41,00 zł
Ray Bradbury, jeden z najpopularniejszych dwudziestowiecznych pisarzy amerykańskich, zachwycał pokolenia czytelników nastrojowymi opowieściami science fiction, fantasy i grozy. W tym niezwykłym zbiorze zebrano trzy najpopularniejsze książki tego autora. Kroniki marsjańskie/Człowiek Ilustrowany/Złociste jabłka słońca to ponadczasowe historie dla czytelników w każdym wieku, niezależnie od upodobań.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Tytuł oryginału: The Martian Chronicles
Copyright © 1950 by Ray Bradbury Copyright for the Polish translation © 2018 by Wydawnictwo MAG
Redakcja: Sylwia Sandowska-Dobija Korekta: Elwira Wyszyńska, Urszula Okrzeja, Magdalena Górnicka Ilustracja na okładce: Dark Crayon Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński
Numer: wydanie III/D0 ISBN 978-83-68919-69-1
Producent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Konstytucji 5/10, 00-657 Warszawa www.mag.com.pl han[email protected]
Dystrybucja Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl www.dressler.com.pl
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Dla mojej żony Marguerite z miłością.
– Dobrze jest poczuć na nowo zadziwienie światem – rzekł filozof. – Podróże kosmiczne znów uczyniły dzieci z nas wszystkich.
Styczeń 1999:
rakietowe lato
W jednej chwili w Ohio panowała zima, jak zwykle – pozamykane drzwi, zatrzaśnięte okna, bielmo szronu powlekające szyby, dachy obwieszone frędzlami sopli. Dzieci jeździły na nartach, kobiety wędrowały ciężko skutymi lodem ulicami i w swych futrzanych płaszczach przypominały wielkie czarne niedźwiedzie.
I nagle miasteczko ogarnęła fala ciepła. Powódź rozgrzanego powietrza; zupełnie jakby ktoś zostawił otwarte drzwi piekarni. Gorąco pulsowało pomiędzy domami, krzakami i grupkami dzieci. Sople opadły, łamiąc się i topniejąc. Drzwi otwarły się na oścież. Okna uniosły w górę. Dzieci zrzuciły wełniane ubrania. Kobiety pozbyły się niedźwiedzich kostiumów. Śnieg zniknął, ukazując zielone zeszłoroczne trawniki.
Rakietowe lato. Słowa te wędrowały z ust do ust ludzi stojących w otwartych na przestrzał domach. Rakietowe lato. Ciepłe pustynne powietrze odmieniało malunki szronu na szybach, niwecząc zimowe dzieła sztuki. Narty i sanki stały się nagle bezużyteczne. Śnieg padający na miasto z chmurnego nieba przemienił się w gorący deszcz, zanim jeszcze dotknął ziemi.
Rakietowe lato. Ludzie wychylali się z ociekających wodą werand, obserwując poczerwieniałe niebo.
Rakieta leżała na polu startowym, wydmuchując z siebie różowe chmury ognia i hutniczego gorąca. W mroźny zimowy poranek każdym tchnieniem swych potężnych silników przywoływała lato. Jej dech odmienił klimat i przez krótką chwilę w okolicy zapanował lipiec…
Luty 1999:
Ylla
Ich dom, wsparty na kryształowych filarach, stał na planecie Mars na skraju pustego morza. Co ranka można było ujrzeć panią K, jak jadła złociste owoce wyrastające z krystalicznych ścian albo też sprzątała za pomocą garstki magnetycznego pyłu, który unosząc ze sobą cały brud, ulatywał z gorącym wiatrem. Popołudniami, gdy skamieniałe morze było ciepłe i nieruchome, a drzewa winne tkwiły sztywno na dziedzińcu, podczas gdy odległe maleńkie kościane miasteczko zamykało się w swych murach i nikt nie opuszczał budynków, pan K zasiadał w swoim pokoju, gdzie czytał metalową księgę zapisaną wypukłymi hieroglifami, które muskał dłonią niczym muzyk grający na harfie. Pod jego dotykiem z książki odzywał się głos – miękki, pradawny głos, snujący śpiewnie historie o czasach, gdy morze było pełne rudej piany, a starożytni ludzie toczyli bitwy, zbrojni w chmary metalowych owadów i elektrycznych pająków.
Pan i pani K mieszkali nad martwym morzem od dwudziestu lat. Ich przodkowie od dziesięciu wieków żyli w tym samym domu, obracającym się w ślad za słońcem niczym wielki kwiat.
Pan i pani K nie byli starzy. Mieli jasną, brązowawą cerę prawdziwych Marsjan, żółte okrągłe oczy, łagodne melodyjne głosy. Kiedyś lubili malować obrazy chemicznym ogniem, pływać w kanałach w sezonie, gdy drzewa winne wypełniały je zielonymi sokami, i dyskutować do świtu w blasku błękitnych fosforyzujących portretów w pokoju rozmów.
Teraz nie byli już szczęśliwi.
Tego ranka pani K stanęła pomiędzy filarami i słuchała, jak piaski pustyni rozgrzewają się, topią niczym żółty wosk i ściekają za horyzont.
Coś miało się wydarzyć.
Czekała.
Patrzyła w błękitne niebo Marsa, jakby w każdej chwili mogło unieść się w bolesnym skurczu i wypuścić z siebie lśniący cud, który opadnie na piasek.
Nic się nie działo.
Znużona czekaniem, przeszła pomiędzy zamglonymi kolumnami. Z ich rozchylonych szczytów trysnęła drobna mżawka, chłodząc rozpalone powietrze i łagodnie ściekając jej po skórze. W gorące dni przypominało to brodzenie w potoku. Posadzki w domu lśniły od setek chłodnych strumyczków. W dali słyszała męża, który niestrudzenie grał na swej książce. Stare pieśni nigdy nie nudziły jego palców. Pani K pragnęła, aby kiedyś poświęcił jej tyle czasu, co swoim niezwykłym księgom, tuląc ją i pieszcząc niczym maleńką harfę.
Ale nie. Potrząsnęła wyrozumiale głową, niemal niedostrzegalnie wzruszając ramionami. Jej powieki opadły wolno, skrywając złociste oczy. Małżeństwo sprawia, że ludzie, choć nadal młodzi, popadają w rutynę starości.
Wyciągnęła się na fotelu, który bezzwłocznie dopasował się do jej ciała. Mocno zamknęła oczy.
Natychmiast zmorzył ją sen.
Jej brązowe palce zadrżały i uniosły się, chwytając powietrze. Chwilę później usiadła gwałtownie, zdumiona, dysząc głośno.
Rozejrzała się szybko, jakby oczekiwała, że kogoś ujrzy. Przeżyła zawód; przestrzeń pomiędzy filarami pozostawała pusta.
W trójkątnych drzwiach pojawił się jej mąż.
– Wołałaś mnie? – spytał z irytacją.
– Nie! – zaprotestowała.
– Zdawało mi się, że słyszę twój krzyk.
– Naprawdę? Prawie już spałam i miałam sen!
– Za dnia? Nieczęsto ci się to zdarza.
Pani K siedziała bez ruchu, jakby ów sen uderzył ją prosto w twarz.
– Jakie to dziwne, jak bardzo dziwne – mamrotała. – Ten sen.
– Ach tak? – Jej mąż najwyraźniej pragnął powrócić do swojej książki.
– Śnił mi się mężczyzna…
– Mężczyzna?
– Wysoki, sześć stóp i cal.
– To absurdalne; byłby olbrzymem, niezdarnym olbrzymem.
– W jakiś sposób… – usiłowała znaleźć właściwe słowa – wyglądał normalnie. Mimo swojego wzrostu. A jego oczy – och, wiem, pomyślisz pewnie, że to niemądre – jego oczy były niebieskie!
– Niebieskie oczy! Bogowie! – wykrzyknął pan K. – Co przyśni ci się następnym razem? Może jeszcze miał czarne włosy?
– Skąd wiesz? – Była wyraźnie podniecona.
– Wybrałem najmniej prawdopodobny kolor – odparł chłodno.
– Naprawdę były czarne! Miał też bardzo białą skórę… Och! Był naprawdę niezwykły. Ubrany w dziwaczny mundur, zstąpił z nieba i przemówił do mnie grzecznie.
Uśmiechnęła się.
– Z nieba! Też mi bzdura!
– Przybył w metalowej konstrukcji, lśniącej jak słońce – wspominała. Przymknęła oczy, próbując przywołać ulotną wizję. – Śniłam, że patrzę w niebo, na którym rozbłysła nagle iskra, niczym moneta rzucona w powietrze. Wkrótce plama światła stała się większa i opadła miękko ku ziemi – długa, srebrna i zupełnie obca. W jednej ze srebrzystych ścian otwarły się drzwi i wyszedł z nich wysoki mężczyzna.
– Gdybyś ciężej pracowała, nie miałabyś głupich snów.
– Nawet mi się podobał – odparła, układając się wygodniej. – Nigdy nie posądzałam siebie o tak bogatą wyobraźnię. Czarne włosy, niebieskie oczy i biała skóra! Co za dziwny człowiek, a przecież całkiem przystojny.
– Pobożne życzenia.
– Nie bądź taki. Nie wymyśliłam go specjalnie. Po prostu pojawił się w mojej głowie, kiedy zapadłam w drzemkę. Wszystko to zupełnie nie przypominało snu – było tak niespodziewane i inne. Spojrzał na mnie i powiedział: „Przybywam moim statkiem z trzeciej planety. Nazywam się Nathaniel York…”.
– To idiotyczne imię; nikt takiego nie nosi – zaprotestował mąż.
– Oczywiście, że idiotyczne, pochodzi przecież ze snu – wyjaśniła cicho. – I rzekł: „To Pierwsza Wyprawa Kosmiczna. W statku jest nas tylko dwóch, ja i mój przyjaciel Bert”.
– Jeszcze jedno głupie imię.
– Powiedział też: „Przybywamy z miasta na Ziemi; tak nazywa się nasza planeta” – ciągnęła dalej pani K. – To jego słowa; Ziemia, takiej nazwy użył. Posługiwał się też obcym językiem. W jakiś sposób zdołałam go zrozumieć. Samym umysłem. Pewnie to telepatia.
Pan K odwrócił się, przystanął jednak na wezwanie żony.
– Yll? – zawołała cicho. – Zastanawiałeś się kiedykolwiek, czy… no cóż, czy na trzeciej planecie naprawdę żyją ludzie?
– Trzecia planeta nie nadaje się do życia – odparł cierpliwie mąż. – Nasi naukowcy stwierdzili, że w jej atmosferze jest stanowczo zbyt wiele tlenu.
– Pomyśl jednak, czyż nie byłoby to fascynujące, gdyby rzeczywiście tam żyli i wyruszyli w przestrzeń jakimś statkiem?
– Naprawdę, Ylla, wiesz, że nie znoszę emocjonalnych wybuchów. Wracaj do pracy.
Później tego samego dnia, krążąc pomiędzy szemrzącymi deszczowymi filarami, zaczęła śpiewać piosenkę, powtarzając ją raz za razem bez końca.
– Co to za pieśń? – warknął jej mąż, siadając przy ognistym stole.
– Nie wiem. – Uniosła zaskoczona wzrok, z niedowierzaniem zakrywając usta dłonią.
Słońce zachodziło. W gasnącym świetle dom zamykał się niczym olbrzymi kwiat. Między kolumnami świstał wiatr; pośrodku ognistego stołu bulgotała kałuża srebrzystej lawy. Wiatr poruszał rdzawymi włosami kobiety, szepcząc jej cicho do uszu. Stała w milczeniu, zapatrzona w bezkresną, płową dal morskiego dna, jakby przywoływała jakieś wspomnienie. Jej żółte oczy były miękkie i wilgotne.
– Wznieś toast, oczu twoich mowa uczucie me zaklina… – zaintonowała cicho, powoli. – Twój pocałunek w szkle zamknięty słodszy mi jest od wina. – Z zamkniętymi oczyma, poruszając delikatnie dłońmi na wietrze, zanuciła melodię.
Pieśń była bardzo piękna.
– Nigdy wcześniej tego nie słyszałem. Sama ją ułożyłaś? – spytał mąż, obserwując ją uważnie.
– Nie. Tak. Naprawdę nie wiem. – Zawahała się, oszołomiona. – Nie mam nawet pojęcia, co to za słowa. Są w innym języku.
– W jakim?
Jak odrętwiała wrzuciła porcję mięsa do bulgoczącej lawy.
– Nie wiem. – Po chwili wyjęła je upieczone i podała mu na talerzu. – Pewnie wymyśliłam to wszystko. To szaleństwo. Nie mam pojęcia dlaczego.
Nie odpowiedział. Patrzył, jak topiła płaty mięsa w syczącym zbiorniku ognia. Słońce już zaszło. Noc powoli sączyła się do pokoju, pochłaniając kolumny i ich samych niczym ciemne wino oblewające sufit. Ich twarze oświetlał jedynie srebrzysty blask lawy.
Kobieta znów zanuciła dziwną pieśń.
Jej mąż natychmiast zerwał się z krzesła i uniesiony gniewem wypadł z pokoju.
Później samotnie dokończył kolację.
Kiedy wstał, przeciągnął się, zerknął na nią i ziewnął.
– Może weźmiemy płomieniste ptaki i polecimy do miasta, aby się zabawić?
– Chyba nie mówisz poważnie? Dobrze się czujesz?
– Co w tym takiego dziwnego?
– Od sześciu miesięcy nie oddawaliśmy się rozrywkom.
– Uważam, że to dobry pomysł.
– Cóż za nagła troska? – zdziwiła się.
– Nie mów tak – odparł rozdrażniony. – Chcesz jechać czy nie?
Kobieta spojrzała na bladą pustynię. Dwa białe bliźniacze księżyce już wzeszły. Wokół jej stóp szemrała zimna woda. Kobieta zadrżała. Jakże pragnęła pozostać tu i siedzieć w pokoju cicho, bez ruchu, póki nie wydarzy się to, na co czekała przez cały dzień. Rzecz nieprawdopodobna, a przecież możliwa. W jej umyśle zadźwięczała zbłąkana nuta.
– Ja…
– Dobrze ci to zrobi – nalegał. – No chodź.
– Jestem zmęczona – odparła. – Może kiedy indziej.
– Masz tu szal. – Podał jej ampułkę. – Od miesięcy nigdzie się nie wyprawialiśmy.
– Dwa razy w tygodniu odwiedzasz miasto Xi – przypomniała, nie patrząc na niego.
– W interesach – odrzekł.
– Ach tak? – szepnęła do siebie.
Z ampułki wylał się płyn, błękitna mgiełka, która dygocząc, otuliła jej szyję.
Ogniste ptaki już czekały, połyskując na gładkim, chłodnym piasku niczym garść rozżarzonych węgli. Biały baldachim, uwiązany do ptaków tysiącem zielonych wstążek, wydymał się na nocnym wietrze, łopocząc cicho.
Ylla ułożyła się na białym łożu, a wówczas posłuszne słowu jej męża ptaki zerwały się z ziemi i niczym stado iskier wzleciały w mroczne niebo. Wstęgi napięły się, pociągając baldachim. Piasek z jękiem umknął w dal. Przepływali nad niebieskimi wzgórzami, pozostawiając za sobą swój dom, deszczowe filary, kwiaty zamknięte w klatkach, śpiewające księgi, szepczące na posadzkach strumienie. Kobieta nie patrzyła na męża. Słyszała, jak wykrzykiwał coś do ptaków, gdy wznosiły się w górę niby dziesięć tysięcy rozpalonych ognistych drobin, czerwono-żółtych fajerwerków. Smuga ognia frunęła z wiatrem, ciągnąc za sobą biały żagiel, samotny płatek wielkiego kwiatu.
Nie spojrzała nawet na znikające w dole martwe pradawne miasta ani na stare kanały, wypełnione pustką i snami. Lecieli, mijając suche rzeki i jeziora, niczym cień księżyca, płonąca pochodnia.
Ylla spoglądała w niebo.
Jej mąż odezwał się cicho.
Patrzyła w dal.
– Słyszałaś, co powiedziałem?
– Co?
Powoli wypuścił powietrze.
– Mogłabyś uważać.
– Myślałam o czymś.
– Nigdy nie przypuszczałem, że pociąga cię natura, a przecież dziś wyraźnie zapatrzyłaś się w niebo – rzekł.
– Jest bardzo piękne.
– Zastanawiałem się… – oznajmił wolno mąż. – Pomyślałem, że może zadzwonię dziś do Hullego. Chciałbym go uprzedzić, że wybierzemy się w Góry Błękitne i spędzimy tam tydzień czy dwa. Na razie to tylko pomysł, ale…
– Góry Błękitne! – Jej dłoń zacisnęła się na skraju żagla.
– To tylko luźna propozycja.
– Kiedy chcesz jechać? – spytała, dygocząc.
– Może jutro rano? Wiesz, lepiej zacząć od razu i tak dalej – odparł, jak gdyby nigdy nic.
– Ale przecież nie jeździmy tam tak wcześnie w roku!
– Uznałem, że moglibyśmy spróbować. – Uśmiechnął się. – Wyjazd dobrze nam zrobi. Trochę spokoju i ciszy, no wiesz. Nie masz chyba innych planów? Pojedziemy, prawda?
Kobieta odetchnęła, odczekała chwilę, po czym odparła:
– Nie.
– Co takiego?! – Jego krzyk spłoszył ptaki. Żagiel zakołysał się gwałtownie.
– Nie – powtórzyła stanowczo. – Już zdecydowałam. Nie jadę.
Zmierzył ją wzrokiem. Potem już nie rozmawiali. Odwróciła głowę.
Ptaki frunęły dalej, dziesięć tysięcy ognistych różdżek unoszonych wiatrem.
O świcie promienie słońca przenikające przez kryształ kolumn stopiły opar podtrzymujący śpiącą Yllę. Przez całą noc unosiła się nad podłogą na miękkim posłaniu z mgły wylewającej się ze ścian. Uśpiona, pławiła się w nurcie milczącej rzeki niczym łódź niesiona falą przypływu. Teraz słońce wypaliło opar, poziom mgły obniżył się, składając kobietę na brzegu jawy.
Otwarła oczy i ujrzała nad sobą męża.
Wyglądał, jakby stał nad nią od paru godzin, obserwując ją. Nie wiedziała dlaczego, nie potrafiła jednak spojrzeć mu prosto w oczy.
– Znów miałaś majaki – oznajmił. – Mówiłaś przez sen i obudziłaś mnie. Naprawdę uważam, że powinnaś pomówić z doktorem.
– Nic mi nie jest.
– Paplałaś jak najęta.
– Naprawdę? – zdumiała się.
W pokoju panował chłód poranka. Gdy tak leżała, czuła, jak wypełnia ją szary brzask.
– Co ci się śniło?
Zastanowiła się przez moment, usiłując sobie przypomnieć.
– Statek. Znów przybył z nieba, wylądował i wyszedł z niego wysoki mężczyzna, który przemówił do mnie, żartując i śmiejąc się. To było bardzo przyjemne.
Pan K dotknął kolumny. Natychmiast wystrzeliły z niej fontanny ciepłej parującej wody, przeganiając chłód. Twarz mężczyzny niczego nie wyrażała.
– A potem – ciągnęła dalej kobieta – ten człowiek o dziwnym imieniu, Nathaniel York, powiedział, że jestem piękna, i… pocałował mnie.
– Ha! – wykrzyknął mąż, gwałtownie odwracając głowę. Jego szczęki zacisnęły się nagle.
– To tylko sen – rzuciła z rozbawieniem.
– Zatrzymaj swoje głupie babskie sny dla siebie!
– Zachowujesz się jak dziecko. – Odchyliła głowę, wsparta na resztce chemicznego oparu. Po chwili zaśmiała się cicho. – Przypomniałam sobie coś jeszcze z tego snu – wyznała.
– Co to było? Co?! – wykrzyknął.
– Yll, jesteś strasznie zły.
– Powiedz mi! – zażądał. – Nie możesz mieć przede mną sekretów.
Spoglądał na nią z góry z gniewną, zachmurzoną twarzą.
– Nigdy dotąd takim cię nie widziałam – odparła z mieszaniną zdumienia i rozbawienia. – To nic wielkiego. Ten nieznajomy, Nathaniel York, powiedział mi… cóż, powiedział, że zabierze mnie na swój statek i dalej, w niebo, że polecę z nim na jego planetę. To naprawdę śmieszne.
– Ach tak, śmieszne! – krzyknął. – Powinnaś posłuchać samej siebie. Łasiłaś się do niego, rozmawiałaś z nim, śpiewałaś. Och, bogowie, trzeba było siebie słyszeć!
– Yll!
– Kiedy ląduje? Gdzie posadzi swój przeklęty statek?
– Yll, nie podnoś głosu.
– Niech licho porwie mój głos! – Nachylił się nad nią sztywno. – A w twoim śnie – chwycił przegub żony – czyż statek nie wylądował tu, w Zielonej Dolinie? Odpowiedz!
– Ależ tak…
– I to dziś po południu, prawda? – nalegał.
– Owszem, tak mi się zdaje. Ale tylko we śnie!
– No – odepchnął jej rękę – przynajmniej mówisz prawdę. Słyszałem każde słowo, które wypowiedziałaś we śnie. Cały czas wspominałaś dolinę.
Oddychając głośno, wędrował pomiędzy filarami niczym człowiek oślepiony błyskawicą. Powoli jego oddech wracał do normy. Kobieta patrzyła na niego, jakby oszalał. Wreszcie wstała i podeszła do męża.
– Yll – szepnęła.
– Nic mi nie jest.
– Jesteś chory.
– Nie. – Zmusił znużoną twarz do uśmiechu. – To tylko dziecinada. Wybacz mi, kochana. – Poklepał ją lekko. – Ostatnio zbyt wiele pracowałem. Przepraszam. Chyba położę się na chwilę.
– Byłeś taki podekscytowany.
– Już mi przeszło. Wszystko w porządku. – Wypuścił powietrze. – Zapomnijmy o tym. Wiesz, wczoraj słyszałem dowcip o Uelu. Zamierzałem ci go powtórzyć. Co powiesz na to, żebyś przyrządziła śniadanie, a ja opowiem dowcip i nie wspomnimy już o tym więcej?
– To był tylko sen.
– Oczywiście. – Mechanicznie pocałował ją w policzek. – Tylko sen.
W południe gorące słońce stało wysoko na niebie. Wzgórza migotały w jego blasku.
– Nie wybierasz się do miasta? – spytała Ylla.
– Do miasta? – Lekko uniósł brwi.
– Przecież dzisiaj jest dzień, kiedy zawsze jeździsz do miasta. – Poprawiła stojącą na postumencie kwietną klatkę. Kwiaty poruszyły się, otwierając zgłodniałe żółte pyszczki.
Zamknął książkę.
– Nie. Jest za gorąco i zbyt późno.
– Ach tak. – Zostawiwszy klatkę, ruszyła ku drzwiom. – Niedługo wrócę.
– Chwileczkę! Dokąd idziesz?
Odwróciła się już w progu.
– Do Pao. Zaprosiła mnie.
– Dziś?
– Dawno jej nie widziałam. To niedaleko.
– W Zielonej Dolinie, prawda?
– Owszem. Krótki spacerek. Pomyślałam, że… – Potok pośpiesznych słów nagle się urwał.
– Przepraszam, naprawdę przepraszam. – Mąż podbiegł do niej i wprowadził ją do środka, niezwykle zakłopotany własnym roztargnieniem. – Wyleciało mi to z głowy. Zaprosiłem na dziś doktora Nlle.
– Doktora Nlle!
Cofnęła się w stronę drzwi.
Chwycił ją za łokieć i pociągnął ku sobie.
– Tak, ale Pao…
– Pao może zaczekać, Ylla. Musimy przyjąć Nllego.
– Tylko na chwilę…
– Nie, Ylla.
– Nie?
Potrząsnął głową.
– Nie. Zresztą Pao wcale nie mieszka tak blisko. Po drugiej stronie Zielonej Doliny, za Wielkim Kanałem, i jeszcze dalej. Zgadza się? Wkrótce będzie bardzo gorąco. A poza tym doktor Nlle ucieszy się na twój widok. I co?
Nie odpowiedziała. Pragnęła wyrwać się i uciec. Krzyczeć na głos. Jednakże usiadła tylko na krześle, powoli wyłamując palce i wpatrując się w nie bez wyrazu, schwytana w pułapkę.
– Ylla? – mruknął. – Będziesz tu, prawda?
– Tak – odparła po długiej chwili. – Będę.
– Przez całe popołudnie?
Jej głos zabrzmiał głucho.
– Przez całe popołudnie.
Czas mijał, a doktor Nlle się nie pojawił. Mąż Ylli nie był tym specjalnie zdumiony. Późnym popołudniem mruknął coś, podszedł do szafy i wyjął z niej złowrogą broń – długą żółtawą tuleję, zakończoną miechem i spustem. Gdy się odwrócił, zobaczyła, że jego twarz zakrywa wykuta ze srebrzystego metalu beznamiętna maska, którą zakładał zawsze, kiedy pragnął zachować dla siebie swe uczucia; maska przylegała dokładnie do kanciastych policzków, podbródka i czoła. Metal lśnił, a mąż Ylli obracał w dłoniach broń. Strzelba brzęczała nieustannie niczym ogromny owad. Za naciśnięciem spustu wyrzucała z siebie z piskiem roje złocistych pszczół – straszliwych pszczół, które wbijały w ofiarę zatrute żądła i padały martwe na piasek niczym garść suchych nasion.
– Dokąd idziesz? – spytała.
– Proszę? – Mężczyzna przyłożył ucho do miecha, zasłuchany w złowieszcze bzyczenie. – Skoro doktor Nlle się spóźnia, nie zamierzam na niego czekać. Wybiorę się na polowanie. Wkrótce wrócę. Ty jednak zostaniesz tu, prawda? – Srebrzysta maska rozbłysła.
– Tak.
– Powiedz doktorowi, że niedługo się zjawię. To tylko drobne polowanie.
Trójkątne drzwi się zamknęły. Odgłos jego kroków ucichł za wzgórzem.
Odprowadzała go wzrokiem, póki nie zniknął wśród plam słonecznego blasku. Następnie podjęła codzienną pracę, rozrzucając magnetyczny pył i zbierając owoce wyrastające z kryształowych ścian. Oddawała się swym zajęciom z energią i zapałem, od czasu do czasu jednak ogarniało ją zobojętnienie – i nagle uświadamiała sobie, że śpiewa ową dziwną, wpadającą w ucho pieśń i spogląda poprzez kolumny z kryształu w niebo.
Wstrzymywała oddech, stając bez ruchu. Czekała.
Zbliżało się.
Mogło nastąpić w każdej chwili.
Czuła się zupełnie jak w jeden z tych dni, kiedy słyszymy nadciągającą burzę. Wokół panuje pełna napięcia cisza i nagle ciśnienie zmienia się niepostrzeżenie, w miarę jak burza wędruje nad ziemią wśród podmuchów wiatru, kłębów mgły i cieni. Powietrze napiera nam na uszy, kiedy tak tkwimy zawieszeni w oczekiwaniu na nadejście burzy. Zaczynamy dygotać. Niebo ciemnieje, jego barwa pogłębia się, chmury gęstnieją; góry nabierają odcienia stali. Zamknięte w klatkach kwiaty wydają z siebie słabe ostrzegawcze westchnienia. Czujemy, jak nasze włosy powoli się poruszają. Gdzieś w domu zegar wyśpiewuje cicho: „Czas, czas, czas, czas…” niczym woda skapująca na aksamit.
A potem przychodzi burza. Elektryczny blask, zasłony ciemności pełnej odgłosów czerni opadają na ziemię, zamykając ją na zawsze w swych objęciach.
Tak było i teraz. Zbierało się na burzę, choć niebo pozostało czyste. Lada moment miał błysnąć piorun, choć nie było ani śladu chmur.
Ylla wędrowała po wyczekującym letnim domu. Błyskawica mogła zajaśnieć w każdej chwili; grom, chmura dymu i cisza, a potem kroki na ścieżce, stukanie do kryształowych drzwi, ona zaś pobiegnie, by otworzyć…
Oszalałaś, Ylla!, upomniała samą siebie. Po co zaprzątasz swój próżny umysł zwariowanymi myślami?
I wówczas to się zdarzyło.
W powietrzu rozeszła się fala gorąca, jakby po niebie przeleciał potężny ogień. Rozległ się wibrujący świst. Na niebie rozbłysła metaliczna iskierka.
Ylla krzyknęła na głos.
Przebiegając między filarami, szeroko rozwarła drzwi i spojrzała wprost na wzgórza. Jednakże do tej chwili wszystko już zniknęło.
Zamierzała ruszyć biegiem w dół zbocza, powstrzymała się jednak. Miała tu zostać, nigdzie nie odchodzić. Mąż pogniewałby się, gdyby odeszła, a lekarz przybył z wizytą.
Czekała przy drzwiach, oddychając szybko, wyciągając przed siebie rękę.
Wytężając wzrok, spoglądała w stronę Zielonej Doliny, nic jednak nie dostrzegła.
Niemądra kobieta. Wróciła do środka. Ty i twoja wyobraźnia, pomyślała. Nic tam nie było, tylko ptak, liść, wiatr, a może ryba w kanale. Usiądź. Odpocznij.
Usiadła.
W dali huknął strzał.
Wyraźny, ostry dźwięk złowieszczej owadziej strzelby.
Całe jej ciało szarpnęło się konwulsyjnie.
Odgłos dochodził z bardzo daleka. Jeden strzał. Błyskawiczny bzyk odległych pszczół. Jeden. A potem drugi, chłodny, dokładny i odległy.
Jej ciało sprężyło się ponownie i z niewiadomych przyczyn skoczyło na równe nogi, krzycząc, krzycząc bez ustanku. Jak opętana przebiegła przez dom i ponownie szeroko otwarła drzwi.
Echa zamierały w dali.
Ucichły.
Przez pięć minut z poważną twarzą czekała na podwórzu. Wreszcie, stąpając powoli, ze zwieszoną głową, zaczęła wędrować po pełnych kolumn pomieszczeniach, kładąc dłonie na najróżniejszych przedmiotach. Jej wargi drżały. W końcu usiadła. W pokoju dziennym zapadał zmrok i Ylla przetarła rąbkiem szala bursztynowe szkło.
I wówczas usłyszała dobiegający z dala odgłos kroków po kamykach.
Podniosła się z miejsca, stając pośrodku cichego pokoju. Kieliszek wypadł z jej palców i roztrzaskał się na kawałki.
Tuż przed drzwiami kroki przystanęły.
Czy powinna przemówić? Może wykrzyknąć: „Wejdź, ach, wejdź!”?
Postąpiła parę kroków naprzód.
Czyjaś dłoń przekręciła zatrzask.
Ylla uśmiechnęła się w stronę wejścia.
Drzwi otwarły się i uśmiech kobiety zniknął.
To był jej mąż. Srebrna maska lśniła martwym blaskiem. Wszedł do pokoju i przez moment przyglądał się jej, po czym otworzył miech strzelby i wytrząsnął z niego dwie martwe pszczoły, które z plaskiem uderzyły o podłogę. Rozdeptał je i umieścił pustą broń w rogu pomieszczenia, podczas gdy Ylla nachyliła się, próbując zebrać odłamki strzaskanego szkła – bez powodzenia.
– Co porabiałeś? – spytała.
– Nic – odparł zwrócony do niej plecami. Powoli zdjął maskę.
– Ale strzelba… Słyszałam, jak strzelałeś. Dwukrotnie.
– Tylko polowałem. Od czasu do czasu lubię to. Czy przyjechał już doktor Nlle?
– Nie.
– Chwileczkę. – Z niesmakiem pstryknął palcami. – Teraz dopiero sobie przypominam. Ma nas odwiedzić jutro po południu. Co za dureń ze mnie.
Usiedli do posiłku. Ylla spojrzała na jedzenie, nie sięgając po nie.
– Co się stało? – spytał, całkowicie zaabsorbowany zanurzaniem mięsa w bulgoczącej lawie.
– Nie wiem. Nie jestem głodna – odparła.
– Czemu?
– Nie mam pojęcia; po prostu nie jestem.
Na dworze zrywał się wiatr; słońce zachodziło. Mały pokój wydał jej się nagle nieprzyjemnie zimny.
– Próbowałam sobie przypomnieć – rzekła w ciszy do siedzącego naprzeciwko chłodnego, sztywnego, złotookiego męża.
– Przypomnieć sobie? Co? – Pociągnął łyk wina.
– Tę pieśń. Tę piękną wzruszającą pieśń. – Przymknęła oczy i zanuciła melodię, jednakże nie tę, o której wspomniała. – Zapomniałam ją. A to dziwne, bo wcale tego nie chcę. Pragnę na zawsze zapamiętać te słowa. – Poruszyła rękami, jakby rytm mógł jej pomóc przypomnieć sobie zapomniane strofy. Po chwili odchyliła się na krześle. – Nie pamiętam – szepnęła przez łzy.
– Czemu płaczesz? – spytał.
– Nie wiem, nie wiem, ale nie mogę się powstrzymać. Jest mi smutno, nie mam pojęcia dlaczego. Płaczę i nie wiem czemu. Ale nie mogę przestać.
Skryła twarz w dłoniach; jej ramiona unosiły się i opadały.
– Jutro wszystko będzie dobrze – rzekł.
Nie patrzyła na niego. Widziała przed sobą jedynie pustkowie i oślepiająco jasne gwiazdy, rozbłyskujące na czarnym niebie. Z dali dobiegł ją skowyt wiatru i szum zimnych wód w długich kanałach. Dygocząc, zamknęła oczy.
– Tak – powiedziała. – Jutro wszystko będzie dobrze.
Sierpień 1999:
letnia noc
Na kamiennych galeriach, wśród cieni zalegających zbocza błękitnych wzgórz, zebrały się grupki ludzi. Padały na nich miękkie wieczorne światło gwiazd i jasny blask dwóch księżyców Marsa. Poza marmurowym amfiteatrem w mroku i dali drzemały miasteczka i wille; zbiorniki srebrzystej wody trwały w bezruchu, sieć błyszczących kanałów łączyła horyzonty. Był letni wieczór na spokojnej, umiarkowanej planecie Mars. Na zielonych jak wino kanałach unosiły się łodzie, delikatne niczym brązowe kwiaty. W długich, niekończących się siedzibach, wijących się wśród wzgórz niczym uśpione węże, kochankowie leżeli w chłodnych nocnych łożach, szepcząc do siebie leniwie. Ostatnie grupki dzieciarni uganiały się po skąpanych w blasku pochodni uliczkach, ściskając w dłoniach złote pająki, które wyrzucały przed siebie zwiewną mgiełkę sieci. Tu i ówdzie na stołach bulgotała srebrzysta lawa i dopiekały się spóźnione kolacje. W amfiteatrach setek miast po nocnej stronie Marsa brązowoskórzy Marsjanie o oczach jak złote monety gromadzili się powoli, skupiając uwagę na stojących na scenach muzykach. Wzruszające melodie rozchodziły się w nieruchomym powietrzu niczym słodka woń kwiatów.
Na jednej ze scen kobieta zaintonowała pieśń.
Widownia zaszemrała.
Kobieta urwała, unosząc dłoń do gardła. Skinęła głową akompaniatorom, którzy podjęli przerwaną melodię.
Muzycy grali, a ona śpiewała, i tym razem widownia westchnęła, nachylając się ku nim. Kilku mężczyzn wstało nawet z miejsc. Po plecach zebranych przeszedł zimny dreszcz. Pieśń, którą śpiewała kobieta, była bowiem dziwna, przerażająca i nieznana. Śpiewaczka usiłowała powstrzymać słowa cisnące się jej na usta, a brzmiały one tak:
Idzie w Piękności, jak noc, która kroczy
w cichym gwiazd gronie przez bezchmurne kraje;
Co cień i światło w sobie kras jednoczy,
To w jej obliczu i w jej oczach taje…1
Śpiewaczka przycisnęła dłonie do ust. Rozejrzała się oszołomiona.
– Co to za słowa? – pytali muzycy.
– Co to za pieśń?
– Co za język!
A kiedy ponownie zadęli w złote rogi, wylała się z nich fala obcej muzyki, która powoli spłynęła po amfiteatrze. Słuchacze tymczasem zaczęli wstawać z miejsc, rozmawiając głośno.
– Co się z tobą dzieje? – pytali się nawzajem muzycy.
– Jaką melodię zagrałeś?
– A ty?
Kobieta rozpłakała się i uciekła ze sceny, widzowie zaś opuścili amfiteatr. Podobne wypadki zaszły we wszystkich ogarniętych nerwową gorączką miastach Marsa. Dosięgło ich tchnienie chłodu niczym biały śnieg padający z nieba.
W mrocznych uliczkach dzieci śpiewały w blasku pochodni:
…lecz tak się zdarzyło, w szafce nic nie było,
I pies musiał obejść się smakiem!
– Dzieci! – nawoływały głosy. – Co to za wierszyk? Skąd go znacie?
– Właśnie go wymyśliliśmy, ot tak. To tylko słowa, których nie rozumiemy.
Trzaskały drzwi. Ulice opustoszały. Ponad błękitnymi wzgórzami wzeszła zielona gwiazda.
Na całej nocnej półkuli Marsa kochankowie budzili się, słysząc swych najdroższych nucących w ciemności.
– Co to za melodia?
A w tysiącach willi w środku nocy kobiety zrywały się z krzykiem. Mężowie musieli uspokajać je, osuszać spływające po policzkach łzy.
– No już dobrze, dobrze. Śpij. Co się stało? Miałaś zły sen?
– Rankiem wydarzy się coś strasznego.
– Nic się nie stanie, u nas wszystko dobrze.
Histeryczny szloch.
– To się zbliża coraz bardziej i bardziej!
– Nic się nie wydarzy. Co mogłoby nas spotkać? Śpij już. Śpij.
Nad ranem na Marsie panowała cisza. Świat przypominał czarną chłodną studnię, w wodach kanałów odbijały się gwiazdy, a w pokojach rozbrzmiewały spokojne oddechy. Dzieci kuliły się w łóżkach, ściskając w dłoniach pająki, kochankowie spali objęci, księżyce już zaszły; wypalone pochodnie były zimne, kamienne amfiteatry puste.
Jedynym dźwiękiem mącącym spokój przedświtu był głos nocnego stróża, wędrującego w dali samotną ulicą i nucącego w ciemności niezwykłą piosenkę…
sierpień 1999:
ziemianie
Ktokolwiek dobijał się do ich domu, nie miał zamiaru przestać. Pani Ttt gwałtownie otwarła drzwi.
– Słucham?
– Mówi pani po angielsku? – Stojący przed nią mężczyzna wydawał się zaskoczony.
– Mówię jak mówię – odparła.
– To cudowna angielszczyzna!
Nieznajomy miał na sobie mundur. Towarzyszyło mu trzech innych, wyraźnie podekscytowanych mężczyzn. Uśmiechali się; ich stroje pokrywał kurz.
– Czego chcecie? – spytała pani Ttt.
– Pani jest Marsjanką! – Mężczyzna uśmiechnął się do niej. – Z pewnością to słowo nic dla pani nie znaczy. Pochodzi z języka Ziemian. – Skinął głową w stronę swych towarzyszy. – Przybywamy z Ziemi. Ja jestem kapitan Williams. Niecałą godzinę temu wylądowaliśmy na Marsie. I oto jesteśmy! Druga Wyprawa! Przed nami była Pierwsza Wyprawa, nie wiemy jednak, co się z nią stało. Ale my dotarliśmy tutaj. A pani jest pierwszą Marsjanką, jaką spotkaliśmy!
– Marsjanką? – Jej brwi powędrowały w górę.
– Chcę przez to powiedzieć, że mieszka pani na czwartej planecie od Słońca. Zgadza się?
– To oczywiste – warknęła, mierząc go wzrokiem.
– A my – przycisnął do piersi pulchną różową dłoń – pochodzimy z Ziemi. Zgadza się, chłopcy?
– Tak jest! – zawtórowali mu chórem.
– To jest planeta Tyrr – poinformowała ich – jeśli chcecie użyć właściwej nazwy.
– Tyrr, Tyrr. – Kapitan zaśmiał się ze znużeniem. – Cóż za piękna nazwa! Ale, moja dobra kobieto, jak to możliwe, że mówi pani po angielsku?
– Ja nie mówię, ja myślę – odparła. – Telepatia! Miłego dnia!
I zatrzasnęła drzwi.
Chwilę później ów okropny mężczyzna znów zaczął stukać.
Szarpnęła klamkę.
– Co znowu? – spytała.
Mężczyzna nadal tam stał, oszołomiony, i próbował się uśmiechnąć. Wyciągnął ku niej ręce.
– Chyba pani nie rozumie…
– Czego? – prychnęła.
Spojrzał na nią zdumiony.
– Przybywamy z Ziemi!
– Nie mam czasu – odparła. – Czeka mnie dziś mnóstwo gotowania. Poza tym muszę posprzątać, przeszyć parę rzeczy. Pewnie chcecie zobaczyć się z panem Ttt; jest na górze, w swoim gabinecie.
– Zgoda – odparł Ziemianin, wyraźnie zagubiony. – Chętnie spotkamy się z panem Ttt.
– Jest zajęty. – Znów trzasnęła drzwiami.
Tym razem pukanie zabrzmiało wyjątkowo impertynencko.
– Proszę posłuchać! – krzyknął mężczyzna na jej widok i podskoczył, jakby chciał ją przerazić. – Nie tak traktuje się gości!
– Moja czysta podłoga! – zawołała. – Błoto! Wynocha! Jeśli chcecie wejść do mojego domu, najpierw umyjcie buty.
Mężczyzna spojrzał z desperacją na swe zabłocone nogi.
– Nie czas na trywialne rozmówki – rzekł. – Powinniśmy raczej świętować.
Przez długą chwilę przyglądał się jej, jakby wzrok mógł sprawić, by zrozumiała znaczenie jego słów.
– Jeśli przez was opadną mi kryształowe bułeczki w piekarniku – rzuciła – zbiję was kawałkiem drewna. – Zajrzała do rozgrzanego piekarnika, po czym wróciła zdyszana, zaczerwieniona. Jej oczy płonęły jaskrawą żółcią, skóra była jasna i brązowa, ruchy smukłej postaci szybkie jak u owada. Głos brzmiał ostro, metalicznie. – Zaczekajcie tu. Zobaczę, czy pan Ttt zechce was przyjąć. W jakiej sprawie przychodzicie?
Mężczyzna zaklął z ponurą miną, jakby wymierzyła mu cios młotkiem w rękę.
– Proszę mu powtórzyć, że przybywamy z Ziemi i że nigdy wcześniej tego nie dokonano.
– Czego? – Uniosła brązową dłoń. – Nieważne. Zaraz wrócę.
Odeszła. Jeszcze przez chwilę słyszeli tupot jej stóp na kamiennej posadzce.
Na zewnątrz niewiarygodnie niebieskie marsjańskie niebo było gorące i nieruchome niczym ciepły głęboki ocean. Marsjańska pustynia drzemała pod nim jak rozpalony gliniany garnek. Z jej piasku wznosiły się fale rozedrganego powietrza. Na zboczu pobliskiego wzgórza leżała niewielka rakieta. Wyraźne ślady stóp prowadziły od niej aż do drzwi pierwszego domu.
Na górze rozległy się odgłosy kłótni. Mężczyźni czekający za progiem spojrzeli po sobie, przestępując z nogi na nogę, pstrykając palcami i zatykając kciuki za pasy na biodrach. Męski głos wykrzyknął coś gniewnie. Odpowiedział mu głos kobiety. Po jakimś kwadransie znudzeni wyczekiwaniem Ziemianie zaczęli wchodzić i wychodzić kuchennymi drzwiami.
– Papierosa? – zaproponował jeden z nich.
Jego kolega wyjął paczkę. Zapalili, wypuszczając z ust długie smużki bladego dymu. Wygładzali mundury, poprawiali kołnierze. Głosy na górze mamrotały coś, podśpiewywały. Dowódca przybyszów zerknął na zegarek.
– Dwadzieścia pięć minut – rzekł. – Zastanawiam się, co tam robią.
Podszedł do okna i wyjrzał.
– Upalny dzień – zauważył jeden z ludzi.
– Owszem – przytaknął drugi.
Było wczesne leniwe popołudnie. Głosy opadły do szeptu, by po chwili zupełnie zamilknąć. W całym domu nie rozbrzmiewał nawet najsłabszy dźwięk. Mężczyźni słyszeli jedynie własne oddechy.
Minęła godzina.
– Mam nadzieję, że nie spowodowaliśmy żadnych kłopotów.
Kapitan przeszedł przez kuchnię i zajrzał do salonu.
Pani Ttt była tam; podlewała kwiaty rosnące pośrodku pomieszczenia.
– Wiedziałam, że o czymś zapomniałam – westchnęła na widok kapitana, przechodząc do kuchni. Podała mu skrawek papieru. – Pan Ttt jest zbyt zajęty – oznajmiła, wracając do gotowania. – Zresztą to nie z nim powinniście się zobaczyć, tylko z panem Aaa. Zanieście tę kartkę na następną farmę nad Błękitnym Kanałem. Pan Aaa wyjaśni wam wszystko, co chcecie wiedzieć.
– Nie chcemy niczego wiedzieć – zaprotestował kapitan, wydymając grube wargi. – My już wiemy.
– Macie kartkę, na co jeszcze czekacie? – spytała. Potem nie odezwała się już ani słowem.
– No cóż – powiedział z wahaniem kapitan. Przez chwilę stał, jakby na coś czekał. Wyglądał jak dziecko patrzące na ogołoconą z ozdób choinkę. – Cóż, chodźcie, chłopcy.
Czterej mężczyźni wyszli na dwór, w gorący i cichy dzień.
W pół godziny później pan Aaa, który siedział w bibliotece, sącząc elektryczny ogień z metalowej filiżanki, usłyszał głosy dobiegające z kamiennej grobli. Wychyliwszy się przez okno, ujrzał czterech mężczyzn w mundurach, którzy przyglądali mu się, mrużąc oczy.
– Czy pan nazywa się Aaa?! – zawołali.
– Owszem.
– Pan Ttt przysłał nas do pana! – krzyknął kapitan.
– Niby czemu?! – ryknął pan Aaa.
– Był zajęty!
– To ci nowina. – Głos pana Aaa ociekał sarkazmem. – Czyżby uważał, że nie mam nic lepszego do roboty – niż przyjmować jakichś ludzi, bo on jest zbyt zajęty?
– Nie o to chodzi! – zawołał kapitan.
– Dla mnie o to. Mam mnóstwo zaległych lektur. Pan Ttt zachował się nietaktownie, zresztą już nie pierwszy raz. Niech pan przestanie machać rękami, póki nie skończę. I proszę słuchać uważnie. Zazwyczaj kiedy mówię, ludzie słuchają, co mam do powiedzenia. Mógłby pan okazać odrobinę uprzejmości.
Czterej mężczyźni na podwórku poruszyli się niespokojnie, otwierając usta. W oczach kapitana błysnęły łzy, na jego skroniach wystąpiły żyły.
– I co – ciągnął dalej pan Aaa – czy według was podobna nieuprzejmość może ujść panu Ttt płazem?
Czterej mężczyźni patrzyli na niego przez zasłonę gorąca. Wreszcie kapitan rzekł:
– Przybywamy z Ziemi!
– To naprawdę okropny brak wychowania – zastanawiał się dalej pan Aaa.
– Rakietą. Przylecieliśmy rakietą. Aż tutaj!
– Ttt już nie pierwszy raz okazuje brak szacunku.
– Całą drogę z Ziemi.
– Na mój rozum zadzwonię do niego i powiem mu, co o tym myślę.
– Tylko nas czterech; ja i ci trzej ludzie, moja załoga.
– Zadzwonię, tak, to właśnie zrobię.
– Ziemia. Rakieta. Ludzie. Podróż. Kosmos.
– Zadzwonię i powiem raz, a dobrze! – krzyknął pan Aaa, po czym zniknął niczym kukiełka ze sceny.
Po minucie zabrzmiały podniesione głosy, przekazywane przez jakieś tajemnicze urządzenie. W dole kapitan i jego załoga spoglądali z utęsknieniem na leżącą na zboczu rakietę, jakże uroczą, słodką, znajomą. Pan Aaa gwałtownie uniósł szybę; jego twarz przybrała szalony triumfujący wyraz.
– Wyzwałem go na pojedynek, na bogów! Pojedynek!
– Panie Aaa… – przerwał mu łagodnie kapitan.
– Zastrzelę go, słyszycie?!
– Panie Aaa, chciałbym coś panu powiedzieć. Przebyliśmy sześćdziesiąt milionów mil.
Pan Aaa przyjrzał mu się uważnie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Przeł. Stanisław Egbert Koźmian. [wróć]
