Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Jedno ludzkie marzenie może stać się początkiem końca obcej cywilizacji…
Max Ghonter jest buntownikiem i rockmanem, którego życie toczy się między głośnymi koncertami a cichymi wyrzutami sumienia. Kompletnie nie podejrzewa, że jego ojciec, ceniony astronauta, ukrywa coś, co wkrótce odmieni losy świata.
Po brutalnym pobiciu ojciec Maxa zapada w śpiączkę. To powoduje, że balansujący dotąd między autodestrukcją a euforią Max trafia w sam środek wydarzeń, które mogą przesądzić o przyszłości nieznanej dotąd, pozaziemskiej formy życia. Wspierany przez upartą i nieprzewidywalną Clementine Hash staje naprzeciw bezwzględnym naukowcom gotowym wykorzystać zdobytą wiedzę do własnych eksperymentów. Tym samym wplątuje się w niebezpieczną grę, która wystawi na próbę jego lojalność, odwagę… i człowieczeństwo.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 719
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Marlena Kusia
Luen
Ludzkość nie jest na to gotowa
Rozwój człowieka przyczynia się do rozwoju nauki, technologii i inteligencji. Nasz świat dysponuje coraz nowocześniejszymi, szybszymi i skuteczniejszymi urządzeniami i maszynami, które stopniowo pomagają nam zdobyć coś, co dla naszych przodków było nieosiągalne. Ciągle jednak nurtują nas jakieś fundamentalne pytania, istnieją zagadki do rozwiązania i różne hipotezy. Jedną z największych tajemnic, z jakimi mierzy się współczesna nauka, jest kwestia istnienia życia pozaziemskiego. Czy takowe istnieje? A jeśli tak, to ile w nieskończonym wszechświecie jest takich miejsc jak Ziemia? Istnieje całkiem niemałe prawdopodobieństwo, że kiedyś ludzie staną oko w oko z obcą rasą. Kiedy to nastąpi? Czy obie strony będą na to gotowe? Kim okażą się obcy? Czy ludzie wyjdą do nich z dobrymi, czystymi intencjami? Czy obcy będą przyjaźnie nastawieni wobec ludzi? Czy nowe odkrycia oraz rozwój technologii i nauki zawsze oznaczają sukces? A może niosą ze sobą także ryzyko, którego jeszcze nie potrafimy w pełni dostrzec?
Steve nie podejrzewał, że spełnienie jego największego marzenia pociągnie za sobą przerażające skutki. Dopóki go nie spełnił.
Siedział w swoim gabinecie, we własnej firmie, od prawie piętnastu godzin. Nie zjadł przez ten czas nawet kromki chleba, wypił jedynie niecałą szklankę wody. Czuł senność, ale nie chciał zasypiać. Może inaczej – nawet nie próbował wrócić do domu czy położyć się na sofie naprzeciwko biurka, bo dobrze wiedział, że nie byłby w stanie zasnąć. Usłyszał na korytarzu kroki. Coraz głośniej i coraz bliżej, aż w końcu drzwi jego gabinetu otworzyły się i stanął w nich Ryan Hash.
– Zrobiłeś już to, co miałeś zrobić? – zapytał przyjaciel i wszedł do pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi.
Steve z trudem przełknął ślinę, która jakimś cudem zgromadziła się w jego suchych ustach, i wskazał palcem na pendrive leżący na blacie biurka, za którym siedział.
– Niech Daniel da to Maxowi, gdy… – Nie był w stanie dokończyć. Zamiast tego ukrył twarz w dłoniach i zaniósł się szlochem, takim, jaki każdy twardy mężczyzna próbowałby stłumić.
Ryanowi również łzy stanęły w oczach, ale jakoś je powstrzymał. Podszedł do przyjaciela i poklepał go po barku. Steve ochłonął.
– Nagrałeś już film pożegnalny dla swojej córki? – zapytał, wycierając twarz chusteczką, którą wyjął z szuflady.
Ryan obszedł biurko i potrząsnął głową.
– Nie. I nie zrobię tego. Nie jestem w stanie zostawić jej samej. Kurwa! Ten skurwiel nie może nas tak szantażować! – Hash nagle wpadł w furię. Wywrócił krzesło i regał stojący przy ścianie.
– Ryan, przestań. – Steve wstał zza biurka i spokojnie podszedł do niego. – Odkryliśmy planetę, na której istnieje życie. Jeżeli nie podamy Julienowi jej danych i lokalizacji, to on najzwyczajniej zabije nasze dzieci! A my pod żadnym pozorem nie możemy pozwolić, żeby ten psychol się dowiedział, gdzie znajduje się ten obiekt, bo tym samym pozwolimy na eksperymenty na żyjących tam istotach! Zostaje tylko jedno wyjście. Wiesz jakie.
– Jesteś w stanie poświęcić swoje życie dla tamtych istot?
Steve nie zastanawiał się długo nad odpowiedzią.
– Jestem. Julien szantażuje mnie życiem mojej żony i mojego syna. Spotkam się z nim, niech zabije mnie. Jestem gotów zginąć za moją żonę, za mojego syna i za całą planetę, którą odkryliśmy.
Ryan pociągnął nosem, by zahamować płacz, i wyjął z kieszeni telefon. Na liście kontaktów odnalazł numer Juliena Corne’a.
Marzenie to jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie świat nam oferuje. Pozwala nam choć na moment wznieść się nad smętną rzeczywistość i motywuje do tego, by tę rzeczywistość zmienić. Każdy człowiek ma przynajmniej jedno pragnienie, które chciałby realnie wnieść do swojego życia. Czasem marzenie dotyczy wyłącznie nas samych, innym razem realizujemy swój cel dla kogoś konkretnego, dla grupy osób bądź nawet dla całego świata. Czasem nasze ambicje sięgają czegoś tak wielkiego, co pozwoliłoby wpisać nas na listę najwybitniejszych ludzi w historii. Ale czy każde marzenie należy za wszelką cenę gonić? A co, jeśli jego spełnienie mogłoby dla kogoś stanowić zagrożenie?
Świtało. Max nawet się nie obejrzał, a zleciała cała noc. Po koncercie, jak co tydzień, został ze znajomymi i fanami. Pili, palili i dobrej zabawie nie było końca. Film mu się urwał po wypiciu kilku kieliszków jakiegoś mocnego trunku i gdyby ktoś go zapytał, co robił przez ostatnie godziny, to nie byłby w stanie sensownie odpowiedzieć na to pytanie. Pamiętał koncert, który zagrali, i to, że tuż po nim flirtował z jakąś dziewczyną, która nie chciała dać mu spokoju. Był jednak pewien, że poza pocałunkami do niczego między nimi nie doszło. Później zasnął na kolącej trawie między innymi pijanymi i sam nie wiedział, jak długo spał. Na pewno kilka godzin. Gdy się ocknął, towarzystwa prawie w ogóle już nie było. Jego przyjaciele musieli sobie pójść, bo nigdzie nie mógł ich dostrzec. Obok niego spały jakieś dwie obce i do połowy roznegliżowane dziewczyny, a kilka metrów dalej jakiś chłopak.
Taksówkarz wyrzucił go z samochodu na zbity pysk, gdy zobaczył, że tylne siedzenia są ubrudzone wymiocinami. Na szczęście było to już prawie pod jego domem. Max pozbierał się z asfaltu i z gitarą na plecach powlókł się drogą prowadzącą na sam koniec prestiżowego osiedla. Gdy dostrzegł znienawidzonych wyniosłych sąsiadów, wystrojonych w garnitury i ruszających do swoich zajęć, założył, że musi być już późny ranek.
Jakiś mężczyzna w drogim samochodzie opuścił szybę i krzyknął:
– Złaź z drogi, ćpunie!
Max dopiero teraz zorientował się, że za jego plecami porusza się jakieś auto z prędkością ślimaka i od jakiegoś czasu próbuje go wyminąć.
– Pierdol się, frajerze! – Wystawił w kierunku sfrustrowanego mężczyzny środkowy palec i idąc slalomem, ani myślał zejść z jezdni.
Sąsiad mruknął pod nosem jakieś kolejne wyzwisko i ominął chłopaka, wjeżdżając prawymi kołami na chodnik.
W swojej dzielnicy Max nie był osobą lubianą. Nie należał do tych ułożonych i grzecznie mówiących „dzień dobry”. Wielokrotnie zakłócał spokój, grając głośno na gitarze elektrycznej czy urządzając w domu huczne imprezy pod nieobecność ojca. Miał cięty język i był kłótliwy, czym w dużej mierze sam pogarszał sobie relacje z innymi, nie przejmując się tym, że lista jego wrogów stale rosła. Wyjątek stanowiły młode dziewczyny mieszkające w tej samej okolicy – córki wpływowych przedsiębiorców, biznesmenów i tego typu śmietanki. Im zachowanie Ghontera nigdy nie przeszkadzało, a wręcz imponowało. Każda, co do jednej, z jego młodych sąsiadek kochała się w nim, więc gdy tylko mijał je na ulicy, dawały mu to wyraźnie do zrozumienia. Rzucały za nim niby niewinne słowa powitania i posyłały mu zalotne uśmiechy. Niektóre próbowały zdobyć jego numer telefonu. Odważne prosiły o niego bezpośrednio Maxa, a te mniej pewne siebie wykorzystywały do tego jego kolegów, a w ekstremalnych przypadkach nawet jego ojca. Ten ostatni oczywiście nie godził się być łącznikiem syna z jego wielbicielkami i zbywał je krótkim: „Nie mam czasu”.
Max cieszył się ogromnym powodzeniem u płci żeńskiej. Znaczny wpływ miała na to stale rosnąca popularność lokalnego zespołu rockowego, w którym był gitarzystą. Nie było nic dziwnego w tym, że dziewczyny lgnęły do niego jak muchy do miodu, a niektóre prawie mdlały, gdy prowokacyjnie przygryzał wargę i puszczał im oczko, bo chłopak był naprawdę przystojny i atrakcyjny. Jego kruczoczarne włosy idealnie komponowały się z zielonymi oczami. Był delikatnie umięśniony, miał opaloną cerę, prawie sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, zadarty nos, prosty śnieżnobiały uśmiech i kilka pieprzyków na twarzy, dodających mu uroku. Ubierał się dość buntowniczo, gdyż jego garderobę wypełniały praktycznie same podarte jeansy, koszulki ze zhardziałymi napisami, bandany i skórzane kurtki. Pieczątką jego niepokornego stylu był kolczyk w prawej brwi.
Max zobaczył przed garażem zaparkowane BMW swojego ojca, co świadczyło o tym, że mężczyzna jest w domu i Max zaraz usłyszy od niego długą litanię na temat swojego aktualnego stanu i ostatniego zachowania. Nie mając innego wyjścia, po trzech dniach nieobecności, niechętnie wszedł na swoją posesję i skierował się do drzwi okazałego domu. Posiadłość była wielka i nowoczesna. Rzucała się w oczy. Biały dom o kwadratowej bryle ozdabiały przestronne okna i duże tarasy – jeden na parterze, drugi na piętrze.
Max pokonał dwa prawie płaskie stopnie i potknął się o ceramiczną donicę z iglastą rośliną stojącą przy wejściu.
– Kurwa, mój palec!
– Znowu się zachlałeś? – Steve nie krył złości, gdy zataczający się syn przekroczył próg. – Jest już po ósmej. Gdzie byłeś przez cały weekend? Nie było cię prawie cztery dni!
Max miał ochotę zawrócić, trzasnąć drzwiami i iść gdziekolwiek przed siebie, byle tylko nie musieć wysłuchiwać mądrości, jakimi zwykł zalewać go ojciec. Zazwyczaj Steve o tej porze był już w pracy, jak przystało na pracoholika, ale widocznie dziś specjalnie poświęcił kilka drogocennych minut, by zaczekać na Maxa, podejrzewając, że tego ranka raczy w końcu pojawić się w domu.
– Jaki dziś jest dzień? – wymamrotał syn, zrzucając instrument z ramienia na podłogę. Z trudem utrzymywał równowagę, gitara była okropnym ciężarem dla jego pleców i był z siebie dumny, że po drodze nigdzie jej nie zgubił ani że nikt mu jej nie ukradł.
– Poniedziałek – odpowiedział mężczyzna, rytmicznie uderzając końcem obutej stopy o lśniącą podłogę. – Gdzie, do cholery, byłeś?!
– Świętowałem swoje urodziny. Ale ty pewnie nawet nie pamiętasz, że niedawno był czwarty sierpnia – odparł z wyrzutem Max.
– Wypadło mi z głowy – próbował się usprawiedliwić mężczyzna. – Rok temu dostałeś auto. W tym roku nie wiem, co cię uszczęśliwi. Weź z konta, ile chcesz, i kup sobie coś – powiedział, jakby taka opcja miała załatwić sprawę.
– Daj mi klucze do mieszkania na Westley Street. W tym roku to mnie uszczęśliwi. Chcę mieszkać sam.
– Zastanowię się – odpowiedział Steve.
Max aż na niego spojrzał. Zawsze, słysząc prośbę o klucze do mieszkania znajdującego się kilka mil dalej, jego ojciec kategorycznie odmawiał.
– Poważnie?
– Tak – potwierdził Steve z miną, której chyba nikt nie byłby w stanie rozszyfrować. Trochę obojętności, trochę dobrej intencji, ale też odrobina niepokoju i smutku.
– Co się stało, że nagle chcesz mi dać mieszkanie, o które proszę cię od dobrych trzech lat? – Nie sądził, że powodem tego była powaga, jakiej magicznie Max nabrał po dwudziestych czwartych urodzinach. Jej brak ojciec zawsze mu wypominał.
– Jesteś już dorosły. Przynajmniej twój wiek na to wskazuje. Ale wracając do tematu, gdzie byłeś? Znowu dawaliście koncert dla jakichś alkoholików i marginesu społecznego?
Zgadł, bo faktycznie całe trzy dni Max spędził ze swoimi znajomymi, czyli ludźmi upadku, którzy w większości utrzymywali się z kradzieży, handlu narkotykami albo tak jak Max żyli na garnuszku rodziców. Działo się dużo. Koncerty rockowe, imprezy, alkohol… Max był wyczerpany i nie miał ani siły, ani ochoty na słowne potyczki z ojcem.
– Daj mi spokój i odczep się w końcu – odpowiedział obojętnie i chwiejnym krokiem poszedł do kuchni po wodę. Ledwo trzymał się na nogach. Czuł suchość w ustach i jedyne, o czym teraz marzył, to zimny napój i łóżko.
Zdenerwowany ojciec od razu podążył za nim. Nie zamierzał mu darować, a raczej dopiero się rozkręcał.
– Od kilku miesięcy nic nie robisz, tylko grasz na tej pieprzonej gitarze, chlejesz i szlajasz się z tymi wielkimi muzykami z zespołu.
– Będziesz mi teraz prawił kazania? – Max łypnął na niego butnym wzrokiem. – Jestem dorosły!
– To się tak zachowuj! Staczasz się na dno i robisz z siebie pośmiewisko, idąc ulicą w takim stanie! Psujesz mi reputację!
– Reputacja! – Max parsknął perlistym śmiechem. Według niego to słowo powinno już dawno zniknąć ze słownika. – Co cię obchodzi, co o tobie mówią jacyś frajerzy? Bierz przykład ze mnie, ja podcieram sobie dupę opiniami na mój temat. Zacznij żyć, ciesz się chwilą! Nie możesz być nudziarzem, bo skończysz w trumnie z samymi drętwymi wspomnieniami. – Wyjął z kieszeni jeansów zapalniczkę i paczkę papierosów i zapalił jednego. Tak, tego mu było trzeba.
– Nie pal w domu! – krzyknął rozzłoszczony Steve. Wyrwał synowi papierosa z rąk i zgasił go w szklance wody stojącej na kuchennym blacie.
– Co robisz?! Wyluzuj i sam sobie zapal – zakpił Max. – Chcesz, to ci mogę nawet jointa dać, ale ty jesteś za sztywny na takie rzeczy i nawet to ci nie pomoże. – Zaśmiał się bezczelnie, po czym wziął butelkę wody z lodówki i popijając z gwinta, udał się do salonu – wielkiego jak z filmu o bogaczach.
Steve aż się gotował w środku, ale nie widział sensu kłótni z pijanym synem, do którego nic nie docierało. Wziął głęboki oddech i próbując powstrzymać pulsujące w nim nerwy, poszedł za Maxem.
– Za dwie godziny mam samolot. Lecę do Francji, do Paryża – oznajmił synowi, który zdążył już rozwalić się na sofie.
Max aż zakrztusił się wodą.
– Po co?!
Steve przygryzł nerwowo policzek.
– Sprawy służbowe. – Unikał kontaktu wzrokowego.
Jego ton był nieprzekonujący. Max od razu pomyślał, że ojciec kłamie. Tym bardziej że ostatnio odbył już kilka delegacji, w tym tych zagranicznych. Zwlókł się z sofy i spojrzał tacie w oczy.
– Co ty kombinujesz? – Zmarszczył brwi. – Ej, a może ty sobie jakąś panienkę znalazłeś? – rzucił bez zastanowienia, czym rozzłościł ojca jeszcze bardziej.
– Co ty bredzisz?! Dobrze wiesz, że kocham twoją matkę! Każdego dnia modlę się, żeby wyzdrowiała i wróciła do domu! – oburzył się ojciec. – Idź wytrzeźwieć, bo nie wiesz, co mówisz!
– Nie jestem aż tak pijany – odparł chłopak, opadając z powrotem na sofę i rozkładając się na całej jej długości.
– Jak śmiesz mi sugerować, że zdradzam mamę?!
– Mamy tu nie ma, a po ulicy chodzi niejedna wywłoka, która chciałaby wskoczyć na jej miejsce. Jesteś dziany, masz firmę, willę, samochód i niczego ci nie brakuje. Do tego trzymasz się jak na swój wiek – wymieniał Max, teatralnie lustrując zadbany wygląd swojego ojca.
Steven Ghonter jak zwykle miał na sobie jeden z kilkudziesięciu garniturów – dzisiaj wybrał popielaty w białą kratę, czarny krawat i nowe, czarne buty. Czarne włosy, poprzebijane pojedynczymi siwymi nitkami, miał starannie nażelowane, a zarost perfekcyjnie przycięty. Całość dopełniał wyraźny zapach dobrych perfum.
– Przeginasz! – Steve wystawił w kierunku syna palec ostrzegawczy.
– Nie wydzieraj się, łeb mi pęka. – Max złapał się za głowę, która zaczynała go boleć. Tego dnia mógł się spodziewać porządnego kaca. – Idź do tej roboty i zajmuj się tym kosmosem. Astronauta wielki… – zakpił, uderzając już w najczulszy punkt ojca.
Steve był astronautą z powołania i pasji. Bolało go, gdy Max drwił z jego zawodu, tym bardziej że wobec niego od zawsze miał podobne plany. Widział go w przyszłości jako swojego następcę na krześle prezesa w firmie, którą stworzył od podstaw, ale zamiary Maxa strasznie gryzły się z tym obrazem.
– Zamknij się! Dzięki mnie i mojej robocie niczego ci nie brakuje! Ale co ty możesz wiedzieć?! Dla ciebie liczy się tylko imprezowanie w jakichś śmierdzących melinach i zadawanie się z takimi samymi nieudacznikami jak ty! Jesteś nic niewartym małolatem i nie wiem, za co los mnie tak pokarał, że akurat ja muszę być twoim ojcem! – wykrzyczał Steve, rzucając na podłogę transparentnym krzesłem stojącym pod ręką.
– Lepiej się z tego ciesz, bo jestem jedynym, co ci w życiu wyszło – odbił piłeczkę Max, nie okazując najmniejszego przejęcia słowami ojca. Na kogoś innego mogły zadziałać jak sztylety wbijane prosto w serce, ale nie na Maxa. Już tyle razy spierał się z ojcem, że niektóre docinki wypływające z ich ust podczas kłótni były starą, już nudną śpiewką.
Steve pogardliwie pokiwał głową i przemierzył salon.
– Wychodzę, bo taksówka na mnie czeka, a ty się umyj, bo śmierdzisz jak menel!
– W końcu. Dla mnie możesz już nie wracać – odpowiedział obojętnie chłopak, w półsiedzącej pozycji, bawiąc się plastikową butelką.
Steve uniósł rękę, by uderzyć odwróconego do niego tyłem syna, ale w porę ją opuścił.
– Też wolałbym cię już więcej nie oglądać. Idiota. – Ostatnie słowo szepnął pod nosem i opuścił dom, trzaskając za sobą drzwiami.
Po kłótni z ojcem Max zasnął na sofie w salonie. Po południu obudził się bez kaca, zdziwiony, bo zwykle następnego dnia po imprezach mocno zakrapianych alkoholem nie był w stanie podnieść się z łóżka. W łazience zrzucił z siebie brudne ubrania i napełnił wodą wannę z hydromasażem. Z kieszeni jeansów wypadła mu pomięta karteczka z numerem dziewczyny, która nie odstępowała go przez ostatnią noc ani na krok. Zadzwoń przystojniaku, Grace. Max zmiął kartkę jeszcze bardziej i wycelował nią prosto do otwartego przy umywalce kosza na śmieci. Nie pamiętał nawet, jak wyglądała ta autorka liściku, a gdyby się w nim nie podpisała, pewnie nie przypomniałby sobie też jej imienia. Na koncerty jego zespołu przychodziło tyle dziewczyn, że mieszały mu się w głowie jak przyprawy w daniu i sztuką było je wszystkie spamiętać. Zatarł ręce i wskoczył do gorącej wody. Sięgnął po pachnący egzotycznymi roślinami płyn i zabawnymi zygzakami wcisnął prawie połowę butelki. Ciepło i przyjemne mrowienie ożywiły krew w jego żyłach. Zatopił się w pianie i pozwolił sobie na chwilę relaksu.
Po kąpieli zszedł do kuchni i wyjął z lodówki słodzony, gazowany napój. Usiadł na tarasie, na wiszącym fotelu i dopadły go wyrzuty sumienia, że rano znów pokłócił się z ojcem. Ostatnio ciągle skakali sobie do gardeł. Od czasu, gdy osiem lat temu matka Maxa trafiła do szpitala psychiatrycznego, nie mogli dojść ze sobą do najmniejszego porozumienia, ale ostatni rok był już poważną przesadą – jednym, wielkim ciągiem sprzeczek i awantur. Doszło nawet kilka razy do tego, że Steve podniósł rękę na syna. Głównym powodem ich kłótni była różnica postrzegania świata. Ojciec był człowiekiem rozważnym, wpływowym, odpowiedzialnym. Ciężką pracą i determinacją udało mu się zdobyć wykształcenie astronauty i otworzyć świetnie prosperującą i znaną na całym świecie firmę zajmującą się badaniem tajemnic wszechświata. Wyróżniał się wysoką kulturą osobistą i odpłacał każdemu życzliwością. Młodzi astronauci i naukowcy brali z niego przykład, słuchali go i polegali na nim. Niektórzy uważali go za wzór, za ideał. Ale nie Max. On w większości spraw nie zgadzał się ze swoim tatą. Nie słuchał go i lekceważył, często celowo postępując na przekór jego radom. Nie poszedł na studia, jak proponował mu Steve, za to poświęcił się temu, co sam uznał za słuszne i wygodne. Kupił gitarę elektryczną i dołączył do kapeli rockowej. Muzyka, alkohol, narkotyki, przygodne dziewczyny – to było coś, co wyróżniało jego świat i styl życia. Obracał się w towarzystwie, którym większość społeczeństwa gardziła. Steve nie mógł przełknąć tego, że jego jedyne dziecko obrało całkiem sprzeczną z przyjętymi standardami drogę.
Pogoda zaczynała się psuć, zanosiło się na burzę. Max wrócił do domu i położył się do łóżka. Nie był do końca wypoczęty po trzech dniach rozpusty i libacji. Nad ranem obudził go telefon.
– Co za idiota dzwoni o tej porze? – jęknął, krzywiąc się i nieznacznie podnosząc głowę z poduszki. Przez chwilę miał zamiar nie odbierać, myśląc, że któryś z kolegów robi mu głupi żart, ale coś go tknęło i ostatecznie sięgnął po komórkę leżącą tuż obok jego dłoni.
– Co jest? – odezwał się zaspany do słuchawki.
– Czy rozmawiam z panem Maxem Ghonterem, synem Stevena Ghontera? – usłyszał po drugiej stronie kobiecy głos.
– Tak, to ja – wymamrotał, zastanawiając się, z kim rozmawia.
– Dzwonię ze szpitala w Paryżu i nie mam dobrych wieści. Pana ojciec został dotkliwie pobity – oznajmiła kobieta poważnym tonem.
Ghonter przy zamkniętych powiekach walczył ze snem. Co powiedziała ta baba, która dzwoniła do niego w środku nocy?
– Co? Nie usłyszałem – mruknął sennie.
– Nie mam dobrych wieści. Wieczorem pana ojciec został znaleziony na ulicy. Nieprzytomny i pobity. W szpitalu przeprowadzono operację, która była konieczna, ale… – kobieta zawahała się – ale pański ojciec nie budzi się z narkozy. Lekarze stwierdzili, że wystąpiła niespodziewana śpiączka i czekają na jakąkolwiek reakcję organizmu. Bardzo mi przykro – powiedziała ze współczuciem.
Max próbował przetworzyć to, co właśnie usłyszał. Ta rozmowa musiała być wytworem jego wyobraźni albo snem na jawie. Zamknął oczy, próbując obudzić się od nowa i przekonać się, że to nie było rzeczywiste. Uniósł powieki w dobrej wierze, ale naprawdę leżał z telefonem przy uchu, a połączenie wciąż było aktywne.
– Halo, słyszy mnie pan? Jest tam pan? – pytała kobieta.
– Jak to „pobity”?! – krzyknął po chwili, momentalnie się budząc. Podniósł się do siadu i w amoku dłonią przetarł oczy. – Co jest? Kim ty jesteś? O czym ty do mnie mówisz?
– Kilka godzin temu przywieziono go do szpitala w ciężkim stanie, z poważnymi urazami głowy, brzucha i całego ciała. Konieczna była operacja, po której pan Steve nie wykazuje żadnych odruchów. Lekarze zbadali go i okazało się, że nie reaguje na żadne bodźce zewnętrzne. Zapadł w śpiączkę – wyjaśniła już trochę zirytowana, być może myśląc, że rozmawia z jakimś niekontaktującym palantem po narkotykach.
– Jaką śpiączkę?! – Max złapał się za włosy z zamiarem wyrwania całej garści. To musiała być pomyłka.
– Mamy nadzieję, że pacjent jak najszybciej się wybudzi – dodała kobieta, marnie pocieszająco. – Stan jest ciężki, ale się stabilizuje. Świadek, który wezwał policję, widział całe zajście. Podobno pański ojciec był w towarzystwie czterech innych mężczyzn. Trzech z nich dotkliwie pobiło pana ojca i pana Ryana Hasha. Czy pan Steve i pan Ryan się znają? Wie pan coś o tym?
Max milczał przez dłuższą chwilę, rejestrując w głowie wszystko, co powiedziała ta kobieta. Mówiła szybko i zawile. Ryana Max nie znał dobrze. Wiedział o nim jedynie tyle, że jest astronautą i pracuje z jego ojcem. W całym życiu widział tego człowieka maksymalnie pięć razy, mimo że jego ojciec od lat się z nim przyjaźnił.
– Tak, pracują razem i się przyjaźnią. Ryan był z nim? A jemu co jest? Ale kto ich pobił?! – zadawał pytanie za pytaniem, mocno zdenerwowany.
– Nie wiemy kto. Policja już wszczęła śledztwo. Panu Ryanowi nie dolega nic szczególnego, ale nadal jest nieprzytomny, natomiast z panem Stevenem jest znacznie gorzej. Zapadł w śpiączkę i czekamy na reakcję organizmu. Z informacji wynika, że mieszka pan w Nowym Jorku, czy jest szansa, by przyleciał pan do Paryża?
Max odruchowo poprawił włosy i wypuścił głośno powietrze.
– Tak, postaram się to zrobić jak najszybciej. Proszę mi podyktować adres szpitala.
Odłożył telefon i stanął jak wryty koło łóżka. Kto mógł pobić jego ojca? Czy to był zwykły, przypadkowy napad ulicznych chuliganów, czy zrobił to ktoś, komu zależało na tym od dłuższego czasu? Max był wściekły na siebie, że jeszcze wczoraj pokłócił się z ojcem, i jednocześnie wściekły na niego, że poleciał do Paryża, nie tłumacząc dokładnie, jaki ma w tym cel. Ten wyjazd od początku wydawał mu się podejrzany. Teraz, łącząc fakty, Max przypomniał sobie, że jego ojciec ostatnimi czasy był jakiś skryty i niespokojny. Ciągle z kimś rozmawiał przez telefon i często dokądś wychodził. Coraz więcej wskazywało na to, że miał jakieś problemy. Coraz więcej wskazywało na to, że prowadził podwójne życie.
Przez resztę nocy Max nawet nie brał pod uwagę próby ponownego zaśnięcia. Wczesnym rankiem postanowił zadzwonić do Rigel – firmy należącej do jego ojca. Liczył, że tam może dowiedzieć się czegoś więcej na temat podróży służbowej ojca do Francji i jego potencjalnych problemów, które, jak założył, wynikały z pracy. Może chociaż dowiedziałby się, z kim Steve mógł przebywać ostatniej nocy, a to na pewno pomogłoby w śledztwie. Poszperał w papierach leżących w domowym gabinecie Steve’a. Udało mu się znaleźć numer telefonu do siedziby Rigel. Sięgnął po swój smartfon, wybrał numer i wcisnął zieloną słuchawkę.
– Halo, kto mówi? – Po drugiej stronie odezwał się jakiś mężczyzna o dość wysokim jak na faceta głosie. Przez chwilę Ghonter miał nawet podejrzenie, że rozmawia z kobietą. Tak czy siak, nie to w tej chwili było najważniejsze i postanowił od razu przejść do konkretów.
– Max, syn Steve’a Ghontera. Nie wiem, czy pana już ktoś poinformował, ale w nocy mój ojciec został pobity w Paryżu. Wie pan, kto mógł to zrobić? Czy tata miał ostatnio jakieś problemy? Jakichś wrogów? – Miał nadzieję, że dobrze trafił, używając męskiej formy do osoby o specyficznym głosie. – I w ogóle po co on tam poleciał? Powiedział, że sprawy służbowe, ale nie chciał mi wyjawiać szczegółów – dodał, kiedy nie usłyszał odzewu. Nie usłyszał też żadnych pretensji, więc po drugiej stronie musiał być przedstawiciel płci męskiej.
– Jak to „pobity”?! Co z nim?! Co z Ryanem?! – krzyknął mężczyzna, kiedy już przetrawił tę informację.
Max zmarszczył brwi. Zdziwił się, że w firmie jeszcze nikt o niczym nie wie. Przecież jego ojciec wyjechał w sprawach służbowych. A przynajmniej tak twierdził.
– Z tego, co wiem, to Ryanowi nie dolega nic poważnego. Gorzej z moim ojcem – odparł i na samą myśl złapał się za głowę.
– Dlaczego nikt do mnie od razu nie zadzwonił?! Muszę tam polecieć, to się może źle skończyć! – krzyknął mężczyzna, a w jego głosie słychać było panikę.
– Co się może źle skończyć? – zapytał podenerwowany Max.
– Nie mogę nic powiedzieć – odparł tajemniczo mężczyzna.
– Dlaczego nie możesz?! Kim ty w ogóle jesteś?! O co tu chodzi?!
Max się wściekł. A więc coś musiało być na rzeczy i intuicja go nie zawodziła. Jego ojciec nie był z nim szczery.
– Nie krzycz. Nazywam się Daniel Stoke i jestem kolegą twojego taty i Ryana. Wiesz, w jakim oni są stanie? – Nagle częściowo zmienił temat.
– Pielęgniarka powiedziała, że mój ojciec jest na razie w śpiączce i czekają, aż da jakiś znak życia, a Ryan nieprzytomny. Przynajmniej tak było w nocy. Muszę tam jak najszybciej polecieć. Właśnie się zbieram na lotnisko, może uda się jeszcze dziś złapać jakiś samolot.
– Jak to „w śpiączce”?! Nie jedź sam na żadne lotnisko, przyjedź najpierw do firmy i pojedziemy razem – zaproponował Daniel. Głos strasznie mu drżał. Słychać było, że pobicie kolegów wstrząsnęło nim.
– Dobra, w takim razie niedługo będę – zgodził się Max.
Spakował torbę z najpotrzebniejszymi rzeczami i wsiadł w samochód. Miał wrażenie, że Steve razem z Ryanem i tym całym Danielem coś kombinowali i wpakowali się w jakieś tarapaty. Z rozmowy ze Stoke’em można było wywnioskować, że ten wie, kto mógł ich pobić, ale nie chciał tego wyjawić.
– O co tu, do cholery, chodzi?! – krzyknął do siebie, uderzając pięścią w kierownicę, gdy był już w drodze do Rigel.
Na parkingu przy firmie nie było żadnych samochodów z wyjątkiem popielatego Audi RS6. Max zdziwił się. Czyżby dzisiaj nikt tu nie pracował? Minęło dobre pięć lat, odkąd ostatni raz tu był. Firma nie należała do miejsc, które lubił odwiedzać, mimo że kiedyś miała należeć do niego. Tamtego dnia przyjazd był jednak konieczny, bo Steve w pośpiechu przypadkowo spakował jego telefon do swojej teczki, którą zabrał ze sobą do pracy. Pojawienie się Maxa w Rigel wywołało wtedy niemałe poruszenie. Wszyscy spoglądali na niego podejrzliwie, szeptali między sobą, a plotki o nim rozchodziły się błyskawicznie. Ich rezerwa wynikała z buntowniczego stylu Maxa i jego mało uprzejmego zachowania – jeszcze przed wejściem zdążył wdać się w awanturę z ochroniarzem, który nie chciał go wpuścić na teren firmy, bo nie wierzył, że jest synem właściciela.
Młody Ghonter wysiadł ze swojego samochodu i stanął naprzeciw sporego nowoczesnego budynku w kształcie prostokątnego, poziomego klocka. Jego ojciec oszlifował swoje królestwo najlepiej, jak było to możliwe. Elewację wykończono, tworząc nowoczesną, biało-szarą fasadę. Wielkie, przejrzyste okna wypełniały niemal całe piętro, pokazując wnętrza biur, z których wyjścia prowadziły na duży taras ze stołem i sofami. Zadbano o każdy detal. Posesja była ogrodzona. Uwagę przykuwała wysoka, zdobiona brama, dziś otwarta na oścież. Wystarczyło rzucić okiem, by stwierdzić, że nad wszystkim czuwali najlepsi architekci i projektanci. Podjazd i parking wyłożono innowacyjną kostką brukową, a tuż przy wejściu rosły starannie przycięte kwiaty i drzewka. Całość wieńczyła elegancka, smukła fontanna ustawiona z boku budynku.
– Wchodź szybko! – Max się wzdrygnął, słysząc głos należący do średniego wzrostu blondyna, wystawiającego głowę zza frontowych, szklanych drzwi.
Nie musiał się zastanawiać, kim jest ten człowiek. To musiał być Daniel. Na żywo jego głos był jeszcze bardziej kobiecy, przypominał wręcz pisk małej dziewczynki. Chłopak zgodnie z poleceniem szybkim krokiem przekroczył próg firmy.
– Ty jesteś Daniel? – Mimo wszystko wolał się upewnić. Mierzył mężczyznę wzrokiem jak jakiegoś dziwaka, podświadomie doszukując się w nim jeszcze więcej kobiecych cech poza głosem, ale takowych nie znalazł, bo blondyn był dość wyrobiony i miał męskie, ostre rysy twarzy.
– Tak, to ja. Danny Stoke.
Wymienili uścisk dłoni. Danny zamknął drzwi na klucz i wszystkie możliwe zatrzaski. Był podenerwowany, co Max od razu zauważył.
– Nie ma tu żadnych pracowników? – zapytał chłopak, rozglądając się po długich, pustych korytarzach. Kiedy ostatni raz tu był, to aż roiło się od wścibskich pracowników. Dziś firma wyglądała na pozbawioną ambicji i jakiegokolwiek potencjału.
– Jestem sam. Od kilku miesięcy pracujemy tu tylko we trójkę. Ja, Steve i Ryan. Co z nimi?! Kto ci dał znać?
– Zadzwoniła do mnie jakaś kobieta ze szpitala i powiedziała, że tata jest w śpiączce. Nie wiem, co się stało, wiem tylko tyle, że został pobity. Na dodatek wczoraj pokłóciłem się z nim… Boże, o co tu chodzi? – jęknął. Biorąc pod uwagę dzisiejsze skutki, przez wczorajszą kłótnię sumienie zaczęło go dręczyć jeszcze bardziej i żałował, że nie schował do kieszeni kilku słów, które wczoraj wypuścił w stronę ojca. Zresztą nie tylko wczoraj.
– Musimy tam jak najszybciej lecieć, póki nie jest za późno! – Nad Dannym ewidentnie zaczęła przejmować kontrolę panika. Nerwowo chodził po korytarzu i co chwilę przecierał dłonią twarz.
Max zaczął się obawiać. Na co miałoby być za późno?
– Jak to „za późno”?
– Ty niczego nie rozumiesz. Po prostu musimy tam lecieć i zabrać ich stamtąd! – Danny nieświadomie latał po korytarzu jak pershing. Trzęsły mu się ręce, a czoło zaczął zalewać pot.
– Człowieku, co się z tobą dzieje?! – zaniepokoił się Ghonter, zauważając dziwne zachowanie mężczyzny. Zaczął nawet zastanawiać się, czy Stoke jest w ogóle w pełni poczytalny. Jego odruchy nie przypominały reakcji człowieka o zdrowym umyśle i trzeźwym osądzie.
– Masz wszystko? Musimy natychmiast lecieć! – Danny przystanął i spojrzał na Maxa, po czym pobiegł do jednego z gabinetów. Po może dwóch sekundach wybiegł z powrotem na korytarz ze sporą torbą podróżną w ręce. Tak jakby już wcześniej był przygotowany do wyjazdu. – Chodź! Jedziemy na lotnisko! Tam stoi prywatny samolot twojego ojca, polecimy nim. Ja jestem pilotem. Wychodzimy! – rozkazał i skierował się do wyjścia.
Maxowi aż opadła szczęka na wieść, że jego ojciec ma własny samolot i pilota. Nie wiedział tego wcześniej. No cóż, świadczyło to tylko o tym, jak słaby kontakt miał z tatą i jak mało o nim wiedział.
– On ma prywatny samolot? To dlaczego nie poleciał nim do Francji? – zapytał.
– Bo nie chciałem sterować i schowałem klucze. Byłem przeciwny, by tam lecieli, ale nic mi to nie dało, bo wynajęli jakiś inny samolot – odpowiedział pilot.
– A dlaczego nie chciałeś sterować?
– Nie mogę podać powodu. – Daniel wymigiwał się od odpowiedzi.
Nerwowe i niejasne zachowanie Daniela Stoke’a tylko podsycało w Maxie podejrzliwość i złość, że nie wie nic o problemach ojca, które ten najprawdopodobniej miał. Coraz bardziej był przekonany, że coś poważnego dzieje się z jego ojcem, a wszyscy wokół milczą. W końcu nie wytrzymał. Chwycił Daniela oburącz za kołnierz od marynarki i przycisnął go do ściany.
– O co tu, do cholery, biega?! Ojciec niczego nie chciał mi powiedzieć, a ty też lawirujesz! Mów, po co tam polecieli i co jest grane!
– Puść mnie! Ja nie mogę ci nic powiedzieć! To tajemnica! Steve jedynie może! – pisnął Daniel. Bał się, że Max go uderzy, lecz chłopak puścił go, przyglądając mu się ze skrzywieniem.
To jakiś wariat, pomyślał.
*
Max zostawił swój samochód pod firmą i razem z Danielem pojechali na lotnisko jego Audi. Tam wszyscy znali Stoke’a z imienia i nazwiska. Okazało się, że był uznanym pilotem. Max nie mógł zrozumieć, jak taki panikarz sprawdza się w tak odpowiedzialnej roli. Daniel miał wszędzie wejścia, znajomości i karty do otwierania każdych drzwi, jakby lotnisko było jego drugim domem. Max szedł za nim przez dużą halę, gdzie stało kilka szybowców i helikopterów. Na samym końcu hangaru zobaczył samolot, jak się okazało, należący do nikogo innego jak do samego Steve’a Ghontera. Nie był duży, za to nowoczesny i kosztowny. Danny powiedział, że Steve ma go od prawie roku. Wnętrze robiło wrażenie. Jasne skórzane fotele, barek i wielki telewizor dodawały klasy i szyku.
– Ładnie, ładnie. Mój ojciec korzysta z takiej perełki, a ja o niczym nie wiem. – Max aprobująco pokiwał głową, sunąc wzrokiem po urozmaiconym wyposażeniu wnętrza. Usiadł na pierwszym miejscu z brzegu i opuszkami palców postukał w podłokietniki. – Nie mówił mi, bo pewnie bał się, że będę chciał go pożyczać i robić w nim imprezy – zażartował.
– Steve kupił go, bo zaczął odbywać coraz więcej podróży zagranicznych – odpowiedział Stoke. – Służbowych, oczywiście – zaznaczył, gdy Max zerknął na niego spod uniesionej podejrzliwie brwi.
– Danny, powiedz mi coś. Tylko szczerze. – Max wstał z fotela i zrobił krok w stronę pilota. Zaplótł przed sobą ręce i niezachwianym spojrzeniem poprosił Daniela o prawdomówność, nim zdążył rozwinąć temat.
– Tak?
– Czy mój ojciec ma kochankę? – wypalił bez ogródek.
Danny wykrzywił twarz niemal do deformacji i wyrzucił z siebie tylko jeden nadęty wyraz.
– Co?!
– Danny, proszę, powiedz prawdę. Nie kryj go. Wiem, że jest twoim kumplem, ale…
– Czy ty zwariowałeś?! – wbił się Maxowi w słowo Daniel.
– Wiem, że to obrzydliwe oskarżenie, ale ostatnio ciągle dokądś wychodził, wyjeżdżał, nie było go po nocach… Wiem, że robota jest dla niego ważna, ale nie uwierzę, że poświęca się badaniu kosmosu dwadzieścia cztery na dobę przez siedem dni w tygodniu!
– Steve nigdy by czegoś takiego nie zrobił twojej mamie. Zabraniam ci tak mówić o swoim ojcu.
– To jak mi to wszystko wytłumaczysz?! – Max poderwał się, rozkładając ręce.
– Przyjdzie pora, że poznasz prawdę i będzie ci głupio i wstyd, że zwątpiłeś w ojca.
– Jaką prawdę? Co przede mną ukrywasz?
– Przygotuj się do startu, ja idę załatwić ostatnie formalności. Zaraz lecimy. – Daniel zmienił temat i odwrócił się w stronę wyjścia z samolotu.
Max mocno pociągnął go za ramię.
– Stój! Masz mi wszystko powiedzieć!
– Zostaw mnie i nie utrudniaj sprawy, proszę. Mnie też jest ciężko, bo teraz cała odpowiedzialność spadła na mnie. – Danny zrzucił ze swojego barku rękę chłopaka.
– O czym ty, człowieku, mówisz? – Zdezorientowany Max zmrużył oczy, jakby chciał dopatrzyć się w spojrzeniu Daniela odpowiedzi na wszystkie pytania, które rozsadzały mu głowę.
– Naprawdę nie mogę na razie nic powiedzieć – rzekł mężczyzna przepraszającym tonem i szybko opuścił samolot, by Max nie zdążył ponowić próby wyciągnięcia z niego tajemnic, które skrywał.
Po dwudziestu minutach wystartowali, nie korzystając z usług stewardess ani żadnych dodatkowych osób na pokładzie. Max nie mógł znieść tego męczącego stanu niepewności. Nurtujące go pytania nie dawały mu spokoju, a dodatkowo sam się nakręcał, próbując znaleźć własne możliwe odpowiedzi. W połowie lotu wszedł do kokpitu, gdzie Danny sterował samolotem.
– Dlaczego nie możesz mi nic powiedzieć? Nie rozumiesz, że to dotyczy mojego ojca? Martwię się o niego! – wyrzucił, mając nadzieję, że Stoke się ulituje albo chociaż naprowadzi go na jakiś trop. Poza tym co on sobie wyobrażał? Max był synem Steve’a! Miał prawo wszystko o nim wiedzieć!
Danny podskoczył na swoim siedzeniu.
– Wyjdź stąd! Zajmij miejsce pasażera, nie możesz mi przeszkadzać w czasie lotu! Co ty wyprawiasz?! – Zgromił go spojrzeniem, zdejmując słuchawki, i wskazał głową na niewielkie drzwi prowadzące do strefy dla pasażerów. – Marsz za drzwi!
Max kolejny raz był zmuszony się poddać. Niechętnie posłuchał Stoke’a i wyszedł z kokpitu. Pogrążony w splocie prześladujących go myśli i obaw, opadł na fotel pasażerski.
O co tu chodzi, pomyślał. Nic z tego nie rozumiał. Do głowy przychodziły mu już różne rzeczy. Może jego ojciec miał długi i teraz ścigała go jakaś mafia? Może jego firma zbankrutowała, czego przeczucie umacniał fakt, że nikt w niej nie pracował? A może jego ojciec był członkiem jakiejś mafii albo, nie daj Boże, gangsterem? Nie, to nie było w stylu Steve’a i Max szybko odgonił te szalone myśli. Przestawał wierzyć, że Steve poleciał do Francji w sprawach służbowych, bo w zwykłej delegacji raczej nie groziłoby mu niebezpieczeństwo. Wypuścił skumulowane w płucach powietrze i zamknął oczy. Starał się choć na moment uciec od nawału myśli i przypuszczeń, które powoli wpędzały go w paranoję. Wcisnął słuchawki do uszu i puścił najcięższe kawałki ze swojej playlisty.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Luen. Ludzkość nie jest na to gotowa
ISBN: 978-83-8423-241-5
© Marlena Kusia i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
REDAKCJA: Agata Sawicka-Korgol
KOREKTA: Agata Sawicka-Korgol
OKŁADKA: Krystian Żelazo
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]
http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
