4,99 zł
Opowiadanie kryminalne „warszawskiego Sherlocka Holmesa" z pierwszej połowy XX wieku, podane z pierwszej ręki. Daniel Bachrach, aspirant Urzędu Śledczego w Warszawie, wspomina sprawę kryminalną, którą prowadził. Ukarany niegdyś za sutenerstwo Rozenberg znika nagle bez śladu. Kiedy dwa miesiące później kroniki policyjne z prowincji notują tajemnicze zaginięcia młodych kobiet o ponadprzeciętnej urodzie, podejrzenie pada na eksprzestępcę. Czyżby Rozenberg wrócił do dawnej działalności na innym terenie?
Znany komisarz warszawskiego Urzędu Śledczego Daniel Bachrach rozpoczyna śledztwo. Czy uda mu się dotrzeć do sprawcy i uratować kobiety, które padły ofiarą handlu ludźmi?
Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 38
Daniel Bachrach
Saga
Król sutenerów Rozenberg działaJęzyk, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi. Zdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2017, 2020 Daniel Bachrach i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726445237
1. Wydanie w formie e-booka, 2020
Format: EPUB 2.0
Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.
SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont
Przez dłuższy czas po „podchodzie” przy ulicy Widok, widywałem bardzo często Rozenberga w jednej z pierwszorzędnych kawiarni warszawskich, gdy nagle znikł on z horyzontu. Aczkolwiek nie stęskniłem się za nim, jednakże nagłe jego zniknięcie zaciekawiło mnie i byłem przekonany, że w najbliższym czasie spotkamy się znów. Przewidywania moje sprawdziły się co do joty, jak okaże niniejsza opowieść. Przeszło w dwa miesiące po zniknięciu Rozenberga Urząd Śledczy był co parę tygodni alarmowany przez władze policyjne z prowincji o tajemniczych zaginięciach młodych i ładnych dziewcząt, przeważnie Izraelitek, chociaż zdarzyły się i dwa lub trzy wypadki zniknięcia chrześcijanek. Wszelkie poszukiwania za zaginionymi w Warszawie były bezskuteczne, dziewczęta przepadły, jakby w wodę.
Z polecenia ówczesnego naczelnika Urzędu Śledczego zająłem się prowadzeniem śledztwa w tej sprawie i wziąwszy do pomocy jednego z najzdolniejszych wywiadowców, wyjechałem z nim na prowincję do wszystkich tych miasteczek, skąd pochodziły zaginione. Jak się w toku prowadzonego przeze mnie śledztwa okazało, zaginione były przeważnie z niższej sfery i z biednych rodzin, należały jednak do najpiękniejszych w miasteczku. Jak się dowiedziałem od rodzin zaginionych dziewcząt, parę tygodni przed ucieczką z domu rodzicielskiego, dziewczęta te chodziły rozpromienione i wesołe i nic nie wskazywało na to, że noszą się z zamiarem opuszczenia domu rodzicielskiego, nikt jednakże z członków rodziny nie widział ich w towarzystwie obcego mężczyzny lub kobiety. Nie ulegało wątpliwości, że wpadły one w szpony handlarzy żywym towarem i handlarze ci dla swych celów posługiwali się bardzo często również kobietami. Nie mając żadnych danych ani rysopisu sprawców porwania ofiar, utkwiłem w martwym punkcie i nie wiedziałem, co czynić dalej. Powracać do Warszawy z niczym nie chciałem. Nagle przyszło mi na myśl! Przecież musieli oni gdziekolwiek zamieszkiwać, będąc w miasteczku. Postanowiłem wraz z moim pomocnikiem obejść wszystkie hotele i domy zajezdne w każdym miasteczku, by dowiedzieć się czegośkolwiek od służby hotelowej oraz z ksiąg hotelowych. Nie przedstawiało to zbyt wielkiej trudności, gdyż w miasteczkach tych było tylko kilka hotelików i domów zajezdnych. Przede wszystkim starałem się ustalić w hotelach, kto zamieszkiwał tam w czasie zniknięcia dziewcząt, bądź też parę dni przed zniknięciem ofiar. Miałem jeszcze ułatwione zadanie tym, że w takich małych hotelikach na prowincji, służba i właściciel znają wszystkich swoich gości i obcy zwraca natychmiast na siebie ich uwagę, natomiast trudność przedstawiało to, że przyjezdni na prowincji przy wpisywaniu się do ksiąg hotelowych nie przedstawiali dowodów osobistych i nie zwracano na to zbytniej uwagi, a podawali tylko swe nazwisko, co mogło być również zmyślone. Obszedłem kilka hoteli, aż wreszcie w jednym z nich na Rynku znalazłem pewien ślad. Dwa dni przed zniknięciem jednej z dziewcząt w tym miasteczku, zajął pokój w tym hotelu młody człowiek – bardzo elegancki i przystojny blondyn – który do ksiąg hotelowych zapisał się pod nazwiskiem „Lichtenstein z miasta Łodzi z zawodu wojażer”. Służba hotelowa nie zauważyła nikogo, by go odwiedzał, jak również nie wiedzieli, czy odwiedzał on jakieś firmy w miasteczku i z jakiej był branży. Portier mówił mi dalej, że nieznajomy miał ze sobą duży kufer i walizę. By przekonać się, czy jestem na tropie jednego z bandy, natychmiast połączyłem się telefonicznie z Łódzkim Urzędem Śledczym, prosząc o natychmiastowe sprawdzenie, czy w Łodzi zamieszkuje wojażer Bernard Lichtenstein i czy znajduje się w domu. Już po kilku godzinach otrzymałem telefoniczną odpowiedź, że w Łodzi znajduje się tylko jeden Bernard Lichtenstein, lecz jest to budowniczy i ma przeszło pięćdziesiąt lat. A zatem nieznajomy zapisał się do ksiąg hotelowych pod fałszywym nazwiskiem. Był to wprawdzie pewien krok naprzód, lecz gdzie szukać jakiegoś sympatycznego blondyna, nie znając jego nazwiska i adresu.
– Czy ten Lichtenstein mieszkał u was tylko ten jeden raz? – zapytałem.
– Tak, jest. Musiał być bardzo znużony, gdyż przy wyjeździe dał całej służbie sute napiwki – odpowiedział portier.
Postanowiłem szukać i w innych hotelach podług rysopisu, podanego mi przez portiera hotelu, gdyż nie miałem żadnych wątpliwości, że o ile zamieszkiwał on w innym jeszcze hotelu w miasteczku, co było prawie, że pewne, to zameldował się znów pod innym nazwiskiem. Jak przewidywałem ślad jego odnalazłem w jednym z domów zajezdnych, gdzie właściciel zajazdu z podanego mu przeze mnie rysopisu poznał Lichtensteina jako gościa, który zamieszkiwał u niego prawie tydzień pod nazwiskiem Blausztark z Lublina. Niestety żadnych więcej wiadomości nie mogłem od niego otrzymać i zamierzałem już wyjść, gdy nagle zjawił się syn właściciela zajazdu, czternastoletni chłopiec, który wpisywał gości do książki przyjezdnych. Kiedy go zapytałem o Blausztarka, odpowiedział mi:
– Przypominam go sobie dokładnie, widziałem go nawet parę razy wieczorem na ulicy z Esterką, trzymał ją po rękę, ale kiedy mnie zobaczył, prędko cofnął rękę – opowiedział mi chłopiec.
– Co to za Esterka? – zapytałem.
