Lambro. Powstańca grecki. Powieść poetyczna w dwóch pieśniach - Juliusz Słowacki - ebook

Lambro. Powstańca grecki. Powieść poetyczna w dwóch pieśniach ebook

Juliusz Słowacki

0,0
14,90 zł

lub
Opis

Opowieść o greckim bohaterze żyjącym w XVIII wieku, ukazanym jako osoba słaba, niezdolna do ponownej walki. Punkt wyjścia stanowił dla Słowackiego żal spowodowany jego niemożnością wzięcia udziału w powstaniu listopadowym. W utworze po raz pierwszy w Polsce opisane zostały stany narkotyczne.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 46




Juliusz Słowacki

Lambro

Powstańca grecki. Powieść poetyczna w dwóch pieśniach

Warszawa 2017

Pieśń pierwsza

...Should we again provoke

Our stringer, some worse way his wrath may find

To our destruction; if there be in hell

Fear to be worse destroy’d...

Milton

I

Falo błękitna, kołysz łódkę Greka,

Niech mu po morzu ściele księżyc złoty

Ścieżki obłędne, niech przed nim ucieka,

Gdy po tej drodze puści żaglów loty;

Kołysz go, falo, i łódkę Majnoty

W samotną morza obłąkaj krainę,

I tam mu powiedz: „Ja nosiłam floty

Na moich skrzydłach aż pod Salaminę;

Płynęłam taką, jaką dzisiaj płynę”.

W Archipelagu zanieś go ostrowy.

Tam góry chmurą owiane błękitną,

Na górach kolumn potrzaskane głowy;

Nad nimi wiecznie kwitnie laur różowy,

Pomarańczowe drzewa wiecznie kwitną

I śniegiem kwiatów zasypują gruzy.

A ludzie – cierpią, że umrzeć nie śmieli;

Twarz ich boleści rysem naznaczona.

Gdyby tu błysnął dawny wzrok Meduzy,

Gdyby ci ludzie, jak są, skamienieli,

Ileż by nowych posągów przybyło,

Łamanych wiecznym bólem Laokona.

Tu nad pomników i ludzi mogiłą

Księżyc posępny płynie co wieczora.

Gdy góry światłem błękitnym przeniknął,

Mgły zasłonami doliny ośnieżył,

Szuka posągów, które widział wczora,

Do których twarzy wiekami przywyknął;

Blady – jak starzec, co na ziemi przeżył

Zagasłe, mrące co dnia dzieci koło;

Gdy wszyscy padną, gdy ostatni padnie,

Tak ma wiekami wyniszczone czoło,

Że się nie chmurzy żalem ani bladnie,

I nikt cierpienia z twarzy nie odgadnie.

II

Archipelagu wysp wieniec różowy

Lekkich kaików przerzynają wiosła.

Jak dawne nimfy, tak dziś te ostrowy,

Przed tureckimi uciekając gwałty,

Odmienne pierwszym biorą na się kształty.

Jak niegdyś Dafne w liść lauru porosła,

Tak dzisiaj Hydra zielona laurami.

Ipsara skalnym błyszczy stroma brzegiem,

Podobna córce głazowej Tantala,

Gdy pod nią śnieżna rozbija się fala,

Wiecznie od czoła wieńczonego śniegiem

Kryształowymi upłakana łzami.

Ipsarskie miasto, jak dłutem snycerza

Ze skał ciemnego łona wydobyte,

Barwy ma szare, od tła nieodbite

I lasem masztów na poły schowane.

Gdzieniegdzie lekka minaretów wieża

Niesie pod niebo szczyty ołowiane.

Tam rzędy okien, od łuny zachodu

Jak mnogie lampy rozpalone, drżące,

Co chwila bladsze, co chwila gasnące,

Już zaszły mrokiem – ale szczyty grodu

Długo złociste miały słońcem dachy.

Ostatnie światło z ciemnością się starło...

Chociaż to miasto na pół obumarło,

Gwar słychać w mieście – bo bezludne gmachy

Głośniejszym odgłos odbijają echem;

Gwar smutny – rzadko pomieszany śmiechem

I tajemniczy jako te odgłosy,

Które wiatr z martwej muszli wydobywa.

W głębiach haremów lśniące perłą rosy

Palą się róże – smutno słowik śpiewa;

Przez szczyty murów na ciche ulice

Wonnych akacji zwieszają się kwiaty;

Czasem pochodnia błyśnie spoza kraty;

Księżyc turbanu olśni bawełnicę.

To Turek dąży w znajomą gospodę,

Co inne gmachy przenosi wytworem;

Gdzie wielkie kotły wrącą źródeł wodę

Leją w kanały złotym dziwotworem;

Ta z kłębem pary wytryska w fontanny

I wieczną walkę z zimną siostrą toczy,

Opryska warem, parą ją omroczy,

Wprzód nim zezwoli iść do wspólnej wanny.

Tam woń arabskich napojony duchem

Przechodzi Turek w marmurowe sale;

Jedna za drugą wiążą się łańcuchem,

Kłamane dalej w zwierciadeł krysztale.

Tam Grek usłużny obiega wokoło,

Dla muzułmanów nie szczędzi ukłonu:

Do ziemi chyląc osiwiałe czoło

Nalewa mokkę w łono róż z Japonu;

Potem przed Grekiem stawia czarę z gliny,

Chowając aspra, do czary nalewa

Napój z makowej tłoczony rośliny,

Co śmierć sprowadza – jak cień tego drzewa,

Które usypia snem głębokim zgonu.

Mrok spada w dymu stambulskiego chmurze,

Gdzieniegdzie tylko z Etrusków wazonu

Widać w połowie wychyloną różę;

Gdzieniegdzie błyszczą sztyletów głowice;

Tam nieruchome wyznańców turbany

Porosły kołem jak łąk tulipany;

Nad turbanami palą się księżyce.

III

Wchodzi do sali młody Ipsariota,

Jak u śpiewaka twarz blada i smutna;

I na ramieniu miał kapotę z płótna,

Niegęsto nićmi przetykaną złota.

Widać z gitary – znać po blasku oka,

Że z pieśnią sioła i grody przebiega...

Wnet go tłum Greków dokoła oblega,

Wypuścił bursztyn wierny syn Proroka.

Greki i Turki zarówno ciekawi,

Jaki głos śpiewak, jaki lutnia wyda.

Czy ich upiorów powieścią zabawi?

Czy brylantową bajką Alraszyda?

Śpiewak po sali wiódł wzrok obłąkany,

Jak gdyby liczył tureckie turbany;

A potem spojrzał w mnogie Greków twarze

I gdy w nie patrzał – znalazł dźwięk w gitarze.

Powieść Greka

IV

Małe tu znajdę dla pieśni pokupy,

Miłość ją kraju i rozpacz uprzędły.

Tu zżółkłe twarze – może serca zwiędły?

Miałem tu znaleźć ludzi – widzę trupy.

Niezdolni z życia wybić się skonaniem,

Wyście odważni – lecz na pół otrucia,

Wyście przywykli zabijać pół czucia

I zmartwychwstawać, lecz półzmartwychwstaniem,

Wiecznie okuci w żelazne ogniwa.

Pieśń często z kajdan iskry wydobywa;

Więc będę śpiewał i dążył do kresu;

Ożywię ogień, jeśli jest w iskierce.

Tak Egipcjanin w liście z aloesu

Obwija zwiędłe umarłego serce;

Na liściu pisze zmartwychwstania słowa;

Chociaż w tym liściu serce nie ożyje,

Lecz od zepsucia wiecznie się zachowa,

W proch nie rozsypie... Godzina wybije,

Kiedy myśl słowa tajemną odgadnie,

Wtenczas odpowiedź będzie w sercu – na dnie.

Myśl syna pieśni ciemna, niezgłębiona,

Jest jako fala umarłego morza;

Co jej powierzysz, wnet wyrzuca z łona,

Lecz barwą ciemnych głębi przyodzieje,

Da nieśmiertelność kamiennego łoża,

Kwiat w niej nie tracąc barwy kamienieje.

Lecz jeśli wieszczek nie znajdzie wyrazów,

W głąb jego serca słuchacz nie dosięga;

Często podobny sam do zimnych głazów,

Choć pieśń ognista w myśli się wylęga;

Często go słuchacz odbiegnie wesoły...

A pieśń, co ledwo dopłynie połowy,

Jak mórz zamarłych owoc rubinowy

Bezpłodne w sobie zamyka popioły.

V

Niegdyś nam północ miecz podała w dłonie,

A potem chytra bezsilnych odbiegła.

Widziałem walkę – widziałem to błonie,

Gdzie siła naszych rycerzy poległa.

Ja byłem dzieckiem i patrzałem z chaty...

Powietrze chmura proporców krajała,

W tureckich szykach lśnił księżyc bogaty,

Nad nim dym srebrny wyrzucały działa,

Stamtąd huk leciał, stamtąd ziemia grzmiała

I grad pocisków wyrzucały spiże;

A stąd, zachodnim złocone promieniem,

W ten dym ognisty szły błękitne krzyże

Z upornym, z głuchym rozpaczy milczeniem.

Potem je dymy spiżowe pożarły,

Mignęły w ogniu złote – i pobladły.

Przed nocą wszystkie szeregi wymarły

I wszystkie krzyże w szeregach upadły.

VI