Król - Szczepan Twardoch - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Król ebook i audiobook

Szczepan Twardoch

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

19 osób interesuje się tą książką

Opis

Żydowski gangster. Polskie piekło. Warszawa 1937.

Nowa powieść Szczepana Twardocha

Piękne samochody, kobiety, zimna wódka i gorąca krew. Boks, dzielnice nędzy i luksusowe burdele, błoto Woli i eleganckie ulice Śródmieścia. Żydzi i Polacy. Getto ławkowe i walki uliczne. Etniczny, społeczny, religijny i polityczny tygiel Warszawy 1937 roku. A ponad wszystkimi podziałami  zasady gangsterskiego świata, w którym siła jest najcenniejszą walutą.

Wszystko zaczyna się w zatłoczonej sali Kina Miejskiego, gdzie rozentuzjazmowana publiczność przygląda się walce bokserskiej. Trwa ostatnie starcie w meczu o drużynowe mistrzostwo stolicy. Polscy kibice dopingują reprezentanta Legii — znanego falangistę Andrzeja Ziembińskiego. Z żydowskich trybun dobiegają okrzyki na cześć zawodnika klubu Makabi Warszawa, Jakuba Szapiry. Ten wieczór należy do niego. Wśród wiwatów jednych i gwizdów drugich, triumfowi Szapiry przyglądają się siedemnastoletni Mojżesz Bernsztajn oraz Kum Kaplica — stary bojownik PPS, socjalista i król warszawskiego półświatka.

Czterdzieści lat później, w Tel Awiwie, emerytowany żołnierz Mosze Inbar pochyla się nad maszyną do pisania, by powrócić do wieczoru, w którym po raz pierwszy ujrzał na ringu pięknego, zuchwałego i niezmiernie pewnego siebie boksera. Wówczas nie wiedział jeszcze, że w 1937 roku to właśnie Szapiro, prawa ręka Kaplicy, zabił jego ojca z powodu niespłaconego długu. Nie przypuszczał też, jak wiele w jego życiu zmieni jeden wieczór i spotkanie z Kumem Kaplicą…

Targani namiętnościami bohaterowie, żywe konflikty i emocje, wciągająca akcja i jej nieprzewidywalne zwroty. Do tego pierwszy w polskiej powojennej literaturze tak ciekawy i wolny od mitologizowania portret żydowskiego bohatera oraz pasjonujące realia Warszawy lat 30. XX wieku. Literacki knock-out.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 492

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 41 godz. 5 min

Oceny
4,5 (5353 oceny)
3434
1303
450
102
64
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
maber

Nie oderwiesz się od lektury

Świetnie napisana ksiażka. Ale jeszcze bardziej polecam audiobook w genialnym wykonaniu Macieja Stuhra. Maluje głosem obrazy w sposób niezrównany. Jidysz w uliczkach przedwojennej Warszawy brzmi tak niezwykle... Warto się w tym świecie zanurzyć.
84
KwiatKrokusa

Nie polecam

Przekoloryzowana fikcja.
43
MASUD44

Całkiem niezła

audiobooka gaśi lektor, generalnie średni często jednak po porostu słaby, lepiej już samemu przeczytać książkę
32
Ignacy20098

Nie oderwiesz się od lektury

genialna!!
10
sloxo

Nie polecam

Nie idzie słuchać stuhra. Do tego kiepska książka sama w sobie.
44

Popularność




Opieka re­dak­cyjna: WAL­DE­MAR PO­PEK
Re­dak­cja: WOJ­CIECH ADAM­SKI
Kon­sul­ta­cja ju­da­istyczna: PIOTR PA­ZIŃ­SKI
Prze­kład dia­lo­gów na ję­zyk ji­dysz: EWA GEL­LER
Ko­rekta: JA­CEK BŁACH, EWE­LINA KO­RO­STYŃ­SKA, TO­MASZ KUNZ, ANETA TKA­CZYK
Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych: RA­FAŁ KU­CHAR­CZUK
Re­dak­cja tech­niczna: RO­BERT GĘ­BUŚ
Skład i ła­ma­nie: In­fo­mar­ket
© Co­py­ri­ght by Szcze­pan Twar­doch © Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, 2016
Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-08-05903-6
Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kra­ków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bez­płatna li­nia te­le­fo­niczna: 800 42 10 40 e-mail: ksie­gar­nia@wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl Księ­gar­nia in­ter­ne­towa: www.wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Któż nie jest nie­wol­ni­kiem?

Her­man Me­lville, Moby Dick

Mo­jego ojca za­bił wy­soki, przy­stojny Żyd o sze­ro­kich ra­mio­nach i po­tęż­nych ple­cach ma­cha­bej­skiego bok­sera.

Te­raz stoi w ringu, to ostat­nia walka wie­czoru i ostat­nie koło tej walki, a ja pa­trzę na niego z pierw­szego rzędu. Na­zy­wam się Moj­żesz Bernsz­tajn, mam sie­dem­na­ście lat i nie ist­nieję.

Na­zy­wam się Moj­żesz Bernsz­tajn, mam sie­dem­na­ście lat i nie je­stem czło­wie­kiem, je­stem ni­kim, nie ma mnie, nie ist­nieję, je­stem chu­dym, ubo­gim sy­nem ni­kogo i pa­trzę na tego, który za­bił mo­jego ojca, pa­trzę, jak stoi w ringu, piękny i silny.

Na­zy­wam się Moj­żesz In­bar, mam sześć­dzie­siąt sie­dem lat. Zmie­ni­łem na­zwi­sko. Sie­dzę przy ma­szy­nie do pi­sa­nia i pi­szę. Nie je­stem czło­wie­kiem. Nie mam na­zwi­ska.

Bok­ser w ringu na­zywa się Ja­kub Sza­piro. Bok­ser ma dwóch pięk­nych sy­nów, Da­wida i Da­niela, ale wtedy tego jakby nie wiem, wiem te­raz, że miał. Ma też czarne, lśniące od cięż­kiej bry­lan­tyny włosy.

Bok­ser za­bił mo­jego ojca. A te­raz wal­czy.

Wal­czy w ostat­nim kole tej walki. Te­raz po pol­sku mówi się „runda”. Więc ostat­nia runda.

Mecz o dru­ży­nowe mi­strzo­stwo sto­licy mię­dzy Le­gią a Ma­kabi za­czął się od wagi mu­szej, a wcze­śniej od dwóch sen­sa­cji. Baś­kie­wicz i Do­roba wal­czyli w wyż­szych ka­te­go­riach, to była sen­sa­cja pierw­sza. Drugą był spór mię­dzy sę­dziami. Chyba jesz­cze nie zna­łem się wtedy na tym, więc nie­wiele mnie to ob­cho­dziło, ale sły­sza­łem, co mó­wią lu­dzie sie­dzący obok. Byli pod­nie­ceni. Walką i sen­sa­cjami.

Sie­dzia­łem w pierw­szym rzę­dzie, w sali Kina Miej­skiego na rogu Dłu­giej i Hi­po­tecz­nej. Salę chęt­nie dzier­ża­wiono, rów­nież na po­trzeby walk. Wy­daje mi się dziś, że to wła­śnie wtedy po raz pierw­szy w ży­ciu oglą­da­łem mecz bok­ser­ski.

Dwie obce so­bie War­szawy zgro­ma­dziły się do­okoła ringu, ja mię­dzy nimi, tuż przy pod­wyż­sze­niu, ale jak­bym sie­dział wszę­dzie, na każ­dym zaj­mo­wa­nym przez Żyda krze­śle, i pa­trzy­łem na ring z bli­ska i z da­leka jed­no­cze­śnie. Nikt mnie nie wi­dział.

Do­okoła ringu zgro­ma­dziły się dwie War­szawy mó­wiące dwoma ję­zy­kami, ży­jące w osob­nych świa­tach, czy­ta­jące inne ga­zety i da­rzące się na­wza­jem w naj­lep­szym ra­zie obo­jęt­no­ścią, w naj­gor­szym – nie­na­wi­ścią, a zwy­kle po pro­stu pełną dy­stansu nie­chę­cią, jakby miesz­kały nie ulica w ulicę, tylko roz­dzie­lone oce­anem, ja zaś by­łem chu­dym mło­dzień­cem o bla­dej skó­rze, uro­dzi­łem się gdzieś tam, nie pa­mię­tam gdzie, chyba sie­dem­na­ście lat wcze­śniej, po­wiedzmy więc, że w roku 1920, i nadano mi imię Moj­żesz, na­zwi­sko Bernsz­tajn zaś zwy­czaj­nie odzie­dzi­czy­łem po ojcu Na­umie, no­siła je rów­nież moja matka Mi­riam, wszy­scy wy­zna­nia moj­że­szo­wego, i uro­dzi­łem się jako oby­wa­tel nie­dawno od­ro­dzo­nej Rzecz­po­spo­li­tej Pol­skiej, i jako tejże Rzecz­po­spo­li­tej oby­wa­tel nieco po­śled­niej­szej niż pol­ska ka­te­go­rii sie­dzia­łem na wi­downi sali Kina Miej­skiego, które kie­dyś było Te­atrem No­wo­ści, po­tem bu­dy­nek na rogu Dłu­giej i Hi­po­tecz­nej za­jął te­atr Bo­gu­sław­skiego, a w końcu za­jęły kino i boks.

Naj­pierw wal­czyli szczu­pli bok­se­rzy wagi mu­szej i ży­dow­ska War­szawa krzy­czała z ra­do­ści, kiedy po walce sę­dzia pod­niósł rękę Rund­ste­ina. Ka­miń­ski, ko­ści­sty pię­ściarz Le­gii, pod­dał się po pierw­szej run­dzie, cały za­lany krwią.

Da­lej – ko­gu­cia. W pierw­szym kole nasz bok­ser, jak do­my­śli­łem się po krzy­kach ży­dow­skiej pu­blicz­no­ści, wy­gry­wał. Na­zy­wał się Ja­ku­bo­wicz. Pol­ski sę­dzia rin­gowy wy­raź­nie fa­wo­ry­zo­wał za­wod­nika Le­gii, re­du­ku­jąc punk­tową prze­wagę Ja­ku­bo­wi­cza ko­lej­nymi, nie­uza­sad­nio­nymi upo­mnie­niami. Koła były trzy, po trze­cim sę­dzia punk­towy nie­spra­wie­dli­wie przy­znał zwy­cię­stwo Baś­kie­wi­czowi z Le­gii i się za­częło. Ja­kiś gruby Żyd w oku­la­rach ci­snął w sę­dziego pa­pie­rową to­rebką pełną wi­śni, krzy­cząc, że tu wszy­scy po­tra­fią li­czyć. Rzu­cił się na niego pol­ski apasz, gru­bas spraw­nie od­da­wał ciosy, roz­dzie­lono ich za­raz, ale mecz na kilka mi­nut prze­rwano.

Gdy salę udało się uspo­koić, do ringu wkro­czyli za­wod­nicy wagi piór­ko­wej i bar­dzo po­wol­nego Szpi­gel­mana z ła­two­ścią na punkty zwy­cię­żył Teddy, czyli Ta­de­usz Pie­trzy­kow­ski, mistrz mia­sta War­szawy, ten sam, który póź­niej, w in­nym świe­cie wal­czył jako wię­zień w obo­zach w Au­schwitz i Neu­en­gamme.

W lek­kiej Ro­zen­blum sku­tecz­nie obił twar­dego i wy­trzy­ma­łego Ba­reję.

W pół­śred­niej Nie­do­bier zde­cy­do­wa­nie do­mi­no­wał nad Prze­wódz­kim, mimo to sę­dzia ogło­sił re­mis. Ży­dow­ska pu­blicz­ność bu­czała, chrze­ści­jań­ska biła brawo.

Po­tem śred­nia. Do­roba z Le­gii po­wa­lił na­szego Szlaza w pierw­szych se­kun­dach pierw­szego koła i nie da się ukryć, Szlaz po pro­stu wlazł mu na prawy pro­sty, który Do­roba miał wy­bu­chowy. I jak wlazł, tak po­legł. Ży­dow­ska pu­blicz­ność po­nuro mil­czała, pol­ska zgo­to­wała zwy­cięzcy aplauz.

W pół­cięż­kiej for­tuna się od­wró­ciła: Neu­ding po­słał na de­ski Wło­stow­skiego, który, li­czony, wstał co prawda przy dzie­wiątce, ale sę­dzio­wie ogło­sili tech­niczny knock-out.

Po­tem na ring wy­szli bok­se­rzy wagi cięż­kiej.

– W pra­wym na­roż­niku za­wod­nik Le­gii War­szawa An­drzej Ziem­biń­ski! – wy­krzy­czał kon­fe­ran­sjer. Okla­ski.

Był z nich wszyst­kich zde­cy­do­wa­nie naj­przy­stoj­niej­szy i w ogóle nie wy­glą­dał jak bok­ser, ra­czej jak lek­ko­atleta. Bar­dzo wy­soki, miał dłu­gie, cho­ciaż umię­śnione koń­czyny i rów­nież długi tors pły­waka, bar­dzo ja­sne, pra­wie białe włosy pod­go­lone po bo­kach i dłuż­sze na gó­rze, za­cze­sane z prze­dział­kiem, oraz bla­do­nie­bie­skie oczy i kan­cia­stą szczękę art déco.

Przez chwilę wy­dał mi się po­dobny do gwiaz­dora fil­mo­wego, ale za­raz zro­zu­mia­łem, że to coś in­nego, że wy­gląda jak ze zdjęć i ry­sun­ków nie­miec­kich spor­tow­ców, aryj­skich pół­boż­ków, ja­kie cza­sem prze­dru­ko­wy­wała ilu­stro­wana prasa. Jed­no­cze­śnie było w jego twa­rzy coś de­li­kat­nego, pra­wie dziew­czę­cego, za­dba­nego, coś, czego nie po­tra­fi­łem na­zwać, a o czym dziś wiem, że jest po pro­stu ce­chą lu­dzi z klas wyż­szych, roz­piesz­cza­nych przez ży­cie.

– W le­wym, pro­szę pań­stwa... – kon­fe­ran­sjer zro­bił pauzę.

Po ży­dow­skich try­bu­nach po­niósł się szum.

– W le­wym na­roż­niku w bar­wach Ma­kabi War­szawa... – jesz­cze jedna pauza.

Szu­miało. Kon­fe­ran­sjer z sa­tys­fak­cją roz­glą­dał się po try­bu­nach. Na mecz przy­szło po­nad dwa i pół ty­siąca wi­dzów.

– Ja­kub Sza­piro!!! – ryk­nął w końcu.

Ży­dow­skich ki­bi­ców roz­no­sił en­tu­zjazm, kla­skali, krzy­czeli, skan­do­wali jego na­zwi­sko, ki­bice pol­scy bili oszczędne brawa, bok­se­rzy sta­nęli na­prze­ciwko sie­bie. Za­brzmiał gong i sala uci­chła.

Był piękny, pięk­nem in­nym niż Ziem­biń­ski, urodą jakby po­sępną, był też tro­chę niż­szy, ale mie­rzył na pewno po­wy­żej me­tra osiem­dzie­siąt, i nie tak smu­kły, wy­raź­nie cięż­szy.

Rysy miał twarde i grube, na no­sie ślad daw­nego zła­ma­nia, mimo to był piękny na­wet w tych śmiesz­nych, lśnią­cych spoden­kach, w gim­na­stycz­nym pod­ko­szulku na ra­miącz­kach z na­pi­sem „Ma­kabi” na piersi i w przy­po­mi­na­ją­cych skar­petki spor­to­wych pan­to­flach, któ­rymi ma­cał ja­sno oświe­tlony ring, jakby do­ty­kał kru­chego lodu, lekko, lewa-prawa, lewa-prawa, tak lekko, jakby nie był zwa­li­stym bok­se­rem wagi cięż­kiej, dzie­więć­dzie­siąt dwa ki­lo­gramy zbi­tych mię­śni, twar­dych ko­ści i aku­rat ta­kiej ilo­ści twar­dego sa­dła nad sze­ro­kim pa­sem bok­ser­skich spode­nek, by wy­peł­nić ka­mi­zelkę, gdy za­mieni spor­towy strój na gar­ni­tur.

Ziem­biń­ski wa­żył osiem­dzie­siąt dzie­więć ki­lo­gra­mów, ale wy­glą­dał na mniej, pod skórą grama tłusz­czu, tylko mię­śnie wy­rzeź­bione ciężką pracą, ni­czym na grec­kim po­sągu.

Czu­łem bar­dzo wy­raź­nie spo­kój i pew­ność sie­bie ży­dow­skiego bok­sera. Czu­łem też przy­jem­ność, dreszcz przy­jem­no­ści, gdy tłum krzy­czał jego na­zwi­sko. I czu­łem, jak ten dreszcz, niby sek­su­alna roz­kosz, roz­cho­dził się w jego ciele, kiedy skan­do­wali:

– Sza-pi-ro, Sza-pi-ro, Sza-pi-ro!

Wi­dzia­łem, z ja­kim spo­ko­jem się nosi, jak jest pe­wien swo­jego ciała, jak nim włada, jak mu się to ciało wy­ćwi­czone, ska­to­wane na tre­nin­gach pod­daje, jakby na­cią­gnięte we­wnętrz­nymi sprę­ży­nami, z jaką swo­bodą pra­cuje głową i ra­mio­nami, jakby prze­śli­zgi­wał się pod bel­kami ni­skiego stropu.

I jak ude­rza.

Siła idzie z nóg. Stopy, we­wnętrzne kra­wę­dzie, ko­lana do środka, wszystko bar­dzo sprę­ży­ście, prawa pięść w rę­ka­wicy broni za­wia­sów żu­chwy z pra­wej strony, le­wych – lewy bark, łok­cie bli­sko przy ciele. A kiedy ude­rza, całe ciało musi się spiąć w jed­nym wy­rzu­cie ener­gii.

Lewe bio­dro i bark skrę­cają się, szarp­nięte mię­śniami brzu­cha i grzbietu. Skurcz tych mię­śni ści­ska prze­ponę, że­bra, dla­tego ude­rze­niu to­wa­rzy­szy syk­nię­cie, kiedy ucieka wy­ci­śnięte z płuc po­wie­trze.

Skręca się też lewa stopa, jakby peta ga­sił, i na­gle wy­rzuca lewą rękę, jakby ka­mie­niem rzu­cał, pięść się w lo­cie skręca i ude­rza krót­kim strza­łem, jak ba­tem, i za­raz wraca, jakby cały był sprę­żyną.

Cza­sem jed­nak pię­ści nie owija ban­daż ani nie otula rę­ka­wica. Cza­sem pięść nie ude­rza w wo­rek. Cza­sem kość ude­rza o kość, sy­pią się zęby.

Cza­sem tak wła­śnie jest. Cza­sem tak musi być.

Ale te­raz ta­necz­nym kro­kiem pod­cho­dzi do Ziem­biń­skiego, pły­nie po ringu, zmie­nia nogi, tro­chę jak Char­lie Cha­plin w ki­no­wej ko­me­dii, pod­cho­dzi, lewą de­li­kat­nie dźga­jąc po­wie­trze, jakby szu­kał dziury w ota­cza­ją­cym prze­ciw­nika ko­ko­nie.

Ziem­biń­ski od­po­wiada, wal­czy do­brze, to świetny bok­ser, te­raz to wiem, bo wtedy chyba nie wie­dzia­łem, wy­daje mi się, że nie zna­łem się na bok­sie, że pa­trzy­łem i nie wie­dzia­łem, co wi­dzę, ale te­raz przy­po­mi­nam so­bie moje ów­cze­sne na nich spoj­rze­nie i wy­daje mi się ono spoj­rze­niem ro­zum­nym, spoj­rze­niem ana­li­tycz­nym, spoj­rze­niem do­strze­ga­ją­cym w nich wszystko, co do­strzec po­trafi tylko spoj­rze­nie wprawne, za­zna­jo­mione z tym, na co pa­trzy. Może to moje spoj­rze­nie dzi­siej­sze, nie ów­cze­sne.

Wal­czyli w tem­pie szyb­szym niż to, w ja­kim zwy­kle wal­czą ciężcy bok­se­rzy. Przed któ­rymś z szyb­kich jak Lu­xtor­peda (tak na­stęp­nego dnia na­pi­sali w ga­ze­cie) le­wych Ziem­biń­skiego Sza­piro scho­dzi ob­ro­tem, lecz nie na wio­dą­cej le­wej no­dze, tylko na pra­wej i na mo­ment przyj­muje po­stawę mań­kuta, z prawą z przodu, po czym za­sko­czo­nemu Ziem­biń­skiemu wrzuca w twarz dwa szyb­kie prawe, roz­bi­ja­jąc lewy łuk brwiowy. Bok­ser Le­gii na­wet nie wie, co go tra­fiło, ale Sza­piro mu od­pusz­cza, od­ska­kuje, roz­luź­nia się metr da­lej, cho­ciaż mógłby go te­raz ze­pchnąć na liny, za­sy­pać gra­dem sier­pów na głowę i że­bra.

– Kończ go te­raz, kończ...! – krzy­czy se­kun­dant.

Sza­piro mógłby te­raz skoń­czyć. Ale od­pusz­cza. Jest pewny sie­bie, zbyt pewny sie­bie. Igno­ruje krzyki se­kun­danta. Chce się jesz­cze bić.

Ma trzy­dzie­ści sie­dem lat. Nie jest już młody. Uro­dził się jako pod­dany cara Mi­ko­łaja II, pod ad­re­sem No­wo­lipki 23, nu­mer miesz­ka­nia 31, nie­całe dwa ki­lo­me­try od miej­sca, w któ­rym wła­śnie wal­czy. W ak­cie uro­dze­nia fi­gu­ruje ro­syj­skie imię Иаков, żona (cho­ciaż nie mają ślubu, to jed­nak żona) mówi do niego po pol­sku „Ja­kub”, albo cza­sem, tak jak matka, zwraca się doń imie­niem Jan­kiew, po ży­dow­sku, na­zwi­sko po­zo­sta­wało nie­zmienne, ale dla mnie za­wsze był Ja­ku­bem, kiedy oczy­wi­ście prze­stał być pa­nem Sza­piro.

Przy­glą­da­łem mu się wtedy z nie­na­wi­ścią, cho­ciaż nie wie­dzia­łem jesz­cze, że za­bił mo­jego ojca. Wie­dzia­łem tylko, że go za­brał. Wszyst­kiego do­wie­dzia­łem się póź­niej i póź­niej też po­ko­cha­łem Ja­kuba Sza­pirę i chcia­łem stać się Ja­ku­bem Sza­pirą i może ja­koś się nim sta­łem.

A może już wiem. Może wiem już wszystko.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki