Księga miliona i jednej rozkoszy - Tymoteusz Sokołowski i inni - ebook

Księga miliona i jednej rozkoszy ebook

Tymoteusz Sokołowski i inni

0,0

Opis

Fantastyczno-erotyczna opowieść szkatułkowa, w której jedne opowieści wynikają z drugich lub są w nich przypowieściami. Uwspółcześniona, polska odpowiedź na Księgę Tysiąca i Jednej Nocy. Bardzo gorąca – jak 22 autorek i autorów, pod czujnym okiem Tymoteusza!

 

To nie jest tylko książka erotyczna.

To raczej książka, która mówi o rzeczach ważnych językiem erotyki.

 

Owszem – może Cię podniecić, rozpalić, rozgrzać.

Ale nie zawęża erotyki do wzorca kultury instant, w której pożądanie przysługuje tylko młodym i pięknym.

 

Ciało pożąda.

Ale ciało także choruje, pamięta i traci.

 

Seks nie cofnie czasu. Nie zapobiegnie stracie. Nie przywróci sensu.

A jednak – rozgrzewa.

A jednak – pozwala poczuć chwilę pełniej.

 

Księga opowiada o tym, co nieoczywiste, niejednoznaczne, niewygodne.

 

I dlatego jest niebezpieczna.

Dla Ciebie – jako czytelnika. I dla autora.

 

Bo jest trudna. Bo odbiera erotyce funkcję alibi – lekkiego, nieważkiego głosu –

i oddaje odpowiedzialność. Pełną odpowiedzialność. W Twoje ręce.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 507

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Księga miliona i jednej rozkoszy

Przez światy autorów czytelnika ku rozkoszy prowadzi

Tymoteusz Adam Leonard Sokołowski

Wydawnictwo „Wilki Trzy i Kot”

Tytuł: Księga miliona i jednej rozkoszy

Koncepcja, opracowanie i opowieść ramowa:

Tymoteusz Adam Leonard Sokołowski

Selekcja i kompilacja utworów:

Tymoteusz Adam Leonard Sokołowski, Agnieszka Zasadzka

Autorzy opowiadań:

Daniel Artur Chmarzyński, Jędrek Dżdżownica, Sylwia Finklińska, Patryk Gujda, Natalia Kędra, Jolanta Kitowska, Natalia Klimaszewska, Sylwia Koper, Krzysztof Kotlarski, Maria Krzywda, Łukasz Maj, Wiktor Matyszkiewicz, Mariusz Minkiewicz, Kamil Mosior, Cezary Romanowski, Aleksandra Rybacka, Tymoteusz Adam Leonard Sokołowski, Magdalena Targosz, Dominika Vicente, Jakub Wczasek, Joanna Zając, Agnieszka Zasadzka

Wstępem opatrzył:

Tymoteusz Adam Leonard Sokołowski

Redakcja i korekta:

Sonia Korta, Piotr T. Dudek, Tomasz Wilk, Agnieszka Zasadzka, Aleksandra Rybacka, Dominika Giżycka

Projekt okładki i ilustracje:

Ewa Jach

Skład:

Tomasz Wilk

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

© Tymoteusz Adam Leonard Sokołowski, 2026

© Wydawnictwo „Wilki Trzy i Kot”, 2026

E-mail: [email protected]

www.wilkitrzyikot.pl

Wydanie I, Lubliniec 2026

ISBN 978-83-974757-8-6

Księgę dedykuję pamięci mojego zmarłego w grudniu 2024

ojca, któremu zawdzięczam

dbałość o szczegóły i dążenie do perfekcji,

A także mojemu synowi, który miał dość cierpliwości

i wyrozumiałości, by rozumieć, że czasem

ojciec nie dość, że książki czyta, to jeszcze (o zgrozo!) próbuje je

również pisać (a dyskusje na tematy fabuł

czy konstrukcji postaci zawsze przynoszą coś ciekawego),

Mojej mamie, która zaraziła mnie czytelniczą pasją,

A wreszcie córce, której nigdy nie będzie dane

poznać przyjemności obcowania z literaturą.

Instrukcja obsługi Księgi

Czy książki powinny mieć instrukcje obsługi? Wydaje się to niepotrzebne, skoro nie zawierają raczej małych elementów, którymi można by się udławić ani śladowych ilości orzeszków i wiadomo, że nie należy ich prać z  ubraniami kolorowymi w  temperaturze dziewięćdziesięciu stopni.

Owszem.

Ale…

Księga jest książką dość nietypową, w której w pewien sposób można się łatwo pogubić. A tego byśmy nie chcieli, prawda?

Księga jest zbiorem opowiadań… i  nim nie jest. Tak, choć brzmi to dziwnie, podobnie jak kot Schrödingera, który jest zarazem żywy i  martwy, tak i  Księga jest i  nie jest zbiorem opowiadań.

Jest zbiorem opowiadań, bo składa się z opowiadań dostarczonych przez w  sumie dwudziestu dwóch (oczko! W  dodatku perskie!) autorów… ale jednocześnie zbiorem opowiadań nie jest, bo jest powieścią.

Powieścią, o  szkatułkowej budowie, w  której wiele osób ze sobą rozmawia i  przytacza różne anegdoty, baśnie i  opowieści. A z kolei wewnątrz tych opowieści zdarza się, że ktoś kolejny komuś innemu coś opowiada i tak dalej.

By się w tym nie pogubić, zdecydowaliśmy się na kilka zabiegów:

1. Bezpośrednio przy utworach nie ma ich autorów, informację, kto co napisał można znaleźć w  dwóch miejscach: w  spisie treści na początku Księgi i w notkach autorskich na jej końcu.

2. W Księdze jest wątek główny, w którym kilka osób coś sobie opowiada, w  tych opowieściach z  kolei ich bohaterowie opowiadają coś sobie nawzajem.

3. W Księdze znajdują się główne opowieści, snute przez trójkę narratorów: Erosa Browna, Gentae i  doctor Yuę Yoshino – te główne opowieści oznaczone są dodatkowo ikoną symbolizującą każdą z tych osób, a raczej to, co każdą z tych osób fascynuje / jest jej hobby.

Motyl

Symbol Erosa Browna – opowieści te (w  intencji autorów) mogą nieść silny pierwiastek męski, lub męskie spojrzenie, Erosa Browna fascynują kobiety i motyle.

Bilard

Symbol Gentae – opowieści te mogą nieść treści niebinarne, lub nieheteronormatywne spojrzenie na miłość, Gentae fascynują osoby obu płci, sytuacje niejednoznaczne i różnorakie gry, w tym bilard.

Pędzel

Symbol doktor Yuy Yoshino – opowieści te mogą nieść silny pierwiastek żeński lub kobiece spojrzenie. Yuę fascynują mężczyźni i sztuka, w tym malarstwo i rzeźba.

Przykładowo tak wyglądają początki trzech z takich opowieści:

Opowieść Erosa Browna

„Białe motyle”

Mój ojciec (…)

Opowieść Gentae

„Anioł Niepodległości”

Gentae uśmiechnęło się (…)

Opowieść doktor Yuy Yoshino

„Za późno”

Wszystko zaczęło się od weselnej pościeli (…)

4. Opowieści wewnątrz innych opowieści nie mają specjalnych znaczków, a tylko opis.

Przykładowo:

Opowieść Sofii

„Lochy i kajdany”

wewnątrz opowieści Erosa Browna

„Oko Dżina”

Mężczyzna, którego miała (…)

5. Główne opowieści kończą się "Opowieść X: koniec", a  wewnętrzne „Koniec opowieści Osoby X wewnątrz opowieści Osoby Y”. Dodatkowo, w  przypadku głównych opowieści, przy końcu znajduje się też ikona, zgodna z  powyższym opisem (motyl dla Browna, bilard dla Gentae, pędzel dla Yoshino).

6. W  chwili gdy akcja wraca do wątku głównego, gdy nasi opowiadacze sobie coś opowiadają – pojawia się tam jeszcze jeden symbol: usta, taki jak poniżej:

Mam nadzieję, że takie wyraźne oznaczenia pozwolą korzystać z  Księgi z  przyjemnością, nawet wtedy, gdy musisz jej lekturę przerwać lub odłożyć.

7. Autorzy Księgi przygotowali również mały prezent dla melomanów: playlistę utworów, których nastrój koresponduje z  klimatem tego zbioru. Znajdziesz ją pod koniec Księgi, wraz z kodami QR umożliwiającymi szybki dostęp do playlisty.

Prolog

Miłość jest najwyższą siłą Wszechświata,

to ona wprawia w ruch gwiazdy

Dante Alighieri

Dawno, dawno temu, za górami i za lasami, w odległej galaktyce, a może nie tak dawno i nie tak daleko, może zaledwie przedwczoraj albo wczoraj, żyli sobie Gentae, Yua i Eros.

Eros w Nowym Jorku.

Yua w Paryżu.

Gentae w Krakowie.

Nie wiedzieli o  sobie nawzajem i  nawet w  głowach im przez moment nie postało, że kiedykolwiek się dowiedzą.

I  nigdy by się to nie zmieniło, gdyby nie pewna tajemna Księga i nie mniej tajemnicza Arcyksiężniczka.

Cała trójka żyłaby spokojnie, nadal przeżywając wzloty i upadki, miłości i sercowe zawody, krótkie chwile szczęścia i lata nieszczęść.

Ale Księga, cóż, Księga miała względem nich całkiem odmienne plany.

Kto wie, może ma plany również względem Ciebie?

Co zaś się tyczy Arcyksiężniczki…

Przez wzgląd na jej majestat, dostojeństwo i urząd ujmijmy to tak, że Arcyksiężniczka w planowaniu nie była zbyt wybitna.

Księga miliona i jednej rozkoszy

Piosenka Ordinary Alexa Warrena, którą doktor Yua Yoshino lubiła przede wszystkim za wers „We'll make the mundane our masterpiece”, skończyła się i  spiker mówił teraz o  niespotykanie gwałtownej burzy słonecznej.

Zaproszeni eksperci dyskutowali, czy może to dać początek burzy magnetycznej na skalę tej z 1989 roku, czy może wręcz takiej jak w  1859 roku, co mogłoby spowodować zniszczenie sieci energetycznych krajów uprzemysłowionych i cofnięcie cywilizacji o dwa stulecia.

Ale doktor Yua Yoshino ledwo rejestrowała te apokaliptyczne wizje jako odległe tło, rozmazaną plamę farby na horyzoncie pejzażu, bo przez jej duszę przetaczała się na pierwszym planie świadomości zupełnie inna burza – na szczęście niewidoczna z zewnątrz.

Patrząc na Jean-Marie, zdawała sobie sprawę, że chłopak rozbiera ją płonącymi intensywnym blaskiem oczami. Otoczone delikatnymi zmarszczkami rozrzucały wokół iskry radości, zapraszały tajemnicą ciemnobrązowych tęczówek w  labirynt wspomnień; wspomnień, którym Yua nie potrafiła się oprzeć.

Powabny jak sen o świcie, nęcący niczym zapach róż w ciemności, wyglądał jeszcze bardziej pociągająco niż wtedy, gdy po wieczornych zajęciach zaciągnęła go na dach Paris College of Art, gdzie kochali się w świetle Księżyca. Stał przed nią zarówno nieruchomy, jak i pełen wewnętrznej dynamiki niczym świeży obraz na płótnie. Gdy przechylił głowę, mięśnie karku subtelnie zadrżały, jakby dotknięte końcówką pędzla. Kanciasta żuchwa poruszyła się i  zastygła, a  kości policzkowe jeszcze mocniej się uwypukliły. Yua wiedziała, że robi to specjalnie, ponieważ kiedyś pozwoliła sobie na uwagę, że podoba się jej ta zbójecka linia twarzy. Także policzki pokryte co najmniej trzydniowym zarostem bez dwóch zdań były prowokacją, bo kiedyś mimochodem rzuciła uwagę, że taki pasuje mu idealnie.

– Na co czekasz? Rozbierz się.

Jean-Marie, nie przestając się uśmiechać, rozpiął mankiety koszuli, sięgnął do kołnierzyka, rozplątał krawat. Przymknęła oczy, obserwując te celowo niespieszne ruchy, gdy niczym w  spowolnionej animacji muśnięta słońcem skóra opinała się na nieprzesadnie umięśnionych szerokich plecach i wyrzeźbionym brzuchu. Choć Yua wiedziała, że jej twarz nie zdradza emocji, bała się, iż chłopak dostrzeże, że wewnątrz płonie; że czuje nieposkromiony żar w  podbrzuszu na wspomnienie ich łóżkowych zmagań; że czeka niecierpliwie na moment, gdy kochanek rozepnie pasek i zsunie dżinsy oraz bokserki.

To pośladki elektryzowały ją najbardziej. Przywodziły na myśl konia, nie byle jakiego, pełnej krwi ogiera. Tak, niewątpliwie, ten młody facet był ogierem. Przygryzła w  zamyśleniu dolną wargę. Ile dziennie musiał robić przysiadów, by tak wyglądać? Jej wzrok pobiegł ku rzeźbie centaura, nad którą pracowała, a  szczegóły anatomiczne zebrała od paru modeli, ale całe plecy i to, co poniżej, „pożyczyła” od Jeana-Marie. Porównała je teraz z pierwowzorem i  stwierdziła, że choć dobrze oddała proporcje, żywy Jean-Marie był piękniejszy od posągu.

– Postaw nogę na tym pudle. O tak. Doskonale.

Yua Yoshino wyciągnęła przed siebie dłoń z  ołówkiem, przekręciła o  dziewięćdziesiąt stopni, obróciła ponownie, by lepiej określić proporcje i zaczęła szkicować pierwsze kontury. Ołówek stał się przedłużeniem jej percepcji: miękkie i  ostre linie, które nim kreśliła, obrysowywały, zarysowały, kradły obraz Jean-Marie z  trójwymiaru pracowni w  dwuwymiar kartki, gdzie na powrót uzyskiwał pozór trójwymiarowości.

– Pójdziemy potem do łóżka? – spytał. Spojrzenie błądziło po jej ciele, jakby to ona była naga. W reakcji jego przyrodzenia dostrzegła, że zapamiętany czy wyobrażany widok nadal rozpalał w nim pożądanie. A przecież mogłaby być jego matką.

Jean-Marie przesunął dłonią po skórze, niby przypadkiem trącając wzwiedzionego penisa. A Yuę przeszyło to osobliwe uczucie „mono no aware”, nieprzetłumaczalne na zachodnie języki, gdy smutek rzeczy, ich patos, spotyka przemijalność i  ta kruchość, ta  nietrwałość wszystkiego co piękne sprawia, że jest to jeszcze piękniejsze. Przypomniała sobie cytat z Genji Monogatari: „Jakże smutne jest to życie: w świecie, gdzie nawet najbardziej przelotne spotkania sprawiają, że czujemy, iż życie jest warte przeżycia – tak szybko przychodzi moment pożegnania”.

A  może by spróbować jeszcze raz zanurzyć się w  to piękno, w tę ulotną chwilę, w te szerokie i mocne ramiona chłopaka, który miał mniej lat niż ona, gdy po raz pierwszy doświadczyła zmysłowej miłości?

– Nie – odpowiedziała. – Spotykamy się tylko na stopie zawodowej.

„To dlaczego” – pomyślała ze złością na samą siebie – „ledwo zaprosiłam go tutaj, to się wydepilowałam i  zmieniłam bieliznę na seksowny komplet z  wycięciem w  kroku i  otwartym stanikiem?”

Błysnął w  uśmiechu białymi zębami, jakby słyszał jej myśli i, przekrzywiając głowę, spojrzał na Yuę spod przymkniętych powiek. Szepnął tonem, który ją zelektryzował:

– Oczywiście.

Godzinę później postękiwała cicho, gdy błądził językiem po obojczyku, przygryzał bok szyi, szczypał sutki. Orała mu plecy paznokciami, zatracała się w  ruchu bioder, poddawała niespiesznemu rytmowi. Smakowała usta, gorące i  wilgotne, o smaku wina. Jeszcze przed chwilą rzucił się na nią jak zwierz, a  teraz świadomie zwolnił, odwlekał, przeciągał. Dłonie, zarazem silne i delikatne, o wnętrzu zdumiewająco gładkim, krążyły tuż nad skórą, nie dotykając jej, w  odległości milimetrów od gęsiej skórki, której dostała. Pachniał potem i  wodą kolońską, w której wyczuwała drzewo sandałowe, kardamon i wiśnię.

Wygięła się w łuk i jej wzrok spoczął na innej niedokończonej rzeźbie, do której sama sobie pozowała. Dłoń Jean-Marie przesunęła się z piersi na biodra, chwyciła ją za pośladek, a Yua patrzyła na tamtą drugą, marmurowa Yuę. Statua miała być hołdem dla Murasaki Shikibu, autorki pierwszej na świecie powieści, której prawdziwe imię zostało zapomniane. Bo czyż ten patriarchalny świat mógłby pamiętać imię kobiety? Przydomek Shikibu pochodził od godności jej ojca, przezwisko Murasaki nadał autorce przyjaciel, Fujiwara no Kintō. Westchnęła głęboko, gdy dłoń chłopaka przemknęła po jej wzgórku, z premedytacją ignorując miejsca, gdzie chciałaby poczuć go najbardziej.

„Drań” – pomyślała. – „I  ostatni dupek… Długo będzie tak mnie zwodził?”

Gdy znów zatoczył krąg na jej wzgórku łonowym, ale nadal zbyt daleko od łechtaczki czy warg, westchnęła przeciągle, niecierpliwie, odgięła na powrót głowę do tyłu i  spojrzała w  puste marmurowe oczy niedokończonego dzieła: „Czy i  moje imię zostanie zapomniane, czy ktoś będzie pamiętał Yuę Yoshino?”

Przymknęła powieki i  zatopiła palce w  czuprynie kochanka, gdy gorący oddech po raz kolejny owionął jej szyję. Pragnienie wrzało w niej, drżała z niedosytu, jakby każda chwila zwłoki, każda nie dość intensywna pieszczota sprawiała jej fizyczny ból. Miała ochotę wykrzyknąć mu do ucha, żeby przestał drażnić, ale gdy już prawie nie mogła wytrzymać, wtargnął w nią gwałtownie, zamarł na chwilę, dociskając się do niej tak, jakby chciał przebić na wylot, wycofał się, powtórzył powolny ruch, metodycznie pracując biodrami, biorąc ją w  pełni, do samego końca, do samego dna. Wykonał parę niespiesznych ruchów, a jego dłonie jakby nagle przypomniały sobie, gdzie powinny się znaleźć. Twarz rzeźby, jej bliźniacza twarz oddana w marmurze, patrzyła, jak ona się oddaje w uniesieniu.

„Zazdrościsz?” – pomyślała. – „Czyż krótka ekstaza nie jest lepsza niż wieczny chłód kamienia?”

Jęknęła, gdy zacisnął dwa palce na łechtaczce.

„Drań!” – pomyślała znowu. Chciała mu powiedzieć, żeby był delikatniejszy, ale wiedziała już, że sama tego nie chce. Że właśnie przeciwnie, pragnie jak najmocniej i  najdrapieżniej. Zaraz potem przyspieszył.

Jego dłonie na jej piersiach. Jej dłonie na jego pośladkach. Z  całych sił starała się wyjść mu naprzeciw, przyjąć go, wessać. Syciła się jego dotykiem, wzrokiem, smakiem. Mokre klaskanie spoconych, złączonych ciał i obfitość jej soków o intensywnym zapachu zarazem ją zawstydzała, jak i sprawiała, że chciała więcej, tu teraz, w tej chwili. Tak, teraz. Mocniej, mocniej, och, mocniej!

I  miała w  nosie pytania, które zadałaby każdej kobiecie w  swoim wieku, korzystającej z  jej porad sercowych online, począwszy od: czemu po raz kolejny pakujesz się w  bliską relację z  nieodpowiedzialnym gówniarzem, przez: dlaczego pozwalasz, by porwała cię bezrozumna namiętność, jak długo będziesz igrać z czymś, co spala od środka, a nie ogrzewa, czy w tym całym pragnieniu szukasz ciepła czy tylko adrenaliny, skończywszy na: dlaczego, mimo świadomości wszystkich konsekwencji, twoje ciało reaguje, oddech przyspiesza, serce szybciej bije i to wszystko zanim zdążysz pomyśleć?

Znów przymknęła oczy, by odciąć się od błyskającego niebiesko światła za oknem… Nie pomogło.

Odepchnęła kochanka.

– Co jest? – spytał nieprzytomnie.

– Muszę ochrzanić sąsiadów. Pewnie znów technoimpreza ze stroboskopowym światłem i hałasem udającym muzykę.

Tak naprawdę, miała nadzieję, że to Jean-Marie wyjdzie na balkon i interweniuje. Ale tym razem umiejętność czytania w myślach się w  nim nie objawiła. Poprosić go? Jego pewnie prędzej posłuchają.

– Nie słyszę żadnej muzyki.

– No tak, ale to błyskanie też mogliby wyłączyć.

Yoshino wahała się jeszcze. Nie lubiła interakcji z  sąsiadami, nie lubiła się kłócić, krzyczeć, awanturować. A  jednak, gdy przychodziło co do czego, nie było osoby głośniejszej i  bardziej zacietrzewionej niż stateczna pani doktor. Jak to ujął jej były kochanek – była jak ratlerek – szczekała tym głośniej, im bardziej się bała.

A teraz bała się strasznie… A co, jeśli nic nie osiągnie? Co jeśli ją wyśmieją? A może jednak Jean-Marie się ruszy?

Spojrzała na niego, chłopak, splótłszy ręce na karku, przyglądał się jej z uśmiechem. Jego maszt drżał lekko i błyszczał od jej soków. Chętnie by na niego wróciła, ale wiedziała, że nie może tego denerwującego błyskania zostawić, bo z tak dobrze zaczętego seksu nic nie wyjdzie.

Narzuciła kusą, półprzezroczystą podomkę. Zawiązując ją, wybiegła na balkon i krzyknęła:

– Czy was do reszty pogrzało?

Położona na Bronksie przy Westchester Avenue, tuż pod stacją metra (które tutaj kursowało ponad powierzchnią gruntu) palarnia Illusions Hookah & Mixology Lounge jesienią zmieniła wystrój. Miranda postawiła wśród ozdób na oknie lampę w  kształcie dyni. Marinela przystroiła fajki wodne halloweenowymi czaszkami, a Jose tuż pod nieruchomymi wentylatorami rozpiął szarą i białą włóczkę, mające przywodzić na myśl pajęcze sieci. Dziewczyny porozkładały na barze, na oparciach foteli w  loży i  na wystających z  ceglanej ściany półeczkach maski Drakuli, Obcego, Predatora i parę tuzinów demonicznych rąk oraz zielonych glutów.

Eros Brown zakończył właśnie występ. Miał co prawda dziesiątki tysięcy obserwujących na kanale komediowym i  jeszcze więcej na tym dotyczącym technik podrywu, ale tu zjawił się w roli kiepsko opłacanego supportu. Pokazanie się w Illusions było wyróżnieniem.

Eros miał nadzieję, że dzięki występowi uda mu się coś upolować. Niestety, mimo że reklamy przed występem krzyczały All  White Girls Get In For Free, białych laseczek przyszło tylko kilka. Jeszcze przed zejściem ze sceny wytypował dwie najlepiej rokujące, siedzące przy barze na jego ulubionym miejscu naprzeciw gablotek z motylami. Uznał to za dobry znak.

Spojrzał na barmanki i puścił do nich oko. Marinela pucowała kufle, a  Miranda mieszała wódkę, lemoniadę i  sok ananasowy w drink Pineapple Express. Żadna nie zwróciła na Browna uwagi. Eros zajął miejsce naprzeciw Mirandy, z nonszalancją wpychając się między siedzące przy kontuarze blondynki, i spytał:

– Wiecie, co to jest? – Wskazał gablotkę nad głową Mirandy. Dziewczyny pokręciły głowami. – To są motyle. Serio. Nie wiedziałyście?

Wybuchnęły śmiechem. Listwa ledowa podświetliła na kilka odcieni fioletu i różu kłębuszki dymu, które dziewczyny wypuściły z płuc.

Obserwował mocno umalowane twarze i  długie, żelowe paznokcie co chwilę przeczesujące platynowe fryzury, zastanawiając się, czy zamówić Miranda’s Grand Margaritę. W  końcu zdecydował się na drinka z grenadyną, który bardziej pasował do sytuacji:

– Mirando, trzy razy Illusions Ménage à Trois. – Zapłacił i wyszczerzył do dziewczyn zęby. – Jak was zwać?

– Sophia.

– Olivia.

– Ten po lewej. – Wskazał ponownie gablotę. – Okaz o  jasnobłękitnych skrzydełkach z czarną obwódką to samiec modraszka erosa. Albo po prostu Eros Blue. A ja jestem Eros Brown.

– Olivia.

– Sophia.

Parsknął.

– Już się przedstawiałyście, dziewczyny!

– A… tak… – Zachichotały synchronicznie. Ta z  dłuższymi włosami, Olivia, przygryzła wargę w zakłopotaniu.

„Mam je w garści” – pomyślał Brown. Uśmiechnął się, próbując stłumić napływ myśli o tym, za co by je łapał, jak brzmiałyby ich jęki, jak smakowałaby ich skóra, a jak sutki.

– A wiecie, jak się nazywa ten po prawej?

– Eros Brown? – próbowała zgadnąć Sophia.

– To też Eros Blue.

– Jak to? – spytały równocześnie.

– To samiczka. Widzicie, ona jest brązowa, on błękitny, prawie biały, ale jeśli go odwrócicie, przekonacie się, że od spodu jest jasnobeżowy. To prawie jak z nami. – Otoczył blondynki ramionami. Nie wzbraniały się, choć dłonie Erosa z bioder śmiało przeniosły się niżej.

– Z  nami? – spytała Olivia nieprzytomnie, wzdychając głęboko, gdy palec Browna wcisnął się bezczelnie pomiędzy pośladki.

– Jak motyle… Wy jesteście białe, ja brązowy, ale tam od spodu – wskazał głową w kierunku spodni – kolor mam taki sam.

Ledwo wyszli na zewnątrz, mignęły niebieskie światła i tubalny głos spytał:

– Eros Brown?

Eros rzucił się do ucieczki, choć nie mógł sobie przypomnieć, co ostatnio przeskrobał. Widząc światła radiowozu, zawsze dawał dyla i dobrze na tym dotąd wychodził. Może te laseczki były podstawione i nieletnie? Minął parę sklepów i tuż za Electric Paradise skręcił we właśnie remontowaną Continental Avenue. Przebiegł kilkadziesiąt metrów, minął Sto Dziewięćdziesiątą Czwartą i odbił między budynki po prawej.

Zziajany, próbując złapać oddech, oparł się o  ścianę. Na placu ponownie mignęły światła. Zrozumiał, że nie zdoła uciec.

Nad krwistoczerwono-granatowo-białą podobizną Lenina, przypominającą stylem wypadkową pomiędzy Red Lenin Warhola, pop-artowym Michaelem Corleone a  Yurim z  gry Red Alert, widniał napis TRAVELERS OF THE WORLD UNITE!, którego litery udawały rosyjskie bukwy.

Na podłodze z ułożonych w szachownicę płytek, tuż obok pokrytego czerwonym suknem stołu bilardowego, stała na poły osuszona butelka piwa kraftowego Podbipięta.

– Gentae, grasz? – spytał Davor.

– Gram.

Grali we czworo. Davor, dwie dziewczyny ze Słowenii (ruda Alenka i czarnowłosa Silva) i Gentae. Szymon spod krzaczastych brwi przyglądał się z  boku, bezskutecznie próbując zainteresować sobą Silvę.

Gentae nie przyznało się Szymonowi, że zawarło już bliższą znajomość zarówno z Silvą, jak i z Davorem. Davor, smukły, wysoki, o łagodnych łukach brwi, prostym nosie, wąskich ustach i długich, złotych lokach, miał szeroką pierś pływaka i wąskie biodra. Rankiem, owinięty w  prześcieradło, przypominał wcielenie Aleksandra Macedońskiego.

W łóżku był nudny, to Gentae grało rolę strony aktywnej. Davor potrafił wdzięcznie przyjmować pieszczoty, ale nic poza tym. Za to Silva, choć wyglądała na szarą myszkę, w alkowie zmieniała się w kipiącą namiętnością boginię żądz i Gentae z przyjemnością podporządkowało się tej wybuchowej seksualności.

Gentae odrzuciło do tyłu blond włosy, poprawiło kilt, pochyliło się nad stołem, wypinając jędrne pośladki. Niewiele mierząc, efekciarskim wózkiem umieściło kolejną bilę w łuzie.

– Jebaniutkie! – Gwizdnął z podziwu Szymek. – Opowiesz nam jedną z tych swoich niesamowitych historii?

– Opowiem. Muszę tylko zapalić. Tu chyba nie można?

– Można. Wszyscy tu palą.

– Muszę zapalić na świeżym powietrzu – zaśmiało się Gentae.

– Na świeżym powietrzu? W Krakowie?

– Dobra! Dymka do smogu dodać, pasuje?

– Jak chcesz. Pograć za ciebie?

– Ani mi się waż. Zaraz wrócę.

Gdy tylko Gentae wyszło na zewnątrz, rodzinne miasto zaskoczyło je rześkością powietrza.

I niebieskim błyskaniem.

– Co się tu odjaniepawla? – rzuciło i umilkło. W głowie pojawiło mu się dwa tysiące sto trzydzieści siedem interpretacji tego, co widzi. Czuło, że w to, co właśnie miało przeżyć, nikt nie uwierzy.

Eros Brown nie wiedział, gdzie się znalazł, ale na pewno nie był to już Bronx.

Światło, które wziął za pochodzące z  policyjnego koguta, zmieniło się w ciepły, szorstki materiał. Materiał opatulił i ścisnął Browna mocno, by po chwili odskoczyć od ciała i  stać się tunelem, który od wewnątrz pokrywały łuski emitujące błękitną, pulsującą poświatę. Gnany impulsem, mimo zadyszki, biegł wewnątrz tej przenicowanej ryby, aż dotarł do półprzezroczystej błony. Dostrzegł za nią cienie dwóch osób. Pod dotykiem przesłona rozpadła się na tysiące motyli i oczom Browna ukazało się nieduże owalne pomieszczenie o różowej barwie.

– O co tu chodzi? – spytał. – To wy mnie porwaliście?

Drobna kobieta o azjatyckich rysach wyciągnęła rękę i powiedziała:

– Doktor Yua Yoshino.

Brown zmierzył ją wzrokiem. Miała na sobie satynową, ściągniętą paskiem półprzezroczystą podomkę. Dostrzegłszy jego taksujące spojrzenie, skrzyżowała ręce, próbując zasłonić, co się da, ale zdążył dostrzec, że choć piersi nie były zbyt duże, to ich brodawki zachęcająco sterczały pod materiałem. Papierowa cera mogłaby się Erosowi nawet spodobać, ale te czerwone włosy? Zdecydowanie nie do przyjęcia.

– Jesteś doktorem? – spytał z niedowierzaniem. Peniuar, choć biały, z pewnością nie przypominał lekarskiego kitla. Jak na porywającą ludzi szaloną doktor, dość dziwny strój, choć może te eksperymenty będą seksualnej natury? Widział kiedyś taki film. Próbował przybrać oburzony ton i  nie zważać na to, że w  spodniach znów zrobiło się bardzo ciasno. – Czego ode mnie chcecie? To jakiś przekręt służb?

– Służb?

– Federalnych. Zawsze coś kombinujecie, prawda? Eksperymenty na ludziach?

– Nas też porwali – powiedziała druga, dużo młodsza dziewczyna. Blondynka. Zdecydowanie jego typ. Szczupła, wysoka, o  delikatnych rysach twarzy, choć trochę dziwnie umalowana. Brown przyjrzał się jej, tradycyjnie starając się dociec, co skrywa pod strojem, jaka będzie w łóżku, gdy już rozłoży przed nim nogi, ale ponieważ nagle nabrał dziwnego wrażenia, że nie wie, czy to na pewno jest dziewczyna i  co skrywa pod dziwną spódniczką w kratę, powstrzymał się od dalszego rozbierania jej w myślach.

By ukryć konsternację, wyrzucił z siebie szybko:

– Mnie z Bronksu. A was?

– Mnie z Paryża – odparła Yoshino.

– Z  Paryża w  Maine? To spory kawałek od Wielkiego Jabłka. Jak się prasa o tym dowie…

– Z Paryża we Francji.

– A ja jestem z Polski. Gentae.

Gentae? Dziwne imię, nawet jak na Polkę.

Wtem pomieszczenie wypełnił dźwięk jakby stu klaksonów.

Trąbienie zdało się doktor Yua Yoshino nie falą akustyczną, a nawałą fizycznych ciosów. Serce podeszło do gardła, jednocześnie bijąc jak młot udarowy. Wciąż nie mogła zrozumieć gdzie jest, ani co się z nią dzieje, choć starała się robić dobrą minę do złej gry.

Od momentu porwania zalewały ją fale przerażenia i  paniki.

Plamiste, różowe ściany pociemniały, tylko sufit pulsował perłowym blaskiem.

– Ziemianie! – rozległ się zewsząd powolny, basowy głos. – Oto spotkał was zaszczyt.

I cisza.

Jaki, do cholery, zaszczyt? Yua potarła obolałe skronie. Myśl kobieto! Jeśli to majak, trzeba się z  niego obudzić. Uszczypnęła się parę razy w rękę, poczuła ból, ale wybudzić z obłąkańczej wizji jej się nie udało.

Załóżmy na chwilę, że jakkolwiek absurdalne jest to, co się dzieje, to jest rzeczywistością.

Tylko uspokój się Yua. Już? Liczymy oddechy. Raz. Dwa. Wydech, do cholery. Raz. Dwa. Trzy. Serce zaraz się uspokoi, zaraz przestanie nawalać, jakby miało zaraz wybuchnąć.

A  może to nie kosmici? Jak to sugerował ten Brown? Spisek służb?

Zaczęła wierzyć, że to projekt rządowy USA. Kosmici nie byliby tak źle zorganizowani. Przekazaliby to, co mają do przekazania, telepatycznie. Nie darliby się z  ukrytych głośników. I  nie kazaliby jej tu paradować, praktycznie nago, przed dwójką dzieciaków. I na pewno podaliby jakieś konkrety. A tu wydawało się, że twórca przekazu (cokolwiek miał przekazywać) zmarł nagłą śmiercią, jak ten trębacz z Krakowa, o którym opowiadało Gentae, nim się zjawił Eros.

Gentae i Brown patrzyli na nią w milczeniu. Czuła się skrępowana tymi spojrzeniami, zdając sobie sprawę, że krótki, satynowy ciuszek zakrywa jej ciała tyle, co bardzo rozwodniona farba.

Stała wśród pulsujących smug światła i  dźwięku i  zastanawiała się, czy ci młodzi ludzie spodziewali się, że to ona coś zrobi? Sama Yoshino, choć czuła, że wiek i tytuł naukowy zobo wią zywały ją do działania w imieniu całej trójki, nie tylko nie miała pomysłu, co właściwie mogłaby uczynić, ale przede wszystkim odwagi.

Sytuacja ją przerastała. Jedyne, co ją pocieszało, to myśl, że może jednak nie jest to rzeczywistość, może tak jak pomyślała wcześniej, potknęła się i uderzyła głową w barierkę balkonu i teraz gdzieś jest pod kroplówką, narkozą, może nawet na sali operacyjnej.

Dzięki temu odrealnieniu próbowała odnaleźć w sobie siłę, ale wrażenie, że jednak to się dzieje, że nie jest majakiem ani snem, było zbyt silne. Uszczypnęła się ponownie. Znów ból i  nie, nie obudziła się.

Szperała w  głowie, szukając inspirujących cytatów, przecież dopiero co, pracując nad rzeźbą Murasaki, odświeżyła sobie Genji Monogatari, ba, ze zwykłą dla siebie dbałością o szczegóły dotarła nawet do biografii jego historycznego pierwowzoru, Minamoto no Tōru, a nawet mimo swojej niechęci do anime obejrzała Genji Monogatari Sennenki, serial powstały, by uczcić tysiąclecie powieści…

A jednak, nie potrafiła zmusić się do jakiegokolwiek działania. Bała się. Gdy czytała o  Księciu Promienistym, wiedziała, że i  on się bał. I  on ten strach pokonywał. Ale ona, była przerażona. Strach ją paraliżował.

Przypomniała sobie ćwiczenia medytacyjne.

Wzięła głęboki oddech – raz, dwa, trzy – i poczuła, że przerażenie nieco ustępuje, podobnie jak migrena.

„Nie mogę stać bezczynnie” – pomyślała. Skupiła się na ciele, na oddechu. Wreszcie udało się przełamać strach, w  tym błysku decyzji świat wokół niej zamigotał jak farba, która właśnie znalazła swoje miejsce na płótnie. Jej ciało przestało drżeć, a  zmysły wyostrzyły się do granic – widziała kolory, czuła wibracje, odbierała zapachy, każdy detal stawał się wskazówką.

Rozejrzała się wokół, gotowa odezwać w imieniu całej trójki.

W  końcu była najstarsza, w  końcu była wykładowczynią, miała tytuł naukowy!

Ułożyła sobie w głowie gładkie, odważne i okrągłe zdanie, ale nie potrafiła otworzyć ust, by wydobyć z  nich dźwięk. Jednak strach, który zdjął już obręcz z jej głowy i serca, nadal trzymał ją za gardło.

Cisza dzwoniła w uszach. Wydało jej się, że Amerykanin chce coś powiedzieć, ale nim zdążył otworzyć usta, bas ponownie wprowadził w wibracje pomieszczenie wraz z jego przymusowymi lokatorami.

– Czy tempo komunikacji nie jest dla was za wysokie?

– Ktoś za to wszystko odpowie! – warknął Brown. – Nieważne, jakie macie dojścia. Skończcie ten cyrk. Nikt nie wierzy, że jesteście kosmitami!

– Bo nie jesteśmy. To wy nimi jesteście.

– Co?

– Wy jesteście kosmitami. Mało rozgarniętymi, mocno poniżej średniej ras Galaktyki.

– To jakiś prank, tak? – zaśmiał się Brown. – Dobra, możecie się już pokazać.

– Ukażemy się wam w  formach akceptowalnych dla waszych słabych umysłów.

Z  podłogi buchnęły kłęby błękitnego dymu, ciężkie i  gęste jak olejna farba, które układały się w  coraz wyraźniejsze i  bardziej materialne kształty. Po lewej pojawił się ciemnoskóry mężczyzna w  turbanie, po prawej łoże z baldachimem, z leżącą na nim bladolicą dziewczyną wachlowaną przez czterech półnagich służących.

Eros przyjrzał się spoczywającej wśród niezliczonych poduch blondynce. Wydawała się zmęczona ciężarem kunsztownie zdobionej korony. Równie zmęczony musiał być niewielki, fioletowy fluorescencyjny motyl, doskonale znany Brownowi modraszek lazurek, bliski krewny modraszka erosa, ospale orbitujący wokół głowy dziewczyny.

Spowijała ją tiulowa, liliowa suknia, przez którą prześwitywały smukłe nogi.

Choć z  początku Brown był gotów wyśmiać jarmarczne sztuczki z  błękitnym dymem, na widok spoczywającej w  łożu piękności uwierzył we wszystko. Może śnił, ale miał nadzieję, że się z  tego snu nigdy nie obudzi. Piękno dziewczyny aż zapierało Brownowi dech.

„Jeśli to była tylko iluzja na skutek zbyt dobrego towaru w Illusions Hookah, to poproszę więcej takich wizji!”

A  może te wszystkie sztuczki, ta blondynka otoczona przez paru mężczyzn o  ciemnej karnacji, to jakiś zadziwiający casting do filmu erotycznego albo wręcz – pornola? Eros by nie odmówił udziału ani w jednym, ani w drugim.

Z  podziwiania wdzięków pozaziemskiej piękności wyrwał go głos doktor Yoshino:

– Kim jesteście? Dlaczego nas porwaliście?

– Na litość Wielkiego Czerwia Czasu (niech po milionkroć będzie wysławiane Jego imię), wybaczcie tak gwałtowną formę zaproszenia na nasz statek. Jestem wielkim wezyrem Świetlistego Imperium, mistrzem Plątasem Patopatasem. – Dżin się ukłonił. – A  to arcyksiężniczka Erozja, następczyni imperialnego tronu.

– Czy księżniczka nie szuka czasem księcia? – spytał Brown. – Bo tak się składa, że ja jestem Eros. Eros i  Erozja, brzmi jakbyśmy byli dla siebie stworzeni.

– Nie, nie brzmi – ucięła chłodno arcyksiężniczka. Ciężkie od gęstych rzęs powieki opadły, zasłaniając olbrzymie, błękitne oczy, choć nieco przygasłe, to i tak bardziej lśniące niż cała biżuteria, którą leżąca była obwieszona. Sprawiała wrażenie bardzo zmęczonej. – Zupełnie moje imię nie jest do tego podobne, prawda Plątasie?

– Prawdę mówiąc, pełna forma twojego imienia, księżniczko, jest…

– Kogóż obchodzi pełna forma, której od dawna nie używam?

– Nas obchodzi! – wtrącił Brown. – Jak brzmi twoje piękne imię w pełnej formie?

Westchnęła ciężko po czym spytała:

– Wezyrze, czy na pewno wybrałeś dobrze?

– Wszystko wskazuje, że to idealni Ziemianie.

Yua Yoshino, która była coraz bardziej zaniepokojona i  coraz mniej rozumiała z  tego, co się wokół niej dzieje, rzuciła zdezorientowane spojrzenie w stronę Browna. Wydawał się jej zaprzeczeniem ideału w każdym możliwym aspekcie.

– Idealni? – spytała. – Idealni do czego?

– Do wyleczenia księżniczki.

– Może raz, a  dobrze wszystkim wyjaśnię – zaprotestowała Yoshino. – Owszem, jestem doktorem. Ale doktorem sztuk pięknych, wykładam w Paris College of Art, dziś mam zajęcia na dachu uczelni ze szkicowania plenerów.

Yua troszkę się zmieszała, przypomniawszy sobie, co jeszcze robiła na dachu uczelni. Przełknęła ślinę i dokończyła:

– Leczyć mogę co najwyżej martwe natury.

– To bez znaczenia. Rada mędrców Świetlistego Imperium, niech Wielki Czerw Czasu opromienia je po wieczność, orzekła, że jedynie wasza opowieść może uzdrowić córkę naszego sułtana.

– Opowieść?

– Erotyczna.

– A co ja mam wspólnego z erotycznymi opowieściami? – zdziwiła się Yoshino. Przygryzła wargę, uświadamiając sobie, że w  półprzezroczystym peniuarze wygląda jak reklama domu uciech. To, w jakich okolicznościach została porwana, też podważało sens pytania. – Męskie akty, które maluję, nie są żadną erotyką, to wysoka sztuka!

– Pani udziela porad sercowych na swojej stronie internetowej i  jest scenarzystką romantycznego serialu. Brown jest komikiem i twórcą vloga o miłosnych podbojach. Gentae pisze książki o  seksualności i  publikuje fantastyczne historie. Każde z  was w  czymś jest najlepsze: Eros jest najbardziej typowym Ziemianinem, pani najbardziej nietypową Ziemianką, a  Gentae jest najpiękniejsze.

– Czy on mnie obraża? – zaniepokoił się Brown.

Yua podrapała się po nosie.

– Pod jakim względem jestem nietypowa?

Gentae poczuło się połechtane komplementem, że jest najpiękniejsze. Ale jednocześnie czuło się w  tym wszystkim zagubione. Może to wszystko jakieś halucynacje po grzybkach (choć Gentae nie pamiętało, by brało jakieś grzyby, ale może dlatego właśnie nie pamiętało, bo je wzięło?). Albo w drinkach było coś więcej niż alkohol?

Chwilowo postanowiło wziąć to za rzeczywistość i  podjąć grę, nawet jeśli reguły były niejasne. Gentae uwielbiało gry. I  adrenalinę. A  ta sytuacja dostarczała jednego i  drugiego pod dostatkiem.

Dlatego, z uroczym i tajemniczym uśmiechem, spytało:

– Jakiej opowieści od nas chcecie?

– Zaraz! – zaprotestował Eros. – Nie będę nic opowiadał jakimś bucom, którzy mnie obrażają!

Dżin zmarszczył brwi, demonicznie błysnął białymi oczami, a jego garbaty nos jeszcze bardziej upodobnił się do dzioba drapieżnego ptaka. W  pomieszczeniu nagle pociemniało, a  kolor ścian z różowego zrobił się krwiście czerwony.

– Zatem, na Wielkiego Czerwia Czasu, wszystko stracone. Księżniczka umrze.

– Nic mnie to nie obchodzi! – odparł Brown. – Odstawcie mnie, skąd zabraliście. Być może moje panie jeszcze czekają!

Doktor Yua Yoshino milczała. Chciała zareagować, ale nawet gdy udawało jej się wygrać z  narastającym przerażeniem, nic sensownego, wartego powiedzenia, nie pojawiało się w głowie. Miała tylko nadzieję, że buńczuczne zachowanie pozostałej dwójki nie sprowadzi na nich większych kłopotów, niż te, w  które wpadli.

– Oni nie rozumieją – westchnęła księżniczka. Wydała się nagle bardzo słaba, krucha i schorowana.

– Niech Wielki Czerw Czasu natchnie was mądrością, byście dojrzeli, że księżniczka bez lekarstwa umrze w  ciągu paru godzin, a wasza planeta niedługo po niej!

– Czy ty nam grozisz? – rzucił buńczucznie Brown.

– Nie – odparł ponuro wezyr. Kolor ścian wrócił do łagodnego różu. – Los osobników naszej świetlistej rasy powiązany jest z losem gwiazd. Serce księżniczki splątane jest z sercem Słońca. Gdy Erozja wyda ostatnie tchnienie, wasza dzienna gwiazda umrze. Słyszeliście o burzy słonecznej? To jeden z objawów choroby. Zostało bardzo mało czasu.

Gentae, zaniepokojone, powiedziało:

– Rzeczywiście, coś dziś mówili o  rozbłyskach połączonych z koronalnymi wyrzutami masy.

– To dlatego szwankowała sieć? – spytał Brown.

Doktor Yoshino była przekonana, że kosmici kłamią. Życie nauczyło ją, że wszyscy wokół wiecznie kłamią. Dzieci kłamią rodzicom, żony mężom, kochankowie kochankom. Kłamią księża z  ambon i politycy, kłamią lekarze, prawnicy, nauczyciele i uczniowie, studenci i  profesorowie. Czemu więc akurat kosmici mieliby mówić prawdę?

– Też słyszałam o  burzy magnetycznej – powiedziała wolno i  ostrożnie – ale to nie znaczy, że Słońcu ma się cokolwiek stać. A  ta wasza opowieść o  związaniu serca księżniczki z  gwiazdą brzmi trochę zbyt fantastycznie.

– Właśnie! – poparł ją Brown. – To jakaś bajeczka!

– Po zastanowieniu – dodało Gentae – muszę uznać, że to zbyt nieprawdopodobne. Jestem znane z  opowiadania niesamowitych historii, ale w taką nikt by mi nie uwierzył.

Dżin pokiwał głową.

– To zrozumiałe, że nie jesteście w stanie pojąć prawdy, która sprzeczna jest z  waszym sposobem pojmowania świata. Jedynie, co możemy zrobić, to prosić was o pomoc. Prosić o opowieść, która uratuje naszą księżniczkę i waszą gwiazdę.

– Niestety, ale musimy odmówić – powiedziała Yua. – Przynajmniej ja. Nawet jeśli cała ta bajeczka okazałaby się prawdą, wolałabym spędzić ostatnie chwile na Ziemi, z moimi bliskimi.

– Pani doktor ma rację – poparł ją Brown. – Odstawcie nas z powrotem.

– Nawet, gdybyśmy wierzyli, że opowieść erotyczna może pomóc – dodało Gentae – to nie wiemy nic o  seksualności waszej rasy, nie potrafilibyśmy wymyślić niczego, co księżniczkę podnieci.

– Dobrze więc. Odstawimy was na Ziemię. Musimy tylko poczekać na kolejne splątanie planów egzystencji.

– Czyli? Jak długo? – spytał Brown.

– Około jedną tysięczną czasu, który pozostał księżniczce.

– A używając znanych nam jednostek? – spytało Gentae. – Ile sekund czy minut?

Dżin zastanowił się przez chwilę, po czym odparł:

– Godzinę i dziewięć minut. Potem wrócicie do siebie.

Dżin, księżniczka i  jej świta, jak pojawili się w  obłokach niebieskiego dymu, tak w obłoki niebieskiego dymu się rozwiali.

Z  podłogi wyrosły trzy krzesła i  stolik, a  jedna ze ścian pociemniała. Po chwili pojawiły się na niej prostokąty serwisów informacyjnych – CNN, Sky News, a  nawet Al Jazeery. Brown i  Gentae usiedli na krzesłach, Yua zdecydowała się stać, oparta o  ścianę, bo zdawała sobie sprawę, że jeśli usiądzie w  tej podomce, zafunduje towarzyszom widoki, które z  pewnością odciągną ich wzrok od ekranów.

Brakowało dźwięku, ale sam obraz wystarczył, by się zorientować, że głównym tematem większości z  nich nie była polityka czy wojny, lecz aktywność słoneczna. Do tego co chwilę każdy z nich przerywały zakłócenia.

– Co o tym wszystkim sądzicie? – spytał Brown.

– Myślę, że nie mówią nam całej prawdy – odpowiedziała Yua.

– Ja też tak sądzę – poparło ją Gentae. – Dziwi mnie najbardziej, jak łatwo odpuścili. Tak im zależy na tym, byśmy uratowali Arcyksiężniczkę, tak wiele sobie trudu zadali, żeby nas tu ściągnąć, a  teraz nas wypuszczają, na zasadzie: no ok, nie udało się? Nie kupuję tego.

– A  może to po prostu kosmiczni debile? – burknął zaczepnie Brown.

Milczeli przez dłuższą chwilę.

Yoshino badawczo wpatrywała się w  swoich towarzyszy. Gentae miało w  sobie magnetyzm, ale żeby miało być najpiękniejsze? Na podstawie jakich kryteriów tak je oceniono? Czy to przez te dołki w  policzkach czy prężne pośladki? A  może przez gęste jasne włosy i  zawadiacką grzywkę? Yua miała w  swoim otoczeniu wiele osób o  rozmaitych orientacjach seksualnych i  nigdy nie stanowiło to dla niej problemu, ale w  Gentae było coś takiego, że mimowolnie odczuwała fascynację. Nawet nie do końca tylko erotyczną. Chętnie by  namalowała tę androgyniczną piękność, albo wyrzeźbiła. Niestety, przypominająca szkocki kilt spódniczka Gentae była luźna i  napinała się z  tyłu tylko, gdy Gentae się pochylało, natomiast z przodu pozostawiała mnóstwo miejsca na domysły.

Eros niewątpliwie był typowy; był typowym dupkiem (choć, w  odpowiednich okolicznościach, po wielu, bardzo wielu głębszych, może – ale tylko może – Yua mogłaby uznać, że ma pewną dozę dzikiej, prymitywnej atrakcyjności, mogłaby z  niego uczynić modela dla postaci satyra, tak, z  koźlimi kopytami, ogonkiem i  malutkimi różkami wyglądałby intrygująco… albo może diabła? Z  większymi rogami, nietoperzymi skrzydłami i  ogonem wyglądałby jeszcze lepiej). Ale czemu, do cholery, ona miała być najbardziej nietypową Ziemianką? Czyż Gentae nie było bardziej nietypowe? Choćby przez to, że wciąż nie można uciec od myśli, co ono tam ma pod kiltem, a  ta jego urocza twarzyczka mogłaby należeć zarówno do ślicznej, niewinnej dziewczynki, jak i  do ułożonego, wymuskanego chłopca z  dobrego domu? A  przecież jednocześnie Gentae emanowało jakąś erotyczną siłą, czymś, co sprawiało, że Yua miałaby ochotę znaleźć się z  nim w  łóżku, bez względu na to, jakie tam na dole ma oprzyrządowanie. Czyż to nie było  dziwne? Nigdy dotąd tak nie reagowała na osoby transpłciowe.

A może Brown ma nieco racji i ci kosmici byli tak zdumiewająco nieporadni nie tylko w  wyborze odpowiednich Ziemian, ale również we wszystkim innym? Czy to możliwe, żeby w  swej naiwności powiedzieli im szczerą prawdę… nie, aż tak głupi być nie mogli.

A  skoro nawet powiedzieli prawdę, to czemu by aż tak łatwo odpuszczali? Ot, porwaliśmy was, zaproponowaliśmy opowiadanie historii, by uleczyć Arcyksiężniczkę, nie wyszło, więc odstawiamy was z  powrotem? Przecież to najmniejszego sensu nie ma.

Całą trójką dyskutowali nad sytuacją, w  której się znaleźli, ale gdy Gentae i Yua po raz kolejny zaczęli roztrząsać, jak sprawdzić, czy to nie jest snem albo mistyfikacją, Brown całkiem stracił zainteresowanie tymi dywagacjami.

Strasznie mu się chciało zapalić. Tym razem coś mniej halucynogennego, może dla odmiany tytoń? Bo jeśli to była narkotyczna wizja, to strasznie odjechana. A raczej to musiała być tylko wizja, skoro nie czuł przerażenia, które pewnie normalnie by mu towarzyszyło w takiej sytuacji?

Od małego wszak bał się, że porwą go kosmici. Przez jakiś czas chodził w foliowej czapeczce, a nawet w foliowych majtach, zanim stwierdził, że to jednak koszmarnie niewygodne.

A jeśli to jednak była prawda?

To niezłe jaja!

Mulat powitał pojawienie się księżniczki (jeszcze bledszej niż poprzednio) i  jej świty z  ulgą. Gdy jednak przyjrzał się leżącej w bezruchu dziewczynie, nie pociągała go już tak bardzo, jak za pierwszym razem. Odniósł wrażenie, że ona nawet nie oddycha.

Dżin spytał:

– Czy ustaliliście już, jaką historię opowiecie spadkobierczyni Świetlistego Imperium?

– A ona w ogóle żyje jeszcze? – spytał Brown.

– Żyje, choć ma się coraz gorzej.

– Niczego nie ustaliliśmy – weszła mu w  słowo Yua. – Poza tym, że powinniście nas czym prędzej wypuścić.

Brown musiał przyznać, że ta pani doktor, która wcześniej wydawała mu się obrazem źle ukrywanej paniki, musiała mieć w sobie sporo odwagi, skoro tak jasno postawiła sprawę porywaczom.

– I zrobimy to, kiedy tylko będziemy mogli.

– Porwaliście mnie półnagą! Nie możecie mnie tu więzić w takich warunkach!

– Półnagą? – zdziwił się Dżin. – Parametry pomieszczenia zostały dobrane tak, by wasze organizmy czuły się komfortowo, odpowiednie nawilgotnienie i temperatura…

– A  jednak nie czuję się komfortowo, łażąc tu z  praktycznie gołym tyłkiem i cyckami na wierzchu – westchnęła.

Brownowi akurat to zupełnie nie przeszkadzało.

– Ach. – Mistrz Plątas spojrzał na doktor Yoshino z  nagłym zrozumieniem. Dotknął z  wyraźnym zaciekawieniem podomki, a Yua ze złością zrzuciła jego rękę. – Strój z jakiegoś powodu jest nieodpowiedni?

– Tak. Zbyt wiele pokazuje.

Dżin klasnął w  dłonie. W  powietrzu nad nim pojawiło się kilkadziesiąt wieszaków z  ubraniami, które łagodnie spłynęły w  kierunku pani doktor.

Yoshino wyglądała na skrajnie zaskoczoną i  chyba z  tego zaskoczenia musiała na chwilę zapomnieć o  przerażeniu, bo jakby mimo woli zaczęła przeglądać lewitujące garsonki, kostiumy i suknie.

– Proszę sobie coś wybrać.

– A  nie możecie nas po prostu odstawić? – głos Gentae był lekko zirytowany.

„Pewnie zazdrości, że to ona nie dostała tylu ciuszków do wyboru” – pomyślał złośliwie Eros.

– Nie minęła już ta godzina z  hakiem? – zdziwił się Brown. Miał nadzieję, że te dwie laseczki, (jak one się zwały? Chyba Sophia i  Olivia?) jeszcze uda się złowić. A  jak nie, to jakieś inne, białe, spragnione kolorowego mięcha dziunie.

– Od ostatniej rozmowy upłynęło dwanaście minut. Może zdecydujecie się opowiedzieć choć jedną historię?

– Mogę sobie wybrać z tych ubrań cokolwiek? – spytała Yua. – Tylko proszę stwórz jeszcze jakiś parawan czy przymierzalnię, od razu się przebiorę.

Dżin pstryknął palcami i  w  ścianie pojawiła się wnęka z  drzwiami, Yua porwała parę ciuchów i  zniknęła w  nowoutworzonym pomieszczeniu.

– To co? – spytał Dżin. – Spróbujecie jakąś erotyczną baśnią poprawić zdrowie Arcyksiężniczki?

Gentae zaprzeczyło ruchem głowy. Brown powtórzył ten ruch.

– Zatem to ja coś wam opowiem.

I Dżin zaczął opowiadać historię choroby Arcyksiężniczki, długą i zawiłą, w której to opowieści znajdowała się inna opowieść, a w niej kolejna i kolejna. Z początku Browna ta jazda przez coraz bardziej zagnieżdżone i odjechane historie nudziła, ale w pewnym momencie, nie wiedzieć jak i kiedy, te bajki zaczęły go ciekawić.

Tym bardziej, że to chyba nie do końca były bajki. Dżin mówił wszak o  sobie i  Arcyksiężniczce, więc może i  inne przedziwne istoty, o których wspominał, naprawdę istniały?

Gentae, Brown i Yua, która jeszcze przed końcem opowieści Dżina wyszła z przymierzalni w białej sukience udekorowanej małymi kieszonkami w  kolorze węgla, zamienili ze sobą kilka burzliwych zdań. Arcyksiężniczka pogrążyła się we śnie lub letargu, a  Mistrz Plątas Patopatas przyglądał się trójce Ziemian z  wyczekującym, łagodnym uśmiechem. Wreszcie Yua, która w  nowym ubraniu wydawała się o  wiele bardziej pewna siebie, powiedziała:

– To może i ja uraczę was krótką baśnią, skoro już nie marznę.

– Chcecie jednak podjąć się ratowania Arcyksiężniczki? – spytał Dżin z nadzieją.

Brown podniósł rękę.

– A może to być dowcip a nie opowieść?

– Dowcip? – zdziwił się Dżin.

– Jestem komikiem, dłuższe opowieści mi gorzej wychodzą.

– Jaki dowcip? – spytała uprzejmie Arcyksiężniczka.

– Na przykład taki, z  mojego ostatniego szoł… Bardzo przypadł do gustu, śmiechom nie było końca. Przychodzi baba do lekarza…

Gentae syknęło:

– Nie, Brown, serio?

– Przychodzi baba do lekarza – ciągnął Brown niezrażony – i skarży się na problemy łóżkowe. Mówi, że ma swoje potrzeby i to duże, natomiast mąż już nie staje na wysokości zadania. I  chce, by lekarz zapisał mu coś, by przestał być takim sflaczałym cielęciem, by znów stał się prawdziwym bykiem. Lekarz każe jej się rozebrać…

– Po co? Przecież problem dotyczy męża? – pyta Yoshino. – Jak już opowiadasz dowcipy, to z sensem przynajmniej.

– Baba była równie zdziwiona, jak ty, Yua, więc pyta lekarza mniej więcej tak samo, jak ty, po co się ma rozbierać…

– Naprawdę, Brown, jesteś komikiem? – zdziwiło się Gentae. – Chyba głodującym? Ktokolwiek się śmieje na twoich występach?

– Potrzebujemy opowieści, a  nie dowcipów – rzucił Dżin ponuro.

– To może ja – powiedziało Gentae – zatrę to przykre wrażenie…

„DA CAPO AL FINE” – MARIA KRZYWDA

Opowieść Gentae

„Da capo al fine”

Towarzyszy nam czerń. W  mroku, za grubymi zasłonami, uczę się twojego dotyku na pamięć. Spod na wpół przymkniętych powiek śledzę ruchy dłoni, pozwalam na wędrówkę smukłym palcom. Staję się każdym skrawkiem skóry, którego dotykają. Ciekawi mnie, dokąd dotrą, zanim nadejdzie świt. Wyobrażam sobie poruszające się w  tobie mięśnie, krążącą w  żyłach gorącą krew. Badam zagłębienia i  wypukłości ciała. Szukam ustami miękkich miejsc i tych napiętych niczym skrzypcowa struna.

Twoje włosy pachną dymem, przyspieszony oddech malinami. Wilgotna, soczysta słodycz, w  której aż chce się zanurzyć zęby. Nigdy bym nie zgadła, że tak właśnie smakujesz.

Jedna noc. Tylko tyle możesz mi dać. Nie miej wyrzutów sumienia, bo i ja ich nie mam. Unisono ciał zakończone ekstatyczną kodą. To wystarczy. Nie martw się, zapamiętam nuty skreślone na moim ciele twoim pożądaniem. Oczy zastygłe w  zdziwieniu, pościel rozkwitającą purpurą, smak krwi. Bo wiesz, każdy smakuje inaczej.

„Da capo al fine”: koniec

Gdy Gentae skończyło, Yua westchnęła ciężko.

– Wiecie co? Może lepiej już nic nie opowiadajcie? Tobie Brown nie wychodzą dowcipy, a  twoja opowieść, Gentae, o  mordowaniu, to ma być erotyka? Serio? Już pomijając, że takie sugestie są po prostu niebezpieczne, to co sobie o  nas, ludziach, w kosmosie pomyślą?

– Właściwie, to nie jesteśmy z  waszego kosmosu – przypomniał Dżin, obracając drobnymi ruchami dłoni pojawiające się w powietrzu trójwymiarowe wykresy. – Już to tłumaczyłem. Macie jeszcze jakieś opowieści? Bo z  pewnością ta jedna, nawet jeśli odrobinę zadziałała, to zbyt mało, by uratować Arcyksiężniczkę.

– Mamy – odparł Brown. – Posłuchajcie tego.

– Ale to nie będzie żart? – upewniło się Gentae.

– Sama jesteś żartem – odciął się Brown. – Posłuchajcie.

„OSZCZĘDNE RANDKI BRATA LUCJUSZA” – ŁUKASZ MAJ

Opowieść Erosa Browna

„Oszczędne randki Brata Lucjusza”

Między żywym a martwym jest taka różnica,

że żywy musi zapłacić za wejście na plażę,

a martwego zwykle z niej tylko wynoszą.

Mistrz Miłomiriusz

Te słowa mojego mistrza przypominają nam o  kruchości ludzkiej egzystencji. Martwym łatwiej jest oszczędzić, żywym znacznie trudniej, a  już szczególnie w  sprawach miłosnych. Zawsze powtarzam uczniom, że jeżeli planujemy zaprosić wybrankę w miejsce niedrogie lub zupełnie nieodpłatne, należy zastosować trik niedostępności. Przy odpowiednim zachowaniu byle krzak stanie się dla niej łożem ostatecznym. Nic jednak nie pomoże kochankowi, który zaciąga dług u  potężnego maga… Niech moje skromne dziełko utrwali wam w pamięci tę przestrogę.

Zacznijmy od początku… Andrzej, drobny adept sztuki magicznej, zauważył, że nie ma przy sobie żadnych pieniędzy. Szedł właśnie ze swoją Alicją na wystawny bal, mijając pustą łąkę, na której nie rosło nawet jedno, liche drzewko. Ujrzawszy ją, Andrzej powiedział spokojnie do coraz bardziej rozpalonej ukochanej:

– Alicjo, może odpoczniemy chwilę na trawie?

Alicja odpowiedziała:

– Sam sobie odpoczywaj! Idziemy na bal, a  w  takim miejscu można się ubrudzić i nałapać jakichś robali!

Niezrażony Andrzej wpadł na pewien pomysł. Drwił z  Alicji i pokazywał, że nie jest w stanie wejść na łąkę. Skakał i udawał, że odbija się od powietrza, boleśnie lądując na ścieżce. Alicja, wściekła, weszła na łąkę i, stając naprzeciwko Andrzeja, wykrzyczała:

– I co, durny pajacu?! Weszłam. Co dalej?

Andrzej tym razem naprawdę spróbował wejść na łąkę, ale bez sukcesu. Upadał na ziemię, obolały, zderzając się z jakąś barierą. Alicja ze wściekłością chciała trzepnąć chłopaka, ale zamiast na jego twarz, natrafiła na coś twardego. Jej ręka odbiła się od powietrza. Andrzej szeroko otworzył oczy. Alicja widziała, że już nie żartuje. Wykrzyczała ze śmiechem:

– No co jest, czarodzieju!? Sam sobie klatkę zbudowałeś?

Rozjuszona wpadła na pomysł. Zaczęła powoli odsłaniać dekolt. Andrzej spoglądał przez barierę na wyłaniające się zza guziczków piersi dziewczyny. Alicja wystawiła lekko język, uśmiechając się. Zrozpaczony Andrzej znowu chciał wskoczyć na pole, ale bez skutku. Opadł na ziemię, uderzając się w łokieć. Leżąc w  boleściach, obserwował na wpół nagą Alicję, która, stojąc teraz tyłem, zaczęła zsuwać suknię. Krzyknęła jeszcze:

– Andrzejku, wskakuj na pole! Szybciej. Masz tylko chwilę, a potem ucieknę.

Andrzejowi udało się odwrócić uwagę partnerki od kosztownej zabawy na balu. Niestety, młody adept magii zapomniał, że nie jest zwykłym człowiekiem i, stosując sugestywne sztuczki, przypadkiem może doprowadzić do prawdziwego dramatu. Lepiej podejść do sprawy klasycznie i uczciwie. Ja widziałem Alicję bardzo dobrze. Tak się składało, że siedziałem ukryty w  krzaku i  to za moją sprawą bariera faktycznie się pojawiła, oddzielając łąkę od ścieżki. Andrzej był mi winien pieniądze za napoje miłości, które dostawał na zeszyt. Przy ostatniej wizycie dałem mu kilka rad i w ten sposób wpadł w moją pułapkę. Jak sądzicie, czyż nie osiągnąłem najwyższego poziomu uroku?

Wstałem zza krzaka i  podszedłem do nagiej Alicji. Powiedziałem:

– I  co? Widzisz?! Udało mi się, jesteśmy na polu. Ubierz się, bo zmarzniesz.

Alicja najpierw się zdziwiła, potem wściekła.

– Jak to mam się ubrać?! Jestem taka rozpalona, już rozebrana. Zerknij na moje piersi, biodra!

Alicja zakołysała się lekko i  rozpuściła włosy, a te zakryły całe jej ciało aż po pępek. Wiatr lekko rozwiewał je na boki. Zbliżyła się do mnie, a  stojący za nią Andrzej otworzył usta w niemym krzyku. Zamiast mnie, widział siebie. Tak samo zresztą, jak Alicja. Przyłożyłem palec do ust i  spojrzałem na chłopaka z powagą. Szeptem wymówiłem zaklęcie i wykonałem gest magiczny. Gdy byłem w połowie inkantacji, Alicja nagle złapała mnie za rękę i przysunęła ją ku sobie. Poczułem gładką skórę, drobne włoski i, przerażony, wyrwałem się, myląc słowa zaklęcia. Andrzej padł na ścieżkę. Po chwili wstał i beknął:

– Beee, beee!

Przypadkowo zamieniłem go w  hybrydę barana i  człowieka. Z jego brązowych włosów wyłoniły się rogi. Nagle cofnął się kilka kroków, nabrał rozpędu i  z  całej siły przywalił głową w  barierę. Alicja, nie patrząc do tyłu, znowu próbowała się zbliżyć.

– Co ty wyprawiasz, idioto? – zapytała. – Nie masz w ogóle podejścia do kobiet! Bądź dorosły!

Zdenerwowałem się, muszę to przyznać. Dobrze wiem, jak postępować z  kobietami, jestem w  końcu nauczycielem w  tej dziedzinie. Jednak nigdy nie uważałem, że dług pieniężny powinien zostać spłacony w tak niegodny sposób. Wystarczyło mi pokazanie dłużnikowi, że nieszanowanie mojego fachu może skończyć się źle. Gdy Andrzej leżał na ziemi, dotknąłem brzucha nagiej Alicji. Próbowała przesunąć moją rękę nieco niżej, śmiejąc się diabelsko.

– Alicjo, nie ruszaj się przez chwilę – szepnąłem. – Mnie taka zabawa najbardziej cieszy. Daj mi poczekać, aż, sama wiesz…

I wtedy wyszeptałem zaklęcie brzmiące jak miłosne wyznanie. Poczułem, że ciało Alicji stało się nieco chłodniejsze. Po chwili spojrzałem jej w  oczy. Ogień i  cała zadziorność zaniknęły. Jej wzrok był spokojny i przenikliwy. Odsunąłem się i powiedziałem:

– Alicjo, ubierz się, proszę. Pójdziemy na bal.

Dziewczyna, znużona, wciągnęła na siebie bieliznę i  suknię. Syknęła jeszcze jak dogasająca świeca:

– Nie wiem, co zrobiłeś, ale już mi się nie chce. Sam rozumiesz… Ale może wieczorem coś się zdarzy między nami!

Alicja dogasła, ponieważ dobry nauczyciel miłości musi umieć wygasić ogień, który rozpala. Mam zasady i  gdy jakiś uczeń za szybko pojmuje moje rady, muszę wydłużać lekcje, żeby wyjść na swoje. Gdy obserwuję postępy uczniów, czasem w stroju kmiecia podchodzę do wybranki, łapię ją za tyłek, biodra lub brzuch i  wypowiadam zaklęcie ostudzenia żądzy, po czym znikam niczym zjawa. Gdy już uczeń zapłaci satysfakcjonującą kwotę, zaprzestaję sztuczek. Podszedłem do Alicji, zakryłem jej oczy i szepnąłem:

– Twoje włosy pięknie pachną, ale to, jak je rozpuściłaś, stojąc taka wspaniała, wielce mnie uradowało. Pozwól mi chwilę się nacieszyć.

Drugą ręką wymachiwałem, żeby odwrócić czar rzucony na biednego Andrzeja. Gdy już leżał zupełnie zdrowy i ludzki, zlikwidowałem niewidzialną barierę. Pociągnąłem Alicję ze sobą i  powiedziałem:

– A co, jeśli za chwilę znów zapłoniesz?

Zakręciłem nią kilka razy i  w  ostatnim momencie opuściłem na prawdziwego Andrzeja.

– Pocałuj mnie – szepnąłem.

Stałem już za nią, obserwując, jak całuje leżącego kochanka. Kiedy wstali, Andrzej zobaczył mnie i uśmiechnął się, sądząc, że całe zamieszanie było tylko częścią umowy.

– Andrzeju, miło cię widzieć – powiedziałem.

Kiedy mnie mijali, szepnąłem mu na ucho:

– Jeśli chcesz zachować Alicję dla siebie, pamiętaj, że moje nauki mają swoją cenę.

Po tych słowach rozpłynąłem się w  powietrzu. Andrzej jeszcze tego samego dnia przybiegł do mnie z  workiem pieniędzy, uznając, że lepiej wydrzeć złoto swojemu skąpemu ojcu niż mistrzowi miłości.

„Oszczędne randki Brata Lucjusza”: koniec

– Księżniczka wygląda zauważalnie lepiej – powiedział z dumą Brown, wskazując na Erozję, którą teraz otaczał już nie jeden,  a  dwa fioletowe ogniki. Spiralne gałęzie bzu jej korony i motyle, które na nich przysiadły, zdawały się delikatnie poruszać.

Nad głową Mistrza Plątasa Patopatasa pojawił się trójwymiarowy wykres pofalowanej płaszczyzny, na której wyżyny oznaczono odcieniami czerwieni, doliny były zielone i  niebieskie, a  najgłębsze z  nich – fioletowe. Chwycił wykres w  dłonie i parę razy poobracał.

– Czuję się lepiej – powiedziała księżniczka z  uśmiechem. – Bardzo wam dziękuję.

– W  istocie – potwierdził Dżin – terapia opowieściami działa.

Nim skończył mówić, pomieszczenie zadrżało. Ściana za księżniczką najpierw popękała, potem zaczęła się kruszyć, drobne fragmenty odpadły i uniosły w powietrze. W kilka sekund cała struktura rozsypała się zupełnie, przechodząc w wirującą chmurę żółtego, błyszczącego pyłu.

Z  lśniącego obłoku wyszedł uzbrojony w  łuk, potężny, opalizująco-czarny centaur. Tuż za pierwszym centaurem z  obłoku wyłoniły się dwa kolejne, nieco mniej imponujące.

Rysy twarzy miały klasycznie piękne, o  idealnych proporcjach, przypominając wyobrażenia greckich bogów. Ludzkie torsy kreatur były umięśnione niczym u  kulturystów, a  pomiędzy tylnymi nogami zwisały potężne końskie przyrodzenia.

Yua musiała przyznać, że nawet ten ostatni z  nich wyglądał dużo lepiej niż rzeźba, którą tworzyła, a  ten na przedzie, cóż, wyglądał po prostu jak uosobienie dzikiej, nieludzkiej potęgi.

– Sagittarius! – wykrzyknął Dżin z przerażeniem.

Księżniczka zadziwiająco żwawo, jak na jej stan, zerwała się z  łoża i  ukryła za Plątasem Patopatasem. Wachlujący ją dotąd słudzy odrzucili wachlarze i dobyli bułatów, ustawiając się wokół Dżina i Arcyksiężniczki w pozycji obronnej.

– Nie zbliżaj się do mnie! – rzuciła do centaura.

– Odstawcie te żałosne istoty na ich nic nieznaczącą planetkę – powiedział pierwszy z centaurów, który musiał być wspomnianym Sagittariusem. – Ponawiam moją propozycję.

– Nie zostanę twoją tysiąc pierwszą żoną!

– Tysiąc trzynastą. Od tamtego czasu pojąłem tuzin nowych.

– Tym bardziej!

– Nie każda ma zaszczyt znaleźć się w tym elitarnym gronie.

– Raczej w stadzie – szepnęła Yua.

Sagittarius spojrzał na Yoshino z pogardą.

– Nie odzywaj się niepytana. A co do ciebie, arcyksiężniczko, mam lekarstwo na twoją astropsychogonadalną przypadłość.

– Opowieść?

Sagittarius zarżał jak koń, stanął dęba na tylnych nogach i z dumą wskazał na swój wyprężony członek.

– Mam środek o wiele bardziej bezpośredni!

– Świnia! – rzuciła księżniczka z  obrzydzeniem. – Lubieżny wieprz!

– Ale jak hojnie obdarzony! – zaśmiał się. – Na co czekamy? Otworzyło się okno międzywymiarowe, można odesłać ten nieznaczący plankton na ich grajdołek.

– Sagittariusie, nikt cię tu nie chce – odparł Mistrz Plątas Patopatas. – Odejdź w pokoju, a Świetliste Imperium zapomni o tym wtargnięciu.

– Ale ja nie zapomnę o  takim afroncie! Zamierzam tu zostać i zadbać o dobro księżniczki. A te odpady niech wracają do siebie.

– Nikt cię o  to nie prosił – powiedziała Erozja. – Nikt cię nie zapraszał. Nikt cię nie potrzebuje. Pomóc mogą mi jedynie opowieści, a nie twoje końskie zaloty.

– Sagittariusie, odejdź – rzekł twardo Plątas. – Zrób to, zanim Imperium z całą mocą i surowością odpowie na to, co uczyniłeś.

Przez twarz centaura przebiegł cień furii.

– Imperium? Ha! To chwiejące się, zmurszałe Imperium od dawna już nic nie znaczy, a  już na pewno nie może równać z  moim dominium! Plątasie Patopatasie, odeślij te stworzenia, nim je zdezintegruję.

Dżin pokiwał głową. Zwrócił się do ludzi:

– Niestety, skoro pojawił się tu mroczny książę, nie jestem w stanie zapewnić wam bezpieczeństwa. Otwieram portale.

W  powietrzu zalśniły trzy świetlne wiry, które przybrały po chwili kształt drzwi.

– Proszę. Ten z niebieską klamką prowadzi do Nowego Jorku, ten z czerwoną do Krakowa, a z białą do Paryża.

Yoshino była śmiertelnie przerażona. Zrugała w  myślach samą siebie za struganie bohaterki, za prowokowanie tego kosmicznego brutala. Trzeba nie mieć mózgu, by takie rzeczy robić.

Yua, przecież jesteś mądrą, inteligentną babką, wynoś się stąd jak najszybciej. Masz swoje lata, masz swoich studentów, masz swojego… no może nie do końca swojego, Jean-Marie, ale przynajmniej czasem tak ładnie kłamie, że jest tylko twój. Masz po co wracać, masz po co żyć. Nie wychylaj się, nie rób scen, po prostu potulnie wróć do Paryża.

Yua drgnęła, dotykając białej, zimnej klamki, przypominającej w dotyku porcelanę.

Biała klamka. Jak biała flaga.

Przymknęła oczy i pod nimi ujrzała samą siebie, wśród zastępów diabłów i ślepych aniołów i Gentae rozwijające olbrzymi, biały sztandar wśród wypalonych ruin.

Zamrugała nerwowo, skonsternowana wyobrażeniem.

A  więc tak po prostu się poddadzą? Ona się podda, po raz kolejny?

Ale co jeśli, jeśli ta jedna chwila decyduje o wszystkim?

Murasaki Shikibu by się nie poddała.

Odwróciła się, spojrzała na Dżina i Sagittariusa gniewnie. Powiedziała cicho, ledwie dosłyszalnie, właściwie samym ruchem ust:

– Nie.

Brown oderwał wzrok od portalu.

Gentae uniosło brwi, zaskoczone.

Dżin zmarszczył czoło.

A centaur uniósł głowę, jak drapieżnik wyczuwający, że zwierzyna nagle przestała drżeć.

– Co tam szepczesz? – spytał.

– Jednak zostanę – powiedziała, dziwiąc się własnemu głosowi. Szukała odpowiedniego cytatu, by podkreślić, jak ważna jest ta decyzja, najważniejsza w  jej całym życiu, czegoś, co może w  usta Promienistego Księcia włożyła Murasaki Shikibu, której rzeźbie dała własną twarz, ale żadne ze słów dawnych mistrzów nie oddawało w pełni jej teraźniejszego stanu.

– Trudno jest rozpoznać czasem chwile, które nas definiują – rzekła wreszcie. – Ale to na pewno jedna z nich, może najważniejsza. Jeśli bym wyszła przez te drzwi, nie umiałabym spojrzeć w lustro.

Centaur prychnął gniewnie i zarżał znów szyderczo.

– Myślisz, że masz cokolwiek do gadania? I  że to cokolwiek zmieni? Zdajesz sobie sprawę, kim jestem? Jam jest Sagittarius, syn Mroku i  Nocy, wnuk Chaosu i  Nicości, brat śmierci, losu i szału. Jam jest władcą snów i marzeń, potęgą wśród potęg i naj wyższym wśród najwyższych. Moimi przybocznymi są Echo i Cień – wskazał towarzyszące mu centaury – z których każdy jest niewyobrażalną siłą, przenoszącą wszystko, o  czym jesteście w  stanie nawet pomyśleć. Cień pojawia się wszędzie tam, gdzie światło napotyka przeszkodę, a  Echo tam, gdzie przeszkodę napotyka dźwięk. Wokół mnie kręci się cała Galaktyka, służą mi moce niebios i  podziemi, jestem tym, który kształtuje przyszłość Multiwersum!

– Z  tego, co widzę, to ani ty, ani twój Cień, ani twoje Echo, a przede wszystkim twoje ego, nie jesteście tu mile widziani! Zobacz, jaka ona jest przerażona! – Yua wskazała na kulącą się za Plątasem i swoją świtą Arcyksiężniczkę.