Ludzie potrafią latać - Agnieszka Lingas-Łoniewska, Małgorzata Warda - ebook

14 osób właśnie czyta

Opis

Jeżeli lubicie opowieści, które nie przytłaczają formą, inspirują optymistycznym przesłaniem i wywołują szczery uśmiech – sięgnijcie po tom „Ludzie potrafią latać”.

Znajdziecie tu dziesięć historii, czasem nieprawdopodobnych i szalonych, czasem na pozór zupełnie zwyczajnych, które udowadniają, że życie to coś naprawdę wyjątkowego, a każdą porażkę da się przekuć w początek czegoś pozytywnego. Może w tym pomóc znaleziony na plaży plecak, nieoczekiwane spotkanie w wirtualnym świecie, zaskakujący finał sportowej rywalizacji czy… różowy aligator, który ukazuje się tylko wybranym!

W dzisiejszym świecie ludzie wiecznie się spieszą i nigdy nie mają czasu, a do tego za rzadko na ich twarzach gości serdeczny, niewymuszony uśmiech. Postanowiliśmy więc oddać w Twoje ręce chwilę wytchnienia zamkniętą w tym krótkim tomie radosnych opowiadań. Nie zajmą Ci wiele czasu, a dostarczą mnóstwa pozytywnej energii. Taki właśnie był nasz cel.
Wojciech Gustowski, redaktor naczelny

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 345

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

Zobaczyłam go i nie mogłam w to uwierzyć! Czy on mi się śni? Czy to jakaś farsa? A może ukryta kamera?

Nie!

Nie!

Nie!

To po prostu niemożliwe!

***

Natasza zaspała. Ostatnio zdarzało się jej to bardzo często, zastanawiała się, czy wpadanie w narkosen to oznaka śmiertelnej choroby. Tomek, jej facet, parafrazując tytuł filmu Zanussiego, zawsze powtarzał, że życie to śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową, śmiał się, całował ją w czoło i robił pięćdziesiąt pompek po wstaniu z łóżka. (A potem biegał, robiąc swoje dziesięć kilometrów z rana, chodził też na basen, na siłownię i w ogóle był niesamowicie wysportowanym facetem. Co oczywiście miało szereg niewątpliwych plusów).

– Ty na pewno będziesz żył sto lat – mruczała, zaspana, ziewając potężnie.

– To przyłącz się do mnie, mała.

Opieprzała go za ten przymiotnik, a on się śmiał i otaczał ją ramieniem. Fakt, przy nim była naprawdę mała. Natura obdarzyła ją wzrostem siedzącego psa, była nieco niższa od szlabanu, jak sama siebie określała. Ale przy Tomku to nie było trudne. On miał metr osiemdziesiąt dziewięć wzrostu, ona metr pięćdziesiąt dziewięć. (Wprawdzie uznawała, że to właściwie metr sześćdziesiąt, ale centymetr bezlitośnie mówił prawdę). Poznali się pięć lat temu na parapetówce u Iwony i Adama. Natasza kumplowała się z Iwoną od chwili, kiedy ta przyszła do jej salonu kosmetycznego, który prowadziła niemal od dziesięciu lat. Natomiast Adam był grafikiem i obsługiwał firmę Tomasza. Na parapetówce było mnóstwo ludzi, Natasza zatrzasnęła się w toalecie, Tomek otworzył zamek i ją uwolnił. Niczym w bajce o dzielnym rycerzu i uwięzionej księżniczce. Natasza zawsze robiła takie porównania, żyła często marzeniami, natomiast Tomek stąpał twardo po ziemi. Byli razem od pięciu lat, Natasza zamieszkała u niego, a swoje mieszkanie wynajęła. Była szczęśliwa. Ale ostatnio Tomasz stał się jakiś daleki, wyraźnie to czuła. A dzisiejszy dzień w ogóle zaczynał się źle.

Nie dość, że zaspała, to w dodatku kończyła trzydzieści lat.

I najwyraźniej jej facet w ogóle o tym nie pamiętał!

Był od niej młodszy o trzy lata i dzisiaj właśnie bardzo boleśnie zdała sobie z tego sprawę! Ona przekroczyła już magiczną granicę, trója z przodu, a on wciąż prężny (dosłownie i w przenośni) dwudziestolatek z kawałkiem. Może dlatego od kilku tygodni czuła dziwny niepokój i czujnie reagowała na każde dziwne zachowanie Tomka? A tych w ostatnim czasie było aż nadto!

***

Siedziałam w moim gabinecie, do którego dotarłam nie bez problemów. Najpierw musiałam podjechać do hurtowni po nowe toniki i próbki kremów, jednocześnie próbowałam dodzwonić się do Agaty, siostry Iwony, która była moją serdeczną przyjaciółką, a także fryzjerką, której często przysyłałam moje klientki. Agata wreszcie odebrała, ale była jakaś zasapana.

– Co ty? Uciekałaś przed kimś? – spytałam, wysiadając z samochodu przed wejściem do hurtowni kosmetycznej.

– Nie, nie, ja… Jestem w sklepie i kupuję bułki na śniadanie.

– Okej – odparłam. – Nie musisz mi recytować listy zakupów – mruknęłam. – Słuchaj, chciałam pogadać.

– Ale dzisiaj?

Poczułam ukłucie żalu. No trudno, w końcu to nic takiego!

– Najlepiej dzisiaj.

– Nie dam rady, sorki. Mam mnóstwo pracy.

– Ale może wieczorem…

– Nie, też nie dam rady. Jestem… umówiona! – Brzmiało to tak, jakby moja przyjaciółka właśnie coś odkryła.

– Randkę masz?

– Tak! – odparła, wyraźnie zadowolona i ucieszona. – Gorąca randka, więc rozumiesz, wybacz. Ale jutro możemy się spotkać na kawkę w Etno.

– Okej, spokojnie. A co to za facet?

– Taki jeden.

– Mam nadzieję, że nie z Tindera?

– No co ty! Nie jestem naiwna. Muszę kończyć.

– Dobra, do jutra, Agacia.

– Pa!

Skrzywiłam się trochę, bo moja przyjaciółka jakoś dziwnie brzmiała. Poza tym zawsze mi o wszystkim mówiła, tymczasem poznała faceta i ja o tym nic nie wiedziałam. Miałam wrażenie, że coraz więcej rzeczy mnie omija. Westchnęłam i chciałam iść do wejścia, ale zauważyłam, że zostawiłam zapalone światła w samochodzie.

– Co jest, do diabła?

Auto miało sygnalizator, więc kiedy zapominałam wyłączyć reflektory, to piszczało, jakby ktoś nadepnął mu na rurę wydechową. Wsiadłam z powrotem, sprawdziłam, światła były ustawione na „auto”, czyli świeciły podczas odpalania zapłonu, po zgaszeniu go gasły i one. Przynajmniej tak powinno być. Wyszłam na zewnątrz, nadal się łajzy świeciły.

– Cholera – mruknęłam i wyjęłam komórkę. Wybrałam numer do Tomka. Odebrał po pięciu sygnałach, a ja już wchodziłam do hurtowni.

– Co tam? – usłyszałam jego niski głos.

– Chyba światła się popsuły – mówiłam i jednocześnie pchałam przed sobą wózek pomiędzy wysokimi regałami. – Świecą się.

– Hm, wiesz, że brzmisz mało logicznie? Skoro się świecą, to znaczy, że wykonują swoje zadanie.

– Mądralo, świecą się nadal. Znaczy cały czas. Nawet jak auto stoi, a ja jestem w sklepie.

– A… że nie zgasły?

– No, Sherlocku! – Znalazłam toniki, których używałam w moim gabinecie, i wrzuciłam pudełko do koszyka. – Boję się, że akumulator padnie.

– Ale może przełączyłaś…

– Nic nie przełączałam! Myślisz, że nie znam się na swoim samochodzie?

– Kochanie, ostatnio dzwoniłaś do mnie, bo nie wiedziałaś, gdzie w twoim aucie są światła przeciwmgielne.

– Bo nie używam ich ciągle – burknęłam, zniecierpliwiona. – Może podjadę do tego twojego kolegi mechanika.

– Najpierw ja zobaczę, co tam znowu zmajstrowałaś.

– Oczywiście, moja wina. Myślisz, że jestem jak te kobiety z memów, które myślą, że to lampa Alladyna, gdy się świeci ikonka brak oleju? – złościłam się.

– Ależ nigdy…

– Dobra, kończę. Sama sobie poradzę, pa! – Prawie zwichnęłam sobie nadgarstek, wyłączając telefon. Oczywiście, że sobie poradzę. Jestem przecież energiczną trzydziestolatką! No właśnie. Aż trzydziestolatką!

Mamrocząc pod nosem o niesprawiedliwości świata i metryki, zrobiłam pozostałe zakupy, zapłaciłam i wyszłam na zewnątrz. Spojrzałam na mój samochód, który stał sobie spokojnie i nic, ale to nic się w nim nie świeciło. A na pewno nie światła.

– Ki czort… – powiedziałam do siebie, wgapiając się w samochód niczym w jakiś ciekawy obiekt z innego wymiaru. – Jakieś jaja czy… – I nagle spadło na mnie olśnienie. Przewróciłam oczami i powstrzymałam się od głośnego śmiechu. Mówiąc do siebie coś na temat zakręconych bab, zapakowałam zakupy do auta i po chwili jechałam w stronę Gaju, gdzie znajdował się mój gabinet kosmetyczny. W tym czasie zadzwonił do mnie Tomasz.

– Nat, jeśli chcesz, możesz podjechać do Adasia, on…

– Już nie trzeba. Wszystko dobrze.

– Światła się naprawiły? To znaczy świecą tylko podczas jazdy?

– Tak – mruknęłam

– To co się stało?

– Po prostu… – westchnęłam i ponownie przewróciłam oczami. – Po prostu postawiłam auto naprzeciwko innego, które miało włączone światła postojowe. Nic takiego.

Po drugiej stronie usłyszałam jakiś dziwny odgłos. Coś jak kaszel, połączony z chrumkaniem.

– Dusisz się? – spytałam mało przyjaznym tonem.

– Nie, kochanie. – Tomek był wyraźnie rozbawiony. – Po prostu nieustannie robisz mi dzień.

– Ale śmieszne.

– Żebyś wiedziała.

– O której dzisiaj będziesz?

– Mówiłem ci, że pracuję do późna.

– Zapomniałam.

– Ty zapominalska kobieto!

– I kto to mówi? No to cześć! – Rozłączyłam się i warknęłam pod nosem coś na temat facetów, którzy żyją w swoim własnym świecie.

Wiedziałam, że dla Tomasza jego firma to nie tylko praca, ale także wielka pasja. Dla mnie moja praca to także była pasja, kochałam to, co robiłam. Ale pamiętałam również o życiu i o moim chłopaku. Może to już był czas, aby podjąć jakieś decyzje dotyczące naszej wspólnej przyszłości? A może… może on już nie chciał ze mną być? Może byłam dla niego za stara? Potrząsnęłam głową, nigdy nie miałam na punkcie własnego wyglądu żadnych kompleksów. Ale ostatnio Tomek chodził jakiś zamyślony i kilka razy złapałam go na tym, że kończył rozmowę telefoniczną, gdy wchodziłam do mieszkania. Siedział też w swojej pracowni do późnych godzin nocnych. Wiedziałam, że ma dużo zleceń, ale byłam wyczulona na tego typu zachowania. Mój poprzedni facet, z którym spędziłam pięć lat, także się tak zachowywał, a potem: „To nie tak, jak myślisz, zasługujesz na kogo lepszego”. No oczywiście, dupku! Rozstaliśmy się szybko i bez zbędnego melodramatyzmu. Okazało się, że jego nowa panna już była w ciąży, więc stąd wynikała zapewne „różnica charakterów”, która uniemożliwiła nasz dalszy związek.

Ale tak naprawdę wówczas nie byłam zakochana.

Z Tomkiem to coś całkiem innego. Wpadliśmy na siebie i w siebie. To było jak szaleństwo. Namiętność, pragnienie, poczucie humoru.

Cele, plany i przyjaciele.

Ja i Tomasz mieliśmy też swoje pasje, ale wiele nas łączyło. On biegał, ja uprawiałam nordic walking. Oboje też pływaliśmy i jeździliśmy na desce. To było fajne, to nas zbliżało. Oczywiście on trenował w sposób bardzo regularny, niczym żołnierz pilnujący musztry, z wielką determinacją i dokładnością realizował swoje plany ćwiczeń. Ja nie byłam aż tak restrykcyjna, ale także lubiłam wysiłek fizyczny.

Tomasz miał swoją pracownię, w której od studiów na politechnice zajmował się renowacją starych mebli. Skupował je na różnych giełdach staroci, sprowadzał zza granicy i odnawiał. Miał mnóstwo zamówień, klientów nie tylko w Polsce, ale i poza nią. Robił naprawdę cudowne rzeczy i zawsze byłam z niego bardzo dumna. Kochałam go mocno. Bardzo mocno. I tylko miałam nadzieję, że nie za mocno. Nie lubiłam mieć poczucia złamanego serca i zmarnowanego czasu. Nie chciałabym ponownie zaczynać wszystkiego od początku.

 

Dzisiaj miałam tylko dwie klientki, jedna umówiona była na hybrydy, druga na peeling kawitacyjny. Po południu pojechałam na pocztę, bo musiałam odebrać przesyłkę z butami, które zamówiłam przez internet. Zastanawiałam się, jak przemycę je do domu. Tomek twierdził, że kompulsywnie kupuję buty, i pytał, czy ma budować w ogrodzie swoich rodziców specjalny garaż, w którym zaparkuję zestaw mojego obuwia. Nic na to nie odpowiadałam, z godnością udając, że zupełnie nie wiem, o co mu chodzi, i że chyba trochę przesadza. Aczkolwiek w środku cichutko przyznawałam mu rację. Do momentu, kiedy nie pojawiałam się w sklepie lub nie odwiedzałam kolejnej strony internetowej, a buty krzyczały do mnie, wołały i nie pozwalały mi przejść obojętnie. One po prostu chciały być moje, nic nie mogłam na to poradzić! Jedni zbierają znaczki, inni płyty winylowe, ja buty. Wielkie mi co! I przynajmniej robiłam z nich użytek. Bo co można zrobić z takimi znaczkami?

Na poczcie, na szczęście, nie było dużej kolejki, odebrałam paczkę i trzymając pakunek, torebkę, kluczyki i telefon, wyszłam na zewnątrz. Poczta mieściła się w starym poniemieckim budynku, który był podpiwniczony, a okienka piwniczne znajdowały się właściwie pod ziemią. Chronione były metalowymi kratkami, tuż przy ścianie domu i właśnie gdy tamtędy przechodziłam, aby dojść do auta, zawibrował mój telefon. Usiłowałam go odebrać, jednak wyleciał mi z ręki, przemknął się sprytnie między przęsłami kratki i upadł na pokryte liśćmi podłoże poniżej piwnicznego okienka, jakiś metr poniżej chodnika, na którym stałam. Nawet się nie rozpadł; liście skutecznie zamortyzowały upadek.

– Kurwa! – zaklęłam, a przechodząca obok starsza pani spojrzała na mnie z niesmakiem.

Zastanawiałam się, co mam zrobić z tym cholernym niefartem. Bardzo często wpadałam w jakieś dziwne zakręty losu, które chyba sobie mnie upatrzyły dla osobistych eksperymentów. Jadę na długo wyczekiwanie badanie – oczywiście nie wzięłam skierowania. Idziemy na urodziny ojca Tomka – złamałam obcas. Mają mi rwać ósemkę – zabrakło prądu. No i dzisiaj po raz kolejny dopadło mnie to coś. Pech, fatum, zwał jak zwał. Zagapiłam się w kratkę w chodniku, nie wiedząc, co dalej robić. Nagle na wąskiej uliczce, przy której znajdowała się poczta, zatrzymała się wielka śmieciara. Panowie zaczęli opróżniać kubły, jeden z mężczyzn spojrzał na mnie, bo wyglądałam zapewne bardzo interesująco. Z melancholią wpatrywałam się smętnie w kratkę w chodniku, analizując wszelkie za i przeciw i rozmyślając o tym, czy stać mnie na nowy telefon.

– Coś pani wpadło?

Oj, pan spostrzegawczy!

– Telefon… – westchnęłam teatralnie i zamrugałam rzęsami. Wiedziałam, że robienie z siebie ofiary losu, słodkiej gapy, nieporadnej i potrzebującej silnego męskiego ramienia, sprawia, iż nawet u zachowawczych facetów wstępuje jakaś moc i uaktywnia się opcja „superhero”.

– Rafał, chodź tu! Pani telefon wpadł!

Do faceta w niebieskim kombinezonie podszedł drugi i obaj z łatwością podnieśli kratkę.

– Ojej! – Naprawdę byłam pełna podziwu, że w ogóle im się chciało pomagać. Ich wielka śmieciara tarasowała drogę, kątem oka zauważyłam, iż za ciężarówką ustawiła się całkiem spora kolejka samochodów.

– Dobra, wskoczę i wyjmę pani ten telefon. – Mój wybawca, jak powiedział, tak zrobił. – O kurwa, ale tu ciasno! – Chyba nieco się zablokował. Całkiem tak samo jak uliczka przed pocztą.

– Może bokiem – podpowiedziałam nieśmiało. Faktycznie, luka była tak wąska, że facet nie mógł się zgiąć ani nawet odwrócić.

– Cholera, Piotrek, karetka jedzie. Weź się pośpiesz!

– Nie mogę, utknąłem! – Facet w dziurze sapnął.

– Przekręć się!

– No właśnie, może niech pan podskoczy – poradziłam nerwowo.

– Kurpaonwrrr… – Facet wymamrotał coś niewyraźnie, a ja nie zamierzałam dochodzić, co właściwie miał na myśli.

Pojawił się większy problem.

Bo oto dobiegł nas dźwięk syreny, karetka zmierzała zapewne do pobliskiego szpitala, samochody osobowe zaczęły zjeżdżać, ale nie było mowy, aby śmieciara miała gdzie zjechać. Kierowca, zapewne kolega panów ratowników mojego telefonu, otworzył szybę i ryknął:

– Pośpiesz się, kurwa, Piter, bo mi tu sygnały dają!

– A co ja robię!? – Pan Piotrek stękał, jęczał i próbował się schylić, aby sięgnąć po nieszczęsny telefon.

– Może pan wyjdzie i sięgnie z głową w dół? – zaproponowałam nieśmiało.

Jego kolega spojrzał na mnie jak na wariatkę.

– Nieee… Za-raz, już pra-wie! – Mężczyzna sapał, stękał i zginał się, sięgając po moją zgubę. Jego twarz znalazła się na wysokości chodnika, warga otarła się o cegłówkę, wyglądał, jakby chciał ją ugryźć. Karetka trąbiła, samochody też, kierowca ich śmieciarki darł się, jego kumpel dopingował:

– No już, stary, dawaj, no mało brakuje, no dawaj, dawaj!

– Noo, eeee, ja pierd… – Mój ratownik stękał, mamrotał, warczał i wreszcie usłyszałam triumfalny okrzyk: – Jest!!!

– Nooo! Teraz szybko, wyłaź i spieprzamy! – Pan Rafał podał mojemu wybawcy rękę i z wielkim trudem wyszarpał go z ciasnego luku w chodniku. Piotr chyba musiał o coś zahaczyć, bo usłyszeliśmy trzask rozrywanego materiału i po chwili moim oczom ukazał się nagi pośladek pana supermena.

– O kurwa!

– Ja nie mogę! – Jego kolega Rafał ryknął śmiechem. Ja także z trudem hamowałam chichot, nie było to fair w stosunku do uczynnego faceta, który tak się poświęcał.

– To bardzo ładny… wzór! – parsknęłam mimowolnie.

– Ale śmieszne, idioto! – Piotr przewrócił oczami i podał mi telefon. – Proszę! – Mierzył mnie wzrokiem, w którym widziałam coś jakby wyrzut. No tak, okazałam się niewdzięczną babą.

– Bardzo panu dziękuję, może jakoś to zrekompensuję?

– Niech pani nie rozmawia na ulicy i chowa ten przeklęty telefon. Do widzenia!

Po chwili śmieciarka odjechała, karetka zjechała w stronę szpitala, a korek za nimi powoli się rozładowywał. Ja śmiałam się pod nosem, ale jednocześnie zastanawiałam, co jeszcze dzisiaj się wydarzy. Wbrew pozorom czułam się odrobinę lepiej. Przynajmniej ktoś mnie rozbawił w dzień moich zapomnianych urodzin!

Kiedy wracałam do domu, zadzwoniła moja siostra; słyszałam w jej głosie czystą rozpacz.

– Marysia, co się dzieje?

– Zrobisz mi brwi? Wyyglądam jaaak koszmar.

– Jezu, płaczesz?

– Nieeee.

– Okej, za dwadzieścia minut w salonie – westchnęłam, zawróciłam na ciągłej i pojechałam na Gaj, gdzie znajdował się mój gabinet.

Z Marysią miałam trochę problemów. Była ode mnie pięć lat starsza i miała tendencję do zakochiwania się w niewłaściwych facetach. Jej osiemnastoletnia córka, którą urodziła niedługo po własnych siedemnastych urodzinach, była od niej o wiele bardziej dojrzała. I często sama musiała wyciągać matkę z wiecznych dołów, depresji i innych fobii. Marysia była także hipochondryczką i uwielbiała wynajdywać u siebie różne choroby, które diagnozowała za pomocą wyszukiwarki Google. Kiedy moja siostra dotarła do salonu, było już sporo po południu. Wcześniej zadzwoniłam do Tomka, ale nie za bardzo miał czas rozmawiać. Stwierdziłam, że nie będę już dzisiaj do niego dzwonić. Przeczekam ten pechowy dzień, a jutro zapytam wprost, co się dzieje, i czy… czy nadal chce być ze mną. Tak zrobię!

Tymczasem Marysia wpadła do salonu z rozwianym długim ciemnym włosem, okutana w kolorowe chusty, bo uwielbiała styl boho, i usiadła ciężko w fotelu.

– Poznałam faceta – rzuciła i powachlowała się serwetką. – Dzisiaj idę z nim… Idziemy na randkę, to znaczy to nie randka, ale… – Machnęła ręką, a ja miałam wrażenie, że chciała powiedzieć coś innego. – W każdym razie zrób coś ze mną.

– Dlatego płakałaś przez telefon?

– Widziałaś te zmarszczki? – Wskazała palcem mimiczne zmarszczki, które każdy miał w naszym wieku. Marysia była prześliczna i nie wyglądała na swoje lata.

– Kochanie, wyglądasz świetnie.

– Nata, on jest młodszy ode mnie o dziesięć lat. – Moja siostra rozcapierzyła palce dłoni i wpatrywała się we mnie jak postać z horroru. – Dekada! Jak ja miałam Gabrysię, to on szedł do podstawówki!

– Miałaś Gabi bardzo wcześnie…

– I co z tego?

– A on wie, ile ty masz lat?

– No wie. To mój masażysta.

– Tak się poznaliście?

– Wiesz, on ma z koleżanką gabinet odnowy, coś tam, coś tam. W sumie ta koleżanka mnie masowała, ale tam go poznałam. Byliśmy na kawie, potem w kinie, potem… pocałował mnie i dzisiaj to ja go zaprosiłam.

– Więc skąd te płacze?

– Po prostu Gabi kupiła takie lustro powiększające z oświetleniem, weszłam do łazienki, spojrzałam i prawie umarłam.

– Ależ ty jesteś niemożliwa. – Pokręciłam głową i uśmiechnęłam się. – Dobra, kładź się. Zrobię ci paróweczkę na twarz, potem zrobimy brwi i na koniec maska. Wieczorem będziesz jak dziewczyneczka.

– Obiecujesz? – Moja siostra zrobiła minkę, która nazywałyśmy „na smutnego szczeniaczka”.

– Jakem twoja siostra, obiecuję! – Położyłam dłoń na sercu, niczym przy słuchaniu amerykańskiego hymnu. – Tylko już bez żadnych ryków.

– Dziękuję. Jesteś moją najlepszą siostrą!

– Oczywiście. Bo jedyną! – Uśmiechnęłam się i zajęłam przygotowywaniem specyfików. Nie myślałam o tym, że Marysia także zapomniała o moich urodzinach. Akurat w jej przypadku była to norma. Ale zawsze potrafiła mnie rozbawić i budziła we mnie duże pokłady opiekuńczości, które miałam i chciałam je komuś ofiarować. Marysia była doskonałym obiektem. A poza tym kochałam ją całym sercem i wiedziałam, że ona kocha mnie.

Zajęłam się jej cerą, zrobiłam jej śliczne brwi, hennę, maseczkę, potem pomalowałam ją delikatnie, podkreślając jej śliczne czekoladowe oczy. Ja byłam blondynką z niebieskimi oczami, Marysia szatynką, o pięknym migdałowym spojrzeniu. Kiedy w końcu pozwoliłam jej spojrzeć w lustro, zobaczyłam na jej twarzy uśmiech.

– Nooo…

– Czy to znaczy, że jesteś zadowolona, kochanie? – spytałam z uśmiechem.

– Bardzo! Jesteś czarodziejką!

– Nie, po prostu ty jesteś bardzo ładna – odparłam zgodnie z prawdą.

– I w dodatku jesteś mistrzynią komplementów, faceci powinni się od ciebie uczyć! – Marysia oglądała z bliska swój makijaż. – Że też ja nie umiem się tak pomalować. Zawsze wyglądam jak panda na odwyku.

– Co ty mówisz, siostra? A co do facetów, to mój czasami prawi komplementy. Ale chyba ostatnio ma amnezję – burknęłam i zaczęłam wkładać kosmetyki do kuferka.

– A tak… Ten… To ja już lecę! – Marysia była dziwnie ucieszona. Pocałowała mnie w policzek i już jej nie było.

Wbrew wszystkiemu poprawiła mi humor. Uznałam, że nie dam sobie tak do końca zepsuć tego dnia. Postanowiłam pojechać do Galerii Dominikańskiej kupić sukienkę, którą już dawno upatrzyłam sobie w Stradivariusie. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Oprócz upatrzonej przymierzyłam w sklepie z pięć innych sukienek i kiedy ściągałam jedną z nich, moje długie blond włosy zaczepiły się o suwak, który szmatka miała na plecach. Zaczęłam kręcić się w kółko, sprawiając wrażenie, jakby w sam środek pleców ukąsił mnie jakiś robal. Wypadłam na zewnątrz z kabiny przymierzalni, uwięziona w złoto-brązowej sukience i warknęłam do dziewczyny, która pilnowała przymierzalni:

– Błagam, niech mnie pani uwolni!

– Już się robi! – dobiegł mnie męski głos.

Kiedy poczułam luz i suwak już nie zrywał mi skalpu z głowy, zerknęłam zza miękkiego krwiożerczego materiału niewinnej na pozór sukienki. Obok mnie stał jakiś facet, który wyglądał jakoś znajomo.

– To pani?

– To ja?

– Kto to, kochanie? – Ładna kobieta z krótkimi jasnymi włosami patrzyła na mnie z zaciekawieniem.

– To ta pani od telefonu.

– Ha, ha, ha, ha.

No tak, wszystko było jasne.

– Sorry, nie poznałam pana bez tego…

– Kombinezonu? – Pan Piotrek, który kilka godzin wcześniej ratował mój telefon, patrzył na mnie z zaciekawieniem, pomieszanym z przerażeniem.

– Nie, po prostu…

– Czy pani oglądała taki stary film z Pierrem Richardem i Gérardem Depardieu?

– Jaki stary film?

– Taką komedię, czarną właściwie. Pechowiec.

– Ależ zabawne. – Wzruszyłam ramionami. – Kiedyś oglądałam. Ale wcale nie jestem pechowa.

– Miałbym inne zdanie na ten temat. – Pan Piotr z trudem hamował śmiech, a jego dziewczyna lub żona próbowała go strofować, że nie wypada.

Uśmiechnęłam się.

– Przepraszam państwa i dziękuję. Ponownie.

Piotr objął blondynkę, która patrzyła na mnie ze swego rodzaju fascynacją i powiedział do niej ze śmiechem:

– Widzisz, Agaciu, mówiłem ci, że mam ciekawą pracę.

– Do widzenia. – Blondynka pokiwała do mnie i uśmiechnęła się, a ja oddałam jej uśmiech.

Co tam, nieważne, że wpadałam w kłopoty w dniu urodzin. Ale za to spotykałam ciekawych ludzi. I najfajniejsze było to, że oni też tak pewnie myśleli o mnie. No, chyba że pan Piotr myślał, że spotkał niebezpieczną wariatkę. Parsknęłam śmiechem, ubrałam się, zdecydowałam się na upatrzoną zieloną prostą sukienkę z motywem pawiego pióra na wysokości uda i poszłam do kasy. Powinnam chyba jednak jechać do domu. Może tam nie wpadnę w żadne kłopoty. Może będzie Tomek. I może uda mi się z nim porozmawiać.

Jednak nie dane mi było chyba dzisiaj zaznać odrobiny spokoju. Gdy wyjeżdżałam z parkingu, nieopodal hotelu Hilton zauważyłam zaparkowany samochód Tomka. Zatrzymałam się z boku na awaryjnych, bo oto dojrzałam wychodzących z hotelu Tomka i… Iwonkę! Moją najlepszą przyjaciółkę! Iwona niosła jakieś pudełko, śmiała się, Tomek objął ją, po chwili, otworzył drzwi, wsadzili tam pudełko, Iwona zajęła miejsce pasażera, mój facet usiadł za kierownicą i ruszyli. A ja siedziałam jak wryta (wiem, że mogę stać jak wryta, a nie siedzieć, i to jeszcze w samochodzie, ale tak właśnie się czułam) i nie wiedziałam, czy mam zacząć płakać, śmiać się, krzyczeć czy może jechać za nimi. Po chwili sprawa rozwiązała się sama. Zadzwoniła moja komórka i ujrzałam na wyświetlaczu twarz mojego ukochanego faceta, który śmiał się i wystawiał język. Miałam ochotę wyrwać mu ten kłamliwy ozór! Nie zamierzałam odbierać, a niech sobie dzwoni!

Ale wciąż próbowałam zrozumieć, czego akurat byłam świadkiem. Zobaczyłam go i nie mogłam w to uwierzyć! Czy to mi się śniło? Czy to jakaś farsa? A może ukryta kamera?

Nie!

Nie!

Nie!

To po prostu niemożliwe!

Tomek, mój Tomek, który, gdy poznaliśmy się na tej imprezie, nie dawał mi spokoju. Na początku byłam bardzo ostrożna, nauczona doświadczeniem z poprzedniego związku, nie rzucałam się od razu w ramiona innego. I było mi bardzo trudno zaufać i uwierzyć w to, co Tomek mówił i robił. A był nieustępliwy, romantyczny i bardzo zdeterminowany. Kwiaty, kolacje, wypad w góry, potem wspólny karnet na basen, bo wiedział, że lubiłam pływać. Trochę się bałam tego, że jest młodszy, w sumie bałam się wszystkiego. Ale to Iwona postawiła mnie do pionu i pomogła na nowo zaufać i dać szansę temu facetowi. Właśnie Iwona, moja przyjaciółka. Agata także dołożyła coś od siebie, przywracając mi wiarę w przyjaźń i ludzi.

Czy miałam to wszystko teraz stracić?

Czy były to tylko próżne słowa?

Czy to wszystko miało okazać się kłamstwem?

Kiedy dotarłam do domu, zamiast rzucić się na łóżko i płakać, wzięłam relaksującą kąpiel, do której dosypałam chyba połowę soli aromatycznych, które miałam z łazience. Potem nalałam sobie czerwonego wina i wypiłam dwie lampki. Niby to złudne poczucie szczęśliwości, ale nie czułam się już tak podle. Zrobiłam sobie peeling całego ciała, potem nawilżyłam się mleczkiem różanym. Pachniałam jak kwiaciarnia i było mi z tym dobrze. Włożyłam moją nową bieliznę w kolorze pudrowym, pończochy, sukienkę, szpilki. Zrobiłam elegancki wieczorowy makijaż, włosy upięłam wysoko. Postanowiłam zastosować swój osobisty oręż, który ma każda kobieta. Siebie samą – wkurzoną i dumną. Zbliżała się godzina dziewiętnasta, Tomek zapewne zamykał pracownię, bo ostatnio o tej właśnie godzinie kończył pracę. Ale sprawa rozwiązała się sama, gdyż ponownie do mnie zadzwonił. Brzmiał trochę smutno. I jakoś dziwnie.

– Czy możesz tutaj przyjechać? Dzwoniłem, ale nie…

– Stało się coś? – przerwałam mu chłodno. No bo co mogło się stać, oprócz tego, że zapomniał o moich urodzinach i woził się z moją najlepszą przyjaciółką po mieście?

– Nie. W sumie… tak. Musimy porozmawiać.

Wiedziałam! To koniec! No cóż, jeśli chce w ten sposób zakończyć wszystko to, co było między nami, przynajmniej mam oręż w postaci makijażu i eleganckiego ciucha. Oraz obojętności i dumy na twarzy.

– Okej, będę za pół godziny – powiedziałam.

Taksówka przyjechała w ciągu dziesięciu minut, po dwudziestu podjeżdżałam pod jego pracownię. Znajdowała się w Iwinach, w parterowej części domu po babci, który Tomek odziedziczył jakiś czas temu. Wokół było cicho, spokojnie, czerwcowy wieczór sprawiał, że domek wyglądał magicznie na tle powoli zachodzącego słońca.

– Romantyzm, tia, pfff… – mamrotałam wściekła pod nosem. I dobrze, że byłam zła. Przynajmniej mogłam zapanować nad łzami, które od kilku godzin umiejętnie w sobie dusiłam. Wzięłam głęboki wdech i weszłam do środka. Lampy były zgaszone, paliły się tylko światła punktowe nad ekspozycją i na szerokim biurku Tomka. On sam stał nieopodal i wpatrywał się we mnie z napięciem.

– Pięknie wyglądasz – powiedział cicho, widziałam blask w jego oczach.

Aktorzyna się znalazł!

– Wiem! – odparłam śmiało, patrząc na niego wyzywająco. – I zamierzam powiedzieć ci, co myślę!

Tomek zamrugał, jakby nie wiedział, co się właściwie dzieje, i potrząsnął głową.

– Może najpierw pozwolisz, że ja coś powiem? – Po kilku sekundach wahania odezwał się już pewnym głosem.

– No oczywiście, proszę bardzo! Masz zapewne sporo do powiedzenia! Proszę! – Oparłam się o jego biurko, objęłam ramionami i patrzyłam na niego z oczekiwaniem.

– Eee, chyba trochę nie rozumiem. Ale okej. Posłuchaj, Natasza…

– Słucham, słucham.

– Możesz mi nie przerywać?

– Postaram się.

– Okej. – Tomek uniósł dłonie, jakby chciał mnie zatrzymać. Patrzył tak, że zrobiło mi się gorąco. Chciał ze mną zerwać? Zapewne. Tylko dlaczego…

– Myślałem o tym ostatnio bardzo długo. Właściwie nie mogłem spać, nie mogłem pracować, byłem pewnie gównianym partnerem…

– To ty powiedziałeś…

– Musiałem sobie wszystko poukładać w głowie.

– I co, poukładałeś, tak? Dlatego chcesz mnie zostawić?

– Ja… Co? – Tomek patrzył na mnie osłupiały.

– Może ci ułatwię. – Uśmiechnęłam się i zaczęłam wyliczać, odginając po kolei palce dłoni. – Chodzisz zamyślony, nie odzywasz się, nie rozmawiasz ze mną, za to non stop gadasz z kimś przez komórkę. Patrzysz na mnie jakimś dziwnym wzrokiem, długo pracujesz. – Przewróciłam oczami. – Zapomniałeś o moich urodzinach. – To dodałam już ciszej. Tomek nieruchomo się we mnie wpatrywał. Chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. – A poza tym… – szepnęłam. – Widziałam cię.

– Widziałaś mnie? – Uniósł brew, jakby w oczekiwaniu, że zrzucę bombę.

– Ciebie i ją.

– Mnie i ją. Aha. – Pokiwał głową, objął się ramionami i wyglądał na… wkurzonego? Serio?

– Głuchy jesteś?

– Mnie i ją. Czyli kogo?

– Właśnie tego nie rozumiem. Ty i Iwonka? Dlaczego?

– Ja i Iwonka. Ja i… – Zagryzł wargę, ale widziałam, że ma zamiar się roześmiać.

Zaraz dostanie ode mnie z półobrotu! Chociaż nie, szkoda sukienki. No i miałam na sobie szpilki…

– Może przestaniesz powtarzać moje pytania i odpowiesz mi, dlaczego taki jesteś?! – warknęłam.

– Hm, dlaczego? Okej. Zaraz ci wytłumaczę dlaczego. Bo oczywiście ty zawsze wszystko wiesz najlepiej. Ale pozwól, że pokażę ci to z mojej strony.

– Jasne, zaczniesz wymieniać moje wady i na koniec stwierdzisz, że nie pasujemy do siebie i… – Poczułam jego dużą dłoń na moich ustach. W jego oczach widziałam złość i rozbawienie.

– Możesz na chwilę się zamknąć, Natasza? Bardzo cię proszę.

– Chcesz się wytłumaczyć? Ależ proszę! – Kiedy zdjął dłoń z moich ust, odezwałam się ponownie. – Ale nie myśl sobie, że to coś da – dokończyłam spokojnie, aczkolwiek głos mi zadrżał. Niech już powie, co ma do powiedzenia, i wszystko będzie jasne!

– Jesteś niemożliwa – szepnął, wziął głęboki wdech i wbił we mnie swój wzrok.

Kochałam jego niebieskie oczy. Kochałam go całego. Bardzo. Nie wiedziałam, jak to wszystko zniosę…

– Słucham – powiedziałam ostrzej.

– Faktycznie ostatnio byłem bardzo zajęty. Uświadomiłem sobie coś, co na mnie spadło, i przez kilka dni chodziłem jak walnięty obuchem. A potem zacząłem działać. Fajnie, że wszystko zgrało się z pewną datą. Chciałem to wykorzystać.

– Chyba mnie wykorzystać – mruknęłam.

– Daj mi skończyć, bo przełożę cię przez kolano i…

– Złych książek się naczytałeś?

– Natasza, bo cię zaknebluję!

– Okej, zatem nad czym tak usilnie rozmyślałeś w ostatnim czasie? Słucham!

Tomek wziął głęboki wdech, jakby z trudem nad sobą panował. Doszedł mnie jakiś szmer, ale byłam zbyt wkurzona i zbyt skupiona na stojącym przede mną facecie, aby się tym przejąć.

– To wszystko uświadomiło mi, dokąd zmierzam, czego chcę od życia, kim chcę być. Praca to moja pasja, ktoś kiedyś powiedział, że jak będziemy robić to, co sprawia nam przyjemność, wówczas nie przepracujemy ani jednego dnia. I to prawda, mogę się z tym zgodzić. I ty też, bo robisz to, co kochasz. Ale praca to tylko jeden z aspektów życia. Jest jeszcze to, co poza nią. A tutaj czekało na mnie wiele… niespodzianek.

– No wykrztuś to wreszcie! To koniec, tak? – Nic chciałam wyjść na histeryczkę, ale jednak głos mi nieco zadrżał. Wkurzona zacisnęłam dłonie w pięści, aby jakoś nad sobą zapanować.

– Koniec? – Tomek przypatrywał mi się uważnie i dostrzegłam, że lekko drży mu kącik ust. Miałam ochotę przywalić mu tam z piąchy. – Nie, Natasza. To dopiero początek. Początek wszystkiego. I mogłem się spodziewać, że niczego mi nie ułatwisz. Ale byłem na to gotowy.

– Bądź pewien, że wszystko ci ułatwię. Mam swój honor i dumę. – Mój cholerny głos drżał coraz mocniej.

– Oj, wiem o tym doskonale.

– Masz kogoś? To Iwona? A jej mąż? Ale jak mogłeś? Jak ona… – W tym momencie Tomek zniecierpliwiony popchnął mnie lekko, zatoczyłam się na ścianę, a on wówczas klęknął przede mną i wyciągnął z kieszeni czarne pudełko.

– Jesteś naprawdę nieznośna i najchętniej zlałbym ten twój słodki tyłeczek. Ale to potem. Teraz chciałem ci powiedzieć, że uświadomiłem sobie, że jesteś jedyną kobietą, z którą mogę iść przez życie, i chociaż czasami niemożebnie mnie wkurzasz i doprowadzasz do szału, tak jak dzisiaj na przykład, to kocham cię i chcę być z tobą już zawsze i na zawsze. Natasza, zostaniesz moją żoną? I zanim odpowiesz, to wiedz, że nie zapomniałem o twoich cholernych urodzinach. Przygotowywałem je od tygodni i musiałem się natrudzić, aby wciągnąć w to wszystkich twoich przyjaciół i rodzinę. A z Iwoną jechałem po pieprzony tort, który piekł jakiś kolega Iwony, który pracuje w Hiltonie. I nie wiem, jak mogło ci coś tak idiotycznego wpaść do głowy?! Kocham cię, Nataszo Figiel. Jesteś niemożliwa i jestem na to gotowy!

Myślę, że jeśliby w tym momencie zorganizowano konkurs na najbardziej debilną minę świata, miałabym spore szanse. Powoli układałam sobie w głowie to, co właśnie usłyszałam, i próbowałam to przyswoić i zrozumieć. On mnie kochał. Naprawdę kochał. Chciał się ze mną ożenić. Być ze mną. Nie zdradzał mnie. Iwonka była moją przyjaciółką. Urodziny… przyjaciele… rodzina… Patrzyłam w jego oczy i widziałam w nich nadal złość, ogrom miłości i nieco obawy. Zagryzłam wargę i spojrzałam na pierścionek, który Tomek cierpliwie trzymał na dłoni, wyjąwszy go uprzednio z aksamitnego pudełka. Pierścionek był elegancki, subtelny, miał mały diamencik otoczony srebrnym listkiem. Prześliczny.

– A więc mnie kochasz? – spytałam zduszonym głosem.

– Brawo, Sherlocku.

– Wszystko źle zrozumiałam?

– Niewątpliwie. Jesteś uparta i dumna i to też w tobie kocham.

– Kochasz?

– Tak, Natasza. – Przewrócił oczami. Widziałam, że jest zniecierpliwiony. – Wszystko w tobie kocham i chcę się z tobą zestarzeć. Wystarczy?

Pokiwałam głową i uśmiechnęłam się. Poczułam łzy pod powiekami.

„Nie możesz się rozpłakać, nie możesz się rozpłakać!”

Wciąż powtarzałam to w myślach, ale obawiałam się, że chyba przegram tę nierówną walkę z własnymi emocjami.

– Czy możesz mi w końcu odpowiedzieć? – Klęczący Tomek wpatrywał się we mnie. – Niedawno byłaś taka rozmowna.

– Ty też jesteś niemożliwy.

– Odpowiesz mi?

– Tak.

– Tak-odpowiesz, czy tak-zostaniesz moją żoną?

– Tak-zostanę twoją żoną!

Tomek wsunął mi pierścionek na palec, wstał i złapał mnie w objęcia. Pocałował mnie szaleńczo, ale i tkliwie, odsunął się i spojrzał mi w oczy. W jego oczach widziałam szczęście. Prawdziwe, czyste szczęście.

– Nie płacz, wariatko – szepnął i znowu pocałował mnie w usta. Łzy spływały mi policzkach, ale miały całkiem inny smak.

Wtedy Tomek powiedział cicho w moje włosy:

– Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.

I wówczas zabłysły światła, rozległ się mój ulubiony kawałek Cyndi Lauper Girls Just Want to Have Fun, a w pracowni rozległ się chóralny okrzyk:

– NIESPODZIANKA!!!

Zaskoczona i przestraszona odsunęłam się od Tomka, który śmiał się i wciąż mocno trzymał mnie w objęciach.

Byli tutaj chyba wszyscy. Moja siostra ze swoim nowym facetem, moja ukochana siostrzenica, rodzice, rodzice Tomka, jego brat z żoną, Iwona z mężem, Agatka, nasi wspólni przyjaciele, znajomi. Po chwili wjechał tort, Iwona spojrzała na mnie i pokręciła głową, wznosząc oczy ku niebu. Potem wszyscy zaczęli składać mi życzenia, całować, dawać prezenty. Kiedy Iwona dotarła do mnie, mocno mnie przytuliła.

– Ale z ciebie świr. Co ci przyszło do głowy?

– Nie wiem. Po prostu… jestem idiotką.

– A tak, czasami. Jak każda z nas. – Iwona wręczyła mi kopertę. – Masz, to coś dla ciebie. Voucher do SPA. I kocham cię jak siostrę, pamiętaj o tym.

– Będę. Zawsze będę!

Potem moja siostra złapała mnie w objęcia.

– Moja kochana, wszystkiego najlepszego! Nawet nie wiesz, jak bardzo musiałam się dzisiaj pilnować, żeby się nie zdradzić.

– Miałam wrażenie, że chyba o tym zapomniałaś.

– Ha, ha, ha, zapomniałam, że ja zapomniałam o twoich urodzinach! O wszystkim pamiętałam. – Moja zwariowana siostra spojrzała na stojącego obok niej wysokiego mężczyznę. – A to Antek. Mówiłam ci… – Marysia mrugnęła do mnie porozumiewawczo.

– Cześć, wszystkiego najlepszego. – Antek uścisnął moją wyciągniętą dłoń i pocałował mnie w policzek. – Bardzo ciekawe… zaręczyny.

– A dziękuję. To taki scenariusz specjalny był.

– Idealnie dopracowany. – Antek objął Marysię i uśmiechnął się. Moja siostra promieniała, a mnie radość zalała serce.

Życzeń, uścisków, żartów było co niemiara. Bawiłam się cudownie, ale przede wszystkim dlatego, iż niemal nieustannie czułam na sobie wzrok Tomka. Tomasza. Mojego przyszłego męża. Potem tańczyliśmy, piliśmy, aż w końcu mój facet wziął mnie w ramiona i pokierował w stronę korytarza.

– Masz jakieś niecne zamiary? – spytałam z uśmiechem.

– Nieustannie.

– Naprawdę bardzo mnie zaskoczyłeś – westchnęłam, tuląc się do niego. – Zupełnie się tego nie spodziewałam.

– Oczywiście, kochanie. Spodziewałaś się zdrady, tego, że nikt nie pamięta o twoich urodzinach, i ogólnej katastrofy.

– Teraz mi strasznie głupio.

Tomek odsunął się i uniósł moją twarz, zmuszając mnie, żebym spojrzała mu w oczy.

– Trochę mnie wkurza, że masz taką małą wiarę we mnie. A co z zaufaniem? Myślisz, że byłbym w stanie tak cię okłamywać? Tak cię zranić?

– Nie chciałam w to wierzyć. Jest mi bardzo wstyd – powiedziałam cicho.

Naprawdę czułam się z tym źle. Faktycznie, jak mogłam w niego zwątpić? Idiotka do kwadratu! Mistrzyni porażek i wtop! Dzień dobry!

– Ech, Natasza, niezły figielek z ciebie. – Tomek przytulił mnie mocno i pocałował we włosy. – Czuję, że przy tobie nie będę miał szans się nudzić. No i coś mnie w tym wszystkim pociesza.

– Mianowicie co takiego? – wymamrotałam w jego koszulę.

– Skoro tak się wkurzyłaś, to znaczy, że chyba mnie kochasz.

Pokręciłam głową.

– Co tam mamroczesz?

– Kochasz? Wcale nie. Nic a nic! – mruknęłam i jeszcze mocniej objęłam go w pasie.

– Mój figielek. – Tomek roześmiał się i objęci wróciliśmy do naszych przyjaciół.

Moja siostra podeszła do mnie z szampanem i błyskiem w oczach.

– Całkiem niezły dzień, prawda, siostrzyczko?

Roześmiałam się i pokiwałam głową.

– O tak, całkiem niezły. Jestem ciekawa, co będzie dalej.

Tak. Jeden dzień z mojego życia. Szalony jak ja. Namiętny jak Tomek. Romantyczny jak moja siostra. I wspaniały jak moi przyjaciele. A co dalej? Nie wiem, zobaczymy, ale chyba muszę być gotowa na kolejne wspaniałe dni! Bo chyba warto zaufać drugiemu człowiekowi, czerpać radość nawet z niepowodzeń i kochać całym sercem. W końcu jesteśmy tu na chwilę, więc nie można zaprzepaścić szansy na szczęście. I nigdy nie można zapominać, jak to jest po prostu świetnie się bawić.

 

Niektórzy chłopcy zabierają ładne dziewczyny

I ukrywają je przed resztą świata

Chcę być jedną, która spaceruje w słońcu

Och, dziewczyny chcą świetnie się bawić

Och, dziewczyny chcą…

 

To wszystko, czego tak naprawdę chcą -

Trochę zabawy

Kiedy kończy się dzień pracy

Dziewczyny – chcą świetnie się bawić

Och, dziewczyny chcą świetnie się bawić

Chcą świetnie się bawić,

Chcą się tylko świetnie się bawić…1

1Cindy Lauper, Girls Just Wanna Have Fun, albumShe’s So Unusual,1983.

 

 

 

To była historia jak z bajki: zielona trawa, żonkile i strumień, w którym się kąpaliśmy.

– Nie chce pan jej zabrać ze sobą? – zawołał Dominik do turysty, który zatrzymał się na brzegu i popatrzył na mnie. – Dopłacę! Tylko niech pan ją weźmie!

Turysta się roześmiał. Ja się śmiałam. Śmiał się Dominik i reszta dzieciaków, które podobnie jak ja przyjechały w Bieszczady na letni wypoczynek.

Dominik był stamtąd. Z Bieszczad. Stał na brzegu, blokując mi możliwość wyjścia z wody, i widziałam, jak na mnie patrzył. Błyszczały mu oczy. Gapił się na moje długie, jasne włosy. Na żółty strój kąpielowy, który kupiłam sobie na szesnaste urodziny. A ja pod jego spojrzeniem czułam się inna, nowa, ładniejsza i miałam wrażenie, że świat stał się lepszy.

– No cóż, kolego, nie mogę jej zabrać, bo nie mam warunków dla takiej piękności! – zawołał wesoło turysta.

– Proszę! Dam panu moje kieszonkowe! – błagał Dominik. – Ona wszystko rozwala! Przyjechała na dwa tygodnie do kuzynki i już wyjeżdża, a świat postawiła na głowie!

– Chyba się zakochałeś, młodzieńcze! – roześmiał się turysta.

– W niej? A w życiu! – zaprzeczył Dominik, ale jego oczy mówiły coś innego.

Poślizgnęłam się na mokrym kamieniu i chłopak mnie przytrzymał.

– Przyjdziesz tu później? – zapytał cicho, patrząc mi w oczy. – Przyjdź. Wezmę twój adres, dam ci swój. Wiem, że wyjeżdżasz, ale chciałbym mieć z tobą kontakt.

To było takie proste: zgodzić się i rozpocząć nowy etap życia. Ale ja zawsze byłam tchórzem! Bałam się nowego, byłam jedną z tych osób, których marzenia wydają się najpiękniejsze tylko wtedy, gdy jeszcze nie doszło do ich spełnienia. Sprawiało mi radość samo marzenie, ale prawie nigdy nie dążyłam do jego realizacji. Tamtego dnia spanikowałam i odpowiedziałam zduszonym głosem:

– Nie dam rady, muszę się spakować!

Biegnąc potem do domu, miałam ochotę ze złości kopać kamienie przy drodze. Och, dlaczego odmówiłam? Dlaczego nie powiedziałam: „Jasne, przyjdę!”, dlaczego byłam takim okropnym tchórzem?!

W życiu przegapiłam wiele okazji. To może dla was zabrzmieć naiwnie, ale o tej jednej myślałam przez następne dwadzieścia pięć lat.

W marzeniach tysiące razy wracałam nad strumień w Bieszczadach, cofałam czas, Dominik znowu łapał mnie za ramię, a ja, zamiast odmówić, spoglądałam mu w oczy i przytakiwałam. Potem biegłam na umówione miejsce spotkania, ściskając w ręce kartkę z adresem. Wyobrażałam sobie radość w oczach Dominika. Dotyk. Pocałunek. A potem mój powrót do Gdyni i listy wysyłane na bieszczadzką wieś. W tych listach pisałabym, że tęsknię i że się zakochałam, i że nie znajdę sobie nikogo innego. Może zaprosiłabym Dominika na studniówkę? Może jakaś dziewczyna ze wsi byłaby o niego zazdrosna i nienawidziłaby mnie z całego serca? Wyobrażałam sobie nasz ślub kilka lat później: welon długi do kostek, krowy pasące się na zielonych łąkach, a po ślubie nasze dzieci brudne od bawienia się w ziemi i biegania po bieszczadzkich drogach. Widziałam siebie sadzącą kwiaty w ogrodzie, z uśmiechem na ustach niosącą wiadro wody ze studni, rozstawiającą na stole pięć talerzy (dla mnie, dla Dominika i dla trójki naszych dzieci – dwóch dziewczynek i chłopca). W tych marzeniach oczywiście mieliśmy dom w Bieszczadach. W wyobraźni dekorowałam okna, podłogi nakrywałam dywanami, na komodach rozkładałam nasze zdjęcia. Wyobrażałam sobie noce moje i Dominika: fale gorąca, przyspieszone oddechy, wrażenie, że jest między nami potężne „coś”, co ujawnia się w każdym spojrzeniu, geście, dotyku i…

– Mamo, tu Ziemia do ciebie! Halooo! Mówię!

W wyobraźni zafalowały zielone łąki, krowy i drewniany domek, a moje ciało nabrało ciężaru.

– Haloooo! – wrzasnęła moja córka.

– Przestań tak mówić! – zdenerwowałam się. – Wiesz, że tego nie lubię!

– To nie odpływaj myślami! Ziemia do mamy!

Bieszczadzkie życie rozwiało się jak sen, a ja stanęłam obiema nogami na podłodze w kuchni w naszym ciasnym mieszkaniu w bloku, w Gdyni, i spojrzałam na Marysię.

– Co? – zapytałam, chociaż wiedziałam, że nie zabrzmiało to zbyt miło.

– Mówi się „proszę” – poprawiła mnie córka.

Nogi ci z dupy wyrwę! – pomyślałam. Oczywiście swoje dziecko się kocha nawet wtedy, gdy ma trzynaście lat, pyskuje, nosi dżinsy tak płytkie, że odkrywają połowę bioder, a jego ojcem nie jest Dominik, tylko Paweł.

– Mówię, że nie smakuje mi obiad! – wyjaśniła Marysia, wskazując stojące na stole talerze. – Dodałaś czosnku! No luuuudzie, co najmniej jakbyś urodziła się dzisiaj i nie wiedziała, że nie mogę go nawet wąchać!

Czy wspominałam już, że chciałabym ją zamordować?

– Ja też go czuję! – odezwał się z pełnymi ustami Paweł, więc przeniosłam wzrok na niego.

Paweł.

Przyjrzyjcie mu się.

Poznałam go w kawiarni studenckiej dwadzieścia lat temu. Nosił wtedy długie włosy, obcisłe skórzane spodnie, jak Jim Morrison, i rozchełstane czarne koszule. Dwadzieścia lat później przy moim stole siedział facet w średnim wieku. Włosy dawno mu wypadły, więc czasem opowiadałam mu o nowinkach medycznych, na przykład o przesadzaniu cebulek na głowie, ale zwykł odpowiadać: „Nie jestem grządką, żebyś mi cebulki sadziła! Wyłysiałem, bo za dużo się uczyłem na studiach! Ha, ha, ha!”. Uśmiechał się miło, chociaż kilka lat temu na jachcie dostał bomem w zęby i ukruszyła mu się jedynka. „Zrób coś z tym zębem!” – powtarzałam, ale odpowiadał: „Jak kochasz, to ci nie będzie przeszkadzać!”. I chyba mi nie przeszkadzało.

Zadzwonił telefon, więc zignorowałam Marysię narzekającą na czosnek i sięgnęłam po słuchawkę.

– Lidka! – usłyszałam.