Ludzie Karceru - Grzegorz Juszczak - ebook
NOWOŚĆ

Ludzie Karceru ebook

Grzegorz Juszczak

5,0

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Świat po upadku nie zna litości

Kontynuacja historii z brutalnego świata spustoszonego przez wojnę atomową.

Karcer upadł. Niedobitki, którym udało się zbiec, próbują odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Nie jest to łatwe. Każdy dzień stanowi walkę o przetrwanie, zwłaszcza że menelsi – zmutowane istoty dotknięte promieniowaniem – rozprzestrzenili się niczym zaraza. Znalezienie bezpiecznego schronienia wydaje się niedoścignionym marzeniem.

W Port Washington, który pod rządami najeźdźcy przekształciło się w złudnie uporządkowaną społeczność, byli mieszkańcy Karceru przechodzą przez prawdziwe piekło. Krąg – kasta duchownych zarządzających tym miejscem – nie dba o ich wygodę. Więźniowie są skazani na brutalne tortury, głód i poniżenie.

Odbicie ich z tego miejsca stanowiłoby próbę samobójczą.
Ale nikt nie jest tak zdesperowany i tak zdeterminowany jak „Ludzie Karceru”.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 421

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
BenekBooksinski

Nie oderwiesz się od lektury

W kolejnym tomie Grzegorz Juszczak kontynuuje swoją wizję alternatywnej przyszłości. Ponownie zabiera czytelników do zdegradowanego świata, w którym wszelkie zasady przestały istnieć, a podstawowe potrzeby zeszły na dalszy plan. Priorytetem staje się przetrwanie w rzeczywistości, która pozostała po masowych atakach bronią nuklearną, biologiczną i chemiczną. W tym nowym świecie rodzi się rasa naznaczona licznymi deformacjami – „mutanci”, pozbawieni wysokiego ilorazu inteligencji, ale obdarzeni niezwykłą siłą fizyczną i silnym instynktem przetrwania, co czyni ich niebezpiecznymi dla ludzi. Dawne więzienie, znane jako Karcer, zostało przekształcone w twierdzę, mającą być bezpiecznym miejscem do życia. Jednak Karcer upadł, a wraz z nim jeden z ostatnich bastionów cywilizacji, w którym panowały zasady, pozwalające nazywać miejscową ludność społeczeństwem. Ludzie Północy siłą przejęli władzę, zniewalając mieszkańców i zamieniając ich dotychczasowe życie w piekło, pozbawiając ich godności....
10



Grzegorz Juszczak

Ludzie Karceru

Mojej żonie Annie

1. Krzyki

Letni wieczór w Port Washington po powrocie krucjaty do Karceru upływał pod znakiem krzyków. Pomimo przekonania o słuszności ekspedycji wiele rodzin utraciło w niej swoich bliskich. Kilkaset istnień ludzkich pozostało na polach bitwy w Jasper, Karcerze, pewnej posiadłości niedaleko Macon oraz zgubnym wąwozie na północny wschód od Atlanty. Ich rodziny mogły obchodzić żałobę jedynie w swoich domostwach, w głębokiej tajemnicy. Nikt nie odważyłby się publicznie opłakiwać zmarłych, ponieważ nic nie mogło zakłócić fetowania wielkiego zwycięstwa, które było dla miasta najważniejsze. Nieme krzyki w poduszkę lub cichy szloch w najdalszych zakątkach piwnic, na tylko albo na aż tyle mogli sobie pozwolić żałobnicy Port Washington.

***

Na północnych obrzeżach miasta istniał dawny sierociniec, w którym umieszczono wszystkie dzieci uprowadzone z Karceru. Poupychane w pokojach urągających jakimkolwiek normom humanitarnym, przytulone do siebie płakały, wzywając na pomoc swoich rodziców. Niestety ich krzyki odbijały się jedynie od odrapanych ścian, ponieważ ich bliscy najpewniej polegli podczas obrony bazy lub w nielicznych przypadkach próbują się jakoś odnaleźć w nowych okolicznościach. Pozostawione same sobie, dzieci oczekiwały na pomoc, na którą teraz trudno było im jednak liczyć. Nie wiedziały, co się z nimi stanie, czy ktoś się nimi zaopiekuje, czy zaznają jeszcze odrobiny miłości, której im panicznie brakowało. Pocieszały się nawzajem, jak tylko mogły, starszaki obiecywały młodszym, że ich mamusie i tatusiowie już wkrótce po nich przyjdą, że tylko muszą się uzbroić w cierpliwość, a wszystko będzie jak dawniej.

***

W innych częściach miasta młode dziewczęta przyprowadzone z południa były właśnie przydzielane swoim nowym panom. Po dokładnym ich umyciu i dogłębnym przebadaniu wręczane były ważnym tego miasta jako swoisty łup wojenny, do którego prawa mogli sobie rościć jedynie nieliczni. Każda z nich prezentowana była w ten sam sposób. Po wejściu do głównego salonu z kobiety ściągano wszelkie ubranie. Była naga, ze związanymi z tyłu rękami, tak aby nie była w stanie zakryć jakiejkolwiek intymnej części ciała. Przy akompaniamencie śmiechu i lubieżnych pomlaskiwań oglądana była dosłownie z każdej strony. Obleśne oczy i grubaśne palce przyszłych gnębicieli nie omijały żadnego otworu w jej ciele. Sporadycznie zdarzało się, że taka młoda dziewczyna z jakiegoś powodu nie przypadała do gustu przyszłemu panu, wtedy to trafiała do następnego w kolejce lub – w ostateczności – do wojskowego burdelu, gdzie ich żywot był przeważnie bardzo krótki. Po oficjalnej części przedstawienia zdobyczy wojennych dziewczęta zabierane były do alkowy, gdzie oczekiwały na swojego oprawcę. Część z nich, ze względu na brutalność i perwersyjne dewiacje, nie dożywała poranka. To nigdy nie był normalny stosunek płciowy, niejednokrotnie były poddawane obrzezaniu, biciu i wszelkiego rodzaju poniżaniu. Ich krzyki tłamszono za pomocą knebli, wybijania zębów, a czasem nawet i wyrwania języka. Dla mieszkańców Port Washington były podludźmi, chwilowymi zabawkami, które po znudzeniu się były oddawane dalej lub najzwyczajniej zabijane i przeznaczane na pokarm dla menelsów.

***

W byłym komisariacie policji przesłuchiwano Sama, a raczej się nad nim pastwiono. Dwóch dobrze zbudowanych mężczyzn bezskutecznie próbowało wyciągnąć jakieś informacje od człowieka, którego wiedza była znikoma. Wykończony wielotygodniowym marszem Sam nie opierał się swoim oprawcom, po upadku Karceru informacje, które posiadał, stały się bowiem całkowicie bezużyteczne. Odpowiadał na wszystkie pytania, jednak i tak za każdą odpowiedź obrywał jeszcze mocniej. Początkowo próbował być silny, krzyczał, bronił się przed kolejnymi ciosami, kiedy jednak z jego dłoni zniknęły wszystkie paznokcie, a jego stan uzębienia osiągnął zero, poddał się. Jego bezradność i całkowite zobojętnienie wytrąciły z równowagi oprawców. Katowaniu Sama nie było końca, dopiero kiedy zorientowali się, że nie reaguje on już na próby ocucenia, postanowiono dać mu na jakiś czas spokój. Ledwo żyjącego wrzucili go do jednej z cel, gdzie nie mógł liczyć na żadną pomoc.

***

Była naczelnik Karceru trafiła zaś do podziemnej celi w miejscowym ratuszu. Pomieszczenie to początkowo wydawało jej się całkiem schludne i zadbane. Było w nim dość normalne łóżko, tylko że bez materaca czy nawet koca, oraz toaleta wraz umywalką i kranem nad spłuczką. Kiedy prowadzili ją do celi, próbowała z nimi porozmawiać, sugerowała, że zna wielebnego Steve’a, że to jej dawny mąż Philip, o którym myślała, że zginął w Atlancie sześć lat temu. Nikt jednak z będących w pobliżu nie odpowiadał na jej pytania czy prośby. Zanim trafiła do swojej celi, w jednym z pomieszczeń sąsiadujących kazali się jej rozebrać do naga, co mimo jawnej niechęci posłusznie zrobiła. Jeden ze strażników zardzewiałymi nożyczkami ściął jej tuż przy skórze włosy na głowie. Potem za pomocą szlauchu umyto ją zimną wodą, po czym obsypano staroświeckim środkiem na wszy. Mokrą i pokrytą całą białym proszkiem wypędzono na korytarz, gdzie ku ogólnej uciesze zebranych tam żołnierzy musiała czekać, aż się nad nią zlitują.

Kiedy wreszcie zaprowadzili ją do celi, kazali jej usiąść na łóżku. Najbliżej jej stojący żołnierz wymierzył Brass ogromnej siły policzek, po którym opadła na pryczę. Następnie rozpiął rozporek i oddał mocz bezpośrednio na twarz kobiety, która kiedyś dumnie przewodziła trzytysięcznej społeczności Karceru.

– Już myślałem, że nie wytrzymam – powiedział z ulgą żołnierz, któremu od kilku godzin zakazano korzystania z toalety.

Po całkowitym opróżnieniu pęcherza rozluźniony strażnik i jego kompani opuścili cele. Zgaszono wszelkie światła, pozostawiając poniżoną Brass w całkowitych ciemnościach. Wtedy to Monica zamiast naturalnego w takich momentach krzyku zaczęła cichutko płakać.

***

Najgłośniej za to było w miejscowym szpitalu, gdzie Karen na jednej z sal porodowych starała się wydać na świat dziecko Matiego. Pomimo tego, że przez większość drogi była wieziona na taczkach przez Sama, to jej organizm był skrajnie wyczerpany. Brass przez ten czas starała się, jak mogła, aby Karen jadła jak najwięcej, jednak ludzie z północy w tym zakresie nie okazywali zbytniej przychylności. Rodząca była też całkowicie naga, wystawiona na widok każdego, kto wszedłby teraz do sali, jednak nie przejmowała się tym zupełnie. Najważniejsze dla niej było dziecko. Dziecko jej ukochanego, które było jej jedyną więzią z poprzednim życiem.

– Przyj, dziewczyno, przyj. Dziecko samo nie przyjdzie na ten świat – krzyczała jedna z obecnych akuszerek.

– Prę, kurwa, prę. Tylko nie mam już siły.

– Jak nie urodzisz naturalnie, będziemy musiały cię rozciąć, a jako lekarka wiesz, jakie to może być dla ciebie niebezpieczne – mobilizowała ją druga z kobiet ubranych w turkusowe habity z wielkimi kornetami na głowie.

Karen po raz kolejny zaparła się i zaczęła przeć, niestety i tym razem nie przyniosło to żadnego efektu. Ponad trzy godziny temu, kiedy rozpoczęła się akcja porodowa, leżała już w szpitalu. Miejscowi lekarze zdawali sobie sprawę, że jej ciąża jest zagrożona. Wycieńczenie i stres sprawiły, że gdy tylko położyła się na jednym z łóżek, od razu odeszły jej wody płodowe.

– No, dajesz, maleńka – zachęcała ją dość przyjaźnie wyglądająca położna. – Czas pozwolić ujrzeć temu nowemu człowiekowi nasz piękny świat.

Jej uśmiech i miły ton głosu zadziałały na Karen mobilizująco. Wzięła głęboki wdech, podniosła się po raz kolejny na rękach i zaczęła przeć. Dosłownie po chwili poczuła, że to ten moment. Resztkami sił parła aż do momentu ulgi, którą był pierwszy krzyk dziecka. Położna natychmiast przecięła pępowinę, a będąca najbliżej turkusowa kapłanka wzięła na ręce dziecko.

– Udało ci się, Karen – powiedziała położna. – Gratuluję, zostałaś mamą.

– To chłopiec czy dziewczynka? – pytała resztką sił Karen. – Chcę je zobaczyć i przytulić.

– Niestety, Karen, ale na to sobie nie zasłużyłaś – odparła jej jedna z kapłanek.

Po tych słowach obie kobiety, zawinąwszy dziecko w jakąś chustę, wyszły natychmiast z porodówki. Zdezorientowana Karen przez dłuższą chwilę nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Dopiero głos pozostającej z nią dalej położnej ją otrzeźwił.

– Masz szczęście, że pozwolono ci urodzić – rozpoczęła.

– Kim wy jesteście? Co z moim dzieckiem? Dokąd je zabieracie?

– Tam, gdzie będzie mu najlepiej – odparła akuszerka.

– Kurwa, chyba sobie jaja robicie! – nie dowierzała Karen.

– Leż spokojnie, bo zapaskudzisz całą podłogę – skwitowała położna. – Coś ty sobie myślała? Że pozwolimy ci wychować to dziecko na kolejnego bezbożnika?

– Kobieto, o czym ty mówisz?! Co ty pierdolisz?! Oddajcie mi moje dziecko! – wrzeszczała młoda mama.

– Ech, zawsze to samo – wzdychała położna, następnie wstała, wytarła ręce o swój fartuch i podeszła do stojącej obok niej szafki. Otworzyła szufladę i wyciągnęła z niej pistolet. Oddając jeden precyzyjny strzał w głowę Karen uciszyła irytujące ją do tej pory krzyki. – Menelsi się dzisiaj najedzą do syta – dodała z uśmiechem, chowając broń z powrotem do szuflady.

2. Za sercem

Na początku lata w Indianapolis grupa wojaków wywodząca się z Karceru wpadła w zasadzkę zastawioną przez lokalnych szabrowników, których w tej okolicy nie brakowało. Rozgorzała spora strzelanina, która nie mogła przynieść żadnej ze stron nic dobrego.

– Kurwa, Mati chyba oberwał! – krzyczała Ann. – Max! Lennie! Musicie natychmiast wrócić i zabrać go ze środka tej jebanej ulicy. No ruszcie się wreszcie.

Ann wraz z Big Benem osłaniali wybiegających z powrotem na ulicę Maxa i Lenniego, którzy już po paru sekundach nachylali się po swojego dowódcę. Chwilę później ukryci w jednym z domów dokonywali już oględzin ciała nieprzytomnego Matiego.

– Żyje? Nic mu nie jest? – wypytywała roztrzęsiona Ann.

***

Jakiś miesiąc wcześniej w posiadłości koło Macon w głównym salonie zebrali się wszyscy ważni, którzy ocaleli po klęsce Karceru.

– Trzeba wreszcie podjąć decyzje, co dalej – rozpoczął zebranie Kojot. – Karcer skapitulował już ponad miesiąc temu. Udało nam się odnaleźć grubo ponad pięciuset uciekinierów. Oni plus moi ludzie spod Jasper i dotychczasowa obsada posiadłości dają sporą grupę, nad którą trzeba zapanować. Dzięki zaradności Matiego i Boba Marlowa na razie mamy gdzie się zatrzymać, ale miejsca w posiadłości jest stanowczo za mało.

– Należałoby powołać nową Radę – wtrącił Mati. – Ktoś musi tym wszystkim kierować. No i nie możemy zapominać o naszych bliskich, którzy są teraz niewolnikami północy.

– Wiem, Mati. – Bob Morris przyjacielsko poklepał go po ramieniu. – Wszyscy cierpimy z tego powodu. Należy jednak pamiętać, że wpierw musimy zabezpieczyć ocalałych. Więcej niż połowa z nich to dzieci i młodzież, która dopiero co się kształtuje. Dysponujemy tylko pięćdziesięcioma wojakami i czterema Samotnikami. Dalej nie wiemy, co się stało z Robertem, i osobiście bardzo mnie to martwi.

– To może po kolei? – zaproponował Marlow. – Pierwszą sprawą jest brak miejsca dla wszystkich w posiadłości. Jesteśmy po wstępnych rozmowach z Amiszami, którzy w razie potrzeby przezimują jakąś grupę naszych dzieciaków. Jednak patrząc na ich dość radykalny styl życia, skorzystamy z ich pomocy tylko w ostateczności. Dopóki są ciepłe dni, to jakoś się tutaj przemęczymy, ale gdy przyjdzie zima, to będziemy mieli przesrane.

– Jeszcze dzisiaj wyślę kilka osób, żeby rozejrzały się za innymi lokalizacjami w okolicy – oznajmił Kojot.

– Może warto by się było przyjrzeć też okolicy jeziora Lake Juliette – zauważył Peter. – Tam jest od zatrzęsienia ryb.

– Słusznie, słusznie. – Kojot pokiwał głową. – Wyślijmy i tam kilka osób. Co dalej, Marlow? Co z jedzeniem dla tej czeredy?

– W tym względzie akurat sprawy mają się całkiem nieźle – odpowiedział Bob. – Tutejsze lasy są dość rozległe i mają sporo zwierzyny, pola wydają się bardzo urodzajne, a dzięki przezorności świętej pamięci Jenkins mamy ziarno na ich obsianie. Plus zawsze możemy liczyć na pomoc ze strony Amiszów. Trzeba się tylko wziąć do roboty.

– Rewelacja, chociaż jedna dobra wiadomość. – Kojot uśmiechnął się. – Teraz kwestia nowej Rady. Z poprzednich członków, miejmy nadzieję, żyją jeszcze Robert i Brass, jednak tutaj ich nie ma, więc trzeba wybrać nową.

– Proponuję ograniczyć ją do maksymalnie trzech osób – wtrącił poważnie Mati. – Oraz podzielić pomiędzy nie obowiązki tak, aby przyśpieszyć działanie. Sprawami życia codziennego niech się zajmie Bob Marlow, wydaje mi się, że nie ma lepszego w tej materii. Sprawy militarne, no cóż, chyba nie trzeba nikogo przekonywać, że to musi być Kojot. I jeszcze ktoś, kto zajmie się sferą medyczną i może edukacyjną, tutaj optowałbym za Castro, która zaskoczyła mnie już niejeden raz – zakończył, puszczając oczko do wyraźnie zmieszanej Marion.

– Widzę, że wszystko sobie już przemyślałeś – skomentował z uśmiechem Kojot. – A co z tobą, Mati? Gdzie jest w tym wszystkim twoje miejsce? Także zasługujesz na miejsce w Radzie.

– Być może, ale ja muszę iść na północ.

– Zdajesz sobie sprawę, że nie możemy ci na razie przydzielić naszych wojaków – zapytał niepewnie Morris. – Aby myśleć o przyszłości, musimy zabezpieczyć tyłki, plus patrząc na liczebność wroga, musimy patrzeć na szanse racjonalnie.

– Oczywiście, że zdaję sobie z tego sprawę i niczego nie żądam, jednak zrozumcie, że muszę tam iść.

– Oczywiście, Mati. – Kojot spoważniał. – Nawet nie wiesz, jak wielką ochotę miałbym iść z tobą, ale trzeba zadbać o resztę. Muszę nawiązać kontakt z zaprzyjaźnionymi miastami, jestem jednym z nielicznych, których będą pamiętać. Oni też mogą być zagrożeni, ludzie z północy wyglądają na takich, co nie zadowolą się tylko Karcerem. Trzeba zawiązać sojusze, uzupełnić braki w ludziach i amunicji.

– Widzisz, dlatego to ty się do tego nadajesz – odparł ze zrozumieniem Mati. – Jak trzeba będzie, pójdę sam.

– To się pewnie nie stanie – stwierdził Kojot. – Zapewne twoi ludzie nie pozostawią cię samego. Aczkolwiek chciałbym, abyś to jeszcze wszystko przemyślał.

– Uwierz mi, już to zrobiłem. Co do moich ludzi, zostawiam im wolną rękę. Chociaż i tutaj mam pewne zastrzeżenia. Cichy Johnie. – Mati zwrócił się w stronę swojego przyjaciela. – Chociaż wiem, że twój honor każe ci iść ze mną, to jednak proszę cię, abyś pozostał tutaj. Razem z Marion tworzycie coś pięknego i dlatego nie chciałbym zbędnie cię narażać. Już zbyt wiele związków pochłonęła ta walka.

Cichy John już chciał coś powiedzieć, ale siedząca obok niego Marion zacisnęła mu palce na kolanie, dając mu do zrozumienia, że Mati ma słuszność.

– Jeśli mogę, to chciałbym coś dodać w tej kwestii – wtrącił nagle Peter. – Mati, oczywiście możesz liczyć na mój karabin, jednak prosiłbym cię i was tutaj zebranych, abyście pozwolili mi pójść na północ swoją trasą. Chciałbym po drodze zajrzeć w parę miejsc i poszukać śladów Roberta. Czuję, że jestem mu to winny.

– Pomimo że oficjalnie nigdy nie zostałeś Samotnikiem, jesteś nim w stu procentach – powiedział mocno wzruszony Bob Morris.

– Zgoda – przyklasnął temu Kojot. – Ale dodam coś jeszcze od siebie. Ponieważ będziemy teraz często na rozstajach, chciałbym, żeby w Radzie zasiadły jeszcze dwie osoby. Bob Morris i Marta Simons. Bob, ponieważ mnie więcej nie będzie, niż będzie, to zajmiesz się sprawą obrony tego miejsca. Marta z kolei niech będzie wsparciem dla Marion, której się to zapewne przyda, bo, czego zapewne część z was nie wie, nasza Marion jest w ciąży.

Przez główny salon przebiegła fala uśmiechów i gratulacji dla Cichego Johna i Marion Castro. Wykrzyknięto kilka razy hip hip hura, a Marlow pobiegł do piwnicy po butelkę bimbru dla uczczenia tej chwili.

– Cichy Johnie, zanim jednak wgłębisz się w świat dziecięcych kupek – wtrącił jeszcze Kojot – chciałbym, abyś wraz z Chudym Jamesem i parunastoma chłopakami udał się na rekonesans nad jezioro Lake Juliette, byłeś już w tamtych okolicach i wiesz, co i jak. Złowicie trochę ryb, a przede wszystkim postarajcie się znaleźć jakieś odpowiednie miejsce na osadę. Musimy mieć kilka alternatyw na założenie nowej bazy. Potem wrócisz do swojej ukochanej.

– Rozkaz! – Cichy John wyprostował się.

Do salonu powrócił Marlow, taszcząc pod pachami dwie solidne butle mocnego bimbru. Za nim szedł zmieszany JJ, który trzymał tacę pełną kielichów, które zaraz miały zostać puszczone w obieg.

– JJ!! – Mati się zasapał. – Wiem, że nas podsłuchiwałeś i zapewne już knujesz, jak tutaj do mnie dołączyć. Jednak wiedz, że nie mogę się na to zgodzić.

– Ale dlaczego, kurwa?! Dlaczego?! – zdenerwował się chłopak.

– Bo jedyne, o czym myślisz, to zemsta – odparł Mati. – A to jest zły doradca, razem z Peterem i Ann przygotowaliśmy dla ciebie specjalne zadanie.

– Tak? – zaintrygował się JJ.

– Jak wiesz, mamy ogrom dzieciaków, a dorosłych, którzy się nimi mogą zająć, niewielu. Będziesz odpowiedzialny za przygotowanie najmłodszych do walki, nauczysz ich posługiwania się łukiem i nożem, jak się skradać i inne tego typu przydatne rzeczy.

– Tylko, JJ – zaznaczył Kojot – same przydatne umiejętności, a nie jak skradać pocałunki.

Zebrani w salonie donośnie się roześmiali, gdyż chyba już wszyscy słyszeli o tym, jak ów młodzieniec jakiś czas temu wykorzystał sytuację i pocałował podirytowaną tym wspomnieniem Ann.

– Serio? – krzyknęła Ann. – Ja pierdolę, jak dzieci! Jak dobrze, że nie będę musiała już więcej tego wysłuchiwać. Mati, chciałam ci powiedzieć, że wraz z Patonem idziemy z tobą.

Max, słysząc te słowa, o mało się nie zakrztusił. Kojot zaś natychmiast spoważniał, wiedział, że jest to próba odegrania się Ann na nim. Jednak pomimo tego, że chciał, aby została ona w posiadłości, to wiedział także, że dziewczyna się nudzi, aż rwie się do działania i że nie zatrzyma jej na miejscu, choćby nie wiem co.

– To idziemy w pięcioro! – wykrzyknął Big Ben, klepiąc Lenniego po plecach.

– A Peter będzie naszym aniołem stróżem, jak zwykle – odparł uśmiechnięty Mati.

W tym czasie Bob Marlow rozdał już wszystkim kubki sowicie wypełnione aromatycznym bimbrem.

– Za braci broni – wzniósł toast Kojot.

– Za braci broni! – zawtórowali mu inni.

***

– Oddycha, ale nie widzę żadnej rany – krzyknął Paton do reszty. – Co jest, kurwa? Mati, ocknij się!

Lennie, uczestniczący także w oględzinach dowódcy, wyciągnął swoją menażkę i oblał jego twarz wodą. Mati od razu się ocknął, lecz był całkowicie zdezorientowany, rozglądał się wokół, nie wiedząc, co się stało.

– Stary, co z tobą? – zapytał zdziwiony Lennie.

– Biegłem za wami i nagle… nic nie pamiętam.

– Dobra, trzeba wiać – krzyczał Big Ben. – Zaczynają nas okrążać, jak się zaraz nie ruszymy, to dorwą nas tutaj.

– Później pogadamy. Jesteś w stanie biec? – zapytał Matiego Max.

– Jasne – odpowiedział Mati, zerwawszy się na nogi.

Już po chwili cała piątka cichaczem przemykała pomiędzy ruinami Indianapolis, próbując wydostać się z pułapki.

3. Rozliczenia duszpasterskie

Dzień po hucznych obchodach wielkiego triumfu krucjaty, w jednej z największych sal ratusza Portu Washington rozpoczęło się spotkanie podsumowujące zakończoną misję. Pomieszczenie to przypominało starodawną komnatę rycerską, na podłogach leżały olśniewające dywany, ściany przyozdobione były wiekowymi płótnami z podobiznami ludzi, których historii już nikt nie pamiętał. Centralną część sali zajmował przeogromny stół z hebanu, pamiętający chyba jeszcze czasy niewolnictwa. Jego rozmiar był naprawdę imponujący, jednorazowo mogło z niego korzystać nawet pięćdziesiąt osób.

U jego szczytu zasiadło dziewięciu wielebnych, którzy decydowali tutaj o wszystkim. Środkowe miejsca zajęło dwóch notariuszy, którzy byli odpowiedzialni za udokumentowanie tego, co się wydarzy w tym pomieszczeniu. Na końcu stołu rozsiedli się zaś dwaj panowie dowodzący niedawną krucjatą. Byli to ci sami mężczyźni, którzy przeprowadzali spis oraz rozmowy z jeńcami tuż po zdobyciu Karceru. Pierwszym z nich był smutny wysoki brunet starszy przodownik Asher Blitz, u którego nikt nigdy nie mógł dostrzec jakichkolwiek emocji. Drugim łysy wesołek przodownik Lucas Sambler, który nerwowo przeglądał swoje notatki.

Pod jedną ze ścian na krzesłach czekały cztery turkusowe kapłanki, gotowe w każdej chwili służyć swoim najjaśniejszym panom. Krzesło obok nich siedziała ich przeorysza, matka Bernadetta. Była to ta sama kobieta, która zarówno przyjmowała na ten świat dziecko Matiego, jak i oddelegowywała na tamten Karen. Jej spojrzenie było bardzo pewne siebie, przyglądała się zebranym jak równym sobie. Wszyscy wiedzieli, że jest cichą eminencją, która ma bardzo dużo do powiedzenia.

– Wiem, że wszyscy jesteśmy jeszcze bardzo zmęczeni – rozpoczął wielebny Jonathan, przewodniczący Kręgu. – Wczorajsza zabawa była przednia, aczkolwiek czas wziąć się wreszcie do pracy.

– Wielebny Jonathanie, dziękujemy ci za możliwość przedstawienia raportu z naszych poczynań na południu kraju – wdzięczył się Lucas.

– Przodowniku Sambler – przerwał mu wielebny Liam, wiceprzewodniczący Kręgu. – Zanim zaczniemy wygłaszać peany na temat waszych osiągnięć na południu wznieśmy symboliczny toast za dusze blisko sześciuset naszych wyznawców, którzy niejednokrotnie bezsensownie polegli na tej krucjacie.

Ta otwarta złośliwa uwaga wysokiej rangi członka Kręgu sprawiła, że zwykle wesoły Sambler zamilkł zmieszany, jego towarzysz Blitz zaś wyprostował się, oczekując dalszych reprymend skierowanych pod ich adresem. W tym samym czasie matka Bernadetta pstryknięciem palcami wydała rozkaz swoim kapłankom, aby rozstawiły kielichy przed wszystkimi zebranymi. Następnie sama osobiście zrobiła rundkę wokół stołu, nalewając każdemu z osobna. Oczywiście zaczęła od najważniejszych z ważnych i akurat pech chciał, że na ostatnie dwa kielichy należące do przodowników pozostało raptem kilka kropel trunku.

– Panowie wybaczą. – Przeorysza szyderczo się do nich uśmiechnęła. – Niestety więcej nie ma. Wczorajsze obchody zbytnio uszczupliły naszą piwniczkę.

– Nawet te kilka kropel znaczy więcej, niż myślisz, przeoryszo – dyplomatycznie wybrnął doświadczony Blitz. – Za dusze ludzi, którymi mieliśmy zaszczyt dowodzić – wzniósł toast, wyprzedzając ruch swoich przeciwników.

Po symbolicznym zamoczeniu ust w pucharach nastąpiła niezręczna cisza, wszyscy cierpliwie oczekiwali, aż kapłanki uprzątną puste kielichy. Kiedy już to się stało, pierwszy wyrwał się wielebny Steve:

– Przede wszystkim pragnąłbym niezmiernie podziękować obecnym tutaj przodownikom za ogromny sukces, jaki osiągnęli na południu…

– Tak, tak, tak – przerwał mu wielebny Liam – wielkie zwycięstwo jest faktem, nie przeczę, jednak zyski, powiedzmy sobie, są nader skromne w porównaniu do strat, jakie ponieśliśmy.

– Wiceprzewodniczący Kręgu, jak zawsze masz słuszne spostrzeżenia – odparł mu Steve. – Ale liczy się misja i słowo, które niesiemy innym.

– Wielebny Steve – wtrącił zniesmaczony główny przewodniczący Jonathan – co ty pierdolisz?!

W reakcji wielebny podniósł się, ale niezrażony przewodniczący kontynuował:

– Chcesz mi powiedzieć, że misja, za którą jesteś osobiście odpowiedzialny, miała za zadanie niesienie wyłącznie słowa? Czy chcesz mi powiedzieć, że życie sześciuset wiernych nam ludzi było warte zniszczenia jakiegoś tam byłego więzienia?

– Części ofiar po naszej stronie można było uniknąć – bronił się wielebny Steve. – Gdyby nie pewność siebie i arogancja prowadzących atak przodowników, wielu naszych żołnierzy powróciłoby do Port Washington.

– Zamilcz, wielebny! – krzyknął Jonathan. – Każdy z nas tutaj obecnych miał na południu swoich ludzi, którzy skrupulatnie przedstawili nam raporty z tamtejszych wydarzeń. Jednak zanim zaczniemy osąd, pozwólmy wypowiedzieć się wszystkim. – Wskazał ręką na dowódców krucjaty.

– Dziękuję, wielebny Jonathanie – rozpoczął spokojnie Blitz. – Jak już wszyscy wiecie, pokonaliśmy wroga na południu, jednak przy okazji ponieśliśmy znaczne straty, których części mogliśmy zapewne uniknąć. Zanim jednak spadnie jakaś ofiarna koźla głowa, pozwólcie na wyjaśnienia z naszej strony.

– Zatem mów, starszy przodowniku – wydał rozkaz wielebny Lian. – Z chęcią dowiemy się, jak to zdobyliście ten jakże nieważny dla nikogo, jeśli się nie mylę, Karcer.

– Zapewne większość z was zapoznała się już z naszym raportem – kontynuował Blitz. – Dlatego nie będziemy się specjalnie rozwodzić nad szczegółami, które i tak dla nikogo tutaj nie są ważne. Główny cel misji został osiągnięty, niestety straty, jakie tam ponieśliśmy, były trzykrotnie większe, niż zakładaliśmy, głównie za sprawą niezbyt dokładnych informacji, które zostały nam przekazane. – Blitz, pauzując przez chwilę, spojrzał wymownie w stronę wielebnego Steve’a.

– Dokładnie – wtrącił rozemocjonowany Sambler. – Gdybyśmy wiedzieli więcej…

– Spokojnie, przewodniku – ciągnął dalej Blitz. – Sam szturm na Karcer był przeprowadzony zgodnie z oczekiwaniami i dopuszczalnymi stratami, zaskoczyły nas jednak heroizm i poświęcenie obrońców.

– Rzeczywiście, któż mógł podejrzewać, że ludzie będą się bronić przed śmiercią – szydził wielebny Liam.

– Dziękuję za kolejną słuszną uwagę, wielebny – chłodno odpowiedział starszy przodownik. – Ale wysadzenie w powietrze jednego z bloków zaskoczyło nawet jego obrońców. Owszem, nie uniknęliśmy także pomyłek z naszej strony. Jednym wielkim błędem był sposób dostarczenia tam menelsów. Do samego Karceru dotarł jedynie transport z zachodu, nad którym bezpośrednio trzymaliśmy pieczę. Ci zimujący w Jasper zostali wcześniej odkryci i zlikwidowani, z kolei o tych ze wschodu wiemy jedynie, że wpadli w zasadzkę w jakimś wąwozie, gdzie stwory się uwolniły i już nad nimi nie zapanowali.

– Wróćmy do Jasper – przerwał wielebny Jonathan. – Tam straciliśmy nie tylko menelsów. Z raportu wynika, że żołnierze, którzy tamtędy szli, nie dotarli na front.

– Tak, niestety – westchnął Blitz. – Niespodziewanie natrafili na przyczajony oddział wroga, który w heroiczny sposób zatrzymał ich całkowicie.

– No właśnie – gniewnie odparł przewodniczący. – Proszę mi powiedzieć, jak to jest możliwe, że zginęła tam ponad setka naszych, kilkudziesięciu zostało rannych, a według raportu: obrońców było tam może raptem pięćdziesięciu? Z tego części z nich udało się czmychnąć wam sprzed nosa.

– Człowiek odpowiedzialny za ten oddział wykazał się zbytnią pewnością siebie i arogancją – odpowiedział Sambler. – Zaraz po tym, kiedy wracając, zgarnęliśmy jego niedobitki, został przykładnie ukarany.

– No dobrze. – Wielebny Jonathan pokiwał pobłażliwie. – A co z katapultami? Zanim tak naprawdę zaczęliście ostrzał, straciliście dwie z nich. O mały włos, a cała misja zakończyłaby się totalnym fiaskiem, a nacierający zostaliby pośmiewiskiem.

– Na to złożyły się głównie dwa czynniki – wytłumaczył Blitz. – Pierwszym była zaskakująco szybka reakcja ze strony obrońców, drugim był czas. Nie zdążyliśmy odpowiednio wcześniej zabezpieczyć sprzętu i amunicji dostarczonej na pole bitwy, za co odpowiedzialność biorę na swoje barki. Poddam się każdej wyznaczonej mi karze.

– Starszy przodowniku. – Przewodniczący westchnął. – Nie spotkaliśmy się tutaj, żeby cię ukarać, tylko po to, żeby uniknąć w przyszłości błędów, jakie popełniliście.

– Z naszych informacji – wtrącił się wielebny Liam – wynikało, że w Karcerze mieszkało ponad trzy tysiące ludzi. Wytłumaczcie nam, z czego wynika tak mała liczba przydatnych jeńców, która dotarła do naszego miasta?

– Niestety, w tym przypadku, tak jak i w poprzednich, zaskoczyła nas przezorność obrońców – odpowiadał dalej Blitz. – Siatka ich ewakuacyjnych tuneli okazała się znacznie bardziej rozległa, niż to wiedzieliśmy. – Zerknął znowu w stronę wielebnego Steve’a. – Dzięki niej i poświęceniu obrońców uciekło znacznie więcej osób, niż przypuszczaliśmy. Część z nich udało nam się jeszcze późnej wyłapać, jednak i tutaj natknęliśmy się na problemy. Jak się okazało, w lasach okalających Karcer znajdowały się oddziały wroga, które nie brały udziału w obronie byłego więzienia. Osobiście nigdy bym się nie spodziewał, że będą tam ludzie, którzy przez cały ten czas biernie przyglądali się, jak ich baza zamienia się w ruinę.

– Wiesz, Asher – stwierdził wielebny Liam – nas nie martwi sposób zdobycia Karceru. Oczywistym jest to, że nie mogliście przewidzieć każdego zachowania przeciwnika. Jednak z tego, co wiem, to konwój jeńców wyruszający z Karceru był znacznie większy niż ten, który dotarł tutaj. W rezultacie nie wszyscy zostali obdarowani wojennymi łupami.

– Tak, niestety i tutaj popełniliśmy błąd – zdenerwował się Blitz. – Po zdobyciu Karceru zbytnio pofolgowaliśmy naszym żołnierzom, którzy nazbyt chętnie dobierali się do jeńców. Kiedy zorientowaliśmy się, co się dzieje, kategorycznie zakazaliśmy takiego kontaktu.

– Jednak zanim to zrobiliście, samobójstwo popełniło jedenaście dziewcząt – dodał przewodniczący.

– Tak, wielebny Jonathanie, bardzo za to przepraszamy – kajał się Blitz. – Zwycięstwo spowodowało, że straciliśmy czujność w tej materii. Po raz wtóry zgłaszam się do odbycia kary za nasze błędy.

– Dobrze, już dobrze – odparł wyraźnie zmęczony wielebny Jonathan. – Po zapoznaniu się z waszymi pisemnymi raportami oraz dodatkowymi ustnymi meldunkami dochodzę do kilku ważnych wniosków. Po pierwsze, odnieśliśmy zwycięstwo, jednak okupiliśmy to zbytnimi stratami w porównaniu do zysków. Po drugie, dowództwo popełniło szereg błędów zarówno tych wymuszonych przez przeciwnika, jak i tych spowodowanych brakiem odpowiedniego zaangażowania się zainteresowanych. Aby uniknąć tego typu pomyłek w przyszłości, nakładam na obu przodowników następujące kary pokutne: obu zostanie wymierzone po czterdzieści batów na plecy oraz zostaną im zabrane wszelkie dobra, które uzyskali w tej wyprawie. Karę należy wykonać niezwłocznie.

W tym momencie do sali wszedł oddział kilkunastu żołnierzy, którzy otoczyli przodowników. Asher Blitz wstał z godnością ze swojego krzesła, ukłonił się w pas i odszedł z częścią ludzi. Lucas Sambler zaś siedział dalej sparaliżowany, nie takiego obrotu sprawy się spodziewał. Jego twarz zalała się purpurą, a reszta ciała spociła się niewyobrażalnie. Dwóch żołnierzy z należytym szacunkiem pomogło mu się podnieść, po czym poprowadzili go za jego towarzyszem. Kiedy tylko zamknęły się za nimi drzwi, zebrani usłyszeli szloch i lamenty przodownika.

– Zanim skończymy – kontynuował tymczasem przewodniczący Kręgu – chciałbym jeszcze oznajmić wam jedną moją decyzję. W związku z licznymi stratami, jakie ponieśliśmy na tej wyprawie, ogromnym zmęczeniem żołnierzy oraz ich długą rozłąką z bliskimi ogłaszam, że w tym roku nie odbędzie się już żadna krucjata. Czy wszyscy tutaj obecni członkowie Kręgu zgadzają się ze mną? – Pomimo tego, że pytanie zadał do wszystkich obecnych, to swoje oczy skierował na podrażnionego wielebnego Steve’a.

Przez chwilę wszyscy trwali w konsternacji. Zebranie przebiegło w taki sposób, że nikt nie odważyłby się przeciwstawić przewodniczącemu. Rzecz jasna, wielebny Steve aż gotował się od środka, wiedział jednak, że nic dzisiaj nie wskóra. Gdy tylko podnosił głowę, wyczuwał na sobie triumfujące spojrzenie wielebnego Liama, który od zawsze był przeciwnikiem jego pomysłów.

Kiedy nagle z pokoju obok zaczęły dobiegać okrzyki bólu, zwiastujące rozpoczęcie wymierzania kary, przełożony Kręgu wzdrygnął się i powiedział:

– Jeśli nie mamy już nic innego do omówienia, to proponuję się rozejść. To nie są przyjazne warunki do wykonywania przez nas obowiązków. – Następnie wstał i czym prędzej wyszedł z sali narad.

Za nim podążyła większość świty. Przy stole pozostali jedynie Steve i Liam.

– Słuchaj, słuchaj, Steve. – Liam uśmiechał się. – Powinieneś ponieść taką samą karę jak ci dwaj nieszczęśnicy.

– Wiesz, co ci powiem, wiceprzewodniczący? Spierdalaj, Liam! – warknął wielebny Steve, po czym wyraźnie poirytowany wyszedł z sali w pośpiechu. Nawet kiedy był już daleko na korytarzu, dochodził do niego jeszcze głośny śmiech jego oponenta.

4. Król szczurów

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Nakładem wydawnictwa Novae Res ukazała się również:

Dawne więzienie stało się domem dla ocalałych. Zrobią wszystko, by przetrwało.

Rok 2147, tereny Stanów Zjednoczonych Ameryki. Sto lat wcześniej wojna atomowa niszczy znany dotąd ludziom świat. Ocaleni robią, co mogą, by przetrwać na skażonej i napromieniowanej planecie.

Charyzmatyczna naczelnik Brass przewodzi społeczności, która za dom obrała sobie dawne więzienie stanowe koło zrujnowanej Atlanty – Karcer. Jego mieszkańcy codziennie muszą bronić się przed menelsami – zmutowanymi, bezmyślnymi, za to nadnaturalnie rozwiniętymi fizycznie istotami, dotkniętymi przez promieniowanie.

Jeden z brutalnych ataków hordy zbiega się w czasie z zaginięciem patrolu z Karceru. Specjalna grupa zostaje wysłana na poszukiwania, nie wiedząc, co czeka na nich poza bezpiecznymi murami… Już wkrótce ocaleni będą musieli stawić czoła znacznie poważniejszym wyzwaniom niż walka z mutantami. Prawdziwy wróg dopiero nadciąga.

Ludzie Karceru

ISBN: 978-83-8423-338-2

© Grzegorz Juszczak i Wydawnictwo Novae Res 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Paweł Pomianek | jezykowedylematy.pl

KOREKTA: Anna Miotke

OKŁADKA: Artur Rostocki

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek