451 stopni Fahrenheita - Ray Bradbury - ebook + książka

451 stopni Fahrenheita ebook

Ray Bradbury

4,1
41,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Przerażająco prorocza powieść o przyszłości w świecie postliterackim…

Guy Montag jest strażakiem. Jego praca polega na niszczeniu najbardziej zakazanego ze wszystkich dóbr, źródła wszelkich niesnasek i nieszczęść: książek.

Nie przychodzi mu do głowy, że mógłby kwestionować swoje nijakie życie – dopóki nie zostanie mu objawiona przeszłość, w której ludzie nie żyli w strachu, i teraźniejszość, w której można postrzegać świat przez pryzmat idei.

Zaczyna ukrywać w domu książki, które wkrótce zagrożą jego życiu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
4,1 (1026 ocen)
398
369
190
61
8
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Kamila201111

Nie oderwiesz się od lektury

Nieoczywista, skłaniająca do refleksji. I wbrew powszechnym opinion nie powiedziałabym, zeto książka o paleniu książek.
10
GraynaK

Nie oderwiesz się od lektury

daje do myślenia
10
Gawoj

Nie oderwiesz się od lektury

Książka wybitna.
10
maciejka1612

Całkiem niezła

Coś w sobie ma........
00
Yoshamoner

Nie oderwiesz się od lektury

„451 stopni Fahrenheita” to nie jest zwykła dystopia science-fiction z poprzedniego stulecia. To lustro, w które patrzymy dzisiaj z gęsią skórką na rękach. Choć w świecie Bradbury’ego symbolem upadek kultury jest palenie książek, autor genialnie punktuje coś o wiele głębszego: to nie system zmusił ludzi do głupoty. To ludzie sami wybrali wygodę kosztem myślenia.
00



Tytuł ory­gi­nału: Fah­ren­heit 451

Copy­ri­ght © 1953 by Ray Brad­bury Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2018 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Syl­wia San­dow­ska-Dobija Korekta: Bar­tosz Szpojda Ilu­stra­cja na okładce: Dark Crayon Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Piotr Chy­liń­ski Pro­jekt typo­gra­ficzny: Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-68591-85-9

Pro­du­cent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Kon­sty­tu­cji 5/10, 00-657 War­szawa www.mag.com.pl han­[email protected]

Wyłączny dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Maz. tel. 227 335 010 www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Donowi Cong­do­nowi,z wdzięcz­no­ścią

451 stopni Fah­ren­he­ita: tem­pe­ra­tura, w któ­rej papier książ­kowy zaj­muje się ogniem i spala.

Jeżeli dadzą ci papier w linie, pisz w poprzek nich.

Juan Ramón Jiménez

Część pierwsza. Pożoga i salamandra

Część pierw­sza

Pożoga i sala­man­dra

Przy­jem­nie było palić.

Szcze­gólną przy­jem­ność spra­wiało mu patrze­nie, jak żar pochła­nia przed­mioty, jak czerni je i prze­obraża. Kiedy ści­skał w rękach mosiężną dyszę, kiedy gigan­tyczny pyton pluł jado­witą naftą na świat, krew tęt­niła mu w skro­niach, a jego dło­nie sta­wały się dłońmi jakie­goś nie­wia­ry­god­nego dyry­genta, który wygry­wa­jąc wszyst­kie ogni­ste sym­fo­nie, obala zwę­glone szczątki i zglisz­cza histo­rii. W nało­żo­nym na sta­teczną głowę heł­mie z sym­bo­licz­nym ozna­cze­niem 451, z oczyma pała­ją­cymi poma­rań­czo­wym ogniem na myśl o tym, co wyda­rzy się za chwilę, uru­cha­miał zapal­nik… i dom sta­wał w żar­łocz­nych pło­mie­niach, od któ­rych wie­czorne niebo przy­bie­rało odcie­nie czer­wieni, żółci i czerni. Prze­cha­dzał się wśród roju świe­tli­ków. Jak w tym sta­rym dow­ci­pie, odczu­wał nie­prze­partą pokusę, żeby zatknąć słodką piankę na patyk i wło­żyć ją w sam śro­dek tego pie­kła. Książki trze­po­tały, skrzy­dlate jak gołę­bie, i umie­rały na weran­dzie i traw­niku przed domem, ginęły w wirach iskier, roz­wie­wa­nych czar­nym wia­trem pożogi.

Z twa­rzy Mon­taga nie scho­dził zawzięty uśmiech, typowy dla ludzi, któ­rych ogień przy­pa­lił i zmu­sił do wyco­fa­nia się.

Wie­dział, że kiedy wróci do remizy i zoba­czy w lustrze uczer­nio­nego osmo­lo­nym kor­kiem kome­dianta, być może mru­gnie poro­zu­mie­waw­czo sam do sie­bie. Póź­niej, kła­dąc się spać, na­dal będzie czuł ten ogni­sty uśmiech wykrzy­wia­jący mu w ciem­no­ści twarz. Bo ten uśmiech ni­gdy nie zni­kał. Ni­gdy. Odkąd pamię­tał, nie scho­dził mu z twa­rzy.

* * *

Zdjął czarny jak owa­dzi pan­cerz kask, wypo­le­ro­wał go i odło­żył na miej­sce. Sta­ran­nie odwie­sił ognio­od­porną kurtkę. Wziął długi prysz­nic, po czym – pogwiz­du­jąc, z dłońmi w kie­sze­niach – prze­szedł przez całe pię­tro remizy i sko­czył do dziury. Dopiero w ostat­niej chwili, gdy tra­ge­dia zda­wała się nie­unik­niona, wycią­gnął ręce z kie­szeni i zła­pał się zło­tego słupa. Wyha­mo­wał z piskiem, jego buty zawi­sły o cal nad beto­nową posadzką par­teru.

Była pół­noc, kiedy wyszedł z remizy i ciemną o tej porze ulicą prze­szedł na sta­cję metra. Napę­dzany ciśnie­niem powie­trza pociąg bez­sze­lest­nie prze­mknął próż­nio­wym tune­lem i w potęż­nym cie­płym podmu­chu wypluł Mon­taga na wyło­żone kre­mo­wymi płyt­kami ruchome schody, mające wynieść go na poziom przed­mie­ścia.

Wciąż pogwiz­dy­wał pod nosem, gdy owio­nęło go nie­ru­chome nocne powie­trze. Ruszył w stronę skrzy­żo­wa­nia, myśląc nie­wiele i o niczym kon­kret­nym. Zanim jed­nak doszedł do rogu, zwol­nił kroku, jakby nagle, nie wie­dzieć skąd, powiał wiatr. Jakby ktoś zawo­łał go po imie­niu.

Przez ostat­nie kilka wie­czo­rów, kiedy w świe­tle gwiazd wra­cał tą drogą do domu, ten zakręt wpra­wiał go w dziwny nie­po­kój; odno­sił wra­że­nie, że jesz­cze przed chwilą, tuż przed tym, jak skrę­cił na skrzy­żo­wa­niu, na chod­niku ktoś stał. Powie­trze zda­wało się nała­do­wane szcze­gól­nym rodza­jem spo­koju, jakby ktoś tam na niego cze­kał, po czym tuż przed jego nadej­ściem wyco­fy­wał się w cień i pozwa­lał mu przejść. Może zwę­szył ulotny zapach per­fum; może skóra na jego twa­rzy i wierz­chu dłoni reago­wała na zmianę tem­pe­ra­tury po tym, jak powie­trze ogrzało się prze­lot­nie o dzie­sięć stopni od sto­ją­cego tu przez dłuż­szy czas czło­wieka. Nie rozu­miał tego. Za każ­dym razem, gdy skrę­cał za róg, widział tylko biały, nie­uży­wany, wybrzu­sza­jący się chod­nik; może, tylko może, któ­rejś nocy coś mignęło mu po dru­giej stro­nie traw­nika, zanim zdą­żył się ode­zwać lub choćby zogni­sko­wać wzrok.

Jed­nakże dzi­siaj, pod­cho­dząc do zakrętu, zwol­nił tak bar­dzo, że pra­wie się zatrzy­mał. Natę­żył zmy­sły, puścił je przo­dem, się­gnął nimi za węgiel budynku i wychwy­cił naj­cich­szy z moż­li­wych szept. Czyjś oddech? A może sama obec­ność kogoś, kto tam cze­kał, wystar­czyła, żeby powie­trze zadrżało?

Skrę­cił za róg.

Jesienne liście prze­pły­wały po chod­niku ską­pa­nym w bla­sku księ­życa w taki spo­sób, że idąca nim dziew­czyna zda­wała się pły­nąć, uno­szona wia­trem. Lekko pochy­lona, patrzyła, jak jej buty roz­trą­cają wiru­jące liście. Twarz miała szczu­płą, białą jak mleko. Malu­jąca się na niej łagodna zachłan­ność łączyła się z nie­wy­czer­paną cie­ka­wo­ścią ota­cza­ją­cego ją świata; można by pomy­śleć, że dziew­czyna trwa w sta­nie wiecz­nego zadzi­wie­nia. Nic nie mogło ujść jej czuj­nym ciem­nym oczom. Jej biała sukienka szep­tała.

Miał wra­że­nie, że pra­wie sły­szy ruch jej dłoni, a po chwili do jego uszu dobiegł jesz­cze inny, led­wie uchwytny odgłos, dźwięk pod­no­szo­nej głowy, gdy dziew­czyna odkryła, że zaled­wie uła­mek sekundy dzieli ją od zde­rze­nia z czło­wie­kiem, który czeka na nią pośrodku chod­nika.

Z drzew nad ich gło­wami sypał się gło­śny, suchy deszcz. Dziew­czyna zatrzy­mała się gwał­tow­nie, jakby miała zamiar się cof­nąć, zasko­czona, lecz zamiast tego tylko obrzu­ciła Mon­taga spoj­rze­niem oczu tak ciem­nych, błysz­czą­cych i żywych, że poczuł, jakby powie­dział jej coś naj­zu­peł­niej nie­sa­mo­wi­tego – cho­ciaż miał zara­zem świa­do­mość, że jego usta uło­żyły się tylko w „dobry wie­czór”.

– Mieszka tu pani od nie­dawna, prawda? – zagad­nął, gdy jej wzrok przy­kuła naj­pierw sala­man­dra na jego ramie­niu, a potem feniks na piersi.

– A pan musi być… – prze­nio­sła wzrok z insy­gniów jego pro­fe­sji na twarz – … tym stra­ża­kiem.

– Dziwne słowa.

– Pozna­ła­bym… z zamknię­tymi oczami – powie­działa powoli.

– Po zapa­chu nafty? – Roze­śmiał się. – Żona stale się skarży. Nie da się go zmyć tak do końca.

– Rze­czy­wi­ście – przy­tak­nęła z naboż­nym sza­cun­kiem. – Nie da się.

Miał wra­że­nie, że dziew­czyna obcho­dzi go dookoła, obraca na wszyst­kie strony, wywraca do góry nogami, bez­gło­śnie potrząsa nim i opróż­nia mu kie­sze­nie – a wszystko to w cał­ko­wi­tym bez­ru­chu.

– Nafta – pod­jął po chwili, gdy mil­cze­nie się prze­dłu­żało – jest dla mnie jak per­fumy.

– Naprawdę tak wła­śnie ją pan odbiera?

– Ależ natu­ral­nie. Dla­czego nie?

Dała sobie chwilę na prze­tra­wie­nie jego słów.

– Nie wiem – powie­działa i odwró­ciła się w kie­runku, z któ­rego przy­szła. – Odpro­wa­dziłby mnie pan do domu? Nazy­wam się Cla­risse McC­lel­lan.

– Jestem Guy Mon­tag. Chodźmy, Cla­risse. Co robisz tak późno sama w tej oko­licy? Ile masz lat?

Szli posre­brzo­nym chod­ni­kiem, owie­wani cie­pło-chłod­nym podmu­chem wie­czoru. W powie­trzu uno­siły się led­wie uchwytne wonie świe­żych moreli i tru­ska­wek. Mon­tag rozej­rzał się z nie­do­wie­rza­niem: to nie­moż­liwe, nie o tej porze roku.

Zoba­czył tylko idącą u jego boku dziew­czynę, któ­rej twarz w świe­tle księ­życa była biała jak śnieg. Wie­dział, że obraca jego pyta­nia w gło­wie i szuka naj­lep­szych odpo­wie­dzi.

– No dobrze – ode­zwała się w końcu. – Mam sie­dem­na­ście lat i lek­kiego hyzia. Mój wujek twier­dzi, że te dwie rze­czy zawsze idą w parze. Kiedy ktoś cię zapyta, ile masz lat, pora­dził mi, zawsze odpo­wia­daj, że sie­dem­na­ście i hyzia. Czy taki wie­czór to miła pora na spa­cer? Lubię oglą­dać różne rze­czy, wcią­gać ich zapach… Cza­sem spa­ceruję przez całą noc, a potem obser­wuję wschód słońca.

Znów przez chwilę szli w mil­cze­niu.

– Wie pan, zupeł­nie się pana nie boję – przy­znała w zamy­śle­niu.

– Dla­czego mia­ła­byś się mnie bać? – zdu­miał się.

– Wielu ludzi się boi. Was, stra­ża­ków. Ale pan jest cał­kiem zwy­czaj­nym czło­wie­kiem…

Zoba­czył swoje odbi­cie w jej oczach, zawie­szone w dwóch lśnią­cych kro­pel­kach wody, malut­kie, ciemne, ze wszyst­kimi szcze­gó­łami, z bruz­dami wokół ust… Wszystko było na swoim miej­scu, jakby jej oczy były dwoma cudow­nymi okru­chami fio­le­to­wego bursz­tynu, zdol­nego pochwy­cić go i prze­cho­wać w nie­na­ru­szo­nym sta­nie. Jej twarz, zwró­cona teraz ku niemu, przy­po­mi­nała kru­chy mleczny krysz­tał, roz­ja­rzony od wewnątrz sta­łym, łagod­nym bla­skiem. Nie było to histe­ryczne świa­tło elek­trycz­no­ści, lecz… Co wła­ści­wie? Oso­bli­wie kojąca, roz­mięk­czona i łagod­nie pochlebna poświata świecy. Któ­re­goś dnia, gdy był jesz­cze dziec­kiem, w domu zabra­kło prądu. Matka odszu­kała i zapa­liła ostat­nią świeczkę i przez godzinę na nowo odkry­wali tę szcze­gólną świa­tłość, w któ­rej prze­strzeń tra­ciła swoją roz­le­głość i ota­czała ich przy­tul­nie, i byli w niej sami, tylko we dwoje, matka i syn, prze­obra­żeni i złą­czeni w nadziei, że elek­trycz­ność nie wróci zbyt szybko…

– Mogę o coś zapy­tać? – ode­zwała się znie­nacka Cla­risse. – Od jak dawna jest pan stra­ża­kiem?

– Od dekady. Odkąd skoń­czy­łem dwa­dzie­ścia lat.

– Czyta pan cza­sem książki, które pan pali?

Roze­śmiał się.

– To wbrew prawu.

– No tak. Natu­ral­nie.

– To porządna praca. W ponie­dzia­łek spal Mil­lay, w środę Whit­mana, w pią­tek Faulk­nera. Spal ich na popiół, a potem spal popiół. To nasz ofi­cjalny slo­gan.

Znowu prze­szli kawa­łek bez słowa.

– Czy to prawda, że dawno temu stra­żacy gasili pożary, zamiast je wznie­cać? – zapy­tała Cla­risse.

– Nie. Domy zawsze były nie­palne, możesz mi wie­rzyć.

– To dziwne. Podobno w prze­szło­ści zda­rzało się, że dom przez przy­pa­dek sta­wał w ogniu, i wtedy potrzebni byli stra­żacy, by powstrzy­mać roz­prze­strze­nia­nie się pożaru.

Mon­tag par­sk­nął śmie­chem.

Obej­rzała się na niego.

– Dla­czego się pan śmieje?

– Nie wiem. – Znów zaczął się śmiać, ale szybko się poha­mo­wał. – A co?

– Wybu­cha pan śmie­chem, mimo że wcale nie jestem zabawna. I odpo­wiada pan tak od razu, bez namy­słu. W ogóle się pan nie zasta­na­wia nad tym, o co pytam.

Zatrzy­mał się.

– Prze­dziwna z cie­bie osóbka – przy­znał, patrząc na nią. – Nie ma w tobie ani krzty sza­cunku?

– Nie chcia­łam pana obra­zić. Po pro­stu… chyba za bar­dzo lubię przy­glą­dać się ludziom.

– Czy to coś w ogóle dla cie­bie zna­czy? – Postu­kał pal­cem w cyfry 451 wyha­fto­wane na czar­nym jak węgiel ręka­wie.

– Tak – przy­tak­nęła szep­tem. Przy­śpie­szyła kroku. – Przy­glą­dał się pan kie­dyś odrzu­to­wo­zom pędzą­cym po bul­wa­rach?

– Zmie­niasz temat!

– Cza­sem sobie myślę, że kie­rowcy nie wie­dzą, czym jest trawa albo kwiaty, bo ni­gdy nie widzą ich w bez­ru­chu. Gdyby poka­zać kie­rowcy roz­ma­zaną zie­loną plamę, to powie, że tak wła­śnie wygląda trawa. Różową plamę? Toż to ogród różany! Białe plamy to domy, brą­zowe to krowy… Wujek prze­je­chał kie­dyś powoli po auto­stra­dzie: jechał czter­dzie­ści mil na godzinę i tra­fił za to na dwa dni do wię­zie­nia. Czy to nie jest zabawne? I zara­zem smutne?

– Za dużo myślisz – odpo­wie­dział ner­wowo Mon­tag.

– Rzadko oglą­dam ścia­no­wi­zję, bywam na wyści­gach czy w weso­łym mia­steczku. Pew­nie dla­tego mam mnó­stwo czasu na nie­mą­dre roz­my­śla­nia. Widział pan te dłu­gie na dwie­ście stóp bil­l­bo­ardy za mia­stem? A wie pan, że kie­dyś bil­l­bo­ardy mie­rzyły zale­d­wie dwa­dzie­ścia stóp? Ale pojazdy zaczęły pędzić tak szybko, że twórcy reklam musieli je powięk­szyć, żeby dłu­żej dzia­łały.

– Nie mia­łem o tym poję­cia! – Mon­tag zatrząsł się od śmie­chu.

– Założę się, że wiem wię­cej rze­czy, z któ­rych nie zdaje pan sobie sprawy. Ran­kiem na tra­wie jest rosa.

Nie mógł sobie przy­po­mnieć, czy wie­dział o tym wcze­śniej, czy nie. To było iry­tu­jące.

– A jak się dobrze przyj­rzeć, można zoba­czyć czło­wieka na księ­życu. – Ski­nęła głową.

Dawno nie patrzył w niebo.

Resztę drogi prze­byli w mil­cze­niu – dla niej peł­nym zadumy, dla niego krę­pu­ją­cym i dusz­nym. Co rusz rzu­cał jej oskar­ża­jące spoj­rze­nia.

– Co się stało? – zapy­tał. Rzadko widy­wał aż tyle świa­teł zapa­lo­nych w domu.

– Nic takiego: mama, tato i wujek sie­dzą i roz­ma­wiają. To coś podob­nego jak cho­dze­nie pie­szo, tylko jesz­cze rzad­sze. Mój wujek został przy innej oka­zji aresz­to­wany za cho­dze­nie pie­szo, mówi­łam panu o tym? Jeste­śmy naprawdę oso­bliwą rodziną.

– Ale o czym tak roz­ma­wia­cie?

Tym razem to ona się roze­śmiała.

– Dobra­noc. – Weszła na dróżkę pro­wa­dzącą do drzwi, ale nagle jakby sobie o czymś przy­po­mniała, bo odwró­ciła się i spoj­rzała na Mon­taga z zafa­scy­no­wa­niem. – Czy jest pan szczę­śliwy?

– Czy jestem jaki?! – odkrzyk­nął.

Ale jej już nie było. Śmi­gnęła w bla­sku księ­życa i drzwi cicho zamknęły się za nią.

* * *

– Szczę­śliwy! Co za bzdura!

Prze­stał się śmiać. Wsu­nął dłoń w ręka­wicz­nię w drzwiach. Roz­po­znała jego dotyk i drzwi się otwo­rzyły, prze­su­wa­jąc się w bok.

Oczy­wi­ście, że jestem szczę­śliwy. A co ona myśli, że nie? – zagad­nął puste wnę­trze domu.

Stał w przed­po­koju, patrząc na kratkę wywietrz­nika, gdy nagle przy­po­mniał sobie, że coś tam leży, coś ukry­tego, co w tej chwili zda­wało się patrzeć na niego z góry. Pośpiesz­nie spu­ścił wzrok.

Cóż za nie­zwy­kłe spo­tka­nie. Cóż za nie­zwy­kła noc. Przy­po­mi­nał sobie tylko jedno podobne wyda­rze­nie, sprzed roku, kiedy spo­tkał w parku sta­rego czło­wieka i z nim roz­ma­wiał…

Pokrę­cił głową i zapa­trzył się na pustą ścianę. Zoba­czył tam twarz dziew­czyny, która w jego wspo­mnie­niu była auten­tycz­nie piękna. Zdu­mie­wa­jąco piękna, prawdę mówiąc, choć przy tym bar­dzo drobna, jak cyfer­blat nie­wiel­kiego zegara maja­czący w środku nocy w ciem­nym pokoju, kiedy czło­wiek budzi się i chce spraw­dzić, która godzina, a zegar wska­zuje mu godzinę, minutę i sekundę białą ciszą i poświatą tar­czy, pewny sie­bie i świa­domy tego, co ma do powie­dze­nia o pręd­kim prze­mi­ja­niu nocy, zmie­rza­ją­cej zara­zem ku głęb­szym ciem­no­ściom i ku nowemu wscho­dowi słońca.

No co? – zapy­tał Mon­tag dru­giego sie­bie, tego pod­świa­do­mego idiotę, któ­remu zda­rzało się cza­sem beł­ko­tać bez ładu i składu, zupeł­nie nie­za­leż­nego od woli, przy­zwy­cza­jeń i sumie­nia.

Jesz­cze raz zer­k­nął na ścianę. Obli­cze dziew­czyny przy­wo­dziło też na myśl zwier­cia­dło – co prze­cież było nie­moż­liwe: ilu znał ludzi, któ­rych twa­rze odbi­ja­łyby jego wła­sne świa­tło? Ludzie byli raczej jak… szu­kał odpo­wied­niego porów­na­nia… jak pochod­nie pło­nące jasno, aż do cał­ko­wi­tego wypa­le­nia. Nie­zwy­kle rzadko zda­rzało się, żeby twarz spo­tka­nej osoby przyj­mo­wała coś od niego i odpo­wia­dała mu jego wła­snym gry­ma­sem; jego wła­sną tajemną, skry­waną, roze­dr­ganą myślą.

Dziew­czyna była nie­sa­mo­wi­cie spo­strze­gaw­cza, jak nad­zwy­czaj bystry widz przed­sta­wie­nia z udzia­łem mario­ne­tek, prze­wi­du­jący każde mru­gnię­cie powieki, każdy gest dłoni, każdy ruch palca na uła­mek sekundy przed tym, nim rze­czy­wi­ście się roz­po­czął. Jak długo szli razem, trzy minuty? Pięć? A jakże długi wyda­wał mu się teraz ten czas. Jak potężną posta­cią ryso­wała się przed nim na sce­nie; jak ogromny cień rzu­cała jej szczu­pła syl­wetka! Miał wra­że­nie, że gdyby nagle zaswę­działo go oko, ona by zamru­gała. Gdyby mię­śnie jego szczęk naprę­żyły się nie­do­strze­gal­nie, ona ziew­nę­łaby na długo przed tym, nim on zdą­żyłby to zro­bić.

Wła­ści­wie, pomy­ślał, gdyby się nad tym zasta­no­wić, to prze­cież można odnieść wra­że­nie, że na mnie cze­kała tam, za rogiem, mimo dia­bel­nie póź­nej pory…

Otwo­rzył drzwi do sypialni.

Jakby wszedł do zim­nego mar­mu­ro­wego mau­zo­leum po zacho­dzie księ­życa. Cał­ko­wita ciem­ność, ani śladu srebr­nego świata na zewnątrz, szczel­nie zamknięte okna, pokój jak grób, do któ­rego nie prze­ni­kają żadne dźwięki wiel­kiego mia­sta.

Pokój nie był pusty. Mon­tag nad­sta­wił ucha.

Ciche bucze­nie w powie­trzu, jakby tań­czą­cego komara, elek­tryczny pomruk osy ukry­tej w różo­wym przy­tul­nym gnieź­dzie. Muzyka nie­mal dość gło­śna, by mógł zanu­cić melo­dię.

Poczuł, jak jego uśmiech topi się, spływa mu z twa­rzy, zapada się w sobie jak łojowa otu­lina, two­rzywo pięk­nej świecy, która nazbyt długo pło­nęła, a teraz zapada się i gaśnie. Ciem­ność. Nie był szczę­śliwy. Nie był szczę­śliwy. Powie­dział to na głos. Stwier­dził, że tak wła­śnie wygląda prawda. Nosił swoją szczę­śli­wość jak maskę, a potem dziew­czyna zabrała mu ją i ucie­kła przez traw­nik, a on nie miał jak do niej pójść i pro­sić o zwrot.

Nie włą­cza­jąc świa­tła, przy­wo­łał w wyobraźni obraz pokoju. Jego żona wycią­gnięta na łóżku, nie­przy­kryta i zimna jak ciało wyło­żone na pokry­wie sar­ko­fagu, oczy utkwione w sufit, przy­trzy­my­wane nie­wi­dzial­nymi sta­lo­wymi nitecz­kami, nie­ru­chome. W uszach mocno wbite maleń­kie muszelki, radio­od­bior­niki wiel­ko­ści naparstka, a w nich – elek­tro­niczny ocean dźwięku: muzyka i głosy, muzyka i głosy wzbie­ra­jące i roz­trza­sku­jące się o brzegi jej nie­uś­pio­nego umy­słu. Pokój jed­nak był pusty. Co wie­czór potężne fale dźwięku zagar­niały ją i nio­sły bez­władną, z sze­roko otwar­tymi oczami, aż do poranka. Przez ostat­nie dwa lata nie było ani jed­nej nocy, kiedy Mil­dred nie pła­wi­łaby się w tym morzu, nie zanu­rzała się w nim z przy­jem­no­ścią po raz trzeci.

Mimo panu­ją­cego w pokoju chłodu miał wra­że­nie, że nie ma czym oddy­chać. Nie chciał odsu­wać zasłon i otwie­rać prze­szklo­nych drzwi, aby nie wpusz­czać do środka świa­tła księ­życa, dla­tego jak czło­wiek, który wie, że w ciągu naj­bliż­szej godziny udusi się z braku powie­trza, po omacku zaczął szu­kać drogi do swo­jego odsło­nię­tego, osob­nego i przez to zim­nego łóżka.

Uła­mek sekundy przed zaha­cze­niem stopą o przed­miot leżący na pod­ło­dze wie­dział już, że o niego zaha­czy – uczu­cie dosyć podobne do tego, jakiego doświad­czył tuż przed tym, jak skrę­cił za róg i nie­mal zde­rzył się z dziew­czyną. Jego poru­sza­jąca się noga wysłała przed sie­bie wibra­cje i ode­brała ich echo odbite od nie­wiel­kiej prze­szkody. Stopa kop­nęła. Przed­miot zadźwię­czał głu­cho, meta­licz­nie i prze­mie­ścił się w ciem­no­ści.

Mon­tag stał wypro­sto­wany i wśród niczym nie­zmą­co­nej nocy wsłu­chi­wał się w dźwięki wyda­wane przez leżącą na ciem­nym łóżku osobę. Tchnie­nie wydo­by­wa­jące się przez nos było tak słabe, że led­wie muskało naj­dal­sze obrzeża życia, mały listek, czarne piórko, poje­dyn­czy włos.

Na­dal nie chciał wpusz­czać do pokoju świa­tła z zewnątrz. Wyjął zapal­nik, wyma­cał gra­we­ro­waną na srebr­nym krążku sala­man­drę, pstryk­nął…

W bla­sku malut­kiego pło­mie­nia trzy­ma­nego w rękach dostrzegł patrzące na niego dwa jasne, białe jak księ­życ kamie­nie, zato­pione niczym w czy­stej wodzie w stru­dze życia, która prze­pły­wała nad nimi, nie doty­ka­jąc ich.

– Mil­dred!

Jej twarz była jak przy­sy­pana śnie­giem wyspa, na którą mógł spaść deszcz, lecz ona żad­nego desz­czu nie czuła; na którą chmury mogły rzu­cać swoje ruchome cie­nie, lecz ona pozo­sta­wała nie­świa­doma ich muśnięć. Był tylko śpiew naparst­ko­wych os w jej zatka­nych na głu­cho uszach, ledwo sły­szalny słaby wdech-wydech wpły­wa­jący do jej noz­drzy i wypły­wa­jący z powro­tem oraz jej cał­ko­wita obo­jęt­ność na jego wpły­wa­nie i wypły­wa­nie.

Odkop­nięty przed­miot prze­tur­lał się i lśnił teraz pod jego łóż­kiem: mała krysz­ta­łowa fiolka po środ­kach nasen­nych. Wcze­śniej tego samego dnia zawie­rała trzy­dzie­ści kap­su­łek, w tej chwili mie­niła się w świe­tle małego pło­myka odkor­ko­wana i pusta.

Kiedy tak stał, niebo nad domem ryk­nęło. Roz­legł się ogłu­sza­jący trzask, jakby dwie olbrzy­mie dło­nie roz­darły szew łączący dzie­sięć tysięcy mil czar­nego płótna. Mon­tag roz­pękł się na dwoje, czuł, jak coś go roz­po­ła­wia, roz­rywa mu pierś. Odrzu­towe bom­bowce leciały, leciały, leciały, jeden i drugi, jeden i drugi, sześć, dzie­więć, dwa­na­ście, jeden, jeden, jeden i jesz­cze jeden, i jesz­cze, i jesz­cze. Wyrę­czyły go w krzyku. Otwo­rzył usta i słu­chał, jak jazgot maszyn spada z nieba i wyrywa mu się spo­mię­dzy zębów. Dom się zatrząsł. Zapal­nik zgasł mu w dłoni. Księ­ży­cowe kamie­nie znik­nęły. Jego ręka zanur­ko­wała po tele­fon.

Samo­loty znik­nęły. Poczuł, że poru­sza­ją­cymi się ustami muska mikro­fon w tele­fo­nie.

– Pogo­to­wie ratun­kowe.

Okrutny szept.

Czuł, że łoskot czar­nych samo­lo­tów zdru­zgo­tał gwiazdy; spo­dzie­wał się, że ran­kiem ich popiół pokryje zie­mię niczym jakiś oso­bliwy śnieg. Tak wła­śnie myślał jego wewnętrzny idiota, gdy on stał roz­trzę­siony w ciem­no­ści i bez­wied­nie poru­szał i poru­szał ustami.

* * *

Mieli taką spe­cjalną maszynę. Wła­ści­wie to mieli dwie maszyny. Jedna wśli­zgi­wała się czło­wie­kowi do brzu­cha niczym czarna kobra zsu­wa­jąca się w głąb dud­nią­cej echem studni w poszu­ki­wa­niu zebra­nych na jej dnie sta­rej wody i sta­rego czasu. Spi­jała zie­loną mate­rię, która wypły­wała do góry jak goto­wana na wol­nym ogniu. Czy wypi­jała też mrok? Czy wysy­sała wszyst­kie nagro­ma­dzone przez lata tru­ci­zny? Poży­wiała się w mil­cze­niu, z rzadka tylko wyda­jąc takie dźwięki, jakby dła­wiła się lub poszu­ki­wała cze­goś na oślep. Miała Oko. Bez­duszny ope­ra­tor maszyny mógł za pośred­nic­twem spe­cjal­nego hełmu optycz­nego zaj­rzeć w głąb duszy wypom­po­wy­wa­nego czło­wieka. Co zoba­czyło Oko? Nie powie­dział. Widział, a jed­no­cze­śnie nie widział, co zoba­czyło Oko. Cała ope­ra­cja przy­wo­dziła na myśl kopa­nie rowu na podwórku. Leżąca na łóżku kobieta była zale­d­wie war­stwą twar­dego mar­muru, do któ­rej się doko­pali. Dalej, moc­niej, naparli świ­drem i wypłu­kali pustkę, o ile taką rzecz można było wywnio­sko­wać z pul­so­wa­nia węża ssą­cego. Ope­ra­tor stał i ćmił papie­rosa.

Druga maszyna rów­nież pra­co­wała pełną parą, obsłu­gi­wana przez tak samo bez­na­mięt­nego męż­czy­znę w pla­mo­od­por­nym czer­wono-bru­nat­nym far­tu­chu. Wypom­po­wy­wała z ciała całą krew i zastę­po­wała ją świeżą suro­wicą i nowymi krwin­kami.

– Trzeba zro­bić jedno i dru­gie – wyja­śnił sto­jący nad mil­czącą kobietą ope­ra­tor maszyny. – Nie ma sensu płu­kać żołądka, jeśli nie oczy­ści się krwi. Gdyby zosta­wić to świń­stwo we krwi, wali pro­sto w mózg jak mło­tem, bam! i tak ze dwa tysiące razy, a wtedy mózg się pod­daje i po pro­stu prze­staje dzia­łać.

– Pro­szę sobie daro­wać! – zażą­dał Mon­tag.

– Tak tylko mówię.

– Czy to koniec?

Wyłą­czyli maszyny.

– Tak, to koniec. – Jego złość się ich nie imała. Stali nie­ru­chomo, wydmu­chi­wane przez nos kłęby dymu szły im do oczu, a oni nie mru­gali ani nawet nie mru­żyli powiek. – Pięć dyszek się należy.

– Może byście mi naj­pierw pano­wie powie­dzieli, czy wszystko z nią w porządku?

– Pew­nie, że w porządku. Całe świń­stwo jest teraz tutaj, w tym pudle; już jej nie zrobi krzywdy. Tak jak powie­dzia­łem, wypom­po­wuje się starą krew, prze­ta­cza świeżą i czło­wiek jest jak nowy.

– Żaden z panów nie jest leka­rzem. Dla­czego nie przy­słali leka­rza z pogo­to­wia?

– Rety… – Papie­ros drgnął w ustach ope­ra­tora maszyny. – Takich wezwań mamy każ­dej nocy z dzie­więć, dzie­sięć. Zaczęło się parę lat temu, od tam­tej pory jest ich tyle, że zle­ci­li­śmy skon­stru­owa­nie tych spe­cjal­nych maszyn. Takich z obiek­ty­wem, ma się rozu­mieć, bo to są praw­dziwe nówki; reszta to sta­ro­cie. Do takich przy­pad­ków nie trzeba leka­rza, wystar­czy dwóch tech­ni­ków, któ­rzy w pół godziny zała­twią sprawę. – Męż­czy­zna skie­ro­wał się do wyj­ścia. – Posłu­chaj pan, musimy iść: wła­śnie dosta­łem na napar­stek następne wezwa­nie, dzie­sięć prze­cznic stąd. Znowu ktoś nały­kał się table­tek. W razie potrzeby niech pan dzwoni. A jej pro­szę zapew­nić spo­kój. Wstrzyk­nę­li­śmy jej śro­dek pobu­dza­jący, obu­dzi się głodna jak wilk. Do zoba­czy­ska.

I dwaj męż­czyźni – z oczami węży i papie­ro­sami w zaci­śnię­tych w kre­skę ustach – zabrali maszy­ne­rię, prze­wody, pudło z melan­cho­lią w pły­nie oraz pojem­nik z gęstą, ciemną, bez­i­mienną mazią i bez pośpie­chu wyszli.

Mon­tag osu­nął się na krze­sło i spoj­rzał na kobietę. Miała deli­kat­nie przy­mknięte oczy. Przy­ło­żył dłoń do jej ust, poczuł na skó­rze cie­pło odde­chu.

– Mil­dred – powie­dział w końcu.

Jest nas za dużo, pomy­ślał. Są nas miliardy. Za dużo. Nikt nikogo nie zna. Obcy przy­cho­dzą i pro­fa­nują twoje ciało. Obcy przy­cho­dzą i wyci­nają ci serce. Obcy przy­cho­dzą i zabie­rają ci krew. Na Boga, kim byli ci dwaj? Ni­gdy przed­tem nie widzia­łem ich na oczy!

Minęło pół godziny.

Nowa krew w żyłach kobiety całą ją odno­wiła. Jej policzki się zaró­żo­wiły, usta nabrały życia i koloru, wyda­wały się mięk­kie i odprę­żone. Cudza krew. Szkoda, że nie cudze ciało, umysł i pamięć. Szkoda, że nie dało się zabrać jej mózgu do pralni che­micz­nej, opróż­nić mu kie­szeni, wyczy­ścić go, odpra­so­wać, schlud­nie poskła­dać i rano odsta­wić do domu. Szkoda…

Wstał, roz­su­nął zasłony i otwo­rzył prze­szklone drzwi na oścież, wpusz­cza­jąc do pokoju nocne powie­trze. Była druga w nocy. Czy to moż­liwe, żeby upły­nęła zale­d­wie godzina od chwili, gdy spo­tkał Cla­risse McC­lel­lan, wró­cił do domu i zaha­czył stopą o krysz­ta­łową fiolkę? Tylko godzina, a świat wokół niego roz­to­pił się i roz­pły­nął, po czym stę­żał w nowy, bez­barwny kształt.

Śmiech nio­sący się ponad obla­nym księ­ży­cową poświatą traw­ni­kiem od strony domu Cla­risse, jej ojca, matki i wujka, który uśmie­chał się tak dys­kret­nie i tak szcze­rze, był ser­deczny, swo­bodny i cał­ko­wi­cie nie­wy­mu­szony – dobie­gał z domu, w któ­rym do późna w noc świe­ciło się mnó­stwo świa­teł, pod­czas gdy inne domy wolały tkwić w ciem­no­ści sam na sam ze sobą. A głosy brzmiały, brzmiały, brzmiały i wciąż na nowo tkały hip­no­ty­zu­jącą sieć.

Wyszedł przez otwarte drzwi, bez zasta­no­wie­nia prze­ciął traw­nik i sta­nął w cie­niu pod tam­tym roz­ga­da­nym domem. Przy­szło mu do głowy, że mógłby zapu­kać do drzwi i szep­nąć: „Wpuść­cie mnie. Nikomu nie powiem. Chcę tylko posłu­chać. O czym roz­ma­wia­cie?”.

Zamiast tego stał jak wmu­ro­wany, prze­mar­z­nięty, z twa­rzą jak lodowa maska, i słu­chał nie­śpiesz­nie pły­ną­cych słów męż­czy­zny (wujka?):

– No, jakby nie patrzeć, żyjemy w epoce chu­s­te­czek jed­no­ra­zo­wych. Wydmu­chaj nos w dru­giego czło­wieka, zgnieć go w dłoni, spuść w toa­le­cie. Wydmu­chaj, zgnieć, spuść. Wszy­scy smar­kają wszyst­kim w poły fra­ków. Jak kibi­co­wać miej­sco­wej dru­ży­nie, kiedy nie znasz nazwisk ani nie masz pro­gramu wido­wi­ska? Prawdę powie­dziaw­szy, nie wiesz nawet, jakie noszą stroje, kiedy wybie­gają na boisko.

Mon­tag wró­cił do sie­bie, ale zosta­wił otwarte drzwi. Spraw­dził, jak się miewa Mil­dred, otu­lił ją sta­ran­nie kocem, a potem wycią­gnął się na łóżku. Blask księ­życa sre­brzył mu kości policz­kowe i nachmu­rzone czoło, odce­dzał się w oczach i two­rzył w nich srebrne kata­rakty.

Jedna kro­pla desz­czu. Cla­risse. Druga. Mil­dred. Trze­cia. Wujek. Czwarta. Dzi­siej­szy pożar. Jedna, Cla­risse. Dwie, Mil­dred. Trzy, wujek. Cztery, pożar, jedna, Mil­dred, dwie, Cla­risse. Jedna, dwie, trzy, cztery, pięć, Cla­risse, Mil­dred, wujek, pożar, tabletki nasenne, męż­czyźni, chu­s­teczki jed­no­ra­zowe, poły fraka, wydmu­chaj, zgnieć, spuść, Cla­risse, Mil­dred, wujek, pożar, tabletki, chu­s­teczki, wydmu­chaj, zgnieć, spuść. Jedna, dwie, trzy, jedna, dwie, trzy! Deszcz. Burza. Śmiech wujka. Grzmot prze­wa­la­jący się po scho­dach. Ulewa świata. Ogień wzbie­ra­jący w wul­ka­nie. Wszystko pędzące w wiel­kim, huczą­cym wirze, wez­brany stru­mień, rzeka pędząca ku poran­kowi.

– Już nic nie wiem – powie­dział.

Pozwo­lił, żeby tabletka nasenna roz­pu­ściła mu się na języku.

* * *

O dzie­wią­tej rano łóżko Mil­dred było puste.

Zerwał się z biją­cym ser­cem, wybiegł do przed­po­koju i sta­nął przed drzwiami do kuchni.

Pają­ko­wata meta­lowa łapa pochwy­ciła tost, który wysko­czył ze srebr­nego tostera, i unu­rzała go w roz­to­pio­nym maśle.

Mil­dred patrzyła, jak tost ląduje na jej tale­rzu. Uszy miała zatkane elek­tro­nicz­nymi psz­czo­łami, któ­rych bucze­nie uprzy­jem­niało jej upływ czasu. Znie­nacka pod­nio­sła wzrok, zoba­czyła Mon­taga i ski­nęła mu głową.

– Dobrze się czu­jesz? – zapy­tał.

Dzie­sięć lat z muszel­kami uczy­niło z niej mistrzy­nię czy­ta­nia z ruchu warg. Ponow­nie ski­nęła głową i włą­czyła ter­ko­czący toster, wrzu­ciw­szy do niego nową kromkę chleba.

Mon­tag usiadł.

– Nie rozu­miem, dla­czego jestem taka głodna – powie­działa jego żona.

– Wczo­raj w nocy…

– Jak wilk!

– Wczo­raj w nocy…

– Źle spa­łam. Fatal­nie się czuję. Boże, ależ jestem głodna. Nie poj­muję tego.

– Wczo­raj w nocy… – zaczął po raz trzeci.

Jed­nym okiem zer­k­nęła na jego poru­sza­jące się wargi.

– Co wczo­raj w nocy?

– Nie pamię­tasz?

– Czego? Czyż­by­śmy zaba­lo­wali? Czuję się jak na kacu. Boże, jaka jestem głodna. Kto u nas był?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki