Człowiek ilustrowany - Ray Bradbury - ebook + książka

Człowiek ilustrowany ebook

Ray Bradbury

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.



Dowiedz się więcej.
Opis

Ray Bradbury ożywia to, co niezwykłe. Dla tego niezrównanego amerykańskiego mistrza opowieści najbardziej fascynującą siłą we wszechświecie jest ludzka natura.

W osiemnastu zaskakujących opowiadaniach, wyłaniających się z obrazów wytatuowanych na ludzkiej skórze, żywe miasta dokonują zemsty, technologia budzi najbardziej pierwotne instynkty, a marzenia wzbijają się w rakietach zbudowanych na złomowisku.

Prowokacyjny i przejmujący Ilustrowany człowiek to kalejdoskop magii, wyobraźni i prawdy — równie ekscytujący jak podróż międzyplanetarna, równie oszałamiający jak wędrówka w deszczu padającym od miliona lat i równie kojący jak proste, znajome rytuały ostatniej nocy świata.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 275

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: The Illu­stra­ted Man

Copy­ri­ght © 1951 by Ray Brad­bury Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2018 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Syl­wia San­dow­ska-Dobija Korekta: Elwira Wyszyń­ska, Urszula Okrzeja, MAQ PRO­JECTS / Marta Aku­szew­ska Ilu­stra­cja na okładce: Dark Crayon Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Piotr Chy­liń­ski Pro­jekt typo­gra­ficzny: Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-68919-82-0

Pro­du­cent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Kon­sty­tu­cji 5/10, 00-657 War­szawa www.mag.com.pl han­[email protected]

Wyłączny dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Maz. tel. 227 335 010 www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Tę książkę z miło­ściąojcu, matce i Ski­powipoświę­cam.

Prolog: Człowiek Ilustrowany

PRO­LOG:

Czło­wiek Ilu­stro­wany

Czło­wieka Ilu­stro­wa­nego pozna­łem pew­nego cie­płego wrze­śnio­wego popo­łu­dnia. Masze­ro­wa­łem wów­czas pobo­czem asfal­to­wej szosy, poko­nu­jąc ostatni etap dwu­ty­go­dnio­wej pie­szej wędrówki po sta­nie Wiscon­sin. Póź­nym popo­łu­dniem zatrzy­ma­łem się, zja­dłem wie­przo­winę z fasolą i pączka, i wła­śnie mia­łem poło­żyć się i poczy­tać, gdy Czło­wiek Ilu­stro­wany wynu­rzył się zza wzgó­rza i przy­sta­nął na moment – ciemna syl­wetka na tle nieba.

Wów­czas nie wie­dzia­łem jesz­cze, że jest Ilu­stro­wany. Widzia­łem jedy­nie wyso­kiego, nie­gdyś musku­lar­nego męż­czy­znę, któ­rego mię­śnie z nie­zna­nych przy­czyn zaczy­nały pora­stać tłusz­czem. Pamię­tam, że miał dłu­gie ręce i potężne dło­nie, lecz jego twarz przy­po­mi­nała obli­cze dziecka.

Zda­wało się, iż wyczuł moją obec­ność, prze­mó­wił bowiem, w ogóle na mnie nie patrząc:

– Wie pan, gdzie mógł­bym zna­leźć pracę?

– Nie­stety nie – odpar­łem.

– Od czter­dzie­stu lat nie zdo­ła­łem ni­gdzie zacze­pić się na dłu­żej.

Choć mimo póź­nego popo­łu­dnia wciąż pano­wał upał, przy­bysz miał na sobie weł­nianą koszulę zapiętą pod szyją. Spusz­czone rękawy zasła­niały grube prze­guby. Po twa­rzy spły­wały mu strugi potu, on jed­nak nawet nie pró­bo­wał się roz­piąć.

– Cóż – rzekł w końcu – rów­nie dobrze mogę spę­dzić noc tutaj. Nie prze­szka­dza panu towa­rzy­stwo?

– Chęt­nie podzielę się z panem pro­wian­tem – odpar­łem.

Usiadł ciężko, odchrzą­ku­jąc.

– Poża­łuje pan, że mnie zapro­sił – rzekł. – Wszy­scy żałują. To dla­tego wciąż jestem w dro­dze. No pro­szę, mamy wła­śnie począ­tek wrze­śnia, szczyt sezonu luna­par­ko­wego. Powi­nie­nem zara­biać stosy pie­nię­dzy, jeź­dzić z mia­steczka do mia­steczka, a oto tkwię tutaj bez żad­nych per­spek­tyw.

Zdjął wiel­gachny but i przyj­rzał mu się uważ­nie.

– Zazwy­czaj udaje mi się utrzy­mać posadę jakieś dzie­sięć dni. Potem coś się dzieje i wyrzu­cają mnie. Wszyst­kie luna­parki w Ame­ryce uni­kają mnie jak zarazy.

– Ale w czym pro­blem? – spy­ta­łem.

Zamiast odpo­wie­dzi powoli roz­piął cia­sny koł­nie­rzyk. Z zamknię­tymi oczami odpi­nał kolejne guziki koszuli, aż do samego dołu. Następ­nie prze­su­nął dło­nią po piersi.

– Zabawne – powie­dział, nie otwie­ra­jąc oczu. – Nie da się ich wyczuć, ale na­dal tu są. Wciąż mam nadzieję, że pew­nego dnia spoj­rzę, a ich nie będzie. Godzi­nami masze­ruję w naj­go­ręt­szym słońcu, sma­żąc się w upale, z nadzieją, że mój pot je zmyje, słońce wypali, lecz o zmierz­chu cią­gle tu są. – Zwró­cił głowę w moją stronę i odsło­nił pierś. – Wciąż je widać?

Po dłu­giej chwili wypu­ści­łem powie­trze.

– Tak – odpar­łem. – Wciąż je widać.

Ilu­stra­cje.

– Zapi­nam się także z powodu dzieci – rzekł, otwie­ra­jąc oczy. – Włó­czą się za mną po wiej­skich dro­gach. Wszy­scy chcą oglą­dać obrazki, a prze­cież nikt tak naprawdę nie chce ich widzieć.

Zdjął koszulę i wyżął ją w rękach. Od błę­kit­nej wyta­tu­owa­nej opa­ski na szyi aż do pasa pokry­wały go Ilu­stra­cje.

– Są też niżej – dodał, zga­du­jąc, o czym myślę. – Cały jestem wyta­tu­owany. Pro­szę spoj­rzeć.

Uniósł rękę. Na dłoni miał różę, świeżo zerwaną; na jej mięk­kich różo­wych płat­kach poły­ski­wały kro­ple kry­sta­licz­nie czy­stej wody. Wycią­gną­łem rękę, żeby jej dotknąć, ale była to tylko Ilu­stra­cja.

Nie wiem, jak długo sie­dzia­łem i wpa­try­wa­łem się w niego, pokry­wał go bowiem sza­leń­czy tłum rakiet, fon­tann i ludzi, odda­nych z tak wspa­nia­łym wyczu­ciem barw i szcze­gó­łów, że nie­mal sły­szało się szmer cichych, piskli­wych gło­sów tłu­mów istot zamiesz­ku­ją­cych ciało męż­czy­zny. Gdy jego mię­śnie drżały, maleń­kie usta otwie­rały się, małe zie­lo­no­złote oczy mru­gały, różowe dło­nie gesty­ku­lo­wały. Na piersi nie­zna­jo­mego widać było żółte łąki, błę­kitne rzeki i góry, gwiazdy, słońca i pla­nety two­rzące Mleczną Drogę. Byli też ludzie, dwa­dzie­ścia lub wię­cej gru­pek pokry­wa­ją­cych ramiona, plecy, ręce, boki i prze­guby, a także brzuch. Tkwili w poszy­ciu wło­sów, cza­ili się wśród kon­ste­la­cji pie­gów i wyglą­dali z jaskiń pach, a ich oczy lśniły niczym dia­menty. Każdy zaj­mo­wał się wła­snymi spra­wami; kolejne por­trety w nie­zwy­kłej gale­rii.

– Ależ to piękne! – wykrzyk­ną­łem.

Jak mam opi­sać jego Ilu­stra­cje? Gdyby El Greco w naj­więk­szym roz­kwi­cie swego talentu malo­wał minia­tury nie więk­sze niż ludzka dłoń, jak zwy­kle u niego dokład­nie oddane w nie­zdro­wych bar­wach, wydłu­żone, znie­kształ­cone ana­to­micz­nie, mógłby użyć ciała tego czło­wieka jako modela. Kolory pło­nęły w trzech wymia­rach. Ilu­stra­cje były niczym okna uka­zu­jące ogni­stą rze­czy­wi­stość. Zgro­ma­dzone na jed­nej ścia­nie wid­niały naj­wspa­nial­sze sceny we wszech­świe­cie. Czło­wiek ten był cho­dzącą skarb­nicą sztuki. Obrazy nie były dzie­łem taniego jar­marcz­nego speca od tatu­ażu o odde­chu cuch­ną­cym whi­sky, ope­ru­ją­cego trzema pod­sta­wo­wymi kolo­rami. W wyraź­nych, tęt­nią­cych życiem pięk­nych obra­zach znać było tchnie­nie geniu­szu.

– O tak – odparł Czło­wiek Ilu­stro­wany. – Jestem tak dumny ze swych Ilu­stra­cji, że chęt­nie bym je wypa­lił. Pró­bo­wa­łem papieru ścier­nego, kwasu, noża…

Słońce gasło. Na wscho­dzie błysz­czał już księ­życ.

– Bo widzi pan – cią­gnął Czło­wiek Ilu­stro­wany – te Ilu­stra­cje prze­po­wia­dają przy­szłość.

Mil­cza­łem.

– W słońcu nic się nie dzieje – dodał. – Za dnia mógł­bym utrzy­mać robotę, lecz nocą obrazki zaczy­nają się ruszać. Zmie­niać.

Nie zdo­ła­łem powstrzy­mać uśmie­chu.

– Od dawna jest pan Ilu­stro­wany?

– W tysiąc dzie­więć­set­nym roku, kiedy mia­łem dwa­dzie­ścia lat i pra­co­wa­łem w cyrku, zła­ma­łem nogę. To mnie zała­twiło. Musia­łem coś zro­bić, żeby utrzy­mać się w zawo­dzie, więc posta­no­wi­łem się wyta­tu­ować.

– Ale kto pana wyta­tu­ował? Co się stało z arty­stą?

– Wró­ciła do przy­szło­ści. Poważ­nie. To była stara kobieta miesz­ka­jąca w małym domku pośrodku Wiscon­sin. Nie­da­leko stąd. Mała wiedźma, która w jed­nej chwili wyglą­dała, jakby miała tysiąc lat, a w następ­nej jak dwu­dzie­sto­latka. Mówiła, że potrafi podró­żo­wać w cza­sie. Wtedy się śmia­łem. Teraz wiem, że miała rację.

– Jak pan ją spo­tkał?

Opo­wie­dział mi. Zauwa­żył szyld przy dro­dze: ILU­STRA­CJE NA SKÓ­RZE! Ilu­stra­cje, nie tatuaż! Arty­styczne! Sie­dział zatem całą noc, pod­czas gdy jej magiczne igły kłuły go niczym ostre żądła os i deli­katne psz­czół. Ran­kiem wyglą­dał jak czło­wiek, który wpadł do barw­nej prasy dru­kar­skiej i wyle­ciał z dru­giej strony pstro­katy, kolo­rowy.

– Od pięć­dzie­się­ciu lat przy­cho­dzę tu każ­dego lata – rzekł, uno­sząc ręce. – Kiedy znajdę tę wiedźmę, zabiję ją.

***

Słońce znik­nęło. Na nie­bie roz­bły­sły pierw­sze gwiazdy, księ­życ oświe­tlił roz­le­głe łąki i pola psze­nicy, jed­nakże obrazki Czło­wieka Ilu­stro­wa­nego wciąż żarzyły się w pół­mroku niczym garść rubi­nów i szma­rag­dów; dłu­gie, wycią­gnięte ciała El Greca poły­ski­wały bar­wami Rouaulta i Picassa.

– I kiedy ludzie widzą, jak moje obrazki zaczy­nają się poru­szać, wyrzu­cają mnie. Nie podoba im się, gdy Ilu­stra­cje uka­zują prze­moc. Każda z nich to odrębna opo­wieść. Jeśli zacznie pan je oglą­dać, w kilka minut opo­wie­dzą panu histo­rię. W ciągu trzech godzin obej­rzy pan osiem­na­ście–dwa­dzie­ścia histo­rii ode­gra­nych na moim ciele, usły­szy głosy i myśli. Wszystko tu jest i tylko czeka, żeby pan spoj­rzał. Naj­gor­szy jed­nak jest pewien punkt na moim ciele. – Odsło­nił plecy. – Widzi pan? Na pra­wej łopatce nie mam żad­nego obrazka, jedy­nie plą­ta­ninę linii.

– Ow­szem.

– Gdy dosta­tecz­nie długo prze­by­wam w czy­imś towa­rzy­stwie, miej­sce to ciem­nieje i się wypeł­nia. Jeśli jestem z kobietą, w ciągu godziny na moich ple­cach poja­wia się jej por­tret i uka­zuje wszystko, co ją czeka – jej życie, śmierć, to, jak będzie wyglą­dała po sześć­dzie­siątce. Jeżeli towa­rzy­szy mi męż­czy­zna, w godzinę póź­niej to on poja­wia się na obrazku – widzi, jak spada z urwi­ska albo ginie pod pocią­giem. I znów tracę pracę.

Gdy mówił, jego dło­nie cały czas wędro­wały po Ilu­stra­cjach, jakby popra­wiał ich ramy, ocie­rał z kurzu – niczym kone­ser, mece­nas sztuki. Wycią­gnął się na tra­wie, leżąc na ple­cach w bla­sku księ­życa. Noc była cie­pła i duszna, powie­trzem nie poru­szał nawet naj­słab­szy powiew. Obaj zdję­li­śmy koszule.

– I ni­gdy nie zna­lazł pan tej kobiety?

– Ni­gdy.

– I naprawdę sądzi pan, że przy­była z przy­szło­ści?

– Skąd ina­czej zna­łaby histo­rie, które na mnie wyma­lo­wała?

Znu­żony zamknął oczy. Jego głos zaczął cich­nąć.

– Cza­sami nocą czuję je, moje obrazki – są jak mrówki peł­za­jące po skó­rze. Wtedy wiem, że robią to, co muszą. Już ich nie oglą­dam. Po pro­stu pró­buję odpo­cząć. Nie­wiele sypiam. Pan też nie powi­nien na nie patrzeć. Ostrze­gam. Pro­szę odwró­cić się na drugi bok.

Poło­ży­łem się kilka stóp od niego. Nie wyda­wał się groźny, a obrazki były takie śliczne. Nor­mal­nie miał­bym ochotę odejść, by nie słu­chać jego gada­niny, ale Ilu­stra­cje… Pochła­nia­łem je wzro­kiem. Tak ozdo­bione ciało każ­demu pomie­sza­łoby w gło­wie.

Noc była piękna. W księ­ży­co­wej ciszy sły­sza­łem oddech Czło­wieka Ilu­stro­wa­nego. W odle­głych kotlin­kach ode­zwały się świersz­cze. Minęło może pół godziny. Nie wiem, czy Czło­wiek Ilu­stro­wany spał, nagle jed­nak usły­sza­łem jego szept.

– Ruszają się, prawda?

Odcze­ka­łem minutę. W końcu rze­kłem:

– Tak.

Obrazki poru­szały się, każdy po kolei, każdy jedy­nie przez chwilę czy dwie. W bla­sku księ­życa, do wtóru cichut­kich myśli i odle­głego szmeru gło­sów, odkry­wały się kolejne dra­maty. Trudno orzec, czy każdy z nich trwał godzinę, czy też trzy. Wiem jedy­nie, że leża­łem zafa­scy­no­wany, pod­czas gdy gwiazdy wędro­wały po nie­bie.

Osiem­na­ście Ilu­stra­cji. Osiem­na­ście histo­rii. Odli­cza­łem je po kolei.

Na początku wzrok mój padł na scenę przed­sta­wia­jącą wielki dom. W środku miesz­kało dwoje ludzi. Ujrza­łem stado sępów na pło­ną­cym cie­le­snym nie­bie. Zoba­czy­łem żółte lwy i usły­sza­łem głosy.

Pierw­sza Ilu­stra­cja zadrżała i ożyła…

Sawanna

– Geo­rge, chcia­ła­bym, żebyś zaj­rzał do dzie­cin­nego pokoju.

– Coś z nim nie tak?

– Nie wiem.

– O co więc cho­dzi?

– Chcę tylko, żebyś go obej­rzał albo wezwał psy­chia­trę, to wszystko.

– Czemu psy­chia­tra miałby oglą­dać dzie­cinny pokój?

– Dosko­nale wiesz czemu. – Jego żona przy­sta­nęła pośrodku kuchni, patrząc, jak kuchenka, mru­cząca cicho do sie­bie, przy­go­to­wuje obiad dla czworga. – Rzecz w tym, że dzie­cinny pokój nie jest taki jak przed­tem.

– W porządku, chodźmy więc.

Wyszli na kory­tarz swego dźwię­kosz­czel­nego domu, model „Szczę­śliwy żywot”, któ­rego insta­la­cja kosz­to­wała ich trzy­dzie­ści tysięcy dola­rów; domu, który ubie­rał ich, kar­mił i koły­sał do snu, grał im, śpie­wał i był dla nich dobry. Zbli­ża­jąc się, uru­cho­mili ukryty wewnątrz czuj­nik, i kiedy zna­leźli się dzie­sięć stóp od dzie­cin­nego pokoju, wewnątrz zapło­nęło świa­tło. Tym­cza­sem w kory­tarzach za nimi lampy gasły z cichą auto­ma­tyczną pre­cy­zją.

– No, no – rzekł Geo­rge Hadley.

Stali na wyście­ła­nej sło­mia­nymi matami pod­ło­dze dzie­cin­nego pokoju. Pomiesz­cze­nie miało czter­dzie­ści na czter­dzie­ści stóp i trzy­dzie­ści stóp wyso­ko­ści; kosz­to­wało o połowę wię­cej niż cała reszta domu. „Ale nic nie jest za dobre dla naszych dzieci” – mawiał Geo­rge Hadley.

W pokoju pano­wała cisza. Było pusto niczym na pola­nie w dżun­gli w upalne połu­dnie. Ota­czały ich mar­twe dwu­wy­mia­rowe ściany. Kiedy jed­nak Geo­rge i Lydia Hadley­owie sta­nęli pośrodku pokoju, ściany zaczęły mru­czeć i ożyły; zda­wało się, iż ucie­kają w dal, w krysz­ta­łową prze­strzeń. Nagle poja­wiła się trój­wy­mia­rowa afry­kań­ska sawanna, widoczna ze wszyst­kich stron, barwna, odtwo­rzona do ostat­niego kamyka i źdźbła trawy. Sufit nad ich gło­wami stał się nie­bem, na któ­rym pło­nęło gorące żółte słońce.

Geo­rge Hadley poczuł, jak pot wystę­puje mu na czoło.

– Zejdźmy ze słońca – powie­dział. – To tro­chę zbyt rze­czy­wi­ste. Ale nie widzę w tym nic złego.

– Zacze­kaj chwilę, a zoba­czysz – odparła żona.

Ukryte odo­ro­fony owiały dwoje ludzi sto­ją­cych na spie­czo­nej sawan­nie falą zapa­chów. Gorąca woń wyschnię­tej lwiej trawy, chłodny zie­lony zapach nie­wi­docz­nego wodo­poju, ostry odór zwie­rząt, woń pyłu uno­szą­cego się w powie­trzu niczym pie­kąca czer­wona papryka. Po sekun­dzie dołą­czyły do nich dźwięki: odle­gły tętent kopyt anty­lop na mięk­kiej tra­wie, papie­rowy sze­lest sępich skrzy­deł. Po nie­bie prze­mknął cień, pada­jąc na moment na wznie­sioną spo­coną twarz Geo­rge’a Hadleya.

– Ohydne zwie­rzaki – mruk­nęła jego żona.

– Sępy.

– Widzisz, tam daleko, z boku, są też lwy. Zmie­rzają do wodo­poju. Wła­śnie skoń­czyły jeść – oznaj­miła Lydia. – Tylko nie wiem co.

– Jakieś zwie­rzę. – Geo­rge Hadley uniósł dłoń, osła­nia­jąc zmru­żone oczy przed palą­cym bla­skiem. – Może zebrę albo małą żyrafę.

– Jesteś pewien? – W gło­sie żony brzmiało dziwne napię­cie.

– Tro­chę za późno, żeby to spraw­dzić – odparł z roz­ba­wie­niem. – Widzę tylko nagie kości, a sępy poże­rają wła­śnie resztki.

– Sły­sza­łeś ten krzyk?

– Nie.

– Jakąś minutę temu.

– Przy­kro mi, ale nie.

Lwy zbli­żały się ku nim. I znów Geo­rge Hadley z podzi­wem pomy­ślał o mecha­nicz­nym geniu­szu, który stwo­rzył ten pokój. Praw­dziwy cud tech­niki, sprze­da­wany za absur­dal­nie niską cenę; powi­nien się zna­leźć w każ­dym domu. Och, cza­sem symu­la­cje zaska­ki­wały, prze­ra­żały swą kli­niczną dokład­no­ścią, lecz naj­czę­ściej zapew­niały zna­ko­mitą zabawę – i to wszyst­kim, nie tylko synowi i córce, lecz także doro­słym, jeśli zapra­gnęli nagle wysko­czyć na krótko za gra­nicę, bły­ska­wicz­nie zmie­nić oto­cze­nie.

A oto i lwy, pięt­na­ście stóp od nich, tak rze­czy­wi­ste, zdu­mie­wa­jąco, obłą­kań­czo rze­czy­wi­ste, że czuło się na dło­niach ukłu­cia ich futra, a usta wypeł­niała sucha woń zaku­rzo­nych, roz­grza­nych skór. W oczach odbi­jała się żółta barwa zwie­rząt, wspa­niała żółć fran­cu­skiego gobe­linu, żółć lwów i let­niej trawy; w uszach falo­wał cichy szmer wło­cha­tych lwich płuc, wypusz­cza­ją­cych powie­trze zmie­szane ze smro­dem mięsa ula­tu­ją­cym z ich dyszą­cych, zaśli­nio­nych paszcz.

Lwy stały bez ruchu, obser­wu­jąc Geo­rge’a i Lydię Hadleyów zło­wro­gimi zie­lo­no­żół­tymi oczami.

– Uwa­żaj! – krzyk­nęła Lydia.

Lwy rzu­ciły się na nich.

Lydia uchy­liła się i ucie­kła. Geo­rge odru­chowo sko­czył za nią. Już na kory­ta­rzu, zatrza­snąw­szy drzwi, zaczął się śmiać, pod­czas gdy ona wybuch­nęła pła­czem. Oboj­giem wstrzą­snęła reak­cja mał­żonka.

– Geo­rge!

– Lydio! Moja biedna, kochana Lydio!

– O mało nas nie zła­pały!

– Lydio, pamię­taj, że to tylko ściany; krysz­ta­łowe ściany, nic wię­cej. Och, przy­znaję, że wyglą­dają bar­dzo praw­dzi­wie – Afryka w twoim domu! – ale w rze­czy­wi­sto­ści to jedy­nie hiper­re­ali­styczny, super­czuły kolo­rowy film i men­talne taśmy za szklaną prze­słoną. Wszystko to tylko fonia i odo­ro­fo­nika, Lydio. Masz chu­s­teczkę.

– Boję się. – Pode­szła do niego i przy­tu­liła się, wciąż pła­cząc. – Widzia­łeś? Czu­łeś to? Jest zbyt rze­czy­wi­ste.

– Ależ, Lydio…

– Musisz zabro­nić Wendy i Pete­rowi czy­ta­nia o Afryce.

– Oczy­wi­ście. – Pogła­dził jej twarz.

– Obie­cu­jesz?

– Jasne.

– I zamknij dzie­cinny pokój. Na kilka dni, póki się nie uspo­koję.

– Wiesz, jak Peter na to zare­aguje. Kiedy w zeszłym mie­siącu za karę wyłą­czy­łem pokój zale­d­wie na kilka godzin, dostał ataku histe­rii. Wendy także. Ten pokój to całe ich życie.

– Trzeba go zamknąć, bez dwóch zdań.

– Zgoda. – Zer­k­nął nie­chęt­nie na wiel­kie drzwi. – Zbyt ciężko pra­cu­jesz. Powin­naś odpo­cząć.

– Nie wiem… nie wiem. – Wydmuch­nęła nos i usia­dła na fotelu, który natych­miast utu­lił ją i zaczął koły­sać. – Może bra­kuje mi zajęć. Może mam za dużo czasu na myśle­nie. Czemu nie wyłą­czymy całego domu na kilka dni i nie zro­bimy sobie waka­cji?

– Czyż­byś chciała sma­żyć mi jajecz­nicę?

– Tak. – Ski­nęła głową.

– I cero­wać skar­pety?

– Tak. – Kolejne gwał­towne łzawe ski­nie­nie.

– I sprzą­tać?

– Tak, tak, o tak!

– Ale prze­cież kupi­li­śmy ten dom wła­śnie po to, by nie musieć niczego robić!

– W tym rzecz. Cza­sem myślę, że nie ma tu dla mnie miej­sca. Teraz to dom jest żoną, matką i opie­kunką. Jak mam kon­ku­ro­wać z afry­kań­ską sawanną? Czy mogę wyką­pać i umyć dzieci rów­nie spraw­nie i szybko jak auto­ma­tyczna wanna? Nie mogę. I nie cho­dzi tylko o mnie. O cie­bie także. Ostat­nio sta­łeś się strasz­nie ner­wowy.

– Chyba za dużo palę.

– Ty też wyglą­dasz, jak­byś nie wie­dział, co ze sobą począć w tym domu. Co rano palisz tro­chę wię­cej, każ­dego popo­łu­dnia odro­binę wię­cej pijesz, każ­dej nocy potrze­bu­jesz nieco więk­szej dawki środka nasen­nego. Tak jak ja zaczy­nasz się czuć nie­po­trzebny.

– Naprawdę? – Urwał, pró­bu­jąc wnik­nąć w sie­bie i prze­ko­nać się, co fak­tycz­nie czuje.

– Och, Geo­rge! – Jej wzrok powę­dro­wał ku drzwiom dzie­cin­nego pokoju. – Te lwy nie mogą się stam­tąd wydo­stać, prawda?

Spoj­rzał na drzwi i ujrzał, jak dygocą, zupeł­nie jakby coś sko­czyło na nie od wewnątrz.

– Oczy­wi­ście, że nie – rzekł.

***

Obiad zje­dli sami, bo Wendy i Peter wybrali się do spe­cjal­nego pla­sti­ko­wego weso­łego mia­steczka po dru­giej stro­nie mia­sta i prze­ka­zali przez wide­ofon, że się spóź­nią i żeby nie cze­kać na nich z jedze­niem. Geo­rge Hadley sie­dział w mil­cze­niu, bez­myśl­nie patrząc, jak stół w jadalni wysuwa kolejne cie­płe potrawy ze swego mecha­nicz­nego wnę­trza.

– Zapo­mnie­li­śmy o keczu­pie – rzekł.

– Prze­pra­szam – rzekł cichy głos wewnątrz stołu i na bla­cie poja­wił się keczup.

A jeśli cho­dzi o dzie­cinny pokój, pomy­ślał Hadley, dzie­ciom nie zaszko­dzi, jeśli roz­staną się z nim na jakiś czas. Grunt to nie prze­sa­dzić. Wyraź­nie widać, iż zbyt wiele czasu poświę­cają Afryce. To słońce. Wciąż czuł je na karku niczym dotyk roz­pa­lo­nej łapy. I lwy. I ta woń krwi. Zdu­mie­wa­jące, jak dokład­nie pokój wychwy­ty­wał tele­pa­tyczne prze­kazy z umy­słów dzieci, two­rząc życie zaspo­ka­ja­jące ich wszel­kie zachcianki. Dzieci pomy­ślały o lwach i poja­wiły się lwy. Dzieci pomy­ślały o zebrach i poja­wiły się zebry. O słońcu – poja­wiło się słońce. O żyra­fach – żyrafy. O śmierci – śmierć.

Wła­śnie, śmierć. Geo­rge odru­chowo prze­żu­wał poda­wane mu przez stół mięso, zupeł­nie pozba­wione smaku. Myśli o śmierci. Wendy i Peter są strasz­nie mło­dzi jak na myśli o śmierci. A może nie aż tak mło­dzi? Na to ni­gdy się nie jest za mło­dym. Zanim w ogóle dowiemy się, czym jest śmierć, już życzymy jej innym. Nawet dwu­latki strze­lają do ludzi z kor­kow­ców.

Ale to – ta roz­le­gła gorąca sawanna i potworna śmierć w pasz­czach lwów… I do tego powta­rzana raz po raz.

– Dokąd idziesz?

Nie odpo­wie­dział Lydii. Zajęty wła­snymi myślami, nie zwra­cał uwagi na świa­tła roz­bły­sku­jące przed nim i gasnące za jego ple­cami, gdy wędro­wał kory­ta­rzem. Sta­nął przed drzwiami dzie­cin­nego pokoju. W oddali ryczał lew. Prze­krę­cił zamek i otwo­rzył drzwi. Tuż przed tym, nim prze­kro­czył próg, usły­szał odle­gły krzyk. A potem kolejny ryk lwów, który szybko umilkł.

Nagle zna­lazł się w sercu Afryki. Ileż to razy w ciągu ostat­niego roku otwie­rał te drzwi, aby ujrzeć Kra­inę Cza­rów, Ali­cję, Niby Żół­wia, Ala­dyna i jego cza­ro­dziej­ską lampę, Kubu­sia Dynio­gło­wego z Oz albo dok­tora Dolit­tle, albo krowę prze­ska­ku­jącą przez bar­dzo rze­czy­wi­sty księ­życ – uro­cze rekwi­zyty baj­ko­wego świata. Ileż to razy śle­dził lot Pegaza na sufi­to­wym nie­bie, oglą­dał fon­tanny czer­wo­nych fajer­wer­ków i sły­szał chóry aniel­skich gło­sów. Ale teraz była tu tylko żółta gorąca Afryka, piec, w któ­rego sercu pło­nęła żądza mordu. Może Lydia ma rację. Może dzieci powinny odpo­cząć od fan­ta­zji, która staje się nieco zbyt rze­czy­wi­sta jak dla dzie­się­cio­lat­ków. Zwy­kłe mrzonki to nic zdroż­nego, ot, gim­na­styka wyobraźni, kiedy jed­nak żywy dzie­cięcy umysł ugrzęź­nie w jed­nym wzorcu…? Geo­rge miał wra­że­nie, że przez ostatni mie­siąc wciąż sły­szał z daleka ryki lwów i czuł ich ostrą woń, prze­ni­ka­jącą nawet do jego gabi­netu. Był jed­nak zbyt zajęty, by zwra­cać na to uwagę.

Teraz stał samot­nie na afry­kań­skiej sawan­nie. Poże­ra­jące ofiarę lwy unio­sły głowy, obser­wu­jąc go. Jedyną skazą na dosko­na­łej ilu­zji pozo­sta­wały otwarte drzwi, przez które, niczym w ramie obrazu, widział żonę; sie­działa po dru­giej stro­nie ciem­nego kory­ta­rza, z roz­tar­gnie­niem jedząc obiad.

– Idź­cie sobie – pole­cił lwom.

Nie ode­szły.

Dokład­nie znał zasady dzia­ła­nia pokoju. Trzeba tylko pomy­śleć, a pojawi się to, co zechcemy.

– Daj Ala­dyna i jego lampę – wark­nął.

Sawanna pozo­stała na miej­scu, podob­nie lwy.

– No dalej, pokoju! Doma­gam się Ala­dyna!

Nic się nie stało. Zakute w roz­grzane futra lwy pomru­ki­wały cicho.

– Ala­dyna!

Wró­cił do stołu.

– Ten durny pokój się zepsuł – rzekł. – Nie reaguje.

– A może…?

– A może co?

– A może nie jest w sta­nie zare­ago­wać – pod­su­nęła Lydia – bo dzieci od tak dawna roz­my­ślają o Afryce, lwach i zabi­ja­niu, że pokój się zaciął.

– Albo Peter tak go nasta­wił.

– Nasta­wił?

– Mógł dostać się do maszy­ne­rii i coś zmie­nić.

– Peter nie zna się na maszy­nach.

– Jest bar­dzo mądry jak na swoje dzie­sięć lat. Jego ilo­raz inte­li­gen­cji…

– Mimo to…

– Cześć, mamo. Cześć, tato.

Hadley­owie odwró­cili się. Wendy i Peter wcho­dzili wła­śnie fron­to­wymi drzwiami. Policzki mieli zaru­mie­nione, ich oczy jaśniały chłod­nym błę­kit­nym bla­skiem, kom­bi­ne­zony prze­ni­kał zapach ozonu – pozo­sta­łość po wycieczce heli­kop­te­rem.

– Zdą­ży­li­ście aku­rat na kola­cję – powie­dzieli chó­rem rodzice.

– Naje­dli­śmy się hot dogami i lodami tru­skaw­ko­wymi – odparły dzieci, trzy­ma­jąc się za ręce. – Ale posie­dzimy z wami.

– Tak, opo­wiedz­cie nam o dzie­cin­nym pokoju – rzu­cił Geo­rge Hadley.

Brat i sio­stra spoj­rzeli na niego ze zdu­mie­niem i popa­trzyli po sobie.

– Dzie­cin­nym pokoju?

– O Afryce i w ogóle – dodał ojciec z fał­szywą ser­decz­no­ścią.

– Nie rozu­miem – odparł Peter.

– Wasza matka i ja podró­żo­wa­li­śmy nie­dawno po Afryce z wędką i koło­wrot­kiem. Tom Swift i jego elek­tryczny lew – wyja­śnił Geo­rge Hadley.

– W dzie­cin­nym pokoju nie ma Afryki – rzu­cił z pro­stotą Peter.

– Daj spo­kój, Peter. Prze­cież wiemy.

– Nie pamię­tam żad­nej Afryki. – Peter zwró­cił się do Wendy. – A ty?

– Nie.

– Bie­gnij i sprawdź.

Posłu­chała.

– Wendy, wra­caj tu! – zawo­łał Geo­rge Hadley, córka jed­nak już odbie­gła. Świa­tła podą­żały za nią niczym stadko świe­tli­ków. Zbyt późno uświa­do­mił sobie, że zapo­mniał zamknąć drzwi pokoju na klucz po ostat­niej inspek­cji.

– Wendy spraw­dzi i wszystko nam powie – oznaj­mił Peter.

– Mnie nie musi mówić. Sam widzia­łem.

– Z pew­no­ścią się mylisz, ojcze.

– By­naj­mniej, Peter. Chodź.

Ale Wendy zdą­żyła już wró­cić.

– To nie Afryka – wydy­szała.

– Prze­ko­namy się – uciął Geo­rge Hadley i wszy­scy poszli kory­ta­rzem w stronę dzie­cin­nego pokoju.

Wewnątrz cze­kał na nich piękny zie­lony las, cudowna rzeka, fio­le­towa góra, chór wyso­kich gło­sów i Rima, uro­cza i tajem­ni­cza dziew­czyna-ptak, przy­cup­nięta na drze­wie; stadka kolo­ro­wych motyli niczym ruchome bukiety przy­sia­dły na jej dłu­gich wło­sach. Afry­kań­ska sawanna znik­nęła. Lwy znik­nęły. Pozo­stała tylko Rima śpie­wa­jąca pieśń tak piękną, że na jej dźwięk łzy same napły­wały do oczu.

Geo­rge Hadley przyj­rzał się zmie­nio­nej sce­ne­rii.

– Do łóżek – pole­cił.

Dzieci otwarły usta.

– Sły­sze­li­ście – dodał.

Peter i Wendy weszli do powietrz­nej windy, z któ­rej wiatr porwał ich niczym suche liście prze­wo­dem do sypialni.

Geo­rge Hadley prze­ciął roz­śpie­waną polanę i pod­niósł coś, co leżało w kącie nie­opo­dal miej­sca, gdzie wcze­śniej widział lwy. Powoli pod­szedł do żony.

– Co to? – spy­tała.

– Mój stary port­fel – odparł.

Poka­zał go jej. Na skó­rze pozo­stał zapach roz­grza­nej trawy i woń lwa. Były też na niej kro­ple śliny, nosiła ślady zębów, a obie strony pokry­wały plamy krwi.

Zamknął drzwi dzie­cię­cego pokoju i sta­ran­nie prze­krę­cił klucz.

***

W środku nocy wciąż nie mógł zasnąć, wie­dział, że żona też nie śpi.

– Myślisz, że Wendy zmie­niła scenę? – spy­tała w końcu.

– Oczy­wi­ście.

– Prze­łą­czyła sawannę na las i umie­ściła tam Rimę zamiast lwów?

– Tak.

– Czemu?

– Nie wiem, ale póki się nie dowiem, pokój pozo­sta­nie zamknięty.

– Skąd tam się wziął twój port­fel?

– Nie mam poję­cia – odparł. – Zaczy­nam jed­nak żało­wać, że kupi­li­śmy ten pokój. Jeśli dzieci mają jakieś neu­rozy, podobne pomiesz­cze­nie…

– Ma im poma­gać pozbyć się ner­wic w naj­zdrow­szy moż­liwy spo­sób.

– Zaczy­nam mieć wąt­pli­wo­ści. – Zapa­trzył się w sufit.

– Dali­śmy dzie­ciom wszystko, czego kie­dy­kol­wiek pra­gnęły. Czy tylko to dosta­niemy w zamian: tajem­ni­czość, nie­po­słu­szeń­stwo?

– Kto to powie­dział: „Dzieci są jak dywany: od czasu do czasu powinno się je prze­trze­pać”? Ni­gdy nie pod­nie­śli­śmy na nie ręki. Przy­znajmy to otwar­cie, są nie­zno­śne. Przy­cho­dzą i wycho­dzą, kiedy zechcą, trak­tują nas, jak­by­śmy to my byli potom­stwem. Są roz­pusz­czone, podob­nie jak my.

– Zacho­wują się dzi­wacz­nie od czasu, gdy kilka mie­sięcy temu zabro­ni­łeś im pole­cieć rakietą do Nowego Jorku.

– Wyja­śni­łem, że są na to jesz­cze za mło­dzi.

– Mimo to zauwa­ży­łam, że od tego czasu trak­tują nas raczej chłodno.

– Chyba popro­szę jutro Davida McC­le­ana, aby przy­szedł i obej­rzał Afrykę.

– Ale prze­cież to już nie Afryka, tylko kra­ina z Green Man­sions oraz Rima.

– Mam prze­czu­cie, że wkrótce znów pojawi się Afryka.

Chwilę póź­niej usły­szeli krzyki. Dwa krzyki, dwoje ludzi krzy­czą­cych na dole. A potem ryk lwów.

– Wendy i Peter nie śpią – zauwa­żyła żona.

Geo­rge leżał zasłu­chany w bicie swego serca.

– Nie śpią – przy­tak­nął. – Wła­mali się do dzie­cin­nego pokoju.

– Te krzyki. Brzmiały zna­jomo.

– Naprawdę?

– Bar­dzo zna­jomo.

I choć łóżka dokła­dały wszel­kich sta­rań, przez następną godzinę dwoje doro­słych nie dało się uko­ły­sać do snu. W noc­nym powie­trzu uno­sił się zapach kotów.

***

– Ojcze? – zagad­nął Peter.

– Tak?

Peter spu­ścił wzrok. Już od dawna nie patrzył na ojca i matkę.

– Nie zamkniesz chyba na dobre dzie­cin­nego pokoju, prawda?

– To zależy.

– Od czego? – wark­nął Peter.

– Od cie­bie i two­jej sio­stry. Jeśli uroz­ma­ici­cie nieco tę waszą Afrykę, powiedzmy, doda­cie Szwe­cję, Danię czy Chiny…

– Myśla­łem, że możemy bawić się tak, jak chcemy.

– Ow­szem, prze­strze­ga­jąc roz­sąd­nych ogra­ni­czeń.

– Co ci się nie podoba w Afryce, ojcze?

– A zatem przy­zna­jesz, że wywo­ły­wa­li­ście Afrykę?

– Nie chciał­bym, żebyś zamknął dzie­cinny pokój – oznaj­mił zimno Peter. – Ni­gdy.

– Szcze­rze mówiąc, zasta­na­wiamy się nad wyłą­cze­niem całego domu na jakiś mie­siąc. Chcemy pożyć peł­nią życia.

– To brzmi okrop­nie. Miał­bym sam wią­zać buty zamiast wią­zaczki sznu­ró­wek? Wła­sno­ręcz­nie myć zęby, cze­sać włosy i się kąpać?

– Byłoby to cał­kiem zabawne, nie sądzisz?

– Nie, raczej okropne. Nie podo­bało mi się, kiedy w zeszłym roku wyłą­czy­łeś auto­ma­la­rza.

– Chcia­łem, żebyś nauczył się malo­wać.

– Nie chcę nic robić. Chcę tylko patrzeć, słu­chać i wąchać. Cze­góż wię­cej mi trzeba?

– W porządku. Idź, pobaw się w Afryce.

– Powiedz, wyłą­czysz dom?

– Roz­wa­żamy taką moż­li­wość.

– Lepiej więc jej nie roz­wa­żaj­cie, ojcze.

– Mój syn nie będzie mi gro­ził!

– Dosko­nale.

Peter odwró­cił się i odszedł do dzie­cin­nego pokoju.

***

– Nie spóź­ni­łem się? – spy­tał David McC­lean.

– Śnia­da­nie? – zapro­po­no­wał Geo­rge Hadley.

– Dzięki, już jadłem. O co cho­dzi?

– Davi­dzie, jesteś psy­cho­lo­giem.

– Taką mam nadzieję.

– Spójrz zatem na dzie­cinny pokój. Oglą­da­łeś go w zeszłym w roku, kiedy do nas wpa­dłeś. Zauwa­ży­łeś wtedy coś szcze­gól­nego?

– Raczej nie. Zwy­kła prze­moc połą­czoną z lekką para­noją. Czę­sto poja­wia się ona u dzieci, bo bez wyjątku czują się prze­śla­do­wane przez rodzi­ców. Poza tym jed­nak nic cie­ka­wego.

Ruszyli kory­ta­rzem.

– Zamkną­łem pokój – wyja­śnił ojciec – ale dzieci wła­mały się do niego w nocy. Pozwo­li­łem im zostać, żeby wytwo­rzyły wzory, które mógł­byś obej­rzeć.

Z pokoju dobie­gły prze­raź­liwe krzyki.

– Pro­szę – rzekł Geo­rge Hadley. – Sam zobacz.

Bez puka­nia weszli do środka. Krzyki uci­chły. Lwy poże­rały zdo­bycz.

– Dzieci, wyjdź­cie stąd na chwilę – pole­cił Geo­rge. – Nie zmie­niaj­cie kom­bi­na­cji myślo­wej. Pozo­staw­cie ściany w spo­koju. Już!

Po odej­ściu dzieci obaj męż­czyźni sta­nęli bez ruchu, przy­glą­da­jąc się zgro­ma­dzo­nym w dali lwom; poże­rały z zapa­łem upo­lo­wane wcze­śniej ofiary.

– Chciał­bym wie­dzieć, co jedzą – mruk­nął Geo­rge Hadley. – Cza­sami nie­mal to dostrze­gam. Jak myślisz, gdy­bym przy­niósł silną lor­netkę i…

David McC­lean zaśmiał się sucho.

– Raczej nie. – Odwró­cił się, bada­jąc kolejno cztery ściany. – Od jak dawna to trwa?

– Nieco ponad mie­siąc.

– Nie wygląda to dobrze.

– Chcę fak­tów, nie prze­czuć.

– Mój drogi Geo­rge’u, żaden psy­cho­log w swym życiu nie dostrzegł ani jed­nego faktu. Wysłu­chu­jemy tylko opi­nii o uczu­ciach; męt­nych, nie­okre­ślo­nych uwag. Mówię ci, to nie wygląda dobrze. Zaufaj moim prze­czu­ciom i instynk­towi. Mam nosa do takich rze­czy. Tu dzieje się coś bar­dzo złego. Radzę wybu­rzyć cały ten prze­klęty pokój i przez następny rok co dzień przy­sy­łać do mnie dzieci na tera­pię.

– Jest aż tak źle?

– Oba­wiam się, że tak. Pier­wot­nie sto­so­wano takie pokoje do stu­dio­wa­nia wzor­ców pozo­sta­wia­nych na ścia­nach przez umysł dziecka, spo­koj­nego bada­nia śla­dów, pozwa­la­ją­cego lepiej pomóc pacjen­tom. W tym przy­padku jed­nak pokój, zamiast uwol­nić użyt­kow­ni­ków od nisz­czą­cych myśli, zaczął je sku­piać.

– Wcze­śniej tego nie wyczu­łeś?

– Czu­łem jedy­nie, że okrop­nie roz­pu­ści­łeś swoje dzieci, ale teraz je zawio­dłeś. Jak?

– Nie pozwo­li­łem im lecieć do Nowego Jorku.

– I co jesz­cze?

– Wyłą­czy­łem kilka maszyn i mie­siąc temu zagro­zi­łem, że zamknę dzie­cinny pokój, jeśli nie zaczną odra­biać lek­cji. Zro­bi­łem to zresztą na kilka dni, aby poka­zać, że mówię poważ­nie.

– Aha.

– Czy to coś zna­czy?

– Wszystko. Poprzed­nio mieli w domu Świę­tego Miko­łaja, teraz mają skąpca. Dzieci wolą Miko­łaja. Pozwo­li­łeś, by ten pokój i dom zastą­piły w ich ser­cach cie­bie wraz z żoną. Pokój stał się ich matką i ojcem. Odgrywa w ich życiu znacz­nie więk­szą rolę niż praw­dziwi rodzice. A teraz nagle zagro­zi­łeś, że go wyłą­czysz. Nic dziw­nego, że jest tu nie­na­wiść. Pro­mie­niuje nawet z nieba. Czu­jesz to słońce? Geo­rge, musisz zmie­nić wasze życie. Jak wielu innych ludzi zanadto sku­pi­łeś się na wygo­dach. Gdyby jutro zepsuła ci się kuch­nia, umarł­byś z głodu. Nie umiesz nawet roz­bić jajka. Powi­nie­neś wszystko wyłą­czyć. Zacząć od nowa. Trzeba na to czasu, ale w ciągu roku ze złych dzieci zro­bimy grzeczne. Pocze­kaj, a zoba­czysz.

– Czy jed­nak wstrząs towa­rzy­szący wyłą­cze­niu dzie­cin­nego pokoju nie okaże się dla nich zbyt wielki?

– Nie chcę po pro­stu, by zagłę­biały się w tę fan­ta­zję.

Lwy zakoń­czyły swą krwawą ucztę.

Teraz sta­nęły na skraju łąki, obser­wu­jąc obu męż­czyzn.

– Ja także zaczy­nam czuć się prze­śla­do­wany – rzu­cił McC­lean. – Chodźmy stąd. Ni­gdy nie podo­bały mi się te prze­klęte pokoje. Dener­wują mnie.

– Lwy wyglą­dają bar­dzo auten­tycz­nie, prawda? – spy­tał Geo­rge Hadley. – To chyba nie­moż­liwe…

– Co?

– …żeby stały się praw­dziwe?

– Oczy­wi­ście, że nie.

– Może uszko­dzone maszyny, maj­stro­wa­nie czy coś podob­nego?

– Nie.

Pode­szli do drzwi.

– Wąt­pię, by poko­jowi spodo­bało się to, że zamie­rzam go wyłą­czyć – rzekł ojciec.

– Nikt nie chce umie­rać, nawet pokój.

– Cie­kawe, czy mnie nie­na­wi­dzi?

– Aż gęsto tu dziś od para­noi – odparł David McC­lean. – Można ją kroić nożem. A to co? – Schy­lił się i pod­niósł zakrwa­wioną chustkę. – Należy do cie­bie?

– Nie. – Twarz Geo­rge’a Hadleya zesztyw­niała. – Do Lydii.

Razem pode­szli do skrzynki kon­tro­l­nej i prze­su­nęli prze­łącz­nik, który zga­sił dzie­cinny pokój.

Dzieci wpa­dły w histe­rię. Zaczęły wrzesz­czeć, mio­tać się, ciskać przed­mio­tami. Krzy­czały i szlo­chały, prze­kli­nały, ska­kały po meblach.

– Nie może­cie tego zro­bić dzie­cin­nemu poko­jowi! Nie może­cie!

– Spo­kój, dzieci.

Chło­piec i dziew­czynka padli na kanapę, zale­wa­jąc się łzami.

– Geo­rge – wtrą­ciła Lydia Hadley – włącz dzie­cinny pokój tylko na parę minut. To zbyt wielki wstrząs. Nie możesz być tak okrutny.

– Lydio, pokój jest wyłą­czony i pozo­sta­nie wyłą­czony. Od tej chwili cały ten prze­klęty dom będzie mar­twy. Im dłu­żej przy­glą­dam się matni, w jaką się wpa­ko­wa­li­śmy, tym więk­szy czuję wstręt. Zbyt długo byli­śmy zapa­trzeni we wła­sne elek­tro­niczne pępki. Mój Boże, jak bar­dzo potrzeba nam wszyst­kim świe­żego powie­trza!

To rze­kł­szy, zaczął krą­żyć po domu, wyłą­cza­jąc gada­jące zegary, kuchenki, grzej­niki, pucy­bu­tów, wią­zaczki sznu­ró­wek, myjki, wycie­raczki i masa­ży­stów. A także wszyst­kie inne maszyny, jakie tylko zdo­łał zna­leźć.

Zda­wało się, że dom zapeł­nił się tru­pami. Spra­wiał wra­że­nie mecha­nicz­nego cmen­ta­rza, taki był cichy. Umilkł szum ukry­tych maszyn, cze­ka­ją­cych, by włą­czyć je za naci­śnię­ciem guzika.

– Nie pozwól im tego zro­bić! – zawo­dził Peter, patrząc w sufit, jakby zwra­cał się do domu, do dzie­cin­nego pokoju. – Nie pozwól ojcu wszyst­kiego zabić. – Odwró­cił się do niego. – Nie­na­wi­dzę cię!

– Wyzwi­skami nic nie osią­gniesz.

– Obyś umarł!

– Wszy­scy byli­śmy mar­twi, i to bar­dzo długo. Teraz dopiero naprawdę zaczniemy żyć. Miast pod­da­wać się masa­żom i zabie­gom pie­lę­gna­cyj­nym, będziemy żyć peł­nią życia.

Wendy wciąż pła­kała, Peter ponow­nie do niej dołą­czył.

– Tylko chwilkę, jedną chwilkę, jesz­cze chwilkę w dzie­cin­nym pokoju – szlo­chali.

– Och, Geo­rge – wtrą­ciła żona – jedna chwila nie zaszko­dzi.

– Już dobrze, dobrze, jeśli tylko się zamkną. Pamię­taj­cie, jedna minuta, a potem wyłą­czamy.

– Tatu­siu, tatu­siu! – zaśpie­wały dzieci. Ich mokre od łez twa­rze roz­ja­śniły sze­ro­kie uśmie­chy.

– A potem wyje­dziemy na waka­cje. David McC­lean przy­je­dzie tu za pół godziny i zawie­zie nas na lot­ni­sko. Idę się ubrać. Lydio, włącz na minutę dzie­cinny pokój. Ale tylko na minutę, pamię­taj.

Gdy dzieci z matką odbie­gły, gada­jąc z pod­nie­ce­niem, pozwo­lił prą­dowi powie­trza wessać się na górę i zaczął się ubie­rać. Chwilę póź­niej zja­wiła się Lydia.

– Ucie­szę się, kiedy już stąd wyje­dziemy – wes­tchnęła.

– Zosta­wi­łaś ich w dzie­cin­nym pokoju?

– Też chcia­łam się ubrać. Och, ta paskudna Afryka. Co oni w niej widzą?

– Cóż, za pięć minut będziemy już w dro­dze do Iowa. Boże, czemu w ogóle kupi­li­śmy ten dom? Co spra­wiło, że zafun­do­wa­li­śmy sobie taki kosz­mar?

– Duma, pie­nią­dze, głu­pota.

– Lepiej będzie, jeśli zej­dziemy, zanim dzie­ciaki znów zaczną się bawić z tymi wstręt­nymi zwie­rza­kami.

W tym momen­cie usły­szeli woła­nie dzieci.

– Mamo, tato, chodź­cie szybko, szybko!

Spły­nęli na dół z prą­dem powie­trza i pobie­gli kory­ta­rzem. Ni­gdzie nie było ani śladu dzieci.

– Wendy, Peter!

Wbie­gli do dzie­cin­nego pokoju.

Sawanna była pusta – poza lwami, które patrzyły na przy­by­szów, zupeł­nie jakby na nich cze­kały.

– Peter, Wendy?

Drzwi zatrza­snęły się.

– Wendy, Peter!

Geo­rge Hadley i jego żona zawró­cili gwał­tow­nie i pobie­gli ku drzwiom.

– Otwie­raj­cie! – krzyk­nął Geo­rge, naci­ska­jąc gwał­tow­nie klamkę. – Zamknęli nas od zewnątrz! Peter! – Rąb­nął pię­ścią w drzwi. – Otwie­raj!

Nagle usły­szał dobie­ga­jący z dru­giej strony głos Petera.

– Nie pozwól­cie im wyłą­czyć dzie­cin­nego pokoju i domu – powie­dział chło­pak.

Pan i pani Hadley­owie dobi­jali się do drzwi.

– Dzieci, nie wygłu­piaj­cie się. Już czas jechać. Pan McC­lean będzie tu za chwilę i…

I wów­czas je usły­szeli.

Lwy skra­da­jące się z trzech stron w żół­tej tra­wie sawanny, dep­czące suche źdźbła, z nara­sta­ją­cym w gar­dłach gło­śnym pomru­kiem.

Lwy.

Pan Hadley spoj­rzał na swoją żonę, oboje odwró­cili się i popa­trzyli wprost na zbli­ża­jące się wolno potężne bestie, przy­cup­nięte, z naprę­żo­nymi ogo­nami.

Pań­stwo Hadley­owie krzyk­nęli.

I nagle uświa­do­mili sobie, czemu tamte wcze­śniej­sze krzyki wyda­wały im się zna­jome.

***

– No, jestem – oznaj­mił David McC­lean, sta­jąc w drzwiach dzie­cin­nego pokoju. – Witaj­cie. – Spoj­rzał na dwójkę dzieci sie­dzą­cych pośrodku łąki. Wyraź­nie urzą­dziły sobie pik­nik. Za nimi wid­niał wodo­pój i żółte sawanny. W górze świe­ciło gorące słońce. Zaczął się pocić. – Gdzie wasz ojciec i matka?

Dzieci unio­sły wzrok i się uśmiech­nęły.

– Zaraz tu będą.

– To dobrze, bo musimy jechać. – Pan McC­lean ujrzał w dali wal­czące i szar­piące coś pazu­rami lwy.

Po chwili zwie­rzęta uspo­ko­iły się, cicho poże­ra­jąc łup w cie­niu roz­ło­ży­stych drzew.

Przyj­rzał się im, mru­żąc oczy i osła­nia­jąc twarz dło­nią.

Teraz lwy skoń­czyły posi­łek i prze­szły do wodo­poju.

Po roz­pa­lo­nym czole pana McC­le­ana prze­mknął cień. Za nim podą­żyły następne. Z gorą­cego nieba opa­dały sępy.

W ciszy roz­legł się głos Wendy.

– Może her­baty?

Czło­wiek Ilu­stro­wany poru­szał się we śnie. Za każ­dym razem, gdy się odwra­cał, poja­wiał się kolejny obra­zek, barwna plama na ple­cach, ramie­niu, prze­gu­bie. Wyrzu­cił dłoń, wypro­sto­wał rękę, roz­trą­ca­jąc suchą trawę. Palce roz­gięły się i kolejna Ilu­stra­cja ożyła na jego dłoni. Prze­wró­cił się na plecy i na jego piersi uka­zała się czarna roz­gwież­dżona prze­strzeń. Pośród gwiazd coś się poru­szało, spa­dało w czerń, leciało w dół, a ja patrzy­łem…

Kalejdoskop

Pierw­szy wstrząs roz­darł bok rakiety niczym olbrzymi otwie­racz do kon­serw. Ludzie zostali wyrzu­ceni w prze­strzeń: tuzin pod­ska­ku­ją­cych srebr­nych ryb w mrocz­nym morzu. Tym­cza­sem sta­tek, roz­bity na milion kawał­ków, leciał dalej – deszcz mete­orów w poszu­ki­wa­niu stra­co­nego słońca.

– Bar­kley, Bar­kley, gdzie jesteś?

Głosy nawo­ły­wały niby dzieci zbłą­kane w ciem­no­ściach mroź­nej nocy.

– Woode, Woode!

– Kapi­ta­nie!

– Hol­lis, Hol­lis, tu Stone.

– Stone, tu Hol­lis. Gdzie jesteś?

– Nie wiem. Skąd niby mam wie­dzieć? Gdzie jest góra? Spa­dam. Dobry Boże, spa­dam.

Spa­dali jak garść kamy­ków ciśnię­tych w głąb studni. Roz­sy­pani niczym kulki rzu­cone ręką giganta. Prze­stali być ludźmi, sta­jąc się tylko gło­sami – naj­róż­niej­szymi gło­sami, bez­cie­le­snymi i namięt­nymi, w któ­rych dźwię­czała cała gama grozy i rezy­gna­cji.

– Odda­lamy się od sie­bie.

Rze­czy­wi­ście. Hol­lis, wiru­jący w prze­strzeni, wie­dział, że to prawda. Powoli zaczy­nał godzić się z sytu­acją. Szy­bo­wali w prze­ciw­nych kie­run­kach i nic nie mogło połą­czyć ich z powro­tem. Mieli na sobie her­me­tyczne ska­fan­dry kosmiczne, ich blade twa­rze zasła­niały szklane walce, zabra­kło im jed­nak czasu, żeby nało­żyć moduły zasi­la­jące. Z nimi sta­liby się maleń­kimi sza­lu­pami ratun­ko­wymi w kosmo­sie. Mogliby ura­to­wać sie­bie samych i swych towa­rzy­szy, two­rząc ludzką wysepkę postę­pu­jącą zgod­nie z wyty­czo­nym pla­nem. Jed­nakże pozba­wieni przy­pię­tych do ramion modu­łów stali się jedy­nie bez­myśl­nymi mete­orami zdą­ża­ją­cymi ku swemu odręb­nemu, nie­od­wra­cal­nemu prze­zna­cze­niu.

Upły­nęło może dzie­sięć minut, pod­czas któ­rych począt­kowa panika minęła, zastą­piona chłod­nym spo­ko­jem. W prze­strzeni poja­wiły się nici ode­rwa­nych gło­sów, krzy­żu­jące się i łączące ze sobą, two­rzące osta­teczny wzór na wiel­kich mrocz­nych kro­snach.

– Stone do Hol­lisa. Ile czasu możemy roz­ma­wiać przez tele­fon?

– To zależy, jak szybko ty lecisz w swoją stronę, a ja w swoją.

– Pew­nie jakąś godzinę.

– Naj­praw­do­po­dob­niej – zgo­dził się Hol­lis, wyci­szony i obo­jętny.

– Co się stało? – spy­tał minutę póź­niej.

– Rakieta wybu­chła, to wszystko. Rakiety wybu­chają; to się zda­rza.

– W któ­rym kie­runku lecisz?

– Wygląda na to, że ude­rzę w Księ­życ.

– Mnie przy­pa­dła Zie­mia. Z powro­tem na starą matkę Zie­mię, z pręd­ko­ścią dzie­się­ciu tysięcy mil na godzinę. Spłonę jak zapałka.

Hol­lis myślał o tym z dziwną obo­jęt­no­ścią, zupeł­nie jakby ode­rwał się od swego ciała i patrzył z daleka, jak pogrąża się coraz głę­biej w prze­strzeni. Rów­nie bez­na­mięt­nie mógłby obser­wo­wać pierw­sze płatki śniegu zwia­stu­jące nadej­ście dawno minio­nej zimy.

***

Pozo­stali mil­czeli, roz­my­śla­jąc o losie, który spro­wa­dził ich tu, aby spa­dali i spa­dali, nic nie mogąc na to pora­dzić. Nawet kapi­tan mil­czał, nie znał bowiem żad­nych pla­nów ani roz­ka­zów, które mogłyby zało­dze pomóc.

– Tak daleko na dół. Jest tak daleko, daleko, daleko na dół – powie­dział jakiś głos. – Nie chcę umie­rać, nie chcę umie­rać, jest tak daleko na dół.

– Kto to?

– Nie wiem.

– Chyba Stim­son. Stim­son, to ty?

– To tak daleko, daleko, a ja tego nie chcę. O Boże, nie chcę.

– Stim­son, mówi Hol­lis. Stim­son, sły­szysz mnie?

Chwila ciszy, pod­czas któ­rej odda­lili się od sie­bie.

– Stim­son?

– Tak – odparł w końcu głos.

– Stim­son, uspo­kój się; wszy­scy tkwimy w tym samym bagnie.

– Ja nie chcę. Chcę być gdzie indziej.

– Może jesz­cze nas znajdą.

– Muszą mnie zna­leźć! Muszą! – odparł Stim­son. – To się nie dzieje. To się nie dzieje naprawdę.

– To tylko zły sen – wtrą­cił ktoś.

– Zamknij się! – rzu­cił Hol­lis.

– Chodź i zmuś mnie! – odrzekł głos. To był Apple­gate. Roze­śmiał się lekko. – Chodź tu i zmuś mnie, żebym się zamknął.

Hol­lis po raz pierw­szy poczuł, w jak nie­zno­śnej sytu­acji się zna­lazł.

Wpadł w wielki gniew. Nagle ponad wszystko zapra­gnął coś zro­bić Apple­gate’owi. Chciał tego od wielu lat, ale teraz było już za późno. Apple­gate stał się jedy­nie gło­sem w tele­fo­nie.

W dół, w dół, w dół…

***

Póź­niej, jakby wresz­cie uświa­do­mili sobie grozę swo­jego poło­że­nia, dwaj męż­czyźni zaczęli krzy­czeć. W kosz­mar­nej wizji Hol­lis ujrzał jed­nego z nich szy­bu­ją­cego w pobliżu, wrzesz­czą­cego bez opa­mię­ta­nia.

– Prze­stań!

Męż­czy­zna zna­lazł się nie­mal w zasięgu jego rąk; wciąż wrzesz­czał jak potę­pie­niec. Ni­gdy nie umilk­nie. Będzie wydzie­rał się przez milion mil, dopóki pozo­sta­nie w zasięgu radia, prze­szka­dza­jąc im wszyst­kim, unie­moż­li­wia­jąc jaką­kol­wiek roz­mowę.

Hol­lis wycią­gnął rękę. Tak będzie naj­le­piej. Z pew­nym wysił­kiem chwy­cił kostkę męż­czy­zny i pod­cią­gnął się. Tam­ten krzy­czał i szar­pał się roz­pacz­li­wie niczym tonący pły­wak. Jego wrzask wypeł­niał wszech­świat.

Tak czy ina­czej, pomy­ślał Hol­lis, zgi­nie, zabity przez Księ­życ, Zie­mię czy meteor. Czemu więc nie teraz?

Żela­zną pię­ścią strza­skał szklaną maskę tam­tego. Krzyki uci­chły. Ode­pchnął się od trupa i spa­dał dalej, pozwa­la­jąc, by ciało bez­wład­nie szy­bo­wało.

W dół i w dół. Hol­lis i pozo­stali spa­dali w głę­boką, nie­skoń­czoną, wiru­jącą otchłań ciszy.

– Hol­lis, jesteś tam?

Nie odpo­wie­dział, poczuł jed­nak gorąco napły­wa­ją­cej do twa­rzy krwi.

– Tu znów Apple­gate.

– W porządku, Apple­gate.

– Poga­dajmy. Nie mamy nic innego do roboty.

W tym momen­cie włą­czył się kapi­tan.

– Wystar­czy. Musimy zna­leźć jakieś wyj­ście.

– Może byś się zamknął? – rzu­cił Apple­gate.

– Co takiego?

– Sły­sza­łeś, kapi­ta­nie. Nie pró­buj mnie zastra­szyć. Dzieli nas dzie­sięć tysięcy mil i nie mamy się co oszu­ki­wać. Jak to okre­ślił Stim­son, jest tak daleko na dół.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki