Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 421 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Listy i szepty - Agnieszka Olejnik

 

Drugi tom bestsellerowej „Mansardy pod Aniołami”.

Urokliwe miasteczko na zachodzie Polski, a w nim malownicza kamienica z mansardowym dachem, pod którym toczą się pogmatwane losy jej mieszkańców. Jak to w życiu, znajdziemy tu namiętności i sekrety, marzenia i obawy, małe zwycięstwa i klęski.

Lena, dziewczyna pełna optymizmu i wiary w ludzi, nadal opiekuje się schorowaną babcią. Czy zdoła odkryć jej tajemnicę z przeszłości? Czego szuka na krańcach Europy Borys, tajemniczy pisarz zamieszkujący poddasze? Jak potoczą się losy małżeństwa Markiewiczów i ich zbuntowanej córki? I czy Francesce uda się odzyskać wiarę w miłość?

Zajrzyj raz jeszcze do Kamienicy pod Aniołami, które po cichutku czynią swoje cuda. Zanurz się w świecie pełnym sąsiedzkiej serdeczności, kobiecej przyjaźni i cichej, bezinteresownej dobroci.

Opinie o ebooku Listy i szepty - Agnieszka Olejnik

Fragment ebooka Listy i szepty - Agnieszka Olejnik

ROZDZIAŁ 1

Tamta jesień była brzydka, zimniejsza niż zwykle, mokra iwietrzna. Mieczysławę Botulę wciąż pobolewała głowa, raz idrugi zasłabła podczas usuwania zeschłych liści zrabat kwiatowych. Zdnia nadzień czuła się coraz gorzej, ale nie skarżyła się, choćby ztego powodu, żenie miała komu opowiedzieć oswoim samopoczuciu.

Wreszcie pewnego dnia wszelkie dźwięki zniknęły, aMieczysława poczuła się wiotka jak kwiat, któremu ktoś zapomniał dolać wody dowazonu. Dokładnie tak. Nie była wstanie poruszyć żadną częścią ciała, wydać zsiebie głosu ani zareagować wjakikolwiek sposób naczyjeś słowa.

Cisza, która otoczyła jąniczym miękki kokon, nie była jednak prawdziwą ciszą, lecz czymś wrodzaju szumu pulsującego wtempie bicia serca. Niekiedy ten rytm przyspieszał gwałtownie, ale bywało też, żezwalniał wnienaturalny sposób. Minęło sporo czasu – Miecia nie umiałaby określić, czy były todni, tygodnie, miesiące, czy może lata – zanim wowym szumie iwwewnętrznych szelestach własnego ciała nauczyła się drążyć swego rodzaju tunel, przez który jej świadomość wydostała się nazewnętrz, kuświatu.

Najpierw pojawił się mężczyzna. Wiedziała, żego zna, ale nie potrafiła nadać mu imienia. Sama wsobie jego obecność nie była ani przykra, ani przyjemna. Jedynie błękitne oczy przybysza budziły wniej niejasny niepokój. Wyselekcjonowała tooblicze zkilku innych, tworzących jasne plamy – tamte twarze nic nie znaczyły, atajedna miała wielką wagę. Lecz Mieczysława nie wiedziała, dlaczego.

Ten właśnie niebieskooki mężczyzna zabrał jązmiejsca, wktórym wszystko było obce, dodobrze znanego wnętrza. Nie była pewna, skąd jezna – czy tojej dom, czy raczej tego mężczyzny – ale czuła się wnim bezpiecznie. Zresztą pragnęła tylko spokoju. Chciała spać… Najlepiej już nigdy się nie obudzić. Sen wyciszał wszystkie te nagłe drgnienia pamięci, które usiłowały wyrwać się zzakamarków mózgu.

Wiotkość ciała ustąpiła jedynie polewej stronie – poprawej pozostała nadal, przeszkadzała, męczyła, wręcz bolała. Ludzie otwarzach pozbawionych znaczenia kazali jej podnosić szklankę doust, używać sztućców istawiać niezdarne kroki. Młody człowiek patrzący spod brązowych loków masował, oklepywał iszczypał, awówczas Mieczysława jęczała zbólu. Chciała mu powiedzieć, żeby przestał, lecz nie potrafiła ułożyć odpowiednich słów. Nie mogła sobie nawet przypomnieć, cosię robi zjęzykiem, żeby mówić.

Nakoniec pojawiła się dziewczyna. Błękitnookimężczyzna zniknął, ale dziewczyna miała jego spojrzenie, tak samo niebieskie irównie niepokojące. Mieczysławę zniewiadomych przyczyn irytowała tabarwa tęczówek. Złościła jątakże sama obecność tej energicznej istoty, nie mówiąc ojej nieustannym trajkotaniu, które przebijało się przez szumy itrzaski wgłowie.

Miała naimię Lena. Tak powiedziała. Tadziewczyna.

Pamięć wciąż pozostawała mętna niczym woda namokradłach, ale zdarzały się dni, kiedy Mieczysławie nachwilę robiło się wgłowie klarowniej. Naprzykład wtedy, gdy Lena wspomniała opoddaszu iroślinach. Wówczas namoment wumyśle chorej pojawiła się twarz bruneta oprzenikliwym szarym spojrzeniu. Mówił coś, ale słów Mieczysława nie potrafiła sobie przypomnieć. Wiedziała jednak, żeitwarz, isłowa były dobre.

Pogubiły się gdzieś zdarzenia niedawne, zatozczeluści zapomnienia zaczęły wyzierać te, które musiały mieć miejsce dziesiątki lat temu. Obrazy miały inną perspektywę, jak zdjęcia robione zdołu, zpozycji dziecka. Początkowo były równie nieostre, coodbicie wtamtej mętnej wodzie, którą Miecia gdzieś widziała itylko nie była pewna, gdzie – ale później stały się boleśnie wyraźne.

Któregoś dnia Lena pokazała Mieczysławie zabawkę – wydzierganego naszydełku białego niedźwiadka, otulonego czerwonym szalikiem. Tego popołudnia poraz pierwszy Mieczysława obudziła się zpoobiedniej drzemki wzupełnie innym miejscu. Zupełnie jakby ktoś przewinął wjej głowie szpulę zfilmem iseans rozpoczął się odpoczątku.

Rzeka pachniała tak, jak miała nie pachnieć potem żadna inna… Miecia stała nabrzegu ipoprostu wdychała ten zapach – aromat jesieni, nieznanej przyszłości ichłodnej wilgoci. Był listopad, zbliżała się zima. Lada dzień nurt skryje się pod lodową skorupą.

Podrodze doLeplówki mijała kapliczkę. Jak zawsze zatrzymała się nakilka minut, przyklękła iodmówiła modlitwę zarodziców. Zanieżyjącą już mamę izaojca, który może nadal błąkał się poświecie, nie mogąc wrócić dodomu.

Powołali go dowojska jeszcze wtrzydziestym dziewiątym iodtamtej pory nikt onim nie słyszał. Mama została sama ztrojgiem dzieci: Halinką, Mietką iStasiem. Chłopiec był tylko orok młodszy odMietki, ale zginął zaraz napoczątku wojny, kiedy zaczęły się naloty. Głuptas jeden, myślał, żeskoro szybko biega, ucieknie przed każdą bombą. Nie zdołał. Nawet nie było czego dotrumny włożyć. Zakrwawione szmatki, ityle.

Mamie było ciężko samej zdwiema córkami. Pobliskie Domaczewo zostało zajęte przez wojska radzieckie. Miecia pamiętała, jak matka zakopywała żywność wogrodzie, tak bardzo się bała, żeRosjanie odbiorą im nawet te nędzne zapasy. Potem, wczterdziestym pierwszym, przyszli Niemcy. Wposzukiwaniu partyzantów zaglądali w każdy kąt. Miecia długo jeszcze śniła taki sen: żołnierz wbrzydkim niemieckim mundurze otwiera kufer zubraniami, atam trup, napoły już nadgniłe ciało jej ojca – itylko twarz nienaruszona. Chociaż najawie dziewczynka nie pamiętała nawet, jak tata wyglądał.

Miała dziesięć lat, kiedy wojna się skończyła. Wystarczająco dużo, byrozumieć, żeświat nie zmieni się teraz jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale na tyle mało, aby naiwnie wierzyć, żewszystko, conajgorsze, już zanimi. Myliła się.

Popierwsze, nie mieszkały już wPolsce. Ich dom znalazł się wgranicach Związku Radzieckiego. Podrugie, nadal panował głód. Ziemię iwiększość zwierząt gospodarskich zabrano dokołchozu. DoBotulów przylgnęło pogardliwe iniebezpieczne określenie „kułaczki”. Mama rozchorowała się icałymi dniami leżała zopuchniętymi nogami, które podobne były raczej dokłód niż doludzkich kończyn. Starsza siostra, Halinka, podjęła pracę wsierocińcu, aMiecia zajmowała się Paszką, dwuletnim synkiem lokalnego felczera, rodowitego Rosjanina. Wzamian zaopiekę nad dzieckiem mama Paszki karmiła Miecię, czasem dawała jej podniszczone, niepotrzebne już ubrania, a raz nawet podarowała dziewczynce buty. Ale Mieczysława oddała jesiostrze, bonanią itak były zaduże – azresztą Halinka była już panienką, jej pantofle bardziej potrzebne…

Wczterdziestym siódmym wydawało się, żeich los poprawi się trochę, bowHalince zakochał się Edward Knus zDomaczewa. Chłopak pochodził zrodziny olędrów, jak mówiono napotomków dawnych kolonistów niemieckich.

– Mowy nie ma– oświadczyła matka, gdy usłyszała, żeHalinka chce iść zamąż zaEdwarda. – On Niemiec, aNiemce ci ojca zabrali. Ipewnie nawet nie katolik.

– Mamo, jaki znowu Niemiec? Olęder. Zdziada pradziada mieszkają wDomaczewie, popolsku przecież gadają. Ażenie katolik, tocozłego? Ewangelicy też pobożni ludzie.

– Musi być szpieg jaki, enkawudzista. Inaczej już bygo dawno wywieźli, przecie wczasie wojny olędrów stąd wywozili.

Edward rzeczywiście uniknął wywózki doWielkopolski idalej pod Drezno, atodlatego, żekiedy wczterdziestym czwartym ludność pochodzenia niemieckiego iholenderskiego wywożono zDomaczewa, przebywał akurat udalekich kuzynów naŻuławach. Gdy wrócił, zastał puste chałupy, które zresztą wkrótce – zrozkazu władzy radzieckiej – spalono. Nastolatka przygarnęli sąsiedzi Białorusini, bochłopak, choć zupełnie obcy itaki smarkaty, jak nikt znał się narolnictwie irobieniu serów, aunich chłopów wgospodarstwie brakowało, wszyscy nawojnie zginęli.

Stefania Botula psioczyła, żegorzej już córka trafić nie mogła, chłopak przecież sierota iobcy, nie nasz, że wstyd zamąż iść zaNiemca, prawie jak zaRuskiego. Ale kiedy Halinka rozpłakała się ijęknęła, żewtakim razie mniejszy wstyd będzie pannie zbrzuchem chodzić, matka ustąpiła inaślub zgodę dała.

Miecia nie bardzo rozumiała, comatudorzeczy brzuch, ale wkrótce pojęła, bowrodzinie urodziła się śliczna dziewczynka, której dały naimię Antonina. Edward okazał się pracowitym, spokojnym młodzieńcem, akiedy Stefania Botula umarła zaraz ponarodzinach wnuczki, stał się prawdziwą podporą dla obu otępiałych zesmutku sióstr. Gdyby nie on, pomarłyby pewnie zgłodu. Jak umiał, zajmował się Tosią, przynosił jąpogrążonej wapatii młodej matce dokarmienia, anawet zupę codzień gotował, żeby Halinka nie straciła pokarmu.

Smutek pośmierci mamy minął wkońcu, jak mija zawsze, pokażdej stracie. Edek pracował wkołchozie izajmował się maleńkim gospodarstwem, Miecia pilnowała małego Paszki, aHalinka dbała odom ipielęgnowała Tosieńkę. Jakoś im się żyło, achoć głodno iwbiedzie, toprzecież wciąż mieli nadzieję, żeskoro wojna minęła, zkażdym rokiem musi być lepiej.

ROZDZIAŁ 2

Lena była ostatnio bardzo zmęczona. Kiedy tydzień poNowym Roku Mieczysławę Botulę wypisano zeszpitala, lekarz nie miał dla jej wnuczki dobrych wieści.

– Wie pani, mogły się nałożyć dwie sprawy. – Potarł czoło zzakłopotaniem. – Problem wtym, żeskoro pacjentka mieszkała wcześniej sama, zmiany mogły zachodzić niezauważenie.

– Jakie zmiany mapan namyśli?

– Demencję – wyjaśnił. – Być może ona już wcześniej nie kojarzyła, zapominała, kim jest igdzie się znajduje. Wylew mógł się zdarzyć zupełnie niezależnie odtego iteraz trudno nam ocenić, naile stan babci jest wynikiem świeżych uszkodzeń mózgu, anaile stanowi efekt procesów postępujących stopniowo, już odjakiegoś czasu.

– Panie doktorze, proszę tylko powiedzieć, czy możemy toponaprawiać? – poprosiła Lena.

– Nie dawałbym wielkich nadziei.

– Rozumiem.

Tak więc wielkich nadziei dziewczyna nie miała. Właściwie liczyła już tylko nato, żebabcia wróci dostanu zpaździernika, kiedy to Helena przyjechała zrodzinnego Karbowa doLubska, żeby zająć się staruszką. Zamieszkała wkamienicy zfigurkami aniołów namansardowym poddaszu, zaprzyjaźniła się zpozostałymi mieszkańcami – iopiekowała się babcią Mieczysławą wnadziei narychłą poprawę stanu jej zdrowia. Niestety, zamiast tego przyszło pogorszenie.

Wtedy, jesienią, wzrok staruszki wyrażał przynajmniej jakieś emocje. Wprawdzie nie mówiła, ale fukała, pojękiwała, reagowała nasłowa wnuczki, anawet zdarzało jej się krzyczeć podczas zabiegów. Teraz, powyjściu zeszpitala, babcia zaczęła coprawda mówić, jednak Lena czasem myślała, że nawet tamte jęki były lepsze niż absurdalne słowa izupełnie pozbawione sensu zdania wypowiadane bez związku ztym, cosię wokół babci działo.

Opieka nad staruszką była teraz trudniejsza również dlatego, żeMieczysława stała się zupełnie bierna. Wcześniej sama jadła posiłki, ajeśli szło jej tobardzo powoli iszybko się męczyła, Lenka pomagała jej trochę; lecz przynajmniej babcia chętnie otwierała usta igeneralnie wyglądało nato, żechce współpracować. Teraz zajmowanie się nią przypominało pielęgnację gumowej lalki. Chora jadła bardzo niewiele, ażeby jąwogóle zacząć karmić, trzeba było kilka razy dotknąć łyżką jej warg. Przeżuwała posiłki powoli, zapominała oprzełykaniu, zamykała oczy. Lenka obawiała się, żebabcia wkażdej chwili może się zadławić.

Nieco tylko lepiej wyglądała sprawa korzystania ztoalety – naszczęście staruszka pozwalała się zaprowadzić doubikacji, wślimaczym tempie stawiała krok zakrokiem. Niestety, pewnego dnia stało się też to, czego odpoczątku dziewczyna się obawiała – itrzeba było zacząć korzystać zpieluchomajtek. Naszczęście pierwsza wpadka znietrzymaniem moczu zdarzyła się nie włóżku, lecz nakrześle, podczas jedzenia kolacji.

Niektóre wykonywane wcześniej przez Jakuba zabiegi rehabilitacyjne straciły sens, skoro pacjentka przestała reagować napolecenia, ajednak chłopak przychodził nadal, ponieważ masaże, oklepywanie czy oszczypywanie były wskazane również wprzypadku osoby zupełnie biernej. Lena doskonale wiedziała, żeJakub nalega nakontynuowanie zabiegów również dlatego, żewtakie wieczory zostawał uLeny nanoc. Początkowo miała wyrzuty sumienia, bowkońcu tonie było jej mieszkanie inie powinna przyjmować wnim mężczyzny, jednak Kuba skutecznie wybił jej podobne myśli zgłowy.

– Nie robimy nic złego. Nie chcesz chyba zamienić się wzakonnicę, prawda? Przecież zachowujemy się dyskretnie – przekonywał. – Nie chodzę pomieszkaniu, siedzę cichutko wtwoim pokoju ityle. Ażesię trochę poprzytulamy, podarujemy sobie odrobinę miłości…? Cowtym złego? Każdy powinien dostać swoją porcję pieszczot.

– Ale niekoniecznie tutaj – oponowała Helena.

– Wtakim razie zabierz mnie domagicznej mansardy – droczył się.

– Onie! Nawet otym nie myśl. Chodzę tam tylko poto, żeby podlać kwiatki.

– Właśnie. Apoza tym nie chodzisz nigdzie, nie dajesz się nawet wyciągnąć napiwo zmoimi przyjaciółmi. Raz wtygodniu babski wieczór zkoleżankami, dwie noce wtygodniu zemną ityle masz zeswojego życia. Przecież nie możesz dać się tuzamurować żywcem! Gdyby nie moje pocałunki, już byś się dawno zamieniła wlód.

Niewątpliwie miał sporo racji. Helena sama niekiedy łapała się natym, żewięcej czasu iuwagi poświęca cudzym sprawom niż własnym. Zamiast szukać sposobów narozładowanie napięcia coraz częściej towarzyszącego opiece nad babcią, zamiast sprawiać sobie drobne przyjemności izadbać owłasne szczęście, dziewczyna żyła problemami innych. Znacznie bardziej niż sobą interesowała się życiem pani Klary zpierwszego piętra, której nosiła smakołyki izktórą wychylała czasem kieliszeczek nalewki, żeby starsza pani nie czuła się samotna; godzinami dyskutowała zFrancescą ojej pomysłach naasortyment sklepu onazwie „Cudeńka”, przeżywała uczuciowe wzloty iupadki Beaty Markiewicz – wiarołomnej żony, która próbowała posklejać swoje małżeństwo, awreszcie usiłowała pomóc osiemnastoletniej Marcelinie – dziewczynie tak kolczastej izamkniętej wsobie, żewszystkim wydało się cudem, gdy pewnego dnia zaczęła normalnie odzywać się dorodziców.

Gdyby ktoś zapytał Helenę Botulę, czy jest szczęśliwa, bez wahania odpowiedziałaby twierdząco. Nie pozwalała sobie nainną interpretację. Znatury pogodna, nigdy nie narzekała, ailekroć natrafiała naprzeszkodę, pokonywała jązuśmiechem ioptymizmem. Tym swoim pozytywnym podejściem dożycia zarażała innych, zjednując sobie ich serca, zdobywając szczerą przyjaźń iwdzięczność. Nie zauważała tylko, żewjej własnym życiu uczuciowym coś nie gra, jakaś nuta brzmi fałszywie.

Ilekroć Jakub obdarzał jączułością, kuliła się wsobie, jakby chciała cofnąć się okrok, zostawić trochę przestrzeni, stworzyć strefę, doktórej nikt nie będzie miał wstępu. Zastanawiała się, czy tak powinno być wmiłości, izakażdym razem dochodziła downiosku, żenie, nie powinno. Miłość tobliskość, mówiła sobie wduchu, abliskość oznacza, żegranice między jego ciałem amoim powinny się zacierać. Gdybym naprawdę kochała Kubę, odczuwałabym dotyk jego dłoni jak mojej własnej, jego skóra stapiałaby się zmoją wjedno. Zakażdym razem, gdy dopadały ją podobne myśli, usiłowała tłumaczyć tosobie racjonalnie, jak dziecku, które niewiele jeszcze rozumie: masz problem zotwarciem się nadrugiego człowieka, ponieważ cię zraniono. Trochę potrwa, zanim znowu bezgranicznie zaufasz mężczyźnie.

Argument był słuszny. Lena dobrze wiedziała, żenapewne sprawy potrzeba czasu – ajednak bywało, żekiedy Jakub wychodził odniej rano, całując jąnapożegnanie iszepcząc czułe słówka, chciało jej się płakać – iwcale nie zpowodu rozstania. Miała wrażenie, żejest jej smutno dlatego, żespędziła znim noc.

ROZDZIAŁ 3

Marcelina schowała komórkę dokieszeni, kątem oka łowiąc spojrzenie Huberta Ksyka, który siedział wsąsiednim rzędzie ławek. Zerknęła naniego imrugnęła porozumiewawczo. Nie odmrugnął, nie uśmiechnął się. Cozasztywniak! Pewnie chce jej okazać swoje święte oburzenie faktem, żenamatematyce ośmieliła się pomyśleć oczymś innym niż równania ztrzema niewiadomymi.

Kiedy Patrycja napisała wesemesie: Czaderska tanowa fryzura, ale kolczyków trochę żal. Idziesz doGośki naimprę?, Marcelina odwróciła się izrobiła dosiedzącej wostatniej ławce koleżanki minę, która miała wyrażać: „Jeszcze nie wiem”. Nie odpisała, bonie była pewna, czy maochotę napowtórkę zrozrywki. Poostatnim wyjściu wylądowała pijana nawycieraczce sąsiadki z parteru, w kurtce pokrytej wymiocinami i z okropnym uczuciem, żerobi zsiebie szmatę.

– Marcelina? – powiedziała nauczycielka zachęcająco.

Dziewczyna spojrzała nanią nic nierozumiejącym wzrokiem. Pochwili skierowała spojrzenie natablicę. Widniał tam układ równań, który zapewne należało rozwiązać. Uczennica wstała iposzła pokredę.

– Atydokąd się wybierasz? – zapytała matematyczka.

Klasa gruchnęłaśmiechem. No tak, widocznie nie chodziło orozwiązanie, pewnie pytała ocoś zupełnie innego.

– Przepraszam, zamyśliłam się – bąknęła dziewczyna, czerwona jak burak.

– Gdybyś jeszcze zamyślała się nainny temat niż kolor paznokci albo nowe dżinsy, byłoby świetnie – skwitowała zgryźliwie nauczycielka. – Ale skoro już tujesteś, proszę, rozwiąż torównanie.

Oczywiście Marcelina nie umiała. Toznaczy właściwie umiała, radziła sobie ztakimi zadaniami wdomu – ale teraz, pod obstrzałem kpiących spojrzeń izłośliwych uśmieszków, nie była wstanie myśleć.

– Kto pomoże? – Padło kolejne pytanie. – Hubert? Chodź dotablicy.

Kiedy brał kredę zpalców Marceliny, spojrzał jej głęboko woczy. Była ciekawa, czy dostrzegł tam cały bezmiar upokorzenia, które wtej chwili odczuwała.

Dlaczego niektórzy nauczyciele sątacy wredni, myślała, kiedy już usiadła izaczęła przepisywać ztablicy obliczenia, wciąż zczerwonymi zewstydu policzkami. Dlaczego nie umieją rozmawiać znami tak, żebyśmy nie czuli się poniżeni? Jak naprzykład pani Lena. Poszłam doniej cała zarzygana iprzyznałam się, żeomal nie dałam się przelecieć wparku obcemu chłopakowi – aona potrafiła mnie wysłuchać inie moralizować; zamiast tego pokierowała rozmową jakoś tak, że sama powiedziałam sobie: nigdy więcej.

Nigdy więcej – odpisała Patrycji, kiedy tylko Hubert wrócił namiejsce, anauczycielka odwróciła się dotablicy, byzapisać kolejne działanie. Marcelina była ciekawa, czy chłopak znów spojrzy nanią zwyrzutem, ale unikał jej wzroku.

Kiedy wychodzili naprzerwę, poczuła naramieniu dotknięcie czyjejś dłoni. Odwróciła się, przekonana, żetoPatrycja.

– Potrzebujesz pomocy? Wytłumaczyć ci te równania? – zapytał cicho Hubert.

– Skądże! – prychnęła. – Przecież jatorozumiem. Tylko akurat się zamyśliłam ikompletnie nie wiedziałam, ocojej chodzi. – Ściszyła głos, oglądając się, czy nauczycielka nie wyszła zanimi. – Czego właściwie tababa ode mnie chciała?

– Pytała, czy potrzebujemy jeszcze jednej lekcji powtórkowej narównania, czy już przechodzimy dociągów.

– Adlaczego akurat mnie? – sapnęła zezłością Marcelina. – Cotojajestem, jakiś półgłówek?

– Zagadnęła otokilka osób – wyjaśnił Hubert.

Pod pracownią chemiczną czekały nanią Patrycja iAurelia, więc chłopak ulotnił się czym prędzej; podszedł dogrupy kolegów stojących przy wejściu dosali gimnastycznej.

– Oczym znim gadałaś? – zapytała Aurelia zirytującą wyższością wgłosie.

Marcelina zapomniała, żemiała się doniej nie odzywać.

– Akurat zHubertem jest oczym pogadać – odparła lekko. – Czego nie da się powiedzieć oniektórych twoich kumplach.

– Kogo masz namyśli? – obruszyła się koleżanka. – A, już rozumiem. Żal dupę ściska, żeidę nastudniówkę zKamilem, tak? Mogłaś go sama zaprosić.

Patrycja roześmiała się sztucznie. Zapewne też jest zazdrosna, pomyślała Marcelina, agłośno powiedziała:

– Oczywiście, żemogłam. Różnica polega natym, żenie chciałam, bowolę iść zkimś, kto oprócz mięśni mateż mózg.

– Okim mówisz? – Spojrzenie koleżanek powędrowało zawzrokiem Marceliny wstronę Huberta Ksyka. – Żartujesz! – parsknęła Aurelia. – Mózg, owszem. Ale mięśnie? Gdzie tywidzisz mięśnie? Przecież tojest patyczak!

Cóż, nie można jej było odmówić racji… Hubert rzeczywiście był okropnie chudy. Albo może wydawał się taki zpowodu swojego wzrostu? Był chyba najwyższy wcałej szkole. Ale jest też najinteligentniejszy, powiedziała sobie wduchu Marcelina. Przynajmniej nie umrę znudów.

– Awracając doimprezy uGośki – odezwała się Patrycja, którą najwyraźniej irytował temat studniówki (może dlatego, żesama nie miała jeszcze partnera). – Dlaczego napisałaś, że nigdy więcej?

– Bonie bawi mnie już upijanie się pokątach iobserwowanie, jak ktoś kogoś obmacuje. Wiecie co? Chyba wyrosłam ztakich gówniarskich rozrywek.

– Teraz wolisz matmę? – rzuciła ironicznie Aurelia. – Zamiast podrywać porządne ciacho, wolisz obliczać trzy niewiadome zKsykiem?

Marcelina spojrzała nanią znamysłem. Poraz pierwszy usłyszała, jak tonaprawdę brzmi: „podrywać ciacho”. Żenada.

– ZKsykiem albo bez Ksyka – odparowała. – Ale tak, wolę rozwiązywać zadania zmatmy niż „podrywać ciacha”.

– Zmieniłaś się. – Aurelia zmrużyła oczy.

– Dopiero teraz tozauważyłaś?

– Nie mam namyśli fryzury czy ciuchów.

Obie, Patrycja iAurelia, patrzyły nanią uważnie: pierwsza zciekawością, druga zaś zjakimś dziwnym wyrzutem.

– Tyteż się zmieniłaś – odparła Marcelina. – Kiedy zakochałam się wKamilu, robiłaś wszystko, żeby mipomóc. Doradzałaś, jak mogłabym go poznać, wjaki sposób mam zagadać. Ateraz wbijasz miszpilę, zapraszasz go nastudniówkę ijeszcze się dziwisz, żemam dociebie żal? Tak, żebyś wiedziała, żemam żal! Jestem naciebie wkurwiona ichyba nieprędko miprzejdzie.

– Ale nie musisz prowadzać się zchudymi szachistami, żeby… – Ripostę Aurelii przerwał dzwonek nalekcję. – Żeby zrobić minazłość.

– Pochlebiasz sobie – zdążyła jeszcze odpowiedzieć Marcelina. – Wbrew temu, coci się wydaje, nie poświęcam ci każdej mojej myśli. Powiem więcej: tak naprawdę mam cię wdupie.

Kiedy weszła dopracowni chemicznej izajęła miejsce obok Karoliny, klasowej grubaski, zktórą jakiś czas temu posadziła jąnauczycielka, pomyślała, żewrzeczywistości nigdy nie znała swoich przyjaciółek. Wymieniały się zdjęciami ilajkami naFacebooku, pisały dosiebie bzdurne esemesy, chichotały iplotkowały, rozmawiały onowych ciuchach imakijażu – ale wgruncie rzeczy nie mówiły sobie niczego ważnego.

Więc czy towielka strata, żewłaśnie zepsuła wszystko? Żenaprzerwie nie będzie miała dokogo ust otworzyć, boAurelia zpewnością obrazi się naśmierć iżycie, aPatrycja, jako taniemająca własnego zdania, nawszelki wypadek także przestanie się doMarceliny odzywać?

Nie, toniewielka strata, odpowiedziała sobie wduchu. Właściwie żadna. Zatosporą stratą byłoby, gdyby tamten chłopak przeleciał mnie wtedy wparku. Iwielką stratą byłoby, gdybym teraz poraz kolejny miała wrócić zimprezy zarzygana ipijana, awkonsekwencji zepsuć to, cowcudowny sposób ponaprawiało się wdomu.

Sąsiadka zławki spojrzała nanią niepewnie ichrząknęła cichutko.

– Ocochodzi? – zapytała szeptem Marcelina.

– Dlaczego nie robisz zadań?

– Jakich?

– Drugie itrzecie zestrony siedemdziesiątej, naocenę. Zamiast kartkówki.

Chemiczka często stosowała taką formę sprawdzania umiejętności. Marcelina rozejrzała się wpopłochu poklasie. Prawie wszyscy pochylili już głowy nad kartkami, niektórzy nerwowo przeglądali zeszyty.

– Można korzystać znotatek? – Upewniła się.

Karolina pokiwała głową.

Marcelina zdążyła jeszcze uchwycić pełne troski spojrzenie Huberta. Niech lepiej pilnuje własnego nosa, pomyślała zirytacją, apotem szybko zabrała się dopracy. Naten dzień wykorzystała już limit wpadek iupokorzeń.

ROZDZIAŁ 4

Pani Klara przestępowała znogi nanogę. Była osobą energiczną inie lubiła czekać.

– Szybciej, kochana sąsiadko, bonam wszystko zbagażnika ukradną – żartowała, choć doskonale wiedziała, żenic takiego się nie zdarzy. – Nad czym się tuzastanawiać? Czego nie miała pani nasobie przez ostatnie dwa lata, todooddania. Tak czy nie?

Francesca pokiwała głową, ale wciąż stała niezdecydowana przy otwartej szafie.

– Może ten płaszcz – mruknęła wreszcie. – Ijeszcze brązowy kardigan. Jest ciepły iładny, ale okropnie mnie pogrubia.

– Pogrubia! – Roześmiała się tubalnie sąsiadka zgóry. – Jakby taką chudzinę cokolwiek mogło pogrubić! – Jatocoinnego, kształt doskonały, idealna kula. Atakurtka męska? – zapytała nagle, wskazując coś poprawej stronie. – Tagranatowa, taka wielka. Potrzebna pani?

Francesca błyskawicznie zatrzasnęła drzwiczki szafy.

– Potrzebna – ucięła. – Pomogę pani zanieść tamte rzeczy dosamochodu.

Pani Klara spojrzała nanią uważnie, ale nie skomentowała tego dziwnego zachowania. Zapakowały płaszcz ikardigan wfoliowy worek, poczym zaniosły dobagażnika starego volkswagena.

– Mariola zpralni zgodziła się towszystko odświeżyć zadarmo – oznajmiła zdumą starsza pani. – Masię te znajomości.

Bardzo lubiła czuć się doceniana.

– Wspaniale, pani Klaro – odparła Francesca. – Gdyby nie pani pomysły, nic byztego nie wyszło. Załatwiła pani zamykaną szafkę, teraz tapralnia, poprostu rewelacja. Czy pani wie, żeoakcji „Wspólna Szafa” pisali nawet wgazecie regionalnej?

– Amyśli pani, żekto zadzwonił doredakcji? – Sąsiadka mrugnęła wymownie. – Trzeba być sprytnym. Nie można całe życie hołdować zasadzie: „Siedź wkącie, aznajdą cię”.

Francesca doskonale wyczuła, cokobieta próbuje przemycić między wierszami.

– Jedźmy – zakończyła rozmowę. – Bomuszę wracać dopracy.

Zawiozła panią Klarę dowspomnianej Marioli, pomogła wyładować odzież przeznaczoną doczyszczenia, anastępnie odstawiła sąsiadkę zpowrotem dokamienicy pod aniołami iwróciła do„Cudeniek” akurat wtedy, gdy Lena sięgała potelefon, żeby jąponaglić.

– Jesteś nareszcie! – Dziewczyna westchnęła zulgą. – Bojuż się martwię obabcię.

– Dużo miałaś klientów?

– Niewielu, ale sprzedałam zegar zszufladką.

– Zlawendą czy zwrzosami?

– Zwrzosami. Ijeszcze przyszła jedna starsza pani… Pytała oszpatułki zzajączkami. Twierdziła, żebędziesz wiedziała, ocochodzi. Dwa razy się upewniałam, czy nie chodzi jej oszkatułki, ale nie, twierdziła uparcie, żeszpatułki.

– A, tak. Takie ozdoby wielkanocne dodoniczek. Całkiem zapomniałam, tocoroku nawiosnę świetnie schodzi. Zrobi się, zrobi.

– No dobrze, tojajuż biegnę dobabci. Dlaczego jesteś taka smutna? – Lena zatrzymała się wdrzwiach, zapinając kurtkę. – Stało się coś?

– Nie, skądże. Zawiozłyśmy zpanią Klarą odzież doczyszczenia. Wszystko dobrze.

– Okej, todowieczora. Dzisiaj uBeaty – przypomniała dziewczyna ipobiegła naparking.

– Dzisiaj uBeaty… Jasne… – mruknęła pod nosem Włoszka, sama przed sobą udając irytację. – A może ja właśniemam dzisiaj ochotę leżeć ipłakać wspokoju? Człowiek nawet nie może złapać porządnego doła przez te przyjaciółki.

Pewnie tak bytowłaśnie wyglądało: popowrocie zpracy nalałaby sobie lampkę wina, ponieważ była sobota, awsoboty był czas nawino. Potem otworzyłaby szafę, żeby wtulić twarz wstarą kurtkę Szczepana imoczyć jąłzami, aż materiał stałby się szorstki inieprzyjemny. Wtedy można bysię położyć nakanapie i, szlochając, dopić resztę wina. Rano męczyłby jąból głowy imiałaby okropnie zapuchnięte oczy.

Ileż towieczorów spędziła wtaki sposób, ile nocy… Nie miała pomysłu, jak wyrwać się zkręgu beznadziei; nie była nawet pewna, czy chce się zniego wydostać. Choć dla znajomych miała zawsze uśmiech natwarzy, wgłębi duszy znamaszczeniem pielęgnowała własny dramat – może dlatego, że był tak bardzo filmowy, romantyczny ickliwy. AFrancesca nade wszystko bała się, żejej życie stanie się puste iwyzute zuczuć jak życie mamy iciotecznej babki Roberty.

Jej matka miała naimię Maria ibyła córką polskiego żołnierza, którego oddział podczas wojny walczył nawzgórzach nieopodal Piedimonte. Franciszek, ciężko ranny iuznany zazaginionego wakcji, został odnaleziony przez urwisów zmiasteczka, którzy igrali ześmiercią, bawiąc się naskałkach iszukając pustych łusek ponabojach, naktórych doskonale się gwizdało. Tamtego dnia natrafili naczołgającego się mężczyznę zkrwawą miazgą zamiast twarzy. Tak oto dziadek – choć wtedy nikt nie przypuszczał jeszcze, żeten strzępek człowieka może kiedykolwiek stać się choćby czyimś mężem, acodopiero ojcem idziadkiem – trafił dorodziny Bianchi, która dokońca wojny ukrywała go wmurowanej piwniczce nawino. Nigdy nie dowiedział się, żeotym, czy go dobić, czy ocalić, zadecydowała dziecięca wyliczanka. Włosiwowym czasie nie byli pewni, kto jest ich sojusznikiem, akto wrogiem. Ponieważ jednak wypadło nasalvare, pozwolono, bysprawy potoczyły się swoim torem. Zdjęto zwojaka mundur ispalono natychmiast wraz zdokumentami iczapką zorzełkiem, boprzecież wrazie gdyby Niemcy znaleźli rannego, zaczęłyby się kłopoty. Apotem Bianchi odziali Franciszka wbyle jakie chłopskie ubranie ipostanowili udawać, żetaki właśnie donich trafił – milczący, pokiereszowany, zupełnie nieszkodliwy. Nikt go szczególnie nie pielęgnował, ale opatrzono mu rany, dostawał jeść ipić, było mu ciepło. Jak się okazało, towystarczyło, byprzeżył.

Dość długo nie pamiętał, kim jest, aponieważ powojnie wielu mężczyzn nie wróciło już dodomów, został wewłoskim miasteczku, gdzie każde męskie ręce były nawagę złota. Zresztą kiedy już przypomniał sobie, żenazywa się Franciszek ipochodzi zKielc, odnalazł także smutną część swoich wspomnień: rodzice nie żyją, ajedyny brat zginął, zanim Franek został ranny, jeszcze przed szturmem naMonte Cassino. Nie było już pocowracać doPolski.

Jego ojczysty język brzmiał niewyobrażalnie twardo iszeleszcząco, ale wkrótce nauczył się jako tako powłosku. Rodzina użyczyła mu nazwiska Bianchi, boswojego nie pamiętał. Raz wydawało mu się, żezwie się Rzeczuski, innym razem – Rzecki. Ponieważ początkowo zachowywał się dziwnie: przerywał znienacka rozmowę, zastygał wbezruchu ipogrążał się wrozmyślaniach, przez jakiś czas traktowano go trochę jak słabego narozumie izlecano wyłącznie prace fizyczne, wymagające sporej krzepy, botej mu nie brakowało. Jednak dość szybko okazało się, żePolak przejawia dryg dointeresów. Założył hotelik zniewielką restauracją, zatrudnił wnim całą swoją nową rodzinę, iwten oto sposób rodzina Bianchi zdrobnych sklepikarzy przekształciła się wród hotelarski.

Franciszek ożenił się zesłodką Rosą zsąsiedztwa, naktórą poswojemu mówił Róża. Żona, podwóch poronieniach, dała mu wkońcu dziecko – córeczkę Marię. Niestety, kiedy dziewczynka miała zaledwie dwa lata, jej matka zmarła zpowodu powikłań pokolejnej ciąży – tym razem pozamacicznej. Tak oto Maria została sama zojcem Polakiem opokiereszowanej twarzy idziurawej pamięci. Zojcem, który mówił dziwaczną mieszaniną polskiego iwłoskiego, ale zatowyprowadził rodzinę zpowojennej biedy nabezpieczne wyżyny dobrobytu.

Maria dorastała, karmiona wielką tęsknotą. Najpierw zamamą, potem zamityczną krainą zopowieści ojca – Polską. Kiedy wracała zeszkoły, jej liczni włoscy kuzyni biegli całą gromadą, śmiejąc się idocinając sobie nawzajem, ona zaś stawała ni stąd, ni zowąd, zewzrokiem utkwionym wpagórkowaty horyzont, imarzyła, żepewnego dnia wyjedzie zmiasta izobaczy, coznajduje się zawzgórzami.

Franciszek umarł naserce, kiedy jego córka miała szesnaście lat. Zaopiekowała się nią ciotka odstrony matki, pulchna, rubaszna Roberta, która nigdy nie wyszła zamąż, ponieważ uważała, żezadużo ztym zachodu. Jako doskonała kucharka mogłaby mieć każdego, jak mawiała – ale żadnego nie chciała. Marii dobrze było uciotki, choć tapróbowała wykorzenić usiostrzenicy ówniepoprawny romantyzm, którego podstępne ziarno zasiał wniej ojciec.

Niezbyt ładna, niezbyt mądra, tak mówiono wmiasteczku. Maria wtouwierzyła, przyjęła więc pierwszą propozycję małżeństwa, jaką jej złożono. Wrzeczywistości była toraczej oferta biznesowa. Ponieważ absztyfikant był właścicielem drugiego hotelu wPiedimonte, uznano, żezamiast konkurencji lepsza będzie wielka rodzinna firma. Wten oto sposób dziewiętnastoletnia Maria została żoną sporo starszego wdowca, który nie miał dzieci zpierwszego małżeństwa, więc czym prędzej zabrał się zanadrabianie straconego czasu. Nazywał się Carlo Venuti, był gruby, brodaty, zawsze roześmiany ibardzo lubił wino. Mówiono onim „król życia”. Zaledwie zdążył zapłodnić swoją młodziutką żonę, zginął wwypadku, októrym wszyscy wiedzieli, żenie zdarzyłby się, gdyby gruby Carlo nie opróżnił tego dnia dwóch butelek amarone – ale itak mieszkańcy miasteczka przychodzili składać oszołomionej wdowie wyrazy współczucia, przeklinając złośliwość losu izłorzecząc kierowcy auta jadącego znaprzeciwka (który był trzeźwy iktóremu naszczęście nic się nie stało).

Francesca urodziła się osiem miesięcy potej tragedii iotrzymała imię podziadku Polaku. Matka śpiewała jej polskie kołysanki iuczyła polskich słów oraz krótkich zdań, które pamiętała zdzieciństwa. Opowiadała jej okraju napółnocy, którego nigdy nie widziała naoczy, ale który jawił się jej jako najwspanialsze miejsce naZiemi.

– Sątam góry zupełnie inne niż nasze wzgórza, czarne, zimne – twierdziła. – Twój dziadek opowiadał, żepolskie pola mają inny kolor, apolski chleb inny zapach. Nawet niebo jest inne, amorze nie makoloru wiecznego błękitu, lecz bywa granatowe, stalowe, srebrne albo ciemnozielone.

Francesca słuchała tych opowieści przed snem, tak jak inne dzieci słuchają baśni. Budowała sobie, cegiełka pocegiełce, dom zeswoich marzeń. Dom, który miał stanąć wPolsce, anad nim miało być inne niebo niż to, doktórego przywykła weWłoszech.

Dziewczynka dorastała, otoczona kobietami, których życie zróżnych powodów było pozbawione miłości. Babka Roberta sama wybrała samotność, ale mama Franceski, wciąż przecież młoda ioromantycznej duszy, czuła się bardzo nieszczęśliwa. Nic dziwnego, żezbiegiem lat zaczęła nieco dziwaczeć. Wrecepcji prowadzonego przez nią małego hotelu (bopośmierci Roberty firma znowu podupadła izostał tylko ten jeden) stał zawsze mały telewizorek, wktórym Maria nieustannie zmieniała kanały wposzukiwaniu romansów imelodramatów. Nie zaznała miłości, więc opłakiwała cudze uniesienia, próbując chociaż wten sposób ocalić swoje serce przed uwiądem.

Pewnego jesiennego dnia domiasteczka zawitał kierowca polskiej ciężarówki. Francesca, świeżo upieczona absolwentka szkoły średniej, wspominała potem ten dzień jako początek nowej epoki – aż dziwne, żenie mówiono otym wtelewizji, nie pisano wgazetach. Kierowca nazywał się Szczepan Traszka ijuż samo towprawiło zarówno Marię, jak iFrancescę wożywienie, boprzecież pamiętały szeleszczące nazwisko Franciszka – głoski sz icz pasowały dotego, cowiedziały oPolsce.

Szczepan pracował wjednej zfirm transportowych, jakie powstawały poupadku muru berlińskiego, kiedy przedsiębiorczy młodzi ludzie próbowali rozkręcić własny biznes. Dotychczas Traszce trafiały się wyłącznie krótsze kursy, tym razem jednak zastępował kolegę. Niewielką, zgrabną ciężarówką przewoził mleko wproszku napołudnie Włoch.

Jechał autostradą. ZaRzymem zepsuła się pogoda. Gdyby nie ten deszcz, mówiła później Francesca, gdyby nie te wycieraczki, dopowiadał Szczepan, minęlibyśmy się, nie byłoby nas. Zaczęło padać, bojesienią weWłoszech pada bardzo często, adeszcz zkażdym kilometrem zamieniał się zdrobnego kapuśniaczku wulewę, wprawdziwe oberwanie chmury. Nawysokości Celleferro w ciężarówce Szczepana przestały działać wycieraczki. Pomyślał, że nawałnica zaraz ustanie, lecz stało się dokładnie naodwrót, zupełnie jakby tym wszystkim kierowała czyjaś złośliwa ręka – poszybie spływały potoki wody, jakby ktoś chlustał wauto zogromnego wiadra. Szczepan zjechał więc nanajbliższym zjeździe itak znalazł się wmiasteczku Piedimonte. Odszukał mechanika. Dowiedziawszy się, żetrzeba wymienić silniczek, asprowadzenie odpowiedniej części potrwa przynajmniej dokolejnego popołudnia, zostawił samochód, poczym udał się naposzukiwanie taniego noclegu.

Wcale nie stało się tak, żezakochali się wsobie odpierwszego wejrzenia. Francesca była tamtego dnia ubrana wtanią sukienkę irozciągnięty sweter, miała nieporządnie spięte włosy irajstopy poplamione nałydkach ciemnymi kropkami błota, ponieważ kiedy się rozpadało, pobiegła poksiążkę, którą zostawiła nastoliku wogrodzie. Szczepan był wściekły nate wycieraczki iniespodziewane opóźnienie, miał nasobie pogniecioną koszulę zplamami potu pod pachami istare spodnie odmaturalnego garnituru, ponieważ porządnych dżinsów żal mu było zakładać natyle godzin jazdy.

Wszedł dorecepcji hoteliku. Zwabiły go czerwone okiennice iurokliwe kwiaty naparapecie, bochoć był październik, wciąż jeszcze kwitły pelargonie. Maria oglądała właśnie kolejny odcinek serialu „Santa Barbara”, więc nie zwróciła uwagi nanieporadny akcent gościa. Prawda była taka, żeSzczepan powłosku umiał powiedzieć tylko kilka zdań, których przed wyjazdem nauczył się zrozmówek polsko-włoskich. Kiedy spróbował przejść naniemiecki, bowszkole liznął tylko rosyjskiego iwłaśnie niemieckiego, zawołała Francescę.

– Chodź – zwróciła się docórki swoim chropowatym odpapierosów głosem. – Jasię ztym młodzieńcem nie dogadam. Atysię wszkole uczyłaś języków.

– English? – spróbowała Francesca, szczelnie opatulając się swetrem, żeby nie było widać, jak bardzo byle jaka jest jej sukienka.

– Nein, nein – odparł zawstydzony Szczepan. – Deutsch, Russisch und Polnisch.

Przez chwilę patrzyła naniego jak narzadki okaz pięknie upierzonego ptaka. Jakby to, żeistnieje, było jakimś cudem.

– Polnisch? – powtórzyła drżącym głosem. – Polacco? Polonia?

Nagle zapomniała wszystkiego, czego nauczyła się odmatki wdzieciństwie.

Szczepan wyciągnął zesportowej torby rozmówki polsko-włoskie iprzy kolacji, apotem przy winie wszyscy troje wyszukiwali słowa izdania, które chcieli sobie powiedzieć. „Czy toprawda, żewPolsce jest inne niebo?” – Takiego zdania wrozmówkach nie było. „Czy toprawda, żechleb macie inny?” „Jakie sągóry?” „Jakie jest morze?”

Szczepan wypytywał odziadka – skąd się tuwziął, czy tomożliwe, żebył jednym zżołnierzy Andersa? Ale one nie wiedziały, boprzecież Franciszek nigdy nie opowiadał owojnie, ajuż tym bardziej oczasach przedwojennych. Właściwie nikt nawet nie był pewien, żejego wspomnienia sąprawdziwe, skoro pamięć miał podziurawioną niemieckimi kulami. Maria słuchała wyłącznie jego bajania oPolsce, apotem przekazała towłasnej córce.

– Ale jak można nie wiedzieć – gorączkował się Szczepan. – Może macie jakieś dokumenty? Niemożliwe, żeby nic nie ocalało!

– Możliwe – odparła Maria, która znacznie lepiej niż Francesca rozumiała mowę przybysza. – Wszystko spalone, rozumiesz? Ukrywać niebezpiecznie. Nowe ubranie, nowe nazwisko, nikt nie wiedzieć, cobędzie.

Gość zPolski miał zaledwie niejasne pojęcie owojnie weWłoszech. Wiedział wprawdzie, żeWłosi początkowo byli sojusznikami Hitlera, ale nie miał pewności, czy ikiedy przeszli nawłaściwą stronę. Zapewne mieszkańcy Piedimonte San Germano sami nie wiedzieli, czy zasprzyjanie Polakowi mogą zostać ukarani, czy przeciwnie – zostaną zatonagrodzeni. Nawszelki wypadek nigdy nie zdradzili, skąd wziął się unich mężczyzna zpokiereszowaną twarzą.

Zopowiedzianej łamaną polszczyzną historii rodzinnej Szczepan zrozumiał jedynie, żeojciec tej starszej kobiety nigdy nie odzyskał pamięci dotego stopnia, byodtworzyć swoje losy. Pamiętał natomiast zcałą pewnością, żejego jedyny brat zginął weWłoszech, choć nie pod Monte Cassino, bostało się tojeszcze przed szturmem.

– Awłaśnie, Monte Cassino. Byłyście tam? – ożywił się Szczepan. – Przecież to chyba niedaleko.

– Nie – odparła cicho Francesca. – Janie byłam.

Wybrali się więc nazajutrz starym, nieco już zdezelowanym fiatem, który pamiętał jeszcze czasy babki Roberty. Maria nie chciała jechać, zresztą ktoś musiał zostać wrecepcji. Francesca tym razem założyła najładniejszą sukienkę zwełenki wkolorze czekolady izamszową kurtkę. Wyszczotkowała włosy ipociągnęła usta szminką oleciutkim złocistym połysku. Denerwowała się, boprzecież nie znała polskiego natyle, żeby swobodnie rozmawiać zmłodym Polakiem.

Szczepan także ubrał się tego dnia wlepsze spodnie izałożył sweter zwycięciem wserek. Był podekscytowany. Faktem, żejedzie naMonte Cassino, októrym śpiewał wszkole piosenkę, że odnalazł ślady polskiego żołnierza na włoskiej ziemi – i towarzystwem najpiękniejszej dziewczyny, jaką widział wżyciu.

Nie rozmawiali zbyt wiele, booboje czuli się skrępowani faktem, żenie znają wspólnego języka. Wreszcie jednak, napoły popolsku, napoły dziwaczną mieszaniną włoskiego, angielskiego, niemieckiego ifrancuskiego, zdołali porozumieć się natyle, bypoczuć się dobrze wswoim towarzystwie.

Tego dnia nie padało, lecz wiał chłodny wiatr, który rozwiewał kasztanowe loki Franceski. Wmilczeniu wspięli się nawzgórze ichodzili między białymi kwaterami, apotem studiowali spis pochowanych nacmentarzu żołnierzy, choć przecież dobrze wiedzieli, żenie będzie tubrata Franciszka Rzeczuskiego lub Rzeckiego, skoro zginął kilka dni przed szturmem. Mimo tooboje czuli potrzebę, aby nie przegapić nikogo; obojgu wzruszenie odbierało mowę.

Kiedy schodzili wstronę parkingu, dziewczyna potknęła się, awówczas Szczepan chwycił jązarękę ijuż nie puścił, dopóki nie stanęli przy samochodzie. Wtedy dopiero zabrał dłoń, aFrancesca poczuła dojmujące zimno wmiejscu, gdzie wcześniej znajdowały się jego palce. Pojechali naciasto ikawę, ona śmiała się zalotnie, aon pożerał jąwzrokiem.

Popołudniu okazało się, żebrakująca część doauta została sprowadzona, wycieraczki działały bez zarzutu, więc Szczepan pożegnał się zwłaścicielkami hotelu ipojechał wdalszą drogę. Mogłam dać mu adres, myślała zrozpaczona Francesca, wówczas wiedziałby, żechcę, aby napisał. Ona sama miała jego adres spisany zpaszportu; widniała nanim warcząca nazwa: Żary. Szczepan Traszka. Był odniej starszy osześć lat. Wydał jej się dojrzałym mężczyzną.

Gdyby były toczasy telefonów komórkowych, zpewnością zadzwoniliby dosiebie jeszcze tego samego wieczoru. Ale ich miłość zaczęła się dobre cztery lata przed tym, jak komórki stały się natyle tanie, bymogli sobie nanie pozwolić zwykli zjadacze chleba; podobnie było zkomputerami idostępem dointernetu. Francesca spędziła dwa dni zgłową wchmurach, zakochana donieprzytomności wewspomnieniu uśmiechu chłopaka, niesfornych włosów idotyku jego dłoni. Zapomni omnie, myślała zrozpaczą, ajabędę tuwiędła odniespełnionych marzeń, wyobrażając sobie, comogłoby się między nami zdarzyć.

Trzy dni powyjeździe Szczepana wybrała się naprzechadzkę zkoleżanką ijej bratem, bopomyślała, żepowinna się jakoś rozerwać. Veronica zaproponowała, żeby wybrali się naweekend doRzymu, aMarco ścisnął znacząco jej łokieć. Dlaczego nie, powiedziała Francesca, jeśli tylko mama się zgodzi. Sezon turystyczny skończył się jakieś dwa tygodnie wcześniej, rzadko teraz zaglądali donich goście.

Kiedy wracała dodomu, zapadał już zmierzch. Zgodziła się, żeby Marco jąodprowadził, aon zkolei uparł się, bywzięła go pod rękę. Szli więc zudawaną powagą niczym małżonkowie wracający zkościoła. Cochwila wybuchali śmiechem, aFrancesca pomyślała, żejej miłość doprzystojnego Polaka jest jak motyl, bożyje tylko kilka dni. Zaraz umrze, zniknie, uświadomiła sobie, izanim Szczepan wpadnie napomysł, żeby odnaleźć mój adres inapisać, nie będę już nawet pamiętała, jak wyglądał.

– Dalej pójdę sama – zwróciła się doMarco, aponieważ oponował, wyjaśniła: – Chcę się pomodlić przy kapliczce. Idź już.

Poszedł, bodoreligijnego Włocha taki argument nie mógł nie przemówić. Dziewczyna podbiegła dokamiennej kapliczki izłożyła ręce domodlitwy.

– Proszę – wyszeptała. – Nie pozwól temu umrzeć. Japrzecież nie wiedziałam nawet, żemotyle mogą mieć tyle kolorów.

Potem modliła się jeszcze bez słów, samym sercem, aż wreszcie ruszyła powoli drogą w dół, do hoteliku. Dopiero kiedy zauważyła, żenaparkingu zadomem stoi znajoma ciężarówka, puściła się biegiem.

Maria widziała, cosię święci, lecz była mądrą matką. Rozumiała, żenanic zdadzą się dobre rady iostrzeżenia, kiedy wgrę wchodzi magiczna mieszanka miłości zmłodością. Zostawiła zakochanych przy kolacji iposzła dosiebie, wymawiając się bólem pleców.

– Nie mogłem, poprostu nie mogłem pojechać dalej – szepnął Szczepan, kiedy wreszcie odważył się dotknąć koniuszków palców Franceski. – Kiedy zbliżał się zjazd, nie byłem wstanie skupić się najeździe, omal nie najechałem najakąś furgonetkę.

Francesca kiwała głową, choć przecież nie rozumiała wszystkiego, comówił. Ale jego oczy błyszczały tak, żenie mogła mieć wątpliwości, iż właśnie tochciałaby usłyszeć. No itaręka, skradająca się poobrusie, przykrywająca powoli grzbiet jej dłoni, apóźniej wędrująca wyżej, kunadgarstkowi.

Wreszcie Szczepan przesunął swoje krzesło, żeby nie odgradzał ich odsiebie stół, awtedy nie było już żadnych przeszkód, bywodzili poswoich ciałach opuszkami palców, całowali się jak pijani, popijali pocałunki czerwonym winem, awkońcu znaleźli się wjej pokoju iprzez całą noc nie zmrużyli oka.

Dwieście osiemnaście dni.

Tyle trwał ich romans naodległość. Tyle wieczorów Francesca spędziła przy oknie, modląc się obezpieczny powrót ukochanego.

Wystarczyło jej niecałe cztery miesiące, byprzestudiować wszystkie podręczniki donauki polskiego, jakie udało jej się kupić wRzymie; zaopatrzyła się także watlas inauczyła się napamięć tras, które pokonywał Szczepan. Listy, które pisała, stawały się coraz dłuższe, coraz mniej wnich było błędów iniezręczności językowych. Szczepan odpowiadał krótko, nie rozpisywał się – twierdził, żenie madaru pisania. Opowiadał tylko, gdzie był ostatnio ikiedy będzie mógł przyjechać. Wreszcie udało mu się nastałe wskoczyć na