Epifania wikarego Trzaski - Szczepan Twardoch - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Epifania wikarego Trzaski ebook i audiobook

Szczepan Twardoch

4,3

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Przed Morfiną, Królem i Chołodem była… Epifania wikarego Trzaski!

Otwarcie serii debiutanckich powieści i opowiadań Szczepana Twardocha.

Epifania wikarego Trzaski ukazała się w 2007 roku. Żywa i dowcipna. Metafizyczna i prorocza. Śląska. I aktualna, może nawet bardziej niż w momencie premiery.

Ksiądz Jan Trzaska, intelektualista w sutannie, jest wikarym w małej miejscowości na Górnym Śląsku. Czuje się tam jak na zesłaniu. Ale pewnej nocy odwiedza go niespodziewany gość. Odtąd słowa wikarego oszałamiają wiernych, a dotyk uzdrawia. Na Śląsk coraz tłumniej zjeżdżają dziennikarze, duchowni i przede wszystkim chorzy pragnący uleczenia.

„Tej powieści nie zaszkodził ani czas, ani zalew rynkowej wszechbarwnej produkcji literackiej, ani to, że na pierwszych jej stronach pojawiają maluchy i polonezy. Przeciwnie. Książce Twardocha pomógł czas, pomógł polski fanatyczny klerykalizm, parafianizm troglodycki, pomogły afery kościelne i polityczne zbutwienie. Twardoch widział – powiedziałbym, że widział jasno i w zachwyceniu, jak prorok – co będzie dalej. Socjologiczny profetyzm Twardocha bardzo cenię, najbardziej wtedy, gdy jest najsilniej obrazoburczy”. Zbigniew Kadłubek (fragment posłowia)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 242

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 39 min

Lektor: Dariusz Chojnacki

Oceny
4,3 (62 oceny)
32
18
9
2
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
olivialasocka

Całkiem niezła

Może być
00
KOWALS

Nie oderwiesz się od lektury

jakże inny Twardoch niż w tych książkach, które do tej pory przeczytałem czyli Król i królestwo Niesamowicie wciągająca lektura
00
To-No

Nie oderwiesz się od lektury

oto wielką Tajemnica wiary...
00
Dapikus

Nie oderwiesz się od lektury

Bezkompromisowa ale też pełna ironii historia posadowiona "w śląskości"
00
Magdalena_Anopczenko

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna , wciągająca i skłaniająca do głębszych rozważań. Ma swój niepowtarzalny klimat .
00

Popularność




Opieka re­dak­cyjna: EWE­LINA KO­RO­STYŃ­SKA
Ko­rekta: WOJ­CIECH ADAM­SKI, ANNA DO­BOSZ, AGNIESZKA STĘ­PLEW­SKA
Kon­sul­ta­cja ję­zy­kowa: GRZE­GORZ KU­LIK
Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych: RA­FAŁ KU­CHAR­CZUK
Re­dak­tor tech­niczny: RO­BERT GĘ­BUŚ
© Co­py­ri­ght by Szcze­pan Twar­doch © Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, 2023
Wy­da­nie dru­gie, po­pra­wione Wy­da­nie pierw­sze: Wy­daw­nic­two Dol­no­ślą­skie, 2007
ISBN 978-83-08-07913-3
Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kra­ków bez­płatna li­nia te­le­fo­niczna: 800 42 10 40 księ­gar­nia in­ter­ne­towa: www.wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl e-mail: ksie­gar­nia@wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl tel. (+48 12) 619 27 70
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Sza­rze­jące na ho­ry­zon­cie niebo przy­go­to­wy­wało się do przy­ję­cia świtu. Li­sto­pa­dowy przy­mro­zek ściął zie­mię, po­krył szro­nem szyby sa­mo­cho­dów, trawę i drzewa, na któ­rych wi­siały jesz­cze resztki li­ści, i spra­wił, że po­wie­trze stra­ciło przej­rzy­stość, wy­peł­nia­jąc się zmro­żoną mgłą. Z da­chów w niebo pa­trzyły mu­sku­larne ko­miny, wy­rzu­ca­jące żółty, biały i czarny dym, który, mie­sza­jąc się jak na ma­lar­skiej pa­le­cie, za­wi­sał pięć­dzie­siąt me­trów nad zie­mią i ście­lił się, w pa­smach i kłę­bach, ni­czym gro­te­skowa kpina z ba­biego lata.

Oj­co­wie ro­dzin, któ­rych ryk bu­dzi­ków wy­cią­gnął spod pu­cho­wych pie­rzyn, od od­dy­cha­ją­cych spo­koj­nie sze­ro­ko­bio­drych żon, za­pa­lali pierw­szego pa­pie­rosa w piw­ni­cach, wrzu­ca­jąc ko­lejne ło­patki wę­gla w przy­ga­słe lub zie­jące czer­wo­nym ża­rem cze­lu­ście pie­ców ceo. Ich żony za­kre­ślały znak krzyża i na wpół­przy­tomne, kla­piąc pap­ciami po la­stryku, szły do kuchni, wy­cią­gały z lo­dó­wek ser, kieł­basę i ma­sło, kro­iły chleb, go­to­wały wodę na kawę i za­wi­jały ka­napki w pa­pier.

Skrzy­piały kłódki i drżały kraty otwie­ra­nych skle­pów. Za­pach świe­żego chleba wy­peł­zał z roz­grza­nej pie­karni. Pod po­cią­gnię­ciami pla­sti­ko­wych skro­ba­czek szron pła­tami scho­dził z szyb gol­fów, la­no­sów, po­lo­ne­zów i ma­lu­chów, a ko­pu­lu­jące z cy­lin­drami tłoki roz­grze­wały olej stę­żały w sil­ni­kach. Mo­no­tonną man­trą na­wo­ły­wały się go­łę­bie z od­le­głych go­łęb­ni­ków, a wró­ble wy­peł­niały po­wie­trze po­ćwier­ki­wa­niem. Pod zie­mią, w chod­ni­kach i szy­bach, szychta noc­nej zmiany za­mie­niała się w faj­rant.

Jó­zef Lompa, zwany Po­nie­dział­kiem, pa­ko­wał do torby śnia­da­nie – dwa razy tyle ka­na­pek co zwy­kle. Panna Al­dona, go­spo­dyni, z fa­ta­li­stycz­nym spo­ko­jem pom­po­wała dętkę swo­jego ro­weru wi­gry 3, z któ­rej znowu urwisy z dołu spu­ściły po­wie­trze. An­drzej Zie­liń­ski, pro­boszcz, nie miał ochoty wy­cho­dzić z cie­płego łóżka, pa­trzył więc na za­grzy­biony su­fit i mar­twił się, skąd weź­mie pie­nią­dze na re­mont da­chu ple­ba­nii. Kow­nacka, na­uczy­cielka ma­te­ma­tyki cier­piąca na bez­sen­ność, z za­pa­łem wy­pi­sy­wała obe­lgi na in­ter­ne­to­wych fo­rach. Ger­hard Pi­ku­lik wrzesz­czał w ko­mórkę, besz­ta­jąc swo­jego pra­cow­nika, kie­rowcę spóź­nio­nego au­to­busu re­la­cji Gli­wice–Ham­burg–Gli­wice. Ce­linka Gwóźdź, an­glistka, da­rem­nie pró­bo­wała wzbu­dzić po­żą­da­nie w ro­ze­spa­nym mężu. Teo­fil Ko­cik, wa­riat, koń­czył doić krowę i oba­wiał się, czy nie spóźni się do ko­ścioła. Ja­dwiga Olek­siak, dy­rek­torka szkoły, z tru­dem wcią­gała majtki wy­szczu­pla­jące. Mło­dzież szkolna spała w naj­lep­sze, z ci­chą na­dzieją, że tego dnia świat się nie zbu­dzi.

Za­stę­pu­jący ko­ściel­nego elek­tro­niczny au­to­mat uru­cho­mił me­cha­nizm dzwo­nów, któ­rych bi­cie, wzy­wa­jąc na mszę, po­nio­sło się po dziu­ra­wych uli­cach, mię­dzy ogród­kami, po zmar­z­nię­tych ugo­rach, mię­dzy ścia­nami bla­sza­nych ga­raży, przez siat­kowe płoty, ra­chi­tyczne za­gaj­niki i nie­użytki, wci­ska­jąc się do do­mów przez dźwię­kosz­czelne okna.

Wraz z bi­ciem dzwo­nów roz­pro­szone cięż­kimi chmu­rami świa­tło wy­do­było z ciem­no­ści su­rową bryłę sta­rego ko­ścioła, ba­ro­ko­wego sty­lem po­zba­wio­nym wszel­kiej fry­wol­no­ści, spo­koj­nym i sta­tecz­nym – fi­gurę cha­rak­teru lu­dzi, któ­rzy się w nim co nie­dzielę zbie­rali. Na ka­le­nicy ce­gla­sto­ru­dego da­chu przy­sia­dły wró­ble wy­gnane z za­cisz­nych za­ka­mar­ków wieży przez grzmiący spiż.

W środku bu­dzą­cej się w skle­pach, pie­kar­niach i urzę­dach wsi za­pło­nęły ko­ścielne okna świa­tłem elek­trycz­nych ży­ran­doli.

Bóg pa­trzył na swoje Drob­czyce.

W oświe­tlo­nym ko­ściele si­no­nie­bie­skie ciało zde­ka­pi­to­wa­nego Jana Chrzci­ciela try­skało równą strugą krwi, a głowa w ręku kata wzno­siła oczy ku niebu. Odziana w ro­ko­kową suk­nię He­ro­diada uśmie­chała się z sa­tys­fak­cją, oprawca jesz­cze dzier­żył miecz. Ściem­niały wer­niks do­da­wał ba­ro­ko­wemu ob­ra­zowi mrocz­nego na­stroju, tylko mu­śli­nowe szaty ko­biet i bla­dość mar­twego ciała roz­ja­śniały ciem­no­ści lo­chów.

Star­szym bra­ciom z wieży za­wtó­ro­wał mały dzwo­nek na sznurku, przy wyj­ściu z za­kry­stii. Po­cią­gnięty rączką mi­ni­stranta, ob­wie­ścił po­czą­tek mszy nie­licz­nym pa­ra­fia­nom, któ­rzy przy­szli w po­nie­dzia­łek do ko­ścioła. Młody ksiądz przy­klęk­nął przed oł­ta­rzem, cięż­kim spoj­rze­niem ob­da­rza­jąc ma­lo­wi­dło z pa­tro­nem ko­ścioła. Za­spany mi­ni­strant klęk­nął za nim, po czym obaj za­jęli przy­na­leżne im miej­sca.

– Mi­łość Boga Ojca, ła­ska na­szego Pana Je­zusa Chry­stusa i dar jed­no­ści w Du­chu Świę­tym niech będą z wami wszyst­kimi! – za­śpie­wał ksiądz.

– I z du­chem twoim – od­po­wie­działy bab­cie i Ko­cik.

Po­ranna msza Święta w ko­ściele pa­ra­fial­nym pod we­zwa­niem Ścię­cia Świę­tego Jana Chrzci­ciela w Drob­czy­cach roz­po­częła się. Wierni, czyli lud, wy­stą­pili, jak zwy­kle, w licz­bie dzie­się­ciu osób. Ksiądz wi­kary Jan Trza­ska, zwany przez pa­ra­fian księ­dzem Ja­necz­kiem, a przez star­szych „no­wym ka­pe­lōn­kym”[1], prze­pro­sił w du­chu Pana Boga za swoje grze­chy, od­czy­tał in­ten­cję, po czym roz­po­czął Con­fi­teor.

– Uznajmy przed Bo­giem, że je­ste­śmy grzeszni, aby­śmy mo­gli z czy­stym ser­cem zło­żyć Naj­święt­szą Ofiarę – wy­śpie­wał swoim czy­stym gło­sem, o któ­rym starsi ma­wiali: „Ka­pe­lōnek to śpiy­wa­jōm tak piyk­nie, że aże Matka Bo­skŏ na fi­gu­rze sie śmie­jōm, jak go sły­szōm”[2].

Kiedy wierne nie­mra­wymi gło­sami za­częły swoje „Spo­wia­dam się Bogu Wszech­mo­gą­cemu i wam, bra­cia i sio­stry...”, wi­kary, wzbu­dziw­szy w so­bie szczery żal za grze­chy, po­zwo­lił na kil­ka­na­ście se­kund my­ślom od­le­cieć, pod­czas kiedy wargi bez­wied­nie wy­po­wia­dały jak co dzień te same słowa. Ksiądz Ja­ne­czek my­ślał o śnia­da­niu, które zje po na­bo­żeń­stwie, bo obu­dził się o kwa­drans za późno i le­d­wie zdą­żył na mszę. Miał na­dzieję, że pro­boszcz nie ze­żre mu dwóch kieł­ba­sek ślą­skich, które z my­ślą o śnia­da­niu ukrył na naj­niż­szej półce lo­dówki. Pro­boszcz może nie ze­żre, ale jak panna Al­dona je znaj­dzie, to nie­chyb­nie je pro­bosz­czowi wkroi do ja­jecz­nicy, mru­cząc: „Przecã fa­ro­rzowi sie bar­dzij nŏleży wuszt do sma­żōnki ani­żeli ka­pe­lōn­kowi”[3]. Psia­krew. I bę­dzie trzeba iść do spo­żyw­czego po ja­kiś se­rek albo coś in­nego, byle nie­dro­giego. Po śnia­da­niu siąść i szybko od­mó­wić lau­desy, któ­rych nie zdą­żył przed mszą, a po­tem za­raz do szkoły. Po szkole może tro­chę spa­ceru, może wró­ciłby przez las, ładny, póź­no­je­sienny dzień dzi­siaj, może w le­sie od­mó­wiłby so­bie bre­wiarz znowu, ja­koś tak faj­nie, przy­sią­dzie so­bie na pniaku, po­pa­trzy na resztki ko­lo­ro­wych li­ści i wznie­sie my­śli do Pana, po­tem na farę na obiad, zi­gno­ruje gde­ra­nie panny Al­dony i uciek­nie do po­koju. Nie, psia­krew, po­nie­dzia­łek, dy­żur w kan­ce­la­rii. Po­sie­dzi więc te dwie go­dziny w kan­ce­la­rii, może nikt nie przyj­dzie, po czym pój­dzie do sie­bie do po­koju. Włą­czy kom­pu­ter i wróci może do ar­ty­kułu do „Go­ścia Nie­dziel­nego”, o in­kul­tu­ra­cji, który miał skoń­czyć mie­siąc temu. Albo po­czyta coś, może Au­gu­styna, albo, je­żeli nie bę­dzie miał siły na nic, to ja­kąś głu­potę. Ostat­nio w mie­ście ku­pił so­bie w ta­niej książce kilka tan­det­nych po­wie­ści, do­brych do wie­czor­nego od­prę­że­nia. Po­tem od­mówi nie­szpory i kiedy usły­szy, że fa­rorz kła­dzie się spać, a go­spo­dyni po­szła do domu, prze­pnie wtyczkę z te­le­fonu do mo­demu i po­łą­czy się na parę mi­nut z ne­tem, ścią­gnie e-ma­ile od przy­ja­ciół, chyba że znowu nic nie bę­dzie, bo kto o nim jesz­cze pa­mięta, roz­łą­czy się, od­pi­sze na wszyst­kie, po­łą­czy się znowu i wy­śle. A może przy śnia­da­niu wró­cić znowu do kwe­stii sta­łego łą­cza? Może, jakby Al­dony nie było, bo przy niej to za­raz koń­czy się gde­ra­niem, że po co księ­dzu te kom­pu­tery, niech ksiądz le­piej się ró­żań­cem zaj­mie.

Smutne brą­zowe oczy mło­dego Ko­cika wpa­try­wały się w księ­dza Ja­neczka z wy­rzu­tem. Psia­krew, za­ga­pi­łem się! – po­my­ślał.

– Niech się zmi­łuje nad nami Bóg Wszech­mo­gący i od­pu­ściw­szy nam grze­chy, do­pro­wa­dzi nas do ży­cia wiecz­nego – od­śpie­wał po­spiesz­nie.

– Aaaa-men – od­po­wie­działy bab­cie, Ko­cik i mi­ni­strant.

Gładko prze­szedł przez „Pa­nie, który umar­łeś na krzyżu...”, po­tem do li­tur­gii słowa. Pro­boszcz ży­czył so­bie, aby to mi­ni­stranci od­czy­ty­wali lek­cję, ale ksiądz Ja­ne­czek nie miał ochoty wy­słu­chi­wać dwu­na­sto­let­niego Pio­tru­sia, wy­ci­ska­ją­cego z sie­bie z tru­dem Boże Słowa, od­czy­tał więc co trzeba sa­memu. Dał so­bie spo­kój z ka­za­niem, po czym na­gle znik­nął brzydki ko­ściół, znik­nęły ba­bule i Ko­cik de­wot, znik­nął mi­ni­stran­cina, a ksiądz Ja­ne­czek od­pły­nął ku wiel­kiej Ta­jem­nicy ukry­tej w Ka­no­nie rzym­skim, który wi­kary przed­kła­dał po­nad inne mo­dli­twy eu­cha­ry­styczne. Tak jak każ­dego dnia, kiedy pod­no­sił oczy ku wznie­sio­nej ho­stii, i da­lej tak samo jak sześć lat temu, po świę­ce­niach, włos je­żył mu się na karku, prze­bie­gły go dresz­cze, kiedy ka­wa­łek opłatka za­mie­nił się w sa­mego Chry­stusa. Wino – krew. Ła­ma­nie chleba, oka­za­nie ko­mu­ni­kantu wier­nym, Agnus Dei, ko­mu­nia, wy­wa­lone ję­zory, na któ­rych ksiądz Ja­ne­czek kła­dzie Ciało Chry­stusa – amen – nie­mrawy śpiew. Od­biera od mi­ni­stranta pa­tenę, bo z chłopca straszna oferma, i de­li­kat­nie zsuwa nie­wi­doczne cząstki Ciała do kie­li­cha, szep­cząc:

– Pa­nie, daj nam z czy­stym ser­cem przy­jąć to, co spo­ży­li­śmy ustami, i dar otrzy­many w do­cze­sno­ści niech się sta­nie dla nas le­kar­stwem na ży­cie wieczne.

Pu­ry­fi­ka­cja kie­li­cha – ksiądz Ja­ne­czek pa­trzy, jak woda po­ru­szona spi­ral­nym ru­chem nad­garstka za­biera z sobą okru­chy Ciała.

Ko­niec. Ogło­sze­nia. Chciałby im coś po­wie­dzieć, o swoim ży­ciu stu­denta z do­brego domu, które po­rzu­cił, by zo­stać księ­dzem, i o ży­ciu sto­łecz­nego księ­dza in­te­lek­tu­ali­sty, które wiódł w sto­licy, a które zo­sta­wił na we­zwa­nie Pana, aby u nich, w tej za­pa­dłej wsi na brzyd­kim Ślą­sku, za­pa­dłym Obe­rschle­sien, do­ko­ny­wać co­dzien­nie cudu Trans­sub­stan­cja­cji. Tylko po co miałby im to mó­wić? Po­my­ślał po­nuro, że nie znaj­dzie tu­taj zro­zu­mie­nia. Wy­mam­ro­tał więc po­rzą­dek mszy świę­tych w ty­go­dniu, in­ten­syw­nie my­śląc o kieł­ba­skach. Pan z wami, bab­cie, Pan z tobą, Ko­cik, wa­ria­cie.

– I z du­chem twoim – od­po­wie­dział lud.

– Niech was bło­go­sławi Bóg Wszech­mo­gący – Oj­ciec – i Syn – i Duch Święty.

Za­trzesz­czały je­sienne płasz­cze, kiedy bab­cie, w swoim po­ję­ciu na­boż­nie – czyli z war­gami w ciup i oczami wznie­sio­nymi ku lam­pom – że­gnały się, za­kre­śla­jąc dłońmi łuki tak sze­ro­kie, jakby zba­wie­nie za­le­żało od dłu­go­ści ra­mie­nia. Dla­czego, do ja­snej cho­lery, za­wsze klę­ka­cie na moje bło­go­sła­wień­stwo, za­miast wsta­wać – po­my­ślał ksiądz Ja­ne­czek z roz­pa­czą i za­raz prze­pro­sił Pana za prze­kli­na­nie w my­ślach. W su­mie klę­kają, bo tak je na­uczono, kiedy były dziećmi, a pro­bosz­czowi to ci­che prze­mie­sza­nie resz­tek Tri­den­tiny z No­vus Ordo Mis­sae zdaje się wcale nie prze­szka­dzać. Ko­cik zaś dla pew­no­ści prze­że­gnał się trzy­krot­nie, jakby pły­nął wa­riac­kim krau­lem.

Zwrot za oł­ta­rzem, po­kłon, krew try­ska­jąca z bez­gło­wej szyi Jana Chrzci­ciela, trzy­maj­cie się, Ja­siu Bez Głowy i Głowo Ja­sia na Tacy, moi niemi przy­ja­ciele na ob­ra­zie, nie daj­cie się dra­niom, i do za­kry­stii. Pio­truś zło­żył na­boż­nie ręce – cie­kawe, kiedy za­czniesz wkła­dać te łapki ko­le­żan­kom w majtki, sy­neczku, bo prze­cież wiem, że ziółko z cie­bie jest pierw­szej wody – po­my­ślał wi­kary i od­mó­wili mo­dli­twę. Niech te­raz ta oferma mi­ni­strant po­może mu ścią­gnąć szaty – no, Pio­tru­siu, żywo. Wy­tarty or­nat ksiądz Ja­ne­czek zdjął sam i od­wie­sił do szafy, od­wią­zał cin­gu­lum, zło­żył je jak na­leży, Pio­truś za­brał stułę, po­mógł ścią­gnąć albę i od­wią­zał pa­ski hu­me­rału. Bo­le­sny skurcz żo­łądka znowu przy­po­mniał księ­dzu Ja­necz­kowi o śnia­da­niu.

– Dzię­kuję ci, Pio­trze, że po­ma­ga­łeś mi w zło­że­niu ofiary Panu. – Ksiądz wy­cią­gnął swoją dużą dłoń i uści­snął małą rączkę mi­ni­stranta. Wie­dział, że chłopcy do­ce­niają, kiedy po mszy ksiądz dzię­kuje im tak po mę­sku, jak do­ro­słym.

Wy­szli z za­kry­stii, mi­ni­strant po­czła­pał do szkoły, wlo­kąc za sobą ple­cak, a ksiądz Ja­ne­czek z ra­do­ścią skon­sta­to­wał, że pod gan­kiem ple­ba­nii nie stoi jesz­cze ro­wer panny Al­dony, a za­tem jego kieł­ba­ski cze­kają w lo­dówce.

– Pro­szę księ­dza...

Nie. Ko­cik. Daj mi spo­kój, Ko­cik, chcę iść na śnia­da­nie, jest siódma pięt­na­ście rano, po­nie­dzia­łek, a ja jesz­cze nic nie ja­dłem, za­raz mu­szę iść do szkoły. Poza tym źle wy­glą­dasz, go­rącz­ku­jesz, chło­pie. Ja cię lu­bię, Ko­cik, tak jak ja, je­steś tu obcy, nie swój, go­rŏl, też pa­trzą na cie­bie jak na ra­roga, je­ste­śmy chyba na­wet w po­dob­nym wieku, je­steś mi bli­ski, Ko­cik, ale nie dzi­siaj rano, na Boga, nie dzi­siaj rano. Po­sta­no­wił się nie ob­ra­cać, może da spo­kój.

– Pro­szę księ­dza, bo ja mam py­ta­nie.

Za­wsze masz py­ta­nia – po­my­ślał ksiądz i od­wró­cił się z re­zy­gna­cją.

– No, słu­cham pana, pa­nie Ko­cik. O co cho­dzi tym ra­zem?

Wsiowy wa­riat i de­wot już go do­padł i chwy­cił za ra­mię – nie mogę prze­cież mu po­wie­dzieć, że nie zno­szę, kiedy ktoś mnie trzyma za rękę przy roz­mo­wie, Chry­stus by tak nie po­stą­pił.

– Pro­szę księ­dza, a jak się opła­tek za­mie­nia w ciało Chry­stusa, jak ksiądz mówi za oł­ta­rzem, to w którą część ciała, pro­szę księ­dza, że tak za­py­tam? – wy­ma­wiał słowa sta­ran­nie, po­woli, z na­my­słem, jak ktoś, kto słabo zna pol­ski i przy­po­mina so­bie wy­uczone na pa­mięć kwe­stie.

Że tak za­py­tasz, Ko­cik, wa­ria­cie, i co ja mam ci od­po­wie­dzieć? Tego to pro­fe­so­ro­wie teo­lo­gii mogą do­brze nie zro­zu­mieć, a ja mam wy­tłu­ma­czyć to­bie, bez­dom­nemu włó­czy­ki­jowi, któ­rego przy­gar­nął go­spo­darz do po­mocy w za­gro­dzie, a ty z wdzięcz­no­ści po­sta­no­wi­łeś się na­wró­cić, co do­brze świad­czy o tych po­prze­sta­wia­nych klep­kach w two­jej trzy­dzie­sto­let­niej łe­pe­ty­nie, ale ni­jak nie po­może ci zro­zu­mieć Trans­sub­stan­cja­cji.

– No, pa­nie Ko­cik, w ca­łego Chry­stusa po pro­stu. Niech pan so­bie tym głowy nie za­wraca, niech pan le­piej idzie do domu, bo się pań­ski go­spo­darz go­tów jesz­cze wściec, że się od ro­boty mi­ga­cie – uciął szybko wi­kary, pa­trząc ze smut­kiem na pannę Al­donę, która, wolno na­ci­ska­jąc na pe­dały swo­jego ro­meta, nie­ubła­ga­nie zbli­żała się do ple­ba­nii.

– Pro­szę księ­dza, nic nie jest waż­niej­sze prze­cież od Mszy Świę­tej i Ko­mu­nii. – Ko­cik nie od­pusz­czał, a wi­kary wie­dział, że chło­pa­kowi ze zła­ma­nym no­sem nie cho­dzi wcale o wąt­pli­wo­ści teo­lo­giczne, tylko o kon­takt z ka­pła­nem, który, w jego ro­zu­mie­niu, przy­bli­żał go do Boga.

I ja ci ten kon­takt mu­szę za­pew­nić, i za­pew­nię. Ale nie te­raz.

– Jak chce pan po­ga­dać, pa­nie Ko­cik, to niech pan przyj­dzie wie­czo­rem, po siód­mej, jak skoń­czę dy­żur w kan­ce­la­rii, do­brze? – po­wie­dział ksiądz, że­gna­jąc się w my­ślach z za­pla­no­wa­nym wie­czo­rem z książką i e-ma­ilami od przy­ja­ciół. Ko­cik chciał jesz­cze coś po­wie­dzieć, ale wi­kary już biegł pra­wie w stronę fary, byle uprze­dzić pannę Al­donę. Drzwi do­padł na tyle późno, że nie wy­pa­dało już ich za­mknąć za sobą, mu­siał wpu­ścić go­spo­dy­nię do środka.

– Niych by­dzie po­chwa­lōny Je­sus Chri­stus i Ma­ryja za­wsze Dzie­wica – wy­re­cy­to­wała panna Al­dona.

Oraz święty Jan Chrzci­ciel i Jego Ścię­cie, święci Piotr i Pa­weł, święty Ko­sma, święty Da­mian, święta Te­resa od Dzie­ciątka Je­zus, święty Ignacy Loy­ola, święci pa­pieże i bi­skupi, wszy­scy święci i święte Boże, wy­głoś od razu całą li­ta­nię – ksiądz Ja­ne­czek znowu dał w du­chu upust zło­ści i znowu za­raz prze­pro­sił za to Boga. Od­po­wie­dział uprzej­mie:

– Na wieki wie­ków amen, panno Al­dono. Cóż tam cie­ka­wego dzi­siaj?

– A co mŏ być, co sie ksi­ōndz gu­pie py­ta­jōm? – od­wark­nęła stara Ślą­zaczka, a wi­kary ze smut­kiem wspo­mniał pa­nią Ha­nię, ku­charkę z jego pierw­szej pa­ra­fii, na Żo­li­bo­rzu, która swo­ich „księ­życz­ków” trak­to­wała jak ro­dzo­nych sy­nów.

Prze­szli do kuchni. Ksiądz szybko wy­cią­gnął kieł­basę z lo­dówki i na­sta­wił wodę na ga­zo­wym piecu. Przez chwilę usi­ło­wał zi­gno­ro­wać zgor­szone spoj­rze­nie go­spo­dyni, ale ska­pi­tu­lo­wał i po­dał jej je­den ser­de­lek.

– Ksiądz pro­boszcz pew­nie miałby ochotę na ja­jecz­nicę na kieł­ba­sie...

Panna Al­dona wy­mam­ro­tała coś pod no­sem o nie­sza­no­wa­niu go­spo­da­rza i za­częła przy­rzą­dzać ja­jecz­nicę dla pro­bosz­cza. Wi­kary wrzu­cił kieł­basę do gar­nuszka z wodą i włą­czył elek­tryczny czaj­nik, aby za­pa­rzyć kawę. Roz­pusz­czalną. Po chwili sie­dział już przy stole, nad dwiema krom­kami wczo­raj­szego chleba po­sma­ro­wa­nymi ser­kiem to­pio­nym, kieł­ba­ską z klek­sem musz­tardy i kub­kiem kawy. Po­sta­no­wił po­cze­kać z je­dze­niem na pro­bosz­cza. Panna Al­dona, znie­cier­pli­wiona, w końcu ryk­nęła:

– Niych fa­rorz za­rŏz sam przi­le­zōm! Wiela mōm cze­kać ze sma­żōn­kōm? Już je zimnŏ, nic niy wartŏ, do lu­ftu z ta­kōm ro­bo­tōm! Niych se fa­rorz na bez­rok nowõ ku­charkã szu­ka­jōm, bo jŏ tego niy po­ra­dzã strzi­mać![4]

Ksiądz Ja­ne­czek aż sku­lił się w so­bie, cho­ciaż wie­dział, że te wszyst­kie ry­tu­alne groźby nie mają żad­nego zna­cze­nia, a panna Al­dona wy­gła­sza je co drugi dzień. Wi­kary po­dej­rze­wał na­wet, że ich go­spo­dyni po­siada swój pry­watny bre­wiarz, uło­żony z gróźb, na­rze­kań, upo­mnień i gde­rań na każdy dzień w roku, który od­ma­wia z wiel­kim za­pa­łem.

Pro­boszcz Zie­liń­ski w końcu wto­czył się do kuchni. Wielki, okrą­gły i czer­stwy, z głową po­ro­śniętą rzadką siwą szcze­ciną, z ró­żową cerą, wy­glą­dał zdrowo i do­bro­tli­wie, mimo po­kaź­nej tu­szy. Do­bro­tliwy jed­nak ra­czej nie by­wał, a dzi­siaj był wy­raź­nie wście­kły, co wi­kary za­uwa­żył od razu. Siadł do stołu, nie ode­zwaw­szy się ani sło­wem, nie za­re­ago­wał ani na „dzień do­bry” księ­dza Janka, ani na „niech bę­dzie po­chwa­lony” go­spo­dyni. Z jego prze­cią­głego, wście­kłego spoj­rze­nia wi­kary od razu wy­wnio­sko­wał, że to on jest przy­czyną po­ran­nego gniewu pro­bosz­cza.

Od­mó­wili mo­dli­twę przed je­dze­niem i spo­żyli w mil­cze­niu. O ósmej młody ksiądz uznał, że zjadłby wię­cej, ale za czter­dzie­ści pięć mi­nut mu­siał być w szkole, a miał jesz­cze do od­mó­wie­nia bre­wiarz. Po­dzię­ko­wał ci­cho i wstał od stołu.

– Niech ksiądz siada – wark­nął pro­boszcz.

O, cho­lera – po­my­ślał wi­kary. Jest źle. Usiadł na krze­śle. Pro­boszcz prze­su­nął po stole w stronę księ­dza Ja­neczka pa­pier z logo TP.

– Jak ksiądz to za­mie­rza wy­tłu­ma­czyć?

Dwie­ście dzie­więć­dzie­siąt dwa złote i dzie­więt­na­ście gro­szy. O, kurwa. Prze­pra­szam, Pa­nie Boże! Mo­dem, mu­sia­łem zo­sta­wić na któ­rąś noc włą­czony mo­dem.

– To... chyba... za in­ter­net... Zo­sta­wi­łem mo­dem włą­czony przez przy­pa­dek. Mó­wi­łem, że stałe łą­cze trzeba... Prze­pra­szam księ­dza naj­moc­niej, po­kryję to z mo­ich pry­wat­nych pie­nię­dzy – wy­ją­kał.

– Co ksiądz so­bie wy­obraża? Że pa­ra­fia bę­dzie pła­cić za księ­dza za­chcianki? Oglą­da­nie świństw na tym ca­łym in­ter­ne­cie? – ryk­nął pro­boszcz.

Młody ksiądz już chciał się uspra­wie­dli­wić, że ni­gdy w ży­ciu nie oglą­dał świństw na in­ter­ne­cie (no, może parę razy się zda­rzyło, ale szcze­rze tego ża­ło­wał), a sam raz wi­dział, jak ksiądz pro­boszcz gapi się na „Play­boya” z sa­te­lity. Ale po­my­ślał so­bie, że mil­cze­nie bę­dzie do­brym tre­nin­giem po­kory. Mil­czał więc.

– Ma ksiądz za­kaz, ro­zu­mie ksiądz? Za­kaz uży­wa­nia tego tam, mo­demu! Ko­niec, cho­lera! Dach na fa­rze jest do na­prawy! Woda w piw­nicy, trzeba za pom­po­wa­nie za­pła­cić, a tu­taj trzy­sta zło­tych za księ­dza głu­poty!

– Jesz­cze raz prze­pra­szam, ma ksiądz pro­boszcz ra­cję. Ale, pro­szę (Pa­nie Jezu, wzmac­niaj mnie w po­ko­rze i po­słu­szeń­stwie, od­dal ode mnie po­kusę przy­wa­le­nia z ca­łych sił w ten opa­sły, ró­żowy ryj), pro­szę, niech ksiądz mi nie za­bra­nia uży­wa­nia sieci. Będę się ogra­ni­czał, za­płacę za to z pie­nię­dzy, które prze­syła mi oj­ciec. E-mail to dla mnie je­dyny kon­takt z przy­ja­ciółmi i ro­dziną w War­sza­wie, pro­szę księ­dza.

Upo­ko­rzy­łem się, bła­ga­łem go. Mało? Pew­nie, że mało, on jesz­cze musi sy­cić się wła­dzą.

– Nie, do cho­lery, nie ma mowy. Za­kaz! Ro­zu­mie ksiądz? Za-bra-niam!

Nie wy­trzy­mał. Wstał rap­tow­nie od stołu, z ha­ła­sem od­su­wa­jąc krze­sło, spoj­rzał na pro­bosz­cza (kie­dyś nie wy­trzy­mam i bę­dzie cię ten babsz­tyl z pod­łogi zbie­rał, cho­ciażby mnie mieli za to su­spen­do­wać) i trza­ska­jąc drzwiami, wy­szedł do swo­jego po­koju na pię­trze. To­wa­rzy­szyły mu jesz­cze krzyki pro­bosz­cza. W po­koju padł na łóżko, wtu­lił twarz w po­duszkę i wy­mam­ro­tał ni to do sie­bie, ni do Je­zusa:

– Jak długo jesz­cze, jak długo? Za­bierz­cie mnie stąd, bo dłu­żej tego nie zniosę...

Dla­czego on, bły­sko­tliwy kle­ryk, a po­tem rzutki, młody ksiądz z roz­po­czę­tym dok­to­ra­tem z fi­lo­zo­fii, zwią­zany mocno z war­szaw­skim śro­do­wi­skiem aka­de­mic­kim, tra­fił do Drob­czyc na Ślą­sku? Brat mu mó­wił – stary, to jest ta­kie pro­ste. Ar­cy­bi­skup Ziar­kie­wicz nie znosi na­szego sta­rego. Wiesz, Ziar­kie­wicz za­wsze był za ka­to­li­cy­zmem otwar­tym, ksiądz Czaj­kow­ski, „Ty­go­dnik”, te sprawy, a tata je­chał mu od ko­ścioła świę­tego Ju­da­sza, od agen­tów, od „łże-bi­sku­pów”. No to jak Ziar­kie­wicz sku­mał, że młody Trza­ska jest u niego w ar­chi­die­ce­zji za księ­dza i robi ja­kieś dok­to­raty, to za­raz się po­ła­pał, że co prawda sta­remu Trza­sce nie fik­nie, ale za to może do­wa­lić jego sy­necz­kowi, który był na tyle głupi, że do­stał się pod jego wła­dzę. No i ci do­wa­lił. Ale nie martw się. Po dru­gim za­wale tata dał so­bie spo­kój z po­li­tyką, zaj­muje się tylko sa­dem, cho­dzi od drzewa do drzewa i przy­cina ja­błonki, ga­zety już się nim nie in­te­re­sują, a i Ziar­kie­wi­czowi po­dobno prze­szło ostat­nio za­cie­trze­wie­nie, po­siedź tam tro­chę, po­stu­diuj pry­wat­nie, otrza­skaj się z ży­ciem pa­ra­fial­nego księ­dza, a raz-dwa wró­cisz do nas i za­czniesz piąć się w górę. Na chwałę Pana, na chwałę Pana.

– Pa­nie Boże, do­daj mi sił do by­cia po­kor­nym, do mi­ło­wa­nia mo­ich prze­ło­żo­nych – wy­szep­tał i szybko od­mó­wił dwa Oj­cze nasz, jedno w in­ten­cji pro­bosz­cza, dru­gie w in­ten­cji ar­cy­bi­skupa Ziar­kie­wi­cza. – Prze­pra­szam Cię, Boże, za mój wy­buch, ale po­zwól, że księ­dza pro­bosz­cza prze­pro­szę do­piero ju­tro.

Pod­niósł się z łóżka, po­pa­trzył na ze­gar. No, to te­raz szyb­ciutko, jutrz­nia.

Prze­mo­dlił co trzeba na bre­wia­rzu, obie­cał na ko­niec Bogu, że bę­dzie kon­ty­nu­ował swoje przy­rze­cze­nie nie­wy­ma­wia­nia prze­kleństw na głos, i z góry prze­pro­sił Boga za to, że nie­wąt­pli­wie da­lej bę­dzie klął w my­ślach. Uwa­żał, że zmie­niać sa­mego sie­bie na­leży po ka­wałku.

Za­ło­żył bi­ret, płaszcz, się­ga­jący do ko­stek tak samo jak su­tanna. Trzeba by go od­dać do czysz­cze­nia. Spoj­rzał z tę­sk­notą na wi­szący w sza­fie czarny gar­ni­tur i krótki rząd czar­nych ko­szul z ko­lo­rat­kami. Wziął teczkę i wy­szedł na dwór. Na ganku na­tknął się na pro­bosz­cza, który pa­lił pierw­szego po­ran­nego pa­pie­rosa, li­cząc, że nie za­uważy go panna Al­dona, za­jęta wła­śnie wie­sza­niem fi­ra­nek z tyłu ple­ba­nii.

– Chcia­łem księ­dza prze­pro­sić za to, że się tak unio­słem przy śnia­da­niu – za­czął wi­kary he­ro­icz­nie i spu­ścił wzrok. Wsty­dził się, cho­lera.

Pro­boszcz, przy­ła­pany na fol­go­wa­niu na­ło­gowi, nie miał już sił na sta­now­czość.

– Ja też księ­dza prze­pra­szam. Ale sam ksiądz ro­zu­mie, jak to u nas jest z fi­nan­sami. To nie War­szawa, księże Ja­neczku. I niech się ksiądz z tym e-ma­ilem łą­czy, jak ksiądz musi, byle na krótko, z ła­ski swo­jej.

Wi­kary kiw­nął głową. Pro­boszcz wska­zał pal­cem na trzy­ma­nego w pra­wej dłoni pa­pie­rosa, po czym przy­tknął pa­lec do ust – o tym sza! Uśmiech­nęli się do sie­bie na­wet, dwóch zmę­czo­nych ży­ciem ka­pła­nów w ziem­skiej po­dróży od na­ro­dzin do śmierci.

Ksiądz Ja­ne­czek szyb­kim kro­kiem ru­szył w stronę szkoły, mi­ja­jąc dzieci snu­jące się grup­kami w po­wol­nym spa­ce­rze na drugą lek­cję. Kiedy prze­szedł obok gim­na­zja­li­stów, chyba z naj­star­szej klasy, do­bie­gły go gło­śny śmiech i drwiny. Znowu ro­bią so­bie jaja, a on znowu nie wie, co po­cząć. Ksiądz pro­boszcz od­wró­ciłby się na pię­cie i strze­lił jed­nego z dru­gim w pysk, ale on tak nie po­trafi. Nie, żeby miał coś prze­ciwko, na­leży się gnoj­kom, ale on po pro­stu nie umie.

So­snowa szyszka tra­fiła go w za cia­sny, na­sa­dzony na czu­bek głowy bi­ret z ta­kim im­pe­tem, że spadł na zie­mię. Wi­kary od­wró­cił się gwał­tow­nie, ale dzieci, uba­wione i prze­stra­szone bez­czel­nym po­stęp­kiem, zbie­gły z drogi do za­gaj­nika. Ksiądz Jan Trza­ska wes­tchnął, pod­niósł bi­ret, na­sa­dził go z po­wro­tem na głowę i po­szedł da­lej. Przed nim czte­ry­sta sześć­dzie­siąty czwarty dzień w na­le­żą­cej do die­ce­zji gli­wic­kiej pa­ra­fii w Drob­czy­cach.

*
Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRZY­PISY

[1] no­wym wi­ka­rym (wszyst­kie przy­pisy po­cho­dzą od au­tora)
[2] Wi­kary śpiewa tak pięk­nie, że aż fi­gura Matki Bo­skiej się śmieje, kiedy go sły­szy.
[3] Prze­cież pro­bosz­czowi bar­dziej na­leży się kieł­basa do ja­jecz­nicy niż wi­ka­remu.
[4] Niech ksiądz pro­boszcz na­tych­miast tu przyj­dzie! Ile mam cze­kać z tą ja­jecz­nicą? Jest już zimna, nic nie­warta, mam tego do­syć! Niech na przy­szły rok ksiądz szuka so­bie no­wej ku­charki, bo ja już tego nie wy­trzy­mam!