupp, szcze­rząc zęby w uśmie­chu – bo mógł­byś je teraz zła­pać w sieć.

– Dupek! – odpo­wiada Kosole, koń­cząc roz­mowę, i rzuca się z powro­tem na zie­mię, żeby spać.

To zresztą naj­lep­sze, co można zro­bić. Deszcz się nasila. Sia­damy ple­cami do sie­bie i narzu­camy pałatki. Niczym ciemne kupki ziemi sie­dzimy tak w swoim oko­pie. Zie­mia, mun­dur, a pod spodem tro­chę życia.

Budzi mnie natar­czywy szept.

– Naprzód… naprzód!

– Co się dzieje? – pytam zaspany.

– Mamy się prze­su­nąć do przodu – mru­czy w odpo­wie­dzi Kosole i zbiera swoje rze­czy.

– Wła­śnie stam­tąd przy­szli­śmy – mówię zdzi­wiony.

– To jakaś bzdura – sły­szę głos wście­ka­ją­cego się Wesslinga – prze­cież wojna się skoń­czyła.

– Jazda, naprzód!

To Heel we wła­snej oso­bie, dowódca kom­pa­nii, nas popę­dza. Znie­cier­pli­wiony bie­gnie przez okop. Ludwig Breyer jest już na nogach.

– Nie ma rady, musimy wyjść – mówi zre­zy­gno­wa­nym gło­sem i zabiera kilka gra­na­tów ręcz­nych.

Adolf Bethke spo­gląda na niego.

– Ty, Ludwigu, powi­nie­neś zostać tutaj. Z czer­wonką nie możesz się pchać do przodu.

Breyer kręci głową.

Skrzy­pią pasy, szczę­kają kara­biny i z ziemi pod­nosi się nagle znowu blady zapach śmierci. Mie­li­śmy nadzieję, że ucie­kli­śmy przed nią raz na zawsze, przed nami wzbiła się bowiem w górę jak rakieta myśl o pokoju, i choć jesz­cze­śmy weń nie uwie­rzyli i jesz­cze go nie pojęli, to sama nadzieja wystar­czyła prze­cież, żeby w ciągu nie­wielu minut, jakich potrzeba do opo­wie­dze­nia plotki, zmie­nić nas bar­dziej niż przez dwa­dzie­ścia poprzed­nich mie­sięcy. Jeden rok wojny odkła­dał się dotych­czas na drugi, jeden rok bez­na­dziei łączył się z dru­gim, a kiedy czło­wiek zli­czył potem czas, dzi­wił się pra­wie po równi, że upły­nęło go już tak dużo albo że tak mało. Teraz jed­nak, kiedy stało się wia­dome, że lada dzień może nastać pokój, każda godzina waży tysiąc razy wię­cej, a każda minuta w ogniu wydaje się nam nie­mal cięż­sza i dłuż­sza niż cały czas poprzedni.

Wiatr miau­czy w reszt­kach przed­piersi, prze­su­wa­jące się szybko chmury zasła­niają księ­życ. Świa­tło i cień zmie­niają się bez prze­rwy. Idziemy bli­sko jeden za dru­gim, grupa cieni, żało­sny drugi plu­ton, wycięty w pień z wyjąt­kiem paru ludzi – cała kom­pa­nia nie ma już nawet stanu licz­bo­wego nor­mal­nego plu­tonu – ale ta reszta jest prze­siana. Z czter­na­stu zostało nam tu nawet jesz­cze trzech sta­rych ludzi: Bethke, Wessling i Kosole, któ­rzy wszystko znają od pod­szewki i cza­sem opo­wia­dają o pierw­szych mie­sią­cach wojny z rucho­mymi fron­tami, jakby to było w daw­nych wie­kach.

Każdy wyszu­kuje sobie na zaj­mo­wa­nej przez nas pozy­cji swój kąt, swoją dziurę. Nie­wiele się dzieje, rakiety sygna­li­za­cyjne, kara­biny maszy­nowe, szczury. Willy pod­rzuca jed­nego w górę dobrze wymie­rzo­nym kop­nia­kiem, po czym prze­po­ła­wia go w powie­trzu cio­sem saperki.

Padają poje­dyn­cze strzały. Z pra­wej strony sły­chać z daleka odgłos wybu­cha­ją­cych gra­na­tów ręcz­nych.

– Miejmy nadzieję, że tu na­dal będzie spo­koj­nie – mówi Wessling.

– Byłoby głu­pio obe­rwać teraz jesz­cze w czapę… – Willy kręci głową.

– Kto ma pecha, zła­mie palec, gdy będzie dłu­bał w nosie – bur­czy Valen­tin.

Ludwig leży na pałatce. Naprawdę powi­nien był zostać na tyłach. Max Weil daje mu do zaży­cia parę table­tek. Valen­tin prze­ko­nuje go, że napiłby się wódki. Led­der­hose pró­buje opo­wie­dzieć świń­ski dow­cip. Nikt go nie słu­cha. Wyle­gu­jemy się. Czas pły­nie dalej.

Nagle wzdry­gam się i uno­szę głowę. Widzę, że i Bethke już się pode­rwał gwał­tow­nie. Nawet Tja­den się oży­wia. Wie­lo­letni instynkt pod­po­wiada coś, nikt jesz­cze nie wie, co, ale na pewno dzieje się coś nie­zwy­kłego. Ostroż­nie wychy­lamy głowy i nasłu­chu­jemy, mru­żąc oczy w wąskie szparki, żeby prze­nik­nąć zapa­da­jący zmierzch. Wszy­scy się obu­dzili, wszy­scy mają zmy­sły napięte do osta­tecz­no­ści, wszyst­kie mię­śnie gotowe na przy­ję­cie tego nie­zna­nego, nad­cho­dzą­cego, które może ozna­czać tylko nie­bez­pie­czeń­stwo. Cicho szu­rają po ziemi gra­naty ręczne, z któ­rymi czołga się naprzód Willy – on potrafi nimi rzu­cać naj­da­lej. Leżymy przy­tu­leni do ziemi jak koty. Odkry­wam obok sie­bie Ludwiga Brey­era. W jego stę­ża­łych rysach nie ma już ani śladu cho­roby. Ma ten sam co wszy­scy tutaj zimny, trupi wyraz twa­rzy, obli­cze czło­wieka z oko­pów. Zamro­ziło je sza­lone napię­cie, tak nie­zwy­kłe jest wra­że­nie, jakie prze­ka­zała nam pod­świa­do­mość na długo przed tym, jak roz­po­znały je nasze zmy­sły.

Mgła unosi się i faluje. I nagle czuję, co posta­wiło nas wszyst­kich w stan naj­wyż­szego alarmu. Po pro­stu tylko zro­biło się cicho. Zupeł­nie cicho.

Nie ma żad­nych kaemów, żad­nego ostrzału, żad­nych wybu­chów; żad­nego gwizdu poci­sków, nic, abso­lut­nie nic, żad­nego wystrzału, żad­nego krzyku. Po pro­stu jest cicho, cał­ko­wi­cie cicho.

Patrzymy na sie­bie, nie możemy tego pojąć. Po raz pierw­szy odkąd jeste­śmy na woj­nie, panuje taka cisza. Nie­spo­koj­nie węszymy, chcąc się dowie­dzieć, co to ma zna­czyć. Może nie­po­strze­że­nie zbliża się gaz? Ale wiatr jest nie­ko­rzystny i by go prze­pę­dził. Czy będzie atak? A gdyby nawet był, cisza zdra­dzi­łaby go przed­wcze­śnie. W ogóle co się dzieje? Gra­nat w mojej ręce jest wil­gotny, tak mocno pocę się z pod­nie­ce­nia. Wydaje się, że nerwy gotowe się pozry­wać. Pięć minut. Dzie­sięć minut.

– Już kwa­drans – woła Valen­tin Laher.

We mgle jego głos roz­brzmiewa pusto, jakby pocho­dził z grobu. W dal­szym ciągu nic się nie dzieje, żad­nego ataku, żad­nych ściem­nia­ją­cych się nagle, ska­czą­cych cieni… Dło­nie roz­luź­niają się i zaci­skają moc­niej. To już nie do wytrzy­ma­nia! Tak bar­dzo przy­wy­kli­śmy do hałasu fron­to­wego, iż mamy wra­że­nie, że teraz, kiedy nagle prze­stał na nas cią­żyć, będziemy musieli pęk­nąć i ule­cieć w niebo jak prze­kłute balony.

– Czło­wieku, przyj­mij to do wia­do­mo­ści, jest pokój – odzywa się nagle Willy, co działa na wszyst­kich jak bomba.

Mię­śnie twa­rzy roz­luź­niają się, ruchy stają się bez­ce­lowe i nie­pewne. Pokój? Patrzymy na sie­bie z nie­do­wie­rza­niem. Wypusz­czam z rąk gra­naty. Pokój? Bethke ma w oczach taki wyraz, jakby jego twarz miała się za chwilę roz­paść. Pokój? Wessling stoi nie­ru­chomo jak drzewo, a gdy się obraca ku nam i poka­zuje twarz, wygląda tak, jakby chciał od razu ruszyć dalej i iść do domu.

Nagle – led­wo­śmy to zauwa­żyli w zamę­cie pod­nie­ce­nia – skoń­czyło się mil­cze­nie, znów głu­cho huczą wystrzały i już z daleka ter­ko­cze jak dzię­cioł jakiś kaem. Uspo­ka­jamy się, pra­wie ura­do­wani, że znów sły­szymy swoj­skie odgłosy śmierci.

Przez cały dzień panuje spo­kój. W nocy mamy cof­nąć się kawa­łek, jak zda­rzało się to już nie­raz. Ale tamci nie postę­pują po pro­stu za nami, tylko ata­kują. Nim się spo­strze­gli­śmy, jeste­śmy pod cięż­kim ostrza­łem. W sza­ro­ści za nami wytry­skują czer­wone fon­tanny. U nas na razie spo­koj­nie. Willy i Tja­den znaj­dują przy­pad­kiem kon­serwę mię­sną i natych­miast ją pała­szują. Inni leżą w ukry­ciu i cze­kają. Wszyst­kie te mie­siące spra­wiły, że są wypa­leni, nie­mal zobo­jęt­niali, dopóki nie mogą się bro­nić.

Dowódca kom­pa­nii prze­czoł­gał się do naszego leja.

– Macie wszystko? – pyta, prze­krzy­ku­jąc hałas.

– Za mało amu­ni­cji – odkrzy­kuje Bethke.

Heel wzru­sza ramio­nami i przez ramię podaje Beth­kemu papie­rosa. Ten, nie oglą­da­jąc się, kiwa głową.

– Musi być i tak – woła Heel i prze­ska­kuje do następ­nego leja.

Dosko­nale wie, że tak też będzie dobrze. Każdy z tych sta­rych żoł­nie­rzy mógłby być jak on dowódcą kom­pa­nii.

Robi się ciemno. Dosta­jemy się pod ostrzał. Nie bar­dzo mamy się za czym scho­wać. Rękami i saper­kami wygrze­bu­jemy w leju otwory na głowy. Leżymy tak mocno wci­śnięci w zie­mię, obok mnie Albert Tros­ske i Adolf Bethke. Dwa­dzie­ścia metrów dalej ude­rze­nie cięż­kiego poci­sku. Otwie­ramy sze­roko pyski, kiedy nad­la­tuje, żeby nam nie roze­rwało bęben­ków w uszach, ale i bez tego jeste­śmy na wpół ogłu­szeni, zie­mia i błoto pry­skają nam w oczy, a prze­klęty dym z pro­chu i siarki dra­pie w gar­dle. Spada deszcz odłam­ków. Jeden z nas na pewno obe­rwał, bo przez nasz lej razem z gorą­cym odłam­kiem poci­sku prze­la­tuje urwana ręka, tuż obok głowy Beth­kego.

Przy­ska­kuje do nas Heel, pod heł­mem blady jak ściana w roz­bły­sku eks­plo­zji.

– Pożar – dyszy – tra­fie­nie bez­po­śred­nie, nic nie zostało!

Znowu huk, świst, ryk, deszcz błota i żelaza, w powie­trzu łoskot, zie­mia drży. Potem pod­nosi się zasłona, odsuwa do tyłu i w tej samej chwili pod­no­szą się z ziemi ludzie, spa­leni, czarni, z gra­na­tami w ręku, czujni i gotowi.

– Powoli z powro­tem – woła Heel.

Prze­ciw­nik ata­kuje na lewo od nas. Toczy się zażarty bój o nasze gniazdo ogniowe w leju. Szczeka kaem. Widać roz­bły­ski wybu­chów gra­na­tów ręcz­nych. Nagle kaem milk­nie – zaciął się. Gniazdo natych­miast zostaje zaata­ko­wane z flanki. Jesz­cze parę minut i będzie odcięte. Heel to widzi.

– Cho­lera jasna! – Wyska­kuje na skarpę. – Naprzód!

Za nim leci amu­ni­cja, a chwilę póź­niej Willy, Bethke i Heel leżą już w odpo­wied­niej odle­gło­ści do rzutu i rzu­cają, Heel znowu wyska­kuje – w takich momen­tach jest sza­lony, istny sza­tan. Ale udaje się, ci w leju nabie­rają otu­chy, kaem wraca do życia, połą­cze­nie odzy­skane, wspól­nie wyco­fu­jemy się i docie­ramy do beto­no­wej bryły za nami. Poszło tak szybko, że Ame­ry­ka­nie w ogóle nie zauwa­żyli opróż­nie­nia gniazda. W opusz­czo­nym leju na­dal roz­bły­skują deto­na­cje.

Uspo­kaja się. Boję się o Ludwiga. Ale jest z nami. Po chwili pod­czoł­guje się do mnie Bethke.

– Wessling?

– Co z Wesslin­giem? Gdzie Wessling? – Woła­nie nagle ginie w prze­ta­cza­ją­cym się głu­cho pomruku dział dale­ko­sięż­nych. – Wessling… Wessling…

Zja­wia się Heel.

– Co jest?

– Nie ma Wesslinga.

Tja­den leżał obok niego pod­czas odwrotu, potem już go jed­nak nie widział.

– Gdzie? – pyta Kosole.

Tja­den poka­zuje.

– Psia­krew…!

Kosole patrzy na Beth­kego. Bethke na Koso­lego. Obaj wie­dzą, że być może to nasz ostatni bój. Nie wahają się ani chwili.

– Wszystko jedno – mru­czy Bethke.

– Jazda – pry­cha Kosole.

Zni­kają w ciem­no­ści. Heel wyska­kuje w ślad za nimi.

Ludwig przy­go­to­wuje wszystko do natych­mia­sto­wego natar­cia, gdyby tych trzech zostało zaata­ko­wa­nych. Na razie panuje spo­kój. Jed­nak nagle poja­wiają się bły­ski wybu­chów gra­na­tów ręcz­nych. Mię­dzy nimi sły­chać trzask rewol­we­ro­wych strza­łów. Natych­miast wyska­ku­jemy do przodu, Ludwig jako pierw­szy – lecz wtedy poja­wiają się zlane potem twa­rze Beth­kego i Koso­lego, któ­rzy wloką za sobą kogoś na pałatce.

Heel? To poję­ku­jący Wessling. A Heel? Powstrzy­muje tam­tych, to on strze­lał z rewol­weru; zaraz potem wraca.

– Cała banda w leju zała­twiona – krzy­czy – a do tego dwóch z rewol­weru. – Następ­nie wpa­truje się w Wesslinga. – No i co jest?

Ten nie odpo­wiada. Brzuch ma otwarty sze­roko jak sklep rzeź­ni­czy. Nie można zoba­czyć, jak głę­boko sięga rana. Zostaje pro­wi­zo­rycz­nie opa­trzona. Wessling jęczy, że chce wody, ale jej nie dostaje. Ran­nym w brzuch nie wolno nic pić. Potem domaga się koców. Jest mu zimno, stra­cił dużo krwi.

Łącz­nik przy­nosi roz­kaz, że mamy się wyco­fać jesz­cze dalej. Wesslinga zabie­ramy na razie na pałatce, przez którą prze­ty­kamy do nie­sie­nia kara­bin, dopóki nie znaj­dziemy noszy. Ostroż­nie posu­wamy się po omacku jeden za dru­gim. Stop­niowo się roz­ja­śnia. Srebrna mgła spo­wija krzaki. Opusz­czamy strefę walki. Sądzi­li­śmy już, że jest po wszyst­kim, gdy z cichym świ­stem nad­la­tuje pocisk i ude­rza, a odgłos wybu­chu odbija się echem. Ludwig Breyer bez słowa pod­wija rękaw. Dostał postrzał w ramię. Weil go opa­truje.

Wyco­fu­jemy się. Wyco­fu­jemy.

Powie­trze jest łagodne jak wino. To nie listo­pad, to marzec. Niebo bla­do­błę­kitne i przej­rzy­ste. W przy­droż­nych kału­żach odbija się słońce. Idziemy topo­lową aleją. Po obu stro­nach drogi stoją drzewa, wyso­kie i pra­wie nie­tknięte, tylko gdzie­nie­gdzie któ­re­goś bra­kuje. Ta oko­lica była wcze­śniej zaple­czem, nie została tak znisz­czona jak te kilo­me­try terenu przed nią, które odda­wa­li­śmy wro­gowi dzień po dniu, metr po metrze. Słońce świeci na brą­zową pałatkę, a gdy idziemy żół­tymi ale­jami, bez prze­rwy uno­szą się nad nią szy­bu­jące w powie­trzu liście; nie­które wpa­dają do środka.

W laza­re­cie nie ma już miej­sca. Wielu ran­nych leży na zewnątrz. Na razie zosta­wiamy przed drzwiami także Wesslinga. Grupka ran­nych w ramię z bia­łymi opa­trun­kami usta­wia się do wymar­szu. Laza­ret ma być zli­kwi­do­wany. Mię­dzy ran­nymi biega lekarz, bada nowo przy­by­łych. Męż­czy­znę, któ­remu nie­na­tu­ral­nie odgięta w kola­nie noga zwisa bez­wład­nie, każe od razu wnieść do środka. Wessling, tylko opa­trzony, zostaje na zewnątrz.

Budzi się z drzemki i patrzy za leka­rzem.

– A on czemu odcho­dzi?

– Na pewno wróci – odpo­wia­dam.

– Ale ja muszę się tam dostać, muszę być ope­ro­wany. – Nagle popada w okropne pod­nie­ce­nie, obma­cuje opa­tru­nek. – To trzeba prze­cież natych­miast zszyć.

Pró­bu­jemy go uspo­koić. Jest cały zie­lony i poci się ze stra­chu.

– Adol­fie, pobie­gnij za nim, niech tu przyj­dzie.

Bethke waha się chwilę. Na oczach Wesslinga nie może zacho­wać się ina­czej, choć wie, że to nie ma sensu. Widzę, jak roz­ma­wia z leka­rzem. Wessling patrzy za nim, dopóki się da, kiedy pró­buje wykrę­cić głowę, wygląda to okrop­nie.

Bethke wraca tak, żeby Wessling go nie widział, kręci głową i poka­zuje pal­cami jedynkę, a oprócz tego powta­rza bez­gło­śnie, samym ruchem warg: Jed-na go-dzi-na…

Przy­bie­ramy na twa­rze pełen ufno­ści wyraz, ale kto oszuka umie­ra­ją­cego chłopa! Kiedy Bethke mówi mu, że zope­rują go póź­niej, naj­pierw trzeba ranę tro­chę pod­le­czyć, Wessling wie już wszystko. Przez chwilę mil­czy, by w końcu wydy­szeć cicho:

– Tak, wy tu sto­icie i jeste­ście cali – i wró­ci­cie do domu – a ja – cztery lata i coś takiego – cztery lata – i coś takiego…

– Prze­cież zaraz cię wezmą do laza­retu, Hein­rich – pocie­sza go Bethke.

Tam­ten wyko­nuje wzbra­nia­jący gest.

– Daj­cie spo­kój.

Od tej chwili nie­wiele się odzywa. Nie chce też, żeby go wnie­siono do środka, woli zostać na zewnątrz. Laza­ret poło­żony jest na małej pochy­ło­ści. Widać stąd cią­gnącą się daleko aleję, którą przy­szli­śmy. Jest kolo­rowa i złota. A zie­mia leży tak cicho, miękko i bez­piecz­nie, widać nawet pola uprawne, małe, brą­zowe, roz­orane spłach­cie, tuż obok laza­retu. Kiedy wiatr unosi woń krwi i ropy, czuć cierpki zapach świe­żej roli. Dal jest sina i wszystko tchnie wiel­kim spo­ko­jem, spoj­rze­nie stąd nie sięga bowiem frontu. Front znaj­duje się na prawo.

Wessling leży cicho. Przy­gląda się wszyst­kiemu bar­dzo dokład­nie. Spoj­rze­nie ma uważne i czy­ste. Jest rol­ni­kiem i zna się na kra­jo­bra­zie jesz­cze lepiej i ina­czej niż my. Wie, że musi się zbie­rać. Dla­tego nie chce już niczego uro­nić i nie odwraca oczu od tego widoku. Robi się bled­szy z minuty na minutę. W końcu wyko­nuje ręką ruch w moim kie­runku i szep­cze:

– Ernst…

Pochy­lam się nad nim, zbli­ża­jąc ucho do jego ust.

– Wyj­mij moje rze­czy – mówi.

– Masz jesz­cze czas, Hein­rich…

– Nie, nie. No już.

Roz­kła­dam je przed nim. Port­fel z wytar­tego już tu i ówdzie płótna, nóż, zega­rek, pie­nią­dze – powoli już to znamy. W port­felu luźno wło­żone zdję­cie jego żony.

– Pokaż – mówi.

Wyj­muję zdję­cie i trzy­mam tak, żeby widział. Wyra­zi­sta opa­lona twarz. Przy­gląda się jej, a po chwili szep­cze:

– Tego wszyst­kiego już nie będzie… – Wargi mu drżą. W końcu odwraca głowę. – Zabierz to – mówi. Nie wiem, o co mu cho­dzi, ale nie chcę go dłu­żej męczyć pyta­niami, dla­tego cho­wam rze­czy do kie­szeni. – To zanieś jej…

Patrzy na mnie dziw­nie sze­roko otwar­tymi oczami, mru­czy coś, kręci głową i jęczy. Usil­nie pró­buję jesz­cze coś zro­zu­mieć, lecz z jego ust wydo­bywa się już tylko bul­go­ta­nie; Wessling wyciąga się, oddy­cha coraz cię­żej i wol­niej, z prze­rwami, oddech chwi­lami zanika – z piersi wydo­bywa się jesz­cze jedno bar­dzo głę­bo­kie wes­tchnie­nie – i oczy nagle mato­wieją, jakby oślepł, i nie żyje.

Następ­nego ranka po raz ostatni sie­dzimy w oko­pach. Pra­wie już nie docho­dzi do wymiany ognia. Wojna się skoń­czyła. Za godzinę mamy się wyco­fać. Ni­gdy wię­cej nie będziemy musieli tu przy­cho­dzić. Kiedy odej­dziemy, to na zawsze.

Nisz­czymy, co trzeba znisz­czyć. Naprawdę nie­wiele. Parę zie­mia­nek. Potem przy­cho­dzi roz­kaz odwrotu.

Dziwny jest ten moment. Sto­imy w sze­regu i patrzymy przed sie­bie. Nad zie­mią uno­szą się lek­kie opary mgły. Wyraź­nie widać linie lejów i oko­pów. To wpraw­dzie tylko ostat­nia linia frontu, bo to tutaj należy do sta­no­wisk odwo­do­wych, ale jed­nak wciąż jesz­cze strefa ogniowa. Ile razy szli­śmy do boju przez ten przy­kop, ile razy w nie­wielu prze­zeń wra­cali. Przed nami roz­ciąga się szary mono­tonny kra­jo­braz: w oddali reszta lasku, parę kiku­tów drzew, ruiny wio­ski, wśród nich wysoki poje­dyn­czy mur, który się jakoś ucho­wał.

– Tak – odzywa się w zamy­śle­niu Bethke – i czło­wiek sie­dział w tym cztery lata.

– Ano sie­dział, psia­krew – przy­ta­kuje Kosole. – A teraz po pro­stu koniec.

– Hm, hm. – Willy Homeyer opiera się o przed­pier­sie. – Jakie to dziwne, nie…

Sto­imy i gapimy się. Sina dal, resztki lasu, wzgó­rza, linia na hory­zon­cie przed nami, to był okropny świat i cięż­kie życie. A teraz jakby ni­gdy nic zostaje za nami, wystar­czy, że zaczniemy sta­wiać stopy, a będzie zosta­wać w tyle, krok po kroku, i za godzinę znik­nie, jakby go ni­gdy nie było. Czy ktoś potrafi to pojąć?

Sto­imy tak i powin­ni­śmy się śmiać i zary­ki­wać z ucie­chy – a mimo to czu­jemy, że nas mdli w żołądku, jak­by­śmy zje­dli mio­tłę i zbie­rało nam się na wymioty.

Nikt nie mówi nic sen­sow­nego. Wymę­czony Ludwig Breyer opiera się o skraj okopu i unosi rękę, jakby naprze­ciwko stał czło­wiek, któ­remu chce poma­chać.

Zja­wia się Heel.

– Pew­nie nie może­cie się roz­stać, co? Tak, teraz przyj­dzie to gówno.

Led­der­hose patrzy na niego ze zdzi­wie­niem.

– Prze­cież teraz przyj­dzie pokój.

– No wła­śnie, to gówno – potwier­dza Heel i rusza dalej z taką miną, jakby umarła mu matka.

– Bra­kuje mu Pour le Mérite – wyja­śnia Led­der­hose.

– Ach, stul pysk – ścina go Albert Tros­ske.

– No, to ruszmy się – mówi Bethke, ale i on na­dal stoi w miej­scu.

– Leży tu paru naszych – wtrąca Ludwig.

– Tak: Brandt, Müller, Kat, Haie, Bäumer, Ber­tinck…

– Sand­kuhl, Mein­ders, obaj Terbrüggenowie, Hugo, Bern­hard…

– Czło­wieku, prze­stań…

Leży tam wielu z nas, ale do tej pory nie odczu­wa­li­śmy tego w ten spo­sób. Wszak pozo­sta­wa­li­śmy razem, oni w gro­bach, my w oko­pach, oddzie­leni od sie­bie zale­d­wie paroma gar­ściami ziemi. Oni nas tylko tro­chę wyprze­dzali, bo codzien­nie nas uby­wało, a ich przy­by­wało – a czę­sto nie wie­dzie­li­śmy, czy już nale­żymy do nich, czy jesz­cze nie. Ale cza­sem poci­ski wyrzu­cały ich z powro­tem do nas, roz­pa­da­jące się kości, resztki mun­du­rów, gni­jące, mokre, już zamie­nione w zie­mię głowy, które w hura­ga­no­wym ogniu jesz­cze raz wra­cały do bitwy z zasy­pa­nych zie­mia­nek. Nie bali­śmy się ich, byli­śmy im bli­scy. Ale teraz odcho­dzimy, by wró­cić do życia, a oni muszą zostać tutaj.

Ludwig, któ­rego ojciec zgi­nął na tym odcinku, wysmar­kuje nos przez palce i odwraca się. Powoli ruszamy za nim. Zatrzy­mu­jemy się jed­nak jesz­cze kilka razy i oglą­damy za sie­bie. I znów zamie­ramy w bez­ru­chu, i nagle czu­jemy, że sie­dzi nam w piersi to, co przed nami, to pie­kło grozy, ten poszar­pany kawa­łek ziemi usiany lejami, że – gdyby to nie była taka cho­lerna bzdura i nie zbie­ra­łoby się nam na wymioty – że wygląda on pra­wie tak, jakby stał się nam swoj­ski niczym bole­sna, okropna ojczy­zna, a my po pro­stu nale­żymy do niej.

Krę­cimy gło­wami, kiedy nacho­dzą nas takie myśli – ale czy to za sprawą pozo­sta­ją­cych tutaj stra­co­nych lat, czy za sprawą leżą­cych tutaj kole­gów, czy za sprawą całej tej nędzy, którą kryje tutej­sza zie­mia – ści­ska nas taki żal, że chce nam się pła­kać.

A potem wresz­cie roz­po­czy­namy marsz.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł ory­gi­nału: Der Weg zurück

DER WEG ZURU­ECK © 1931 by the Estate of the late Pau­lette Rema­rque

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e-book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2012, 2021

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­tor: Kata­rzyna Raź­niew­ska

Opra­co­wa­nie gra­ficzne serii i pro­jekt okładki: Zbi­gniew Miel­nik

Foto­gra­fia na okładce

© Hul­ton-Deutsch Col­lec­tion/Cor­bis/Getty Ima­ges Poland

Wyda­nie II e-book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Droga powrotna, wyd. I w tym tłu­ma­cze­niu, dodruk, Poznań 2022)

ISBN 978-83-7818-093-7

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer