Listy z serca Afryki - Robert Wieczorek - ebook + książka

Listy z serca Afryki ebook

Robert Wieczorek

0,0
20,00 zł

lub
Opis

Autor nie ukrywa, że swojej twórczości nieustannie zmaga się z dylematem, jak mówić o misjach: ładnie czy prawdę? O Afryce opowiadać zachęcająco czy realistycznie? Jego odpowiedź wygląda następująco: opisuje rzeczywistość tak, jak ją widzi. Dzięki temu otrzymujemy niezwykle żywy i autentyczny przekaz, często zaskakujący i zastanawiający, stawiający Czytelnikowi pytania bliskie jego życiu.

Listy, pisane w latach 1994-2001, rysują barwny i fascynujący obraz kraju zagubionego w samym centrum czarnego kontynentu, Republiki Środkowoafrykańskiej, gdzie od 1985 roku pracują polscy misjonarze z Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów.

Listy z serca Afryki, po raz pierwszy wydane w 2002 roku, to pisarski debiut brata Roberta Wieczorka. W 2006 roku ukazała się jego druga książka Pęknięte Serce Afryki - poruszający reportaż z czasów rebelii, któa przetoczyła się przez RCA w latach 2002-2003.

W recenzji do Pękniętego Serca Afryki Ryszard Kapuściński napisał:

W tej prozie jest wielka wrażliwość, znajomość tła i sensu wydarzeń, bardzo ciekawa, porywająca relacja.

Z pewnością wszystkie te elementy odnajdziemy również w Listach z Serca Afryki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 451




Robert Wieczorek OFMCap

Listy z Serca Afryki

© Copyright by Redakcja dwumiesięcznika „Głos Ojca Pio”, Kraków 2002

© Copyright by Wydawnictwo Serafin, Kraków 2007

Redakcja tekstu

Tomasz Duszyc OFMCap, Krzysztof Wieczorek

Korekta

Mieczysław Pabis

Projekt okładki

Tomasz Duszyc OFMCap

Fotografie ze zbiorów autora

Wydawnictwo Serafin, ul. Korzeniaka 16, 30-298 Kraków

Zakon Braci Mniejszych Kapucynów – Prowincja Krakowska

Skład i łamanie

astek media pracownia grafiki, tel. 602 225 272

Wydanie I – Kraków 2007 Dodruk – Kraków 2013

ISBN 978-83-63243-47-0

Zamówienia:

WYDAWNICTWO SERAFIN • ul. Korzeniaka 16, 30-298 Kraków

tel./fax 12 623 80 58, e-mail: [email protected]

księgarnia internetowa: www.e-serafin.pl

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com

Przedmowa

Jest taki kraj… Republika Centralnej Afryki

Jest taki kraj – zapomniany przez wielu, nigdy nie poznany przez innych. Jest taki kraj i naprawdę właśnie tak się nazywa. Wciśnięty pomiędzy potężne terytoria Sudanu, Czadu i dawnego Zairu, trudny do zauważenia na mapie Afryki, wydaje się maleństwem. Tymczasem RCA, choć żyje w niej zaledwie nieco ponad trzy miliony ludzi, jest dwa razy większa od Polski. Nieznana pozostaje przede wszystkim z powodu swego położenia – odcięta od morza, a więc i od cywilizacji euroamerykańskiej, należy do najbardziej zapóźnionych krajów na świecie. Ale to położenie równocześnie usprawiedliwia nazwę, jaką temu państwu nadali jego mieszkańcy: Be-Africa – Serce Afryki…

W tym kraju od 1985 roku pracują polscy misjonarze z Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów. Jednym z nich (od ponad siedmiu lat) jest Robert. W pracy misyjnej zajmuje się tym, czym wszyscy inni kapłani. Z kilkunastoosobowej grupki Polaków wyróżnił się dużą ilością i wyjątkową długością wysyłanych listów.

Listy te, nadsyłane po kilka w roku, od początku otrzymywały bardzo pochlebne recenzje od niemal wszystkich Czytelników. Życzliwe przyjęcie i ciągle rosnące zainteresowanie poruszanymi w nich tematami zrodziły myśl, by udostępnić je szerszemu gronu. Przez kilka lat Listy z Serca Afryki ukazywały się jako nieregularny dodatek do miesięcznika Płomień, pisma jednej z krakowskich parafii. Były też drukowane w wydawanym przez Zakon Braci Mniejszych Kapucynów biuletynie Kapucyni i misje.

Czas mijał, teczka z zebranymi listami stawała się coraz grubsza. Rzucony przez kogoś w żartach pomysł wydania Listów w formie książkowej, nagle okazał się całkiem realny. Razem z braćmi kapucynami doszliśmy do wniosku, że skoro Pan Bóg dał jednemu człowiekowi talent przelania na papier dobrych myśli, a innym możliwości przekazania tych myśli dalej, to grzechem byłoby nie wykorzystać takiej okazji.

Przekazujemy więc do Waszych rąk książkę, która jest zbiorem listów pisanych przez Polaka z Afryki do Polaków w Ojczyźnie. Zachęcam do jej lektury każdego, kto lubi historię, geografię, czy opowieści przygodowe, ale przede wszystkim tych, którym nie jest obca idea misji katolickich. Listy są bowiem przede wszystkim świadectwem o Kościele katolickim w centralnej Afryce na przełomie tysiącleci. Świadectwem spisanym przez jednego z tych, którzy poszli na cały świat i nauczają wszystkie narody…

Ks. K. Wieczorek

Ksiądz Krzysztof Wieczorek, kapłan Archidiecezji Krakowskiej, jest rodzonym bratem autora Listów z Serca Afryki.

Historia wiceprowincji

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło

W maju 1936 roku armia faszystowskich Włoch zajęła Etiopię, ogłaszając to niepodległe państwo swoją kolonią – takie były wówczas ambicje europejskich mocarstw. Władze włoskie w ramach umocnienia swej obecności w tym kraju, postanowiły najszybciej jak to możliwe, wszystkich misjonarzy zagranicznych zastąpić przez włoskich. W ślad za wojskiem przybywali więc duchowni z Italii. Samych tylko kapucynów wysłano wówczas do Etiopii ponad stu. Przyjechali na misje prowadzone przez ich francuskich współbraci z poleceniem, aby zająć tam ich miejsce – czy się to podoba, czy nie. Wygnani Francuzi ze łzami w oczach wrócili do Europy. Jeden z nich, ojciec Diego, wybrał się by odwiedzić coraz bardziej znanego na świecie włoskiego współbrata, stygmatyka, Ojca Pio. Tenże, po wysłuchaniu żalów misjonarza, powiedział: Tak, tak, odwagi, ojcze Diego, odwagi! Już wkrótce wyjedziecie z powrotem na misje, tym razem do Afryki Równikowej… Czeka Was tam wielka praca.

I faktycznie, niedługo po tym wydarzeniu, Kongregacja Rozkrzewiania Wiary zaoferowała wygnańcom z Etiopii podjęcie współpracy w ogromnej Prefekturze Apostolskiej Oubangui-Chari, rozciągającej się na terytorium obecnej RCA i południowego Czadu. Stało się to za przyczyną tamtejszego biskupa Grandin, który na terenie dwa razy większym od Polski miał do dyspozycji tylko trzydziestu swoich współbraci ze Zgromadzenia Ducha Świętego, którzy w żaden sposób nie byli w stanie sprostać piętrzącym się problemom. Ponadto, zagrażała im konkurencja ze strony przeróżnych kościołów i sekt protestanckich. Wprawdzie to katolicy w 1894 roku jako pierwsi przynieśli tu Dobrą Nowinę, ale w latach trzydziestych, na wspomnianą już liczbę trzydziestu spirytynów obsługujących piętnaście misji, przypadało około stu pięćdziesięciu różnych pastorów.

Biskup Grandin z Bangui posiadał zresztą już wcześniejsze pozytywne doświadczenie kontaktów z kapucynami belgijskimi z Konga po drugiej stronie rzeki – sandały przybyłych na odsiecz kapucynów z Tuluzy nie były więc pierwszymi depczącymi tę ziemię. Przyjechało ich na początek sześciu, wszyscy eks-misjonarze z Etiopii. W tej liczbie jeden w wieku siedemdziesięciu dwóch lat – nie wyobrażał sobie umrzeć gdzie indziej niż w Afryce.

Warunki jednak były inne, niż w suchej i wyżynnej Etiopii, co dało się wkrótce odczuć przez choroby, a nawet śmierć. Malaria i śpiączka zagrażały nie tylko tym w podeszłym wieku, ale również młodym – bracia mocno przeżyli śmierć świeżo przybyłego dwudziestodziewięcioletniego ojca Artura. Przybywali jednak po nich następni, więc ciągłość była zapewniona. Biskup osadził nowych misjonarzy na zachodzie swego terytorium, w kilku misjach założonych wcześniej przez spirytynów: Berbérati, Carnot, Bozoum. Wkrótce przyszła jednak II wojna światowa i większość misjonarzy została zmobilizowana do wojska – pozostali na terenie kolonii, ale byli koszarowani i uwiązani do swych wojskowych funkcji. Wiele misji zostało opuszczonych, bez stałej opieki duszpasterskiej, ale miało to też pozytywne strony – sytuacja zmusiła katechistów i chrześcijan do większej samodzielności. Właśnie w czasie wojny jeden z misjonarzy przebywający jako pielęgniarz garnizonu stacjonującego w wiosce Bouar zdołał spenetrować środowisko (w 1940 roku) i założyć tu wspólnotę katolicką. Dzięki stałej obecności wojska owa wieś rozwinęła się później w miasto, a od 1978 roku jest tu nowa diecezja. Także w czasie wojny Stolica Apostolska utworzyła (w 1940 roku) nową Prefekturę Apostolską – Berbérati – wydzieloną z dotychczasowego ogromnego terytorium Oubangui-Chari i powierzyła ją trosce kapucynów z Tuluzy, mianując jednego z nich, ojca Pierre Sintas, ordynariuszem.

Przyszła koza do woza

Liczba katolików stale się powiększała. Nowo powstałe misje i punkty katechetyczne zagęszczały siatkę miejsc objętych duszpasterstwem. Powtarzała się sytuacja sprzed kilku lat: za mało ludzi! Wtedy z pomocą przyszła nieduża prowincja francuskich kapucynów z Sabaudii, wzmacniając ich szeregi nowymi braćmi.

Biskup Pierre nie poprzestał jednak na tym i szukał dalej. Mierziło go, że na całym terenie nie ma żadnego misjonarza nie-Francuza, a przecież Kościół jest katolicki, czyli powszechny. Pośród protestantów byli: Szwedzi, Amerykanie i Niemcy. Dlaczego nie zaprosić więc kogoś z zewnątrz? Tym bardziej, iż władze kolonialne nie miały specjalnie nic przeciwko obcokrajowcom na swym terytorium. Owocem debat prowincjałów z generałem była propozycja, by przysłać Francuzom pomoc w osobach włoskich kapucynów z Genui, spośród których wielu wygnano w czasie wojny z Etiopii… Pomiędzy braćmi zawrzało. Jedna wiara, jeden Kościół, jeden zakon – to prawda, ale urażony patriotyzm brał w niektórych górę: przecież ci makaroniarze wypędzili nas przed kilku laty z naszych misji w Etiopii! Czego więc teraz tutaj szukają? Włosi jednak nie byli dłużni i też myśleli swoje o żabojadach. Nawiasem mówiąc, francuscy misjonarze mieli już w czasie wojny kontakty z Włochami, ale innego rodzaju. Zwycięstwo Mussoliniego w Etiopii okazało się krótkotrwałe, bo już w 1942 roku alianci zajęli tę świeżo utworzoną kolonię Italii, biorąc przebywających tam Włochów do niewoli. Między innymi, koło Berbérati utworzono dla nich obóz jeniecki. Więźniowie pracowali przy budowie kilku solidnych, służących do dzisiaj mostów, a niektórzy inżynierowie czy lekarze oddali doprawdy niemałe zasługi dla kraju. Politycznie byli oni więźniami, ale prywatnie kontakty francusko-włoskie były bardzo normalne. Francuscy misjonarze odwiedzali ich systematycznie z posługą duszpasterską.

Generał jednak nastawał, przełożeni tłumaczyli i studzili powoli podgrzane umysły. Dość powiedzieć, że sentymenty chrześcijańskie wzięły górę i w maju 1949 roku pierwszych trzech kapucynów z Genui przybyło do Berbérati. Biskup Sintas pisał do generała: Bracia z Genui przybywają. To Wasza propaganda nam ich przysyła. Kwestia rasizmu czy szowinizmu nie istnieje. Nie mamy pretensji o posiadanie, że to nasz sektor, nasz kościół, nasz dom, nasz personel, nasze maszyny. Wszystko jest Papieża, a przez niego – Chrystusa. Dusz do zbawienia jest we wszystkich dystryktach więcej, niż moglibyśmy doprowadzić do nieba. Gdzie indziej ktoś mądrze stwierdził, że jeśli nawet bracia nie tryskają nadmiarem miłości do siebie, to na tak rozległym terytorium jest dosyć miejsca do popisu tak dla Francuzów z Tuluzy i Sabaudii z osobna, jak i samych Genueńczyków. Słowa okazały się prorocze, bo wkrótce Stolica Apostolska poprosiła weteranów pracy misyjnej, aby pozostawili swe dotychczasowe misje na południu w dżungli Berbérati, a przenieśli się na północ do Moundou (dzisiejszy Czad), by tam organizować Kościół prawie od podstaw. Tym sposobem w 1952 roku dotychczasowi gospodarze z Berbérati przeprowadzili się o sześćset kilometrów na północ, pozostawiając wszystko w rękach braci z Sabaudii. W Berbérati została ustanowiona prawdziwa diecezja, a dotychczasowy zarządca ojciec Pierre wrócił do szeregu, obejmując jedną z misji. Pierwszym biskupem został ojciec Basile Baud prowincjał z Sabaudii. Kapucyni z Genui otrzymali swoją działkę na północy diecezji.

Kogo Bóg kocha, tego wystawia na próbę

Czując się mocniejsi przybyciem Włochów, kapucyni podjęli się nowej pracy w Czadzie, rozprzestrzeniając się jeszcze dalej, ale tracąc przez to siły.

Tymczasem stała się rzecz niespodziewana. Prowincjał z Genui, usprawiedliwiając się małymi siłami i obawami na przyszłość, nakazał swym braciom wycofać się z misji w Afryce. Mówił, że prowincja nie jest w stanie ciągnąć misji na dwa fronty: w Peru i w Afryce. Postanowiono zachować ten pierwszy. Sytuacja w nowej diecezji stała się tragiczna. Pozostali tylko osamotnieni Sabaudczycy, a Genueńczycy wyjechali z bólem w sercu (prawdę mówiąc trzech pozostało na miejscu, decydując się na niełatwy wybór między misjami, a prowincją), ale i to na niewiele się zdało. Ten kryzys pobudził do szukania wsparcia gdzie indziej i biskup Basile niespodziewanie znalazł je w innej prowincji francuskiej – Lionie. Kilku tamtejszych braci związanych więzami przyjaźni, pracowało już wcześniej na tym terenie, ale teraz ich prowincja podjęła się systematycznej współpracy i w ten sposób powierzono im w 1954 roku region Bossangoa, co po sześciu latach zaowocowało powstaniem tam Prefektury Apostolskiej, jako zalążka nowej diecezji. Pierwszym ordynariuszem został kapucyn z Lionu ojciec Léon Chambon.

Tymczasem po upływie kilku lat, zmianie zarządu i dzięki uporczywym staraniom eks-misjonarzy w Genui, nastała odwilż i pozwolono na powrót do Afryki tym, którzy nie zrazili się nieodwołalnie. Genueńczycy na nowo ulżyli swym francuskim braciom, angażując się tym razem już na stałe.

Konsolidacja

Wraz z  uzyskaniem niepodległości przez RCA (w 1960 roku) Kościół szukał też swej twarzy. Rok 1962 przyniósł ważne wydarzenie o wymiarze duchowym. Do Bouar sprowadziła się pierwsza wspólnota kontemplacyjna na terenie RCA – siostry klaryski z Francji (od kilku ostatnich lat zastąpione przez Włoszki). W ten sposób umocnił się charyzmat franciszkański. Obok tego, w wielu parafiach zaszczepiły się też wspólnoty świeckich franciszkanów, dziś bardzo liczne i potężne. Czas jednak płynie, lat przybywa, a sił brakuje. Francuzi nie mogli już liczyć na posiłki personalne z Francji. Liczba powołań zmalała, a poza RCA prowincje francuskie były również zaangażowane w Czadzie, Etiopii, Dżibuti, Turcji i na Madagaskarze. Biskup Léon otrzymał więc w 1964 roku pomoc ze strony kapucynów z Parmy. Utworzyli oni nawet na terenie diecezji Bossangoa nową kustodię Batangafo. Spośród nich potem mianowano następnego biskupa Bossangoa, ojca Sergio Govi.

Rosło drugie pokolenie chrześcijan. Trzeba było myśleć o usamodzielnieniu Kościoła w RCA. Wtedy ojciec Umberto, Genueńczyk, zainicjował formę szkół dla katechistów. Okazało się to zbawczym rozwiązaniem. Obecnie jest ich już cała siatka we wszystkich diecezjach. Zakładano też wtedy małe seminaria dla kandydatów do kapłaństwa. Wielu braci z Berbérati i Bossangoa oddało się tej wymagającej wiele wysiłku pracy budzenia powołań. Niektórym zeszło całe życie na tej posłudze Kościołowi.

Od 1968 roku otwierając w Ndim nowicjat sami kapucyni pokusili się o próbę implantacji zakonu na tej ziemi, która ze zmiennym szczęściem, pośród ścierających się różnych koncepcji, trwa już prawie trzydzieści lat. Nie miejsce teraz o tym pisać.

Przyszedł czas, że Stolica Apostolska utworzyła diecezję w Bouar. Jej pierwszym biskupem został Armando Gianni z Genui mianowany przez papieża Pawła VI. W Rzymie na audiencji przyjął go papież Jan Paweł I, a został konsekrowany na biskupa za papieża Jana Pawła II (19 listopada 1978 roku).

Dwa lata później mozaika kapucyńskiej obecności w RCA została wzbogacona o braci z prowincji Cosenza, którzy przyjęli po Francuzach misję w Paoua. Wcześniej pośród Genueńczyków zainstalowało się kilku kapucynów z Wenecji.

W końcu przyszedł czas na Polaków. Za prowincjałatu ojca Celestyna Giby, w 1986 roku, ze strony kapucynów z Genui za pośrednictwem Kurii Generalnej dotarła do Krakowa propozycja współpracy. Jako pierwszy został tu przysłany ojciec Ryszard Modelski. Następnie, rok po roku, dojeżdżali inni. W tym czasie kilku zdążyło już wrócić z Afryki. Dziś jest nas tu kapucynów z Polski czternastu. Nasz młody wiek daje Francuzom i Włochom radosną gwarancję przedłużenia na dalsze lata kapucyńskiej obecności. Istotniejsze jednak jest to, że obecnie w formacji mamy kilkunastu autochtonów z RCA i Czadu – i o to chodzi, by kiedyś zostawić to całe misjonarskie dziedzictwo w rękach rodzimych braci. Formacji i zaszczepianiu zakonu służy też wysiłek utworzenia zakonnej wiceprowincji Czadu i RCA, by połączyć wspólne siły i dać świadectwo życia braterskiego we wspólnotach międzynarodowych.

Od 1937 roku obecność kapucynów zaowocowała wzrostem Kościoła na zachód RCA i południe Czadu. Z jednej Prefektury Apostolskiej Berbérati powstały trzy diecezje w RCA i cztery w Czadzie. W pięciu spośród nich (Berbérati, Bossangoa, Bouar, Moundou i Doba), kapucyni stanowią trzon ewangelizacji, a dziesięciu z nich pełniło lub pełni posługę biskupów. Diecezje te liczą ponad czterysta pięćdziesiąt tysięcy ochrzczonych i osiemdziesięciu kapłanów, czyli na jednego kapłana przypada około pięć tysięcy sześćset dwudziestu pięciu wiernych. Dwie z tych diecezji jako pasterzy-biskupów mają Afrykańczyków. Oprócz Kościoła katolickiego rozwijają się tutaj protestanci oraz różne ruchy religijne i sekty. W związku z pogarszającą się sytuacją polityczną w ostatnich latach, szczególnie na północy w Czadzie, coraz mocniejszy staje się islam i powiększa się liczba muzułmanów.

Od 1937 roku do dziś przez to terytorium przewinęło się co najmniej trzystu czterech kapucynów, a obecnie jest nas w Czadzie i RCA dziewięćdziesięciu (trzydziestu dwóch Włochów, osiemnastu Francuzów, czternastu Polaków, siedmiu Kanadyjczyków, jeden Szwajcar i jeden Argentyńczyk oraz siedemnastu Afrykańczyków). Ponadto pojedynczo dołączali do pracy misyjnej bracia z innych krajów takich jak: Brazylia, Peru, Malta, Hiszpania, Słowenia, Etiopia, Australia. Był to więc wpływ niemały. Oni siali – Bóg podlewał…

Brat Robert Wieczorek

„Moi” chrześcijanie

Yolé, RCA, 2 czerwca 1998 r.

Pokój i dobro!

Drodzy Przyjaciele!

Wykorzystując okazję, że kilku moich współbraci wyjeżdża na urlop do Polski, pragnę napisać do Was parę słów. Tutejsza poczta wykorkowała na dobre. Od trzech miesięcy nie miałem z Polski żadnego listu, ale nie wierzę, żeby nagle wszyscy przestali do mnie pisać. Dochodzi trochę gazet, ale mam wrażenie, jakby listy prywatne specjalnie odkładano na bok; no, może oprócz kilku wypadków, gdy zdecydowano się posortować przestarzałe worki z korespondencją – wtedy miałem radość po Wielkanocy 1998 roku otrzymać serdeczne życzenia na Boże Narodzenie 1995 roku (!) z opłatkiem, który zdążył się zamienić w brunatno-kleistą maź. W całej tej ciszy na łączach jest jedna, choć wątpliwa, pociecha: nie trzeba odpisywać na korespondencję, bo jej nie ma. Jakoś jednak nie ckni mi się wielce, mam wystarczająco dużo pracy na każdy dzień, by zamęczyć pamięć. Widocznie można żyć bez powietrza – jak śpiewała Ewa Demarczyk.

Rozproszone owce, pasterze – przeróżni

Pisałem Wam już dużo o przyrodzie, ludziach, polityce i seminarium, w którym mieszkam, ale tak naprawdę jeszcze niewiele o wspólnocie kościelnej. A przecież przede wszystkim dla niej tutaj jesteśmy. Historię ewangelizacji, skądinąd bardzo ciekawą, czy sprawy Kościoła na poziomie diecezji, zostawię na inny raz, a chcę pogawędzić trochę o tym małym Kościele, dla którego osobiście pracuję. To nie jest nawet parafia, a tylko jej sektor, mała jej część, obejmująca niecałe pięćset osób, lecz zarazem rozciągnięta na długości pięćdziesięciu kilometrów drogi w kierunku Kamerunu.

Pierwsza rzecz, którą poważnie odróżnia się parafia afrykańska od europejskiej, to powierzchnia. Słabe zaludnienie, duże odległości między wioskami i procentowa mniejszość katolików powodują, iż tutejsze parafie mają wielkość europejskich diecezji. Na tak wielkim terytorium mieszka jednak tylko dziesięć-piętnaście tysięcy katolików, co odpowiada normom europejskim. W praktyce życia parafii duszpasterstwo różni się poważnie, gdy chodzi o centrum (w mieście, wokół misji i dużego kościoła) i o wioski, rozsiane w promieniu sięgającym i do stu kilometrów.

Mnie przypadł w udziale jeden taki wiejski sektor parafii Matki Bożej z Fatimy w Bouar. Na tym konkretnym przykładzie chciałbym Wam opowiedzieć o różowo-szarych realiach duszpasterstwa. Po pierwsze, jako ciekawostkę, chciałbym przedstawić obsadę duszpasterską parafii Fatima (oprócz niej w Bouar są jeszcze dwie inne: katedralna i nowo powstała w Wantigera).

Proboszczem jest tu leciwy ksiądz Danillo, Włoch, przed dziesięcioma laty wyświęcony na kapłana, ale dla tutejszej diecezji Bouar, nie we Włoszech. Człowiek o złotym sercu i wrodzonej słabości do ubogich, co sprawia, że plebania jest cały dzień oblężona przez faktycznych i fałszywych potrzebujących. Mieszka on z dwoma innymi włoskimi księżmi ze Zgromadzenia Beteramitów, z których pierwszy, Mario, jest bardziej zaangażowany jako profesor filozofii w seminarium, drugi zaś, Beniamino, animuje pracę z młodzieżą i ma pod opieką kilka wiosek w brusie. Co interesujące, ten młody ksiądz w krótkim czasie nauczył się nie tylko języka sango, ale zna też gbaya (język tutejszego plemienia) i fu-fulbe (język koczowników Mbororo), i to, jak mówią katechiści, zna je bardzo dobrze. Ewidentnie, Bóg dał mu talent do języków. Do tej diecezjalno-beteramickiej ekipy przydano i moją kapucyńską osobę. Tak więc w czwórkę, w tej interkongregacyjnej mieszance, staramy się zaspokoić potrzeby parafii.

Podaję ten fakt, bo myślę, iż w Polsce należy do rzadkości (ja osobiście nie słyszałem), aby diecezjalny proboszcz miał do współpracy zakonnych wikarych i to z różnych zgromadzeń. Tutaj jednak misjonarze adaptują się szybko do podobnych sytuacji.

Będąc więc takim quasi-wikarym, mieszkam w mej wspólnocie i dzielę swój czas na seminarium i brus. Dla uczciwości muszę powiedzieć, że gdy chodzi o Msze święte niedzielne, moi współbracia z Yolé, w miarę możliwości, również jadą do wspólnot na wioskach. Moi chrześcijanie mają więc – w porównaniu z innymi – faktyczny komfort uczestniczenia we Mszy świętej nawet częściej niż raz w miesiącu (inne wioski dwa-trzy razy na rok). Napisałem moi o chrześcijanach w tym znaczeniu, że przy całej współpracy bezpośrednia odpowiedzialność za sektor spoczywa na mnie. Mój sektor Nana-Yolé (nazwa od dwóch ograniczających go rzek) jest uważany za najsłabszy ze wszystkich. Wiele spraw składa się na tę opinię, która bynajmniej mnie nie zniechęca.

Protestancka szczepka

Tutejszy Kościół istnieje dopiero od czternastu lat. Przeliczając więc na lata ludzkie, jest to dopiero pierwsze pokolenie katolików. Czegoż wielkiego można się więc spodziewać po tak krótkim czasie?

By nie zaciemniać jednak faktów, trzeba powiedzieć, że ewangelizacja tego regionu była już prowadzona o wiele wcześniej przez Kościół Baptystów Mid-Est (jest tu bowiem kilka gałęzi baptystycznych). Katoliccy misjonarze ograniczali się lojalnie do sąsiedzkich kontaktów z zaprzyjaźnionymi pastorami i pozakonfesyjnej pracy na rzecz rozwoju wsi (chodziło o ulepszenie metod uprawy roli, wypalanie cegieł itp.).

W 1983 roku pewien młody chrześcijanin-baptysta, Maurice z wioski Doko Bode, zniechęcony niekonsekwencją i nadmiernym powinowactwem do pieniędzy swego ewangelisty (u baptystów: odpowiedzialny za wioskową wspólnotę), udał się do brata Enzo z prośbą o przyjęcie do Kościoła katolickiego. Znali się oni i lubili już od dłuższego czasu, gdyż Enzo zapoczątkował tam animację rolną. I w ten sposób duża grupa baptystów, pociągnięta przykładem Maurice’a, wraz z innymi, którzy nie byli jeszcze ochrzczeni, rozpoczęła przygotowanie do przejścia do Kościoła katolickiego. W ten sposób zaistniała pierwsza wspólnota.

Tu jest okazja do poczynienia kilku wyjaśnień, bo niektóre z tych realiów są obce polskiemu środowisku. Po pierwsze: ktoś bardziej uczulony na punkcie ekumenizmu może postawić zarzut czy uczciwe jest podkradanie wiernych innym Kościołom, czy taka praktyka nie prowokuje oskarżenia o prozelityzm? Otóż, zapewniam Was, nic tu się nie dzieje na siłę, nikt nie buszuje pośród protestantów, aby ich odciągnąć od ich Kościoła. Teren jest tak rozległy i nieochrzczonych jeszcze tylu, że każdy ma dość pracy na swoim podwórku. Jeśli jednak ktoś po obserwacji misji katolickiej przychodzi z prośbą o przyjęcie, to czy można go przegonić? Ludzie, jeśli chcą, mają prawo należeć również do Kościoła katolickiego. Stąd też praktyka tak zwanego pasażu, czyli przejścia do Kościoła katolickiego, której podlegają kandydaci ochrzczeni wcześniej w innym Kościele chrześcijańskim. Muszą oni uczestniczyć co najmniej w ostatniej klasie przygotowania do chrztu, bo wtedy przekazywane jest pouczenie na temat Bożych Przykazań i siedmiu Sakramentów Świętych, a protestanci uznają właściwie tylko chrzest. Stąd pasaż to nie tylko formalność, ale związany z tym konkretny wysiłek. Po szczęśliwym ukończeniu formacji taki wierny zostaje wprowadzony do Kościoła katolickiego (istnieje specjalny obrzęd przewidziany na początku Mszy świętej). Wcześniej już wyspowiadany, przystępuje wtedy do Pierwszej Komunii Świętej. Po homilii kandydaci składają katolickie wyznanie wiary, a jeśli są żonaci, podczas tej Mszy świętej otrzymują błogosławieństwo małżeństwa. Zawarty wcześniej, według lokalnych zwyczajów związek, ważny jest w oczach Bożych, ale w momencie wejścia do Kościoła katolickiego, staje się sakramentem.

Zasadniczo wypada od zmieniającego wyznanie żądać odpowiedniej motywacji. Przy całej jednak prostocie i minimalnym wykształceniu większości z tutejszych ludzi, czegóż wielkiego można się spodziewać? Odnoszę często wrażenie, że dla nich zmiana Kościoła to tak jak przejście z parafii do parafii. Nie bardzo wiedzą, czym jeden Kościół od drugiego się różni. I trudno ich za to potępiać. A więc na spokojnie obserwuje się taką wzajemną wędrówkę ludów, i nie słyszałem, żeby któryś Kościół oskarżał inny o podbieranie wiernych czy konkurencję. Przemawia za tym sposobem postępowania wiele względów praktycznych, na przykład po zmianie miejsca zamieszkania zdarza się, że w nowym miejscu wspólnota wyznaniowa, do której ktoś należał, po prostu nie istnieje. Szuka się więc innej, i trudno na to patrzeć zazdrosnym okiem – przecież lepiej, żeby ktoś uczestniczył w życiu innej wspólnoty ochrzczonych, niż żeby całkowicie zaniedbał swą wiarę. Motywem przejścia jest też często połączenie rodziny w jednym Kościele. Najczęściej, z afrykańskiej natury rzeczy, to żona winna pójść za mężem. Zdarza się jednak i inaczej. Nie brakuje bowiem kobiet mocno przekonanych do swej wiary, które z biegiem czasu potrafią nawet nawrócić swego pogańskiego małżonka lub choćby wytrwać wobec presji innowierczej rodziny.

Właśnie we wspomnianym Doko Bode żyje młoda kobieta, Alicja, mająca za męża baptystę. Widzę ją zawsze na Mszy świętej z jej małym synkiem, a ku memu zdziwieniu, gdy poprawialiśmy fundament tamtejszej kaplicy, przy pracy pojawił się i jej mąż – to taki rodzinny ekumenizm.

Przykład odwrotny – pewna młoda dziewczyna, Weronika, przeszła całe trzy lata przygotowania do chrztu. W tym czasie wydano ją za mąż za pewnego baptystę. Kiedy dobrze zdała egzamin, trzeba było poinformować męża o konsekwencjach otrzymanego w Kościele katolickim chrztu jego żony – młodzieniec ów przyszedł z oświadczeniem, że zgadza się, aby jego żona była ochrzczona, ale zaraz po tym ma przejść do baptystów. Pytam więc Weronikę, co ona o tym myśli – otrzymuję na to odpowiedź, iż całkowicie zgadza się z wolą męża. Stanąłem więc z otwartymi rękami, bo w takim razie jaki jest sens chrzcić kogoś u nas, w naszej wierze, by zaraz potem przeszedł do protestantów? Sam więc poinformowałem znajomego pastora o jej przypadku, prosząc o pozytywne zainteresowanie się sprawą jej chrztu, ale już u nich.

Po tej przydługiej dygresji na temat pasażerów, chciałbym powrócić do dalszego ciągu krótkiej historii Kościoła w tym regionie. Po Doko Bode, które stało się centrum katolików, powstały nowe wspólnoty, ale w inny sposób. W dwóch dużych wioskach: Yenga i Bea, które są siedzibami gmin, a co za tym idzie, mają też szkoły, przybyli z innych rejonów nauczyciele, prosili parafię o utworzenie kaplic, gdyż jest już mała grupka katolików lub sympatyzujących, ale nie ma miejsca na zebrania.

I tak powoli, wśród trudności, wytworzyła się pośród protestanckiej większości w miarę prężna wspólnota katolicka w Yenga. Chociaż tamtejsi nauczyciele, jako funkcjonariusze państwowi, musieli później opuścić tę wieś, to jednak zostało po nich kilka miejscowych osób o mocnym przekonaniu, i oni stanowią tu Kościół. Walenty, z którym obecnie mieszkam w Yolé, a który wcześniej przez dwadzieścia pięć lat był proboszczem w Fatima, mówił mi, że nigdy nie pomyślałby o zakładaniu Kościoła w Yenga. Był tam oprócz ewangelisty sam pastor, jego dobry znajomy. Przejeżdżając tamtędy odwiedzał go, ale nie widział możliwości zainstalowania się tam, gdzie byli już tak mocni baptyści i luteranie – a jednak…

Taki Kościół, jaki katechista

Gdy chodzi o drugą wspomnianą wieś – Bea – sytuacja nigdy się pomyślnie nie rozwinęła i do tej pory tamtejszy Kościół jest rachityczny, na krawędzi upadku. Dlaczego? Tu w odpowiedzi podaję najistotniejszy czynnik: słaby katechista.

Można powiedzieć, że katechista to taki wioskowy proboszcz bez święceń. Gdyby nie było katechistów, to ci, co mają święcenia, nie potrafiliby zrobić nic. Katechista jest odpowiedzialnym za swą wspólnotę i pierwszym współpracownikiem odwiedzającego ich od czasu do czasu kapłana.

W większość niedziel nie ma Mszy świętych, ale to nie znaczy, że chrześcijanie nie schodzą się na modlitwę. Niedzielny obowiązek kultu zastępuje tak zwane bungbi, czyli zebranie na celebrację Słowa Bożego. Jest to modlitwa oparta na schemacie Mszy świętej, tyle że, oczywiście, bez konsekracji. Po czytaniach, katechista mówi kazanie, a potem przewodniczy modlitwie. W niektórych, lepiej uświadomionych wspólnotach, misjonarze umożliwili im nawet udzielanie Komunii świętej, instalując w kaplicach tabernakulum. Do takiego stanu rzeczy jest jednak jeszcze bardzo daleko w moim sektorze. Główną i najtrudniejszą pracą katechisty, jak sama nazwa na to wskazuje, jest katecheza. Ostatnimi laty na całym terytorium RCA używano trzytomowego katechizmu pod tytułem Nzapa a yeke nduru na e (Bóg jest blisko nas), przewidzianego na trzy lata nauki. W centrach parafii katechizm jest bardziej rozwinięty, ale na wsi wymaga się tylko (albo jak kto woli, aż) trzech lat nauki. Katechista zbiera każdy rocznik dwa-trzy razy w tygodniu w okresie od października do kwietnia (Wielkanoc). Jako że jest to sezon suchy, nie ma wtedy wielkich prac w polu; ludzie mieszkają też w wioskach, a nie na plantacjach.

W połowie wiosek, za które odpowiadam, jest po dwóch katechistów. Czasem potrafią też sobie dobrać odpowiedniego pomocnika – praca jest wtedy podzielona. Każdego tygodnia przerabiają więc jedną jednostkę lekcyjną – w pierwszy dzień odbywa się wyjaśnienie, a w następny – zapamiętywanie kilku formułek katechizmowych, by katechumenom zostało coś w głowie.

To wszystko, co katechiści czynią, robią za darmo! Wszystko z dobrego serca, osobistego poświęcenia i motywacji. Jedyną formą zapłaty może być pozycja społeczna i szacunek, jaki uzyskują w miarę wiernej posługi, albo czasem drobne dary ze strony współwiernych, jeśli ci są świadomi takiej powinności.

Misjonarze natomiast starają się im pomóc w formie niepie-niężnej, to znaczy, gdy kandydat z wioski ma być wysłany do szkoły katechistów (w naszej diecezji są dwie takie szkoły, prowadzone przez kapucynów: pierwszy rok w Bocaranga i drugi rok w Ngaoundaye), diecezja płaci im lwią część kosztów ośmiu miesięcy pobytu. Po wyuczeniu zawodu, otrzymują też bądź maszynę do szycia, bądź komplet stolarski, co jest dobrą formą zabezpieczenia materialnego na przyszłość. W miarę możliwości i potrzeb otrzymują też, na przykład z okazji Bożego Narodzenia, paczki z ubraniami dla rodziny albo, w razie choroby, pokrycie części kosztów leczenia. Wszystko to jednak jest cząstkową pomocą, nigdy zaś nie wystarczy za zapłatę, jeśli któryś sumiennie przewodzi swojej wspólnocie.

Oczywiście, nie sposób przyrównywać Polski do RCA, bo sama sytuacja ekonomiczna jest całkiem różna. Pragnę jedynie podkreślić to, co mnie ogromnie zdziwiło na pierwszy rzut oka – zaangażowanie świeckich w tutejszym Kościele jest nieporównywalnie większe i ważniejsze niż w naszym prakatolickim kraju. I co więcej, oni nie liczą na wynagrodzenie. Stąd też istotne jest mądre i delikatne podejście do katechistów. Można wymagać od nich zrobienia tego, czego się podjęli, ale nie wypada żądać, bo niby na jakiej podstawie? Nie płaci się im, więc wszystko oparte jest na wolontariacie. Ktoś może spytać: Ale przecież, skoro misjonarze otrzymują pieniądze na misje, czemu nie mogliby pewnej części przeznaczyć na pensje dla „funkcyjnych kościelnych”? Sprawa jest ogromnie delikatna i wymaga roztropności. To nie problem znalezienia pieniędzy, bo z pewnością i takie by się znalazły. To problem owoców, jakie by z tego wynikły. Są i tacy katechiści, którzy sugerują, by im coś płacić. Co by z tego wyszło? Widziałby on wtedy misjonarza z Europy tylko jako swego pracodawcę i źródło utrzymania. Gdy zaś mówi się, że Kościół powinien wynagrodzić swych ludzi, pod słowem Kościół ciasno i mylnie rozumie się tylko księży (bo przyjeżdżają samochodem i zawsze mają pieniądze), natomiast faktyczny, tutejszy Kościół, czyli wierni, nie poczuwają się do żadnego obowiązku wobec swego katechisty, odsyłając go po rekompensatę do swego białego. W takiej sytuacji Kościół afrykański będzie zawsze skazany na pomoc z zewnątrz i owa niewidzialna pępowina będzie w nieskończoność przedłużała stan ciągłej infantylności. Mówimy więc: Domagacie się wynagrodzenia za pracę w imię sprawiedliwości? Macie całkowitą słuszność. Zwracajcie się jednak o to do waszych wspólnot, dla których, podobnie jak my, misjonarze, pracujecie.

Mówię, że problem katechisty jest najistotniejszy. Dlaczego? Ponieważ, gdy on pracuje sumiennie, jego wspólnota rośnie. Gdy zaś jest obibokiem, który szuka tylko korzyści płynących z jego funkcji – Kościół leży na łopatkach. Na nieszczęście dla Bea, tamtejszy Kościół w swej krótkiej historii trafił na takiego nicponia. To znaczy, sami go sobie wybrali. Nie miałem szczęścia już go spotkać, bo po tym, jak zmuszał ludzi do pracy na plantacji i podobno bił dzieci na katechezie, ludzie odpłacili mu się w stylu afrykańskim, oskarżając go, że rzuca pioruny (w to tu się wierzy), bo jest złym czarownikiem, i wygnali go ze wsi.

Dobre lub złe świadectwo

Dwa inne Kościoły, w Ndengué i Zoungbé, zawiązały się w inny sposób. Wcześniej, za czasów kolonialnych, mieszkał tam pewien Francuz, który miał swą plantację kawy i prowadził inne jeszcze interesy. W sumie przysłużył się znacznie dla tamtejszej ludności i pozostawił po sobie przyjemne wspomnienie. Mimo że nikogo nie nawracał, ludzie nastawili się przyjaźnie do Kościoła, do którego należał.

W Ndengué była to ambicja szefa wioski, by jego syn był kimś – to się zdarza. Gdy stanowisko przewodniczącego Kościoła jest już obstawione, a ktoś obok ma równie wysokie aspiracje, najprościej jest sprowadzić nowe wyznanie, założyć wspólnotę… i trochę sobie porządzić. Sprawa prawdy, doktryny, jest tu mało istotna. Tak właśnie było w Ndengué. Syn szefa dochrapał się swego. Potem wysłano do szkoły jeszcze jego kuzyna, by był drugim katechistą, lecz owoce ich pracy są marne (dwadzieścia pięć osób we wspólnocie), a obaj do najprzykładniejszych nie należą.

W Zoungbé wspomniany już wcześniej Francuz przyjaźnił się z rodziną szefa wioski i bardzo pomógł w promocji jego syna, który później został nawet merem gminy. Założył stawy rybne, znał się na leczeniu ludzi i na mikroskopie – w sumie był bardzo do przodu. Sam mukunzi (szef) Zoungbé opowiadał mi, że w czasie wojny, jako zwerbowany do armii francuskiej, przebywał we Francji i tam podjął postanowienie, iż zostanie katolikiem. Po powrocie do rodzinnej wsi, mimo że przyszli tam misjonarze baptystów, nie przystał do nich, bo – jak mówił – czekał na swą kolej i ustanowienie wspólnoty katolickiej. To samo pragnienie wszczepił swym dzieciom, tyle że wspomniany wyżej syn, jako wysoko postawiony w hierarchii społecznej, miał dwie żony, a to mu uniemożliwiało chrzest. Zdobył się w końcu na odwagę i drugą małżonkę oddalił. Gdy przyjechałem do Yolé, mój pierwszy wyjazd do brusu był właśnie tam, na wielkie święto chrztu mera Piotra i chyba połowy jego rodziny, włącznie ze starym szefem wioski, który doczekał się swego.

Największa jednak wspólnota, którą obecnie obsługuję, znajduje się w Bwa Buziki, wiosce naprzeciw seminarium. Wcześniej była to niewielka pipidówka z kilkoma domami, a ludzie uczęszczali w kratkę do kościoła baptystów w sąsiedniej wsi. Wraz z założeniem seminarium w połowie lat osiemdziesiątych, do wsi sprowadzili się różni obcy, wezwani do pracy u nas, z reguły katolicy. Z pewnością również nadzieja dobrej pracy spowodowała całą falę ludu, jaka napłynęła do Kościoła katolickiego w tym czasie. Również niemała fala odpłynęła z powrotem po przekonaniu się, że wymaga się od nich uczęszczania na katechezę, ale prezentów jakoś szybko nie widać. Wieś jednak poważnie urosła i Kościół jest tu najliczniejszy.

Jest jeszcze Gbatoro, ostatnia fundacja, założona już za moich czasów. Ciekawa sprawa: praktycznie to nie jest wioska, ale zbiorowisko rozsianych w brusie domostw, rozłożonych przy uprawianych poletkach. Mieszkańcy nie należą do plemienia Gbaya, ale w większości do Banda (ze Wschodu). W młodości przybyli tu w poszukiwaniu pracy, teraz na starość osiedli przy swych polach, by nie robić długich wędrówek z miasta. Praktycznie są tam staruszkowie z wnukami. Zbudowali szałas-kościół i przyszli błagać o posługę kapłańską. Aby można było dojechać samochodem, wytyczyli prawie dwa kilometry drogi przez brus – to imponujące widzieć taką gorliwość. Można więc tam teraz dojechać: najpierw drogą dla bydła, a potem tą nową, jakieś osiem kilometrów w szczerym buszu. Bardzo lubię tamtejszych chrześcijan – są inni niż Gbaya: bardziej prostolinijni, ofiarni i wdzięczni.

Choć podstawą sukcesu, jak wcześniej już napisałem, jest dobry katechista, nic nie zastąpi pracy misjonarza. Uświadomili mi to moi katechiści na samym początku. Tak się bowiem niedobrze złożyło, że w ciągu krótkich czternastu lat istnienia tutejszego sektora, jestem dziewiątym kapłanem, który tu pracuje. A co za tym się kryje, wraz ze zmianą kapłana, zwykle następuje zmiana opcji, niestałość w wymaganiach, brak jednej linii i ogólne zamieszanie.

Katechiści, tłumacząc swą ospałość, odbijali piłeczkę, pytając: A dlaczego o nas nikt nie dba? My mamy potrzebę oparcia w kapłanie, jeśli jego nie ma, jesteśmy jak sieroty. I mieli rację. Maurice z Doko Bode żalił się, że chrześcijanie bardzo rzadko mają Mszę świętą, a jak Kościół ma rosnąć bez Pokarmu Serca (określenie Komunii świętej w języku sango). Podjąłem więc w sercu ciche postanowienie, że jak długo będę mieszkał w Yolé, postaram się nie zaniedbywać pracy w brusie.

Dzień Pański

Bardzo rzadko więc zdarza się, abym odprawiał niedzielną Mszę świetą w seminarium. Zawsze chcę jechać do chrześcijan na wioskach. Z reguły nie sypiam w wioskach z soboty na niedzielę, jak to czynią inni, bo tu nie ma potrzeby. Wystarczy, jeśli wyjadę wcześnie rano, abym wyspowiadał chętnych (maksymalnie dziesięć-piętnaście osób), pozałatwiał sprawy formalne, odprawił Mszę świętą i wrócił wczesnym popołudniem. W innych parafiach, gdzie ma się samemu do wyspowiadania pięćdziesiąt – sto osób, nie sposób uczynić tego za jednym machnięciem – stąd potrzeba wyjazdu dzień wcześniej.

Na Mszę świętą niedzielną jadę zawsze z kilkoma seminarzystami. Chłopaków podzieliłem na ekipy dla każdej wioski. Apostołowie, bo taki szumny przydomek przyjęli, mają frajdę przejażdżki, ale też wydatnie starają się pomóc w ubogaceniu liturgii. Znają dużo pieśni, więc wykorzystują czas, by nauczyć czegoś ludzi. Ja w tym czasie spowiadam albo załatwiam wspomniane wyżej sprawy formalne.

Formalności

Chodzi tu przede wszystkim o sprawę, która w Polsce nie istnieje: karty. Każdy członek Kościoła posiada swoją kartę: albo katechumena (w czasie formacji), albo chrześcijanina. Tam zanotowane jest wszystko na jego temat. W tutejszych warunkach, gdzie odległości są duże i wymiana informacji niezmiernie trudna, trzeba, by każdy miał przy sobie taką prywatną kartotekę. Nie zwalnia to oczywiście proboszcza od prowadzenia biura – są wszystkie księgi ochrzczonych, małżeństw itp., ale każdy katolik ma oprócz tego taką kartę. Ułatwia mu to niezmiernie przyjęcie w innym miejscu, jeżeli podróżuje. A najczęściej jest to też ich jedyny dokument tożsamości, bo wyrabianie państwowych jest notorycznie zaniedbywane przez ludność wiejską. Przy tym po prostu ich na to nie stać – uiszczenie wszystkich opłat przerasta pustą kieszeń rolnika. Stąd też każdy się stara o uzyskanie takiej karty w Kościele – z gorliwością, jakby to od niej zależało zbawienie.

Ten bilet do nieba posiada jednak na ostatniej stronie miejsce na podpis kapłana, potwierdzający, że ów wierny zapłacił doroczną dziesięcinę. To inna nowość, jaką tu zastałem. Każdy dorosły katechumen lub ochrzczony, zobowiązuje się, wraz z wejściem do Kościoła, płacić pięćset franków centralnoafrykańskich (FCFA) na rok (trzy złote). Gdy chodzi o młodych, którzy jeszcze nie zarobkują, stawka ta wynosi dwieście pięćdziesiąt FCFA. Taką praktykę wprowadziły tu zasadniczo wszystkie Kościoły. Forma tego podatku kościelnego uwrażliwia wiernych na fakt, iż Kościół nie tylko daje, ale i ma potrzebę podtrzymania.

W praktyce życia z opłacaniem kart jest różnie. Jak na całym świecie, wierni są wierni i nie-wierni. Nikogo się jednak nie wyrzuca z Kościoła za zaleganie ze składkami. Co najwyżej, przydaje mu się mało zaszczytny tytuł katolik pata use, czyli katolik za dwa grosze (nic nie wart).

Co robi się z tymi drobnymi pieniędzmi? Dwie piąte całej sumy zostaje w kasie wspólnoty, jedną piątą odprowadza się do biskupa, jedna piąta przeznaczona jest dla kapłana, a ostatnia piąta część idzie do kieszeni katechisty. Dla zobrazowania: w tym roku część, jaka mi przypadła, wyniosła trochę ponad osiem tysięcy FCFA, za co mógłbym napełnić bak samochodu do połowy, za cały rok jeżdżenia…

„Stałe elementy” Mszy świętej

Składka niedzielna (również w wysokości najwyżej paru stówek) zostaje w kasie wspólnotowej. Ciułana powoli, służy – według osądu rady kościelnej – na zakup jakiegoś drobiazgu do kościoła albo na pomoc biednym czy chorym. Nadto, gdy zdarza się jakaś wyjątkowa potrzeba, ogłasza się okazyjną zbiórkę między wiernymi. W praktyce, kapłan – tak misjonarz jak i Afrykańczyk – nie może liczyć na żadną pomoc. Wręcz odwrotnie, do niego się wyciąga ręce, bo ty jesteś nasz „Ojciec”, a my twoje dzieci…

Mówienie homilii nie stanowi dla mnie wielkiego problemu. Mam osobistą satysfakcję w miarę wystarczająco porozumiewać się z ludźmi w sango. Tylko w dwóch najbardziej zapadłych wioskach kobiety i dzieci siedzą jak na tureckim kazaniu, ale, przepraszam, ja nie mam głowy, żeby jeszcze ją łamać uczeniem się języka gbaya.

Wciąż nieduży procent ludzi przystępuje do Komunii świętej. Dlaczego? Powody są różne, ale wszystko sprowadza się do nieuregulowanej sytuacji życiowej. Duża część, po prostu, jeszcze nie jest ochrzczona. Na ową pięćsetkę wiernych, dobre dwieście osób stanowią katechumeni. To zależy od wioski: w połowie z nich katecheza idzie do przodu, stąd co roku mamy radość nowych chrztów. Ale w niektórych albo dzieci są leniwe, albo katechista nudziarz. Odpalają na początku roku, ale nie potrafią zaskoczyć i zapał gaśnie w okolicy Bożego Narodzenia.

Problemy małżeńskie

Jest też część tak zwanych stałych katechumenów. Chodzi tu o osoby ze stałą przeszkodą poligamii. Mając dwie żony, znajdują się w stanie konfliktu z prawem i moralnością chrześcijańską. Do Kościoła jednak chcą należeć: płacą składki, modlą się – mają więc swoje miejsce we wspólnocie.

Ciekawe, że w tutejszej mentalności, gdy pytasz o chrzest, to ten sakrament kojarzy się przede wszystkim z kompleksowym i długim przygotowaniem oraz przyjęciem go w wieku samodzielnego używania rozumu. Chrzest niemowląt jest jeszcze stosunkowo rzadki, choć praktykowany u katolików i luteran. W Polsce całkiem na odwrót – chrzest w wieku dorosłym to wypadek. Ma to swoje dobre strony, bo rodziny zdają się być jeszcze zbyt słabo zintegrowane z wiarą, by ją konsekwentnie przekazać dzieciom. Przy tym wielu katechumenów rekrutuje się z rodzin protestanckich, a na przykład tradycja baptystyczna podkreśla, że chrzest można ważnie przyjąć tylko w wieku dorosłym, po świadomym wybraniu Jezusa jako Zbawiciela. Kościół katolicki zachowuje obostrzenia, że nie wolno chrzcić na przykład dzieci drugiej żony poligama, bo nie ma wystarczających gwarancji, że będą wychowane po chrześcijańsku. Gdy podrosną, same się zdecydują.

Małżeństwo stanowi dodatkowo twardy orzech do zgryzienia. Zaznaczę tu tylko, że dla wielu ludzi jawi się ono jako zingili, czyli łańcuch – chodzi tu o katolicką naukę o nierozerwalności i wierności jednej żonie. W mentalności Afrykańczyków te wymagania idą zbyt daleko. Nie pojmują w małżeństwie daru Bożej łaski, widzą w nim jedynie nieznośne obciążenie i boją się. W konsekwencji wiele par żyje razem, rodzą dzieci, chodzą do kościoła, ale z uregulowaniem związku zwlekają. To ich sprawa i decyzja – można wyjaśniać, zachęcać, ale nigdy zmuszać. W konsekwencji, osób przystępujących do Komunii świętej jest niewiele. A na ewolucję zwyczajów trzeba dużo cierpliwości i wysiłku w formacji.

Formacja

Właśnie – formacja. Kapłan nie jest w stanie dotrzeć do wszystkich wiernych bezpośrednio. Stąd węzłowa sprawa – przedłużenie swych rąk przez pracę katechistów. Oni są mymi dłońmi. Co miesiąc odbywamy spotkania – raz w którejś z wiosek, innym razem w centrum. Oni bardzo je lubią i ich potrzebują. Lubią się spotykać między sobą – potrzebują kontaktu i świeżej motywacji.

Podobne spotkania, tyle że rzadziej, organizują siostry dla ich żon. Taka para misjonarska – katechista i żona – stanowi podstawowe narzędzie ewangelizacji.

Najwięcej czasu zabiera mi właśnie różny w formach kontakt z katechistami. Z tych racji wyjeżdżam też do buszu w tygodniu. Nadto, w każdy wtorek odprawiam Mszę świętą w Doko Bode, a w czwartek – w Bwa Buziki. W ten sposób chociaż najbliżej mieszkający wierni, ci spośród nich, którzy są spragnieni Pokarmu Serca, mają możliwość przyjąć go w każdym tygodniu.

I trzeba przyznać, że jeśli wspólnota prowadzona jest dobrze, ciągle coś się dzieje przy kościele. Każdego poranka gong (stara felga od samochodu) zaprasza ludzi na rozpoczęcie dnia w imię Boże przez recytację pacierza i Ewangelię na dany dzień. Dwa, trzy popołudnia zajęte są przez katechezę. Do tego jeszcze próba scholi w ciągu tygodnia (Afrykańczycy bardzo lubią śpiewać) i zebranie jakiegoś ruchu wewnątrzkościelnego. Jest ich tu dużo i ludzie chętnie się w nich grupują, co dodaje im motywacji w wierze: Legion Maryi, Kręgi Rodzinne, tercjarze franciszkańscy, Stowarzyszenie świętego Wincentego á Paulo (dzieła miłosierdzia), Grupy świętej Rity, a dla dzieci Aita kwe (czyli Wszyscy braćmi) – to ubogaca rytm życia Kościoła.

Każdy katechista ma do pomocy (ale i do kontroli) grupę doradców i skarbnika kasy wspólnotowej. Im to powierza się rozstrzyganie spraw wspólnotowych i korektę niepoprawnych współbraci. To jest też kolejna sprawa, którą odkryłem tu, u chrześcijan w Afryce. Są bardziej samodzielni i, myślę, więcej poczuwają się do odpowiedzialności, niż szary członek tłumu w polskim Kościele – jeśli kogoś kłuję tym porównaniem, przepraszam z góry.

Każdego roku wypada choć raz zorganizować sesję (szkolenie) dla ruchów kościelnych, szefów chóru i podobnych osób. Przy tym, jeśli przez swoją działalność sobie na to zasłużą, urządza się im z tej okazji mały wyjazd. Nie ma większej frajdy, jak jechać z tyłu, na przyczepie samochodu, i drzeć się wniebogłosy, śpiewając pieśni kościelne.

Są też w ciągu roku tak zwane mocne okresy, czyli Adwent oraz Wielki Post z przygotowaniem do szczytowych Świąt Wielkanocnych. W Adwencie urządza się trzydniową konferencję wewnątrz sektora. Chodzi o spotkanie chętnych w jednym miejscu, by modlić się i przedyskutować jakiś problem (zawsze jest coś nowego – list biskupów czy inny dokument). Podobna, ale duża konferencja dla kilkuset osób, organizowana jest w Wielkim Poście. Pochłania to dużo energii i czasu, ale stanowi duży bodziec duszpasterski. Ponadto, pragnąc podkreślić wagę Triduum Paschalnego, organizuję całość liturgii Wielkiego Tygodnia w dwóch miejscach. Wtedy to chrześcijanie mają możliwość uczestniczenia w całym Misterium Paschalnym. Normalnie przy tej okazji udziela się też sakramentów (w moim sektorze mamy około dwudziestu chrztów na rok). Wszystko razem sprawia, że po Wielkanocy czuję potrzebę wypoczynku. Wszystkie te podróże, spotkania formacyjne, egzaminy i celebracje, połączone z marcowo-kwietniowym upałem, dają porządnie w kość.

Teraz mam bardzo gorączkowy czas. Chłopcy skończyli szkołę, więc konferencje i cała ta papierkowa robota, której od dzieciństwa nie lubiłem oglądać w rękach zabieganej Mamy. Gdy powysyłam ich do domów na wakacje, mam nadzieję nieco odpocząć, choć nie będzie brakowało prac gospodarskich. Ostatnio oprosiły się nam trzy lochy, więc trzeba mi doglądać je same oraz całą bandę ich prosiąt. Przy tym mamy plany na ulepszenie pastwisk dla bydła i lepsze zabezpieczenie paszy na okres suchy.

Wakacje więc, choć długie, bo ponad trzymiesięczne, przelecą jednak, jak z bicza trzasnął.

Niech dobry Bóg ma Was w swej opiece.

Brat Robert Wieczorek

Życie codzienne na misji

Yolé, RCA, 18 września 1998 r.

Pokój i dobro!

Drodzy Przyjaciele!

Brat Zbyszek po powrocie z przymusowego urlopu zdrowotnego (był ciągle chory na malarię, więc pojechał ją wyziębić w Polsce), powiedział mi tak: Twój brat Krzysiek sugeruje, abyś napisał coś o codziennym życiu misjonarza. Odpowiedziałem zrezygnowany: No, to w końcu się wyda, że nie jestem bohaterem…

Owszem, napiszę Wam, co robię na co dzień. Sami na końcu uczciwie przyznacie, że to właściwie nic nadzwyczajnego. Postaram się wyczuć, co Was może zainteresować. Wbrew pozorom, to nie jest łatwe zadanie. Podjęty temat można bowiem zbyć telegraficzną frazą: U mnie nic specjalnego, albo zanudzić detalami.

Zanim przejdę do sedna, mała anegdotka z kręgów kościelnych dla zobrazowania problemu i ku uciesze Waszych serc:

Przed papieżem przedstawiciele zakonów wypowiadają się na temat swoich codziennych zajęć. Jezuici: Wstajemy w czas rano, idziemy na modlitwy do chóru, potem Msza święta, dziękczynienie, następnie każdy do swych zajęć: praca naukowa, biblioteka, wykłady, spowiedź. Spotykamy się w południe na modlitwach, posiłek i całe popołudnie znów do własnych zajęć. Potem wieczorna medytacja, nieszpory, jest jeszcze czas, by coś poczytać, w końcu kompleta i idziemy spać. Kolej na kapucynów: Po przebudzeniu idziemy do łazienki, w refektarzu czeka już „mała czarna” na rozruch, po modlitwach jemy porządne śniadanie, potem do WC i praca. O godzinie dziesiątej trzeba „rzucić coś na ruszt”, małe siusiu i znów do zajęć, ale w południe jesteśmy szybko z powrotem w refektarzu, po solidnym obiedzie dłuższe posiedzenie w toalecie, odpoczynek, mała czarna kawka. O godzinie piętnastej podwieczorek, małe siusiu i od nowa… Hej, braciszkowie – przerwał papież – a nie przesadzacie coś za bardzo z tym jedzeniem i sikaniem? Nie, bo my to robimy za siebie i za jezuitów…

Mam nadzeję, że uda mi się nie przesadzić ani w jedną, ani w drugą stronę.

Najpierw może subtelne rozróżnienie, które choć w praktyce niewiele zmienia, to jest istotne dla samoświadomości: jestem przede wszystkim zakonnikiem, a nie misjonarzem. Jedno z drugim się nie gryzie, lecz chodzi o priorytety. Moja pierwsza misja to być we wspólnocie braterskiej i modlić się. Temu ma być podporządkowane moje misjonowanie. Czasy pierwotnego przepowiadania już minęły, dlatego Kościół w krajach misyjnych prosi teraz zakonników, by starali się być obecni przez swój charyzmat, styl życia. Stąd też troska, abyśmy my, bracia, byli przynajmniej po trzech, czterech w jednym domu, jeśliby nawet miało to skutkować redukcją miejsc obecności.

Tutaj w Yolé jest nas pięciu. Samo seminarium nie ma aż takich potrzeb, ale ważne jest dla formacji młodych, aby widzieli, że stanowimy rodzinę. Stąd też mamy inne, zewnętrzne zajęcia: dwóch braci wykłada w Wyższym Seminarium pod wezwaniem świętego Wawrzyńca, ja zaś mam pod opieką jeden sektor brusu.

Poranek

Może kogoś przerażę: wstajemy normalnie dziesięć minut po godzinie piątej, ale doprawdy, to nic strasznego. Noc jest wystarczająco długa (o godzinie osiemnastej trzydzieści jest już ciemno), więc można się wyspać aż nadto. Ludzie w ogóle budzą się w czas, by zyskać na dniu. Dzieci też nie uznają za przyjemność wylegiwania się w łóżku (!), bo generalnie nie śpią w łóżkach, lecz na matach rozłożonych na klepisku, najczęściej w tym, w czym chodzą, bez przykrycia, więc i podnoszą się przed świtem, bo twarda ziemia nie jest przytulna, a poranki często chłodne. Siedzą potem jak kurczaki, skulone wokół tlącego się ognia.

Nasi chłopcy, mimo iż mają łóżka i pościel, zachowują naturalny dla nich rytm. Nawet, jeśli w niedzielę można pospać dłużej, większość jest już wcześniej na nogach.

Ja mam zwykły pokój, bez umywalki, więc myję się i załatwiam swe potrzeby tam, gdzie chłopaki. Ubikacje są tu całkiem normalne, jest też bieżąca woda i zlewy do mycia, prysznice – z zimną wodą, która jednak jest przyjemnie chłodna rano, a po południu nawet lekko ciepła, bo podgrzana w rurach przez słońce.

W pół do szóstej spotykamy się w kaplicach (każdy cykl osobno). Młodsi mają Mszę świętą, na przemian w języku francuskim i sango. U nas natomiast odprawiamy zawsze po francusku, z tym, że wcześniej, po modlitwie Anioł Pański, czyta się Ewangelię z dnia, dziesięć minut medytacji i jutrznia, czyli codzienna modlitwa psalmami, a dopiero po niej Msza święta. W piątki Eucharystia jest wyjątkowo wieczorem, o godzinie osiemnastej, razem dla wszystkich seminarzystów – chodzi o to, by spotkać się w komplecie. Kapłani przewodniczą Mszy świętej na zmianę, po tygodniu każdy. Najczęściej mają zwyczaj mówić coś po Ewangelii. Ja jednak nie uczestniczę w tej rotacji, bo zostałem oddelegowany do celebracji na zewnątrz. Jako że jestem poważnie młodszy od pozostałych, takie rozjazdy nie kosztują mnie tyle, co mych siwobrodych braci. W związku z tym w poniedziałki i piątki wyjeżdżam na Mszę świętą do wspólnoty formacyjnej sióstr franciszkanek w Kela, odległej o jakieś dwadzieścia pięć kilometrów, z czego połowa drogi jest bardzo szpetna. Natomiast we wtorki i czwartki mam po południu Mszę świętą w najbliższych wioskach: Bwa Buziki i Doko Bode. W niedzielę oczywiście też wyjeżdżam do brusu, więc praktycznie w seminarium odprawiam tylko dwa razy w tygodniu: raz w pierwszym, a kolejnym razem w drugim cyklu. I tak się przedstawia porządek mszalny.

Gdy jestem rano w domu, przed siódmą jem ze wszystkimi śniadanie – ja, jako Polak, zdecydowanie większe i dłuższe, niż Włosi. Normalnie pije się kawę z ekspresu, bardzo mocną. Niektórzy chrzczą ją wodą, inni zaprawiają mlekiem. Ja, jeśli mogę, to znaczy jeśli mam, to piję herbatę.

Kawa rośnie na miejscu (na plantacjach w Berbérati), herbatę można kupić w mieście, w normalnym sklepie. Cukier też taki sam jak u nas, nawet w kostkach, tyle, że robi się go nie z buraków, lecz z trzciny cukrowej. Jest też w sprzedaży hurtowej, po pięćdziesiąt kilogramów w worku, ciemny cukier, nie traktowany siarką. Brzydki, bury, ale chyba słodszy, a na pewno zdrowszy.

Bouar słynie z najsmaczniejszego w RCA chleba: pszennych bagietek, ale solidniejszych, niż te pulchne francuskie. Piecze je muzułmanin Bello (a ściślej – jego ludzie). Każdego poranka też, gdy wychodzimy ze Mszy świętej, przyjeżdża jego samochód z chlebem dla wszystkich trzech seminariów.

Śniadanie uczniów to chleb z kawą lub mlekiem (w proszku). Mleko w proszku jest drogie, ale tutejsze krowy dają tylko minimalną ilość mleka (około jednego litra), więc nie można na nie liczyć. My natomiast, w zależności od prosperity, mamy dżem (jeżeli przyjdzie w kontenerze z Włoch), albo masło, ale teraz trzeba po nie jeździć aż do Bangui, więc różnie bywa.

Śniadanie jest zarazem odprawą poranną. Staramy się wtedy poinformować wzajemnie, co kto robi, skoordynować plany, przewidzieć załatwienia w mieście, sprawy szkolne i mnóstwo podobnych drobiazgów.

Jedząc śniadanie dłużej niż inni, o godzinie siódmej włączam radio diecezjalne, radiostację służącą do komunikacji ze wszystkimi misjami. Mamy ustawioną bowiem jedną częstotliwość i o wspólnych godzinach (o siódmej i piętnastej) wymieniamy informacje. Istny nieraz galimatias, bo bywają problemy z propagacją i czasem kogoś słabo słychać. Rozmawia się o wszystkim i w różnych językach: włoski króluje, ale oficjalnym jest francuski, dużo miejsca zajmuje polski, ale często spotyka się sango, czasami inne dialekty afrykańskie i na ozdobę malajalam (południowe Indie). Gdy w Bozoum, u karmelitów mieszkały Czeszki, umieraliśmy ze śmiechu słuchając prób dialogu polsko-czeskiego.

Słuchanie radia i załatwianie naszych komunikatów stało się moją specjalnością, bo mym starszym braciom brakuje do tego cierpliwości (trzeba poświęcić każdorazowo minimum dwadzieścia minut), a poza tym po latach leczenia malarii chininą są teraz poważnie przygłusi. Takie radio to ogromne ułatwienie życia, bo można przez to zaoszczędzić sobie wiele podróży i czasu, a przede wszystkim odległości się skracają – da się pogadać nie tylko z braćmi na terenie diecezji, ale i z Andrzejem w Bangui i Piotrkiem w Czadzie. Mamy przy tym ten komfort, że wszyscy rozumiemy i sango, i francuski, i włoski, a nas – nikt. Na koniec można więc pogawędzić w języku Ostrogotów, jak tu określają naszą piękną mowę, i posłuchać kawałów czytanych przez Jurka z Ngaoundaye, albo wieści sportowych, skrupulatnie wymienianych przez fanów z afrykańskiej diaspory.

O w pół do ósmej chłopaki wychodzą do szkoły seminaryjnej, a my, w zależności od potrzeb, do różnych spraw.

Walenty najczęściej patronuje jakiemuś remontowi czy budowie. Pio, jako przełożony, siedzi w papierach albo idzie do szkoły. Luca ma wykłady albo coś czaruje w kuchni. Bruno, choć filozof, woli jednak swoje TP – travaux poubliques (prace publiczne) i krąży traktorem po koncesji. Ja jadę do miasta (sam przejazd tam i z powrotem zabiera prawie godzinę), albo siedzę na miejscu. W takim dużym domu ciągle jest coś do naprawienia, albo do przerobienia, więc jeśli jestem w stanie, to robię to sam.

Za co mi jeść dają

Na mojej głowie jest biblioteka, której uporządkowanie zabierało mi całe dni w ostatnich dwóch latach. Teraz wyszliśmy już na prostą. Podobnie dużo czasu poświęciłem na chlewnię. Trzeba usiąść, poczytać, przemyśleć i w końcu to zrobić. Konieczność nauczyła mnie więc spawać i trochę murować. Specjalistą nie jestem, ale w sumie coś pokleiłem jedno z drugim i efekt się liczy: są specjalne kojce porodowe, zabezpieczające prosięta, a stare drzwi – naprawione. Świntuchy rosną i w odpowiednim czasie zmieniają się w kiełbasę – bowiem dzięki instrukcji z domu nauczyłem się ją robić i ponoć dobrze mi to wychodzi. Gdy teraz Rodzice przysłali mi jeszcze sto metrów jelit, wystarczy tego dla nas i dla amatorów z zewnątrz.

Każdy początek miesiąca to dla mnie ekonomia domowa. A jest co liczyć. Katowska to powinność, bo choć system nowoczesny, zawsze wychodzą jakieś dziury, przeoczenia. Żeby stanąć na nogi, potrzeba kilku dni.

Codzienne zajęcia zależą głównie od sezonu. Gdy budowałem kaplicę, siłą rzeczy byłem zajęty tą sprawą. Gdy robiłem kolędę, wyjeżdżałem na całe dni. Gdy jest spotkanie katechistów lub konferencja dla ludzi, to taka formacja zabiera też całe dni. Ale na początku prawie cały czas spędzałem w domu za biurkiem i dziobałem sango na przemian z francuskim. Taki jest los każdego nowicjusza. A w końcu bywa nieraz, że nigdzie nie jadę i nic nie mam w planie do zrobienia. Mam wtedy czas, żeby odpocząć, poczytać coś luźniejszego (przez ostatnie trzy lata przeczytałem tak całego Sienkiewicza!), czy w końcu więcej się pomodlić. Mieszkam pięć metrów od kaplicy i tylko ode mnie zależy, czy jako zakonnik spędzam tam odpowiednio dużo czasu. Właściwie, więcej niż bracia na innych misjach, mam możliwość prowadzenia tutaj życia typowo klasztornego.

Południe

Codzienny program jest bardzo uregulowany, bo tego wymaga życie w dużej grupie i formacja seminaryjna.

W południe dzwony u karmelitów dzwonią na Anioł Pański, kto jest w domu, przychodzi na modlitwę w ciągu dnia. Po raz trzeci spotykamy się wieczorem o godzinie osiemnastej, by odmówić nieszpory i pomedytować, albo wspólnie pomodlić się na różańcu. W poniedziałki jest też adoracja Najświętszego Sakramentu. Gdy odprawiam Mszę świętą w brusie po południu, nie jestem w stanie wrócić na czas, ale normalnie, to uczestniczę we wszystkich modlitwach. Faktycznie, to modlitwa wyznacza nam rytm życia.

Ale przeskoczyłem obiad. Mamy tu aż trzy kuchnie: dla dwu cyklów i trzecia dla wspólnoty. Nie chodzi tyle o wyżeranie w ukryciu lepszych kąsków, co o spotkanie braterskie. Dwóch zawsze je w pierwszym i w drugim cyklu, zaś reszta we fraternité. W niedziele zbieramy się natomiast wszyscy. Można wtedy spokojnie posiedzieć, pogadać. Przychodzi nadto Izabela, rodzona siostra Pio i Walentego. Przynosi ze sobą włoskie lody albo jakieś proste ciasto i świętujemy razem. Mnie akurat zdarza się nie wrócić na czas, gdy jadę gdzieś dalej odprawiać Mszę świętą. Wpadam więc na sam koniec, albo też później spożywam chłodny posiłek z domieszką gorzkiej samotności.

Normalnie, jak się je na misyjnym obiedzie? Nieźle. Inaczej, niż w Polsce, ale dobrze i do syta. Po pierwsze, jak ja to mówię, jesteśmy systematycznie makaronizowani, żyjąc pod wpływem kuchni włoskiej pochłania się stosy pastasciutta. Zaopatrzeni jesteśmy w poważne zasoby makaronu i przecieru pomidorowego, i to stanowi bazę odżywczą. Zresztą lubię to danie z różnych odmian makaronów i sosów. Również chłopcy wsuwają spaghetti bez grymaszenia. Prawie codziennie jest mięso, najczęściej wołowe, ale zdarza się i wieprzowina albo dziczyzna z antylopy (bardzo smaczna). U nas w domu takich lokalnych przysmaków jak małpa, wąż, czy duży szczur nie jadłem, ale gdzie indziej – tak. Od ludzi można kupić kozę czy małe wioskowe kury: nasze nioski jemy, gdy przychodzi czas na ich emeryturę i, jak to się tu mówi, zreformowanie kurnika. Nadto, hodowane przez nas owce, kaczki czy ryby w stawach urozmaicają raz na jakiś czas nasze menu. Koło stawów kręcą się różne skrzydlate wyżeracze karmy dla kaczek lub samych kaczek, lecz nie wiedzą, że brat Luca ma strzelbę. Czasem więc kończą u nas w garnku. W każdy poniedziałek ludzie przychodzą z warzywami i owocami na sprzedaż, mamy więc: fasolę, sałatę, kapustę, ogórki, pomidory, cukinie, dynie, ziemniaki słodkie i nasze (całkiem duże), tak, że naprawdę można się dobrze i smacznie najeść. Do tego owoce – w zależności od sezonu: banany prawie zawsze, mango na wiosnę, gujawy latem i jesienią, a cytrusy na przełomie roku. Gdy brakuje mięsa, to nie bieda, bo jajek z fermy wystarczy dla nas i jeszcze na sprzedaż. Z tym, że poczciwej jajecznicy tu nie uświadczysz – robi się kulturalnie składany na troje omlet (czasem nadziewany farszem), jajko sadzone albo gotowane, ale widocznie takie rozbełtane jajeczne gluty nie wydają się innym apetyczne.

Jedzenie dla chłopców jest przyrządzane prościej, ale nikt im nie żałuje. Często mają mięso, jeśli nie, to jajka, warzywa i owoce, tak jak my. Wieczorem jest zupa (to taki niepolski zwyczaj jeść zupę przed spaniem); na kości, z makaronem, zaprawia się ją olejem, bo śmietana czy zasmażka są tu nieznane. Dwa razy w tygodniu jest maniok z mięsem w sosie, bo bez bulwy chłopcy nie potrafią żyć. Kiedy indziej za bazę służą ziemniaki słodkie lub ryż z Pakistanu. Sezonowo gotowana jest kukurydza albo ciężkostrawne orzeszki ziemne. Na okazję czyichś urodzin w drugim cyklu piecze się proste ciasto, a dla pierwszego kupuje się słodkie bułki lub cukierki, by zaspokoić odwieczne dziecięce pragnienie. Na święta i niektóre niedziele Walenty kupuje też płynną czekoladę do smarowania na chlebie. Ja nie byłem nigdy wielkim amatorem słodyczy, ale tutejsze słodkości to już w ogóle mi nie smakują. Dla maluchów to jednak zawsze przedsionek do nieba.

Chłopaki mają ogromny spust. Zjedzą każdą ilość, przez to także i dobrze rosną. To, co zjadliwe, a pozostawione na zewnątrz, musi przepaść. Chleb jest jednak dostępny bez wydzielania. Mają też inny przysmak na podreperowanie brakujących kalorii – obrzynki z produkcji komunikantów. To siostry klaryski często podrzucają nam te niebożonarodzeniowe opłatki. Bezdenne żołądki niektórych powodują czasem afery, bo na przykład ktoś dopadnie sardynki przewidziane na wieczór do ryżu, albo dramatyczniej – jedzenie odłożone dla psa… Trochę to gniewa, trochę dziwi, a trochę śmieszy. Trzeba przy tym pamiętać, że nasza Afryka to nie ta z Sahelu, głodująca.

Od psa do Coca-Coli

A skoro już zszedłem na psy, mamy tu trzech takich czworonogich stróżów. Najstarszy, liczący tyle lat, co seminarium (trzynasty rok) to Black, kundel ze sporymi cechami wilczura. No, ten to akurat do straży niezdatny, bo to psi emeryt, co dożywa w spokoju swoich lat. Pół ślepy, zęby się sypią, sierść wyliniała. Przy tym w młodości, gdy prowadził zbyt burzliwe życie towarzyskie z panienkami z pobliskiej wsi i w konsekwencji nie miał czasu na przebywanie nocą przy domu, podjęto brutalną decyzję i został dla ustatkowania wykastrowany. Był to jednak błąd, bo wraz z istotną częścią swego przyrodzenia stracił i swój męski charakter: teraz stał się przyjacielem wszystkich i swą przyjaźń afiszuje specyficznym prychaniem-kichaniem, połączonym z uśmiechem, czyli pokojowym szczerzeniem zębów.

Za to drugi, Zagor, nadrabia braki swego niesławnego seniora. Ten czarny kudłacz, zwalniany tylko wieczorem, zna doskonale swoich, lecz biada komuś obcemu, gdy mu się nawinie – urąbie niemiłosiernie i koniec. Budzi powszechny postrach i dobrze, bo przynajmniej po seminarium złodzieje nie grasują. Ostatnio jednak zarobił od kogoś w łeb. Rana z trudem się wygoiła, a on stracił coś ze swego dawnego wigoru. Stał się jakiś sentymentalny, w dzień płaczliwie szczeka, a nocami wyje do księżyca…

Od ponad roku mamy prawdziwego owczarka niemieckiego, sukę wabiącą się Lulu. Przywieziona jako szczenię, wyrosła na piękne zwierzę. Jest drobnej, ale za to bardzo foremnej postury. Nieco strachliwa, ale przez to właśnie stanowi system wczesnego ostrzegania. Jej imię nieco mnie drażni, bo za miękkie dla psich uszu, a poza tym bardziej nadaje się na zawodowe pseudo pani o lekkich obyczajach…Ta przesympatyczna bestia wszędzie mi towarzyszy, gdy krążę po obejściu przy pracy. Zawsze szuka, żeby być blisko, macha przyciężkim ogonem, że aż jej tyłkiem kręci i patrzy tak mądrze, jakby wszystko rozumiała. Nocą zaś śpi pod moim oknem – to akurat stanowi uciążliwe sąsiedztwo, bo zrywam się na wszystkie jej alarmy, również wtedy, gdy przechodzi kot (to jedyny rodzaj stworzeń, którego ona nienawidzi).

Zapędziłem się za psami, nie skończywszy obiadu. Niewiele jednak zostało do dopowiedzenia – tylko co się pije. Normalnie czystą wodę. Każda z tutejszych studni głębinowych jest lepsza, niż te europejskie, bąbelkowo-mineralne. Tutaj zanieczyszczenie to abstrakcja. Dość droga to impreza, ale kupuje się w sklepie Coca-Colę, Fantę, Sprite z Kamerunu i lokalne piwo 33 z Bangui.

Kropka nad i w obiedzie to mała czarna. Ta dawka kofeiny nie przeszkadza południowcom w zrobieniu małej sjesty. Oni potrafią tak na piętnaście minut i już po godzinie czternastej są na nogach. Ja idę na sjestę, gdy czuję się faktycznie zmęczony, tak dwa – trzy razy w tygodniu, ale jak już mnie sieknie to nie pozbieram się wcześniej jak na trzecią. Dlatego wolę jej nie robić, bo potem popołudnie na pół stracone.

Po sjeście

Seminarzyści mają dwie godziny pracy fizycznej i dwie nauki, czasem z nimi idę, by coś wspólnie zrobić. Ale z reguły sami sobie dobrze radzą, bo są podzieleni na grupy i znają zakres swoich zadań. Trzeba też być do dyspozycji, bo niektórzy przychodzą na spotkanie indywidualne czy spowiedź. To jest niewidoczna, ale bardzo istotna praca w seminarium i chyba najtrudniejsza.

W środy, soboty i niedziele po południu jest czas sportu: piłka nożna, koszykówka i siatkówka – i tu nikogo chyba nie brakuje. Ja osobiście z nimi nie gram. Pomijając fakt, że w nogę zawsze byłem noga, to po prostu nie mam na to czasu – precyzyjniej: szkoda mi na to czasu. Zwłaszcza głupio bym się czuł w powszedni dzień, gdy inni pracują. Wolę zrobić szybciej gimnastykę w pokoju, niż na boisku kopać nic mi przecież niewinną piłkę. Jak najbardziej, dla młodych to oczywiście dobra rzecz – sport. Jedynie drażnię się z nimi, gdy wracają posiniaczeni i później, w biurze, przy szafce z opatrunkami liżą swe rany. Wtedy z proroczym uniesieniem wymawiam mą sentencję: Zawsze mówiłem, że lepiej boisko zaorać i posadzić maniok – byłoby przynajmniej jedzenie, a tak, to tracicie bezproduktywnie energię i wracacie do domu poobijani. Czy to są dobre owoce chrześcijańskiej „caritas”?

Prysznic biorą po pracy czy sporcie i – choć to jeszcze wcześnie – stanowi on zarazem wieczorną toaletę. Za dnia chłód wody to jeszcze przyjemność, ale nocą zalicza się raczej do umartwień. Tu właśnie się przyznam, że jak wspomniałem na samym początku, herosem nie jestem i wolę brać prysznic ciepły. Jest to możliwe, bo w kuchni fraternité zainstalowano w piecu kuchennym wężownicę, więc mamy w jednej kabinie ciepłą wodę. Zresztą inne misje mają podobnie, albo piecyki gazowe, albo specjalne urządzenie do podgrzewania wody za pomocą energii słonecznej. A nawet jeśli byłby to wstydliwy luksus – na początku próbowałem w ramach