Kroniki marsjańskie - Ray Bradbury - ebook + książka

Kroniki marsjańskie ebook

Ray Bradbury

3,9
41,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Ray Bradbury, jeden z najpopularniejszych dwudziestowiecznych pisarzy amerykańskich, zachwycał pokolenia czytelników nastrojowymi opowieściami science fiction, fantasy i grozy. W tym niezwykłym zbiorze zebrano trzy najpopularniejsze książki tego autora. Kroniki marsjańskie/Człowiek Ilustrowany/Złociste jabłka słońca to ponadczasowe historie dla czytelników w każdym wieku, niezależnie od upodobań.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
3,9 (104 oceny)
36
36
22
8
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Kalina1

Nie oderwiesz się od lektury

Klasyka, miejscami z dużą dawką humoru, niewątpliwie warta przeczytania. Polecam.
10
KasiaSold

Dobrze spędzony czas

Rozłożona na czynniki pierwsze kondycja ludzka w otoczce SF, spisana pięknym, literackim językiem. Dużo opowiadań, dużo filozofii, dużo przygnębiających wniosków.
00
GrzegorzArtur

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00
Aaddaas

Dobrze spędzony czas

książka dzieli się zasadniczo na 3 części, z czego dwie dotyczą Marsa, zaś ostatnia to zbiór niezwiązanych że sobą opowiadań. pełna świetnych pomysłów, ale i biedniejszych epizodów. czyta się długo, ale można ją smakować i wracać w dłuższych interwałach czasowych
00
PawelAR

Dobrze spędzony czas

Dobre.
00



Tytuł ory­gi­nału: The Mar­tian Chro­nic­les

Copy­ri­ght © 1950 by Ray Brad­bury Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2018 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Syl­wia San­dow­ska-Dobija Korekta: Elwira Wyszyń­ska, Urszula Okrzeja, Mag­da­lena Gór­nicka Ilu­stra­cja na okładce: Dark Crayon Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Piotr Chy­liń­ski

Numer: wyda­nie III/D0 ISBN 978-83-68919-69-1

Pro­du­cent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Kon­sty­tu­cji 5/10, 00-657 War­szawa www.mag.com.pl han­[email protected]

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Dla mojej żony Mar­gu­erite z miło­ścią.

– Dobrze jest poczuć na nowo zadzi­wie­nie świa­tem – rzekł filo­zof. – Podróże kosmiczne znów uczy­niły dzieci z nas wszyst­kich.

Styczeń 1999: rakietowe lato

Sty­czeń 1999:

rakie­towe lato

W jed­nej chwili w Ohio pano­wała zima, jak zwy­kle – poza­my­kane drzwi, zatrza­śnięte okna, bielmo szronu powle­ka­jące szyby, dachy obwie­szone frędz­lami sopli. Dzieci jeź­dziły na nar­tach, kobiety wędro­wały ciężko sku­tymi lodem uli­cami i w swych futrza­nych płasz­czach przy­po­mi­nały wiel­kie czarne niedź­wie­dzie.

I nagle mia­steczko ogar­nęła fala cie­pła. Powódź roz­grza­nego powie­trza; zupeł­nie jakby ktoś zosta­wił otwarte drzwi pie­karni. Gorąco pul­so­wało pomię­dzy domami, krza­kami i grup­kami dzieci. Sople opa­dły, łamiąc się i top­nie­jąc. Drzwi otwarły się na oścież. Okna unio­sły w górę. Dzieci zrzu­ciły weł­niane ubra­nia. Kobiety pozbyły się niedź­wie­dzich kostiu­mów. Śnieg znik­nął, uka­zu­jąc zie­lone zeszło­roczne traw­niki.

Rakie­towe lato. Słowa te wędro­wały z ust do ust ludzi sto­ją­cych w otwar­tych na prze­strzał domach. Rakie­towe lato. Cie­płe pustynne powie­trze odmie­niało malunki szronu na szy­bach, niwe­cząc zimowe dzieła sztuki. Narty i sanki stały się nagle bez­u­ży­teczne. Śnieg pada­jący na mia­sto z chmur­nego nieba prze­mie­nił się w gorący deszcz, zanim jesz­cze dotknął ziemi.

Rakie­towe lato. Ludzie wychy­lali się z ocie­ka­ją­cych wodą werand, obser­wu­jąc poczer­wie­niałe niebo.

Rakieta leżała na polu star­to­wym, wydmu­chu­jąc z sie­bie różowe chmury ognia i hut­ni­czego gorąca. W mroźny zimowy pora­nek każ­dym tchnie­niem swych potęż­nych sil­ni­ków przy­wo­ły­wała lato. Jej dech odmie­nił kli­mat i przez krótką chwilę w oko­licy zapa­no­wał lipiec…

Luty 1999: ylla

Luty 1999:

Ylla

Ich dom, wsparty na krysz­ta­ło­wych fila­rach, stał na pla­ne­cie Mars na skraju pustego morza. Co ranka można było ujrzeć panią K, jak jadła zło­ci­ste owoce wyra­sta­jące z kry­sta­licz­nych ścian albo też sprzą­tała za pomocą garstki magne­tycz­nego pyłu, który uno­sząc ze sobą cały brud, ula­ty­wał z gorą­cym wia­trem. Popo­łu­dniami, gdy ska­mie­niałe morze było cie­płe i nie­ru­chome, a drzewa winne tkwiły sztywno na dzie­dzińcu, pod­czas gdy odle­głe maleń­kie kościane mia­steczko zamy­kało się w swych murach i nikt nie opusz­czał budyn­ków, pan K zasia­dał w swoim pokoju, gdzie czy­tał meta­lową księgę zapi­saną wypu­kłymi hie­ro­gli­fami, które muskał dło­nią niczym muzyk gra­jący na har­fie. Pod jego doty­kiem z książki odzy­wał się głos – miękki, pra­dawny głos, snu­jący śpiew­nie histo­rie o cza­sach, gdy morze było pełne rudej piany, a sta­ro­żytni ludzie toczyli bitwy, zbrojni w chmary meta­lo­wych owa­dów i elek­trycz­nych pają­ków.

Pan i pani K miesz­kali nad mar­twym morzem od dwu­dzie­stu lat. Ich przod­ko­wie od dzie­się­ciu wie­ków żyli w tym samym domu, obra­ca­ją­cym się w ślad za słoń­cem niczym wielki kwiat.

Pan i pani K nie byli sta­rzy. Mieli jasną, brą­zo­wawą cerę praw­dzi­wych Mar­sjan, żółte okrą­głe oczy, łagodne melo­dyjne głosy. Kie­dyś lubili malo­wać obrazy che­micz­nym ogniem, pły­wać w kana­łach w sezo­nie, gdy drzewa winne wypeł­niały je zie­lo­nymi sokami, i dys­ku­to­wać do świtu w bla­sku błę­kit­nych fos­fo­ry­zu­ją­cych por­tre­tów w pokoju roz­mów.

Teraz nie byli już szczę­śliwi.

Tego ranka pani K sta­nęła pomię­dzy fila­rami i słu­chała, jak pia­ski pustyni roz­grze­wają się, topią niczym żółty wosk i ście­kają za hory­zont.

Coś miało się wyda­rzyć.

Cze­kała.

Patrzyła w błę­kitne niebo Marsa, jakby w każ­dej chwili mogło unieść się w bole­snym skur­czu i wypu­ścić z sie­bie lśniący cud, który opad­nie na pia­sek.

Nic się nie działo.

Znu­żona cze­ka­niem, prze­szła pomię­dzy zamglo­nymi kolum­nami. Z ich roz­chy­lo­nych szczy­tów try­snęła drobna mżawka, chło­dząc roz­pa­lone powie­trze i łagod­nie ście­ka­jąc jej po skó­rze. W gorące dni przy­po­mi­nało to bro­dze­nie w potoku. Posadzki w domu lśniły od setek chłod­nych stru­mycz­ków. W dali sły­szała męża, który nie­stru­dze­nie grał na swej książce. Stare pie­śni ni­gdy nie nudziły jego pal­ców. Pani K pra­gnęła, aby kie­dyś poświę­cił jej tyle czasu, co swoim nie­zwy­kłym księ­gom, tuląc ją i piesz­cząc niczym maleńką harfę.

Ale nie. Potrzą­snęła wyro­zu­miale głową, nie­mal nie­do­strze­gal­nie wzru­sza­jąc ramio­nami. Jej powieki opa­dły wolno, skry­wa­jąc zło­ci­ste oczy. Mał­żeń­stwo spra­wia, że ludzie, choć na­dal mło­dzi, popa­dają w rutynę sta­ro­ści.

Wycią­gnęła się na fotelu, który bez­zwłocz­nie dopa­so­wał się do jej ciała. Mocno zamknęła oczy.

Natych­miast zmo­rzył ją sen.

Jej brą­zowe palce zadrżały i unio­sły się, chwy­ta­jąc powie­trze. Chwilę póź­niej usia­dła gwał­tow­nie, zdu­miona, dysząc gło­śno.

Rozej­rzała się szybko, jakby ocze­ki­wała, że kogoś ujrzy. Prze­żyła zawód; prze­strzeń pomię­dzy fila­rami pozo­sta­wała pusta.

W trój­kąt­nych drzwiach poja­wił się jej mąż.

– Woła­łaś mnie? – spy­tał z iry­ta­cją.

– Nie! – zapro­te­sto­wała.

– Zda­wało mi się, że sły­szę twój krzyk.

– Naprawdę? Pra­wie już spa­łam i mia­łam sen!

– Za dnia? Nie­czę­sto ci się to zda­rza.

Pani K sie­działa bez ruchu, jakby ów sen ude­rzył ją pro­sto w twarz.

– Jakie to dziwne, jak bar­dzo dziwne – mam­ro­tała. – Ten sen.

– Ach tak? – Jej mąż naj­wy­raź­niej pra­gnął powró­cić do swo­jej książki.

– Śnił mi się męż­czy­zna…

– Męż­czy­zna?

– Wysoki, sześć stóp i cal.

– To absur­dalne; byłby olbrzy­mem, nie­zdar­nym olbrzy­mem.

– W jakiś spo­sób… – usi­ło­wała zna­leźć wła­ściwe słowa – wyglą­dał nor­mal­nie. Mimo swo­jego wzro­stu. A jego oczy – och, wiem, pomy­ślisz pew­nie, że to nie­mą­dre – jego oczy były nie­bie­skie!

– Nie­bie­skie oczy! Bogo­wie! – wykrzyk­nął pan K. – Co przy­śni ci się następ­nym razem? Może jesz­cze miał czarne włosy?

– Skąd wiesz? – Była wyraź­nie pod­nie­cona.

– Wybra­łem naj­mniej praw­do­po­dobny kolor – odparł chłodno.

– Naprawdę były czarne! Miał też bar­dzo białą skórę… Och! Był naprawdę nie­zwy­kły. Ubrany w dzi­waczny mun­dur, zstą­pił z nieba i prze­mó­wił do mnie grzecz­nie.

Uśmiech­nęła się.

– Z nieba! Też mi bzdura!

– Przy­był w meta­lo­wej kon­struk­cji, lśnią­cej jak słońce – wspo­mi­nała. Przy­mknęła oczy, pró­bu­jąc przy­wo­łać ulotną wizję. – Śni­łam, że patrzę w niebo, na któ­rym roz­bły­sła nagle iskra, niczym moneta rzu­cona w powie­trze. Wkrótce plama świa­tła stała się więk­sza i opa­dła miękko ku ziemi – długa, srebrna i zupeł­nie obca. W jed­nej ze sre­brzy­stych ścian otwarły się drzwi i wyszedł z nich wysoki męż­czy­zna.

– Gdy­byś cię­żej pra­co­wała, nie mia­ła­byś głu­pich snów.

– Nawet mi się podo­bał – odparła, ukła­da­jąc się wygod­niej. – Ni­gdy nie posą­dza­łam sie­bie o tak bogatą wyobraź­nię. Czarne włosy, nie­bie­skie oczy i biała skóra! Co za dziwny czło­wiek, a prze­cież cał­kiem przy­stojny.

– Pobożne życze­nia.

– Nie bądź taki. Nie wymy­śli­łam go spe­cjal­nie. Po pro­stu poja­wił się w mojej gło­wie, kiedy zapa­dłam w drzemkę. Wszystko to zupeł­nie nie przy­po­mi­nało snu – było tak nie­spo­dzie­wane i inne. Spoj­rzał na mnie i powie­dział: „Przy­by­wam moim stat­kiem z trze­ciej pla­nety. Nazy­wam się Natha­niel York…”.

– To idio­tyczne imię; nikt takiego nie nosi – zapro­te­sto­wał mąż.

– Oczy­wi­ście, że idio­tyczne, pocho­dzi prze­cież ze snu – wyja­śniła cicho. – I rzekł: „To Pierw­sza Wyprawa Kosmiczna. W statku jest nas tylko dwóch, ja i mój przy­ja­ciel Bert”.

– Jesz­cze jedno głu­pie imię.

– Powie­dział też: „Przy­by­wamy z mia­sta na Ziemi; tak nazywa się nasza pla­neta” – cią­gnęła dalej pani K. – To jego słowa; Zie­mia, takiej nazwy użył. Posłu­gi­wał się też obcym języ­kiem. W jakiś spo­sób zdo­ła­łam go zro­zu­mieć. Samym umy­słem. Pew­nie to tele­pa­tia.

Pan K odwró­cił się, przy­sta­nął jed­nak na wezwa­nie żony.

– Yll? – zawo­łała cicho. – Zasta­na­wia­łeś się kie­dy­kol­wiek, czy… no cóż, czy na trze­ciej pla­ne­cie naprawdę żyją ludzie?

– Trze­cia pla­neta nie nadaje się do życia – odparł cier­pli­wie mąż. – Nasi naukowcy stwier­dzili, że w jej atmos­fe­rze jest sta­now­czo zbyt wiele tlenu.

– Pomyśl jed­nak, czyż nie byłoby to fascy­nu­jące, gdyby rze­czy­wi­ście tam żyli i wyru­szyli w prze­strzeń jakimś stat­kiem?

– Naprawdę, Ylla, wiesz, że nie zno­szę emo­cjo­nal­nych wybu­chów. Wra­caj do pracy.

* * *

Póź­niej tego samego dnia, krą­żąc pomię­dzy szem­rzą­cymi desz­czo­wymi fila­rami, zaczęła śpie­wać pio­senkę, powta­rza­jąc ją raz za razem bez końca.

– Co to za pieśń? – wark­nął jej mąż, sia­da­jąc przy ogni­stym stole.

– Nie wiem. – Unio­sła zasko­czona wzrok, z nie­do­wie­rza­niem zakry­wa­jąc usta dło­nią.

Słońce zacho­dziło. W gasną­cym świe­tle dom zamy­kał się niczym olbrzymi kwiat. Mię­dzy kolum­nami świ­stał wiatr; pośrodku ogni­stego stołu bul­go­tała kałuża sre­brzy­stej lawy. Wiatr poru­szał rdza­wymi wło­sami kobiety, szep­cząc jej cicho do uszu. Stała w mil­cze­niu, zapa­trzona w bez­kre­sną, płową dal mor­skiego dna, jakby przy­wo­ły­wała jakieś wspo­mnie­nie. Jej żółte oczy były mięk­kie i wil­gotne.

– Wznieś toast, oczu two­ich mowa uczu­cie me zaklina… – zain­to­no­wała cicho, powoli. – Twój poca­łu­nek w szkle zamknięty słod­szy mi jest od wina. – Z zamknię­tymi oczyma, poru­sza­jąc deli­kat­nie dłońmi na wie­trze, zanu­ciła melo­dię.

Pieśń była bar­dzo piękna.

– Ni­gdy wcze­śniej tego nie sły­sza­łem. Sama ją uło­ży­łaś? – spy­tał mąż, obser­wu­jąc ją uważ­nie.

– Nie. Tak. Naprawdę nie wiem. – Zawa­hała się, oszo­ło­miona. – Nie mam nawet poję­cia, co to za słowa. Są w innym języku.

– W jakim?

Jak odrę­twiała wrzu­ciła por­cję mięsa do bul­go­czą­cej lawy.

– Nie wiem. – Po chwili wyjęła je upie­czone i podała mu na tale­rzu. – Pew­nie wymy­śli­łam to wszystko. To sza­leń­stwo. Nie mam poję­cia dla­czego.

Nie odpo­wie­dział. Patrzył, jak topiła płaty mięsa w syczą­cym zbior­niku ognia. Słońce już zaszło. Noc powoli sączyła się do pokoju, pochła­nia­jąc kolumny i ich samych niczym ciemne wino oble­wa­jące sufit. Ich twa­rze oświe­tlał jedy­nie sre­brzy­sty blask lawy.

Kobieta znów zanu­ciła dziwną pieśń.

Jej mąż natych­miast zerwał się z krze­sła i unie­siony gnie­wem wypadł z pokoju.

* * *

Póź­niej samot­nie dokoń­czył kola­cję.

Kiedy wstał, prze­cią­gnął się, zer­k­nął na nią i ziew­nął.

– Może weź­miemy pło­mie­ni­ste ptaki i pole­cimy do mia­sta, aby się zaba­wić?

– Chyba nie mówisz poważ­nie? Dobrze się czu­jesz?

– Co w tym takiego dziw­nego?

– Od sze­ściu mie­sięcy nie odda­wa­li­śmy się roz­ryw­kom.

– Uwa­żam, że to dobry pomysł.

– Cóż za nagła tro­ska? – zdzi­wiła się.

– Nie mów tak – odparł roz­draż­niony. – Chcesz jechać czy nie?

Kobieta spoj­rzała na bladą pusty­nię. Dwa białe bliź­nia­cze księ­życe już wze­szły. Wokół jej stóp szem­rała zimna woda. Kobieta zadrżała. Jakże pra­gnęła pozo­stać tu i sie­dzieć w pokoju cicho, bez ruchu, póki nie wyda­rzy się to, na co cze­kała przez cały dzień. Rzecz nie­praw­do­po­dobna, a prze­cież moż­liwa. W jej umy­śle zadźwię­czała zbłą­kana nuta.

– Ja…

– Dobrze ci to zrobi – nale­gał. – No chodź.

– Jestem zmę­czona – odparła. – Może kiedy indziej.

– Masz tu szal. – Podał jej ampułkę. – Od mie­sięcy ni­gdzie się nie wypra­wia­li­śmy.

– Dwa razy w tygo­dniu odwie­dzasz mia­sto Xi – przy­po­mniała, nie patrząc na niego.

– W inte­re­sach – odrzekł.

– Ach tak? – szep­nęła do sie­bie.

Z ampułki wylał się płyn, błę­kitna mgiełka, która dygo­cząc, otu­liła jej szyję.

* * *

Ogni­ste ptaki już cze­kały, poły­sku­jąc na gład­kim, chłod­nym pia­sku niczym garść roz­ża­rzo­nych węgli. Biały bal­da­chim, uwią­zany do pta­ków tysią­cem zie­lo­nych wstą­żek, wydy­mał się na noc­nym wie­trze, łopo­cząc cicho.

Ylla uło­żyła się na bia­łym łożu, a wów­czas posłuszne słowu jej męża ptaki zerwały się z ziemi i niczym stado iskier wzle­ciały w mroczne niebo. Wstęgi napięły się, pocią­ga­jąc bal­da­chim. Pia­sek z jękiem umknął w dal. Prze­pły­wali nad nie­bie­skimi wzgó­rzami, pozo­sta­wia­jąc za sobą swój dom, desz­czowe filary, kwiaty zamknięte w klat­kach, śpie­wa­jące księgi, szep­czące na posadz­kach stru­mie­nie. Kobieta nie patrzyła na męża. Sły­szała, jak wykrzy­ki­wał coś do pta­ków, gdy wzno­siły się w górę niby dzie­sięć tysięcy roz­pa­lo­nych ogni­stych dro­bin, czer­wono-żół­tych fajer­wer­ków. Smuga ognia fru­nęła z wia­trem, cią­gnąc za sobą biały żagiel, samotny pła­tek wiel­kiego kwiatu.

Nie spoj­rzała nawet na zni­ka­jące w dole mar­twe pra­dawne mia­sta ani na stare kanały, wypeł­nione pustką i snami. Lecieli, mija­jąc suche rzeki i jeziora, niczym cień księ­życa, pło­nąca pochod­nia.

Ylla spo­glą­dała w niebo.

Jej mąż ode­zwał się cicho.

Patrzyła w dal.

– Sły­sza­łaś, co powie­dzia­łem?

– Co?

Powoli wypu­ścił powie­trze.

– Mogła­byś uwa­żać.

– Myśla­łam o czymś.

– Ni­gdy nie przy­pusz­cza­łem, że pociąga cię natura, a prze­cież dziś wyraź­nie zapa­trzy­łaś się w niebo – rzekł.

– Jest bar­dzo piękne.

– Zasta­na­wia­łem się… – oznaj­mił wolno mąż. – Pomy­śla­łem, że może zadzwo­nię dziś do Hul­lego. Chciał­bym go uprze­dzić, że wybie­rzemy się w Góry Błę­kitne i spę­dzimy tam tydzień czy dwa. Na razie to tylko pomysł, ale…

– Góry Błę­kitne! – Jej dłoń zaci­snęła się na skraju żagla.

– To tylko luźna pro­po­zy­cja.

– Kiedy chcesz jechać? – spy­tała, dygo­cząc.

– Może jutro rano? Wiesz, lepiej zacząć od razu i tak dalej – odparł, jak gdyby ni­gdy nic.

– Ale prze­cież nie jeź­dzimy tam tak wcze­śnie w roku!

– Uzna­łem, że mogli­by­śmy spró­bo­wać. – Uśmiech­nął się. – Wyjazd dobrze nam zrobi. Tro­chę spo­koju i ciszy, no wiesz. Nie masz chyba innych pla­nów? Poje­dziemy, prawda?

Kobieta ode­tchnęła, odcze­kała chwilę, po czym odparła:

– Nie.

– Co takiego?! – Jego krzyk spło­szył ptaki. Żagiel zako­ły­sał się gwał­tow­nie.

– Nie – powtó­rzyła sta­now­czo. – Już zde­cy­do­wa­łam. Nie jadę.

Zmie­rzył ją wzro­kiem. Potem już nie roz­ma­wiali. Odwró­ciła głowę.

Ptaki fru­nęły dalej, dzie­sięć tysięcy ogni­stych róż­dżek uno­szo­nych wia­trem.

* * *

O świ­cie pro­mie­nie słońca prze­ni­ka­jące przez krysz­tał kolumn sto­piły opar pod­trzy­mu­jący śpiącą Yllę. Przez całą noc uno­siła się nad pod­łogą na mięk­kim posła­niu z mgły wyle­wa­ją­cej się ze ścian. Uśpiona, pła­wiła się w nur­cie mil­czą­cej rzeki niczym łódź nie­siona falą przy­pływu. Teraz słońce wypa­liło opar, poziom mgły obni­żył się, skła­da­jąc kobietę na brzegu jawy.

Otwarła oczy i ujrzała nad sobą męża.

Wyglą­dał, jakby stał nad nią od paru godzin, obser­wu­jąc ją. Nie wie­działa dla­czego, nie potra­fiła jed­nak spoj­rzeć mu pro­sto w oczy.

– Znów mia­łaś majaki – oznaj­mił. – Mówi­łaś przez sen i obu­dzi­łaś mnie. Naprawdę uwa­żam, że powin­naś pomó­wić z dok­to­rem.

– Nic mi nie jest.

– Papla­łaś jak najęta.

– Naprawdę? – zdu­miała się.

W pokoju pano­wał chłód poranka. Gdy tak leżała, czuła, jak wypeł­nia ją szary brzask.

– Co ci się śniło?

Zasta­no­wiła się przez moment, usi­łu­jąc sobie przy­po­mnieć.

– Sta­tek. Znów przy­był z nieba, wylą­do­wał i wyszedł z niego wysoki męż­czy­zna, który prze­mó­wił do mnie, żar­tu­jąc i śmie­jąc się. To było bar­dzo przy­jemne.

Pan K dotknął kolumny. Natych­miast wystrze­liły z niej fon­tanny cie­płej paru­ją­cej wody, prze­ga­nia­jąc chłód. Twarz męż­czy­zny niczego nie wyra­żała.

– A potem – cią­gnęła dalej kobieta – ten czło­wiek o dziw­nym imie­niu, Natha­niel York, powie­dział, że jestem piękna, i… poca­ło­wał mnie.

– Ha! – wykrzyk­nął mąż, gwał­tow­nie odwra­ca­jąc głowę. Jego szczęki zaci­snęły się nagle.

– To tylko sen – rzu­ciła z roz­ba­wie­niem.

– Zatrzy­maj swoje głu­pie bab­skie sny dla sie­bie!

– Zacho­wu­jesz się jak dziecko. – Odchy­liła głowę, wsparta na resztce che­micz­nego oparu. Po chwili zaśmiała się cicho. – Przy­po­mnia­łam sobie coś jesz­cze z tego snu – wyznała.

– Co to było? Co?! – wykrzyk­nął.

– Yll, jesteś strasz­nie zły.

– Powiedz mi! – zażą­dał. – Nie możesz mieć przede mną sekre­tów.

Spo­glą­dał na nią z góry z gniewną, zachmu­rzoną twa­rzą.

– Ni­gdy dotąd takim cię nie widzia­łam – odparła z mie­sza­niną zdu­mie­nia i roz­ba­wie­nia. – To nic wiel­kiego. Ten nie­zna­jomy, Natha­niel York, powie­dział mi… cóż, powie­dział, że zabie­rze mnie na swój sta­tek i dalej, w niebo, że polecę z nim na jego pla­netę. To naprawdę śmieszne.

– Ach tak, śmieszne! – krzyk­nął. – Powin­naś posłu­chać samej sie­bie. Łasi­łaś się do niego, roz­ma­wia­łaś z nim, śpie­wa­łaś. Och, bogo­wie, trzeba było sie­bie sły­szeć!

– Yll!

– Kiedy ląduje? Gdzie posa­dzi swój prze­klęty sta­tek?

– Yll, nie pod­noś głosu.

– Niech licho porwie mój głos! – Nachy­lił się nad nią sztywno. – A w twoim śnie – chwy­cił prze­gub żony – czyż sta­tek nie wylą­do­wał tu, w Zie­lo­nej Doli­nie? Odpo­wiedz!

– Ależ tak…

– I to dziś po połu­dniu, prawda? – nale­gał.

– Ow­szem, tak mi się zdaje. Ale tylko we śnie!

– No – ode­pchnął jej rękę – przy­naj­mniej mówisz prawdę. Sły­sza­łem każde słowo, które wypo­wie­dzia­łaś we śnie. Cały czas wspo­mi­na­łaś dolinę.

Oddy­cha­jąc gło­śno, wędro­wał pomię­dzy fila­rami niczym czło­wiek ośle­piony bły­ska­wicą. Powoli jego oddech wra­cał do normy. Kobieta patrzyła na niego, jakby osza­lał. Wresz­cie wstała i pode­szła do męża.

– Yll – szep­nęła.

– Nic mi nie jest.

– Jesteś chory.

– Nie. – Zmu­sił znu­żoną twarz do uśmie­chu. – To tylko dzie­ci­nada. Wybacz mi, kochana. – Pokle­pał ją lekko. – Ostat­nio zbyt wiele pra­co­wa­łem. Prze­pra­szam. Chyba położę się na chwilę.

– Byłeś taki pod­eks­cy­to­wany.

– Już mi prze­szło. Wszystko w porządku. – Wypu­ścił powie­trze. – Zapo­mnijmy o tym. Wiesz, wczo­raj sły­sza­łem dow­cip o Uelu. Zamie­rza­łem ci go powtó­rzyć. Co powiesz na to, żebyś przy­rzą­dziła śnia­da­nie, a ja opo­wiem dow­cip i nie wspo­mnimy już o tym wię­cej?

– To był tylko sen.

– Oczy­wi­ście. – Mecha­nicz­nie poca­ło­wał ją w poli­czek. – Tylko sen.

* * *

W połu­dnie gorące słońce stało wysoko na nie­bie. Wzgó­rza migo­tały w jego bla­sku.

– Nie wybie­rasz się do mia­sta? – spy­tała Ylla.

– Do mia­sta? – Lekko uniósł brwi.

– Prze­cież dzi­siaj jest dzień, kiedy zawsze jeź­dzisz do mia­sta. – Popra­wiła sto­jącą na postu­men­cie kwietną klatkę. Kwiaty poru­szyły się, otwie­ra­jąc zgłod­niałe żółte pyszczki.

Zamknął książkę.

– Nie. Jest za gorąco i zbyt późno.

– Ach tak. – Zosta­wiw­szy klatkę, ruszyła ku drzwiom. – Nie­długo wrócę.

– Chwi­leczkę! Dokąd idziesz?

Odwró­ciła się już w progu.

– Do Pao. Zapro­siła mnie.

– Dziś?

– Dawno jej nie widzia­łam. To nie­da­leko.

– W Zie­lo­nej Doli­nie, prawda?

– Ow­szem. Krótki spa­ce­rek. Pomy­śla­łam, że… – Potok pośpiesz­nych słów nagle się urwał.

– Prze­pra­szam, naprawdę prze­pra­szam. – Mąż pod­biegł do niej i wpro­wa­dził ją do środka, nie­zwy­kle zakło­po­tany wła­snym roz­tar­gnie­niem. – Wyle­ciało mi to z głowy. Zapro­si­łem na dziś dok­tora Nlle.

– Dok­tora Nlle!

Cof­nęła się w stronę drzwi.

Chwy­cił ją za łokieć i pocią­gnął ku sobie.

– Tak, ale Pao…

– Pao może zacze­kać, Ylla. Musimy przy­jąć Nllego.

– Tylko na chwilę…

– Nie, Ylla.

– Nie?

Potrzą­snął głową.

– Nie. Zresztą Pao wcale nie mieszka tak bli­sko. Po dru­giej stro­nie Zie­lo­nej Doliny, za Wiel­kim Kana­łem, i jesz­cze dalej. Zga­dza się? Wkrótce będzie bar­dzo gorąco. A poza tym dok­tor Nlle ucie­szy się na twój widok. I co?

Nie odpo­wie­działa. Pra­gnęła wyrwać się i uciec. Krzy­czeć na głos. Jed­nakże usia­dła tylko na krze­śle, powoli wyła­mu­jąc palce i wpa­tru­jąc się w nie bez wyrazu, schwy­tana w pułapkę.

– Ylla? – mruk­nął. – Będziesz tu, prawda?

– Tak – odparła po dłu­giej chwili. – Będę.

– Przez całe popo­łu­dnie?

Jej głos zabrzmiał głu­cho.

– Przez całe popo­łu­dnie.

* * *

Czas mijał, a dok­tor Nlle się nie poja­wił. Mąż Ylli nie był tym spe­cjal­nie zdu­miony. Póź­nym popo­łu­dniem mruk­nął coś, pod­szedł do szafy i wyjął z niej zło­wrogą broń – długą żół­tawą tuleję, zakoń­czoną mie­chem i spu­stem. Gdy się odwró­cił, zoba­czyła, że jego twarz zakrywa wykuta ze sre­brzy­stego metalu bez­na­miętna maska, którą zakła­dał zawsze, kiedy pra­gnął zacho­wać dla sie­bie swe uczu­cia; maska przy­le­gała dokład­nie do kan­cia­stych policz­ków, pod­bródka i czoła. Metal lśnił, a mąż Ylli obra­cał w dło­niach broń. Strzelba brzę­czała nie­ustan­nie niczym ogromny owad. Za naci­śnię­ciem spu­stu wyrzu­cała z sie­bie z piskiem roje zło­ci­stych psz­czół – strasz­li­wych psz­czół, które wbi­jały w ofiarę zatrute żądła i padały mar­twe na pia­sek niczym garść suchych nasion.

– Dokąd idziesz? – spy­tała.

– Pro­szę? – Męż­czy­zna przy­ło­żył ucho do mie­cha, zasłu­chany w zło­wiesz­cze bzy­cze­nie. – Skoro dok­tor Nlle się spóź­nia, nie zamie­rzam na niego cze­kać. Wybiorę się na polo­wa­nie. Wkrótce wrócę. Ty jed­nak zosta­niesz tu, prawda? – Sre­brzy­sta maska roz­bły­sła.

– Tak.

– Powiedz dok­to­rowi, że nie­długo się zja­wię. To tylko drobne polo­wa­nie.

Trój­kątne drzwi się zamknęły. Odgłos jego kro­ków ucichł za wzgó­rzem.

Odpro­wa­dzała go wzro­kiem, póki nie znik­nął wśród plam sło­necz­nego bla­sku. Następ­nie pod­jęła codzienną pracę, roz­rzu­ca­jąc magne­tyczny pył i zbie­ra­jąc owoce wyra­sta­jące z krysz­ta­ło­wych ścian. Odda­wała się swym zaję­ciom z ener­gią i zapa­łem, od czasu do czasu jed­nak ogar­niało ją zobo­jęt­nie­nie – i nagle uświa­da­miała sobie, że śpiewa ową dziwną, wpa­da­jącą w ucho pieśń i spo­gląda poprzez kolumny z krysz­tału w niebo.

Wstrzy­my­wała oddech, sta­jąc bez ruchu. Cze­kała.

Zbli­żało się.

Mogło nastą­pić w każ­dej chwili.

Czuła się zupeł­nie jak w jeden z tych dni, kiedy sły­szymy nad­cią­ga­jącą burzę. Wokół panuje pełna napię­cia cisza i nagle ciśnie­nie zmie­nia się nie­po­strze­że­nie, w miarę jak burza wędruje nad zie­mią wśród podmu­chów wia­tru, kłę­bów mgły i cieni. Powie­trze napiera nam na uszy, kiedy tak tkwimy zawie­szeni w ocze­ki­wa­niu na nadej­ście burzy. Zaczy­namy dygo­tać. Niebo ciem­nieje, jego barwa pogłę­bia się, chmury gęst­nieją; góry nabie­rają odcie­nia stali. Zamknięte w klat­kach kwiaty wydają z sie­bie słabe ostrze­gaw­cze wes­tchnie­nia. Czu­jemy, jak nasze włosy powoli się poru­szają. Gdzieś w domu zegar wyśpie­wuje cicho: „Czas, czas, czas, czas…” niczym woda ska­pu­jąca na aksa­mit.

A potem przy­cho­dzi burza. Elek­tryczny blask, zasłony ciem­no­ści peł­nej odgło­sów czerni opa­dają na zie­mię, zamy­ka­jąc ją na zawsze w swych obję­ciach.

Tak było i teraz. Zbie­rało się na burzę, choć niebo pozo­stało czy­ste. Lada moment miał bły­snąć pio­run, choć nie było ani śladu chmur.

Ylla wędro­wała po wycze­ku­ją­cym let­nim domu. Bły­ska­wica mogła zaja­śnieć w każ­dej chwili; grom, chmura dymu i cisza, a potem kroki na ścieżce, stu­ka­nie do krysz­ta­ło­wych drzwi, ona zaś pobie­gnie, by otwo­rzyć…

Osza­la­łaś, Ylla!, upo­mniała samą sie­bie. Po co zaprzą­tasz swój próżny umysł zwa­rio­wa­nymi myślami?

I wów­czas to się zda­rzyło.

W powie­trzu roze­szła się fala gorąca, jakby po nie­bie prze­le­ciał potężny ogień. Roz­legł się wibru­jący świst. Na nie­bie roz­bły­sła meta­liczna iskierka.

Ylla krzyk­nęła na głos.

Prze­bie­ga­jąc mię­dzy fila­rami, sze­roko roz­warła drzwi i spoj­rzała wprost na wzgó­rza. Jed­nakże do tej chwili wszystko już znik­nęło.

Zamie­rzała ruszyć bie­giem w dół zbo­cza, powstrzy­mała się jed­nak. Miała tu zostać, ni­gdzie nie odcho­dzić. Mąż pognie­wałby się, gdyby ode­szła, a lekarz przy­był z wizytą.

Cze­kała przy drzwiach, oddy­cha­jąc szybko, wycią­ga­jąc przed sie­bie rękę.

Wytę­ża­jąc wzrok, spo­glą­dała w stronę Zie­lo­nej Doliny, nic jed­nak nie dostrze­gła.

Nie­mą­dra kobieta. Wró­ciła do środka. Ty i twoja wyobraź­nia, pomy­ślała. Nic tam nie było, tylko ptak, liść, wiatr, a może ryba w kanale. Usiądź. Odpocz­nij.

Usia­dła.

W dali huk­nął strzał.

Wyraźny, ostry dźwięk zło­wiesz­czej owa­dziej strzelby.

Całe jej ciało szarp­nęło się kon­wul­syj­nie.

Odgłos docho­dził z bar­dzo daleka. Jeden strzał. Bły­ska­wiczny bzyk odle­głych psz­czół. Jeden. A potem drugi, chłodny, dokładny i odle­gły.

Jej ciało sprę­żyło się ponow­nie i z nie­wia­do­mych przy­czyn sko­czyło na równe nogi, krzy­cząc, krzy­cząc bez ustanku. Jak opę­tana prze­bie­gła przez dom i ponow­nie sze­roko otwarła drzwi.

Echa zamie­rały w dali.

Uci­chły.

Przez pięć minut z poważną twa­rzą cze­kała na podwó­rzu. Wresz­cie, stą­pa­jąc powoli, ze zwie­szoną głową, zaczęła wędro­wać po peł­nych kolumn pomiesz­cze­niach, kła­dąc dło­nie na naj­róż­niej­szych przed­mio­tach. Jej wargi drżały. W końcu usia­dła. W pokoju dzien­nym zapa­dał zmrok i Ylla prze­tarła rąb­kiem szala bursz­ty­nowe szkło.

I wów­czas usły­szała dobie­ga­jący z dala odgłos kro­ków po kamy­kach.

Pod­nio­sła się z miej­sca, sta­jąc pośrodku cichego pokoju. Kie­li­szek wypadł z jej pal­ców i roz­trza­skał się na kawałki.

Tuż przed drzwiami kroki przy­sta­nęły.

Czy powinna prze­mó­wić? Może wykrzyk­nąć: „Wejdź, ach, wejdź!”?

Postą­piła parę kro­ków naprzód.

Czy­jaś dłoń prze­krę­ciła zatrzask.

Ylla uśmiech­nęła się w stronę wej­ścia.

Drzwi otwarły się i uśmiech kobiety znik­nął.

To był jej mąż. Srebrna maska lśniła mar­twym bla­skiem. Wszedł do pokoju i przez moment przy­glą­dał się jej, po czym otwo­rzył miech strzelby i wytrzą­snął z niego dwie mar­twe psz­czoły, które z pla­skiem ude­rzyły o pod­łogę. Roz­dep­tał je i umie­ścił pustą broń w rogu pomiesz­cze­nia, pod­czas gdy Ylla nachy­liła się, pró­bu­jąc zebrać odłamki strza­ska­nego szkła – bez powo­dze­nia.

– Co pora­bia­łeś? – spy­tała.

– Nic – odparł zwró­cony do niej ple­cami. Powoli zdjął maskę.

– Ale strzelba… Sły­sza­łam, jak strze­la­łeś. Dwu­krot­nie.

– Tylko polo­wa­łem. Od czasu do czasu lubię to. Czy przy­je­chał już dok­tor Nlle?

– Nie.

– Chwi­leczkę. – Z nie­sma­kiem pstryk­nął pal­cami. – Teraz dopiero sobie przy­po­mi­nam. Ma nas odwie­dzić jutro po połu­dniu. Co za dureń ze mnie.

Usie­dli do posiłku. Ylla spoj­rzała na jedze­nie, nie się­ga­jąc po nie.

– Co się stało? – spy­tał, cał­ko­wi­cie zaab­sor­bo­wany zanu­rza­niem mięsa w bul­go­czą­cej lawie.

– Nie wiem. Nie jestem głodna – odparła.

– Czemu?

– Nie mam poję­cia; po pro­stu nie jestem.

Na dwo­rze zry­wał się wiatr; słońce zacho­dziło. Mały pokój wydał jej się nagle nie­przy­jem­nie zimny.

– Pró­bo­wa­łam sobie przy­po­mnieć – rze­kła w ciszy do sie­dzą­cego naprze­ciwko chłod­nego, sztyw­nego, zło­to­okiego męża.

– Przy­po­mnieć sobie? Co? – Pocią­gnął łyk wina.

– Tę pieśń. Tę piękną wzru­sza­jącą pieśń. – Przy­mknęła oczy i zanu­ciła melo­dię, jed­nakże nie tę, o któ­rej wspo­mniała. – Zapo­mnia­łam ją. A to dziwne, bo wcale tego nie chcę. Pra­gnę na zawsze zapa­mię­tać te słowa. – Poru­szyła rękami, jakby rytm mógł jej pomóc przy­po­mnieć sobie zapo­mniane strofy. Po chwili odchy­liła się na krze­śle. – Nie pamię­tam – szep­nęła przez łzy.

– Czemu pła­czesz? – spy­tał.

– Nie wiem, nie wiem, ale nie mogę się powstrzy­mać. Jest mi smutno, nie mam poję­cia dla­czego. Pła­czę i nie wiem czemu. Ale nie mogę prze­stać.

Skryła twarz w dło­niach; jej ramiona uno­siły się i opa­dały.

– Jutro wszystko będzie dobrze – rzekł.

Nie patrzyła na niego. Widziała przed sobą jedy­nie pust­ko­wie i ośle­pia­jąco jasne gwiazdy, roz­bły­sku­jące na czar­nym nie­bie. Z dali dobiegł ją sko­wyt wia­tru i szum zim­nych wód w dłu­gich kana­łach. Dygo­cząc, zamknęła oczy.

– Tak – powie­działa. – Jutro wszystko będzie dobrze.

Sierpień 1999: letnia noc

Sier­pień 1999:

let­nia noc

Na kamien­nych gale­riach, wśród cieni zale­ga­ją­cych zbo­cza błę­kit­nych wzgórz, zebrały się grupki ludzi. Padały na nich mięk­kie wie­czorne świa­tło gwiazd i jasny blask dwóch księ­ży­ców Marsa. Poza mar­mu­ro­wym amfi­te­atrem w mroku i dali drze­mały mia­steczka i wille; zbior­niki sre­brzy­stej wody trwały w bez­ru­chu, sieć błysz­czą­cych kana­łów łączyła hory­zonty. Był letni wie­czór na spo­koj­nej, umiar­ko­wa­nej pla­ne­cie Mars. Na zie­lo­nych jak wino kana­łach uno­siły się łodzie, deli­katne niczym brą­zowe kwiaty. W dłu­gich, nie­koń­czą­cych się sie­dzi­bach, wiją­cych się wśród wzgórz niczym uśpione węże, kochan­ko­wie leżeli w chłod­nych noc­nych łożach, szep­cząc do sie­bie leni­wie. Ostat­nie grupki dzie­ciarni uga­niały się po ską­pa­nych w bla­sku pochodni ulicz­kach, ści­ska­jąc w dło­niach złote pająki, które wyrzu­cały przed sie­bie zwiewną mgiełkę sieci. Tu i ówdzie na sto­łach bul­go­tała sre­brzy­sta lawa i dopie­kały się spóź­nione kola­cje. W amfi­te­atrach setek miast po noc­nej stro­nie Marsa brą­zo­wo­skó­rzy Mar­sja­nie o oczach jak złote monety gro­ma­dzili się powoli, sku­pia­jąc uwagę na sto­ją­cych na sce­nach muzy­kach. Wzru­sza­jące melo­die roz­cho­dziły się w nie­ru­cho­mym powie­trzu niczym słodka woń kwia­tów.

Na jed­nej ze scen kobieta zain­to­no­wała pieśń.

Widow­nia zaszem­rała.

Kobieta urwała, uno­sząc dłoń do gar­dła. Ski­nęła głową akom­pa­nia­to­rom, któ­rzy pod­jęli prze­rwaną melo­dię.

Muzycy grali, a ona śpie­wała, i tym razem widow­nia wes­tchnęła, nachy­la­jąc się ku nim. Kilku męż­czyzn wstało nawet z miejsc. Po ple­cach zebra­nych prze­szedł zimny dreszcz. Pieśń, którą śpie­wała kobieta, była bowiem dziwna, prze­ra­ża­jąca i nie­znana. Śpie­waczka usi­ło­wała powstrzy­mać słowa cisnące się jej na usta, a brzmiały one tak:

Idzie w Pięk­no­ści, jak noc, która kro­czy

w cichym gwiazd gro­nie przez bez­chmurne kraje;

Co cień i świa­tło w sobie kras jed­no­czy,

To w jej obli­czu i w jej oczach taje…1

Śpie­waczka przy­ci­snęła dło­nie do ust. Rozej­rzała się oszo­ło­miona.

– Co to za słowa? – pytali muzycy.

– Co to za pieśń?

– Co za język!

A kiedy ponow­nie zadęli w złote rogi, wylała się z nich fala obcej muzyki, która powoli spły­nęła po amfi­te­atrze. Słu­cha­cze tym­cza­sem zaczęli wsta­wać z miejsc, roz­ma­wia­jąc gło­śno.

– Co się z tobą dzieje? – pytali się nawza­jem muzycy.

– Jaką melo­dię zagra­łeś?

– A ty?

Kobieta roz­pła­kała się i ucie­kła ze sceny, widzo­wie zaś opu­ścili amfi­te­atr. Podobne wypadki zaszły we wszyst­kich ogar­nię­tych ner­wową gorączką mia­stach Marsa. Dosię­gło ich tchnie­nie chłodu niczym biały śnieg pada­jący z nieba.

W mrocz­nych ulicz­kach dzieci śpie­wały w bla­sku pochodni:

…lecz tak się zda­rzyło, w szafce nic nie było,

I pies musiał obejść się sma­kiem!

– Dzieci! – nawo­ły­wały głosy. – Co to za wier­szyk? Skąd go zna­cie?

– Wła­śnie go wymy­śli­li­śmy, ot tak. To tylko słowa, któ­rych nie rozu­miemy.

Trza­skały drzwi. Ulice opu­sto­szały. Ponad błę­kit­nymi wzgó­rzami wze­szła zie­lona gwiazda.

Na całej noc­nej pół­kuli Marsa kochan­ko­wie budzili się, sły­sząc swych naj­droż­szych nucą­cych w ciem­no­ści.

– Co to za melo­dia?

A w tysią­cach willi w środku nocy kobiety zry­wały się z krzy­kiem. Mężo­wie musieli uspo­ka­jać je, osu­szać spły­wa­jące po policz­kach łzy.

– No już dobrze, dobrze. Śpij. Co się stało? Mia­łaś zły sen?

– Ran­kiem wyda­rzy się coś strasz­nego.

– Nic się nie sta­nie, u nas wszystko dobrze.

Histe­ryczny szloch.

– To się zbliża coraz bar­dziej i bar­dziej!

– Nic się nie wyda­rzy. Co mogłoby nas spo­tkać? Śpij już. Śpij.

Nad ranem na Mar­sie pano­wała cisza. Świat przy­po­mi­nał czarną chłodną stud­nię, w wodach kana­łów odbi­jały się gwiazdy, a w poko­jach roz­brzmie­wały spo­kojne odde­chy. Dzieci kuliły się w łóż­kach, ści­ska­jąc w dło­niach pająki, kochan­ko­wie spali objęci, księ­życe już zaszły; wypa­lone pochod­nie były zimne, kamienne amfi­te­atry puste.

Jedy­nym dźwię­kiem mącą­cym spo­kój przed­świtu był głos noc­nego stróża, wędru­ją­cego w dali samotną ulicą i nucą­cego w ciem­no­ści nie­zwy­kłą pio­senkę…

Sierpień 1999: ziemianie

sier­pień 1999:

zie­mia­nie

Kto­kol­wiek dobi­jał się do ich domu, nie miał zamiaru prze­stać. Pani Ttt gwał­tow­nie otwarła drzwi.

– Słu­cham?

– Mówi pani po angiel­sku? – Sto­jący przed nią męż­czy­zna wyda­wał się zasko­czony.

– Mówię jak mówię – odparła.

– To cudowna angielsz­czy­zna!

Nie­zna­jomy miał na sobie mun­dur. Towa­rzy­szyło mu trzech innych, wyraź­nie pod­eks­cy­to­wa­nych męż­czyzn. Uśmie­chali się; ich stroje pokry­wał kurz.

– Czego chce­cie? – spy­tała pani Ttt.

– Pani jest Mar­sjanką! – Męż­czy­zna uśmiech­nął się do niej. – Z pew­no­ścią to słowo nic dla pani nie zna­czy. Pocho­dzi z języka Zie­mian. – Ski­nął głową w stronę swych towa­rzy­szy. – Przy­by­wamy z Ziemi. Ja jestem kapi­tan Wil­liams. Nie­całą godzinę temu wylą­do­wa­li­śmy na Mar­sie. I oto jeste­śmy! Druga Wyprawa! Przed nami była Pierw­sza Wyprawa, nie wiemy jed­nak, co się z nią stało. Ale my dotar­li­śmy tutaj. A pani jest pierw­szą Mar­sjanką, jaką spo­tka­li­śmy!

– Mar­sjanką? – Jej brwi powę­dro­wały w górę.

– Chcę przez to powie­dzieć, że mieszka pani na czwar­tej pla­ne­cie od Słońca. Zga­dza się?

– To oczy­wi­ste – wark­nęła, mie­rząc go wzro­kiem.

– A my – przy­ci­snął do piersi pulchną różową dłoń – pocho­dzimy z Ziemi. Zga­dza się, chłopcy?

– Tak jest! – zawtó­ro­wali mu chó­rem.

– To jest pla­neta Tyrr – poin­for­mo­wała ich – jeśli chce­cie użyć wła­ści­wej nazwy.

– Tyrr, Tyrr. – Kapi­tan zaśmiał się ze znu­że­niem. – Cóż za piękna nazwa! Ale, moja dobra kobieto, jak to moż­liwe, że mówi pani po angiel­sku?

– Ja nie mówię, ja myślę – odparła. – Tele­pa­tia! Miłego dnia!

I zatrza­snęła drzwi.

Chwilę póź­niej ów okropny męż­czy­zna znów zaczął stu­kać.

Szarp­nęła klamkę.

– Co znowu? – spy­tała.

Męż­czy­zna na­dal tam stał, oszo­ło­miony, i pró­bo­wał się uśmiech­nąć. Wycią­gnął ku niej ręce.

– Chyba pani nie rozu­mie…

– Czego? – prych­nęła.

Spoj­rzał na nią zdu­miony.

– Przy­by­wamy z Ziemi!

– Nie mam czasu – odparła. – Czeka mnie dziś mnó­stwo goto­wa­nia. Poza tym muszę posprzą­tać, prze­szyć parę rze­czy. Pew­nie chce­cie zoba­czyć się z panem Ttt; jest na górze, w swoim gabi­ne­cie.

– Zgoda – odparł Zie­mia­nin, wyraź­nie zagu­biony. – Chęt­nie spo­tkamy się z panem Ttt.

– Jest zajęty. – Znów trza­snęła drzwiami.

Tym razem puka­nie zabrzmiało wyjąt­kowo imper­ty­nencko.

– Pro­szę posłu­chać! – krzyk­nął męż­czy­zna na jej widok i pod­sko­czył, jakby chciał ją prze­ra­zić. – Nie tak trak­tuje się gości!

– Moja czy­sta pod­łoga! – zawo­łała. – Błoto! Wyno­cha! Jeśli chce­cie wejść do mojego domu, naj­pierw umyj­cie buty.

Męż­czy­zna spoj­rzał z despe­ra­cją na swe zabło­cone nogi.

– Nie czas na try­wialne roz­mówki – rzekł. – Powin­ni­śmy raczej świę­to­wać.

Przez długą chwilę przy­glą­dał się jej, jakby wzrok mógł spra­wić, by zro­zu­miała zna­cze­nie jego słów.

– Jeśli przez was opadną mi krysz­ta­łowe bułeczki w pie­kar­niku – rzu­ciła – zbiję was kawał­kiem drewna. – Zaj­rzała do roz­grza­nego pie­kar­nika, po czym wró­ciła zdy­szana, zaczer­wie­niona. Jej oczy pło­nęły jaskrawą żół­cią, skóra była jasna i brą­zowa, ruchy smu­kłej postaci szyb­kie jak u owada. Głos brzmiał ostro, meta­licz­nie. – Zacze­kaj­cie tu. Zoba­czę, czy pan Ttt zechce was przy­jąć. W jakiej spra­wie przy­cho­dzi­cie?

Męż­czy­zna zaklął z ponurą miną, jakby wymie­rzyła mu cios młot­kiem w rękę.

– Pro­szę mu powtó­rzyć, że przy­by­wamy z Ziemi i że ni­gdy wcze­śniej tego nie doko­nano.

– Czego? – Unio­sła brą­zową dłoń. – Nie­ważne. Zaraz wrócę.

Ode­szła. Jesz­cze przez chwilę sły­szeli tupot jej stóp na kamien­nej posadzce.

Na zewnątrz nie­wia­ry­god­nie nie­bie­skie mar­sjań­skie niebo było gorące i nie­ru­chome niczym cie­pły głę­boki ocean. Mar­sjań­ska pusty­nia drze­mała pod nim jak roz­pa­lony gli­niany gar­nek. Z jej pia­sku wzno­siły się fale roze­dr­ga­nego powie­trza. Na zbo­czu pobli­skiego wzgó­rza leżała nie­wielka rakieta. Wyraźne ślady stóp pro­wa­dziły od niej aż do drzwi pierw­szego domu.

Na górze roz­le­gły się odgłosy kłótni. Męż­czyźni cze­ka­jący za pro­giem spoj­rzeli po sobie, prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę, pstry­ka­jąc pal­cami i zaty­ka­jąc kciuki za pasy na bio­drach. Męski głos wykrzyk­nął coś gniew­nie. Odpo­wie­dział mu głos kobiety. Po jakimś kwa­dran­sie znu­dzeni wycze­ki­wa­niem Zie­mia­nie zaczęli wcho­dzić i wycho­dzić kuchen­nymi drzwiami.

– Papie­rosa? – zapro­po­no­wał jeden z nich.

Jego kolega wyjął paczkę. Zapa­lili, wypusz­cza­jąc z ust dłu­gie smużki bla­dego dymu. Wygła­dzali mun­dury, popra­wiali koł­nie­rze. Głosy na górze mam­ro­tały coś, pod­śpie­wy­wały. Dowódca przy­by­szów zer­k­nął na zega­rek.

– Dwa­dzie­ścia pięć minut – rzekł. – Zasta­na­wiam się, co tam robią.

Pod­szedł do okna i wyj­rzał.

– Upalny dzień – zauwa­żył jeden z ludzi.

– Ow­szem – przy­tak­nął drugi.

Było wcze­sne leniwe popo­łu­dnie. Głosy opa­dły do szeptu, by po chwili zupeł­nie zamilk­nąć. W całym domu nie roz­brzmie­wał nawet naj­słab­szy dźwięk. Męż­czyźni sły­szeli jedy­nie wła­sne odde­chy.

Minęła godzina.

– Mam nadzieję, że nie spo­wo­do­wa­li­śmy żad­nych kło­po­tów.

Kapi­tan prze­szedł przez kuch­nię i zaj­rzał do salonu.

Pani Ttt była tam; pod­le­wała kwiaty rosnące pośrodku pomiesz­cze­nia.

– Wie­dzia­łam, że o czymś zapo­mnia­łam – wes­tchnęła na widok kapi­tana, prze­cho­dząc do kuchni. Podała mu skra­wek papieru. – Pan Ttt jest zbyt zajęty – oznaj­miła, wra­ca­jąc do goto­wa­nia. – Zresztą to nie z nim powin­ni­ście się zoba­czyć, tylko z panem Aaa. Zanie­ście tę kartkę na następną farmę nad Błę­kit­nym Kana­łem. Pan Aaa wyja­śni wam wszystko, co chce­cie wie­dzieć.

– Nie chcemy niczego wie­dzieć – zapro­te­sto­wał kapi­tan, wydy­ma­jąc grube wargi. – My już wiemy.

– Macie kartkę, na co jesz­cze cze­ka­cie? – spy­tała. Potem nie ode­zwała się już ani sło­wem.

– No cóż – powie­dział z waha­niem kapi­tan. Przez chwilę stał, jakby na coś cze­kał. Wyglą­dał jak dziecko patrzące na ogo­ło­coną z ozdób cho­inkę. – Cóż, chodź­cie, chłopcy.

Czte­rej męż­czyźni wyszli na dwór, w gorący i cichy dzień.

* * *

W pół godziny póź­niej pan Aaa, który sie­dział w biblio­tece, sącząc elek­tryczny ogień z meta­lo­wej fili­żanki, usły­szał głosy dobie­ga­jące z kamien­nej gro­bli. Wychy­liw­szy się przez okno, ujrzał czte­rech męż­czyzn w mun­du­rach, któ­rzy przy­glą­dali mu się, mru­żąc oczy.

– Czy pan nazywa się Aaa?! – zawo­łali.

– Ow­szem.

– Pan Ttt przy­słał nas do pana! – krzyk­nął kapi­tan.

– Niby czemu?! – ryk­nął pan Aaa.

– Był zajęty!

– To ci nowina. – Głos pana Aaa ocie­kał sar­ka­zmem. – Czyżby uwa­żał, że nie mam nic lep­szego do roboty – niż przyj­mo­wać jakichś ludzi, bo on jest zbyt zajęty?

– Nie o to cho­dzi! – zawo­łał kapi­tan.

– Dla mnie o to. Mam mnó­stwo zale­głych lek­tur. Pan Ttt zacho­wał się nie­tak­tow­nie, zresztą już nie pierw­szy raz. Niech pan prze­sta­nie machać rękami, póki nie skoń­czę. I pro­szę słu­chać uważ­nie. Zazwy­czaj kiedy mówię, ludzie słu­chają, co mam do powie­dze­nia. Mógłby pan oka­zać odro­binę uprzej­mo­ści.

Czte­rej męż­czyźni na podwórku poru­szyli się nie­spo­koj­nie, otwie­ra­jąc usta. W oczach kapi­tana bły­snęły łzy, na jego skro­niach wystą­piły żyły.

– I co – cią­gnął dalej pan Aaa – czy według was podobna nie­uprzej­mość może ujść panu Ttt pła­zem?

Czte­rej męż­czyźni patrzyli na niego przez zasłonę gorąca. Wresz­cie kapi­tan rzekł:

– Przy­by­wamy z Ziemi!

– To naprawdę okropny brak wycho­wa­nia – zasta­na­wiał się dalej pan Aaa.

– Rakietą. Przy­le­cie­li­śmy rakietą. Aż tutaj!

– Ttt już nie pierw­szy raz oka­zuje brak sza­cunku.

– Całą drogę z Ziemi.

– Na mój rozum zadzwo­nię do niego i powiem mu, co o tym myślę.

– Tylko nas czte­rech; ja i ci trzej ludzie, moja załoga.

– Zadzwo­nię, tak, to wła­śnie zro­bię.

– Zie­mia. Rakieta. Ludzie. Podróż. Kosmos.

– Zadzwo­nię i powiem raz, a dobrze! – krzyk­nął pan Aaa, po czym znik­nął niczym kukiełka ze sceny.

Po minu­cie zabrzmiały pod­nie­sione głosy, prze­ka­zy­wane przez jakieś tajem­ni­cze urzą­dze­nie. W dole kapi­tan i jego załoga spo­glą­dali z utę­sk­nie­niem na leżącą na zbo­czu rakietę, jakże uro­czą, słodką, zna­jomą. Pan Aaa gwał­tow­nie uniósł szybę; jego twarz przy­brała sza­lony trium­fu­jący wyraz.

– Wyzwa­łem go na poje­dy­nek, na bogów! Poje­dy­nek!

– Panie Aaa… – prze­rwał mu łagod­nie kapi­tan.

– Zastrzelę go, sły­szy­cie?!

– Panie Aaa, chciał­bym coś panu powie­dzieć. Prze­by­li­śmy sześć­dzie­siąt milio­nów mil.

Pan Aaa przyj­rzał mu się uważ­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Przeł. Sta­ni­sław Egbert Koź­mian. [wróć]