17 osób interesuje się tą książką

Opis

Debiutancka powieść Michała Pawła Urbaniaka.

Pełna niedopowiedzeń, szczegółów oraz znaczeń historia przemijania i niezrozumienia, które prowadzi do tragedii. Artur Hnat nie żyje. Teraz jego bliscy muszą zmierzyć się z tym, co pozostawił. Zuzanna zatraca się w cierpieniu po stracie męża. Syn, Krzysztof, jest spragniony miłości, ale ta staje się dla niego trucizną. Jego partner Jakub nie znajduje ocalenia w związku i podświadomie dąży do autodestrukcji. „Lista nieobecności” jest portretem dramatów, które są zakorzenione głęboko w duszy i nie sposób ich się pozbyć. Artur chce uciec od tragicznej przeszłości; zimna, rzekomo niezdolna do miłości Zuzanna pragnie żyć poza kręgiem śmierci; Krzysztof szuka ocalenia od samotności, a Jakub – bezpieczeństwa. Codzienność bohaterów jest podszyta mrokiem i pragnieniem szczęścia na przekór wszelkim niepowodzeniom. Czy istnieje fatum i niektórzy są zwyczajnie skazani na życie naznaczone lękiem? A może wszystko jest winą człowieka?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 589

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Poświęcam pamięci znakomitej pisarki Ewy Ostrowskiej (1938–2012)

Umieranie normalnego człowieka zaczyna się na długo przed śmiercią kliniczną, a mianowicie od momentu, w którym wiedza o śmierci przestaje być czymś podobnym do znajomości faktu mijania i następowania pór roku, a staje się wiedzą dotyczącą sprawy, która dotknie nas samych, wyłącznie i osobiście, do której zbliża nas każdy przeżyty, zarówno źle, jak i dobrze, dzień. Walka o istnienie jest jedyną, którą nieuchronnie przegrywamy – z powstaniem tej świadomości przyjmujemy postawę, która kształtuje resztę czasu, jaki nam pozostał.

– Irena DowgielewiczZdarzenie z tomu Lepszy obiad

Śmierć nie kładzie im tamy, jest dla nich nawet przywilejem, który na czas pewien przynajmniej daje im miejsce nadrzędne, wskrzesza i ożywia ich biografie nową przygodą. Umarli dla siebie – nieruchomi, krusi i bezbronni – w pamięci rozpościerają się bezpiecznie, odporni na wszelkie uszkodzenia i klęski. Zapomnienie – ta rzecz dla nich najgroźniejsza – zawsze jeszcze da się czymś zażegnać.

– Zofia NałkowskaNiecierpliwi

Prolog

Wiele lat później

– Pan ma swoje śmierci, prawda?

Było to pierwsze pytanie, które zadała mu Zuzanna.

Od razu to wyczuła, wystarczyło na niego spojrzeć. „Dzień dobry pani, Tomasz Prochota. Tomek. Fabian mówił, że… prowadzę rubrykę w «Wielkiej Kulturze», może pani… Artur Hnat był wielkim artystą, ja jego obrazy bardzo…” Był nienachalnie elegancki, starannie ogolony. Włosy, ciemne, choć przyprószone siwizną, zapewne ułożył grzebieniem, zanim on i Fabian wysiedli z auta. Jego słowa były takie jak on, gładkie, grzeczne, przewidywalne, uśmiechy wyszykowane tak samo jak ubranie. I tylko w oczach miał ten lęk, którego nie da się pozbyć.

– Słucham?

Oczywiście trafiła. Nagle zabrakło mu konwencjonalnych słów.

– Moja droga cioteczna babko – musiał się wtrącić Fabian, tym razem ze źle maskowaną irytacją – jeśli to prawda, że pierwsze minuty decydują o całej znajomości, będziecie z Tomkiem dobrymi przyjaciółmi. Dlaczego ze wszystkich miliardów możliwych pytań na przywitanie wybrałaś akurat to najbardziej niewłaściwe?

Zignorowała go.

– Pytałam, ile ma pan za sobą prób samobójczych.

– No naprawdę, chyba nie będziemy poruszać takich przykrych tematów, i to latem, i to w sobotę! – Fabian starał się zachować swój standardowy ton, w którym protekcjonalność mieszała się z sympatią. Jakby w ten sposób rana zadana temu całemu Tomkowi mogła stać się mniejsza!

To był sierpień, wczesny, a więc jeszcze ciepły. Popołudnie dopiero miało nadejść. Artur lubił takie dni i takie godziny. „Jakby ktoś otoczył świat nielepkim miodem. To pachnie słońce”, stwierdził pewnego dnia właśnie o takiej porze. A jednak to noce były jego porą. Mrok, chłód, żadnego miodu, zapachu słońca.

Gdy umarł, sądziła, że jej życie też się skończy, że to tylko kwestia czasu. Tak po prostu miało się stać. Pozostało jej czekać. A jednak przez całe dekady trzymała się kurczowo życia albo to ono trzymało się jej i doprowadziło ją do starości. Jeśli dla Artura śmierć była ucieczką, to dla niej stała się już tylko nieprzyjemnym obowiązkiem, czymś takim jak nieunikniona wizyta u dentysty. Zuzanna obawiała się, że jeśli spotkają się z Arturem (przez ostatnie lata wygodniej było wierzyć w to, że po śmierci trafi do jakiejś wiekuistej przechowalni dla zmarłych), on jej nie pozna i nie pokocha.

Jeszcze żyła. Siedzieli na tarasie domu letniskowego, ona piła herbatę z ozdobnej filiżanki, Fabian zasłużone po podróży piwo, a Tomek wodę mineralną z pływającym po powierzchni plasterkiem cytryny. Bronek (dla większości świata profesor Bronisław Aleszkiewicz, wybitny psychiatra) zachwalał zawartą w cytrynie witaminę C i picie dużej ilości wody. Artur powiedział kiedyś, że cytryna to wilgotne słońce. Podał wtedy Jankowi plasterek, a on zaczął wysysać sok. Honorata zapytała Artura, czym w takim razie są pestki. Wszyscy się roześmiali. Janek wytarł kroplę kwaśnego soku z brody. Zuzanna do dziś potrafiła odtworzyć ten ruch. Nie było już Artura, nie było Janka, od niedawna także Honoraty, ale nadal siedzieli przy stole, a w ich rozmowie przewijał się temat cytryny. Gdy Zuzanna umrze, i ten element historii zniknie.

– Dwie – odpowiedział Tomek. – Dwa razy tabletki. Dwa razy życie. Ostatnio to Fabian mnie znalazł.

– Na szczęście nie zamknąłeś drzwi. – Głos Fabiana stwardniał, stracił właściwe mu protekcjonalne nuty. – Ciociu, czy możemy…?

Nie nazwał jej już „drogą cioteczną babką”, a więc udało jej się go dotknąć. Lubiła Fabiana, być może dlatego, że świetnie pozorował beztroskę, dystans do świata. Najbliższym Zuzanny i jej samej często tego brakowało. Przegrywali. Fabian przynajmniej potrafił zwodzić świat, że wygrywa. Mówił głośno i wylewnie, dużo się śmiał, wygłaszał ironiczne uwagi. A teraz ten jego entuzjazm dla życia gasł. Może naprawdę kochał tego Tomka, choć słowo „kocham” pewnie nie przeszłoby mu przez usta.

– Nie zrozumieliśmy się – zwróciła się do Fabiana. – Myślałam, że twój przyjaciel chce napisać artykuł o Bronisławie.

– Poczciwy dziadziowujek Bronek! Jakże by się cieszył!

– O profesorze Aleszkiewiczu napisano już dosyć dużo – wtrącił Tomek. Dziennikarz na chwilę wygrał z zagubionym chłopcem. – A o panu Hnacie bardzo mało. Tyle co w leksykonach, albumach, internecie. A i to bardziej o sztuce. Ja bym chciał za tą sztuką zobaczyć człowieka. Czytałem, że w dzieciństwie stracił siostry, to musiało się odbić na tych niesamowitych abstrakcjach. Nic mi nie wiadomo o jego próbach samobójczych. Czy kiedyś próbował się zabić?

– Nikt, kto go naprawdę znał, by się temu nie dziwił.

Bronek lubił przesiadywać na tym tarasie i patrzeć na roztaczające się wokół góry. Miał wtedy minę człowieka spełnionego. Być może odczuwał coś w rodzaju wzniosłości, ale pewnie nie potrafiłby tego opisać. Zuzanna towarzyszyła mu w tych chwilach w milczeniu. Czasami wyobrażała sobie, że obok niej siedzi Artur. Raz był młody, taki, jakim go znała. W innych wizjach obarczała go starością, której nie doczekał. Nigdy nie podzieliła się tym z Bronkiem. Ta mała zdrada w niej została.

– Przepraszam, ale nie rozumiem. Pani mąż próbował się zabić czy…

– Idźcie się rozpakować, powinniście odpocząć po podróży – odparła spokojnie. Dotknęła ustami ozdobnego brzegu filiżanki i upiła łyk herbaty.

Wstali i ruszyli na piętro. Fabian pewnie wpadł w jeden z tych swoich słowotoków po to, aby uratować tę świeżą miłość. Z latami tyle tracił – urodę, zdrowie, złudzenia i nadzieje – a mimo to nagle kogoś zyskał. Tymczasem jego „droga cioteczna babka” zrażała do siebie Tomka.

Była niemal pewna, jakie zdania padną na górze z ust Fabiana. Ciotka ma najwyraźniej gorszy dzień. A może zdziwaczała, już nie te lata, nie ta inteligencja. Na starość można, ona ma prawie osiemdziesiątkę. No i może odbić, jak się tyle swoich pochowało, mężów, dzieci. To rodzinne, dziadek Andrzej też był taki, jej brat. Mruk, czasem złośliwy. Może zresztą ten Hnat to nikt ciekawy. Że malował, że umarł, wielkie rzeczy, mnóstwo ludzi maluje, a wszyscy umierają. Kochaj mnie, dobrze?

Tak ją musieli postrzegać. Wiek niedający się ukryć, siwe włosy, siateczka zmarszczek, brązowawe plamy na dłoniach, młodzieńcza szczupłość zamieniona w starczą chudość. Wieczne zimno oswajane pledem, zapowiedź śmierci.

A oni byli nadal dosyć młodzi (nie dobili jeszcze czterdziestki), pełni życia i trapieni współczesnymi problemami. Tak dalecy od umierania. Czy mogli zrozumieć historię, którą chcieli usłyszeć?

Zuzanna nigdy nie zapytała Artura o próby samobójcze. Wolała nie wiedzieć. Musiały się zdarzyć, dawniej lub w ich wspólnym „teraz”, gdy Janka już zabrakło. Artur igrał ze śmiercią, czekał na nią, czasem zbliżał się do krawędzi.

Spojrzała na szklankę, prawie pustą, naznaczoną odciskami palców Tomka. Na jej dnie pozostał plasterek cytryny, wyschłe zwiędłe słońce.

Wtedy

(listopad 2009)

Świat, w którym nie było Artura, istniał tylko w uniwersum snów. Widziała go stojącego na parapecie i choć chciała krzyknąć, z jej ust wydobywały się jedynie piski. Wyskakiwał, zanim zdążyła dobiec, mogła już tylko łapać rękami powietrze. W innych koszmarach znajdowała jego ciężkie od śmierci ciało na zimnym chodniku w nieznanych jej okolicach. Zwykle leżał twarzą do ziemi, nie mogła go podnieść. Czasami śnił jej się Janek i to on mówił, że Artur nie żyje, a potem długo i zawile tłumaczył coś, na czym nie potrafiła się skupić. Niekiedy towarzyszyła jej tylko świadomość śmierci Artura, a ona, oniemiała z przerażenia, krążyła po wyimaginowanych pokojach, próbując znaleźć odpowiedzi na pytania, które bała się zadać.

Potem się budziła, przy Arturze, ciepłym, bezpiecznym, żywym. Nie dzieliła się tymi snami. Artur byłby ostatnią osobą, której by o nich powiedziała. W tym domu było za dużo śmierci i bez fikcyjnych zmarłych.

Od lat praktykowali sobotni zwyczaj budzenia się zgodnie ze swoim własnym rytmem, bez udziału zaprogramowanego radia, o ile dzieci im na to pozwoliły. Zuzanna lubiła soboty i łagodne przenikanie ze sfery snu do rzeczywistości. Rozgrzane nocą łóżko, z którego nie musiała się zrywać wraz z irytującym głosem spikera, było pierwszym prezentem tego dnia. Drugim mógł być poranny seks, pozbawiony finezji, ale pełen leniwego ciepła. Takich zbliżeń się nie pamiętało, ale były potrzebne.

Tamtej soboty obudziła się gwałtownie. Dusiła się. Widziała pogrążoną w półmroku sypialnię, blask słońca schowany za roletą, pusty kubek po ziołach na stoliku nocnym, porzuconą skarpetkę skuloną na dywanie. Myślała o swoich rozwartych ustach, które nie potrafiły nabrać powietrza, o nieistniejących zimnych strumieniach tlenu lejących się przez gardło i tchawicę do spragnionych płuc, o rozedrganym sercu, karuzeli w głowie, ciemnych plamach zasłaniających sypialnię, Artura, świat.

W końcu oddech przyniósł jej zbawienie. Potem drugi, trzeci, czwarty. Za chwilę o tym zapomni. Będzie po prostu oddychać, żyć, jakby nie było płuc, serca, mózgu. Ten mechanizm przecież działał samoistnie i nie miał się nigdy wyczerpać. Opadła na poduszkę. Odwróciła się do Artura, spragniona przytulenia. Mała dziewczynka, którą przestraszył sen.

Przez moment myślała, że Artur również nie śpi. Miał otwarte oczy, a na twarzy wyraz zaskoczenia. Strużka śliny pociekła mu z ust. Artur nie żyje. Artur nie żyje, nie żyje, nie żyje. Nie, ona śpi. To ten sen, ten z oknem, ten z zimnym brukiem, skulonym ciałem, teraz wkradł się do sypialni. Zuzanna się obudzi, Artur też. Artur nie żyje, przypomniała sobie. Myśl rozbrzmiewała w niej, nabierała ważności, pęczniała do krzyku.

Poderwała się z łóżka, wstała, otoczył ją chłód. Rozedrganą ręką przytrzymała się ściany. Zgasłe oczy Artura. Widzą. Nie widzą. On nie żyje, ona nie żyje, on nie żyje, ona nie żyje, już od dawna ich nie ma, to się śni, nie śni, krzyk rozrywał ją i ciszę.

Przerażony Krzysztof pobiegł do niej, zawsze widział tylko ją. Była jego słońcem. Nie mogła go usłyszeć, ale wyczytała z rozedrganych ust „mamuś”, to wieczne „mamuś”, kompromis między dawną zbyt dziecinną „mamusią” a nigdy nieużywanym twardym „mamo”. Kiedyś też tak wpadał w piżamie, był mały, goniły go koszmary. Artur nie żyje. Artur nie żyje. Artur… Krzyk się wyczerpał.

– Mamuś, mamuś, co się…

– Krzysztof!

To był głos Jakuba, pierwszy raz podniesiony. Artur nie żyje. Nie… Sen w ich sypialni, miejscu spokojnym, wyciszonym, o pastelowych ścianach. Krzysztof rozczochrany, szare blizny na rękach Jakuba. Pusty kubek po ziołach. Głos spikera. Sobota. Jakikolwiek inny dzień. Jeśli to poniedziałek, to z dziewczynkami trzeba iść do dentysty. Artur nie żyje. Nie. Mogła już tylko szczękać zębami. Zagryzła palec, ale zęby nadal zgrzytały, nieujarzmione bestie w kagańcu ust. Musiała krzyknąć jeszcze raz, przepłoszyć Krzysztofa, Jakuba, śmierć.

Pochylali się nad Arturem. Ręce Krzysztofa zbyt słabo uciskały klatkę piersiową. Nie były do tego stworzone. Jakub oddawał Arturowi swój oddech. Artur im nie pomagał. Nie chciał żyć. Nie żyje. Jakub, czerwony, dyszący. Krzysztof, sęp ucztujący nad padliną. Nie chciał pokochać Artura. Pyskował, warczał, sączył nienawiść. Tkwił między nimi, okrutna pamiątka jej poprzedniego życia, wieczny wyrzut sumienia.

Dziewczynki stały w drzwiach sypialni, zaglądały do środka. Gęstniało powietrze, budził się niepokój. Brygida załkała jeszcze niepewnym płaczem. Artur przybiegał do nich, aby je utulić, przepłoszyć smutki, wyszeptać bajkę o dwóch dziewczynkach, które, biedactwa, umarły. Nie żyje, nie żyje, nie żyje. Trzeba zadzwonić do Janka, a nie, on też nie żyje, to prawie rok, jak go nie ma. Artur chciał umrzeć zaraz po nim. Umarł.

Krzysztof wybiegł. Jakub osunął się wzdłuż ściany. Uderzył głową o kant stolika nocnego. Tam, gdzie stał kubek po ziołach, leżała książka przedzielona zakładką. Usiadł, zatrząsł się od płaczu, zakrył oczy dłonią. Artur nie żyje.

Ania i Brygidka piszczały, wczepione w siebie, twarze wykrzywiała im rozpacz. Parodia potwora, pokurczonego, żałosnego. Dzieci są szpetne, gdy płaczą. Ich „mamusiu” było zniekształcone, jakby ktoś powoli przewijał kasetę (dziś nikt już nie słucha kaset), wczorajszy zapach oregano, brudne widelce, czyste noże, rozmowy, cisze, myśli.

Musiała być bliżej, nie Jakub, nie Krzysztof, nie Ania, nie Brygidka. Artur należał tylko do niej. Nie żyje. Zrobiła dwa kroki na zdrętwiałych stopach, przewróciła się, ręce wpadły w zimną pościel. Twarz za blisko dywanu, szorstko i duszno od kurzu, drobiny unoszone oddechem. Trudno wstać.

Spojrzała w twarz Artura. Ktoś, pewnie Jakub, zasunął mu powieki. Otwierała i zamykała usta, jakby próbowała przeżuć zbyt twardy kęs. Położyła głowę na piersiach Artura, w których nie biło już serce. Spało serce, spała krew, Artur spał. Zuzanna zamknęła oczy, pozwoliła ciemności opaść. Może umarła. Artur zaraził ją śmiercią jak chorobą. Dobrze.

To się działo w podróży poślubnej. Leżeli na plaży. Ciało Artura było ciepłe jak wyjęte z piekarnika ciasto, pachniało piaskiem i słonym powietrzem. Wtuliła się w nie. Pomyślała, że w tym pięknym ciele krąży krew, czerwone morze obciągnięte skórą (tak pewnie określiłby to Artur). Zasnęli na chwilę. Koc, na którym leżeli, miał kwiatowy deseń. „Kiedyś będziemy stawiać zamki z piasku. Wielkie piaskowe komnaty, kamyki między blankami. Fosy, w które wsiąka woda”. Podniosła głowę, spojrzała w ukochane oczy, w które mogłaby patrzeć bez końca. „Nie jesteśmy dziećmi”. Jej cichy śmiech, tylko dla niego. „Ale będziemy je mieć”. Wyczarował te dzieci, snuły się między nimi, ulotne błyski światła, które miały kiedyś przybrać konkretne kształty. Za dziewięć miesięcy, za rok, za dwa lata, za szybko. Nie chciała dzieci. Nie chciała mu o tym mówić. Nie teraz. „Artur, ja potrzebuję tylko ciebie”. Uśmiechnął się. Nabrał garść piasku. Piasek przesypywał się między palcami. Patrzyła.

Możliwe, że Artur wtedy powiedział: „Kiedyś będziemy stawiać pałace z piasku”. Minęło tyle lat od tamtej podróży, tamtej plaży, tamtej chwili. Nadal pamiętała wczoraj z zaplanowanym jutrem. Przyniosła do kuchni ostatnią szklankę. Artur opłukiwał talerze. Cichy szum wody, noc, wyobrażenie resztek w odpływie. „Umyję jutro, nie będę hałasował, dzieci śpią”. „Idź już, przygotuję ci zioła”, odpowiedziała. Chwyciła się tych jego słów, tak, to było tak: „Umyję jutro, nie będę hałasował, dzieci śpią”. I o nich zapomni, przekształci je. Umarł, to było pewne. Nie do zapomnienia. Leżała głową na jego zimnych piersiach.

Musiała wypłynąć na powierzchnię życia po trochę powietrza.

Wtedy

(listopad 2009)

Jakub umiał rozpoznać szczęście tak samo jak cierpienie. W szczęście trudniej było uwierzyć, ale istniało, tak jak teraz. Jakuba wypełniał biały ból.

Oczywiście wszystko co złe wracało. Był stół nakryty obrusem, makaron polany sosem pomidorowym, zapach ziół, kieliszki, susz w szkle, świece na komodzie, cienie na ścianach, prezenty, Krzysztof, Zuzanna, Artur, wspomnienie Kiri. „To nie szczur, Kubuś, to świnka morska, mamusiu, on myślał, że Kiri to szczur”, dawne słowa, dawny śmiech. Była też zakrwawiona żyletka, pięści miażdżące twarz. „Czasami cię nienawidzę”, godziny samotności, noc w szpitalu, która miała trwać wiecznie. „Spokojnie, już spokojnie… Biedny chłopak”. To wszystko komponowało się w całość, składało się na niego, na Jakuba. Nosił to na sobie jak ubranie. A jednak to co złe zdawało się niegroźne, jak koszmarny sen, z którego dawno się obudził.

Zostali zaproszeni na kolację. Krzysztof pozwolił mu odebrać telefon. „Kto dzwoni?”, dobiegło z łazienki, gdzie się golił. „Twoja mama!” „Odbierz, spytaj, co chce”. Jeszcze oszołomiony tym „odbierz, spytaj”, nacisnął odpowiedni przycisk. „Zuzanno, tu Jakub”, powiedział przepraszającym tonem, jakby się zaraz musiał tłumaczyć, dlaczego to on odebrał, ale ona nie zapytała o Krzysztofa. „Słuchaj, Jakub, może byście wpadli na kolację? Artur wczoraj wrócił z Pragi. Jeśli macie inne plany, to nie przeszkadzajcie sobie, w końcu jest piątek. To Artur uważa, że skoro on chce kogoś widzieć, to ten ktoś akurat wręcz marzy o spotkaniu z nim”. Nawet się nie namyślał. „Dobrze, wpadniemy”. Bez pytania przekreślił wieczór przy filmie, ziarna popcornu próbujące wydostać się z patelni, tłuste palce spotykające się w misce, słone pocałunki. „To na pewno nie kłopot? Możecie wpaść równie dobrze na kawę w sobotę, jak chcecie”. „Przyjdziemy”. „To bądźcie przed siódmą, najlepiej głodni”. „Dobrze, do zobaczenia”. Rozłączył się, ale nie odłożył telefonu. Wyświetlacz zgasł.

Krzysztof wyszedł z łazienki obnażony do pasa, jasny, piękny. Nawet ten zaokrąglony brzuszek, na który tak narzekał, był absolutnym cudem wpasowanym w to ciało. Jakub stłumił chęć położenia dłoni na jego klatce piersiowej. Jeszcze nie wiedział, co Krzysztof powie. „Twoja mama zaprasza nas na kolację, na siódmą”. „Okej”. Na płatku ucha Krzysztofa została odrobina pianki.

„A nie mieliśmy oglądać filmu?” Jakub obserwował swoje dłonie, sznyty na nadgarstkach. „Ten pasek to pan nam odda, my przechowamy w depozycie, jak pan będzie wychodził, to pan odbierze”. Nie myśleć o tym, nie teraz! „Jakub, masz ochotę zostać w domu, obejrzeć ten film?” „Nie, nie musimy. Mogę… chcę iść”. „To pójdziemy”. Odwrócił się. Jakub kochał jego łopatki, znamię wielkości jednogroszówki na plecach, kark porośnięty jasnymi włoskami. Podszedł, przylgnął do Krzysztofa, poczuł pod rękami ciepło, znajome ciało. „Co, cieszysz się, Jacob? Lubię, jak się cieszysz”. I od razu przypomniały się te dawniejsze słowa, wypowiedziane z pasją, która nie była miłością. „Nienawidzę cię! Nikt, rozumiesz, Jacob, nikt mnie nie potrafi doprowadzić do takiej nienawiści!” Było mu dobrze, stali na przystanku, miał na sobie cienki płaszcz, ale nie czuł listopadowego zimna. „Ładnie ci w nim, Jacob”, powiedział kiedyś Krzysztof, gdy Jakub obracał się w przymierzalni, „do tych butów jak znalazł”. „Świetnie to na panu leży, ten płaszcz jest dla pana”, zachwalała sprzedawczyni o apodyktycznych kompetencjach. Jakub uśmiechnął się do Jakuba w lustrze.

W autobusie siedzieli obok siebie, a on chciał położyć głowę na ramieniu Krzysztofa, prawie się zapomniał. Miłość uspokojona, cicha, bez burz.

W Żabce kupili bombonierkę, Jakub uparł się, że zapłaci. Wyszli, mechanizm przy drzwiach wydał irytujący gwizd. Zimno, ciemność, mdłe światło latarni, bezlistne drzewa, smutni ludzie z psami na spacerach, mikroświat osiedla. Prawie jak dom. Jakub przyspieszył kroku. „Jacob, te czekoladki i tak zjesz dopiero po kolacji!” „Dobrze, tatuśku”, odparł Jakub, zanim ugryzł się w język. Krzysztof skwitował to śmiechem. „Czy ty się ze mną ścigasz? Jest dopiero za dwadzieścia siódma”. Ostatni odcinek przeszli zgodnie, spokojnie. Nie musieli się spieszyć i może to też było szczęście.

To Artur otworzył drzwi. „Wejdźcie, wejdźcie”, rzucił z roztargnieniem i zaraz przepadł. „Jak nie znajdę tego korkociągu, to nie będzie wina”. Zostali sami. Odwiesili płaszcze, zdjęli buty. Krzysztof włożył rozdeptane kapcie (Jakub nigdy nie przypuszczał, że ktoś taki jak Krzysztof może nosić coś tak prozaicznego).

Weszli do środka, w plątaninę kuchennych dźwięków, zapachów i głosów. Zuzanna stała przy kuchence. Wyglądała śmiesznie w fartuchu narzuconym na jedną z tych jej dziwacznych sukien. „Mam zgubę!!” „A już myślałam, że trzeba będzie odwołać kolację”. „Zuzanna, no daj spokój!” „Pięknie pachnie, mamuś!” „Merci? Nie trzeba było!” „A gdzie dziewczynki, tak tu cicho”. „Nocują u Fryców. Będą z Danką i Ewą piekły ciasteczka”. „Pomóc ci coś?” „Nie, już nakryte, siadajcie”. „Przywiozłem coś dla was”. Krzysztof dostał ciemnozielony przycisk do papieru z ciętego kryształu, Jakub niebieską apaszkę w delikatny wzór. „Zastanawiałem się jeszcze nad brązową, ale ten kolor lepiej do ciebie pasuje”. „Artur…” Jakub odważył się go uścisnąć. Nie powinien. To był nieprzemyślany gest.

Podczas kolacji Artur opowiadał o Pradze. O jesiennych mgłach unoszących się nad Wełtawą. O zapierających dech w piersiach barokowych kościołach, świadectwach potęgi raczej człowieka niż Boga. O jakby rozedrganym Tańczącym Domu wzniesionym na miejscu budynku zbombardowanego przez Amerykanów pod koniec wojny. O czerwonych dachach, wbijających się w niebo wieżach czy wąskich uliczkach prowadzących z jednego magicznego miejsca do drugiego.

Jakub słuchał kolejnych opowieści i wydawało mu się, że monumentalne zabytki rozpychają się w mieszkaniu. Artur potrafił czarować głosem, słowem, gestem. Prowokował i do zadumy, i do śmiechu. Pewnie tak samo prowadził grupy w muzeum, jakby zapraszał w tajemną podróż po świecie baśni. „Artur… on chce zagarnąć ludzi”, powiedział kiedyś Krzysztof z zakłopotaniem.

– Ale Praga to nie tylko to co piękne i wzniosłe. Wiecie, chłopcy, zaraz obok Muzeum Kafki jest bardzo gejowska rzeźba – dwóch nagich mężczyzn ustawionych naprzeciwko siebie w basenie w kształcie Czech. Gdzieś czytałem, że wieczorami ludzie przychodzą napić się z ich narządów. Czesi mają naprawdę zdrowy stosunek do wielu…

– Płacą ci za gadanie takich głupot? – przerwał mu naburmuszony Krzysztof. Pewnych tematów nie należało przy nim poruszać.

– Artur, jest piątek wieczór – wtrąciła Zuzanna. – Nie jesteś w muzeum.

– Ja byłem w Pradze jeszcze w podstawówce – dodał Krzysztof. – Pamiętasz, mamuś?

– Nie.

Zrobiło się zimno od braku słów. Było słychać brzęk sztućców.

– Jakub, a ty byłeś w Pradze? – spytał Artur.

– Byłem. Teraz.

Artur uśmiechnął się do niego. Przez chwilę świat się podzielił. To Jakub był najważniejszy, to ich historia się tu rozgrywała. Jeszcze niedawno myślał, że to tylko kilka stałych układów: Artur–Zuzanna, Zuzanna–Krzysztof, Krzysztof–Artur. On należał (nie, chciał należeć!) tylko do Krzysztofa. A potem… „Zabierz mnie stąd, proszę cię. On tu to zrobił, wiesz? Tu go znalazłem”. Nie! Chłód szkła, smak wina, gorąco w przełyku.

– I wydałeś tyle co na bilet autobusowy – powiedziała Zuzanna. – Opłacało się.

Nie wrócili już do Pragi. Zostali w mieszkaniu, przy stole, przy smukłych kieliszkach wypełnionych morawskim winem. Milczenie tym razem było ciepłe. Tykał zegar. Nasyceni, rzucali sobie leniwe uśmiechy. Odnalazł pod stołem dłoń Krzysztofa. Ten zamknął jego palce w swoich. Biały ból.

– Mamuś, to było bardzo dobre.

– Masz naprawdę nieduże wymagania.

– Jesteś dziś bardziej cierpka niż to wino! – rzucił Artur. – Ale kocham cię i za tę twoją kąśliwość!

– Naprawdę? – Zuzanna zmierzyła go spojrzeniem.

Krzysztof wstał i zaczął zbierać talerze. Nie lubił rozmów o uczuciach. Czasami odpychał Jakuba i jego miłość. Talerz brzęczał o talerz, dzwoniły sztućce. Kolacja się skończyła. Nakryty stół przypominał swoją własną parodię.

– Krzyś, ja posprzątam.

– Siedź, Artur. Też mogę się do czegoś przydać, to nadal mój dom.

Jak on potrafił ranić! Krzesło zrobiło się niewygodne, Jakub zatęsknił za żyletką. „Jacob, coś ty zrobił? Co to jest? Dlaczego, co… Jacob!” Był tu tylko gościem. „Mamuś, pamiętasz Kubusia? ”, spytał Krzysztof tamtego dnia, gdy wybrali się do Zuzanny na herbatę. „Trochę za duży jak na Kubusia”. „Dobry wieczór, pani Zuzanno”. „Cześć, Artur Hnat”. „Jakub Winkler”. Jakub zauważył ślady sosu na obrusie. Pomyślał o krwi.

– Krzyś, napijesz się jeszcze? – spytał Artur, gdy Krzysztof wrócił do stołu. – A ty, Jakub? – Napełnił kieliszki. Wino w przytłumionym świetle zdawało się czarne.

Krzysztof wdał się w długą i zawiłą opowieść o osobliwym przypadku, jaki trafił mu się w laboratorium. Miał w sobie pasję, ale brakowało mu zdolności do ciekawego opowiadania. Jakub wsłuchiwał się w jego głos. Artur patrzył na Krzysztofa z życzliwym zainteresowaniem. Zuzanna sunęła palcem po brzegu obrusa.

– Jakub, a jak w pracy?

Nie wiedział, czy zamierzała mu dokuczyć. Nie chciał o sobie mówić.

– Wciąż podaję kurtki i płaszcze. Za to mam coraz więcej zleceń copywriterskich, ale to i tak mniej ważne niż matematyka.

– Matematyka jest królową nauk – powiedział Krzysztof.

– Wydaje mi się, że praca w szatni jest bliżej życia niż matematyka. – Zuzanna nie ustępowała. – Podajesz ludziom płaszcze, a oni dzięki temu nie chorują. Co ludziom po matematyce, kiedy są chorzy? Na co im sztuka, gdy będą kasłać, kichać…

– Nie powinnaś stać po stronie Jakuba. Zabiera ci klientów. Te płaszcze! – Artur potrząsnął głową.

Śmiech rozbrzmiewał raz po raz. Było im dobrze. Czas płynął. Kuchnia Hnatów znajdowała się poza cierpieniem. Jakub wiedział, że mało zapamięta, lecz będzie umiał odtworzyć to ciepło.

– Musimy się chyba zbierać – oznajmił Krzysztof.

Zabrał śmiech, przywrócił chłód listopadowego wieczora, inne życie, inne mieszkanie, oddechy niepozbawione strachu.

– Odwieziesz ich? – Zuzanna zwróciła się do Artura. – Ja piłam wino.

– Ja też, przecież widziałaś. – Obdarzył ją szelmowskim uśmiechem, jakby udało mu się spłatać figla.

– Możemy wrócić autobusem – wtrącił Jakub.

– Nie będziecie się tułać po nocy, zamówię wam taksówkę.

– Daj spokój, niech tu zostaną – powiedział Artur. – Mają gdzie spać, rano pojadą.

– Naprawdę myślisz, że oni chcą tu z nami siedzieć? – Zuzanna wstała i zebrała kieliszki. Wyglądały w jej dłoniach jak trofea wojenne. – Że chcą jeszcze słuchać tych twoich opowieści zza czeskiej granicy?

Krzysztof posłał Jakubowi jedno z tych swoich ciepłych spojrzeń, za które Jakub tak go kochał.

„Nigdzie dzisiaj nie pójdziesz! Zostaniesz tu!”

– Jacob?

– Ja bym został.

– To ja też.

Artur zaproponował herbatę. Zgasił świece palcami. Zasyczał czajnik. Zuzanna schowała niedopite wino do lodówki i otworzyła bombonierkę. Serwis obiadowy zastąpiły kolorowe kubki. Jakub słodził herbatę i wysypał trochę kryształków na stół. Przeprosił.

– Awantura w miłości – skwitował Artur.

– Chyba w rodzinie…

– Nie, cukier to w miłości, sól w rodzinie.

Jakub wiedział, że Artur ma rację. Nie wierzył w takie rzeczy, ale… a jeśli się pokłócą z Krzysztofem? Naruszył ten wieczór, rozsypując cukier.

– Wiele spraw wpuściłam do tego domu, ale przesądy zostawiamy za progiem – oznajmiła Zuzanna.

Rozmowa okazała się trudniejsza, zapijali milczenie herbatą. Wyciągali, odwijali z folijek i smakowali czekoladki, jakby brali udział w kulinarnej grze.

– Jacob, ty lubisz te czarno-białe, proszę. – Krzysztof podał mu śmietankowo-kawową.

– Tak z ręki? – Zuzanna się skrzywiła.

– Nie przeszkadza mi to – odparł Jakub.

Nagle zadzwonił telefon. Twarz Zuzanny stężała, uśmiech Artura znikł. Telefon dzwonił i dzwonił. W końcu Zuzanna poszła do pokoju i odebrała. Wróciła po chwili ze zgaszoną miną.

– Dzwoniła Danka. Ania z Brygidą chcą wrócić do domu. Stęskniły się za mamusią i płaczą! – Prychnęła. – Skoro nawet ona straciła cierpliwość, to musi być źle.

– Zapowiada się rodzina w komplecie. – Artur się zaśmiał.

Jakub i Krzysztof wymknęli się do dawnego pokoju Krzysztofa. Leżeli przytuleni na zbyt wąskim łóżku, spokojni, choć pełni wrażeń. Słyszeli szczebiot Danki, chlipanie dziewczynek, śmiech Artura, oschły ton Zuzanny, wodę płynącą w łazience. To wszystko było obok, za granicą drzwi.

– Czy to biały ból, Jacob? – Krzysztof gładził jego dłoń.

Gdyby podciągnął rękaw jego swetra, zobaczyłby blizny. Dobrze je znał i wciąż napawały go strachem, może obrzydzeniem. Niszczyły każdą dobrą chwilę. Zuzanna i Artur odwracali wzrok od jego rąk. Nie było blizn, nie było dawnych ran, nie było tych, co dopiero nadejdą. Krzysztof brał życie zbyt serio, żeby udawać.

Ale Jakub jeszcze nie musiał się przebierać.

– Tak – powiedział. – Biały ból.

Artur zmarł tej samej nocy.

Wtedy

(listopad 2009)

Najlepiej zapamiętał betonowe zimno korytarza, które kłuło jego bose stopy. Biegł. W ustach czuł kwaśny posmak wczorajszego wina. Na półpiętrach było jasno, światło wpadało przez okienka, ale głębiej, w korytarzach, panował mrok. Krzysztof czuł, jak śmieci z posadzki przyklejają mu się do stóp. Żeby nie było szkła! Ta myśl przeleciała mu przez głowę, a za nią pojawiły się kolejne: o zakażeniach, krwi, bólu. Dopiero potem przypomniał sobie, dokąd biegnie i dlaczego.

Dopadł drzwi Fryców. Prawą dłoń położył na dzwonku, lewą zaczął uderzać w nie, słabo, był praworęczny. Usłyszał jakiś ruch, a potem lękliwy głos Danki:

– Kto tam?

– Krzysztof Grentel.

Szczękanie zamka, czy ono się nigdy nie skończy? Cholerna gerda! Powstrzymał się od ponownego naciśnięcia dzwonka. Wreszcie Danka otworzyła drzwi.

– Krzysiek? Aleś mnie wystraszył! – Żadnego charakterystycznego dla niej ćwierkania. Złość w czystej postaci.

Znowu zamek. Klik, klik, klik. Na szafce w przedpokoju Fryców leżał duży młotek. Tym chciała mu przyłożyć, gdyby okazał się włamywaczem. Kulturalnym włamywaczem, co dzwoni do drzwi. Danka miała na sobie błyszczącą jasnoliliową koszulę nocną. Ładnie jej było. Że też on zwraca uwagę na takie głupoty! A Artur martwy, mama prawie martwa… Jacob, znaleźć się przy Jacobie…

– On nie żyje – wydusił z siebie.

– Boże!

Danka wyglądała na chorą. Jej twarz była blada i wydawała się pusta. Krzysztof dopiero po chwili spostrzegł, że jest nieumalowana. Nigdy nie widział Danki bez makijażu.

– Zuzanna dzwoniła na pogotowie? Nie? To czekaj… – Złapała komórkę i wystukała numer. Jej głos był zdumiewająco rzeczowy, gdy rozmawiała z dyspozytorką. Tylko trochę drżał. Śmierć Artura nagle wydała się nierealna.

Krzysztof wiele razy był w przedpokoju Fryców. Dotykał boazerii. Siadał na pufie, aby zasznurować buty. Opierał się o wiszące płaszcze i kurtki. Kątem oka przeglądał się w lustrze przy drzwiach. Młotek tu nie pasował. Danka, taka mała i drobna, nawet by się nim porządnie nie zamachnęła. Danka w liliowej koszuli nocnej na cienkich ramiączkach i młotek. Zupełnie bez sensu.

Usiadł na pufie, choć nie miał butów do zasznurowania. Skrzyżował dłonie i ułożył je na udach.

– Że też Mirka akurat nie ma! – westchnęła Danka.

Zniknęła na chwilę we wnętrzu mieszkania. Gdy wróciła, miała na sobie spodnie od dresu i gruby wytarty szlafrok, kiedyś pewnie różowy. Wsunęła stopy w kapcie. Znów zaczęła się mocować z zamkiem.

– Danka, mogę tu zostać?

Udało mu się to wydusić. Nie chciał tam wracać. Nawet do mamy. Nie mógł znieść widoku martwego Artura. Potrzebował odepchnąć to od siebie, przynajmniej na parę chwil.

– Zostań, jak chcesz. Popilnuj dzieci. Ja pójdę na górę, do Zuzi i Artura. Przepraszam: „Zuzanny”. Nie, po co ja to mówię, to i tak już… Idę… Tylko czekaj, bo cały się trzęsiesz…

Przyniosła gruby brązowy koc i zarzuciła mu na ramiona.

– Owiń się dobrze. – Sięgnęła do klamki, ale się zawahała. – Krzysiek… Nie wiem, jak cię pocieszyć. Szkoda go. On nie był zbyt szczęśliwy. Kiedyś tutaj przyszedł i… Jesteś jeszcze młody.

– Danka, to Artur nie żyje. Nie Jakub! Artur! – Podniósł głos. „Jakub”, to zabrzmiało obco w jego ustach.

Jacob nie dawał mu zapomnieć o tym, że mógłby umrzeć. Nie od czasu, gdy Krzysztof znalazł go w wannie z poharatanymi żyłami. A jednak ta nagła myśl o śmierci Jacoba zabolała Krzysztofa, jakby Danka uderzyła go młotkiem. Miałby już nigdy nie oddychać? Nie śmiać się? Nawet nie płakać? Otoczyła go potencjalna nieobecność Jacoba, nie mógł tego znieść. Przykrył usta dłonią. Nie zamierzał krzyczeć, po prostu musiał wykonać jakiś ruch. Poczuł pod palcami dwudniowy zarost.

– Artur? – wyszeptała Danka. – Boże! Artur?! O nie…

Przy wyjściu odruchowo zgasiła światło. Przedpokój pogrążył się w mroku. Krzysztof wsłuchiwał się w jej szybkie kroki. Nie domknęła drzwi. Widział pasek jaśniejszej ciemności między drzwiami a framugą.

Wstał i wyjrzał na korytarz. Choć był owinięty kocem, znów poczuł chłód. W tej bezkresnej ciemności wyczuwało się coś hipnotyzującego.

Kiedy miał cztery czy pięć lat, poszedł szukać mamusi. Mieszkał już wtedy długo u babci. Pewnego dnia, to była środa wieczór, luty, pamiętał do dziś, nabrał pewności, że mamusia musi być gdzieś blisko, wystarczy się rozejrzeć.

Cieszył się na spotkanie z mamusią, zupełnie jakby się umówili. Wymknął się wieczorem, gdy babcia oglądała telewizję. Miał na sobie piżamę w kolorowe smoki. Babcia mówiła, że to niemiecka. Przemknął się do przedpokoju, zdjął łańcuch i cichutko otworzył drzwi, a potem je za sobą zamknął. Jeszcze przez kilka kroków wypełniała go radość. Nagle zrobiło się ciemno. Nie wiedział, dokąd ma iść. Wszędzie była tylko czerń, zupełnie tak jak wtedy, gdy zamykał oczy i bawił się, że nikt go nie widzi. A teraz on nie widział niczego.

Nie było mamusi. Nie było babci. Nie było Labotka. Nie było ciepłego łóżka. Nikt go nie znajdzie: ani babcia, ani mamusia. Zostanie tu na zawsze. Zapłakał. Płacz niósł się echem, jakby ktoś jeszcze płakał w innej części korytarza. A jednak on wiedział, że nikogo nie ma. I nie będzie. Poczuł, że z przodu spodni od piżamy w smoki robi mu się ciepło. Potem zrobiło się zimno. Musiał zasnąć. Babcia potrząsała nim w zdenerwowaniu. Przebrała go w inną piżamę. Potem dała mu ciepłego mleka. Pił półprzytomny. Nie wiedział, co się działo między cichym płaczem a ciepłym mlekiem. Kuchenna lampa raziła go w oczy jak słońce. Niemal bolało, ale nie mógł się powstrzymać, żeby nie zerkać na górę.

Zamknął drzwi mieszkania Fryców, znów dwudziestosiedmioletni. Zapalił światło, otulił się kocem na pufie. Na górze była mama, był Jacob, była Danka, była Ania, była Brygida, był też Artur, choć go nie było. Danka powiedziała pewnie coś w rodzaju: „Krzysiek został u mnie”, żeby mama się nie martwiła. A może mama o niego nie zapytała. Teraz mogła myśleć tylko o Arturze.

Krzysztof podniósł lewą nogę, ułożył stopę na prawym kolanie. Dłonią zaczął ścierać z niej czarny brud. Łaskotał sam siebie, ale nie na tyle, aby się roześmiać. Drobiny spadały na wykładzinę. Potem zrobił to samo z prawą stopą. Nadal były brudne.

Przypomniał sobie bieg do Fryców, przejmujący chłód betonowych stopni. Chciał pomóc, choć wiedział, że jest za późno. Byleby coś zrobić, byle tam nie stać, nie patrzeć na rozpacz mamy, na łzy Jacoba. Nie włożył nawet butów, nie zakrył gołych stóp. Biegł.

Mama krzyczała z rozpaczy, ojczym był martwy, a on, biegnąc po pomoc, myślał o rozsypanym szkle i zastanawiał się, czy się nie zatrzymać, aby oczyścić stopy.

Tyle razy życzył śmierci Arturowi! Lekko się wysyła ludzi do wszystkich diabłów, zwłaszcza jak się jest zbuntowanym nastolatkiem. Kiedyś mu powiedział, że mama poroniła. Miał nadzieję, że jeśli Artur nie umrze, to się przynajmniej rozwiodą. Nie rozwiedli się. Później Krzysztof musiał się wyprowadzić tam, gdzie wcale nie chciał mieszkać. A teraz Artur nie żyje. Właśnie wtedy, gdy jemu, Krzysztofowi, to życie przestało przeszkadzać. Zniknęła niechęć. Dystans między nimi może się nie zmniejszał, ale też nie rósł. Utrzymywał się w ramach przyzwoitości.

Usłyszał hałas. Z pokoju wyłonił się zaspany Dawid, syn Fryców. Poczłapał do łazienki. Nie zapalił światła. Krzysztof słyszał, jak obfity strumień moczu rozbija się o taflę wody w sedesie. Pomyślał, że dwa piętra wyżej jego mama płacze. Jacob może też. Mocz. Łzy. Słona woda z ciała. Jaki był zmęczony! Chciał zasnąć.

– Krzysiek? – Dawid wreszcie go dostrzegł. – Co tu robisz?

– Nic. Idź spać. Wszystko okej.

Dawid wycofał się do pokoju. Ciekawość przegrała ze snem.

Krzysztof przez chwilę nasłuchiwał. Powinien słyszeć filtr z napowietrzaczem, Frycowie mieli rybki. Nie słyszał. Może filtr nie działa, rybki się duszą, a te już martwe wypływają na powierzchnię. Ich ciała wystają z wody, lśnią. Spać, spać, spać. Mama. Jacob. Spać.

Artur nigdy więcej nie nazwie go „Krzysiem”, a on nigdy już nie przyjmie tego z podejrzliwością. Szkoda.

Biedna mama! Biedna mama! Krzysztof płakał cicho, tak samo jak tamten obsikany pięciolatek na zimnym korytarzu. Znów żałował, że mama nie może widzieć jego łez.

Wtedy

(listopad 2009)

Danka wiedziała, że w takich chwilach nie można poddać się emocjom, lecz nie mogła przestać myśleć, o Arturze, o Jakubie, o mamie płaczącej do słuchawki, o tatusiu w trumnie, o Ani Dębiak (po ślubie nazywała się Kowalczyk, ale dla niej zawsze pozostała Anią Dębiak, kiedy patrzyła na nagrobek, nazwisko jej nie pasowało). Biedny, biedny Artur! Boże! Zuzanna! Pogotowie zaraz będzie.

Cuda się zdarzają, pewnie uratują Artura. Było coś takiego jak śmierć kliniczna, ludzie wracali z zaświatów, czytała kiedyś o tym w przychodni, czekała z Dawidem na bilans zdrowia czterolatka, potem zainteresowało ją coś innego, nie dokończyła.

Tuż za drzwiami Hnatów natknęła się na zapłakanego Jakuba. Twarz miał spuchniętą, trząsł się. Widziała sznyty na jego rękach, straszne to wszystko, straszne, jak tak można sobie nożem czy tam żyletką po skórze.

– Artur nie żyje! Krzysztofa też nie ma, może jemu też coś się stało?! Wybiegł, nie ma go, może nie żyje, Artur nie żyje, Krzysztof…

Wiedziała, że musi być stanowcza, jak wtedy, gdy Ewa histeryzowała, gdy Dawid krzyczał, dzieci trzeba po prostu przekrzyczeć.

– Cicho bądź! – Skulił się, jakby miała go uderzyć, patrzył na nią załzawionymi oczami. – Krzysztof jest cały, siedzi u nas. Stój tu i czekaj! Masz się stąd nie ruszać! Pogotowie zaraz będzie.

Poszła do sypialni, przystanęła na progu. Jezu! Artur leżał na łóżku, wyglądał, jakby spał, Zuzanna klęczała obok z głową na jego piersiach. Przy drzwiach kuliły się spłakane dziewczynki. Znalazły się przy niej. Dusiły się od płaczu. Biedactwa, kochane maleństwa!

– Ciocia!

– Chodźcie stąd, malutkie, chodźcie stąd! Idziemy do was. No, już, już!

Ucichły. Poprowadziła je do dziecięcego pokoju i zapaliła światło, zobaczyła wyklejanki na ścianach, zabawki ustawione na półkach, wesołe pluszaki na łóżkach i wykładzinie, wszystko takie ładne, zadbane. Tak tu było miło.

– Wkładajcie kapcie, weźcie jakieś zabawki, idziecie do Ewy i Dawida. Ale szybciutko, szybciutko! Już na was czekają!

Gdzie oni trzymają alkohol? Nie miała czasu szukać. Na drzwiach lodówki znalazła butelkę czerwonego wina. Wódka byłaby lepsza, szkoda, że to nie wódka, ale wino musiało wystarczyć. Sięgnęła do suszarki po filiżankę z duralexu i wlała resztkę z butelki.

– Masz, wypij to, wypij. – Podeszła do Jakuba. – No już!

Wypił i skrzywił się zupełnie jak Dawid, kiedy musiał jeść marchewkę z groszkiem. Wzięła od niego filiżankę, na szkle zostały czerwone smugi, trzeba będzie zalać, bo potem trudno się takie rzeczy domywa. No nie, jak można teraz o tym myśleć?!

– Posłuchaj, musisz zaprowadzić dziewczynki do nas, one nie mogą się tu plątać, jak będzie pogotowie. Tam u nas jest Krzysiek, zostańcie tam. Trafisz do nas? Pierwsze piętro, musisz się skupić! Krzysiek tam jest, słyszysz?

– Tak, tak – odparł. – Zaprowadzić do Krzysztofa. Już.

Dziewczynki czekały w pokoju. Ania uśmiechnięta jak zawsze (Danka czasem sobie marzyła, że Ewa będzie właśnie taka, ale ona była zwykle smutnawa). Przytulała wielkiego pluszowego renifera. Brygidka nie mogła się zdecydować między myszą przytulanką, koszmarną lalką niemowlakiem a Kaczką Daisy. Artur nie żył, Boże…

– Weź wszystkie trzy! – podniosła głos. – Ania, pomóż jej! Ewa czeka!

Sama wzięła mysz pod pachę i wyprowadziła dziewczynki do przedpokoju. Brygidka zaczęła chlipać.

– Ja chcę Donajda!

– Donald na ciebie tu zaczeka, kochanie! Idźcie!

Zamknęła za nimi drzwi. Z korytarza dobiegł płacz Brygidki, nachalne „Donajda”. Danka zobaczyła, że wciąż trzyma pluszową mysz. Odłożyła ją na stolik.

Ruszyła do sypialni Hnatów, ten Artur, Jezu… Zuzanna stała przy oknie. Wpatrywała się tępo w rozkopane łóżko. Danka wyprowadziła ją z sypialni. Nie mogła się powstrzymać i zerknęła na martwego Artura. Wyglądał, jakby głęboko spał. Patrzyła na jego tors, ciemną ścieżkę włosów poniżej pępka.

Po chwili obie siedziały w kuchni. Było już jasno, to byłby bardzo ładny dzień, syczał czajnik grzejący wodę na herbatę. Zuzanna była oszołomiona. Danka zarzuciła jej na ramiona kołdrę z pokoju dziewczynek. Wyglądała śmiesznie, ona, zwykle poubierana w te swoje dziwaczne suknie, Mirek lubił się z nich śmiać, opatulona kołdrą w kwiatki.

– Zabił się, prawda? – Danka nie mogła znieść tej ciszy.

– Miał chore serce.

– Pogotowie zaraz przyjedzie, chociaż to i tak…

Pomyślała, że ona i Zuzanna mogą jeszcze poudawać, że to zwyczajny ranek, nieważne spotkanie przy herbacie. Kto by się przejmował ciszą, kołdrą na ramionach. Jeszcze wczoraj Danka piekła z dziewczynkami ciastka, małe się śmiały, też były poprzebierane w jakieś stare szmatki, a nosiły je jak księżniczki. Zmarzną na tym korytarzu. Zaraz wejdą sanitariusze.

– On już kiedyś umarł. Znaczy miał atak. Pogotowie przyjechało.

– To może i teraz go odratują – odparła Danka. Uderzyła ją absurdalność tego stwierdzenia.

Pomyślała, że lepiej nie wypowiadać głośno takich słów, jak „pogrzeb”, „śmierć”, „stypa”, „testament”, „wdowa”, „kres”. Nie była przesądna, w ogóle, ale lepiej być cicho, na wszelki wypadek, miała taką ciotkę, co wierzyła w przesądy i zawsze mówiła, że będzie nieszczęście, czasem się sprawdzało. Danka zatęskniła za Mirkiem, za dziećmi, za swoim mieszkaniem.

Domofon wreszcie zadzwonił, nacisnęła przycisk. W przedpokoju zostawiła młotek, żeby tylko nie upadł którejś z dziewczynek na nóżkę, one są takie ciekawskie! Nasłuchiwała kroków sanitariuszy.

Pamiętasz.

Wiem, że nie zapomnisz.

Gdy ojciec obcinał nam paznokcie, czekaliśmy na ból. Biały kuchenny taboret był jak narzędzie tortur. Stopy, dzięki którym przemierzaliśmy świat, nagle wydawały się kruche i bezbronne w twardych dłoniach ojca. Niepozorny obcinacz wgryzał się w różową płytkę. Między paznokciem a palcem jest wiele wrażliwych miejsc. Nie zostały stworzone do dotyku. Kiedy takie miejsce naruszyła zimna krawędź obcinacza, stopa zaczynała drżeć. Rozlegał się krzyk, mój lub Twój, a zawsze ojca. Nie znosił mazgajstwa. Gdy stopy robiły się posłuszne i my też, on dalej igrał z naszym bólem. Zamykaliśmy załzawione oczy, zaciskaliśmy pięści i zęby, a obcinacz znów się zbliżał. Półksiężyce paznokci spadały na podłogę. Trudno było uwierzyć, że kiedyś należały do ciała.

Nic nowego, życie można zdefiniować przez czekanie, prawda, Braciszku? Czeka się na wieczorynkę. Na urodziny i prezenty. Na Wigilię. Na możliwość skosztowania ciasta. Na śmierć. Bo mieliśmy umrzeć. Te nasze wadliwe serca miały się zatrzymać za wcześnie. Nieposłuszne dzieci straszy się potworami wychodzącymi z szafy, spod łóżka. Śmierć jest z nich czymś tak najgorszym, że nie wolno nim straszyć. A myśmy ją widzieli. Wypływała z roztrzaskanej głowy Justysi, dotąd szczęśliwego dziecka, które miało zdrowe serce i długie życie przed sobą. Tkwiła też w nieruchomej Lusi, która zasnęła, aby już się nie obudzić. Od czasu ich śmierci my mieliśmy umrzeć jeszcze bardziej.

Na pewno było jakieś inne, wcześniejsze życie, niekrótkie dwanaście lat. Brak go w mojej pamięci, jakby ktoś je wykreślił. A musieliśmy kiedyś być głównymi bohaterami własnej opowieści. Psociliśmy i dostawaliśmy lanie, poniżeni, płaczący i przekonani, że to najgorsze, co nas w życiu spotyka. Matka mogła być kiedyś czuła tą niekrzywdzącą czułością. Lusia, anemiczna, wiecznie chorująca, wcale nie musiała przeczuwać, że jej serce niedługo znieruchomieje, jak zwierzę kamuflujące się przed drapieżnikiem. Justysia emanowała wdziękiem i radością. Ona jedna nie wiedziała, co to śmierć, nie miała się dowiedzieć. Tańczyła bez muzyki. Spadała krótko, może przypuszczała, że to nowa zabawa. Chcę myśleć, że nie zdążyła poczuć strachu.

Pamiętam. Pytałeś w ciemności: „Umrzymy razem?”, jakbyś wierzył, że to najlepsze rozwiązanie, które nas uchroni. Mówi się „umrzemy”. Nie, bo „umrzymy”. Inne dzieci pobiegłyby do rodziców i przekrzykując się, dowodziłyby swoich racji. Nasi rodzice byli zbyt daleko od nas, groźni, niezrozumiali. Baliśmy się ich. Strach potrafi być tak samo silnym uczuciem jak miłość, wiesz o tym, Braciszku. Spaliśmy z tym złudnym poczuciem bezpieczeństwa, jakie daje czyjaś współobecność. W świat snu i tak wdzierał się ten, który zostawiliśmy na jawie. Można zamykać oczy, ale i tak trzeba patrzeć. Można zatykać uszy, ale i tak się słyszy. Można zaciskać usta, ale i tak się krzyczy. Mówiłeś, że krzyk jest czarny, a płacz, ten płacz ze strachu, a nie z powodu głupiego klapsa, ma kolor wrzątku. „Kolor nie ma wrzątku”, powiedziałem, a potem zaczęliśmy się śmiać.

Nasza matka trafiła do szpitala, do chorych o smutnych, otępiałych twarzach, a myśmy też mieli kraty w oknach naszego życia, pamiętasz. Wiem, co myślisz, to patetyczne i głupie. Może. Pamiętasz. Bawiliśmy się w układanie naszym siostrom życia. Mogłyby żyć, gdyby nie otwarte okno. I my moglibyśmy wtedy żyć. Bez krat w oknach. Bez świadomości, że umrzemy. To życie będzie wracać.

Jesteśmy dorośli, a ten strach nie dorósł. Myśmy nie wyszli z tamtego pokoju, z tamtego łóżka, nie wyszliśmy przez okno, bo kraty zagrodziły drogę. Nigdy nie wyjdziemy.

Braciszku, tak czy inaczej byśmy umarli. Jak nasze siostry, nasi rodzice, nasze żony, nasze dzieci, jak wszyscy, których kochamy. Zrozum, to nie ma większego znaczenia. Po prostu się umiera. To tylko na zawsze.

Potem

(listopad 2009)

Obudziła się w ciemności wyspana, silna. Wyciągnęła rękę do Artura, natrafiła na twarde oparcie kanapy. Trzeba zrobić śniadanie, obiad, kolację, dziewczynki zapędzić do szkoły, do lekcji, do spania, skąd ta kanapa? Artur nie żyje. Jego otwarte szkliste oczy. Płacz dzieci. On miał chore serce. Nadchodzący pogrzeb. Ostry głos Honoraty. „Tak, straszna tragedia, będą państwo, pogrzeb we wtorek, tak”. Artur nie żyje. Zuzanna wtapiała się z powrotem w miękkie obicie.

Widziała kartę zgonu wystawioną przez Andrzeja. Znała ten podpis z recept. Zamaszyste „A”, rozedrgane „M”, pozostałe litery małe, jakby nie zdążyły dorosnąć do swoich poprzedniczek. Zapisywał leki Arturowi, jej, dzieciom, żeby byli zdrowi, żyli. „W aptecznej kasie jest tyle pieniędzy, a ty tak mało zarabiasz”, żartował Artur, choć zarabiała więcej od niego. Tym razem jej własny brat urzędowo uśmiercił Artura. Podpisał się pod jego śmiercią. Przez wiele lat nosiła to samo nazwisko: Mora. Grentel, Hnat, te otrzymała jak jeden z prezentów ślubnych. A to Mora było najbardziej jej.

Nie umiała zaprotestować, kiedy Danka stwierdziła, że Artur się zabił. Nie powiedziała do sanitariuszy ani słowa. Nie krzyczała, gdy Danka dzwoniła do jej brata. „Panie Andrzeju, Danuta Fryc z tej strony, dzwonię od Zuzanny. Artur nie żyje”. Zastanawiała się, gdzie jest wyjście z tego koszmarnego snu. Chciała zapytać Danki. Potem przypominała sobie o Arturze i nie pytała o nic.

Dziś pogrzeb. Grób już czekał całe lata, wcześniej otworzył się dla Janka, teraz miał przyjąć Artura. Ilekroć byli na cmentarzu, Artur wyglądał tak, jakby chciał wejść do środka grobowca, tylko nie znał zaklęcia otwierającego wrota. Jego rodzice, siostry i Janek na niego czekali. Uśmiechali się z porcelany. Teraz tam wejdzie. Zuzanna będzie patrzeć, jak znika na zawsze. Artur nie żyje. Nie będzie go więcej.

Zachciało jej się pić. Artur nie żyje. „Chce mi się pić, dasz mi wody?” Nie dała mu wody, nie sięgnęła po szklankę, po butelkę. „Gdzieś ty był?!” Stali w ciemnej kuchni, młodsi, mroczniejsi. Artur nie żyje. Wstała. Ostrożnie szła przez mieszkanie. Przypomniała sobie, że Honorata śpi w kuchni na dmuchanym materacu. Nie chciała jej budzić.

A jednak Honorata nie spała. Siedziała po ciemku przy stole i piła herbatę. Zuzanna dostrzegła ją, gdy otwierała lodówkę. Światło padło na przysadzistą sylwetkę Honoraty, jej koszulę nocną w kolorze burgunda, poruszające się w oddechu potężne piersi, ciemny warkocz, zwykle upięty na czubku głowy w koronę, teraz spoczywający na ramieniu.

– Człowiek nie ma czasu pomyśleć przy tych dzieciakach. Teraz mam na głowie całą czwórkę. A już z dwójką to wystarczająco dużo roboty. – Otaksowała Zuzannę czujnym spojrzeniem. – Lepiej, żebyś się wyspała. Nie chcesz chyba zasnąć nad grobem.

– Chce mi się pić.

– Pić… – powtórzyła Honorata.

Zuzanna nalała wody do szklanek. Obecność Honoraty uwierała ją jak nerwoból. Powinna spać spokojnie, nie dopuściłaby do siebie bladych zjaw. Kuchnia to było miejsce Artura. Tutaj najczęściej za dnia udawał tego człowieka, którym chciał być. Tutaj często uciekał nocą, kiedy wracał do niego ten Artur, którym był w istocie.

Nie, Honorata tutaj nie pasowała. Gruba, rumiana i głośna, wydawała się wręcz nachalna ze swoim istnieniem. Nie płakała. To ona wzięła na siebie organizację pogrzebu, poinformowała dziewczynki o tym, co się stało, tuliła je, gdy płakały, zamówiła klepsydry, przygotowywała posiłki, odbierała telefony. Jej głos był uciążliwy jak dźwięk wiertarki rozpruwającej ścianę.

Zuzanna nie umiała się jej przeciwstawić. „Chciałabym na chwilę zostać sama”, powiedziała w dzień po śmierci Artura. „Nic z tego, moja droga. Spuszczę cię z oka, a tobie jeszcze coś do głowy strzeli! Sama się jeszcze nabędziesz! Na całą resztę życia! A teraz jedz rosół. Jak powiesz jeszcze słowo o braku apetytu, to cię nakarmię jak Brygidkę!” Rosół pachniał wspaniale, a Zuzanna nienawidziła się za to, że jej smakował.

Przyglądała się przywiędłej ze zmęczenia Honoracie i po raz pierwszy od śmierci Artura odczuła wdzięczność. Może nie łączyła ich głęboka sympatia, ale pewien rodzaj niepisanego porozumienia. Nosiły to samo nazwisko. Obie budziły się w nocy w pustych łóżkach i nie spały w oczekiwaniu, aż ich mężowie wrócą ze swoich korytarzowych wędrówek.

– Może przyjdziesz tam do mnie?

– Zaparzę nam melisy. – Honorata podniosła się z krzesła.

Nie zapaliła światła, wystarczył jej wyświetlacz komórki. Nastawiła czajnik, wyjęła kubki, otworzyła szafkę, znalazła opakowanie melisy i po chwili zalała dwie torebki.

Weszły do salonu. Czekały, aż wzrok przyzwyczai się do ciemności. Usiadły na kanapie. Melisa parowała. Zuzanna pomyślała, że pogrążone w ciemności pokoje mają w sobie coś z grobowców.

– To Artur z Jankiem zawsze tu siadali, pamiętasz? – spytała.

– Ja tam wiem, że Artur mnie nie lubił. – Honorata głośno upiła łyk z kubka. – Jak mógł zresztą lubić którąkolwiek dziewczynę Janka, a co dopiero żonę? Jesteś już całkiem trzeźwa – dodała po chwili. – Te twoje magiczne tableteczki nasenne wyparowały. Najlepiej przespać wszystko, nie?

Spać. Tak. Być martwą na katafalku kanapy. Dziś przez sen słyszała „mamusiu”, potem Honoratę: „Daj mamie spać” i protest Ani: „Ale jest dzień, a w dzień się nie śpi”. Zuzanna wiedziała, że nie chce się obudzić, lepiej byłoby, gdyby dalej spała. Nie potrafiła sobie tylko przypomnieć dlaczego. Głosy cichły. Zasnęła.

– To ciągle wraca. Zwariować można od tych powrotów, świadomości, że on nie żyje. Wynieśli stąd Artura jak niepotrzebny mebel.

– A na co byś go teraz potrzebowała? Żeby ci tu gnił? Mało brakowało, a by ci go pokroili jak kurczaka. Wymogłam na twoim bracie, że nie będą Arturowi robić sekcji. Wiedziałaś o tym?

Sekcja zwłok. Noże. Jego piękne ciało obnażone, rozcięte. Płuca, chore, już bezużyteczne serce, żołądek wyjęte z wnętrza Artura, a potem upchnięte byle jak w środku. Zuzannie zrobiło się niedobrze.

– Tak, teraz obie jesteśmy artystowe wdowy – powiedziała Honorata prawie pogodnie. – Pamiętasz, Janek tak mówił, „panie artystowe”. Kobiety, o których historia pamięta tylko dlatego, że kiedyś były żonami artystów.

– Nie przypominam sobie. – Zuzanna pokręciła głową. – Przestań tak mówić. Straciłam męża.

– Ja też straciłam. I zostałam z tym sama. Kiedy Janek zginął, musiałam się wszystkim zająć. Jakoś nikt nie wpadł na to, żeby mi wtedy pomóc. Twój szanowny mężuś nie ruszył dupy, tobie też się nie chciało pofatygować. Co nas obchodzi, że kogoś innego kurewsko boli, nie? – Odstawiła kubek na stół. – Tylko ból Artura się liczył! Cholerny egoistyczny skurwiel!

Urwała, ale nie przeprosiła. Mierzyły się wzrokiem, przestraszone. Podniesiony głos nie pasował do tego miejsca, do nocy, do śmierci.

– Myślałaś, że tylko Artur się rozsypał, nie? – ciągnęła już spokojniej. – Mięczak, prawie wpadł do grobu. Historia by się powtórzyła! Jak z tymi małymi. Jak im tam było, nie mam pamięci do imion.

– Justyna i Alicja – odparła Zuzanna takim tonem, jakby podawała datę bitwy podczas odpytywania z historii.

– Wtedy musiał minąć chyba tydzień. Teraz niecały rok.

Wpatrywały się w przestrzeń, jakby siłą wspomnień mogły zmaterializować Artura i Janka w tym pokoju. Spędzili tu wspólnie wiele spokojnych popołudni. To były dobre dni. Ta epoka odeszła wraz ze śmiercią Janka.

– Znów są razem – odezwała się Zuzanna. – Zwyciężyli.

– Umarli.

– I może to było ich zwycięstwo.

Przypatrywały się sobie pełne niepokoju. Taka retoryka była im obca. Zupełnie jakby ktoś inny wkładał im kwestie w usta. One przecież trzymały się życia, nienapuszonych słów. Ktoś musiał.

– Te ciemności – mruknęła Zuzanna.

Przypomniała sobie jedną z gorszych nocy Artura, niedługo po przeprowadzce, gdy jeszcze łudziła się, że nie zaproszą demonów do nowego miejsca. Gdy się obudziła, Artura przy niej nie było. Znalazła go w ciemnym salonie. Siedział na kanapie. „Artur?” Nauczyła się nie pytać z tym mieszczańskim zdziwieniem w głosie, co on robi. Zauważył ją. Posunął się, aby mogła przy nim usiąść.

„Moja matka stawiała pasjanse. Lubiłem się przyglądać kartom. Chciałem jej pomagać. Mówiła, że pasjans wszystko powie, wystarczy zadać pytanie. Jakoś o śmierć dzieci nie zapytała…” Westchnęła. Nauczyła się też z nim nie kłócić, gdy mówił o swoich zmarłych. Lepiej było podjąć z nim tę grę. „Myślisz, że chciałaby znać odpowiedź?”, spytała, ale on nie potrzebował jej pytań. „Ja dzisiaj gram w tysiąca. Nie stawiam pasjansów. Czasem, kiedy karty plaskają o stół, to przypomina mi się… Ten dźwięk jest zawsze taki sam”. Siedzieli w ciszy. „Artur, chodźmy już spać”. Posłuchał jej, wyszli.

– Janek mówił ci o tym, że ich matka stawiała pasjanse?

– Mówił. Potem spaliła karty. – Ostry głos Honoraty zdawał się przebijać mrok.

– Wiem, znam tę historię.

Honorata wstała.

– Idę spać. I tobie też radzę się położyć.

Zuzanna została sama. Przypomniała sobie karciane wieczory z Frycami. Tasowanie. Wachlarze. Bezwartościowa dziewiątka. As. Dama karo. Stówka. Po stówce. „Ach! No, nie ugram”. „Bierz”. „Pyszna ta pasta, Danka, to anchois?” „A wiesz, że mi w musiku przyszły dwie dziewiątki, do bani taki interes”. „To co, drugie piwo?” „Ej, rozbiłeś mi meldunek!” Łagodnie płynący czas.

Patrzyła w mrok. Teraz będzie tasować przeszłość i przyszłość. Taka stanie się jej teraźniejszość. Wspomnienia, własne i cudze, wracające, bolesne, przetwarzane, nadzieje, które już się nie spełnią, nigdy nie miały się zdarzyć. Fałszywa radość, dawne szczęście, te wszystkie winy. Artur nie odejdzie, zostanie z nią. Jego życie, ich życie odbędzie się raz jeszcze. I znowu, znowu, znowu. Ona nie wypuści kart z rąk.

Położyła się. Może zaśnie. Może przyśni sobie Artura. Jednego była pewna, będzie miała tę chwilę z Arturem, gdy tylko otworzy oczy. Nadal nienawidziła tych pierwszych sekund tuż po przebudzeniu. Może kiedyś nauczy się je kochać. Tylko wtedy mogła być żoną Artura, a nie wdową po nim. Jeszcze tkwiąc na granicy jawy i snu, szukała znajomego ciała obok, ciała, którego już nigdy nie miała przy sobie znaleźć.

Potem

(listopad 2009)

Śniła koszmary na jawie, a potem następowały jeszcze gorsze przebudzenia. Więcej w tym było śmierci Artura niż jego istnienia. Śniło jej się, że Artur nie żyje, znowu, jak to dobrze, że to tylko sen. Ale on nie żyje, rozwarte usta, szkliste oczy, płacz Jakuba, sobotnie słońce, sanitariusze wynoszący Artura jak zużyty sprzęt. Jej krzyk, tak samo bezwartościowy jak poprzednie. Głos, co nikogo już nie przywoła.

Chwilami wydawało jej się, że znowu śni. Siedziała w fotelu i patrzyła na zgromadzonych gości. Zastanawiała się, skąd się wzięli w tym miejscu z tak różnych światów. Ciocia Wanda. Irpyndowie. Danka i Mirek. Andrzej. Romek z dziewczyną (jak ona miała na imię?) i małym Fabianem, Zośka Fogas, Krzysztof i Jakub, a nie, Jakuba nie widziała, pewnie gdzieś zniknął w tłumie. Dostrzegła też Bogacką i jej konkubenta. Gdzie Artur? Artur nie żyje. Ma już inny dom, spokojniejszy. Nie ma go. Taki sen. „Miała bardzo zły sen”, powiedział Artur. Nie, to stypa. Artur nie żyje. Więcej go nie będzie.

On nigdy nie zgodziłby się na stypę u siebie w domu. Ta myśl uderzyła ją jak pięść. Oto jeszcze jedna krzywda do całej kolekcji krzywd, jakie Artur od niej wycierpiał. Uważał dom za miejsce tylko dla rodziny i przyjaciół, którzy byli jak rodzina. Nie zaprosiłby nigdy swego szefostwa, kolegów z pracy czy kuzynów Zuzanny, których widzieli ostatnio na ślubie. Może dobrze, że nie widział, jak krążą po jego domu, podziwiają obrazy, oglądają zdjęcia, podnoszą przedmioty i odkładają na miejsce. Artur nienawidził Święta Zmarłych, a ona mu je przygotowała na początek śmierci. Tak to wyglądało.

Ile to było lat temu, tamten koszmarny pierwszy listopada, Brygidka miała się niedługo urodzić, gdy pojechali na cmentarz, bo Zuzanna miała taki kaprys. Powiedziała mu coś o normalnym życiu. Odtąd te wspomnienia będą dźgać jak noże… Jak on się wtedy wściekł! Wściekłby się i teraz.

Nie, nie, ona nie musi czuć się winna. Nie była w stanie zająć się pogrzebem. Jej świat ograniczył się do kanapy, sufitu i tabletek nasennych, pozwalających jej śnić o świecie, w którym jest Artur, a jeśli umiera, to tylko na niby. Gdy się budziła, słyszała ostry głos Honoraty. „Dziewczynki, bez hałasu, mama śpi, tak, proszę pani, to straszna tragedia, serce, nie, nie, żadnej sekcji, co mają go kroić. Ona prawie nie wstaje, jest w szoku, nie? Tak, w czwartek, potem zapraszamy, oczywiście. Nie, to żaden kłopot, Zuzanna się ucieszy”. Czasami Honorata pochylała się nad nią. „Ja ci mówię, to naprawdę taniej wyjdzie w domu niż w knajpie, ta wasza Danka nagotuje barszczu, dwie sałatki zrobi, a kotlety to się zamówi, ja mam taką panią, która takie rzeczy mi robi. Catering taki. Przyjdą ci z muzeum, ci, Ir-coś tam. Wiesz, zaprosić wypada, to zawsze dobrze świadczy, nie? Andrzej podobno zadzwonił do jakiejś waszej ciotki, Weroniki? Wandy? Władzi? Coś na wu. Też będzie”. Choć Zuzanna rozumiała słowa, nie mogła uchwycić ich sensu. „Gdzie Artur? Coś mi się śniło, nie pamiętam”. Honorata kręciła głową. „Zuzanna, ja ci te piguły zabiorę, bo ty półprzytomna jesteś. Artur do Janka się wybrał”.

Zuzanna wsunęła się głębiej w fotel, wygodny, ciepły. Dobrze, że Honorata wszystko zorganizowała. Gdzie Artur? Ach, w grobie, w solidnej trumnie. To jej się śniło, szła w kondukcie, zaraz za trumną, wypatrywała Janka, musiał się tam znaleźć. Dziewczynki biegły alejkami napominane przez Honoratę. Zamknęła oczy. Nie chciała tu być. Czy Artur widział teraz tę samą ciemność? Tylko to?

– No on miał chore to serce, a się nie oszczędzał, przecież jeździł, pracował, za granicą był teraz, w Pradze.

– A to nie było tak, że cała rodzina na serce zeszła? Ktoś tam chyba wpadł pod auto?

– Teraz na tych obrazach to się ona wzbogaci. Mówią, że śmierć to najlepsza reklama dla sztuki!

– Myślisz, że się poświęcił dla reklamy?

– Na pogrzebie to jak kamień stała, ani jednej łzy, ale ludzie tam różnie reagują.

– A ty do której już chodzisz klasy, Aniu? Podoba ci się w szkole?

– Jaka ona już duża!

– Pogrzeb miał piękny, tyle ludzi, każdy chciałby mieć taki pogrzeb!

– Ładna, nie wygląda na swoje lata, tylko trochę dziwna jest, te suknie, kto tak się ubiera?

– Ja właśnie mówiłam, musimy zrobić mu wystawę, bo te obrazy są, no, ja jestem pod wrażeniem, zawsze byłam, kreska kreską, ale te wizje…

– A ciocia Wanda jest?

– Mirek, przynieś jakąś ścierkę, szybko, szkoda obrusa!

– Pyszna sałatka, spróbuj. Ta z ryżem. Kto to robił? Zuzanna?

– Biedna kobieta…

Nie mogła się podnieść. Może śniła o swojej śmierci. Gdy się obudzi, powie Arturowi: śnił mi się niby twój pogrzeb, a potem się okazało, że to ja nie żyję, co za szczęście. Zastawione stoły, zaaferowani ludzie, istny jarmark. Potem przypomniała sobie, co się stało. Sny rozpłynęły się w niej, aby nigdy już nie powrócić. Tak jak Artur.

„Miała bardzo zły sen”. Przypomniała sobie, jak płynęła niesiona prądem konduktu pogrzebowego. Tyle razy przemierzała tę drogę z Arturem, choć najchętniej wymazałaby cmentarz z mapy swego życia.

Szła, Artur był przed nią, zamknięty w trumnie. Słyszała szmer kroków, głosy. Taka tragedia! Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie… Brzydko, jak to na pogrzebie. „Ciociu, kiedy pójdziemy do domu?” „Brygidko, słoneczko, już niedługo. Bądź grzeczna, a później dostaniesz duży kawałek ciasta! Wieczny odpoczynek…” W chwilach gdy docierało do niej, że Artur może nie żyje, wypatrywała Janka, tak jakby naprawdę mógł się zjawić. Musiał przyjść, choćby po to, aby powiedzieć jej coś w rodzaju: nie martw się, zajmę się nim. Wtedy ona, w tym śnie, „miała bardzo zły sen”, uśmiechnęłaby się do niego z wdzięcznością, świadoma, że zaraz się obudzi i powie Arturowi: śnił mi się twój brat. On by się ucieszył, jakby tym bzdurnym snem dopisała Jankowi apendyks do biografii. Artur nie żył. Nie żył. Nie żył. Leżał w trumnie, w grobie, może było w nim jeszcze trochę ciepła.

Kiedy Janek zginął, on też chciał umrzeć. Wił się na podłodze, silny ogromem własnego bólu. Trzymała go za ręce. Leżeli na ziemi. Słuchawka telefonu buczała, kołysząc się na napiętym kablu. Artur uderzał głową o podłogę. Chciał wybić z siebie całe cierpienie, całe życie. „Przynieś poduszkę, szybko!”, krzyknęła do Krzysztofa. To było blisko rok temu.

– On chciał umrzeć – powiedziała. Nie umiała się przebić przez gwar. – On chciał umrzeć!

Rozmowy cichły. Zobaczyła skonsternowane twarze. Próbowała się podnieść, opadła z powrotem na fotel. Dopiero za drugim razem się udało. Zachwiała się, ale zdołała się utrzymać na nogach. Krzysztof podbiegł, gotów usadzić ją z powrotem. Odepchnęła go.

– On chciał umrzeć! On chciał umrzeć! On chciał umrzeć! – Usłyszała rozpacz w swoim głosie.

– Jak to chciał umrzeć, Zuzanna, no przecież nie chce się umierać! – odezwała się ciocia Wanda.

– Serce mu wysiadło, opanuj się! – dodał Andrzej.

Irpyndowa podeszła i próbowała objąć Zuzannę. Na zniszczonej opalenizną twarzy widniał niesmak.

– Powinnaś odpocząć. Każdy tutaj to zrozumie. – Rozległy się aprobujące pomruki. – Panie Mora – zwróciła się do Andrzeja. – Proszę ją zaprowadzić do sypialni.

Andrzej musiał przytrzymywać Zuzannę, ale prowadził ją pewnym krokiem. Żałobnicy rozstępowali się jak czarne morze. Mirek doskoczył do niej z kieliszkiem wódki, wychyliła go, krzywiąc się, jakby łykała truciznę. Rzuciła kieliszek na dywan.

Sypialnię już uprzątnięto. Przez chwilę wydawało się, że to znów ten bezpieczny półmroczny pokój utrzymany w pastelowych kolorach. Gdy tylko Zuzanna zobaczyła łóżko, obrazy wróciły, ale była zbyt zmęczona, żeby je na nowo przeżywać. Położyła się. Poczuła pod głową miękką poduszkę. „Przynieś poduszkę, szybko!”

Odwróciła głowę. Na stoliku nocnym nie było brązowego kubka, w którym co wieczór parzyła Arturowi zioła. Przypomniała sobie. Jak tylko wyniesiono ciało Artura, poszła do sypialni, wzięła kubek i zaczęła nim tłuc o kant zlewu tak długo, aż w palcach zostało jej tylko uszko. Danka wróciła i bez słowa zgarnęła fajansowe skorupki na śmietniczkę.

Andrzej usiadł na brzegu łóżka i obdarzył Zuzannę bezradnym spojrzeniem. Skubał brodę, jak zawsze w chwilach zdenerwowania.

– Ty nie mów, że on chciał umrzeć – odezwał się. – Artur był, jaki był, miał swoje szmergle, tam z tymi siostrami, z tym całym Jankiem, ale tak mówić nie można.

– To nie mów, że jest inaczej. On chciał umrzeć. Od śmierci Janka, a może i dawniej. Przez wszystkie lata tylko na to czekał.

– Nie można czekać na śmierć, żyjąc. To zaprzecza… – Potrząsnął głową. – Nie, to jest niedorzeczne! Jesteś farmaceutką, przypominam ci!

Nabierała sił. Półmrok tworzył atmosferę intymności. W sypialni, z dala od gwaru, łatwiej było odczuć obecność Artura. Być może teraz byli jeszcze bliżej niż za życia. Przez moment miała nadzieję, że go znów zobaczy, sylwetkę, która z latami straciła na smukłości, ciemne kręcone włosy, jego interesującą twarz, serdeczny uśmiech dobrego człowieka, który mimo wszystko lubi świat, choć spotkały go tragedie. Ten uśmiech miał ją dręczyć najbardziej.

– Można, jak się wcześniej umarło, a nadal się żyje – odparła spokojnie. – Nie rozumiesz? To jego pogrzeb, a ja umarłam.

– Odpoczywaj. – Podniósł się i ruszył w stronę drzwi. Nawet się nie odwrócił, tak szybko chciał przejść tam, gdzie jedli, pili, rozmawiali, wchodzili i wychodzili.

Spojrzała w stronę okna. Pod roletą krył się inny świat. Dzień jeszcze trwał. Noc już nadchodziła.