Które wyrosło - Mateusz Woźniak - ebook

Które wyrosło ebook

Mateusz Woźniak

0,0

Opis

Szóstka astronautów, wyhodowana sztucznie na pokładzie statku kosmicznego, przygotowywana jest tylko do jednej misji: zasiedlania i zbadania światów, na których jeszcze nie stanęła ludzka stopa. Po odkryciu jednego z nich szybko okazuje się jednak, że nauka nie jest w stanie przygotować ich na wszystko. Planetę, pozornie wyzbytą z jakiejkolwiek fauny, zamieszkuje niezidentyfikowana narośl, która z czasem okazuje się o wiele bardziej złowieszczą formą życia, niż mogłoby się wydawać...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 13

Rok wydania: 2024

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Które wyrosło

Teraz ja opowiem to tak, jak zapamiętałem.

Był dzień naszych piątych urodzin, kiedy wlecieliśmy w atmosferę planety. Statek po trzykroć przystąpił do lądowania, aż w końcu przełączył się na tryb awaryjny, a mnie i moim antykrewnym pozostały chwile do zajęcia szalup ratunkowych. Odtąd nas, nasze dzieci oraz ich dzieci miał czekać stały ląd przydzielonego nam do zasiedlenia świata. Na myśl o tym, pomimo chaosu, jaki wśród nas zapanował, nie mogłem powstrzymać poczucia żalu i straty.

Elektroniczni mentorzy, którzy opiekowali się nami w okresie dzieciństwa, już dawno temu pozbawili nas złudzeń: nawet gdybyśmy mogli wylądować bez szwanku, to i tak nigdy więcej nie pofruniemy ku gwiazdom. Zastanawiało mnie wtedy, czy podobny rodzaj tęsknoty odczuwali też ci ludzie, których hodowano jeszcze dawnymi, dla mnie obrzydliwymi, biologicznymi metodami. Zwłaszcza że opuszczali łona słabi i niegotowi, mając przed sobą jeszcze dwadzieścia lat dojrzewania, zamiast naszych pięciu.

Ląd, ku któremu zmierzałem w kapsule, zawirował mi przed oczami, a ja straciłem przytomność.

Miałem dużo szczęścia. Przekonałem się o tym po ocknięciu, gdy opuściłem szalupę górnym włazem. Ledwie pół metra na południe od paproci i krzewów, w których się rozbiłem, rozciągał się pas bulgoczącego trzęsawiska. Uniosłem głowę, daremnie wypatrując ciemnych snopów dymu, które mogłyby sugerować kierunki, gdzie leciała reszta szalup. Nagle poczułem na nadgarstku puls komunikatora. Działał, a więc dzieliło nas najwyżej kilka kilometrów. Natychmiast zacząłem nastrajać tarczę urządzenia, aż z szumów i trzasków uformował się znajomy głos antysiostry Sophii.