Księga szeptów - Varujan Vosganian - ebook
Opis

Księga szeptów zaczyna się w malowniczej scenerii, na ormiańskiej uliczce z Focșani lat 50. ubiegłego stulecia, pośród oparów świeżo palonej kawy i zapachów ze spiżarni babci Armenuhi, pośród starych ksiąg i fotografii dziadka Garabeta. Jednak czytelnikowi nie jest dane doświadczyć niezmąconej intymności przywoływanego domu, nie jest też zaproszony, by uczestniczyć w jakiejkolwiek pogawędce wesołych ludzi, którzy snują, w czasie pokoju, opowieści o Arze Pięknym lub Tigranie Wielkim. „Ormiańscy starcy dzieciństwa" Varujana Vosganiana nie mają do opowiedzenia radosnych zdarzeń, lecz fakty wręcz niepokojące. Opowiadając starają się zrzucić ciężar traumy – swojej i swoich poprzedników. Historia ludobójstwa Ormian z 1915 roku, historia niekończących się konwojów wygnańców w marszu śmierci na pustyni Deir-ez-Zor, historia Ormian, którzy obrali drogę uchodźstwa, zostały odmalowane na stronach powieści wręcz olśniewająco.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 653

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Varujan Vosganian

księga szeptów

 

 

 

joanna kornaś-warwas.Tłumaczka, lektorka języka rumuńskiego, ukończyła filologię rumuńską na Uniwersytecie Jagiellońskim. Prowadzi szkołę językową CALITATE w Krakowie. Przekłada prozę, poezję oraz sztuki teatralne. Jest autorką przekładów najbardziej cenionych pisarzy rumuńskich, takich jak Max Blecher, Mircea Cărtărescu, Dan Lungu, Ioan Es. Pop, Varujan Vosganian. Powieść Dana Lungu pt. Jestem komunistyczną babą! była nominowana do Nagrody Angelus dla najlepszej książki Europy Środkowej w roku 2010. W 2014 roku otrzymała nominację do Nagrody dla tłumacza „Europejskiego Poety Wolności 2014–16” za tomik Moja ojczyzna A4 Any Blandiany.

Varujan Vosganian

księga szeptów

Przełożyła Joanna Kornaś-Warwas

 

Wrocław 2015

Tytuł oryginału rumuńskiego: Cartea şoaptelor

Redakcja: Barbara Górska

Korekta: Damian Piechaczek, Kama Margielska

Konsultacja merytoryczna: prof. dr hab. Andrzej Pisowicz

Projekt okładki: Justyna Boguś | Mile Widziane

Konwersja: Magdalena Kocińska | O!Studio

Copyright © by Varujan Vosganian 2014

Copyright © for the Polish translation by Joanna Kornaś-Warwas 2014

Copyright © for the Polish edition by Książkowe Klimaty

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz

Instytutu Rumuńskiego w Bukareszcie

 

 

 

e-ISBN: 978-83-65595-11-9

PODZIĘKOWANIA

 

Szczególne podziękowania kieruję do Pani Sabry Daici za nieocenioną pomoc w rozwikłaniu wszelkich wątpliwości z dziedziny kultury i języka rumuńskiego, a także do Pani Barbary Górskiej, redaktorki tej książki, za cierpliwość i skrupulatną lekturę.

Wyrazy mojej wdzięczności składam Panu Profesorowi Andrzejowi Pisowiczowi za konsultacje orientalistyczno-armenistyczne i chęć podzielenia się ze mną ogromem swej wiedzy. Śmiem twierdzić, że polski czytelnik dostaje do rąk najbardziej kompletne wydanie Księgi szeptów ze wszystkich wydań na świecie. Bez objaśnień Pana Profesora nie byłoby to możliwe!

Dziękuję też moim przyjaciołom – Łukaszowi Galuskowi i Wojciechowi Bonowiczowi – za ich pomoc i wsparcie w pracy nad książką, a Pani Kamie Margielskiej, redaktor naczelnej Wydawnictwa Książkowe Klimaty, za ogromny entuzjazm dla pomysłu wydania Księgi szeptów w polskim przekładzie.

Joanna Kornaś-Warwas

KLUCZ FONETYCZNY

 

Z myślą o polskim czytelniku Księgi szeptów przedstawiamy bardzo uproszczony klucz, który, mamy nadzieję, będzie pomocny w okiełznaniu rumuńskich nazw i imion. Poniższy klucz zawiera wyłącznie objaśnienia wymowy tych liter, które nie występują w języku polskim lub są inaczej wymawiane. Dodatkowo stosujemy znak [‘] dla zaznaczenia zmiękczenia poprzedzającej spółgłoski.

ă

dźwięk między a/e zbliżony do angielskiego ə jak w angielskim wyrazie alone np. Leontin Sălăjan [Leontin Sələżan]

â [=î]

samogłoska zbliżona do polskiego [y], wymawiana bardziej gardłowo, np. Bobârcă [Bobyrkə]

ae dyftong [aje]

Nicolae [Nikolaje]

au dyftong [ ał]

np. Aurel Dimofte [Ałrel Dimofte]

c [k]

np. Câmpineanca [Kympinjanka]

ce [cze]

np. Ceauşescu [Czeałszesku]

ci [czi]

np. mici [micz’]

che [k’e];

np. Mihalache [ Mihalak’e]

chi [k’i]

np. Chivu Stoica [K’iwu Stoika]; chiaburi [k’iabur’]

ea dyftong [ja]

np. Cristea Paragină [Kristja Paradżinə]

ei dyftong [ej]

np. Lorelei [Lorelej]

ge [dże]

np. Emil Georgescu [Emil Dżeordżesku]

gi [dżi]

np. Cristea Paragină [Kristja Paradżinə]

ghe [g’e]

np. Gheorghe [G’eorg’e]; Gherla [G’erla]

ghi [g’i]

np. Ghică [G’ikə]

i [‘]

na końcu wyrazu nieakcentowane np. Tecuci [Tekucz’]

ia dyftong [ja]

np. Suraia [Suraja]

io dyftong [jo]

np. Nicolae Iorga [Nikolaje Jorga]

iu dyftong [ju]

np. Gheorghe Porumboiu [G’eorg’e Porumboju]

j [ż]

np. Jilişte [Żiliszte], Târgu Jiu [Tyrgu Żiłu]

oa dyftong [ła]

np. Timişoara [Timiszłara]

ş [sz]

np. Vadu Roşcă [Wadu Roszkə];

ţ [c]

np. Niţu Stan [Nicu Stan]; ţuică [cujkə]

ua [ła]

np. Steaua [Stjała]

v [w]

np. Văcărești [Wəkəreszt’]

 

Nie różni nas to, kim jesteśmy, lecz zmarli, których każdy z nas opłakuje

POWIEDZIAŁ MÓJ DZIADEKGARABET

jeden

Jestem przede wszystkim tym, czego nie mogłem wypełnić.

Najprawdziwsze spośród istnień, które noszę jak związany na końcu pęk węży, to życie nieprzeżyte. Jestem człowiekiem, który na tej ziemi żył niewymownie. I który w równej mierze nie żył.

 

Moi rodzice są żywi. To znaczy, że ja nie jestem, jeszcze, narodzony w pełni. Rodzice jeszcze zaokrąglają troszkę moje kanciaste ramiona. Jeszcze wlewają do mojej piersi duszę, która zmienia kształt, tak jak amfory starych Greków przybierały formę wina gęstniejącego w środku. Jeszcze wygładzają moje miedziane oblicze.

Ponieważ nadal nie narodziłem się w pełni, śmierć jest jeszcze daleko. Jestem tak młody, że mógłbym ją pokochać jak piękną kobietę.

Moim pierwszym nauczycielem był stary anioł. Kto spojrzałby na nas z oddali, w głąb podwórka, ujrzałby dziecko siedzące u podnóża ogromnego orzecha. Właściwie siedziałem u stóp tego starego anioła, który był moim nauczycielem. Jego cień pachniał jodem, a moje palce, gdy pisałem, plamiły się jego cieniem jak zastygłą krwią. I nie wiedziałem już, czyja to była rana – moja czy jego.

To od niego dowiedziałem się, że imię do niczego nam nie służy. I żebym nawet swoje imię zapisywał małą literą, jak zapisuje się nazwę drzewa lub dzikiej zwierzyny. Rozmawialiśmy między sobą bez słów i było dobrze, jak wtedy gdy biegniesz boso po trawie. Nie zostawiasz śladów, dlatego bieg przez trawę jest bezgrzeszny.

Zrzucałem sandały i biegłem po polu, na skraju miasta. Jego cień rozpościerał się na moim cieniu i byliśmy szczęśliwi.

Pewnego dnia stary anioł zniknął. Patrzyłem z niedowierzaniem na orzech, jego gruby pień, mięsiste liście. Na gałęzie zeszły ptaki. Jesienią wiatr potrząsnął gałęziami i orzechy spadły na ziemię. Rozbiłem ich łupiny i zjadłem nasiona. Były przepyszne. Skosztowałem jego ciała. Od tamtego czasu nie szukałem już starego anioła. Pozostał tylko zapach jodu i, niekiedy, dostrzegam jeszcze czarno-zielonkawe ślady na palcach. To znak, że ciało od spodu jest nadal nieuleczone.

 

Fokszany mojego dzieciństwa były miastem o szerokich ulicach i okazałych domach. W miarę jak rosłem, ulice zwężały się, a domy karlały. W rzeczywistości były takie od zawsze, ale moje dziecięce oko nadawało im, skądinąd jak i całemu światu, olbrzymie wymiary tylko dla mnie. Należałoby w posadach chat i we wspornikach przyzb umieszczać, zamiast belek suchego drewna, żywe pnie. W ten sposób chaty rosłyby wraz z ludźmi, świat by nie malał, a czas by się nie kurczył.

Niewiele rzeczy zmieniło się od drugiej wojny światowej do dziś. Nasza peryferyjna dzielnica, na wschód od centrum miasta, miała niebrukowane ulice i takież chodniki, oddzielone od drogi kamiennym krawężnikiem wysokim na długość dłoni. Płoty były z drewna, niekiedy świeżo malowane. Najczęściej jednak sztachety były nierówne i przybite gwoździami jedne na drugich, niemalowane lub pobielone wapnem. Pod płotami rósł rumianek. Jego drobne i pachnące kwiatki zbieraliśmy bliżej jesieni. Babcia suszyła je na podwórzu, by wykorzystać do leczniczych herbat w czasie zimy. Podobnie robiła latem z połową moreli, a później ze śliwkami i plasterkami jabłek. Suszone owoce zaspokajały głód, bo żuło się je długo. A jeśli miałeś cierpliwość i żułeś je wystarczająco długo, nabierały smaku mięsa.

Nasza ulica była krótka. Miała tylko dziesięć domów, a na rogu mur fabryki lodu, na którą mówiliśmy „Chłodnia”. Ulica nazywała się 6 Marca 1945. Na tabliczce dodano objaśnienie: „Ustanowienie pierwszego demokratycznego rządu”. Po rewolucji z 1989 roku, gdy tym z ratusza rząd z 1945 nie wydawał się już taki demokratyczny, ulicę przemianowano z nieznanych mi powodów na Jiliște. W tamtym czasie wysłałem do domu list. Dotarł po kilku miesiącach. Poczta wysłała go najpierw, tak jak wydało się jej poręcznie, do regionu Vrancea, ale do wsi Jiliște. Krew płynie wolniej niż czas. Dlatego nawyki wyrabia się trudniej. Bardziej inspirująca okazała się inna nazwa ulicy, kilka przecznic dalej: ulica Rewolucji. Po roku 1989 nazwa pozostała niezmieniona. Każdy myślał o tej rewolucji, która była mu w smak.

Gdy padało, na naszej ulicy gromadziły się strumyczki, które spływały jeden w drugi. Poznałem słowo, które określało te koryta i fale, a gdzie podczas skwaru ziemia stawała się drobna jak pył. Koryta nazywały się rynsztokami. Łupiny orzecha były statkami na rwących strumykach rynsztoka. Wypychałem je błotem ciepłym jak ciasto, w które wbijałem bażancie pióra jako maszt.

Samochody przejeżdżały rzadko. Przybywały natomiast furmanki z aluminiowymi bańkami pełnymi mleka. Za rogiem było centrum skupu i przetwórstwa mlecznego. Chłopi siadali w rzędzie, każdy ze swoimi bańkami. Potem wspinaliśmy się na koniec osi i tak zaczepieni na jej czubku, odbywaliśmy odcinek drogi. Raz na jakiś czas któryś woźnica, naburmuszony, bo nie wyszły mu interesy na mleku, smagał nas batem po plecach. Zeskakiwaliśmy z wozu, on zaś pohukiwał i poganiał swoje konie.

W tamtych czasach w mieście nie było bloków, a piętrowe domy można było zliczyć na palcach. Jedno piętro i mansardę miały żydowskie sklepy przy ulicy Dużej. W czasie trzęsienia ziemi w 1940 roku górne kondygnacje zawaliły się, sklepy zaś się skurczyły i stłoczyły jedne w drugie.

Ludzie z naszej dzielnicy byli biedni. My też nie mieliśmy się czym chwalić, może tylko tym, że moi rodzice byli ludźmi uczonymi, inżynierami. Gazety docierały rzadko, wiadomości poznawałem z kroniki kinowej i z głośnika, żółtego pudła, które brzęczało ze ściany dzienniki wiadomości, muzykę ludową i chóry patriotyczne. Gdy pani Maria, sąsiadka z naprzeciwka, kupiła sobie telewizor, było to wielkim wydarzeniem na naszej ulicy. Telewizor marki Rubin był, jak prawie wszystkie rzeczy w tamtych czasach, rosyjski. Miał ekran wielkości talerza. W ciepłe wieczory pani Maria wystawiała go na podwórze i każdy przynosił sobie z domu krzesło. Zasypiałem szybko, zwinięty w kłębek na swoim krześle, ale czułem się dumny jak dorosły. Od początku do końca oglądałem pogrzeby, bo transmitowano je w południe. Leontina Sălăjana, ministra sił zbrojnych, a następnie Gheorghe Gheorghiu-Deja. Cała dzielnica godzinami patrzyła, bardziej z ciekawości niż pogrążona w smutku, na kondukt pogrzebowy, popijając ţuikę1 i komentując obraz jak piłkę nożną. Podobne pogrzeby były rzadkością, zdaniem mojego dziadka Garabeta, a zwłaszcza jego szwagra Sahaga Șeitaniana. Poza tym nie działo się nic więcej na naszym przedmieściu.

1Ţuică (rum., wym. cuika) – tradycyjny alkohol rumuński przypominający śliwowicę, sporządzany z różnych owoców, najczęściej na bazie śliwek.

 

Tymczasem zniknęły ognie. Wycofały się, pobrzękując w przewodach elektrycznych, ukryły się między ścianami albo zagrzebały się w ziemi. Ale w dzieciństwie stale widywałem ogień. Figlarny płomień świecy lub spokojny płomień lampy gazowej. Czerwonawe migotanie żaru w piecu. Ogień pod kotłem, w którym bulgotały powidła. Albo ten spod sczerniałego kotła, w którym gotowała się smoła do papy na dach lub topniał smalec na mydło do prania. Wiosną duszący płomień palonych liści. Noce były wtedy dłuższe i bogatsze, światło słabsze, a cienie żywsze. W grze cieni, projektowanych na ścianach, wiele fantazmatów wyglądało jak na jawie. Ogień był żywym stworzeniem, siadywał obok nas przy stole, rozlewał się cieniami na naszych ramionach, wydłużał nam twarze i pogłębiał spojrzenia. Wiele opowieści, po tym, jak je wysłuchałem, opowiadało się z tych ruchomych ścian na nowo same. Dlatego moje dzieciństwo było bardziej swobodne i bogate. Nawet zmarłym tak było lepiej.

Innymi towarzyszami mojego dzieciństwa były zapachy. Spośród wszystkich wrażeń zmysłowych zapach zapada najgłębiej w pamięć.

Wystarczy otworzyć drzwi, przez które przenika znajomy aromat, i wszystkie wydarzenia związane z tym wrażeniem powracają w głowie. Całe życie można by opisać za pomocą zapachów. W podobny sposób można by opowiedzieć moje dzieciństwo.

Przede wszystkim zapach ciepłego ciasta. Gdybym musiał skupić całe moje dzieciństwo w wybranej formie materii, powiedziałbym „ciasto”. A dokładnie, ciepłe ciasto z misy mojej babci. Wyrastało od wieczora do rana niczym żywa istota. Byłem zafascynowany. I tak związany z życiem, które rosło w nim, że czułem, iż każdy ruch dłoni, który je wyrabiał, sprawia mu ból. Uspokajałem się tylko wtedy, gdy widziałem babcię Arșaluis, po rumuńsku Aurora, i jej siostrę Armenuhi, jak rozkładały je i głaskały, aż nie przemieniło się w cienkie płaty. Kobiety rozścielały na łóżkach i na stołach wilgotne prześcieradła, na których rozkładały cienkie płaty ciasta na baklawę.

W tamte noce spaliśmy stłoczeni na kanapach. Płatom ciasta nie powinien przeszkadzać żaden ruch ani żaden hałas. Przechodziliśmy pomiędzy nimi ostrożnie i mówiliśmy szeptem. Od czasu do czasu babcia budziła się i przy świetle lampy gazowej smarowała je olejem zbełtanym z jajkiem. Rankiem, wysuszone jak płytki gliny i szeleszczące jak zeszłoroczne siano, układano je jeden na drugim. Pomiędzy nimi sypano zmielone orzechy, a wierzch polewano ciepłym syropem. Krawędzie odcinało się tak, by płaty przybrały kształt form, które rumieniły się powoli w piecach. W niedzielę, w południe, dziadek Garabet kroił baklawę długim nożem i rozdzielał po równo każdemu.

Tego samego noża używał do krojenia suszonej wołowiny, którą nazywaliśmy po turecku pastyrma. Mięso przyczepiano do daszka domu, by wysuszył je wiatr i osłodziło światło. „Ze wszystkich smaków najlepszy jest smak wiatru. Musisz wiedzieć, jak pozwolić mu wniknąć do jedzenia”. Suszone mięso wkładało się, dla zmiękczenia, do pasty zwanej cemen, przysyłanej z Erywania. Dziadek brał do ręki nóż i odcinał pierwszy plaster. Wychodziłem na podwórze i patrzyłem przez plaster czerwonawego mięsa. „Nie widać księżyca” – mówiłem. A dziadek odpowiadał: „To niedobrze”. Ostrzył nóż na wilgotnym kamieniu i ucinał kolejny plaster. Cienkie mięso, przez które przenikały promienie księżyca, przybierało żółtawy kolor. „Teraz widać” – mówiłem. „To dobrze – stwierdzał dziadek. – Światło i wiatr są najsmaczniejsze spożywane razem. Wtedy owoc jest wystarczająco dojrzały, a mięso kroi się jak należy”.

Zapach owoców wypełniał cały dom. Zwłaszcza w Nowy Rok, gdy u Ormian trwa jeszcze post adwentowy i gotuje się w wielkich rondlach anuș-abur, co w tłumaczeniu oznaczałoby „słodką zupę”. To rodzaj kutii, tylko że do gotowanej pszenicy dodaje się wszelkiego rodzaju owoce: figi, daktyle, rodzynki, orzechy, pomarańcze. A wierzch posypuje się cynamonem.

Następnie zapach zakamarków. Miejsca ukryte, zacienione lub na widoku, ale które otwiera się rzadko, i bardziej nęcące miejsca zakazane. Dzieciństwo bez schowków, w których można myszkować, jest pozbawione sensu. Tylko to, co ukryte, jest tak naprawdę warte zobaczenia. Zapach zakamarków spotyka się z ciszą, która także ma swoje zapachy. Przede wszystkim szafy z ubraniami, pod którymi tkwiły, poskładane, kołdry i materace. W babcinej szafie przechowywano tylko grube ubrania, palta pachnące naftaliną, z których część należała jeszcze do mojej prababci, Heghine Terzian. Z ubrań pradziadka nie udało się nic zachować, wszystko zostało na jednej z ulic Konstantynopola, skąd widać było zachodzące słońce nad Bosforem. Uciekli pewnej nocy, z ubraniami na sobie i z jakimiś tobołami, w których zgromadzili pospiesznie trochę rzeczy łatwiejszych do sprzedania. Poszła pogłoska, że do portu, w Perze, zawinął statek, który przyjmował ormiańskich uchodźców. Przy wejściu na pokład, pośród oszołomionego i zlęknionego tłumu, mój pradziadek upadł na kolana, potem runął twarzą w dół, trzymając za ręce obie dziewczyny. Odwróciły go, zamknęły mu oczy i rozluźniły z jego uścisku dłonie. Czuwały przy nim, znalazłszy nie wiadomo gdzie kawałek świecy. Nie był jedynym, który oddał życie w tamtym zamęcie i strachu. Zanim statek przybił do Konstancy, kapitan wydał rozkaz, aby wszystkich zmarłych wrzucono do morza. Tak oto Morze Czarne stało się ruchomym grobem mojego pradziadka Baghdasara Terziana.

A potem była szafa z książkami. Dziadek Garabet znał niemal wszystkie alfabety: łacinę, cyrylicę, grekę, arabski. „Żebyś nie popełniał błędów – mawiał. – Alfabet to początek, dlatego nazywa się alfabetem. Możesz zacząć gdziekolwiek, pod warunkiem, że potrafisz rozwikłać początek”. Mój dziadek rozwikłał początki, ale pogmatwał końce. Gdy leżał na łożu śmierci, zawołano nas, dzieci, byśmy go zobaczyli. Nie zrozumieliśmy, co mówi. Zdawał się spokojny i mówił uczenie. Ale nie mogliśmy go zrozumieć. W końcu ojciec wyjaśnił mi, że dziadek mówi do nas, mieszając języki: perski, arabski, turecki, rosyjski i ormiański. Wszystkie krainy poznane w dzieciństwie i w wieku dorastania ożyły w nim w jednym czasie. Tak jak, spiesząc się do wyjścia, chwytasz rzeczy, które wpadają ci w ręce, tak samo on, mówiąc przed odejściem z tego świata, chwytał przypadkowe słowa.

Podobnie miała się rzecz z książkami. Były książki po turecku, ze starymi, orientalnymi literami, angielskie podręczniki do rysunku i stare wydania Larousse’a. Dziadek przeglądał często wspaniałą książkę w języku niemieckim, o dywanach. „Nasze dywany – opowiadał mi – są jak Biblia. Znajdujesz w nich wszystko, od początków po dziś dzień”. Szukaliśmy obaj wyobrażeń świata. „Tutaj jest oko Boga” – zgadywałem, a dziadek Garabet przytakiwał. „A to jest anioł”. „To nie anioł. Jest stary, to musi być archanioł. Może Rafael, on jest najstarszy ze wszystkich”. Chciałem mu powiedzieć o starym aniele z podwórza, który latem pachniał jodem, a zimą obmywał sobie bose stopy w śniegu. Zrozumiałem jednak, że ludzie, którym nie było dane przeżyć dzieciństwa pozbawionego strachu, nie mogli spotkać starych aniołów. I dziadek docierał do strony, z której był najbardziej dumny: dywan utkany przez niego. Ten dywan był rozłożony w naszym pokoju, dla dzieci, a teraz znajduje się w pokoju mojej córki, Armine. „To ważne – mówił dziadek – byś nad głową miał solidny dach, a pod stopami gruby dywan”. Nasz perski dywan był gęsty, tkany ręcznie, z dużą ilością węzłów. „Dywan powinien być tak gruby – wyjaśnił dziadek – aby po zwinięciu ważył tyle co pień drzewa tej samej grubości”. Nasz dywan przeszedł przez historię i to nie byle jak. W sierpniu 1944 roku do Fokszanów weszły wojska sowieckie. Trzech oficerów zostało zakwaterowanych u nas w domu. Pili całą noc i schlali się w trupa. Mój dziadek i jego szwagier Sahag Șeitanian, mąż ciotki Armenuhi, czuwali, nie zmrużywszy oka, do świtu, zrywając się, ilekroć któryś z Rosjan rzucał zapalonego peta na dywan. Pośród szturchańców i wyzwisk Garabet i Sahag wyzbierali wszystkie niedopałki. Zostały ze dwa, trzy ślady, dziś ledwo dostrzegalne. Dziadek miał iście kantowską wizję świata: dach nad głową, ołtarz przed oczami i miękki dywan pod stopami.

Nie mogłem przeczytać wszystkich książek w domu. Ale rozpoznawałem je po zapachu. Dziadek Garabet nauczył mnie poznawać w ten sposób książki. Dobra książka pachnie szczególnie. Ciasno związana, w skórzanej oprawie, pachnie niemal jak człowiek. Przyłapuję się czasami, w księgarniach, na wąchaniu książek. „Jakbym był ślepy” – mówiłem. „I co z tego – wzruszał ramionami dziadek Garabet. – Ze wszystkiego, co jest tobą, oczy są najmniej twoje. Światło jest jak ptak, który podrzuca jaja do obcego gniazda”.

Poznawałem książki, dotykając ich najpierw i wąchając. Nie byłem jedyny. Pomiędzy kartkami widywałem niekiedy czerwonego robaczka. „Nie zabijaj go – powstrzymywał mnie dziadek. – To zaleszczotek książkowy. Każdy świat musi mieć swoje żywe istoty. Książka też jest światem. Stworzenia są wybrane, by żywić się grzechami i błędami świata. Tak samo ten zaleszczotek: prostuje błędy w książkach”. Długo mu nie wierzyłem. Teraz jednak to ja jestem opowiadaczem, rodzajem skryby, który chce naprawić stare błędy. Jestem zatem książkowym zaleszczotkiem.

I kolejny zapach, który przenosił moje dzieciństwo daleko, pośród korzennych przypraw Orientu: aromat kawy. To rzemiosło moi dziadkowie przywieźli z rodzinnej Anatolii. Przyrządzali kawę naturalnie, tak jak rzemieślnik wie po smaku, czy glina nadaje się, czy nie, do modelowania. Czynili to wytwornie, gardząc tymi, którzy piją kawę, nie znając jej sensu.

Przede wszystkim moi dziadkowie nie kupowali palonej kawy lub – broń Boże! – zmielonej. Mieliśmy miedziany saganek poczerniały od częstego prażenia. Wieczko miało specjalny mechanizm, wprawiany w ruch za pomocą korbki, który powodował, że ziarna prażyły się prawie jednakowo. Trwało to, na małym ogniu, około godziny. Nam, dzieciom, dostawały się prażone ziarna kawy. Ssaliśmy je jak cukierki, a gdy smak zanikał, rozgryzaliśmy je w zębach i żuliśmy.

Potem następowało mielenie. Widuję i dziś, pośród snobistycznych kolekcji, podobne młynki, cylindryczne, ze szpiczastym wiekiem, pozłacane, zdobione arabeskami, złożone z innymi przedmiotami, które stały się bezużyteczne, jak na przykład samowary czy żelazka na węgiel. W czasach mojego dzieciństwa młynek był członkiem rodziny. Starcy gromadzili się na podwórzu. Babcia układała miękkie poduszki na drewnianych ławkach, z oparciami na ramiona z kutego żelaza. Mełli po kolei, licząc w myślach do stu. Ten, który mełł, nie udzielał się w rozmowie, by nie zgubić wątku. Jeśli jednak się wtrącał, to znaczyło, że chodzi o coś ważnego. Jakbym widział ich dziś, pod morelą na podwórzu: dziadek Garabet Vosganian, rozważny, ze spojrzeniem rozproszonym po świecie, Sahag Șeitanian, jego szwagier, bardziej niesforny i swarliwy, Anton Merzian, szewc, który stale opowiadał tę samą historię o tym, jak uprowadził swoją żonę Zaruhi od jej rodziców z Panciu. Droga dwudziestu kilometrów do Fokszanów, przebyta konno jakieś czterdzieści lat temu, zyskiwała dla opowiadającego wymiar ucieczki do Egiptu. Upiększał ją za każdym razem, ponieważ Zaruhi, głucha jak pień, nie mogła niczemu zaprzeczyć. Następnie Kirkor Minasian, drugi szewc z ulicy Dużej, z którym Anton Merzian zawzięcie konkurował. W końcu Ohanes Krikorian i Arșag, rudzielec, dzwonnik ormiańskiej świątyni, łowca ptaków. A dokoła nich kobiety, pulchne, ze złożonymi na podołkach dłońmi, pachnące wodą kolońską. Arșaluis, moja babcia, jej siostra Armenuhi, następnie Paranţem, Zaruhi, Satenig.

Mielenie trwało jakieś tysiąc pięćset obrotów. Młynek zagrzewał się. „Mielesz tak długo, aż nie możesz utrzymać go w ręku” – mawiał dziadek. „Tak długo, aż kawa zacznie przypominać piasek” – dodawał. Ale tylko wtedy, gdy Sahaga Șeitaniana nie było w pobliżu. On nie lubił piasku.

Czasami i ja dostawałem młynek, by pokręcić korbką. Mosiądz się nagrzewał i przez szczeliny wydobywał się zapach kawy. Od czasu do czasu dziadek przesypywał w dłoniach odrobinę proszku, wąchając, z miną detektywów oceniających przechwycone narkotyki. Często dziadek zarządzał jeszcze jedną turę, a starcy podporządkowywali się, aby pięknie pachnący proszek był jak najdrobniejszy.

Potem następowało parzenie kawy. Imbryk miał kształt ściętego stożka z wąskim dzióbkiem. „Po to, aby opary tłoczyły się i syczały – mawiał dziadek. – Im mocniej stłaczają się opary, tym pełniejszy smak wywaru”. Nieraz zawartość mieszała się. Istniał także inny rytuał: imbryk stał na ogniu dopóty, dopóki płyn nie zaczął wrzeć. Wtedy zbierano łyżeczką piankę do jednej z filiżanek. Następnie odstawiano imbryk na ogień. I znowu tak długo, aż kawa zaczynała wrzeć, i tyle razy, ile przygotowanych filiżanek. Lubiłem stać przy dziadku, gdy robił kawę. Był zręczny i mądry. Opowiadał mi wtedy najbardziej niebywałe rzeczy. „Podczas parzenia kawy – mawiał – możesz mówić, co tylko przyjdzie ci do głowy. Wszystko się wybacza. Kto gromadzi się wokół kawy, nie ma prawa wszczynać kłótni. Ostatecznie, to jego sprawa”. To była jego chwila wolności. Przypominał wtedy mojego starego anioła.

A teraz o filiżankach. Jak wiele zapomnianych zwyczajów zanikł i ten, zwyczaj picia kawy. Dzisiaj pije się z różnych filiżanek, często nawet z dużych kubków na wodę. Pije się kawę rozpuszczalną, która nie zostawia fusów, o piance nie wspominając. „Pianka – wyjaśniał dziadek, mieszając łyżeczką – jest godłem kawy”. Już nie ma miękkich krzeseł ustawionych w krąg, przygotowanych do pogawędki. Ludzie piją kawę z rana, jeszcze nieprzebudzeni ze snu, bez ochoty na rozmowę. A dla wielu z nich kawa jest tylko pretekstem do wypalenia papierosa.

Filiżanki do kawy były maleńkie, pięknie barwione i tego samego typu co spodek. Na imbryk mówiło się po turecku gezve, a na filiżanki fingean. Całe instrumentarium nosiło tureckie nazwy i nawet kawę nazywano czasami po turecku khaife. Prawdopodobnie moi dziadkowie, widząc te same rzeczy co niegdyś u swoich starców nad brzegiem Bosforu czy Eufratu, mieszali słowa ze wspomnieniami.

Starcy z mojego dzieciństwa pijali kawę około szóstej po południu. Już ceremoniał przyrządzania kierował rozmowę na spokojne tory. Robili sobie trochę miejsca pomiędzy poduszkami. Popijali kawę bez pośpiechu, siorbiąc i mlaskając z zadowoleniem. To była chwila, gdy pomimo tułaczek, krwawych wspomnień i upływającego czasu, świat zdawał się niezmienny i spokojny, a dusze pogodzone ze sobą.

Dziadek brał skrzypce i grał tak długo, aż fusy w filiżankach wysychały, tworząc różne zawiłe ścieżki. Babcia nie wróżyła z fusów, bo dziadek mawiał, że co jest zapisane i tak musi się zdarzyć.

Nieszczęścia zaś są dane światu tak jak trawa czy deszcz. I jeśli próbujesz omijać nieszczęścia przepowiedziane, one i tak się zdarzają, tylko że zrzucasz je na barki innych. A wtedy, obok tylu cierpień, po co brać sobie jeszcze jeden smutek?

 

Pora, by powiedzieć kilka słów o moim drugim dziadku, ze strony mamy, Setraku Melichianie. Był on człowiekiem dobrym i wesołym. Cieszyło go to, co dostał od życia, i nie żałował tego, co mu życie zabrało. A jeśli zabrało mu więcej, niż dało, kto by to oceniał? Wzruszał ramionami, klaskał w dłonie i śmiał się dalej. Niczym Ajschylos w bitwie pod Salaminą. Taka była jego filozofia, ponad czasem i ponad ludźmi. W przeciwnym razie, stawiając czoła tylko własnym wspomnieniom, postradałby zmysły.

Rodzina mamy pochodziła z Persji. Pierwszy identyfikowalny przodek był kimś w rodzaju księcia, którego włości rozciągały się na południe od jeziora Urmia, na dzisiejszych ziemiach Tebrizu. Mówiono do niego Melic, co w języku perskim oznacza „książę”. Stąd też pochodzi nazwisko mojej mamy: Melichian, czyli „od Melica”.

Książę Melic stawiał opór Turkom do czasu, gdy zrozumiawszy, że walka jest skazana na niepowodzenie, zabrał rodzinę wraz z całym dobytkiem i przeniósł się w góry Karabachu, dalej na północ. I ponownie wypierany przez najeźdźców, osiedlił się na górzystych płaskowyżach okolic Erzurumu. Ta historia ma przeszło trzysta lat. Melic miał siedmiu synów. Wraz ze swoimi rodzinami założyli osadę, która nazywała się Zakar.

Dziadek Setrak bawił się ze mną. Wiązaliśmy na sznurku supły i rachowaliśmy. Niekiedy wyobrażałem sobie sznurek jako grubą linę zwieszoną przy dzwonie. Mógł nią zakołysać wiatr lub ramię jakiegoś samotnego wędrowca. Wtedy zabrzmiałby dzwon. Tak zawsze wyobrażałem sobie dzwon, jako najodpowiedniejszy głos mojego narodu. Każdy węzeł ściśnięty jak pięść odpowiadałby jednemu z moich przodków. Lina była właściwie rzędem zaciśniętych pięści. Potem sporządzaliśmy z dziadkiem Setrakiem latopis. Pierwszy był Melic, obliczałem. Węzeł najbliżej dzwonu. Tak blisko, że dzwon pobrzmiewał niekiedy jak koń w galopie. Następny byłby mój prapradziadek Haciadur. Człowiek dumny i bogaty, który zajeżdżał do Konstantynopola konno. Kupcy znali go i zapraszali do środka. Dziadek opowiadał o serwisie herbacianym ze srebra, z pozłacanymi uszkami, którego używały trzy pokolenia, i o zdumionym spojrzeniu kupca, kiedy zobaczył, że jeden człowiek może mieć taką fortunę przy sobie. Skądinąd praprzodek Haciadur był człowiekiem wstrzemięźliwym. Chociaż wywodzili się z rodu wybranego, krewni Melichian zadowalali się ciężkim życiem pasterzy.

Mój pradziadek, David Melichian, był człowiekiem wykształconym. Pobierał naukę w szkole w Konstantynopolu, w Robert College. Pisał wiersze i miał tak piękne pismo, że przychodzili do niego ludzie z pobliskich wsi, a nawet z Erzurum, by napisał im umowy. David Melichian był głową całej okolicy, kimś w rodzaju dzisiejszego burmistrza. Gdy przybyli janczarzy, wiosną 1915 roku, wepchnęli go do domu, którego mury dopiero zaczynał wznosić, i ukamienowali. W podobny sposób zostali zgładzeni ormiańscy przodownicy w innych stronach. Widocznie dlatego dziadkowie, gdy nazywali strony świata, wspominali nie tyle o niebie, ile o dachu. Dziecko bez rodziców jest jak dom bez dachu. Nie ma nic gorszego od niezadaszonego domu. Tamtędy może nadejść śmierć.

Dziadek Setrak nie znał dokładnie roku swojego urodzenia. Pamiętał jedynie, że urodził się w czasie żniw, i to wydawało mu się wystarczające. Później, gdy lata zaczęły nabierać dla niego znaczenia, mawiał, że narodził się z początkiem wieku. Tak było łatwiej liczyć.

Było ich pięcioro: dwóch braci i trzy siostry. Macruhi, najstarsza, wyszła za mąż w Erzurum. Potem kolejno: Harutiun, Maro, dziadek i najmłodsza Satenig. Macruhi zginęła w czasie masakr. Tureccy żołnierze wycofali się, zostawiając bandy Kurdów, by grabiły konwój z deportowanymi w drodze do Aleppo. Macruhi i jej mąż zostali zarżnięci. Nic nie wiadomo o ich dziecku.

Melichianie nie chcieli przyłączyć się do konwojów, które wyruszały w kierunku Deir ez-Zor, a gdy żołnierze otoczyli wieś, Maro została zabrana wraz z innymi dziewczętami. W nocy zdołała uciec i zanim strażnicy się spostrzegli, rzuciła się ze skał w wody Eufratu. Na jej pamiątkę dziadek ochrzcił swoją najstarszą córkę tym samym imieniem, Maro.

Dziadek przebywał w Erzurum, u krewnych, wraz ze swoją babcią, żoną Haciadura. Gdy wrócili, zobaczyli płonącą wieś. Harutiun, starszy brat, wyszedł im naprzeciw, opowiadając o wyrządzanych tam okropnościach. Babcia, za stara, by dotrzymać im kroku, nakłoniła ich do ucieczki. Ukryli się w lesie. Ale, niezbyt zręczni, by zrobić to jak należy, zostali złapani. Tę część dziadek opowiedział tylko raz w życiu. Znamy ją od kuzyna Khorena, który usłyszał ją w pewnych okolicznościach i powtarzał dalej. Zostali zatem przyprowadzeni przed dowódcę janczarów, który rozkazał im paść na kolana. Dobył miecz i zgładził Harutiuna, starszego brata. W ormiańskim harutiun oznacza zmartwychwstanie. Może kiedyś, kto wie…

Potem zbliżył się do tego, który w przyszłości miał zostać moim dziadkiem i który płakał, z oczami wbitymi w ziemię. Szarpnął go za włosy, tak że chłopak był zmuszony spojrzeć mu w twarz. „Przyjrzyj się dobrze! – rozkazał dowódca, kierując jego wzrok na wieś płonącą u podnóża doliny i na zwłoki jego brata. – Wiesz, jak się nazywam?”. Z zamglonymi od łez oczami mój dziadek dał znak, że nie wie. Dowódca wypowiedział swoje imię i kazał mu powtórzyć. Następnie dodał: „Ty będziesz żył! Jesteś wystarczająco dorosły, by zrozumieć. Opowiesz swoim, kim jestem i co wyrządziłem tobie i twojemu rodowi”. Dziadek nie mógł uwierzyć, że ujdzie z życiem. Dopiero gdy tamten kopnął go kilka razy butem, jak zbłąkanego psa, zaczął się oddalać, początkowo nieufnie, potem biegnąc co sił na rozdygotanych, lecz szybkich nogach wyrostka. Na tamtym dowódcy zemścił się w jedyny możliwy sposób. Nie zapomniał go, ale jego imię zawsze pomijał milczeniem.

Nie słyszano o tym, by ktokolwiek z jego wsi przeżył. Oprócz jego najmłodszej siostry, Satenig, której szukał latami, kiedy został kupcem w Krajowej i mógł opłacić poszukiwania w sierocińcach zagranicznych kongregacji. Po wielu latach otrzymał wiadomość z sierocińca dla dziewcząt właśnie z Aleppo. Wysłał pieniądze dla niej i dla osoby jej towarzyszącej. W porcie w Konstancy, by upewnić się, że mój dziadek jest jej bratem, opiekun kazał im, każdemu oddzielnie, wymienić imiona dziadków, rodziców i rodzeństwa. To było jak pomiannik2. Wszyscy pomarli w górskiej miejscowości obok Erzurum. Gdy dowiedli, że opłakują tych samych zmarłych, opiekun powierzył mu siostrę. Satenig poślubiła później kupca z Braiły. Po wojnie wyjechała do Ameryki i tam zmarła. Znam ją tylko ze zdjęć.

2 Lista imion i nazwisk osób żyjących i zmarłych, które duchowny wspomina podczas liturgii świętej lub modlitwy.

Dziadek ukrywał się gdzie mógł. Jacyś przyzwoici Turcy, którzy znali jego ojca, udzielili mu schronienia w stajni, obok zwierząt, i wyleczyli z tyfusu. Rozchorował się w drodze, jedząc co popadnie, jak dzikie zwierzę, i śpiąc skulony z zimna w kłębek. Gdy wrócił do zdrowia, Turcy dali mu prowiant i fez na głowę, by nie wyśledziły go obce oczy. Dziadek wyruszył na południe, w kierunku Góry Mojżesza, zwanej po turecku Musa Dagh. Słyszał, że tam przypływają francuskie statki, by zabrać uciekających Ormian. Szedł nocą, w kierunku pustyni Mezopotamii, omijając drogi, unikał galopu band kurdyjskich i tras konwojów z deportowanymi. I ponownie opowiadał kuzyn Khoren, jak dziadek siedział i płakał, z fezem na kolanach, patrząc na wody Eufratu, w którym pływały trupy, wody wezbrane i czerwonawe, jak zaplecione warkocze – prawdopodobnie tak wyglądały niegdyś wody Babilonu. „Nie wyrzuciłeś fezu?” – zapytałem po tym, jak babcia Sofia opowiedziała mi ten epizod płaczu nad Eufratem. „Dlaczego? – zapytał dziadek. – Dostałem go od pewnych poczciwych Turków i poza tym chronił mnie przed słońcem. Nałożyłem go na głowę i poszedłem dalej. Co ty tam wiesz. Musiałem żyć”. W końcu dziadek ukłuł się w palec i pokazał mi kroplę krwi. „Zobaczymy, czy też tak potrafisz”. Bałem się, ale jednocześnie wstydziłem się tego strachu. Pozwoliłem mu, z zamkniętymi oczami, by mnie ukłuł, i ścisnąłem palec, by nie czuć bólu. Wtedy pojawiła się kropla mojej krwi. „Ja jestem stary, a ty jesteś dzieckiem. Ale zauważ, że krew jest tak samo żywa u mnie jak i u ciebie. To jest umiłowanie życia”. Dziadek pragnął niekiedy osłodzić sobie wspomnienia i dlatego mówił w dziwaczny sposób o krwi. Był filozofem krwi. „Krew jest bardziej niewymowna niż ciało – mawiał. – Dlatego mówi się «zew krwi» albo «klątwa krwi»”. Lub: „Gdy krew się męczy, chwytasz za kostur. Właściwie krew jest twoim wewnętrznym kosturem. Każdy człowiek podpiera się swoją krwią”. Innym razem mówił: „Krew stale wraca, jak zwierzę z wilgotnym pyskiem, by cię ugryźć. Nigdy nie jest syte. Uchowaj Boże, by się nasyciło”. Niekiedy zagrzewał mnie do walki: „Nie zapominaj, twoja krew jest jak miecz, który wbija się w ziemię”. Prawdopodobnie jakaś jego cząstka została na wieki nad brzegiem Eufratu i rozmawiała z zakrwawionymi wodami. Ludzie często rozmawiają ze swoimi myślami. Mój dziadek Setrak rozmawiał z własną krwią.

Za późno dotarł do podnóży Góry Mojżesza. Walki ustały i statki, które ratowały ostatnich walczących w górach, już dawno odpłynęły. Wtedy mój dziadek odwrócił się tyłem do morza i zaczął ponownie piąć się na północ, w kierunku Rosji. Długa droga: Erywań, Tyflis, Rostów nad Donem.

Szedł w kierunku Europy. Taki był zwyczaj rodziny, że młodzi, jak niegdyś Piotr Wielki, podróżowali do Europy, gdzie mogli poznawać rzemiosła, nauczyć się mówić i zachowywać się po europejsku. Potem wracali do domu i żenili się. W ten sposób kilku spośród jego starszych kuzynów z rodu Melichianów uniknęło rzezi: Oskian, Artur, Melcon, Calust, Nșan i Khoren. Z listów, które czytano w czasach pokoju co niedziela w kościele we wsi Zakar, dziadek dowiedział się, że dotarli do Rumunii. Teraz i on szedł w tamtym kierunku, na północ. Tymczasem świat wokół niego zmienił się. Widział żołnierzy bez epoletów, ciągnących swoje kalectwa, grupy tułaczy, które rozpierzchały się, słysząc galop carskiej policji. Zbliżała się rewolucja rosyjska.

Pośród konwojów żołnierzy, mieszczańskich furmanek i band żebraków dziadek Setrak dotarł do Odessy. Tam zatrudnił się u ormiańskiego golibrody, który przyjął go na ucznia, z myślą o tym, że zostawi mu zakład i wyda za niego córkę. Dziadek zamiatał ścięte włosy i prał ręczniki. Pewnego dnia przybył konno młody człowiek, uwiązał do drzwi konia i wszedł do zakładu. Kiedy dziadek nakładał mu ręcznik, ich spojrzenia spotkały się w lustrze. Bywają rzeczy, które życie układa w taki sposób, że nawet ono jest tym zaskoczone. Tym młodzieńcem był właśnie kuzyn Khoren wysłany przez pozostałych kuzynów, by natrafił na ślad krewnych. Khoren nie czekał na golenie. Zerwał ręcznik, chwycił dziadka w ramiona i powiedział: „Melichianowi nie wolno być niczyim sługą!”. Posadził go na konia i wyruszyli razem w drogę powrotną do Krajowej. Bo dziadek wyznał mu, szlochając, że dalsza droga na południe nie ma sensu, gdyż pozostali Melichianie nie żyją. „Nawet Satenig” – powiedział, jeszcze nie przypuszczając, że spotka ją po latach w porcie w Konstancy. Wtedy też opowiedział jedyny raz w życiu o śmierci starszego brata, Harutiuna.

Kuzyni złożyli się i pomogli mu otworzyć sklep kolonialny. Potem dziadek rozwinął, dzięki własnej pracy, sieć sklepów. Zbudował dwa rzędy domów. Na zdjęciach pojawia się ładnie ubrany, nosi słomkowy kapelusz, zegarek z łańcuszkiem i muszkę. Z taką samą pogodnością stawiał czoła przeciwnościom losu. Jako że był apatrydą z paszportem nansenowskim, liberałowie z wielkim trudem wydali mu zezwolenie na handel. Kilkoro legionistów uważało go za Żyda i mało brakowało, a podczas rewolty3 spaliliby mu sklepy. Komuniści zabrali mu wszystko i ledwo uniknął więzienia. Miał szczęście, że za czasów niemieckich wysyłał za darmo chleb więźniom sowieckim, pośród których było też kilku Ormian. Gdy Armia Czerwona zajęła Krajową, pewien oficer, były więzień niemiecki, przypomniał sobie o nim, i w ten sposób dziadek uniknął więzienia. Z trudem doczekał emerytury jako stróż nocny w Liceum „Fraţii Buzești”, a następnie imając się podobnych zajęć, które ledwo pozwalały mu nie umrzeć z głodu. Nie miał żadnych wrogów i pogodził się z losem. Był radosnym i mądrym starcem, nikomu nie wyrządził zła i wybaczał wszystkim, którzy czynili mu przykrości.

3Między 21i 23 I 1941 r.członkowie faszyzującego ruchuŻelaznej Gwardii(tzw. legioniści) zbuntowali się przeciwkowładzy chcącej ograniczyćniektóre ich uprawnienia.

W ostatnich latach, w Krajowej, wiódł proste życie. Rankami towarzyszyłem mu w parku nieopodal cerkwi Świętego Dymitra. Grali w czterech w tablanet4. Jednym z graczy był Pan Pułkownik, którego imienia nigdy nie poznałem. Pan Pułkownik przychodził, elegancko ubrany, o lasce ze srebrną gałką. Wiele lat siedział w więzieniu jako legionista. Pozostali dwaj, o wydatnych szczękach i przyciasnych ubraniach, to towarzysze Botrâncă i Butnaru. Botrâncă przeszedł na emeryturę w Radzie Narodowej, był jednym z tych, którzy kilka lat wcześniej doprowadzili do aresztowania mojego dziadka. Teraz wszyscy razem, komunista, legionista, kupiec i proletariusz, grali w tablanet, rozmawiali o lekarstwach i pogodzie. Taki był ich sposób na pogodzenie się, po latach, z historią. Tablanet był ich traktatem poczdamskim.

4 Popularna na Bałkanach gra w karty.

Poza tym, zwłaszcza w mroźne zimowe dni, mój dziadek ze strony matki, Setrak Melichian, komunikował się ze światem. Rankiem, o godzinie szóstej, słuchał wiadomości Radia Bukareszt. O jedenastej słuchał Radia Moskwa w języku rumuńskim. Przed obiadem, jeśli złapał stację, słuchał Radia Tirana. To bawiło go najbardziej. Około pół do drugiej słuchał Głosu Ameryki w języku rumuńskim, a następnie Radia Wolność w języku ormiańskim. Po południu słuchał Aktualności rumuńskich Emila Georgescu w Radiu Wolna Europa. W końcu, około siódmej wieczorem, ponownie słuchał Głosu Ameryki i, nieco później, wiadomości BBC. Po dziesiątej wieczorem, popijając, z półprzymkniętymi oczami, herbatę lipową, słuchał audycji Dzień w godzinę w Radiu Bukareszt. Potem odwracał się i mówił do mnie: „Widzisz? Wszystko to kłamstwo!”. Następnego dnia zaczynał od początku. I śmiał się, klaskając w dłonie. Ponad historią krwawą, dręczącą i wrogą. Śmiał się.

Cieszył się doskonałym zdrowiem. Nie martwił nikogo nawet swoimi chorobami. Umarł z chłodu podczas srogiej zimy w 1985 roku. Gaz ledwo się tlił. Prawdopodobnie z powodu ziąbu krew, jego dobra przyjaciółka, nie miała siły płynąć. Przybyłem na czas, by wyciągnąć mu z kieszeni paciorki różańca z pestek oliwek, i odtąd trzymam je w kieszeni na piersi. Gdy składałem go do trumny, był lekki jak ptak.

 

pieśń aleatoryjna. Moi dziadkowie, Garabet Vosganian i Setrak Melichian, zrozumieli ze swojego stulecia tylko to, jak trudno jest spocząć w tej samej ziemi, w której się urodziłeś. Ormiańscy starcy mojego dzieciństwa nie mieli żadnego grobu, nad którym staliby i płakali rodzice. Swoje mogiły nosili ze sobą, gdziekolwiek poniósł ich los, i tak jak Żydzi rozkładają tabernakulum, wokół którego wznoszą świątynię, tak i oni, gdy zatrzymywali się na postój, rozładowywali z pleców swoje mogiły i robili w tym miejscu dom dla siebie.

Wyczuwam ich często, tam, w niebiosach. Mojego dziadka Garabeta, taktownego, ważącego słowa. Mojego dziadka Setraka Melichiana, jak uśmiecha się, przesuwając w palcach paciorki różańca. Grają w ghiulbahar. „Kości trzeba dobrze pomieszać w garści, by wiedziały, czego od nich chcesz – mówi dziadek Garabet. – Pod warunkiem, że najpierw ty wiesz, czego chcesz. Spójrz! – Cieszy się. – Jeden-jeden”. Dziadek Setrak nie jest zagniewany, śmieje się i pochyla nad strzechami. „Jeśli wyrzuciłeś jeden-jeden, znowu będzie wojna. Spójrz tam, w dal”. Rzeczywiście, skądś z dołu, widać unoszące się ciemne kłęby dymu. Dziadek Setrak chucha w garść i rzuca, mrużąc oczy za kośćmi. „Sześć-sześć! – Śmieje się, klaskając w dłonie. – Widzisz? – mówi, spoglądając ponownie w dół. – Ciemności się rozproszyły. Jest pokój”. „Oszukujesz – sroży się dziadek Garabet. – Następnym razem poproszę cię, byś mieszał kości w kubku”. „Wielkiej rzeczy dokonałeś! – Śmieje się z niego dziadek Setrak. – Pięć-cztery! Nie starczy nawet na potop. Spójrz no tu! – I dąsa się. – Trzy-dwa. Teraz to naprawdę nic się nie dzieje. Żadna nowina!”. „Uchowaj Boże przed nowinami!” – mówi dziadek Garabet. Setrak wybałusza oczy na kości. „A to co ma znaczyć? Spójrz, wyszło moje i twoje oblicze”. „Pomyliłeś je – mówi Garabet, mędrzec. – To są stare kości innych ludzi. Oddaj je z powrotem”. „Komu je dać, jesteśmy tylko my dwaj!”. Dziadek Garabet wzrusza ramionami. „Tak to jest! Kiedy na kości padają nasze twarze, nie liczy się. Teraz twoja kolej”. I grają dalej, porządkując za pomocą kości świat, wojny, narodziny, cuda i, przede wszystkim, mękę.

 

Byłem chroniony pośród obrazów ognia, zapachów dzieciństwa, drzew i fantazmatów.

A jednak czasy były niespokojne. Niekiedy dziadek Garabet i nasz sąsiad z podwórza, Sahag Şeitanian, rozmawiali szeptem. Pewnego dnia na podwórzu po drugiej stronie drogi pojawił się starzec, którego nie znałem, Carol Spiegel. Przez jakiś czas starzec wychodził tylko na podwórko; przesiadywał na kanapie, wpatrując się w pustkę. Potem ujrzałem go, przez sztachety ogrodzenia, jak podchodzi do bramy i patrzy wzdłuż ulicy. Pewnego ranka wyszedł pozamiatać suche liście z chodnika. A po kilku dniach, po zmroku, odważył się zapukać do naszej bramy.

Nie wiedziałem, co to więzienie. Dopiero później zrozumiałem wyjaśnienie, jakie dał mi dziadek, a które wtedy brzmiało dla mnie jak gra: „Więzienie jest tam, gdzie świat innych jest możliwie największy, a twój świat jest najmniejszy z możliwych”.

Carol Spiegel był tak zwanym kolaborantem. Pracował w ratuszu w czasie wojny. Jako że był Niemcem, służył za tłumacza. Stacjonowanie wojsk niemieckich w mieście przebiegało skądinąd w należytym porządku. Niemcy nie zakłócali spokoju ludzi, nie upijali się i nie hałasowali. Zupełnie inaczej było, gdy przyszli Sowieci. Dziewczyny siedziały za dnia zaryglowane w domach, a karczmarze zamykali na kłódkę trunki.

Jeśli chodzi o bombardowania, było odwrotnie. Rosyjskie były łatwiejsze do zniesienia. Pośród wszystkich nieszczęść, jakie spadły na miasto podczas wojny, moi dziadkowie wymieniali zwłaszcza wielkie trzęsienie ziemi z 1940 roku. Nie bombardowania. „Jaki był sens się ukrywać? – pytał dziadek Garabet. – Kiedy nadlatywały samoloty amerykańskie, byliśmy spokojni. Szukali niemieckich koszarów przy drodze. Bombardowali je z taką precyzją, od jednej do drugiej strony drogi, że zrównywali je z ziemią, ale droga pozostawała nietknięta. Co się tyczy Rosjan, znów nie było się czego bać. Nie wiem dokładnie, czego szukali Rosjanie, ale w każdym razie, czegokolwiek by szukali, nigdy nie trafiali. Tylko jednego wieczoru spadły u nas na przedmieściach dwie bomby. Żadna nie eksplodowała. Jedna wryła się w ziemię na podwórzu, pośród warzyw, druga spadła na dom i przedziurawiła dach. Mężczyzna zakopał bombę, aby nie straszyć dzieci, i naprawił dachówki”.

Dziadek przeżył obie wojny. Nie walczył, ale je oglądał. Ci, którzy walczyli, rozumieli mniej.

Dlatego dziadek Garabet opowiadał o nich. W jego opowieściach zwycięzcami nie zawsze byli ci, których znałem z książek. „Nie spiesz się – mawiał. – Rzadko ten, kto wydaje się, że zwyciężył, jest prawdziwym zwycięzcą. A historię napisali przegrani, nie zaś zwycięzcy. Zwyciężyć to w pewien sposób wyjść z historii”. Przynosił dużą księgę. „To jest Vartan Mamigonian. A tu bitwa Ormian z Persami w roku 451 na równinie Awarajr. Nasza armia została wycięta do ostatniego żołnierza. Zadowoleni Persowie uznali, że na tamten dzień wystarczy, i odjechali z zamiarem powrotu i podbicia całego ormiańskiego królestwa. A co się ostatecznie stało? Persowie już nie wrócili, zostali zmuszeni do wyrzeczenia się swojej wiary i zamiast kłaniać się nadal słońcu, przeszli na islam. Za to my pozostaliśmy chrześcijanami do dziś. W rzeczywistości zwyciężyli więc Vartan Mamigonian i jego zmasakrowany oddział”.

A dziadek Setrak, ojciec mojej matki, filozof krwi, mawiał: „Krew jest bardziej niewymowna niż ciało. Zwycięstwo nie jest potęgą przelewania krwi innych – to jest raczej obojętność lub nienawiść – lecz potęgą przelewania własnej krwi”. I dziadek Setrak, który oceniał historię i jej zwycięzców miarą potęgi krwi, siadywał z rękami splecionymi na kolanach, by krew zatoczyła koło i odpoczęła.

Właśnie dlatego dziadek Garabet uważał, że ci, którzy rzeczywiście piszą historię, nie są generałami, lecz poetami, a prawdziwych bitew nie należy szukać pod końskimi kopytami. Ale nawet mój dziadek został zaskoczony i zmuszony zaakceptować to, że prawa wojny nie są nam do końca znane. Bo nie tylko on znał historię bomby zakopanej na podwórzu. Poznało ją także kilkoro dzieci, które zabrały się, w tajemnicy, do jej odkopywania. Istnieje rzeczywistość taka, jaką widzimy, i inna – rzeczywistość nasion. Nie wiedząc o tym, dzieci sprawiły, że te dwa światy zostały ze sobą zmieszane. A nasiona wojny, zakopane dawno temu, wyleciały w powietrze. Sergiu, mój starszy przyjaciel, w wyniku eksplozji zginął na miejscu, Tofan ledwo uszedł z życiem i nosi do dziś ślady wojny, która nie była jego. „Zatem – zdecydował dziadek – wojna się nie skończyła”. „Która wojna?” – zapytałem. „Ano, jest tylko jedna. Ale stale wybucha gdzie indziej, jak pokrzywka. Im mocniej się drapiesz, tym bardziej się zaognia. Koniec końców, historia jest tylko przewlekłym drapaniem”.

Pewnego dnia przyszedł mężczyzna ubrany w skórę i zapytał dziadka o Carola Spiegla. Mój dziadek mówił mało, wzruszając ramionami. Pod wieczór przyszedł Carol Spiegel i zapytał o człowieka w skórzanym ubraniu. Dziadek wzruszył ramionami. W ten sposób dla żadnego nie był przekonujący. I dlatego żaden z nich nie nalegał. Obcy mężczyzna już nigdy do nas nie zawitał, a Carol Spiegel zmarł kilka dni później. Na pogrzebie, tuż obok pani Spiegel, stali tylko mój dziadek Garabet i jego szwagier Sahag. Pozostali nawet nie zauważyli, że przez krótki czas pani Spiegel nosiła kwieciste sukienki zamiast czarnych ubrań, w których przywykli widywać ją od czasu wojny. Dla nich Carol Spiegel odszedł z tego świata wiele lat przed śmiercią. Jak deszcz, który spływa strumieniem po twoich skroniach, zanim zacznie płynąć z nieba.

W dzieciństwie żyłem w świecie szeptów. Szeptane słowa wypowiadano z ostrożnością. Dopiero później dowiedziałem się, że szept niesie też inne znaczenia, takie jak czułość czy modlitwa.

Były również rzeczy, które wypowiadano bez obawy. Nawet przez ogrodzenie, jak na przykład to, że przyjechał samochód z chlebem na kartki. Inne mówiono wyłącznie przy zamkniętych oknach. Lub na ławce w środku podwórza, gdy nikt nie przechodził drogą. Ale nawet wtedy zniżonym głosem, jak gdyby istniały jakieś okna, których nie można było zamknąć, lub jacyś przechodnie, których nie można było dostrzec.

Byłoby prościej, gdyby ludzie stawali blisko siebie, z pochylonymi głowami, bez konieczności skupiania się tak bardzo nad tym, by nie przegapić żadnego słowa. „Z daleka wszystko musi wyglądać naturalnie – wyjaśniał dziadek. Oni niech myślą, że to, co mówisz, to jakieś błahostki bez znaczenia. Niech tylko słuchają”. I siedzieli na drewnianych ławkach, z wyprostowanymi plecami, z podniesionymi czołami, rozmawiając. Nie pochylali się do siebie, gdy zniżali głos. Wychwytywali swoje szepty z niesłychaną zwinnością. Nawet Arşag, który z powodu dzwonu był nieco przygłuchy i wtedy, gdy nie mógł przeczytać z ruchu warg, prosił o powtórzenie. Ale wyszeptanych słów nigdy. Te w cudowny sposób słyszał wszystkie. Wibrowały inaczej w powietrzu i wyczuwał je przez skórę, jak nietoperze.

O wielu rzeczach nie wolno mi było mówić, ale przede wszystkim surowo zabroniono mi opowiadać w przedszkolu lub nieznajomym o tym, że u nas w domu rozmawia się czasem szeptem. „Co tam szepczesz?” – pytałem. „Czytam” – odpowiadał dziadek Garabet. „Jak to czytasz? A gdzie masz książkę?”. „Niepotrzebna mi. Znam ją na pamięć”. „Dobrze, a jak się nazywa ta książka? Kto ją napisał?”. „Być może ty, pewnego dnia”. I oto robię to teraz. I właśnie tak ją nazywam: Księga szeptów.

Jednym z gości, z którym w naszym domu rozmawiano szeptem, był Hagop Djololian Siruni. Niski mężczyzna z dwiema kępami włosów starannie zaczesanymi nad uszami. Jego powieki marszczyły się za grubymi okularami, ilekroć próbował dostrzec twarze, które z trudem rozróżniał. Wysiłek ten nadawał mu niespokojny wygląd, spotęgowany przez ręce, którymi wymachiwał w rytm mowy. Gdy czytał, pochylał się nad tekstem, niemal przyklejając oczy do kartki. Lubił zwłaszcza stare książki napisane alfabetem arabskim, których dziadek zachował kilka.

Siruni wrócił kilka lat wcześniej z Syberii. Dziadek wyjaśnił mi, że jest tam dużo śniegu, a zwierzęta z powodu zimna i śniegu są białe. Zjawiłem się przed Sirunim z moją książką Fram, niedźwiedź polarny5 i, pokazując mu zdjęcia, zapytałem, czy tam, gdzie był, jest równie pięknie. „Nawet jeszcze piękniej” – odpowiedział Siruni. Zdziwiłem się jednak, kiedy powiedział, że widział myśliwych, ale nie widział niedźwiedzi. Siruni i jego historia to tematy, których skądinąd moja rodzina unikała straszliwie. Długo po tym zdarzeniu, za namową pisarza Bedrosa Horasangiana, zacząłem składać rzeczy kawałek po kawałku i pojmować. W tym także fakt, że myśliwi, o których mówił wtedy Siruni, polowali na ludzi.

5C. Petrescu, Fram, niedźwiedź polarny, przeł. Danuta Bieńkowska, Warszawa 1968. 

Moi dziadkowie, Setrak i Garabet, byli bardzo dobrymi opowiadaczami. Ale nigdy nie występowali w snutych przez siebie opowieściach. Jakby nigdy nie żyli na tej ziemi. Opowieści bez opowiadacza, ich słowa słały się na starych anonimowych zwojach odnajdywanych w glinianych wazach. Żaden nie opowiadał o sobie. Każdy stawał się postacią w opowieści tego drugiego i trzeba było stale drążyć, to u jednego, to u drugiego, by poznać dalszy ciąg. Z tego powodu opowieść o Ormianach mojego dzieciństwa jest opowieścią bez końca.

 

a jednak opowieść o sobie. Działo się to tak. Mój dziadek Setrak siadywał wraz z nadejściem nocy na szezlongu, pod pergolą zarośniętą winoroślą, na podwórzu domu w Krajowej. Przesuwał paciorki różańca i kołysał się, podpierając na piętach. Mruczał. Mogło to być cokolwiek, od modlitwy po proroctwa.

Mój dziadek Garabet zamykał się na klucz w pokoju i śpiewał. To były dziwne pieśni, po turecku lub arabsku, z tych, które śpiewają teraz derwisze na pustyni. Pomrukiwania dziadka Setraka i inkantacje dziadka Garabeta były nieprzerwane. Oddychali inaczej i innego rodzaju powietrzem. W tamtych chwilach wołanie ich albo pukanie do drzwi nie miało sensu. Nie odpowiedzieliby ani by nie otworzyli.

Tymczasem wojna dobiegła końca. Kilku Ormian pospieszyło się, w tym bezładnym dzieleniu granic, by przejść na stronę zwycięzców. Nie możesz być zwycięzcą, jeśli nie robisz pożytku z przegranych. Tak więc stawili się u bramy świeżo powołanej ambasady Związku Sowieckiego, przedstawiając listę „kolaborantów”, która obejmowała, jakżeby inaczej, niemal cały kwiat ormiańskiej inteligencji z Bukaresztu. A że jesienią 1944 roku nie było trudno znaleźć antykomunistów, po pierwszej liście nowi kolaboranci donieśli jeszcze jedną i jeszcze jedną. Nawet Sowieci czuli, że miarka się przebrała. Wobec list, którym nie było końca, Sava Dongulov, konsul ambasady i Ormianin w dodatku, zdecydował, chwała mu za to: „Przestańcie! W tym tempie unicestwimy całą wspólnotę…”.

Pierwsze dziesięć osób, pośród których był także Siruni, aresztowano 28 grudnia 1944 roku. Przewieziono ich z granicy, w zamkniętym wagonie, do Moskwy, a stamtąd ciężarówką na Łubiankę, gdzie dokonywano selekcji. Bez żadnego procesu Siruni został zesłany do obozu pracy w Maryńsku. Praca polegała na zbieraniu żywicy sosen. Na podnoszeniu zatem wzroku w stronę wierzchołków drzew, wówczas gdy wiatr i śnieżyca zmuszają raczej do osłaniania twarzy. Ci, którzy przeżyli ciężkie roboty, Siruni i adwokat Vahan Ghemigian, były Przewodniczący Stowarzyszenia Studentów Ormiańskich, wrócili z Syberii ze wzrokiem tak słabym, że gdy czytali, przybliżali twarz do kartek. Zdawało się wtedy, że chowają policzki w dłoniach.

Nie mam pewności, czy istniało coś na tym świecie, a nawet sam świat, przed moimi narodzinami. Ale opowiadam wam o nim tak, jakby istniał. Jest jesień 1952 roku. Więźniowie gromadzą się w jadalni. Na tyłach kuchni wznosi się stos zamrożonych ryb, przywieziony ciężarówką i usypany tam przed laty, jeszcze w czasach założenia obozu. Dwa razy na tydzień więźniowie niezdolni do pracy rozbijają kilofem blok rybny i wrzucają szklące się wióry do kotłów, gdzie ryba gotuje się tak długo, aż odejdzie od ości, a lód przemieni się we wrzątek. Dla więźniów z zębami chwiejącymi się w zakrwawionych dziąsłach takie pożywienie jest odpowiednie. Zapach ryby zamarza na tynku jadalni niczym dekoracja świąteczna. Towarzyszka, która przybyła z Moskwy, opowiada im o olbrzymich osiągnięciach Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Wielu nie zna rosyjskiego, ale udaje, że rozumie. Towarzyszka pyta o coś z historii Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego. Więźniowie wytrzeszczają oczy ze strachu. Ci, którzy rozumieją rosyjski, dlatego że nie wiedzą, co odpowiedzieć, a pozostali, bo nie wiedzą, dlaczego kobieta nagle przerywa. To Siruni podnosi się ze swojego miejsca i odpowiada. Kobieta patrzy na niego z niedowierzaniem, wyczuła jego szorstki kaukaski akcent i pyta go dalej. Siruni zaś opowiada długo o sytuacji Kaukazu w tamtych czasach, wymieniając nazwiska, daty, wojny i traktaty z dokładnością, którą może wykształcić jedynie gułag i samotność. Po powrocie do Moskwy kobieta opowiedziała historykowi Eugeniuszowi Tarlemu, którego była asystentką, o niezwykłej wiedzy więźnia z Maryńska, który w dodatku zna ormiański, turecki, perski i arabski, w tym także formy mówione z czasów średniowiecza i zachowane tylko w językach kultu. Pod naciskiem Tarlego Akademia Nauk w Moskwie otrzymała transfer Siruniego z obozu pracy do Muzeum Historii w Erywaniu z misją odcyfrowania starych manuskryptów.

Każdy człowiek żyje na świecie, ale przede wszystkim w wyobrażeniu o świecie. W tamtym czasie – i kto wie w ilu podobnych czasach – tłumaczono to w skrócie tak: Twoje imię jest po części wypowiedziane, po części zapisane. A imię zapisane widnieje na okładkach teczek. Musisz wieść swoje życie świadomie. Budzisz się, przemywasz policzki, golisz się, przyczesujesz włosy. Gdy widzisz siebie w kącie lustra lub w witrynie, podnosisz głowę i wygładzasz fałdy ubrań. Życie jest ceremonią. Teczka to też tamto życie, ale wzięte z zaskoczenia. Dom, w którym każdy pokój ma trzy ściany. Możesz się oprzeć, ale nie masz gdzie się ukryć.

Siruni musiał więc mieć założoną teczkę. I szperając w tym wziętym z zaskoczenia życiu, niestrudzeni urzędnicy znaleźli artykuł opublikowany w 1944 roku w bukareszteńskiej gazecie „Araz”, gdzie Siruni opłakiwał śmierć przyjaciela zabitego nikczemnie kilka lat wcześniej w Związku Sowieckim. Hołd dla utraconego przyjaciela o imieniu Aghasi Khangian przekształcił się w akt oskarżenia pod adresem Ławrentija Berii, oskarżonego o zbrodnię. I nie tylko o tamtą zbrodnię, lecz o wiele innych. W odróżnieniu od pozostałych, Siruni wiedział, co dzieje się w Sowietach. I przelał na papier całą złość. Takie oskarżenie można było z łatwością rzucić wtedy, w sprzymierzonej z Niemcami Rumunii, ale nie w Związku Sowieckim rządzonym przez NKWD. W konsekwencji Siruni, schorowany, na wpół ślepy, został ponownie zesłany do obozu, tym razem w Potmie, miejscu zagłady. Jakakolwiek próba ucieczki była wykluczona. Zmarłych, gdy zbierała się odpowiednia liczba ciał, ułożonych w stos na wozie bez budy, wywożono z obozu i wrzucano do wspólnego grobu. Nie było żadnego pośpiechu, bo wskutek zimna zwłoki nie rozkładały się. Na wypadek gdyby któryś z więźniów próbował ucieczki udając zmarłego albo był na wpół żywy, strażnicy roztrzaskiwali im, w bramie, głowy młotkiem. Potma leżała zbyt daleko od świata, by usłyszano tu o śmierci Stalina. Zwielokrotniona bez końca za pomocą portretów, postać Stalina zaznała nieskończenie zwielokrotnionej śmierci. Pewnego dnia zniknął portret z jadalni. Potem, kilka miesięcy później, także fotografia Berii z biura komendanta. Artykuł oskarżający z 1944 roku, z dziennika „Araz”, stał się opatrznościowy. Sam Woroszyłow wydał dekretację na rozkazie uwolnienia, Siruni zaś został odwieziony z honorami do Erywania. A stamtąd w 1955 roku do domu. Gdzie świat zupełnie się zmienił. Rodzina rozproszona, archiwa i rękopisy skonfiskowane, przyjaciele, w dużej części, zaginieni. Jeden z nich, Garabet Vosganian, czekał na niego na drewnianej ławce na podwórku, obserwując zza płotu wozy historii, obciążone lawetami armatnimi, jak rozpływały się, pchane z trudem przez obszarpane sylwetki.

W Księdze szeptów są zapisane imiona tych zmarłych. O nich mówili, ledwie otwierając usta, Siruni i dziadek Garabet. Po pierwszej grupie zabranej w grudniu 1944 nastąpiła druga, z 24 kwietnia 1945 roku. Najmłodszy z aresztowanych, Levon Harutiunian, umarł ostatni, w roku 1999 w Los Angeles. To od niego znam tę historię. Mojemu dziadkowi byłoby ciężko opowiadać o tym, jak niektórzy Ormianie zaczęli zdradzać jedni drugich. W każdym razie dziadek wracał do tych czasów z trwogą, wtedy bowiem poczuł jeden z rzadkich impulsów do walki. Poza tym, na tyle, na ile mógł, trzymał się z boku, patrząc wielkimi oczami i próbując zrozumieć. Ale do tego też potrzebujesz odwagi. „Myśl – mówił. – Bądź gotowy stawić czoła rzeczywistości, cokolwiek by się działo. Byś mógł wystawić twarz na cztery wiatry jednocześnie”. I także on: „Być bohaterem to forma tchórzostwa. Nie możesz znieść cierpienia i wtedy próbujesz położyć mu kres, desperacko i za wszelką cenę”. Jednak nas, dzieci, chował w kulcie bohaterów. Opowiadał nam o legendarnym Haigu, o Arze Pięknym i Tigranie Wielkim. Filozofował na swój sposób, mówiąc najczęściej do siebie, patrząc w okno: „Jedyną rzeczą, którą ludzie mają wspólnie, są opowieści. Kiedy mówisz, że dwie osoby są z tego samego rodu, to znaczy, że słuchały tych samych opowieści. O bohaterach można opowiadać historie, bo one mają zawsze początek i koniec. O tych, którzy cierpią i przede wszystkim cierpią rozumiejąc, co się z nimi dzieje, nie da się opowiedzieć, ich cierpienie nie ma bowiem końca. A kto by opowiadał niekończące się historie i zwłaszcza, kto by ich słuchał? Dlatego nie trzeba nawet słuchać, wystarczy patrzeć przez okno. Lub jak niegdyś z kreneli twierdzy…”. Ale i twierdze obracają się w ruinę, i domy z oknami i wszystkim. „To nie ma nic do rzeczy – sprzeciwiał się dziadek. – Zawsze znajdzie się okno, przez które możesz patrzeć. I zawsze istnieje przynajmniej jedna niezdobyta twierdza”.

Znałem, wtedy jeszcze nie wiedząc o tym, tylko koniec tej historii. Mianowicie kilka butów, niekoniecznie do pary, których używaliśmy w obejściu, kiedy padało. Najciaśniejsze, byśmy nie wnosili błota do domu i by nam było łatwiej je zdejmować na progu, dziadek zaniósł do szewca, by odciął im napiętki, przekształcając je w ten sposób w sznurowane papucie.

To jest zatem koniec historii. A początek właśnie zdołałem opowiedzieć. W tej drugiej grupie aresztowanych, w której był Levon Harutiunian, znalazł się także nasz wujek Ervant Hovnanian wraz ze swoim bratem Vagharșagiem. Było to w Wielkim Tygodniu. Kościół ormiański w Fokszanach miał duży dziedziniec strzeżony przez olbrzymie kasztany. W tamtych czasach Ormianie byli liczni i kościół napełniał się w święta. Do tego stopnia, że człowiek, który wyciągnął dziadka za rękaw, wcześniej szukając go długo wzrokiem w tłumie, musiał torować sobie drogę i znieść karcące spojrzenia pozostałych. Gdy dziadek podążył za nim na dziedziniec kościoła, tym razem parafianie rozsunęli się uprzejmie. Dziadek wyglądał okazale w swoim stroju kantora i ludzie myśleli, że stanowi to część mszy. Nieznajomy podał mu zwitek papieru, który ktoś wyrzucił z jakiejś ciężarówki na rogu ulicy. Ciężarówki wojskowej z opuszczoną budą. Człowiek bał się, ale spełnił prośbę zapisaną pospiesznie na skrawku papieru: „Zakrystianowi z kościoła ormiańskiego”. Był Wielki Piątek i postanowił zrobić dobry uczynek bez ujawniania swojego imienia. Nie pytał, co jest napisane w środku. Nie chciał wiedzieć nic więcej. Tak było lepiej.

Bilecik zawierał też coś zapisanego po ormiańsku. Jedno słowo: „Żyjemy”. Dziadek wrócił do kościoła i, pod zaskoczonym spojrzeniem ojca Aslaniana, odciągnął na bok Sahaga Șeitaniana, drugiego zakrystiana. I tak oto, przyodziani w kościelne szaty, poszli na ulicę Dużą, pomiędzy żydowskie sklepiki, które pochyliły się po trzęsieniu ziemi, do ich sklepu, gdzie był telefon. Zadzwonili do Bukaresztu i ich przypuszczenia potwierdziły się. Ciocia Nvart, żona Ervanta Hovnaniana, szlochała spazmatycznie. Żołnierze sowieccy wtargnęli do ich domu, przyparli wuja twarzą do ściany. Przetrząsnęli wszystko, wrzucili bezładnie do walizki papiery, książki, odznaki. Zabrali Ervanta. Podobnie jego brata i jeszcze ośmioro „kolaborantów”. Jedni mówili, że zostali rozstrzelani pod murem monasteru Văcărești, inni, że gniją w lochach więzienia w Jilawie6. Udali się pospiesznie do monasteru, ale mury zdawały się spokojne i nikt z sąsiedztwa nie słyszał strzałów.

6 Więzienie wykorzystywane przede wszystkim do przetrzymywania więźniów politycznych w okresie reżimu komunistycznego.

– To znaczy, że wywożą ich na Syberię – powiedział dziadek, to była jedyna rzecz, która mogła zastąpić śmierć.

– Syberia, Boże! – Łkała do słuchawki ciotka Nvart. – Zabrali go w pantoflach, odmrozi sobie stopy…

Dziadek i wuj Sahag wrócili do kościoła, gdzie msza dobiegała końca. Naradzili się z ojcem Aslanianem i radą parochialną. Ksiądz zostawił kościół otwarty, tak by każdy mógł wrócić z butami, które znalazł w domu. Ohanes Krikorian zdjął buty, które miał na stopach, i zostawił w dużym pudle. Zebrali około dziesięciu par. Powinno się raczej powiedzieć „dwadzieścia butów”, ponieważ niektórzy przynieśli tylko jeden, bez pary. Dobry i taki. Dziadek podobierał je, według rozmiarów, lewy do prawego i naliczył siedem par. Nawet jeśli buty z tej samej pary miały inne kolory. Ważne, by były ocieplone w środku i miały całą podeszwę. Anton Merzian, szewc z ulicy Dużej, przyniósł ze sobą kopyto i wzmocnił jeszcze podeszwy z drewna, wbijając w nie małe gwoździe. Widział przed budynkiem prefektury ciężarówkę przypominającą tę, o której mówił nieznajomy.

We wspomnieniach Levon Harutiunian opowiada, że aresztowanych wyprowadzano z ciężarówki i stłaczano w jednym pokoju, gdzie pilnowali ich uzbrojeni żołnierze stojący w drzwiach. Robili to na zmianę, zmuszając ich, by stali przez cały czas, przytomni. Im bardziej byli zmęczeni, tym łatwiejsi do upilnowania. Tych najsłabszych, jak Vagharșag Hovnanian, musieli podpierać inni, bo gdyby upadł, żołnierskie buty postawiłyby go do pionu kopniakami.

Dziadek, który mówił nienagannie po rumuńsku, ale też po rosyjsku, zbliżył się do murów prefektury, próbując zajrzeć przez okna. Wartownik, który wychynął zza węgła, wezwał go po rosyjsku i chwycił za palto, próbując wepchnąć do środka. Dziadek wyrwał się i wtedy żołnierz puścił go wolno, pokazując mu bronią, by szedł wzdłuż ulicy.

Nikt nie może powiedzieć, że wie naprawdę, czym jest milczenie, jeśli nie usłyszy za plecami szczęku ładowanej broni. Dziadek zaczął oddalać się chwiejnym krokiem, wciąż oglądając się za siebie. Wtedy Rosjanin załadował karabin maszynowy. I zapadło milczenie. Oczywiste, że dziadek Garabet puścił się biegiem, przy murach, przygotowany na najdrobniejszy hałas, by rzucić się na bruk i zlać się w jedno ze swymi śladami.

Dalej opowiada Levon Harutiunian. Wczesnym rankiem zostali załadowani z powrotem do ciężarówki; najmłodsi podpierali starych i wyczerpanych. Chciało im się pić. Ciężarówka zatrzymała się na szosie nieopodal miejsca, gdzie przepływa Milcov. Napili się wody z rzeki, klęcząc na brzegu, i obmyli sobie twarze. Od granicy droga przebiegała śladami pierwszej grupy aresztowanej cztery miesiące wcześniej. Łubianka, segregacja, potem więzienie Lefortowo, z grubymi murami z czasów cesarzowej Katarzyny. Miejsce, gdzie nie zapewniono nawet podstawowej formy wolności, mianowicie wolności wyboru śmierci. Więźniowie spali przy zapalonym świetle, trzymając ręce na kocu, aby przypadkiem żaden z nich, zdobywszy coś ostrego lub po prostu czyniąc użytek z własnych zębów, nie podciął sobie żył i nie oszukał w ten sposób strażników więziennych, umierając w ukryciu. Na pierwszym poziomie rozciągała się metalowa siatka, która miała uniemożliwić im skrócenie sobie życia przez roztrzaskanie się o cement parteru. Więźniowie byli użyteczniejsi żywi, bo każdy z nich mógł swoimi zeznaniami pociągnąć za sobą innych. Tam zaczynała się izolacja. Byli zamykani w oddzielnych boksach, rozbierani, poddawani rewizji osobistej, z odbytem włącznie, po czym musieli zrobić około dwudziestu przysiadów, a następnie zakładali koszule i portki więzienne. „Moje papierosy zostały u Sarkisa Saruniego” – odpowiedział Harutiunian pierwszemu przesłuchującemu, który zapytał go, czy pali. „Nie mamy nikogo o takim imieniu” – usłyszał szorstką odpowiedź. „Przecież dopiero co zostaliśmy rozdzieleni…” – upierał się młody, wtedy, Harutiunian. „Powiedziałem ci, że taka osoba nie istnieje!” – walnął pięścią w blat stołu, przesłuchujący. Pewnego dnia miał odkryć, że także osoba o imieniu i nazwisku Levon Harutiunian już nie istnieje. Teraz nazywał się 7-35. „Jak się nazywasz?” – został zapytany, gdy ledwo co wyszedł z wagonu na zdrętwiałych nogach w obozie w Krywoszczakowie, przedmieściu Nowosybirska, nad brzegiem rzeki Ob. „7-35” – ryknął Harutiunian, by zagłuszyć wrzawę psów trzymanych na łańcuchu i szczutych przez żołnierzy. „A dalej jak? – zapytał oficer siedzący pod bramą obozu, na której było napisane «Praca czyni wolnym». – To znaczy takie masz imię, a jakie jest twoje nazwisko?”. „58!” – ryknął ponownie Harutiunian, co oznaczało „wróg ludu”. Był teraz częścią innej rodziny, licznej, mrowiącej się, wychudzonej, rozproszonej po całej Syberii, rodziny elementów społecznie niebezpiecznych, wrogów ludu, desygnowanych w ten sposób przez artykuł prawa karnego.

Harutiunian wyszedł na wolność po jedenastu latach więzienia. Rumuńska Republika Ludowa przyjęła go na wiele sposobów. Zobaczywszy go na Dworcu Północnym, w typowo obozowym ubraniu i butach, jakiś człowiek kupił i wręczył mu obwarzanki. Ktoś inny podszedł, by zapytać o zaginionego krewnego. A przy wyjściu z dworca powitał go patrol wojskowy, i ciężarówka zawiozła go do siedziby Securitate na Calea Rahovei. Tam wręczono mu zaświadczenie z Ambasady Związku Radzieckiego rodzaj dyplomu przyznawanego przodownikom pracy.

ZAŚWIADCZENIE

Niniejsze zaświadczenie wydaje się obywatelowi Levonowi Harutiunowiczowi Harutiunianowi, urodzonemu w 1913 roku, w celu potwierdzenia, że od 8 maja 1945 roku do 24 września 1955 przebywał w ZSRR. W czasie pobytu w ZSRR Harutiunian L.H. był wykorzystywany do różnych prac. W ostatnim czasie pracował jako główny ekonomista sektora obróbki drewna. W swoim zachowaniu wykazywał się sumiennością.

Rzeczywiście. W chwili aresztowania ważył osiemdziesiąt dwa kilogramy. W chwili wyjścia z więzienia spadł do pięćdziesięciu. Czasami, gdy z powodu nudy strażnicy więzienni stawali się bardziej czuli, mówili do niego tonki-zvonki, czyli brzęczy-chudzina, inaczej mówiąc, jego kości pobrzękiwały, uderzając jedne o drugie. Wypadły mu prawie wszystkie włosy, a na skroniach pozostało mu tylko tyle, by wydawało się, że nad uszami ma zawieszone srebrzyste podkowy. Lewa ręka trzęsła mu się trochę, dlatego gdy palił, trzymał papierosa pod stołem, ukrytego przed wzrokiem innych. Wypadły mu też zęby. Poczciwy człowieku z Dworca Północnego, który podarowałeś obwarzanki nieznajomemu w obozowym ubraniu, twoja dobroć była czymś więcej, niż mógł przyjąć. Tylko że Harutiunian nauczył się nie spieszyć. Mamlał dziąsłami suchy kawałek, powoli, aż go rozmiękczył.

Ich dom, teraz niska i wąska mansarda, przyjął go z wielką radością. Czekali na niego przyjaciele, którzy też wyszli na wolność: Siruni, Arșavir Acterian i Vahan Ghemigian. Zachowała się fotografia. Z tyłu Arșavir napisał: „Czterech więźniów”. Innymi słowy więzienie nie nadchodzi i nie mija, jest jak wilgoć, która, gdy cię dotknęła, wnika do twoich kości, nosisz ją w środku. Arșavir chciał powiedzieć, że istnieją więzienia, z których nie wyzwolisz się nigdy, choćbyś nie wiem ile zamków rozkuł. Zawsze zostanie jeszcze jedna brama, której nie dasz rady otworzyć. I nikt nie może ci pomóc jej sforsować, bo widzisz ją tylko ty.

Tym czterem więźniom udało się spotkać z piątym – Hovhannesem Babikianem. Oczekiwał ich na stojąco, wsparty o kostur. Vahan, który wiedział, jak bardzo Babikian jest chory, chciał mu pomóc się położyć. „Bzdury – odpowiedział Babikian. – Łóżko jest do spania. Śmierć przyjmujesz na stojąco”. Kiedy wyszli, słyszeli go jeszcze, jak śpiewał Cylicjo moja. Tęsknota za rodzinnymi stronami. Skończył pieśń, mimo że, jak opowiadała jego synowa, oceniając po szklanych oczach, można stwierdzić, że umarł po pierwszej zwrotce. Ba, chociaż słychać było jeszcze jego śpiew, nie poruszał już ustami. Wspięli się z powrotem po schodach, przysunęli łóżko do zmarłego, zastygłego w pozycji stojącej, i przechylając jak słup, złożyli go jednak w łóżku. Aby nie wystraszył tych, skądinąd nielicznych, którzy przyjdą na czuwanie i zobaczą go takiego zastygłego, na stojąco. I tak musieli wykopać dla niego grób głęboki i okrągły jak studnia.

Levon Harutiunian przyniósł nam to wszystko zapisane starannie, z nielicznymi skreśleniami. Zapewniliśmy go, że będziemy się spieszyć, aby wydać jego manuskrypt. „Po mojej śmierci” – powiedział. Opowiadałem mu o radości każdego autora, w chwili gdy trzyma w ręku i kartkuje swoją świeżo wydaną książkę. „Kusiłoby mnie nawet, żeby ją przeczytać, tak? – żartował Harutiunian. A potem już poważnie dodał: – Pisanie wyzwala. Napisałem to wszystko, a teraz mogę o tym zapomnieć. Czytanie, dla odmiany, obciąża. Niech czytają to inni, by o tym nie zapomnieć. Nosiłem to wszystko w pamięci wystarczająco długo”.

Myślę, że to, co mówił, nie było do końca prawdą. Nie mógł w żaden sposób zapomnieć. Zwłaszcza że będąc ostatnim, który został przy życiu, musiał nieść też wspomnienia innych. Wspomnienia umierają później niż ludzie. Jak mawiał dziadek Garabet: „Żaden człowiek nie umiera w momencie, lecz stopniowo, powoli. Najpierw ciało, potem jego imię, potem wspomnienia innych o nim, a na samym końcu jego wspomnienia o innych”.

Bawiłem się pod stołem na podwórzu, gdy starcy opowiadali szeptem lub nucili piękne pieśni o smutnych słowach, usłyszane w dzieciństwie spędzonym na płaskowyżu Anatolii. „Przegońcie stamtąd to dziecko” – mówiła któraś z pulchnych i pachnących wodą kolońską kobiet, tanti7 Paraţem lub ciocia Armenuhi. „Daj spokój – odpowiadał dziadek. – Zawsze zostanie ktoś, kto będzie opowiadał. Może się okazać, że właśnie on będzie opowiadaczem”.

7Tanti (rum.) – familiarny zwrot kierowany do starszej kobiety.

Od małego wkładał mi pióro do ręki i otaczał białymi kartkami, tak jak inne dzieci otacza się słodyczami lub zabawkami. Tak oto zostałem stopniowo opowiadaczem życia mojego dziadka Garabeta, który w ten sposób będzie trwał jakiś czas, dopóki nie utraci wspomnień o tym świecie.