Kroniki Amberu t. 1 - Roger Zelazny - ebook

Kroniki Amberu t. 1 ebook

Roger Zelazny

0,0
84,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Jedna z najoryginalniejszych sag fantasy w historii – pełna intryg, zdrad, czarnego humoru i wizjonerskiego rozmachu

Istnieją dwa prawdziwe światy – Amber i Dworce Chaosu – a pomiędzy nimi nieskończona liczba Cieni: alternatywnych rzeczywistości będących jedynie bladymi odbiciami oryginału. Jednym z dziedziców Amberu jest książę Corwin, który po tajemniczym wypadku traci pamięć i przez setki lat żyje na Ziemi, nie wiedząc, kim naprawdę jest. Gdy pewnego razu ktoś próbuje go zabić, zaczyna rozumieć, że jego przeszłość skrywa śmiertelnie niebezpieczne sekrety.

Odzyskując fragmenty wspomnień, Corwin odkrywa potęgę swego rodu – zdolność kształtowania rzeczywistości i wędrówki między światami – oraz mroczną intrygę związaną ze zniknięciem króla Oberona. Wciągnięty w bezwzględną walkę rodzeństwa o władzę, musi zdecydować, jaką cenę jest gotów zapłacić za prawdę i należny mu tron.

Cykl zaliczany do kanonu literatury fantastycznej wszech czasów, stawiany obok Władcy Pierścieni J.R.R. Tolkiena, Diuny Franka Herberta, Fundacji Isaaca Asimova oraz Ziemiomorza Ursuli K. Le Guin

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 1088

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Roger Zelazny Kroniki Amberu t. 1 Tytuł oryginału Nine Princes in Amber The Guns of Avalon Sign of the Unicorn The Hand of Oberon The Courts of Chaos ISBN Copyright © by Roger Zelazny, 1970 Copyright © by Roger Zelazny, 1972 Copyright © by Roger Zelazny, 1973 Copyright © by Roger Zelazny, 1976 Copyright © by Roger Zelazny, 1978All rights reserved Copyright © for the Polish edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2026 Copyright © for the Polish translation by Paulina Braiter, 2026 Redakcja Marta Stołowska Ilustracja na okładce Jędrzej Chełmiński Projekt graficzny i opracowanie techniczne bloku książki Barbara i Przemysław Kida Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Księga I. Dziewięciu książąt w Amberze

Rozdział pierwszy

Wreszcie, po czasie, który wydawał mi się niemal wiecznością, nadszedł koniec.

Spróbowałem poruszyć palcami u stóp. Udało się. Leżałem bezwładnie na szpitalnym łóżku, nogi miałem w gipsie, ale wciąż należały do mnie.

Zacisnąłem powieki i uniosłem je. Trzy razy.

Pokój przestał wirować.

Gdzie ja, do diabła, byłem?

A potem mgła zaczęła się unosić i powróciła do mnie część tego, co nazywamy pamięcią. Przypomniałem sobie świty, siostry i strzykawki. Za każdym razem, gdy umysł zaczynał mi się przejaśniać, ktoś się zjawiał i coś mi wstrzykiwał. Tak to wyglądało. Owszem. Teraz jednak czułem się nawet nieźle. Będą musieli przestać.

Ale czy na pewno?

I wtedy uderzyła mnie myśl: może nie.

W mojej piersi pojawił się nagle wrodzony sceptycyzm co do czystości motywów postępowania ludzi i usadowił się wygodnie. Pojąłem, że odurzano mnie narkotykami. Nie dostrzegłem żadnej sensowności takiego działania — ani powodu, by teraz przestali, jeśli im za to zapłacono. Zatem nie wychylaj się i udawaj naćpanego, poradził głos będący najgorszą, choć też najmądrzejszą częścią mojej jaźni.

Tak też zrobiłem.

Jakieś dziesięć minut później zza drzwi wyjrzała pielęgniarka, a ja oczywiście nadal odwiedzałem Morfeusza. Poszła sobie.

Do tej pory odtworzyłem już część wydarzeń z przeszłości.

Jak przez mgłę przypomniałem sobie, że miałem jakiś wypadek. To, co zdarzyło się potem, wciąż pozostawało niewyraźne; a o wydarzeniach wcześniejszych nie miałem najbledszego pojęcia. Najpierw wylądowałem w szpitalu, a potem przewieziono mnie tutaj, tyle pamiętałem. Dlaczego? Zero odpowiedzi.

Natomiast nogi wydawały się całkiem, całkiem. Dość mocne, by mnie utrzymać, choć cholera wie, ile upłynęło czasu, odkąd je złamałem — a wiedziałem, że były połamane.

Usiadłem zatem. Wymagało to sporego wysiłku, bo mięśnie miałem bardzo zmęczone. Na dworze było ciemno, za oknem jaśniała garstka gwiazd. Mrugnąłem do nich i opuściłem stopy poza krawędź łóżka.

Zakręciło mi się w głowie, po jakimś czasie jednak zawroty ustąpiły i wstałem, przytrzymując się poręczy przy zagłówku. Postawiłem pierwszy krok.

No dobra. Nogi wytrzymały.

Teoretycznie zatem byłem w dość dobrej formie, by stąd wyjść.

Wróciłem do łóżka, ułożyłem się i zacząłem myśleć. Cały drżałem, zlany potem, przed oczami zatańczyły mi gwiazdki, ptaszki itp.

W państwie duńskim unosił się odór zgnilizny…

Uświadomiłem sobie, że to był wypadek samochodowy. Diabelnie poważny…

I wtedy drzwi się otworzyły, wpuszczając do środka światło. Przez szczeliny między rzęsami ujrzałem pielęgniarkę ze strzykawką w dłoni.

Podeszła do łóżka: rozkołysane biodra, ciemne włosy, mocne ręce.

Gdy się zbliżyła, usiadłem nagle.

— Dobry wieczór — powiedziałem.

— Ach… dobry wieczór — odparła.

— Kiedy mogę się wypisać?

— Będę musiała spytać doktora.

— Proszę spytać — rzekłem.

— Proszę podwinąć rękaw.

— Nie, dziękuję.

— Muszę dać panu zastrzyk.

— Nie, nie musi pani. Nie potrzebuję go.

— Obawiam się, że decyzja należy do doktora.

— W takim razie proszę go tu przysłać i niech sam zdecyduje, ale tymczasem się nie zgadzam.

— Obawiam się, że muszę słuchać poleceń.

— Eichmann też musiał i proszę, co się z nim stało.

Powoli pokręciłem głową.

— No dobrze — ustąpiła. — Będę musiała to zgłosić.

— Bardzo proszę — odparłem. — I proszę też mu powiedzieć, że postanowiłem rano się wypisać.

— To niemożliwe, nie może pan nawet chodzić i obrażenia wewnętrzne…

— Zobaczymy — uciąłem. — Dobranoc.

Bez słowa wymaszerowała z pokoju rozkołysanym krokiem.

Leżałem dalej, wysilając umysł. Wyglądało na to, że przebywam w jakiejś prywatnej placówce — czyli ktoś za nią płacił. Kogo znałem? Pod powiekami nie pojawił się żaden obraz krewnych. Ani przyjaciół. Czyli kto pozostawał? Wrogowie?

Zastanawiałem się dłuższą chwilę.

Nie znalazłem nikogo.

Nikogo, kto by tak mnie potraktował.

Nagle przypomniałem sobie, że mój samochód spadł z urwiska do jeziora. Nie pamiętałem nic więcej.

Byłem…

Wytężyłem umysł i znów oblał mnie pot.

Nie wiedziałem, kim jestem. Żeby się czymś zająć, usiadłem i zdjąłem wszystkie opatrunki. Pod spodem wyglądałem całkiem dobrze, więc uznałem, że to słuszna decyzja. Z pomocą metalowego pręta, który wymontowałem z łóżka, połamałem gips na prawej nodze. Nagle ogarnęło mnie przeczucie, że powinienem wydostać się stąd jak najszybciej, że jest coś, co muszę zrobić.

Sprawdziłem prawą nogę. W porządku.

Strzaskałem gips na lewej, wstałem, podszedłem do szafy.

Ani śladu ubrania.

Wtedy usłyszałem kroki. Wróciłem do łóżka i zakryłem kołdrą potrzaskany gips i zdjęte opatrunki.

Drzwi ponownie otworzyły się do wewnątrz.

Nagle zalało mnie światło. Przy ścianie z dłonią na włączniku stał umięśniony facet w białym fartuchu.

— Co słyszę? Przeszkadzamy pielęgniarce w pracy? — spytał i nie mogłem dłużej udawać, że śpię.

— Nie wiem — odparłem. — A co słyszysz?

To go zajęło na parę sekund. Zaskoczony zmarszczył czoło.

— Czas na twój zastrzyk — oznajmił w końcu.

— Jesteś lekarzem?

— Nie, ale mam uprawnienia, by zrobić ci zastrzyk.

— A ja odmawiam — ciągnąłem. — I mam do tego prawo. Co ty na to?

— Dostaniesz swój zastrzyk — oznajmił i przeszedł powoli na lewą stronę łóżka. W dłoni, którą do tej pory ukrywał za sobą, trzymał strzykawkę.

To był paskudny cios, jakieś dziesięć centymetrów pod sprzączką pasa. Mięśniak padł na kolana.

— …! — rzucił po chwili.

— Zbliż się no jeszcze raz — odezwałem się — i zobaczysz, co się stanie.

— Mamy sposoby na takich pacjentów — wycedził.

Wiedziałem zatem, że pora zacząć działać.

— Gdzie moje ubranie? — spytałem.

— …! — powtórzył.

— W takim razie będę musiał wziąć twoje. Daj mi je.

Trzecie powtórzenie już mnie znudziło, zarzuciłem mu zatem kołdrę na głowę i ogłuszyłem metalowym prętem.

Po jakichś dwóch minutach byłem odziany od stóp do głów w kolor Moby Dicka i lodów waniliowych. Paskudztwo.

Wepchnąłem gościa do szafy i wyjrzałem przez zakratowane okno. Ujrzałem wąski sierp księżyca wiszący nad rzędem topoli. Trawa migotała srebrzyście, noc odpierała słabo nadchodzący dzień i nic z tego nie wskazywało, gdzie właściwie jestem. Najwyraźniej jednak przebywałem na drugim piętrze. Dostrzegłem też kwadratową plamę światła padającą niżej z lewej, sugerującą, że na parterze ktoś wciąż nie śpi.

Wyszedłem zatem z pokoju i rozejrzałem się po korytarzu. Po lewej kończył się ścianą z zakratowanym oknem, wychodziło z niego jeszcze czworo drzwi, po dwoje z każdej strony, zapewne prowadzących do pomieszczeń takich jak moje. Podszedłem do okna i wyjrzałem: rozleglejszy teren, więcej drzew, więcej nocy, nic nowego. Obróciwszy się na pięcie, pomaszerowałem w drugą stronę.

Drzwi, drzwi, drzwi, spod żadnych nie przeświecało światło. Ciszę zakłócał jedynie dźwięk moich kroków w za dużych, pożyczonych butach.

Zegarek dowcipnisia poinformował mnie, że minęła piąta czterdzieści pięć. Tkwiący za pasem pod białym kitlem pielęgniarza metalowy pręt przy każdym kroku ocierał mi się o kość biodrową. Na suficie co dwadzieścia stóp wisiała lampa, rzucająca okołoczterdziestowatowe światło.

Dotarłem do schodów po prawej, wiodących w dół. Zszedłem po nich. Wykładzina wygłuszała kroki.

Pierwsze piętro wyglądało identycznie jak moje, rzędy pokojów, toteż zszedłem niżej.

Gdy dotarłem na parter, skręciłem w prawo, szukając drzwi z jaśniejącą pod nimi smugą światła. Znalazłem je niemal na końcu korytarza. Nie zawracałem sobie głowy pukaniem.

Facet w środku, odziany w jaskrawy szlafrok, siedział za wielkim błyszczącym biurkiem i przeglądał jakąś księgę. Nie był to typowy pokój lekarski. Kiedy wszedłem, gość spojrzał na mnie, wybałuszając płonące oczy, jego usta otworzyły się do krzyku, który jednak nie zabrzmiał, być może ze względu na moją zdeterminowaną minę.

Zamknąłem za sobą drzwi i podszedłem bliżej.

— Dzień dobry — powiedziałem. — Macie poważny kłopot.

Najwyraźniej kłopoty zawsze ciekawią ludzi, bo po trzech sekundach, jakich potrzebowałem, żeby przejść przez pomieszczenie, zdążył spytać tylko:

— To znaczy?

— To znaczy — odparłem — że wytoczę wam proces za przetrzymywanie mnie nieprzytomnego i drugi dotyczący podawania środków odurzających. Już zaczynam czuć objawy odstawienia i mogę zrobić coś brutalnego…

Wstał.

— Proszę stąd wyjść — niemal krzyknął.

Dostrzegłem na biurku paczkę papierosów, poczęstowałem się jednym.

— Siadaj i zamknij się — rzuciłem. — Mamy sporo do omówienia.

Usiadł, ale się nie zamknął.

— Narusza pan kilka przepisów.

— Pozwólmy więc sądowi zdecydować, kto za to beknie — odparłem. — Chcę dostać ubranie i przedmioty osobiste. Wypisuję się.

— Nie jest pan w stanie…

— Nikt cię nie pytał. Oddawaj wszystko albo odpowiesz za to.

Sięgnął w stronę przycisku na biurku, ale odtrąciłem jego dłoń.

— Ale już — powiedziałem. — Trzeba było go nacisnąć, kiedy wszedłem, teraz już za późno.

— Panie Corey, zachowuje się pan niedopuszczalnie.

Corey?

— Nie zgłosiłem się tutaj — oznajmiłem — ale mam cholerne prawo się wypisać. Właśnie teraz, więc bierzmy się do rzeczy.

— Ewidentnie nie jest pan w stanie pozwalającym opuścić ten ośrodek. Nie mogę na to pozwolić. Wezwę kogoś, by odeskortował pana do pokoju i położył do łóżka.

— Nawet nie próbuj — rzuciłem. — Albo przekonasz się, w jakim jestem stanie. A teraz mam kilka pytań. Po pierwsze: kto mnie tu przywiózł i kto płaci rachunek za to miejsce?

— Doskonale. — Westchnął i jego wąski, jasny wąsik opadł najniżej, jak się dało.

Otworzył szufladę, wsadził do środka rękę, ale ja byłem gotowy.

Wytrąciłem mu broń, zanim zdołał ją odbezpieczyć: automat, trzydziestka dwójka, bardzo zgrabny, colt. Zabrałem go z blatu, odbezpieczyłem i wycelowałem.

— Teraz odpowiesz na moje pytania. Najwyraźniej uważasz, że jestem niebezpieczny. Możliwe, że masz rację.

Uśmiechnął się słabo i sam także zapalił papierosa, co było błędem, jeśli zamierzał udawać opanowanego. Ręce mu się trzęsły.

— No dobra, Corey, jeśli tak bardzo ci zależy — rzekł. — Przywiozła cię tu siostra.

Coo? — pomyślałem.

— Która siostra? — spytałem głośno.

— Evelyn.

Nic nie zadzwoniło.

— To idiotyczne. Nie widziałem Evelyn od lat, nie miała nawet pojęcia, że jestem w tej części kraju.

Wzruszył ramionami.

— Mimo to…

— Gdzie teraz mieszka? Chcę do niej zadzwonić.

— Nie mam adresu pod ręką.

— Znajdź go.

Wstał, podszedł do szafki z aktami, pogrzebał, wyciągnął kartę.

Przeczytałem ją uważnie. Pani Evelyn Flaumel… Nowojorski adres też z niczym mi się nie kojarzył, ale go zapamiętałem. Według karty miałem na imię Carl, świetnie. Więcej danych.

Wsunąłem rewolwer za pasek obok pręta, oczywiście najpierw go zabezpieczyłem.

— No dobra — rzuciłem. — Gdzie moje ubranie i ile mi zapłacisz?

— Pańskie ubranie zostało zniszczone w wypadku — oznajmił. — I muszę dodać, że bez wątpienia miał pan połamane nogi, lewą w dwóch miejscach. Szczerze mówiąc, nie potrafię pojąć, jakim cudem się pan na nich trzyma; minęły zaledwie dwa tygodnie.

— Zawsze szybko się goiłem — wyjaśniłem. — A teraz co do pieniędzy.

— Jakich pieniędzy?

— Ugody pozasądowej z powodu błędów w sztuce lekarskiej i tego drugiego zarzutu.

— Niech pan nie będzie śmieszny.

— Kto tu jest śmieszny? Zgodzę się na tysiąc w gotówce, w tej chwili.

— Nie zamierzam nawet dyskutować.

— No to lepiej to przemyśl. Jeśli nawet wygrasz, pomyśl, jak bardzo zepsuję wam opinię, jeśli zdołam to nagłośnić przed procesem. Z całą pewnością nawiążę kontakt z Towarzystwem Medycznym i gazetami oraz…

— Szantaż — uciął. — Nie dam się szantażować.

— Płacisz teraz albo później, po wyroku sądowym. Mnie tam wszystko jedno, ale tak będzie taniej.

Wiedziałem, że jeśli się zgodzi, moje przypuszczenia okażą się słuszne i coś w tym wszystkim śmierdziało.

Wpatrywał się we mnie gniewnie, nie wiem jak długo.

W końcu zakomunikował:

— Nie mam tu tysiąca.

— Podaj jakiś kompromis.

Kolejna długa przerwa.

— To złodziejstwo.

— Nie, jeśli sam płacisz. To jak?

— Może mam w sejfie pięć setek.

— Wyjmij je.

Sprawdziwszy zawartość niewielkiego, wbudowanego w ścianę sejfu, oznajmił, że ma tam czterysta trzydzieści, a ponieważ wolałem nie zostawiać odcisków palców tylko po to, by sprawdzić, przyjąłem propozycję i wsadziłem banknoty do bocznej kieszeni.

— A teraz, jaka najbliższa firma taksówkowa obsługuje to miejsce?

Podał nazwę, a ja sprawdziłem w książce telefonicznej i dowiedziałem się, że jestem w północnej części stanu Nowy Jork.

Kazałem mu wybrać numer i wezwać taksówkę, bo nie znałem nazwy szpitala, a nie chciałem, by zorientował się, w jakim stanie jest moja pamięć. Jeden z opatrunków zdjąłem przecież z głowy.

Kiedy umawiał przejazd, usłyszałem, jak wymienia nazwę: Prywatny Szpital Greenwood.

Zgasiłem papierosa, sięgnąłem po kolejnego i zdjąłem z nóg brzemię jakichś stu kilo, siadając na brązowym wyściełanym krześle obok biblioteczki.

— A teraz zaczekamy i odprowadzisz mnie do drzwi — powiedziałem.

Więcej się do mnie nie odezwał.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział drugi

Dochodziła ósma rano, gdy taksówka wysadziła mnie na przypadkowym rogu w najbliższym miasteczku. Zapłaciłem kierowcy i odszedłem. Po jakichś dwudziestu minutach marszu zrobiłem przystanek w barze, znalazłem wolny stół i zamówiłem sok, parę jajek, tosty, bekon i trzy filiżanki kawy. Bekon był za tłusty.

Po solidnym posiłku trwającym dobrą godzinę znów ruszyłem w drogę, znalazłem sklep z ubraniami i zaczekałem do otwarcia o dziewiątej trzydzieści.

Kupiłem spodnie, trzy sportowe koszule, pasek, parę sztuk bielizny i pasujące buty, dołożyłem do tego chustkę do nosa, portfel i kieszonkowy grzebyk.

Potem znalazłem dworzec autobusowy i wsiadłem do autobusu jadącego do Nowego Jorku. Nikt nie próbował mnie zatrzymać. Najwyraźniej nikt mnie nie szukał.

Siedząc przy oknie i patrząc na krajobrazy w barwach jesieni, łaskotany rześkim wiatrem pod jasnym, chłodnym niebem, powtarzałem w myślach wszystko, co wiedziałem o sobie i o sytuacji, w jakiej się znalazłem.

Zostałem przywieziony do Greenwood i zarejestrowany jako Carl Corey przez moją siostrę Evelyn Flaumel. Zdarzyło się to po wypadku samochodowym jakieś piętnaście dni wcześniej. Doznałem w nim złamań, które już mi nie dolegały. Nie pamiętałem siostry Evelyn. Ludzie z Greenwood mieli utrzymywać mnie w stanie nieświadomości, a kiedy się uwolniłem i zagroziłem im sądem, przestraszyli się. Dobra. Czyli z jakiegoś powodu ktoś się mnie boi. Muszę to dobrze rozegrać.

Nakłoniłem umysł, by powrócił do chwili wypadku. Wysilałem go tak, że aż rozbolała mnie głowa. To nie był wypadek. Miałem takie wrażenie, choć nie wiedziałem czemu. Dowiem się i ktoś za to zapłaci. Bardzo, bardzo słono. Gdzieś w moim ciele zapłonął gniew, straszliwy, ognisty gniew. Każdy, kto próbował mnie zranić, wykorzystać, czynił to na własne ryzyko i teraz dostanie za swoje, nieważne, kim jest. Czułem mocne pragnienie, by zabić, zniszczyć tego, kto za to odpowiada, i wiedziałem, że nie pierwszy raz w życiu nawiedza mnie podobne uczucie, wiedziałem też, że w przeszłości mu się poddałem. Więcej niż raz.

Wyglądałem przez okno, patrząc na spadające martwe liście.

Gdy wysiadłem w Nowym Jorku, pierwsze kroki skierowałem do najbliższego fryzjera. Zamówiłem golenie i strzyżenie, bo nie znoszę włosów na karku. Trzydziestka dwójka należąca do bezimiennego osobnika z Greenwood tkwiła w prawej kieszeni mojej kurtki. W sumie gdyby ktoś z Greenwood albo moja siostra chcieli szybko mnie zgarnąć, naruszenie przepisów o posiadaniu broni stanowiłoby świetny pretekst. Ale postanowiłem zatrzymać colta. Najpierw musieliby mnie znaleźć i chciałem poznać powód.

Zjadłem szybki lunch, przez godzinę jeździłem metrem i autobusami, potem złapałem taksówkę i kazałem zawieźć się do Westchester pod adres Evelyn, mojej domniemanej siostry i, jak miałem nadzieję, przebudzicielki pamięci.

Nim jeszcze tam dotarłem, wybrałem strategię postępowania.

Gdy zatem po jakichś trzydziestu sekundach drzwi wielkiej starej kamienicy otworzyły się w odpowiedzi na moje stukanie, wiedziałem dokładnie, co powiem. Przemyślałem to, maszerując długim, krętym, białym, żwirowym podjazdem pomiędzy ciemnymi dębami i kolorowymi klonami. Pod stopami chrzęściły mi liście, zimny wiatr owiewał świeżo podgolony kark pod uniesionym kołnierzem kurtki. Zapach toniku do włosów mieszał się z piżmową wonią pędów bluszczu, porastającego ściany starego ceglanego budynku. Nic z tego nie wyglądało znajomo i wątpiłem, bym był tu kiedykolwiek wcześniej.

Zastukałem, odpowiedziało mi echo.

Potem wcisnąłem ręce do kieszeni i czekałem.

Gdy drzwi się otworzyły, uśmiechnąłem się i skinieniem głowy pozdrowiłem pokojówkę o twarzy pełnej pieprzyków, smagłej cerze i portorykańskim akcencie.

— Tak? — spytała.

— Chciałbym się widzieć z panią Evelyn Flaumel.

— Kogo mam zapowiedzieć?

— Jej brata Carla.

— Och, proszę wejść — rzekła.

Przekroczyłem próg holu. Podłogę pokrywała mozaika z maleńkich łososiowych i turkusowych płytek, ściany wyłożono mahoniową boazerią, po mojej lewej stała długa skrzynka z roślinami o wielkich liściach, służąca za parawan. Wiszący w górze sześcian ze szkła i emalii rozsiewał wokół żółtawe światło. Pokojówka odeszła. Zacząłem szukać wzrokiem czegokolwiek znajomego.

Nic.

Czekałem zatem.

Po chwili dziewczyna wróciła i skinęła głową z uśmiechem.

— Proszę za mną. Pani przyjmie pana w bibliotece.

Ruszyłem w jej ślady po trzech stopniach i korytarzem, mijając dwoje zamkniętych drzwi. Trzecie po lewej stały otworem. Pokojówka wskazała je gestem, wszedłem więc i przystanąłem na progu.

Jak wszystkie biblioteki, pomieszczenie było pełne książek. Wisiały w nim też trzy obrazy, dwa przedstawiające sielskie pejzaże, a jeden spokojny krajobraz morski. Podłogę pokrywała gruba zielona wykładzina, obok solidnego biurka stał duży globus, zwrócony do mnie Afryką, za nim ujrzałem wielkie okno na całą ścianę i osiem drabinek ze szkła. Nic z tego jednak nie sprawiło, że przystanąłem.

Kobieta za biurkiem była ubrana w błękitnozieloną sukienkę z szerokim dekoltem w kształcie karo, miała grzywkę i długie włosy, których barwa przywodziła na myśl skrzyżowanie chmur o zachodzie słońca i zewnętrznej krawędzi płomienia świecy w ciemnym pomieszczeniu. Z jakiegoś powodu wiedziałem, że to naturalny kolor. Jej oczy za okularami, których raczej nie potrzebowała, były błękitne jak jezioro Erie o trzeciej w bezchmurne, letnie popołudnie, a kolor wymuszonego uśmiechu pasował do włosów. I ponownie — nic z tego nie sprawiło jednak, że przystanąłem.

Znałem ją, choć nie potrafiłem powiedzieć skąd.

Podszedłem bliżej, także wykrzywiając twarz w uśmiechu.

— Cześć — rzuciłem.

— Usiądź — odparła. — Proszę. — Wskazała ręką fotel o wysokim oparciu i poręczach, wyściełany i pomarańczowy, z tych odchylających się pod kątem, pod którym uwielbiam odpoczywać. Tak też zrobiłem. Przyjrzała mi się.

— Cieszę się, że jesteś na nogach.

— Ja też. Co u ciebie?

— W porządku, dzięki. Muszę powiedzieć, że nie spodziewałam się ciebie tutaj.

— Wiem — zaimprowizowałem. — Ale oto jestem, by podziękować za siostrzaną troskę i życzliwość. — Pozwoliłem, by w zdaniu tym zadźwięczała nutka ironii tylko po to, by sprawdzić jej reakcję.

W tym momencie do pokoju wmaszerował olbrzymi pies — wilczarz irlandzki — i zwinął się w kłębek przed biurkiem. Tuż za nim przyszedł kolejny, dwa razy okrążył globus i też się położył.

— No cóż — rzekła, odpowiadając ironią na ironię — przynajmniej tyle mogłam dla ciebie zrobić. Powinieneś ostrożniej prowadzić.

— Obiecuję, że w przyszłości dołożę wszelkich starań. — Udawałem, ale ponieważ nie wiedziała, że ja nie wiem, postanowiłem wydusić z niej, ile tylko zdołam. — Uznałem, że będziesz ciekawa, w jakiej jestem formie, więc przyjechałem ci pokazać.

— Owszem, byłam i jestem ciekawa. Jadłeś coś?

— Lekki lunch parę godzin temu.

Zadzwoniła zatem po pokojówkę i zamówiła jedzenie.

— Podejrzewałam, że możesz sam zdecydować się opuścić Greenwood, kiedy będziesz w stanie, nie sądziłam jednak, że zdarzy się to tak szybko, i nie przypuszczałam, że przyjedziesz tutaj.

— Wiem — odparłem. — Dlatego to zrobiłem.

Poczęstowała mnie papierosem, wziąłem go, podałem jej ognia, sam zapaliłem.

— Zawsze byłeś nieprzewidywalny — oznajmiła w końcu. — Choć w przeszłości często ci to pomagało, teraz bym na to nie liczyła.

— To znaczy? — spytałem.

— Stawka jest o wiele za wysoka na blefowanie, a myślę, że tego właśnie próbujesz, wchodząc tu ot, tak. Zawsze podziwiałam twoją odwagę, Corwinie, ale nie bądź głupcem. Wiesz, o co toczy się gra.

Corwin? Zapiszmy to pod Corey.

— Może nie wiem? — podsunąłem. — Pamiętaj, że dość długo spałem.

— Chcesz powiedzieć, że nie byłeś w kontakcie?

— Odkąd się ocknąłem, nie miałem okazji.

Przekrzywiła głowę na bok i zmrużyła przepiękne oczy.

— Pochopne — rzekła. — Ale możliwe. W sumie możliwe. Może mówisz serio. Może. Na razie będę udawać, że tak. W takim razie być może postąpiłeś mądrze i roztropnie. Daj mi pomyśleć.

Zaciągnąłem się papierosem, licząc, że powie coś jeszcze. Ale milczała, uznałem zatem, że muszę wykorzystać domniemaną przewagę, jaką zyskałem w grze, której nie rozumiałem, z udziałem graczy, których nie znałem, o stawkę, o jakiej nie miałem pojęcia.

— Fakt, że tu jestem, coś sugeruje.

— Owszem — przyznała. — Wiem. Ale jesteś sprytny, więc może wskazywać więcej niż jedną rzecz. Zaczekamy i zobaczymy.

Zaczekamy na co? Zobaczymy co? Coś?

W tym momencie służąca przyniosła steki i dzbanek piwa, toteż chwilowo poczułem się zwolniony z konieczności rzucania tajemniczych, ogólnikowych stwierdzeń, które uznawała za subtelne bądź skryte. Mój stek był świetny, różowy w środku i soczysty. Szarpałem zębami świeżo wypieczony chleb o twardej skórce i z wielkim apetytem popijałem haustami piwa. Moja towarzyszka zaśmiała się, obserwując mnie. Odkroiła niewielki kawałek mięsa.

— Uwielbiam zapał, z jakim atakujesz życie, Corwinie. To jeden z powodów, dla których bardzo bym nie chciała, aby cię go pozbawiono.

— Ja też — wymamrotałem.

I gdy tak jadłem i przyglądałem się jej, ujrzałem ją w głęboko wyciętej sukni o obszernej spódnicy, zielonej niczym morze. Muzyka, tańce, głosy za nami. Ja miałem na sobie czerń i srebro, i… Wizja zniknęła, wiedziałem jednak, że to prawdziwe wspomnienie, i w duchu zakląłem, że dysponuję tylko strzępem. Co takiego mówiła odziana w zieleń do mnie w czerni i srebrze tamtej nocy, pośród muzyki, tańców i głosów?

Dolałem nam piwa z dzbanka i postanowiłem poddać próbie swą wizję.

— Pamiętam pewną noc — rzekłem — gdy wy wszyscy byliście ubrani na zielono, a ja przyszedłem w swoich barwach. Jakże pięknie wtedy wszystko wyglądało… I ta muzyka…

Na jej twarzy odbiła się tęsknota, policzki się wygładziły.

— Tak — mruknęła. — To były czasy… Naprawdę z nikim się nie kontaktowałeś?

— Słowo honoru — rzekłem, nie wiedząc, ile jest warte.

— Sytuacja znacznie się pogorszyła — oznajmiła. — A cienie kryją w sobie więcej koszmarów, niż ktokolwiek sądził.

— I…? — naciskałem.

— On wciąż ma problemy — dokończyła.

— Och.

— Tak — podjęła. — I będzie chciał wiedzieć, gdzie stoisz.

— Tutaj — oznajmiłem.

— To znaczy…

— Na razie — dodałem, być może zbyt szybko, bo jej oczy rozszerzyły się za bardzo. — Skoro wciąż nie znam pełnego obrazu sytuacji — rzuciłem jeszcze, cokolwiek to znaczyło.

— Ach.

Dokończyliśmy nasze steki i piwo, dwie kości rzuciliśmy psom.

Potem, popijając kawę, zacząłem czuć się nieco bratersko, szybko jednak to stłumiłem.

— Co z pozostałymi? — spytałem, co mogło znaczyć wszystko, ale brzmiało bezpiecznie.

Przez moment przestraszyłem się, że spyta, co mam na myśli. Zamiast tego odchyliła się w swym fotelu, patrząc w sufit.

— Jak zawsze nie odezwał się nikt nowy. Może znalazłeś najmądrzejsze wyjście. Mnie samej też bardzo odpowiada, ale jak można zapomnieć chwałę?

Spuściłem wzrok, bo nie byłem pewien, co powinny zdradzać moje oczy.

— Nie można — odparłem. — Nigdy.

Nastała długa, niezręczna cisza, w końcu moja towarzyszka się odezwała.

— Czy ty mnie nienawidzisz?

— Oczywiście, że nie — odparłem. — Jak mógłbym, zważywszy na wszystko?

Wyraźnie ucieszyły ją te słowa. Odsłoniła w uśmiechu bardzo białe zęby.

— To dobrze i dziękuję — odparła. — Niezależnie od wszystkiego jesteś dżentelmenem.

Ukłoniłem się, uśmiechając się złośliwie.

— Zawrócisz mi w głowie.

— Raczej nie — odparła. — Zważywszy na wszystko.

I poczułem się nieprzyjemnie.

Wciąż trawił mnie gniew. Zastanawiałem się, czy ona wie, kogo muszę znaleźć, by go uciszyć. Przeczuwałem, że owszem. Zacząłem walczyć z pragnieniem zadania otwartego pytania, stłumiłem je.

— No to co proponujesz? — spytała w końcu, stawiając mnie pod ścianą.

— Oczywiście mi nie ufasz…

— Jak moglibyśmy?

Postanowiłem zapamiętać sobie to „my”.

— Cóż, zatem chwilowo jestem skłonny oddać się pod twoją kontrolę. Chętnie zostanę tutaj, gdzie będziesz mogła mieć na mnie oko.

— A potem?

— Potem? Zobaczymy.

— Sprytne — mruknęła. — Bardzo sprytne. I stawiasz mnie w niezręcznym położeniu.

Powiedziałem tak, bo nie miałem dokąd pójść, a pieniądze z szantażu nie wystarczyłyby na długo.

— Tak, oczywiście możesz zostać, ale pozwól, że cię ostrzegę. — Sięgnęła po, jak mi się zdawało, wisiorek na łańcuszku wokół szyi. — To gwizdek naddźwiękowy na psy. Donner i Blitzen mają czterech braci, wszyscy są wytresowani tak, by załatwiać paskudnych ludzi, i wszyscy reagują na mój gwizdek, nie pakuj się zatem w żadne miejsce, gdzie nie jesteś mile widziany. Wystarczy jeden gwizd czy dwa i nawet ty nie podołasz im w walce. Wiesz, że to dzięki ich rasie w Irlandii nie ma już wilków.

— Wiem — odparłem, pojmując, że faktycznie wiedziałem.

— O tak — podjęła. — Ericowi spodoba się to, że jesteś moim gościem. Dzięki temu powinien zostawić cię w spokoju, a przecież o to ci właśnie chodzi, n’est-ce-pas?

— Oui — odparłem.

Eric! To coś znaczyło! Znałem pewnego Erica i fakt ten z jakiegoś powodu był bardzo ważny. Nie ostatnio. Ale Eric, którego znałem, wciąż jeszcze żył i to było ważne.

Czemu?

Nienawidziłem go, to jeden z powodów. Nienawidziłem go dostatecznie, by zastanawiać się, czy go nie zabić. Może nawet próbowałem.

Do tego łączyła nas jakaś więź.

Pokrewieństwo?

Tak, właśnie. Żadnego z nas nie zachwycał fakt, że byliśmy braćmi… Przypomniałem sobie, przypomniałem…

Rosły, potężny Eric, z mokrą, kręconą brodą i oczami identycznymi jak Evelyn!

Nagle zalała mnie nowa fala wspomnień. Poczułem pulsowanie skroni i uderzenie gorąca na karku.

Nie pozwoliłem, by cokolwiek z tego odbiło się na mojej twarzy — zamiast tego zmusiłem się do kolejnego zaciągnięcia papierosem, kolejnego łyku piwa. Zrozumiałem, że Evelyn faktycznie była moją siostrą! Tyle że nie miała na imię Evelyn; nie mogłem sobie przypomnieć jak, ale nie Evelyn. Postanowiłem zachować ostrożność. Zwracając się do niej, nie będę używał żadnego imienia, póki sobie nie przypomnę.

A co ze mną? Co takiego działo się wokół mnie?

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki