KORSARZ. Piracka pomyłka - Helena Leblanc - ebook

KORSARZ. Piracka pomyłka ebook

Helena Leblanc

4,8

Opis

Dagmara w jednej chwili straciła narzeczonego, sens życia i wiarę w przyszłość. Od trzech lat zbiera się po przeżytej tragedii i nie potrafi dojść do siebie. Jedynym, co nadal utrzymuje ją na powierzchni, jest praca.

Młodsze rodzeństwo w tajemnicy wykupuje wspólne wczasy, wiedząc, że ich siostra zawsze marzyła o wakacjach na Korsyce – wyspie pełnej tajemnic i historii związanych z piratami. Z pomocą przełożonego Dagmary w końcu udaje im się namówić ją na urlop.

Wypoczywając na przepięknej Korsyce, rodzeństwo przypadkiem zostaje wciągnięte w rozgrywki pomiędzy tajemniczym człowiekiem trzymającym w szachu całą wyspę a ambitnym stróżem prawa, który chce położyć kres jego przestępczej działalności.

Na Dagmarę czeka nie tylko niebezpieczeństwo, ale też niesamowita przygoda, która przewróci jej życie do góry nogami. I wszystko z powodu jednej pomyłki… bardzo przystojnego porywacza.

W XVIII wieku na Korsyce nadchodzi zmierzch pirackich władców. Przyszłość wyspy zależy nie tylko od tego, kto zostanie nowym królem, ale też od jego pierwszych decyzji i… niesłychanego zbiegu okoliczności. Jeśli przyszłość łączy się z przeszłością, to może być tylko sprawka przeznaczenia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 471

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,8 (4 oceny)
3
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Olazd

Dobrze spędzony czas

Trochę za bardzo namieszane.
00
Melania22

Nie oderwiesz się od lektury

Niesamowita historia piracka, pełna przygód, tajemnic i ciekawych zdarzeń. czyta się szybko i przyjemnie wywołując silne emocje🥰❤️🫠 Polecam bardzo 😍🤗
00
polii_book_ksiazkara

Nie oderwiesz się od lektury

Jeżeli macie ochotę na romans z przygodą, tajemnicą i pirackim klimatem, koniecznie dajcie jej szansę. Ja zdecydowanie nie żałuję tej podróży! Polecam
00
FascynacjaKsiazkami

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna historia pełna zawirowań.Czytajcie-polecam
00



Co­py­ri­ght ©2026 by He­le­na Le­blanc

Co­py­ri­ght ©2026 by Li­te­ra In­ven­ta

Wy­da­nie pierw­sze, 2026

 

Re­dak­cja: Aga­ta Bo­gu­sław­ska

Pierw­sza ko­rek­ta: Jo­an­na Kry­sty­na Ra­dosz

Dru­ga ko­rek­ta: Re­na­ta No­wak

Skład, ła­ma­nie i przy­go­to­wa­nie ebo­oków: Mi­chał Bog­da­ński

Pro­jekt okład­ki i ilu­stra­cje: Agniesz­ka Ma­kow­ska

Źró­dło ob­ra­zów: ma­gni­fic.com

 

ISBN: 978-83-67355-35-3

 

© Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ksi­ążka ani jej frag­men­ty nie mogą być prze­dru­ko­wy­wa­ne ani w ża­den inny spo­sób re­pro­du­ko­wa­ne lub od­czy­ty­wa­ne w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu bez pi­sem­nej zgo­dy au­to­ra lub wy­daw­cy.

© All ri­ghts re­se­rved

stu­dio­_li­te­ra.in­ven­ta@outlo­ok.com

Preludium

Preludium 

Kiedyś… w pierwszej połowie XVIII wieku

Do kro­ćset! On tu jest! – krzyk­nął król Dio­ni­sio Bar­ba­ros­sa1, sta­ry pi­rat z jed­nym ka­pra­wym okiem. To przez to Bar­ba­ros­sa po­za­kry­wał wszyst­kie lu­stra w pa­ła­cu. Wi­dok wła­snej twa­rzy ci­ągle przy­po­mi­nał mu o daw­no od­by­tej wal­ce na śmie­rć i ży­cie, pod­czas któ­rej on stra­cił wzrok w jed­nym oku, a jego prze­ciw­nik w obu. Król da­ro­wał tam­te­mu ży­cie. Jego zda­niem, o wie­le go­rzej być śle­pym pi­ra­tem niż mar­twym pi­ra­tem.

Król przy­wo­łał swo­je­go za­ufa­ne­go czło­wie­ka, San­dro.

– Czy ty też go wi­dzisz?

– Kogo, pa­nie?

– To ten sta­ry drań, Cor­so.

– Kró­lu mój, prze­cież go ośle­pi­łeś, a po­rzu­ci­li­śmy go wie­le lat temu na brze­gu sta­łe­go lądu, ran­ne­go. Jak by prze­żył? A na­wet gdy­by, to jak do­sta­łby się na wy­spę nie­po­strze­że­nie? Ka­za­łeś wszyst­kim lu­dziom wy­pa­try­wać ślep­ców. Za schwy­ta­nie ich i do­star­cze­nie do cie­bie wy­zna­czy­łeś na­gro­dę. Od wie­lu lat ża­den się tu nie za­pu­ścił.

– Ale ja czu­ję jego obec­no­ść, San­dro – wark­nął pi­rac­ki wład­ca Kor­sy­ki.

Cor­sa, na­zwa­na tak od swo­ich no­wych miesz­ka­ńców, od trzy­stu lat była naj­nie­bez­piecz­niej­szą wy­spą na Mo­rzu Śró­dziem­nym, kie­dy to w po­ło­wie szes­na­ste­go wie­ku ber­be­ryj­scy pi­ra­ci splądro­wa­li ją, upro­wa­dzi­li sze­ść ty­si­ęcy miesz­ka­ńców jej sto­li­cy, Ba­stii, i zro­bi­li so­bie tam wła­sną bazę. Miesz­ka­ńców, oczy­wi­ście, sprze­da­li na pó­łnoc­no­afry­ka­ńskich tar­gach nie­wol­ni­ków.

– Przy­śnił mi się dziś. Był mło­dy, sil­ny, pi­ęk­ny – kon­ty­nu­ował król.

– Pa­nie… – San­dro nie wie­dział, jak po­wie­dzieć swo­je­mu wład­cy, że ten jest już sta­ry, a sen, cho­ćby bar­dzo re­al­ny, nie przy­wró­ci ni­ko­mu wzro­ku, ani tym bar­dziej ży­cia. – Może ten sen coś ozna­cza? Coś in­ne­go? – za­su­ge­ro­wał.

– Co ta­kie­go? – Po kró­lu znać było nie­po­kój.

– Tego, nie­ste­ty, nie wiem. Ale je­śli chcesz, pa­nie, to każę we­zwać wró­żbit­kę.

– Tę sta­rą jędzę, któ­ra miesz­ka na wy­so­kiej ska­le w Bo­ni­fa­cio? – za­in­te­re­so­wał się Dio­ni­sio.

– Nie, pa­nie, tam­ta już daw­no nie żyje. Jej wnucz­kę.

– Do­brze, mój dro­gi San­dro. We­zwij tę nową wieszcz­kę. Niech przyj­dzie do mnie ju­tro z rana.

– Tak zro­bię, pa­nie. Za­raz każę po nią po­słać.

Król Dio­ni­sio po­ło­żył się tego wie­czo­ru do łó­żka, z któ­re­go miał już ni­g­dy nie wstać. W nocy przy­śnił mu się sta­ry przy­ja­ciel, Oli­vio Cor­so, druh, z któ­rym Dio­ni­sio wy­cho­wał się od ma­łe­go pi­ra­ta. Ten sam, któ­re­go wie­le lat pó­źniej wła­sno­ręcz­nie ośle­pił i wy­gnał z wy­spy.

– Czas na cie­bie, przy­ja­cie­lu – rze­kł we śnie Cor­so. – Cho­dź ze mną, by do­łączyć do swo­ich naj­bli­ższych.

– Dłu­go na cie­bie cze­ka­łem – od­po­wie­dział król.

– A ja na cie­bie.

Prolog

Prolog 

Współcześnie, maj 2003

– Dziew­czy­ny nie mogą być pi­ra­ta­mi! – Sło­wa Kac­pra ci­ągle brzmia­ły w uszach dzie­si­ęcio­let­niej Dag­ma­ry.

Pie­go­wa­ty gów­niarz wku­rzył ją wte­dy jak nikt inny. Był pra­wie o rok młod­szy, ale de­ner­wo­wał ją od za­wsze, za­kłó­ca­jąc spo­kój na po­dwór­ku i psu­jąc naj­lep­szą za­ba­wę. Do tego nie mo­gła się go po­zbyć, bo ich ro­dzi­ce się przy­ja­źni­li i często mu­sia­ła się z nim spo­ty­kać u sie­bie lub u nie­go.

Tego dnia Dag­ma­ra wy­szła na plac za­baw w pi­rac­kim ka­pe­lu­szu, do­cze­pia­nym kol­czy­ku i z pla­sti­ko­wą po­sre­brza­ną sza­blą. Kasz­ta­no­we wło­sy zwi­ąza­ła w ku­cyk, a na no­gach – mimo maja – mia­ła ko­za­ki, któ­re wy­tar­ga­ła z sza­fy, kie­dy jej mama nie pa­trzy­ła.

Daga nie­daw­no obej­rza­ła Pi­ra­tów z Ka­ra­ibów i za­ko­cha­ła się w Jac­ku pla­to­nicz­ną mi­ło­ścią. A za wzór wzi­ęła so­bie dziel­ną Eli­za­beth Swann2.

– A wła­śnie, że mogą! – wy­da­rła się mu pro­sto w twarz, aż za­wa­chlo­wał od­sta­jący­mi usza­mi.

– Nie mogą i już! Dziew­czy­ny to baby, a baby tyl­ko do ga­rów się na­da­ją! – krzyk­nął Kac­per i już ucie­kał przed wście­kłą ko­le­żan­ką, któ­ra go­ni­ła go po ca­łym po­dwór­ku z za­baw­ko­wą sza­blą.

Chło­pak miał nie­złe bie­gi, bo uda­ło mu się uciec przed Dag­ma­rą, któ­ra jesz­cze przez chwi­lę mu wy­gra­ża­ła, za­nim wró­ci­ła na plac za­baw. Na po­dwór­ku sta­ła resz­ta pi­rac­kie­go stat­ku. Po­zo­sta­ło­ści nie przy­po­mi­na­ły wspa­nia­łej kon­struk­cji z cza­sów jej świet­no­ści, któ­ra wy­pa­da­ła na pó­źne lata sie­dem­dzie­si­ąte, po­gier­kow­skie blo­ko­wi­sko już daw­no było dziel­ni­cą upa­dłą. A jed­nak Dag­ma­ra, Kac­per i inne dzie­ci, uro­dzo­ne w Pol­sce w la­tach dzie­wi­ęćdzie­si­ątych, wy­cho­wy­wa­li się wła­śnie w ta­kich miej­scach i ba­wi­li na po­dwór­kach, na któ­rych hu­śtaw­ki były po­ury­wa­ne, a ko­rzy­sta­nie ze zje­żdżal­ni gro­zi­ło sa­mo­oka­le­cze­niem.

– Po­pa­trz­cie, jak te na­sze dzie­ci się lu­bią – po­wie­dział wte­dy z bal­ko­nu oj­ciec Kac­pra do swo­je­go sąsia­da i przy­ja­cie­la, ojca Dag­ma­ry.

– No, może kie­dyś zo­sta­nie­my ro­dzi­ną. – Wal­de­mar Rot­man za­re­cho­tał, za co ze­brał kuk­sa­ńca łok­ciem w bok od swo­jej żony, Zo­fii.

– Ja nie wiem, gdzie wy wi­dzi­cie, że oni się lu­bią. Prze­cież od ma­łe­go się biją, a gdy­by ich nie roz­dzie­lać, to po­wy­ry­wa­li­by so­bie wszyst­kie wło­sy – za­uwa­ży­ła ko­bie­ta.

– No wła­śnie – przy­zna­ła jej ra­cję mat­ka Kac­pra, Lu­cy­na Śmia­łkow­ska.

– Kto się czu­bi, ten się lubi, nie wie­cie? – Jej mąż się za­śmiał.

– Daj­cie już so­bie le­piej spo­kój z po­dzi­wia­niem tych ko­ńskich za­lo­tów i wo­łaj­cie dzie­cia­ki na obiad – za­rządzi­ła pani Rot­man.

– Ra­cja – zno­wu zgo­dzi­ła się z sąsiad­ką mama Kac­pra. Przy­naj­mniej one były zgod­ne.

– Da­aagaa!

– Kac­pe­eer!

Dzie­ci nie­dłu­go wró­ci­ły z po­dwór­ka do swo­ich miesz­kań. Oczy­wi­ście osob­no. Kac­per bał się Dag­ma­ry i jej pla­sti­ko­we­go oręża, więc za­cze­kał w krza­kach, aż ko­le­żan­ka wej­dzie do klat­ki i po­ko­na pierw­sze pi­ętra, żeby spo­koj­nie podążyć za nią. Ich ro­dzi­ny miesz­ka­ły na czwar­tym pi­ętrze w czte­ro­pi­ętro­wym blo­ku. Fart i nie­fart jed­no­cze­śnie.

– Jak się ba­wi­łaś na po­dwór­ku, ko­cha­nie? – Dag­ma­ra usły­sza­ła py­ta­nie mamy, za­nim wpa­dła do ła­zien­ki, żeby umyć ręce.

– Kac­per po­wie­dział, że dziew­czy­ny nie mogą zo­stać pi­ra­ta­mi – po­ska­rży­ła się.

– Nie wie, o czym gada – prych­nęła jej mama. – Oczy­wi­ście, że dziew­czyn­ki mogą ro­bić to, co chcą. Nie daj so­bie wmó­wić, że jest ina­czej.

– Czy­li mogę dziś być pi­rat­ką? – upew­ni­ła się dziew­czyn­ka.

– Oczy­wi­ście.

– Świet­nie! A ju­tro po­ba­wię się w ka­ra­te­kę i sko­pię Kac­pro­wi ty­łek – zde­cy­do­wa­ła.

– A mogę ja też? – spy­ta­ła pi­ęcio­let­nia Ka­sia.

– A ja? – do­łączył się sied­mio­let­ni Ka­rol.

– Mu­si­cie uro­snąć. – Dag­ma­ra par­sk­nęła, a jej młod­sze ro­dze­ństwo prze­wró­ci­ło ocza­mi.

Kie­dy trój­ka dzie­ci Rot­ma­nów sie­dzia­ła przy sto­le, Zo­fia spoj­rza­ła na star­szą cór­kę z uśmie­chem. Po­my­śla­ła so­bie, że Dag­ma­ra osi­ągnie kie­dyś wszyst­ko, o czym ma­rzy. Była o tym prze­ko­na­na, bo taki cha­rak­ter jak jej pier­wo­rod­nej nie zda­rzał się często, zwłasz­cza u dziew­czy­nek.

Nie po­zwo­lę ni­ko­mu jej zmie­nić, ni­ko­mu zła­mać – po­sta­no­wi­ła.

Osiemnaście lat później, maj 2021

– Daga, rusz ty­łek, bo spó­źnisz się do pra­cy! – Usły­sza­ła głos sio­stry, któ­ra pró­bo­wa­ła ze­pchnąć ją z łó­żka.

– Nie chce mi się! – od­burk­nęła, na­ci­ąga­jąc ko­łdrę na gło­wę.

– Nie masz wy­bo­ru. Cho­ro­bo­we ci się sko­ńczy­ło, urlo­pu nie chcesz brać. Rusz się, do cho­le­ry!

– To niech mnie zwol­nią.

Ka­sia spoj­rza­ła na sio­strę z ro­snącą iry­ta­cją. Gdy­by nie to, że pra­co­wa­ły ra­zem, pew­nie mach­nęła­by ręką na de­pre­sję Dagi, ale nie mo­gła so­bie po­zwo­lić na to, żeby świe­cić ocza­mi przed prze­ło­żo­nym, bo Mar­cin bar­dzo jej się po­do­bał.

– W tej chwi­li wsta­waj! – wrza­snęła, zrzu­ca­jąc ko­łdrę ze śpio­cha. – Daga, do cho­le­ry!

Dag­ma­ra otwo­rzy­ła oczy i ze zło­ścią po­pa­trzy­ła na Ka­się tyl­ko po to, żeby za­raz zo­bo­jęt­nieć. Było jej wszyst­ko jed­no. Jesz­cze trzy lata temu mia­ła wszyst­ko. Uko­cha­ną pra­cę, świet­ne­go na­rze­czo­ne­go, przy­szło­ść. Te­raz nie zo­sta­ło nic oprócz bólu, a taki wy­bór jej nie za­do­wa­lał, wo­la­ła więc nie czuć ni­cze­go.

Rozdział I

Urwana historia

Trzy lata wcześniej, maj 2018

– Hej, ko­cha­nie! – Dag­ma­ra po­ma­cha­ła do swo­je­go fa­ce­ta, któ­re­go zo­ba­czy­ła w so­bo­tę na Sky­pie.

Ob­raz był kiep­ski i po­łącze­nie tro­chę rwa­ło, ale to się zda­rza, kie­dy czło­wiek łączy się z oso­bą prze­by­wa­jącą na dru­gim ko­ńcu świa­ta, po­mi­ędzy wy­so­ki­mi gó­ra­mi, gdzieś na afga­ńskiej rów­ni­nie w pro­win­cji Gha­zni, mi­ędzy Ka­bu­lem a Kan­da­ha­rem.

Jej na­rze­czo­ny słu­żył pod­czas Re­so­lu­te Sup­port Mis­sion3 w Afga­ni­sta­nie.

Dag­ma­ra nie była mi­ęcza­kiem, ale mu­sia­ła przy­znać, że on im­po­no­wał jej po­sta­wą. Z iry­tu­jące­go, pie­go­wa­te­go gów­nia­rza, któ­re­go nie zno­si­ła, wy­ró­sł wy­so­ki, przy­stoj­ny i za­bój­czo od­wa­żny mężczy­zna, na któ­re­go wi­dok mi­ękły jej ko­la­na. I wła­śnie ten fa­cet, nie­dłu­go po sko­ńcze­niu Wy­ższej Szko­ły Ofi­cer­skiej Wojsk Lądo­wych4 we Wro­cła­wiu, nie prze­pra­co­waw­szy w ar­mii na­wet roku, od razu zgło­sił się na mi­sję szko­le­nio­wą.

– Już wsta­łaś? – spy­tał z uśmie­chem.

– So­bo­ta jest. – Wy­sta­wi­ła do nie­go język.

– Wiem, dla­te­go za­dzwo­ni­łem pó­źniej. Przy tej ró­żni­cy cza­su5 to naj­lep­sza pora, bo mogę cię jesz­cze za­stać w pi­ża­mie. – Za­śmiał się.

– A ty już po słu­żbie?

– Tak, do ju­tra spo­kój. A co u cie­bie? Jak mło­dzież? – Kac­per ni­g­dy nie od­uczył się na­zy­wa­nia Ka­ta­rzy­ny i Ka­ro­la „mło­dzie­żą”. Za­czął ich tak okre­ślać, kie­dy on i Dag­ma­ra zo­sta­li ofi­cjal­nie parą w ostat­niej kla­sie li­ceum. Nie zmie­nił zda­nia na­wet wte­dy, kie­dy Ka­sia stu­dio­wa­ła już w wy­ższej szko­le po­li­cyj­nej, a Ka­rol na po­li­tech­ni­ce. Młod­sze ro­dze­ństwo Dagi do­sta­ło zbior­czą ksyw­kę.

– Mło­dzież w po­rząd­ku. U mnie też nie­źle. Ko­mi­sarz mnie tro­chę sztor­cu­je, ale wiesz, co to zna­czy, kie­dy je­steś młod­szy stop­niem, praw­da, pa­nie po­rucz­ni­ku? – Daga za­chi­cho­ta­ła.

– Po tej mi­sji zo­sta­nę ka­pi­ta­nem, ko­cha­na – oznaj­mił Kac­per pew­nym gło­sem.

– Nie sza­rżuj, Śmia­łkow­ski! Masz do mnie wró­cić w jed­nym ka­wa­łku.

– Wró­cę, ale je­den ka­wa­łek mnie będzie bar­dzo twar­dy – za­żar­to­wał. – Nie prze­szka­dza ci ta mała ró­żni­ca?

– Po­gnie­wa­ła­bym się, gdy­by oka­za­ło się ina­czej – od­pa­rła ze śmie­chem.

– Mam jesz­cze dwa­dzie­ścia mi­nut. Co ty na to, żeby tro­chę po­ba­rasz­ko­wać? – za­pro­po­no­wał Kac­per z szel­mow­skim uśmie­chem i ob­li­zał usta na wi­dok swo­jej na­rze­czo­nej, któ­rej opa­dło ra­mi­ącz­ko noc­nej ko­szul­ki.

– No coś ty! Do­pie­ro po ślu­bie. – Daga się ro­ze­śmia­ła. Do tej pory mia­ła po­lew­kę ze swo­je­go fa­ce­ta, ale jed­no­cze­śnie po­wol­nym, choć wy­ra­źnym ru­chem prze­su­nęła dłoń w kie­run­ku swo­ich spode­nek od pi­ża­my, dru­gą ręką prze­sta­wia­jąc ka­mer­kę lap­to­pa tak, żeby Kac­per to wi­dział.

– Chcesz mnie wy­ko­ńczyć w mi­nu­tę? – sap­nął na wi­dok tego ge­stu. – Li­czy­łem na ja­kąś grę wstęp­ną.

– Zrób to samo – po­le­ci­ła. Z przy­jem­no­ścią pa­trzy­ła, jak jej chło­pak si­ęga ręką do pa­ska, roz­pi­na go i wsu­wa dłoń w woj­sko­we spodnie w ko­lo­rze pu­styn­ne moro. – Nie oszu­kuj, obej­mij go – na­ka­za­ła i uśmiech­nęła się szel­mow­sko.

– Ro­bię to od mi­nu­ty – od­po­wie­dział z przy­mkni­ęty­mi ocza­mi.

– To te­raz wy­obraź so­bie, że ty obej­mu­jesz mnie, a ja cie­bie, że to ja wkła­dam ci rękę w majt­ki albo sie­dzę ci na ko­la­nach i się o cie­bie ocie­ram.

– Je­zu­uuu, Daga, je­steś bo­ska – jęk­nął, kie­dy szarp­nął nim skurcz. – Mó­wi­łem ci, że wy­ko­ńczysz mnie w mi­nu­tę, zmo­ro – do­dał, po czym wy­sta­wił do niej język.

– Mam na­dzie­ję, że jak wró­cisz, będziesz bar­dziej wy­trzy­ma­ły. – Za­śmia­ła się.

– Ko­cha­na, nie wy­pusz­czę cię z łó­żka przez ja­kiś ty­dzień albo dwa, a po­tem mo­że­my po­ga­dać – od­pa­rł zu­pe­łnie po­wa­żnie Kac­per.

– Ro­zu­miem, że po­win­nam so­bie za­pla­no­wać urlop na czer­wiec?

– Tak, ro­ta­cja za­czy­na się już w maju, ale ja pew­nie wró­cę w trze­ciej tu­rze. Dam ci znać, jak do­sta­nę ofi­cjal­ny roz­kaz po­wro­tu i datę trans­por­tu.

– Ja­sne.

– Ko­cha­nie?

– Tak?

– Zrób­my to jesz­cze raz – po­pro­sił, ro­bi­ąc do niej przez ka­mer­kę minę kota ze Shre­ka.

Daga par­sk­nęła śmie­chem.

– Uwiel­biam cię, Śmia­łkow­ski. Mój go­rący po­rucz­ni­ku.

– A ja cie­bie, moja pani pod­ko­mi­sarz. Je­steś naj­sek­sow­niej­szą po­li­cjant­ką, jaką po­zna­łem.

– A dużo ich po­zna­łeś? – spy­ta­ła prze­kor­nie.

– Dużo, ale żad­nej tak do­głęb­nie jak cie­bie – od­pa­rł i pu­ścił do niej oko.

– No ra­czej! Żad­nej nie znasz od dziec­ka i od żad­nej nie do­sta­łeś tyle razy wpier­do­lu. – Dag­ma­ra się za­śmia­ła.

– Było, mi­nęło – prych­nął Kac­per. – Te­raz to ja je­stem od cie­bie wi­ęk­szy i mogę po­do­mi­no­wać.

– Wra­caj już, bo mnie tęsk­no­ta ze­żre – jęk­nęła Dag­ma­ra, któ­ra za­miast pod­nie­ce­nia po­czu­ła zno­wu smu­tek. Nie wi­dzie­li się na żywo już pra­wie pół roku i za­po­wia­da­ło się, że to może po­trwać jesz­cze bli­sko mie­si­ąc.

– Już nie­dłu­go, ko­cha­nie. Wy­ślij mi ja­kąś sexy fot­kę, za­nim się ubie­rzesz – po­pro­sił.

– A co z nią zro­bisz?

– Już ty wiesz co.

Dag­ma­ra ro­ze­śmia­ła się na cały głos. Tyl­ko Kac­per po­tra­fił ją tak roz­ba­wić, że pła­ka­ła ze śmie­chu, jed­no­cze­śnie czu­jąc ocho­tę, by go za­mor­do­wać. To im się od dziec­ka nie zmie­ni­ło. Hi­sto­ria ich zna­jo­mo­ści była bar­dzo burz­li­wa, ale w ko­ńcu oka­za­ło się, że oj­ciec Kac­pra miał ra­cję – kto się czu­bi, ten się lubi. A oni bar­dzo się czu­bi­li, ale na­gle, w kla­sie ma­tu­ral­nej, im się od­mie­ni­ło.

– Wi­dzi­my się na Sky­pie za ty­dzień o tej sa­mej po­rze? – do­py­ta­ła, wie­dząc, że Kac­pro­wi ko­ńczy się czas na roz­mo­wę.

– Oczy­wi­ście, ko­cha­nie. Pa­mi­ętaj, żeby się nie ubie­rać przed roz­mo­wą ze mną. – Jej na­rze­czo­ny się za­śmiał.

– Tak jest, pa­nie po­rucz­ni­ku. – Za­sa­lu­to­wa­ła i prze­sła­ła mu wir­tu­al­ne­go bu­zia­ka.

– Ko­cham cię.

– A ja cie­bie.

Kac­per się roz­łączył, a ra­czej sko­ńczył mu się czas na in­ter­net.

Dag­ma­ra wes­tchnęła i chcia­ła się ubrać, ale przy­po­mnia­ła so­bie o pro­śbie na­rze­czo­ne­go. Po­ło­ży­ła się na ple­cach, kasz­ta­no­we loki roz­sy­pa­ły się na po­dusz­ce. Opu­ści­ła ra­mi­ącz­ka ko­szul­ki, ob­jęła się ręką pod biu­stem, a po­tem uło­ży­ła usta w dziu­bek i zro­bi­ła sel­fi­ka „z góry”, sta­ra­jąc się wy­glądać za­chęca­jąco. Za­raz wy­sła­ła go MMS-em do uko­cha­ne­go. Nie mia­ła hu­mo­ru, ale nie ist­nia­ła taka rzecz, któ­rej nie zro­bi­ła­by dla Kac­pra. Od sze­ściu lat byli prze­cież nie­roz­łącz­ni. Do­kład­nie od tego pa­mi­ęt­ne­go dnia, kie­dy wszyst­ko się zmie­ni­ło za spra­wą jed­nej wścib­skiej dzie­wu­chy.

Nie mi­nęła mi­nu­ta, kie­dy do­sta­ła od­po­wie­dź: „Bo­ska je­steś, Da­guś. Dzi­ęki To­bie będę za­sy­piał szczęśliw­szy przez na­stęp­ny ty­dzień. Ko­cham :-*. Twój Śmia­łek”.

Dag­ma­ra uśmiech­nęła się na te sło­wa. Wie­dzia­ła, że Kac­per do­stał taką ksyw­kę w woj­sku. Mia­ła na­dzie­ję, że to bar­dziej od na­zwi­ska niż cha­rak­te­ru, ale nie mo­żna wy­klu­czyć, że od jed­ne­go i dru­gie­go. Wca­le nie mar­twi­ła się przez to mniej.

Wróć do mnie, ko­cha­nie.

Maj 2003

Dzie­si­ęcio­let­nia Dag­ma­ra przez cały ty­dzień cho­dzi­ła w pi­rac­kim stro­ju. Nic nie mo­gło jej od­wie­ść od wcie­le­nia się w Eli­za­beth Swann oraz pod­bo­ju mórz i oce­anów z wy­ima­gi­no­wa­nym Jac­kiem Spar­ro­wem. Ubie­ra­ła się tak na­wet do szko­ły, mimo podśmie­chi­wań ze stro­ny ko­le­gów i ko­le­ża­nek i dziw­nych spoj­rzeń rzu­ca­nych jej przez wy­cho­waw­czy­nię kla­sy. Dag­ma­ra była jed­nak bar­dzo do­brą uczen­ni­cą, do­dat­ko­wo uzdol­nio­ną spor­to­wo, więc ża­den z na­uczy­cie­li nie pró­bo­wał zmie­nić jej na siłę.

Ży­cie uprzy­krzał jej wprost tyl­ko Kac­per Śmia­łkow­ski, któ­ry po­wta­rzał, że dziew­czy­ny nie mogą być pi­ra­ta­mi, czym za­słu­gi­wał so­bie na la­nie za ka­żdym ra­zem, kie­dy Dag­ma­rze uda­ło się go do­go­nić. Nie zda­rza­ło się to za często. Gów­niarz miał jesz­cze lep­sze bie­gi niż ona.

Dag­ma­ra na­zy­wa­ła Kac­pra „pie­go­wa­tym gów­nia­rzem”, bo był od niej młod­szy o po­nad dzie­si­ęć mie­si­ęcy. Pod­czas kie­dy ona sko­ńczy­ła dzie­si­ęć lat już w stycz­niu, on miał uro­dzi­ny do­pie­ro na po­cząt­ku grud­nia. W jej oczach po­zo­sta­wał więc tyl­ko iry­tu­jącym dzie­cia­kiem.

Nie­ste­ty dla Dagi Kac­per też był uzdol­nio­ny spor­to­wo i na­uczy­cie­le często wy­sy­ła­li ich ra­zem na za­wo­dy. Dag­ma­ra bie­ga­ła na śred­nie dy­stan­se, a Kac­per za­po­wia­dał się już od pod­sta­wów­ki na świet­ne­go sprin­te­ra, ale miał nie­by­wa­łą wy­trzy­ma­ło­ść.

A niech go szlag! – za­klęła dzie­si­ęcio­lat­ka z pe­łną po­wa­gą, kie­dy ko­lej­ny raz ucie­kł przed jej spra­wie­dli­wo­ścią.

Rok 2006

I tak wy­gląda­ła sy­tu­acja do ko­ńca szó­stej kla­sy. W gim­na­zjum Kac­per tra­fił co praw­da do tej sa­mej szko­ły, ale do rów­no­le­głej kla­sy, więc na trzy lata pra­wie znik­nął z ży­cia Dag­ma­ry. Dziew­czy­na wca­le spe­cjal­nie nad tym nie ubo­le­wa­ła. Ich ro­dzi­ce też jak­by rza­dziej się spo­ty­ka­li, za­jęci pra­cą i obo­wi­ąz­ka­mi, a poza tym nie zmu­sza­li na­sto­let­nich dzie­ci, żeby im to­wa­rzy­szy­ły. Dag­ma­ra mia­ła więc swo­je to­wa­rzy­stwo, a Kac­per swo­je. Obo­je za­po­mnie­li o pi­ra­tach, zni­kł też po­wód do do­ku­cza­nia so­bie na­wza­jem.

Wrzesień 2009

Kie­dy dziew­czy­na już my­śla­ła, że na do­bre po­zby­ła się iry­tu­jące­go ko­le­gi z po­dwór­ka, oka­za­ło się, że Kac­per Śmia­łkow­ski tra­fił ra­zem z nią do kla­sy spor­to­wej w tym sa­mym li­ceum.

I do­ku­cza­nie za­częło się od nowa.

Co praw­da te­raz już nie wy­śmie­wał się z pi­ra­tów, a ra­czej z sa­mej Dag­ma­ry, ale w tym wie­ku nie wy­pa­da­ło też już ga­niać za iry­tu­jącym chło­pa­kiem po ko­ry­ta­rzu. Tak więc Daga za­częła ćwi­czyć się w igno­ro­wa­niu na­tręt­ne­go zło­śliw­ca.

Klasa maturalna, styczeń 2012

– Daga, a ty z kim idziesz na stud­niów­kę? – Usły­sza­ła pi­skli­wy głos kla­so­wej plot­ka­ry, któ­ra w ci­ągu za­le­d­wie dwóch dni od no­we­go roku zdo­ła­ła już usta­lić stud­niów­ko­we pary wszyst­kich ko­le­gów i ko­le­ża­nek z kla­sy.

Dziew­czy­ny wła­śnie prze­bie­ra­ły się w szat­ni na WF. Po dru­giej stro­nie ko­ry­ta­rza swo­ją szat­nię mie­li chłop­cy.

– Z ni­kim! – od­burk­nęła Daga dość gło­śno, żeby usły­sze­li ją wszy­scy w oko­li­cy.

– Ale jak to? Sama pój­dziesz?

– A może wca­le nie pój­dę? Cze­go się cze­piasz? – Dag­ma­ra chcia­ła, żeby Iza dała jej już spo­kój, ale ko­le­żan­ka naj­wy­ra­źniej za­mie­rza­ła drążyć te­mat.

– Nie mo­żesz! – obu­rzy­ła się Iza­be­la.

– Cze­go niby nie mogę? Wolę iść sama niż z byle kim – prych­nęła Daga i uzna­ła te­mat za za­ko­ńczo­ny. – A co, może bo­isz się, że twój chło­pak ze­chce ta­ńczyć ze mną? – Na­gle za­śmia­ła się zło­śli­wie. To by mia­ło sens. No bo ina­czej cze­mu za­zdro­snej Izie tak by za­le­ża­ło na ukom­ple­to­wa­niu ca­łej kla­sy part­ne­ra­mi do ta­ńca?

Iza­be­la żach­nęła się i po­szła na dru­gą stro­nę ko­ry­ta­rza dręczyć chło­pa­ków.

Dag­ma­ra do­ko­ńczy­ła prze­bie­ra­nie i po chwi­li zno­wu usły­sza­ła pi­skli­wy głos Iza­be­li:

– Na­stęp­ny! Mo­że­cie so­bie z Dag­ma­rą po­dać ręce!

Jezu, kogo ona zno­wu męczy? – za­sta­na­wia­ła się Daga i po­sta­no­wi­ła, że przyj­dzie z po­mo­cą nie­szczęsne­mu ko­le­dze, gdy­by ją po­pro­sił. Nie było prze­cież w ich kla­sie ni­ko­go od­ra­ża­jące­go. Je­dy­ny typ, któ­re­go szcze­rze nie zno­si­ła, i to od dziec­ka, to Kac­per Śmia­łkow­ski, ale mia­ła pra­wie pew­no­ść, że on za­pro­si jej ko­le­żan­kę z ław­ki, Mo­ni­kę. Prze­cież od wrze­śnia się na nią ga­pił i Mo­nia już ostrzy­ła so­bie na nie­go zęby, na­wet je­śli na stud­niów­kę na wszel­ki wy­pa­dek za­pro­si­ła rów­nież swo­je­go ku­zy­na, któ­re­go ła­two da się od­wo­łać.

Na­gle usły­sza­ła zde­cy­do­wa­ny głos:

– Od­wal się, Iza! Nie pój­dę z byle kim. Albo zgo­dzi się ta, z któ­rą chcę iść na stud­niów­kę, albo przyj­dę sam.

O kur­czę! – za­uwa­ży­ła Dag­ma­ra. Kac­per jak­by po­wtó­rzył moje sło­wa poza tym, że on jed­nak chce z kimś iść, a ja nie.

– A spy­ta­łeś ją cho­ciaż? – do­py­ty­wa­ła się Iza.

– Nie! I nic ci do tego. Spa­daj, po­wta­rzam. Je­ste­śmy w męskiej szat­ni.

Daga usły­sza­ła trza­śni­ęcie drzwia­mi, a po chwi­li syk Izy na ko­ry­ta­rzu. Spoj­rza­ła na nią z sa­tys­fak­cją, gdy wy­cho­dzi­ła z szat­ni.

– Je­ste­ście sie­bie war­ci – wark­nęła dziew­czy­na w stro­nę Dag­ma­ry i po­szła do sali gim­na­stycz­nej.

Daga mia­ła podążyć za nią, ale usły­sza­ła ja­kieś gło­sy w męskiej szat­ni, a po chwi­li skan­do­wa­nie. Za­cie­ka­wio­na, za­trzy­ma­ła się na ko­ry­ta­rzu.

– Spy­taj! Spy­taj! – krzy­cze­li chłop­cy.

– Nie zmu­si­cie mnie! – krzyk­nął Kac­per.

– Nie, sam się zmu­sisz. Za­cho­waj się w ko­ńcu jak fa­cet, bra­chu. – To był głos Igo­ra, jego naj­lep­sze­go kum­pla.

A, to Mo­nia będzie mia­ła nie­spo­dzian­kę – po­my­śla­ła z sa­tys­fak­cją Dag­ma­ra.

Po chwi­li z męskiej szat­ni wy­bie­gła cała gru­pa chło­pa­ków. Wy­mi­nęli za­sko­czo­ną dziew­czy­nę. Zo­sta­ła sama, a któ­ryś żar­tow­niś zga­sił świa­tło na ko­ry­ta­rzu.

Dzie­cia­ki! – prych­nęła.

Z szat­ni jed­nak wy­sze­dł Kac­per, cały czer­wo­ny na twa­rzy. Daga chcia­ła go zi­gno­ro­wać, ale pod­sze­dł do niej.

Po­my­lił się po ciem­ku? – zdzi­wi­ła się.

Od­su­nęła się nie­znacz­nie, chcąc go prze­pu­ścić, ale pod­sze­dł do niej jesz­cze bli­żej.

– Co ro­bisz? – Zmie­sza­ła się. – To ja, Dag­ma­ra, nie do mnie chcia­łeś po­de­jść – uświa­do­mi­ła mu.

– Wła­śnie, że do cie­bie – od­po­wie­dział.

– A po co?

– Daga, chcia­łbym cię za­pro­sić na stud­niów­kę. Pój­dziesz ze mną? – spy­tał, a jego twarz pło­nęła, cała w ru­mie­ńcach. Na­wet pie­gów nie było wi­dać przy tym po­ża­rze emo­cji.

– Ja? – Ta­kie­go roz­wi­ąza­nia w ogó­le nie wzi­ęła pod uwa­gę. Prze­cież to Mo­ni­kę miał po­pro­sić. To na nią ga­pił się od wrze­śnia. Na nią, praw­da?

– Tak, ty, Daga. To jak, zgo­dzisz się? Pro­szę. – Spoj­rzał na nią bła­gal­nie.

Dag­ma­ra po­czu­ła coś dziw­ne­go.

– Skąd wiesz, że już z kimś się nie umó­wi­łam? – spy­ta­ła jed­nak but­nie.

– Wiem – Kac­per zno­wu się za­wsty­dził – bo Iza mi po­wie­dzia­ła. Ale zro­zu­miem, je­śli taka faj­na dziew­czy­na jak ty nie ze­chce spo­tkać się z kimś ta­kim jak ja. – Spu­ścił wzrok, nie do­cze­kaw­szy się po­zy­tyw­nej od­po­wie­dzi.

Daga zno­wu po­czu­ła coś dziw­ne­go. Jak­by sym­pa­tię do chło­pa­ka, któ­ry uprzy­krzał jej ży­cie od przed­szko­la. Ja go lu­bię? To w ogó­le mo­żli­we?

– Za­cze­kaj, Kac­per. – Zła­pa­ła go za rękę, żeby do­dać mu otu­chy.

– Tak? – W jego oczach po­ja­wi­ła się na­dzie­ja.

– Ja… chy­ba się zgo­dzę.

Cho­ćby po to, żeby utrzeć nosa tej głu­piej pin­dzie, Izie – do­da­ła w my­ślach.

– Jeju, cu­dow­nie! Je­steś eks­tra, Daga – ucie­szył się Kac­per, po czym, nim zdąży­ła za­re­ago­wać, po­ca­ło­wał ją w po­li­czek i ucie­kł na salę.

– Ale nu­mer… – jęk­nęła, ła­pi­ąc się za po­li­czek.

Ja na­praw­dę się zgo­dzi­łam z nim pó­jść. Z nim! Z Kac­prem Śmia­łkow­skim!

Maj 2021

Dag­ma­ra zwle­kła się z łó­żka i po­szła do ła­zien­ki, od­pro­wa­dza­na ma­ru­dze­niem młod­szej sio­stry.

– Ogól so­bie nogi, sio­stra! Nie ro­bi­łaś tego od mie­si­ąca, wy­glądasz jak ne­an­der­tal­czyk! – Usły­sza­ła głos Ka­śki.

Prze­wró­ci­ła ocza­mi. Na pew­no nie mia­ła za­mia­ru go­lić nóg przed wy­jściem do pra­cy. Kto mia­łby oglądać jej łyd­ki w po­li­cyj­nym mun­du­rze?

Dwie go­dzi­ny pó­źniej, już w pra­cy, Dag­ma­ra prze­kli­na­ła na czym świat stoi.

– Ja pier­do­lę! Ka­cha, za­bi­ję cię! Cze­mu mi nie po­wie­dzia­łaś, że dziś jest pierw­szy ter­min eg­za­mi­nu z WF-u?

– Ale o co ci cho­dzi? – spy­ta­ła ni­cze­mu nie­win­na ka­det­ka, któ­ra mia­ła nie­szczęście być młod­szą sio­strą pani ofi­cer w de­pre­sji.

– Cze­mu mi nie przy­po­mnia­łaś? Jak ja się te­raz po­ka­żę w krót­kich spoden­kach?

– Obu­dzi­łam cię wcze­śniej i ka­za­łam ogo­lić nogi. Cze­go nie zro­zu­mia­łaś? – Ka­sia nie po­tra­fi­ła ukryć pre­ten­sji.

– My­śla­łam, że tak mi ma­ru­dzisz.

Dag­ma­ra wes­tchnęła, a po chwi­li do­szła do wnio­sku, że wła­ści­wie i tak jest jej wszyst­ko jed­no. Mo­gli oglądać jej nie­wy­de­pi­lo­wa­ne łyd­ki. Rów­nie do­brze mo­gła nie przy­stąpić do eg­za­mi­nu w pierw­szym ter­mi­nie, po­wo­łu­jąc się na nie­dy­spo­zy­cję. Tak zro­bię – zde­cy­do­wa­ła.

– Mogę już ode­jść, pani pod­ko­mi­sarz? – spy­ta­ła Ka­sia, któ­ra mia­ła jesz­cze mnó­stwo pra­cy.

– Tak. Dzi­ęku­ję.

– Za co? – Ka­śka prak­tycz­nie sta­nęła w drzwiach i aż się ob­ró­ci­ła.

– Nie­wa­żne. – Dag­ma­ra zno­wu wes­tchnęła i wzi­ęła się za prze­gląda­nie do­ku­men­ta­cji pro­wa­dzo­nej spra­wy.

Ka­sia wy­szła z biu­ra i po­szła do sie­bie. Na ko­ry­ta­rzu mi­nęła się z nad­ko­mi­sa­rzem Mar­ci­nem Za­pió­rem, któ­ry w jej oczach był naj­przy­stoj­niej­szym fa­ce­tem, jaki cho­dził po zie­mi. Trzy­dzie­sto­pi­ęcio­let­ni ofi­cer, wy­so­ki bru­net z ocza­mi jak gwiaz­dy, w któ­re Ka­sia mo­gła­by się ga­pić go­dzi­na­mi. Nie­ste­ty mężczy­zna zu­pe­łnie nie zwra­cał na nią uwa­gi. Co in­ne­go na jej sio­strę, któ­ra i tak mia­ła wszyst­kich gdzieś. Od pra­wie trzech lat wy­bo­rem Dag­ma­ry Rot­man były sa­mot­no­ść i de­pre­sja.

– Jak się dzi­siaj czu­je Daga? – spy­tał Mar­cin z tro­ską, za­ga­du­jąc Ka­się.

– Bez zmian – od­pa­rła. – Le­d­wo ści­ągnęłam ją z łó­żka. A przed chwi­lą do­sta­łam opier­nicz za to, że nie przy­po­mnia­łam jej o eg­za­mi­nie z WF-u.

– Ona po­win­na iść do psy­cho­lo­ga – za­uwa­żył Mar­cin.

– Była kie­dyś. Psy­cho­log stwier­dził, że ona musi zna­le­źć cel w ży­ciu, a póki co je­dy­nym jest pra­ca. Gdy­by nie to, pew­nie w ogó­le nie wsta­wa­ła­by z łó­żka.

– To dla­te­go tak się za­pra­co­wu­je? A ja wła­śnie my­śla­łem o tym, żeby ją wy­słać na przy­mu­so­wy urlop…

– Żeby za­mknęła się w domu na dwa ty­go­dnie?

– A może da­ła­byś radę gdzieś ją za­brać, Ka­siu? Ty albo wasz brat… Jak mu tam?

– Ka­rol.

– No wła­śnie.

– Za­py­tam go, co o tym my­śli. Za mie­si­ąc bro­ni pra­cy ma­gi­ster­skiej na po­li­bu­dzie. Może będzie pó­źniej chęt­ny na od­po­czy­nek.

– By­ło­by ide­al­nie. Nie mogę pa­trzeć, jak Daga się męczy.

– Ja też nie. – Ka­sia spu­ści­ła gło­wę i po­kręci­ła nią ze smut­kiem. Od trzech lat to ona była star­szą sio­strą i opie­ko­wa­ła się Dag­ma­rą, a nie od­wrot­nie. Sy­tu­acja nie do uwie­rze­nia dla dziew­czy­ny, dla któ­rej star­sza o pięć lat Daga za­wsze była wzo­rem siły i wy­trwa­ło­ści w dąże­niu do celu. Ka­sia po­szła na­wet na ta­kie same stu­dia i wy­bra­ła tę samą ście­żkę roz­wo­ju za­wo­do­we­go co star­sza sio­stra. A te­raz mu­sia­ła wal­czyć z jej de­pre­sją.

– Dzi­ęku­ję, Ka­siu. Idę zo­ba­czyć, co u niej – po­wie­dział ofi­cer i wy­mi­nął ka­det­kę, któ­ra nie śmia­ła się za nim obej­rzeć.

Mar­cin za­pu­kał i wsze­dł do biu­ra swo­jej pod­ko­mend­nej.

Dag­ma­ra pod­nio­sła wzrok znad pa­pie­rów i zo­ba­czy­ła swo­je­go sze­fa.

– Dzień do­bry, pa­nie nad­ko­mi­sa­rzu – przy­wi­ta­ła się i wró­ci­ła do pra­cy.

– Dzień do­bry, pani pod­ko­mi­sarz.

– W czym mogę po­móc, sze­fie?

– Trze­ba wy­słać dane do In­ter­po­lu.

– Mówi pan o ze­zna­niach tego chu­ja, Wa­li­ża­ka?

– Tak, mó­wię o ze­zna­niach pre­ze­sa Wa­li­ża­ka. Pro­szę się wy­ra­żać, pani pod­ko­mi­sarz.

– Mar­cin, z ca­łym sza­cun­kiem, ale to bul­l­shit! – Dag­ma­ra nie za­mie­rza­ła ukry­wać, co sądzi na te­mat pol­skie­go biz­nes­me­na, któ­ry utrzy­my­wał, że na Mo­rzu Śró­dziem­nym na­pa­dli go pi­ra­ci i dla­te­go nie miał przy so­bie nie­zbęd­nych do kon­tro­li skar­bo­wej do­ku­men­tów po­twier­dza­jących prze­le­wy fir­mo­we na kon­ta w ra­jach po­dat­ko­wych.

– Co ta­kie­go?

– Po pierw­sze, skąd tu­taj pi­ra­ci? Od po­cząt­ku dzie­wi­ęt­na­ste­go wie­ku nie wi­dzia­no żad­nych na Mo­rzu Śró­dziem­nym. Do So­ma­lii stam­tąd jed­nak da­le­ko. Po dru­gie, Fran­cja nie po­zwo­li­ła­by na ta­kie dzia­ła­nia przy swo­im wy­brze­żu. Prędzej mi kak­tus na ręce wy­ro­śnie, niż w to uwie­rzę. Po trze­cie, kto wozi ze sobą jach­tem wa­żne do­ku­men­ty fi­nan­so­we w do­bie prze­le­wów elek­tro­nicz­nych i e-fak­tur?

– No, to ja­kiś trop, ale gdy­by fa­cet był win­ny prze­krętów fi­nan­so­wych, po co zgła­sza­łby kra­dzież na po­li­cję?

– Może po to, by unik­nąć gor­szych kon­se­kwen­cji, na przy­kład kon­tro­li skar­bo­wej, albo żeby ukryć po­wa­żniej­sze prze­stęp­stwa.

– Uwiel­biam twój umy­sł, Daga. Tyl­ko ty umiesz my­śleć jed­no­cze­śnie jak po­li­cjant­ka i jak prze­stęp­ca. – Mar­cin zro­bił ma­śla­ne oczka do pod­wład­nej, a po­tem prze­sze­dł na bar­dziej po­ufa­ły ton: – Mam na­dzie­ję, że nie pla­nu­jesz ka­rie­ry w In­ter­po­lu, bo cię stąd nie wy­pusz­czę. – Za­śmiał się ner­wo­wo.

– Ja już ni­cze­go nie pla­nu­ję, Mar­cin.

– Daga, kur­de, ile to już? Trzy lata? – spy­tał z pre­ten­sją.

– Nie­dłu­go miną trzy – po­twier­dzi­ła smut­no.

– Masz ży­cie przed sobą.

– Nie mam już żad­ne­go ży­cia. Je­dy­nie pra­cę. Chcę do­ci­ągnąć tę spra­wę do ko­ńca.

– A gdy­bym po­wie­dział, że wy­sy­łam cię na urlop? – za­ry­zy­ko­wał Mar­cin.

– Ka­za­ła­bym ci się pie­przyć. – Dag­ma­ra spoj­rza­ła wy­zy­wa­jąco na sze­fa. – Sa­me­mu! – do­da­ła, gdy zo­ba­czy­ła jego mi­mo­wol­ny uśmiech, któ­ry za­raz zrze­dł.

– Daga. Masz za­le­gły urlop z dwóch lat…

– Nie da­guj mi tu! Spró­buj mi za­brać tę spra­wę, a oso­bi­ście urwę ci jaja i po­sta­ram się, żeby to nie było miłe do­świad­cze­nie – stwier­dzi­ła, ci­ska­jąc z oczu gro­my.

– W ta­kich chwi­lach wi­dzę w to­bie daw­ną Dag­ma­rę. – Nad­ko­mi­sarz Za­piór się uśmiech­nął. – Bra­ko­wa­ło mi two­jej bez­po­śred­nio­ści i ci­ęte­go języ­ka. Je­śli chcesz za­trzy­mać tę spra­wę, mu­sisz tro­chę odżyć. Na­praw­dę po­trze­bu­jesz urlo­pu. Nie wy­sy­łam cię na siłę. Złóż wnio­sek, kie­dy będziesz go­to­wa. Jak wró­cisz wy­po­częta, to le­piej przy­słu­żysz się spra­wie.

– To osta­tecz­na ofer­ta?

– Tak. Urlop albo po spra­wie.

– Do­bra – syk­nęła Dag­ma­ra, już pod­ku­rzo­na. Jak on śmie sta­wiać mi wa­run­ki?

– To ja idę. Cze­ść – po­że­gnał się Mar­cin.

– Cze­ść.

Dag­ma­ra nie wi­dzia­ła sze­ro­kie­go uśmie­chu za­do­wo­le­nia na twa­rzy sze­fa, bo już się nie od­wró­cił. Po­sze­dł pro­sto do ka­det­ki Ka­ta­rzy­ny Rot­man, młod­szej sio­stry Dag­ma­ry.

– Pani Ka­ta­rzy­no, mamy zie­lo­ne świa­tło. Pa­cjent­ka – tu ski­nął w stro­nę biu­ra Dagi – roz­wa­ży kwe­stię urlo­pu w naj­bli­ższym cza­sie.

Po wy­jściu sze­fa Dag­ma­ra jesz­cze raz wczy­ta­ła się w akta. Pro­po­zy­cja Mar­ci­na tro­chę ją wku­rzy­ła, ale mu­sia­ła przy­znać, że dla tej spra­wy zro­bi­ła­by wie­le. Nic nie iry­to­wa­ło ją tak, jak bo­ga­cze, któ­rzy lek­ce­wa­ży­li pra­wo, lu­dzi i usta­lo­ny po­rządek tyl­ko dla­te­go, że nie chcia­ło im się pła­cić po­dat­ków. Zło­dzie­je, oszu­ści, któ­rzy okra­da­li swo­je kra­je i wy­ko­rzy­sty­wa­li bied­nych miesz­ka­ńców trze­cie­go świa­ta…

– Dość, Daga, od­wa­la ci już! – skar­ci­ła się sama na głos.

Może rze­czy­wi­ście po­trze­bu­ję tego urlo­pu? Ale co będę ro­bi­ła sama w czte­rech ścia­nach? Prze­cież ja tam zwa­riu­ję – po­my­śla­ła z ża­lem.

Miesz­ka­nie, któ­re wy­na­jęli ra­zem z Kac­prem, kie­dy się za­ręczy­li, jesz­cze przed jego wy­jaz­dem na mi­sję, przy­po­mi­na­ło jej o prze­szło­ści. Wszyst­ko tam było ich wspól­ne, ra­zem wy­bie­ra­li ka­żdą pier­do­łę…

Cztery lata wcześniej, czerwiec 2017

– Gra­tu­lu­ję, pani ofi­cer!

– Gra­tu­lu­ję, pa­nie pod­po­rucz­ni­ku!

To była ko­la­cja z oka­zji uko­ńcze­nia stu­diów, na któ­rą Kac­per za­pro­sił Dag­ma­rę. Chło­pak zo­stał mia­no­wa­ny na sto­pień pod­po­rucz­ni­ka i do­stał przy­dział do 23. Pu­łku Ar­ty­le­rii, a Dag­ma­ra – z przy­dzia­łem do po­wia­to­wej ko­men­dy po­li­cji – po eg­za­mi­nie ofi­cer­skim wła­śnie zo­sta­ła pod­ko­mi­sa­rzem.

– Całe ży­cie przed nami, ko­cha­nie – po­wie­dział Kac­per i stuk­nął swo­im kie­lisz­kiem szam­pa­na w jej szkło.

Obo­je upi­li tro­chę.

– Pysz­ny. Słod­ki.

Daga ob­li­za­ła usta, a Kac­per uśmiech­nął się do niej.

– Ty je­steś słod­ka, jak się tak ob­li­zu­jesz.

– Chcesz po­li­zać? – spy­ta­ła z szel­mow­skim uśmie­chem.

– Bar­dzo, ale po ko­lei, ko­cha­nie – od­po­wie­dział i od­chrząk­nął.

– Po ko­lei?

– Tak, bo… – Kac­per ner­wo­wo szu­kał cze­goś w kie­sze­ni, a kie­dy to zna­la­zł, od­su­nął krze­sło z gło­śnym dźwi­ękiem, po czym klęk­nął na ko­la­no, wy­ci­ąga­jąc przed sie­bie rękę z otwar­tym ak­sa­mit­nym pu­de­łecz­kiem. – Da­guś, czy uczy­nisz mi za­szczyt i zo­sta­niesz moją żoną?

O kur­cza­ki!

– Niech pan wsta­nie, pa­nie po­rucz­ni­ku, mamy ten sam sto­pień. – Za­śmia­ła się.

– Ale… nie od­po­wie­dzia­łaś.

– Od­po­wia­dam, że tak.

Uśmiech­nęła się i po­da­ła mu rękę. Kac­per za­ło­żył Dag­ma­rze pie­rścio­nek na pa­lec i wstał, a po­tem przy­ci­ągnął ją do sie­bie i po­ca­ło­wał go­rąco.

– Ale ulga. – Wes­tchnął. – My­śla­łem, że się nie zgo­dzisz.

– Jak wte­dy, kie­dy za­pro­si­łeś mnie na stud­niów­kę? – Za­śmia­ła się, sia­da­jąc znów przy sto­li­ku.

– To po­rów­ny­wal­ne uczu­cie – przy­znał.

– Śmia­łkow­ski, ty, taki od­wa­żny? – za­kpi­ła.

– Gdy­bym cię tak nie ko­chał, prze­trze­pa­łbym ci ty­łek – od­po­wie­dział i się za­śmiał.

– Ale ten ślub to chy­ba nie tak od razu? – spy­ta­ła, wra­ca­jąc do po­przed­nie­go te­ma­tu. – No bo wiesz… mamy do­pie­ro dwa­dzie­ścia czte­ry lata, wła­śnie sko­ńczy­li­śmy stu­dia…

– Tak, i do­sta­li­śmy pra­cę. Obo­je. Chcę od razu z tobą za­miesz­kać, a ślub… może za rok?

– A nasi ro­dzi­ce?

– Chy­ba całe ży­cie na to cze­ka­li. – Mło­dy mężczy­zna ro­ze­śmiał się ze swo­je­go żar­tu.

– Zga­dzam się. – Dag­ma­ra nie mia­ła wąt­pli­wo­ści, że to było to, cze­go chcia­ła.

– Dwa sło­wa, a tyle ra­do­ści – za­uwa­żył Kac­per. Tak samo jak pięć lat wcze­śniej…

Klasa maturalna, styczeń 2012

Dag­ma­ra zo­sta­ła sama na ko­ry­ta­rzu pro­wa­dzącym z szat­ni na salę gim­na­stycz­ną. Kac­per po­ca­ło­wał ją w po­li­czek i ucie­kł, a ona nie mo­gła ze­brać my­śli. Nie czu­ła się go­to­wa, żeby we­jść na tę salę. Nie ro­zu­mia­ła, co się wła­śnie sta­ło. Wte­dy pierw­szy raz w ży­ciu spó­źni­ła się na lek­cję wy­cho­wa­nia fi­zycz­ne­go.

– A pan­na Rot­man cze­mu omi­nęła roz­grzew­kę? – spy­tał wu­efi­sta, pa­trząc na nią zdu­mio­ny.

– Ja… prze­pra­szam, była ko­lej­ka do ła­zien­ki i… – Chcia­ła skła­mać, ale te sło­wa nie prze­szły jej przez gar­dło.

– Do­bra, do­bra, w po­rząd­ku. Pro­szę się roz­grzać i do­łączyć do bie­ga­nia. Dzie­si­ęć okrążeń wo­kół sali – po­le­cił na­uczy­ciel.

– Oczy­wi­ście.

Daga wzi­ęła się za roz­ci­ąga­nie, skło­ny, przy­sia­dy i pod­sko­ki. Kie­dy po­czu­ła, że krąże­nie się jej po­pra­wi­ło, a mi­ęśnie roz­ru­sza­ły, przy­stąpi­ła do bie­ga­nia. Dzie­si­ęć okrążeń po ich du­żej sali da­wa­ło dy­stans oko­ło pó­łto­ra ki­lo­me­tra, czy­li ide­al­ny dla Dagi. Bie­gnąc w swo­im tem­pie, wy­prze­dzi­ła wi­ęk­szo­ść ko­le­ża­nek i ko­le­gów. Je­dy­nie Kac­pro­wi mu­sia­ła ustąpić. Nie tyl­ko wy­star­to­wał prędzej niż ona, ale w do­dat­ku bie­gł jak sza­lo­ny.

Jak mo­żna było prze­wi­dzieć, Kac­per przy­bie­gł pierw­szy, ro­bi­ąc naj­lep­szy czas z ca­łej kla­sy. Dag­ma­ra fi­ni­szo­wa­ła ja­kiś czas za nim, ale i tak wy­ra­źnie przed po­zo­sta­ły­mi.

– No, moje gwiaz­dy – ucie­szył się wu­efi­sta – cie­szę się, że je­ste­ście w for­mie, bo chcia­łbym za­pi­sać was na za­wo­dy za pó­łto­ra mie­si­ąca. Mamy dol­no­śląski mi­tyng lek­ko­atle­tycz­ny dla uczniów szkół śred­nich. Pi­sze­cie się?

– Ja za­wsze, tre­ne­rze. – Kac­per się za­śmiał i spoj­rzał nie­śmia­ło na Dag­ma­rę.

Był czer­wo­ny na twa­rzy, ale Daga po­dej­rze­wa­ła, że po­wód jest inny. Niby zro­bił pó­łto­ra ki­lo­me­tra pra­wie sprin­tem, ale czer­wo­ny był już wcze­śniej…

– Ja też chęt­nie. Przy­da się tro­chę od­stre­so­wać przed ma­tu­rą – uzna­ła Dag­ma­ra.

– Świet­nie! W ta­kim ra­zie przy­cho­dźcie raz w ty­go­dniu na wspól­ne tre­nin­gi. Usta­li­my so­bie ter­min, żeby nam wszyst­kim pa­so­wa­ło. Oprócz was udział we­źmie jesz­cze kil­ka osób z in­nych klas.

– Do­brze, pro­szę pana – zgo­dzi­ła się Daga.

– Tak jest, tre­ne­rze – po­twier­dził Kac­per.

Wu­efi­sta wy­słał chłop­ców na si­łow­nię, a dziew­czy­nom ka­zał po­dzie­lić się na dwie dru­ży­ny, żeby mo­gły za­grać w siat­ków­kę. Za­raz zna­la­zło się kil­ko­ro nie­za­do­wo­lo­nych po obu stro­nach i tym spo­so­bem dwóch chłop­ców do­łączy­ło do obu dru­żyn siat­kar­skich, a dwie dziew­czy­ny po­szły na si­łow­nię.

Ja­ki­mś cu­dem Kac­per zna­la­zł się w dru­ży­nie Dag­ma­ry i sta­nął tuż obok niej.

– Nie wo­lisz wy­ci­skać ci­ęża­rów? – za­kpi­ła, jak to mia­ła w zwy­cza­ju.

– A ty? – Wy­sta­wił do niej język.

– Wolę być zwin­na niż sil­na – od­po­wie­dzia­ła szyb­ko, bo w jej kie­run­ku już le­cia­ła pi­łka od dru­ży­ny prze­ciw­nej. Ode­bra­ła ją, przyj­mu­jąc cały im­pet z ser­wi­su ko­le­gi, i po­da­ła do ko­le­żan­ki, któ­ra mia­ła wy­sta­wić ata­ku­jącym przy siat­ce.

Przez cały mecz Kac­per przy­glądał się Dag­ma­rze. Jak się kon­cen­tru­je, po­ru­sza, wy­bi­ja, od­bie­ra pi­łki i roz­gry­wa je pre­cy­zyj­nie albo po­sy­ła w nad­prze­strzeń siłą ser­wi­su. Zwi­ąza­ne w ku­cyk kasz­ta­no­we fale dziew­czy­ny po­dry­gi­wa­ły ra­zem z nią, a ru­mie­ńce na twa­rzy do­da­wa­ły jej uro­ku.

Chło­pak sam nie wie­dział, cze­mu tak się czuł w jej obec­no­ści, prze­cież od dziec­ka się nie zno­si­li… Nie umiał jed­nak nic po­ra­dzić na to, że nie wy­obra­żał so­bie Dag­ma­ry na stud­niów­ce z ni­kim in­nym. Bar­dzo się cie­szył, że zgo­dzi­ła się pó­jść z nim. Tyl­ko ci­ągle nie wie­dział, jak po­wi­nien się przy niej te­raz za­cho­wy­wać. Miał na­dzie­ję, że coś mu pod­po­wie, po­mo­że ja­koś… a na ra­zie po pro­stu ją po­dzi­wiał.

Wy­cho­wa­nie fi­zycz­ne było dla Dag­ma­ry przed­ostat­nią lek­cją tego dnia. Zo­stał jesz­cze fran­cu­ski, na któ­ry – nie­ste­ty – cho­dził z nią Kac­per. Ta część kla­sy, któ­ra uczęsz­cza­ła na nie­miec­ki, mia­ła już wol­ne, więc za­raz po WF-ie wi­ęk­szo­ść się za­wi­nęła.

Daga po­szła pod prysz­nic, bo nie wy­obra­ża­ła so­bie sie­dze­nia na jesz­cze jed­nej lek­cji w ko­szul­ce spo­co­nej po ta­kim wy­si­łku.

Kac­per wpa­dł do­kład­nie na ten sam po­my­sł, więc kie­dy wy­cho­dzi­li ze swo­ich szat­ni, spo­tka­li się na ko­ry­ta­rzu.

– Och, to ty – za­uwa­ży­ła Dag­ma­ra nie­zbyt lot­nie.

– Daga…

– Co?

– Mo­gli­by­śmy po­roz­ma­wiać?

– To może już po fran­cu­skim? Bo za­raz się za­czy­na. – Dziew­czy­na wska­za­ła na tar­czę swo­je­go ze­gar­ka.

– Ja­sne.

Tę dro­gę po­ko­na­li, idąc obok sie­bie w pew­nej od­le­gło­ści, w zu­pe­łnym mil­cze­niu. Ka­żde z nich za­sta­na­wia­ło się pew­nie nad swo­ją wer­sją wy­da­rzeń i nad tym, o czym to dru­gie będzie chcia­ło roz­ma­wiać. Na ra­zie mie­li przed sobą jesz­cze jed­ną lek­cję.

Dwa tygodnie później, druga połowa stycznia 2012

– Idziesz na stud­niów­kę Z TYM KAC­PREM? – nie do­wie­rza­ła gło­śno czter­na­sto­let­nia Ka­sia, któ­ra od uro­dze­nia wie­dzia­ła, że jej star­sza sio­stra nie­na­wi­dzi syna sąsia­dów.

– Tak, za­pro­sił mnie, a ja się zgo­dzi­łam.

– Ale… jak to się sta­ło?

– Nie wiem, Ka­siu. Nie mia­łam z kim iść. I on też nie. Nie wiem, na­praw­dę.

– Ale ty go na­wet nie lu­bisz!

– To może czas się nad tym za­sta­no­wić?

– Star­sza, je­steś moją idol­ką – jęk­nęła młod­sza na­sto­lat­ka. Ona do­pie­ro za­czy­na­ła od­kry­wać skom­pli­ko­wa­ny świat re­la­cji dam­sko-męskich (a ra­czej dziew­częco-chło­pi­ęcych), bo spodo­bał jej się ko­le­ga ze star­szej kla­sy gim­na­zjum. – I co te­raz?

– Chy­ba mu­szę so­bie po­szu­kać ja­kie­jś su­kien­ki. Pój­dziesz ze mną ju­tro po szko­le? – za­py­ta­ła Dag­ma­ra, uci­na­jąc te­mat spe­ku­la­cji.

Jeszcze dwa tygodnie później, koniec stycznia 2012

Nie­dłu­go wszy­scy wie­dzie­li, że Dag­ma­ra i Kac­per za­mie­rza­ją iść ra­zem na bal stud­niów­ko­wy. Na­praw­dę wszy­scy. Do tej gru­py za­li­cza­li się ich ro­dzi­ce, ro­dze­ństwo Dag­ma­ry (bo Kac­per był je­dy­na­kiem), ich nie­licz­ni przy­ja­cie­le (do­kład­nie jed­na przy­ja­ció­łka Dag­ma­ry i je­den przy­ja­ciel Kac­pra), sąsie­dzi, ko­le­dzy i ko­le­żan­ki ze szko­ły oraz na­uczy­cie­le. Dla wszyst­kich wy­da­wa­ło się to tak samo nie­po­jęte jak dla dwój­ki za­in­te­re­so­wa­nych.

– Có­recz­ko, je­stem z cie­bie taka dum­na – wy­chli­pa­ła Zo­fia Rot­man, ukła­da­jąc pier­wo­rod­nej ba­lo­wą fry­zu­rę.

– Z cze­go, mamo?

– Z tego, że tak do­ro­słaś, że wy­ro­słaś na mądrą i pi­ęk­ną mło­dą ko­bie­tę, że doj­rza­łaś, że nie­dłu­go zda­jesz ma­tu­rę i że wy­ja­śni­li­ście so­bie z Kac­prem te nie­po­ro­zu­mie­nia z dzie­ci­ństwa. To na­praw­dę miły chło­piec. Taki po­rząd­ny, nie jak wi­ęk­szo­ść dzi­siej­szej mło­dzie­ży.

Dag­ma­ra par­sk­nęła.

– Wy­pra­szam so­bie.

– Och, wiesz, co mam na my­śli…

– Nie wiem wła­śnie, mamo.

Pani Rot­man prze­wró­ci­ła ocza­mi i szep­nęła cór­ce do ucha:

– Po­ga­da­my o tym in­nym ra­zem, jak Ka­śka nie będzie pod­słu­chi­wa­ła. Prze­cież z do­ro­słą cór­ką nie roz­ma­wia się tak samo jak z na­sto­lat­ką.

Dag­ma­ra mia­ła na so­bie su­kien­kę w ko­lo­rze bu­tel­ko­wej zie­le­ni. Kre­acja była dłu­ga, na cien­kich ra­mi­ącz­kach i do­pa­so­wa­na. Roz­sze­rza­ła się do­pie­ro od ko­lan w dół, two­rząc coś w ro­dza­ju ogo­na sy­ren­ki. To Ka­śka na­mó­wi­ła ją na strój Ariel­ki, ale ten po­my­sł bar­dzo jej się spodo­bał.

Mama upi­ęła cór­ce kasz­ta­no­we wło­sy w kok, z któ­re­go wy­pu­ści­ła tyl­ko dwa locz­ki z przo­du. Zro­bi­ła jej też de­li­kat­ny ma­ki­jaż, pod­kre­śla­jąc rzęsy tu­szem i usta szmin­ką.

– Je­steś go­to­wa na bal, có­recz­ko – szep­nęła dum­na mat­ka.

– Kac­per pad­nie, jak cię zo­ba­czy – za­żar­to­wa­ła Ka­sia, któ­ra wła­śnie we­szła do po­ko­ju sio­stry.

– Le­piej, żeby trzy­mał się pro­sto – stwier­dzi­ła prak­tycz­nie Dag­ma­ra.

– Szko­da, że tata cię nie wi­dzi. – Wes­tchnęła ich mama.

Pana Rot­ma­na nie było w domu, bo aku­rat miał w pra­cy dru­gą zmia­nę.

Po chwi­li usły­sza­ły dzwo­nek do drzwi.

Zo­fia Rot­man po­bie­gła otwo­rzyć, ale w drzwiach za­miast Kac­pra stał jego oj­ciec, Ol­gierd.

– Coś się sta­ło, sąsie­dzie?

– Tak. Chcia­łbym po­roz­ma­wiać z Dag­ma­rą.

Dziew­czy­na wy­szła ze swo­je­go po­ko­ju i spoj­rza­ła na sąsia­da zdu­mio­na.

– O czym chce pan ze mną po­roz­ma­wiać?

– Mu­szę cię prze­pro­sić w imie­niu mo­je­go syna, Dag­ma­ro. Kac­per do­stał dziś rano go­rącz­kę i nie będzie mógł pó­jść z tobą na bal. Przy­kro mi.

Ale jak to? Wy­sta­wił mnie w dniu balu?

– Oczy­wi­ście, ro­zu­miem – od­po­wie­dzia­ła jed­nak. – W ko­ńcu go­rącz­ka to przy­czy­na obiek­tyw­na.

– Tato! – Z tyłu roz­le­gł się wku­rzo­ny głos Kac­pra. – Jak mo­głeś mi to zro­bić?

– Idź do łó­żka, synu – po­le­cił mu oj­ciec. – Dag­ma­ra ro­zu­mie, że je­steś cho­ry.

– Nic z tego! To ty wra­caj do miesz­ka­nia i nie psuj mi wi­ęcej pla­nów – od­pa­rł mu syn, zły na tę sy­tu­ację. – Je­stem do­ro­sły.

Kac­per wsze­dł do miesz­ka­nia ro­dzi­ców Dag­ma­ry i sta­nął na wprost niej.

– Wzi­ąłem rano apap i już daw­no czu­ję się do­brze – wy­ja­śnił. – Mój tata prze­sa­dza. Oczy­wi­ście, że nie opu­ści­łbym za nic ta­kie­go wy­da­rze­nia. Mo­że­my iść? – spy­tał, pa­trząc na nią wy­cze­ku­jąco. W tym mo­men­cie li­czy­ło się tyl­ko to, że wła­sny oj­ciec chciał go wy­sta­wić, a on nie mógł mu po­zwo­lić ze­psuć tego, co uzy­skał.

– Na­praw­dę le­piej się czu­jesz? – Dag­ma­ra kon­tro­l­nie spoj­rza­ła mu w oczy.

– Tak, o wie­le le­piej niż rano. Wszyst­ko mam przy­go­to­wa­ne. Daj mi pięć mi­nut i będę ubra­ny – po­pro­sił.

– W po­rząd­ku. Ale gdy­byś po­czuł się go­rzej, obie­caj mi, że wró­ci­my wcze­śniej.

– Nie zro­bi­łbym ci tego.

– Obie­caj! – za­żąda­ła, pa­trząc na nie­go wy­zy­wa­jąco.

– Do­brze.

– No, to szy­kuj się, Śmia­łkow­ski. Pięć mi­nut. – Dag­ma­ra pu­ści­ła oko do ko­le­gi, a ten roz­pro­mie­nił się i po­bie­gł do swo­je­go miesz­ka­nia, żeby się ubrać.

– Nie wiem, czy to do­bry po­my­sł – za­pro­te­sto­wał sąsiad, kie­dy tyl­ko jego syn znik­nął za drzwia­mi ich miesz­ka­nia.

– Obie­cu­ję, że wró­ci­my tak­sów­ką, gdy­by go­rzej się po­czuł. Mam kasę – za­pew­ni­ła dziew­czy­na, pa­trząc na sąsia­da z po­wa­gą.

– Dam mu na tak­sów­kę. Kto to wi­dział, żeby dziew­czy­na pła­ci­ła? – obu­rzył się pan Ol­gierd.

– Po­ra­dzi­my so­bie. Jak to po­wie­dział Kac­per, a wcze­śniej moja mama, obo­je je­ste­śmy pe­łno­let­ni, nie­dłu­go zda­je­my ma­tu­rę, a po­tem pój­dzie­my na stu­dia. Mu­si­cie nam tro­chę za­ufać.

– Wy­ro­bi­ła się ta two­ja cór­ka, Zo­siu – za­uwa­żył oj­ciec Kac­pra.

– Daga za­wsze była od­wa­żna.

Ol­gierd Śmia­łkow­ski wró­cił do swo­je­go miesz­ka­nia, a nie­dłu­go wy­sze­dł stam­tąd Kac­per w gar­ni­tu­rze i z czer­wo­ną różą.

– To dla cie­bie. – Po­dał kwiat Dag­ma­rze. Jego twarz przy­bra­ła na chwi­lę bar­dzo po­dob­ny ko­lor.

– Dzi­ęku­ję, jest ślicz­na – od­po­wie­dzia­ła i wzi­ęła od nie­go kwia­tek.

– Jak ty – do­dał pra­wie szep­tem.

Daga uda­ła, że tego nie usły­sza­ła. Wsta­wi­ła różę do wa­zo­ni­ka w swo­im po­ko­ju i wró­ci­ła do ko­le­gi.

– Go­to­wa. To idzie­my?

– Tak – od­pa­rł Kac­per, już pew­niej, i po­dał jej ra­mię. – Do wi­dze­nia pani – rzu­cił jesz­cze do jej mamy.

– Jezu, my­śla­łem, że tam umrę – jęk­nął chło­pak, kie­dy już ze­szli po scho­dach i otwo­rzył przed nią drzwi klat­ki scho­do­wej.

– Tak źle się czu­jesz? – zmar­twi­ła się dziew­czy­na.

– Nie, tak bar­dzo się stre­so­wa­łem – wy­ja­śnił i się za­śmiał.

– No, to już nie masz czym. Ra­zem roz­nie­sie­my tę budę. – Dag­ma­ra też się za­śmia­ła. Czu­ła się wy­jąt­ko­wo do­brze, gdy tak szła pod rękę z chło­pa­kiem, któ­re­go jesz­cze kil­ka ty­go­dni temu nie wy­obra­ża­ła­by so­bie w ta­kiej roli.

Lipiec 2017

Od na­stęp­ne­go mie­si­ąca po oświad­czy­nach Kac­per i Dag­ma­ra za­miesz­ka­li ra­zem w wy­na­jętym wspól­nie miesz­ka­niu. Obo­je za­częli pra­cę, więc nie mie­li wie­le cza­su na or­ga­ni­za­cję wspól­ne­go ży­cia, ale cie­szy­li się tym obo­je.

Ich ro­dzi­ce, co dziw­ne, nie przy­jęli za­ręczyn i wspól­ne­go miesz­ka­nia ze szcze­gól­nym en­tu­zja­zmem. Daga i Kac­per my­śle­li, że ro­dzi­ce, któ­rzy przy­ja­źni­li się od lat, będą ska­kać z ra­do­ści pod su­fit, a oni po pro­stu stwier­dzi­li, że „kie­dyś to się mu­sia­ło stać” i że „nie mu­sie­li się aż tak śpie­szyć z tym do­ro­słym ży­ciem”.

Mło­dzi chcie­li się śpie­szyć z do­ro­słym ży­ciem. Ko­cha­li się i byli ra­zem szczęśli­wi. Wy­obra­ża­li so­bie wspól­ną przy­szło­ść wy­łącz­nie w ró­żo­wych bar­wach.

– Co ro­bi­my dziś wie­czo­rem, skar­bie? – spy­ta­ła Dag­ma­ra swo­je­go na­rze­czo­ne­go.

Był pi­ątek, a oni zje­dli już obiad, któ­ry ra­zem przy­go­to­wa­li, po­sprząta­li po nim i te­raz wy­głu­pia­li się w kuch­ni.

– Mam dla cie­bie nie­spo­dzian­kę. – Kac­per za­śmiał się zło­wiesz­czo.

– Nie­na­wi­dzę nie­spo­dzia­nek! – wark­nęła Dag­ma­ra i szturch­nęła go w bok łok­ciem. – Ga­daj od razu!

– Ko­cha­nie, ta­kie nie­spo­dzian­ki lu­bisz – za­pew­nił spo­koj­nie, po czym przy­ci­ągnął ją do sie­bie i uwi­ęził w sil­nych ra­mio­nach. Dwu­dzie­stocz­te­ro­let­ni Kac­per nie był już tym sa­mym chu­dym sprin­te­rem, z któ­rym za­częła się spo­ty­kać w li­ceum. Pięć lat stu­diów w woj­sko­wej szko­le ofi­cer­skiej zro­bi­ło z nie­go sil­ne­go i pi­ęk­nie zbu­do­wa­ne­go mężczy­znę.

– Prze­ko­naj mnie, Śmia­łkow­ski.

– Pro­szę bar­dzo – od­po­wie­dział, pod­no­sząc ją za ty­łek.

Za­nió­sł na­rze­czo­ną do sy­pial­ni, gdzie zrzu­cił ją na łó­żku i wzi­ął się za re­ali­za­cję pierw­szej części nie­spo­dzian­ki.

– Mu­sia­łeś za­cząć od sek­su? – spy­ta­ła Daga kil­ka­na­ście mi­nut pó­źniej, le­d­wo dy­sząc po in­ten­syw­nym i wy­czer­pu­jącym nu­mer­ku. – Te­raz już nic nie będzie mi się chcia­ło!

– Nie martw się, mi się jesz­cze będzie chcia­ło – oznaj­mił, po czym ugry­zł ją de­li­kat­nie w ucho – ale te­raz mo­żesz od­po­cząć. – To po­wie­dziaw­szy, pod­nió­sł się z łó­żka i nie­dłu­go wró­cił do sy­pial­ni z lap­to­pem i dwo­ma ka­pe­lu­sza­mi.

– Co to ma być?

– Pi­rac­kie ka­pe­lu­sze. W sam raz do obej­rze­nia pen­ta­lo­gii Pi­ra­tów z Ka­ra­ibów. – Za­chi­cho­tał.

– Ko­cham cię, Śmia­łkow­ski. Gdy­byś mi się nie oświad­czył, sama bym to zro­bi­ła – stwier­dzi­ła Dag­ma­ra na ten wi­dok.

Kac­per po­czuł się jak pierw­szy czło­wiek na Ksi­ęży­cu, jak zdo­byw­ca bie­gu­na i Mo­unt Eve­re­stu w jed­nym. Jak ja ją uwiel­biam…

Od kie­dy mała Dag­ma­ra obej­rza­ła pierw­szą część Pi­ra­tów z Ka­ra­ibów – Klątwę Czar­nej Per­ły, któ­ra wy­szła w dwa ty­si­ące trze­cim roku, na ryn­ku fil­mo­wym suk­ce­syw­nie po­ja­wia­ły się na­stęp­ne części. W dwa ty­si­ące szó­stym Skrzy­nia umar­la­ka, w dwa ty­si­ące siód­mym Na ko­ńcu świa­ta, a w dwa ty­si­ące je­de­na­stym roku czwar­ta część se­rii – Na nie­zna­nych wo­dach. W dwa ty­si­ące sie­dem­na­stym, zu­pe­łnie nie­daw­no, bo w maju, pre­mie­rę mia­ła część pi­ąta, czy­li Ze­msta Sa­la­za­ra. Mo­żna po­wie­dzieć, że Pi­ra­ci… do­ra­sta­li ra­zem z nią.

Daga wie­dzia­ła, że przy tylu fil­mach do obej­rze­nia spędzą z Kac­prem cały week­end w łó­żku, ale mia­ła na to wiel­ką ocho­tę.

I tak się wła­śnie sta­ło, przy czym ogląda­nie było prze­ry­wa­ne nie tyl­ko je­dze­niem i snem, ale przede wszyst­kim sek­sem. Kac­per strasz­nie się na­kręcał emo­cja­mi Dag­ma­ry i jesz­cze pi­ąt­ko­we­go wie­czo­ru trzy razy ro­bił prze­rwę na małe co nie­co, z któ­re­go osta­tecz­nie ro­bi­ło się wi­ęk­sze co nie­co.

– Za­dzi­wiasz mnie dziś, ko­cha­ny. – Daga wes­tchnęła. Po ko­lej­nym or­ga­zmie nie była już w sta­nie na­wet otwo­rzyć oczu.

– Nic na to nie po­ra­dzę, że od kie­dy mam cię na co dzień, nie mogę się tobą na­sy­cić, Da­guś – szep­nął jej pro­sto w usta Kac­per, po czym za­mknął je po­ca­łun­kiem.

Przez ostat­nie pięć lat stu­diów nie mie­li zbyt wie­le cza­su dla sie­bie. Sko­sza­ro­wa­ni w in­nych częściach Pol­ski, wi­dy­wa­li się tyl­ko w week­en­dy, świ­ęta i na wa­ka­cje. Żad­ne­mu z nich na­wet przez myśl nie prze­szło w tam­tym cza­sie, żeby spró­bo­wać z kimś in­nym. Obo­je byli dla sie­bie pierw­szy­mi part­ne­ra­mi i chcie­li po­zo­stać ostat­ni­mi.

Dag­ma­rze ni­g­dy nie przy­szło do gło­wy, żeby na­wet teo­re­tycz­nie roz­wa­żyć pro­po­zy­cje ko­le­gów ze szko­ły po­li­cyj­nej, któ­rzy re­gu­lar­nie pró­bo­wa­li ją wy­ci­ągnąć na piwo, ba­le­ty albo na­wet do kina. Nie po­tra­fi­ła­by so­bie też wy­obra­zić Kac­pra, któ­ry spo­ty­ka­łby się za jej ple­ca­mi z inną dziew­czy­ną. Na­wet je­śli w woj­sko­wym mun­du­rze wy­glądał tak atrak­cyj­nie, że usta­wia­ły się pew­nie do nie­go ko­lej­ki. No, do Dagi w po­li­cyj­nym mun­du­rze poza ko­le­ga­mi z bra­nży ko­lej­ki się nie usta­wia­ły. A może to i do­brze?

I tak, po pi­ęciu la­tach roz­łąk i tęsk­no­ty, mie­li w ko­ńcu sie­bie na co dzień, mo­gli się na­cie­szyć swo­ją obec­no­ścią, bli­sko­ścią. Mo­gli pla­no­wać wspól­ną przy­szło­ść.

– Kac­per, wy­łącz ten film, do­ko­ńczy­my ju­tro – po­pro­si­ła Dag­ma­ra, któ­ra po tym prze­in­ten­syw­nym wie­czo­rze ma­rzy­ła już tyl­ko o spa­niu.

– Jak so­bie ży­czysz, moja uko­cha­na – od­po­wie­dział jej na­rze­czo­ny, jed­nak nie­chęt­nie z niej zsze­dł.

Kac­per od za­wsze uwiel­biał cia­ło Dagi. Od wte­dy, kie­dy na­wet nie mógł jesz­cze o nim po­ma­rzyć.

– A po­tem zgaś świa­tło i cho­dź się przy­tu­lić. – Usły­szał ko­lej­ne po­le­ce­nie. – Jak do­brze, że już week­end. – Daga ziew­nęła i po chwi­li spa­ła.

Kac­per jesz­cze przez chwi­lę przy­glądał się w ciem­no­ści pro­fi­lo­wi na­rze­czo­nej. Przy­po­mniał so­bie ich pierw­sze de­kla­ra­cje, pierw­szy po­ca­łu­nek, pierw­szy raz…

Klasa maturalna, luty 2012

Od cza­su pa­mi­ęt­nej stud­niów­ki Kac­per nie za­mie­rzał już wy­pu­ścić Dag­ma­ry z rąk. Nie umiał so­bie wy­ba­czyć, że zmar­no­wał tyle lat, do­ku­cza­jąc tej cu­dow­nej dziew­czy­nie. Prze­cież po­wi­nien był się z nią przy­ja­źnić od po­cząt­ku.

Co­dzien­nie rano cza­to­wał pod drzwia­mi, aż usły­szał dźwi­ęk otwie­ra­nych drzwi u sąsia­dów, żeby wy­jść ze swo­je­go miesz­ka­nia – niby w tym sa­mym mo­men­cie – i móc pó­jść z Dag­ma­rą do szko­ły.

Daga zo­rien­to­wa­ła się po ty­go­dniu, co jest gra­ne, a po dwóch po­wie­dzia­ła chło­pa­ko­wi wprost, że nie musi cze­kać, aż ona wyj­dzie z domu, bo wy­star­czy­ło­by, żeby za­pu­kał. Kac­per spa­lił bu­ra­ka, jed­nak w du­chu mu­siał przy­znać, że Daga to by­stra i spo­strze­gaw­cza dziew­czy­na. W do­dat­ku w ten spo­sób po­zba­wi­ła go kło­po­tu, bo ro­dzi­ce za­czy­na­li mu się dziw­nie przy­glądać, kie­dy aku­rat któ­reś z nich wi­dzia­ło go w domu.

Od tam­tej pory po pro­stu wy­cho­dził od sie­bie i pu­kał do Dag­ma­ry, a jak było trze­ba, cze­kał na nią. Cho­dzi­li ra­zem do szko­ły i ra­zem z niej wra­ca­li, nad­ra­bia­jąc lata, kie­dy na­wet nie roz­ma­wia­li, poza spo­ra­dycz­nym wy­mie­nia­niem zło­śli­wo­ści.

Mi­tyng lek­ko­atle­tycz­ny zbli­żył ich do sie­bie jesz­cze bar­dziej, bo oka­za­ło się, że no­co­wa­li w sali gim­na­stycz­nej jed­nej ze szkół spor­to­wych we Wro­cła­wiu. W śpi­wo­rach, w wa­run­kach ko­edu­ka­cyj­nych. Kac­per wzi­ął so­bie wte­dy za punkt ho­no­ru, żeby pil­no­wać Dag­ma­ry, któ­ra cier­pia­ła na nad­miar za­in­te­re­so­wa­nia ze stro­ny płci prze­ciw­nej.

W pew­nym mo­men­cie to ona nie wy­trzy­ma­ła.

– Kac­per, ja też cię lu­bię, ale daj mi ode­tchnąć. Kręcisz się wo­kół mnie tak, że nie mogę z ni­kim po­roz­ma­wiać – wy­rzu­ci­ła mu. – Spo­ro tu faj­nych lu­dzi, chcia­ła­bym ich po­znać.

– A więc chcesz po­znać ko­goś in­ne­go? – Zno­wu zro­bił się czer­wo­ny na twa­rzy. Tym ra­zem nie ze wsty­du, tyl­ko ze zło­ści.

W tym mo­men­cie Dag­ma­ra zro­zu­mia­ła, co ko­le­ga chce jej po­wie­dzieć. On się mną in­te­re­su­je! Nie chcia­ła go zra­nić. Sama nie wie­dzia­ła, co czu­ła, ale na pew­no za­częło jej za­le­żeć na tym chło­pa­ku.

– Kac­per. – Zła­pa­ła go za rękę, kie­dy nie chciał na nią pa­trzeć. – Spójrz na mnie, pro­szę – szep­nęła.

Taka roz­mo­wa nie była zbyt kom­for­to­wa w wa­run­kach sali gim­na­stycz­nej, na któ­rej prze­by­wa­ło w swo­ich śpi­wo­rach kil­ka­dzie­si­ąt osób, ale na lep­szy mo­ment nie chcia­ła cze­kać, bo mo­gło być już za pó­źno.

Ko­le­ga spoj­rzał na nią za­kło­po­ta­ny.

– Po co?

Dag­ma­ra wró­ci­ła po swój śpi­wór i przy­su­nęła się z be­ta­mi, któ­re uło­ży­ła tuż obok jego miej­sca do spa­nia.

– Co ro­bisz, Daga?

– Prze­cież nie będę do cie­bie krzy­czeć. Cze­mu nie chcesz, że­bym po­zna­wa­ła in­nych lu­dzi? – spy­ta­ła ci­cho.

– Ja… chy­ba je­stem za­zdro­sny – przy­znał za­wsty­dzo­ny.

– Ale cze­mu?

– Bo… ja bym chciał… że­byś była moją dziew­czy­ną – przy­znał w ko­ńcu.

Wa­riat! – po­my­śla­ła Dag­ma­ra, ale nie mo­gła nic po­ra­dzić na to, że w środ­ku po­czu­ła cie­pło na te sło­wa. Przy­su­nęła się jesz­cze bar­dziej.

– A ja… chy­ba nie mia­ła­bym nic prze­ciw­ko, żeby być two­ją dziew­czy­ną – od­po­wie­dzia­ła i zno­wu zła­pa­ła go za rękę.

Po­ło­żył się na boku i ob­jął ją ra­mie­niem. Wte­dy przy­tu­li­ła się bar­dziej.

Tę noc spędzi­li w śpi­wo­rach, w sali gim­na­stycz­nej z kil­ku­dzie­si­ęcio­ma in­ny­mi oso­ba­mi, ale oni czu­li się tak, jak­by byli tam sami.

Maj 2021

– Pa­nie ko­men­dan­cie, za­ła­twio­ne – oznaj­mi­ła Ka­sia kon­spi­ra­cyj­nym szep­tem.

– Co za­ła­twio­ne? – zdzi­wił się Mar­cin.

– Roz­ma­wia­łam z Ka­ro­lem i zde­cy­do­wa­li­śmy, że wy­ci­ągnie­my Dagę na wa­ka­cje. Za­re­zer­wo­wa­li­śmy dwa ty­go­dnie na Kor­sy­ce. Za­wsze chcia­ła tam je­chać.

– Kie­dy te wcza­sy?

– Wy­lot w so­bo­tę, dzie­wi­ęt­na­ste­go czerw­ca. Po­wrót w so­bo­tę, dru­gie­go lip­ca.

– Brzmi jak ide­al­ny plan na wa­ka­cje dla na­szej Dag­ma­ry.

– Mam na­dzie­ję, że się zgo­dzi. – Ka­sia te­atral­nie wes­tchnęła.

– Dzi­ęku­ję, że cho­ciaż pró­bu­je­cie – rze­kł Mar­cin. – Wy za­ła­twi­li­ście wy­jazd, to ja uro­bię ją w pra­cy.

– Cu­dow­nie. – Ka­sia uśmiech­nęła się pro­mien­nie.

Uwa­ża­ła, że Mar­cin to do­kład­nie taki szef, ja­kie­go te­raz po­trze­bo­wa­ła Dag­ma­ra. Pod­sy­cał jej pra­co­ho­lizm, ale jed­no­cze­śnie zda­wał się kon­tro­lo­wać jej za­an­ga­żo­wa­nie w pro­wa­dzo­ne spra­wy. I do tego jest taki przy­stoj­ny…

Mar­cin za­uwa­żył uśmiech sio­stry Dag­ma­ry i po­my­ślał, że młod­sza pan­na Rot­man też będzie kie­dyś in­te­re­su­jącą ko­bie­tą, bo że zo­sta­nie świet­ną po­li­cjant­ką, to już wie­dział.

– Dzi­ęku­ję.

– Po­dzi­ęku­je mi pan, jak Daga wró­ci z wa­ka­cji z no­wym chło­pa­kiem. – Ka­sia się za­śmia­ła i pu­ści­ła do nie­go oko z szel­mow­ską miną.

Mar­ci­no­wi nie­zu­pe­łnie o to cho­dzi­ło, choć prze­cież chciał, żeby wró­ci­ła daw­na Dag­ma­ra. Uśmiech­nął się jed­nak do Kasi uprzej­mie, a po­tem za­brał za pra­cę.

Ka­sia po­le­cia­ła jesz­cze do biu­ra sio­stry, bo coś jej się przy­po­mnia­ło.

– Daga, wy­obra­żasz so­bie, że czte­ry lata temu zda­łam ma­tu­rę? – krzyk­nęła pra­wie, wpa­da­jąc do jej biu­ra.

– Jezu, Ka­cha, ale mnie stre­su­jesz! – ofuk­nęła ją star­sza sio­stra.

– Czte­ry lata temu zda­łam ma­tu­rę, a za rok będę ofi­ce­rem po­li­cji! – en­tu­zja­zmo­wa­ła się na­dal Ka­śka, igno­ru­jąc uwa­gę Dagi.

– Gra­tu­lu­ję ci re­flek­su – od­burk­nęła pod­ko­mi­sarz, któ­rą co­raz bar­dziej iry­to­wa­ły wy­bu­chy młod­szej sio­strzycz­ki. – Do­pie­ro się zo­rien­to­wa­łaś, że mi­nęły czte­ry lata?

– A ty kie­dy się zo­rien­tu­jesz, że upły­nęły już trzy? – spy­ta­ła Ka­sia, zmu­sza­jąc sio­strę do my­śle­nia o tym, o czym nie chcia­ła.

– Ja? Ja bym chcia­ła, żeby czas w ogó­le nie pły­nął, żeby się oka­za­ło, że przez cały ten czas śni­łam je­den kosz­mar, a kie­dy się obu­dzę, to Kac­per wró­ci.

– Daga, czas leci, a Kac­per nie wró­ci – od­po­wie­dzia­ła Ka­sia. Po­de­szła do sio­stry i ją ob­jęła. – Był wa­żną częścią two­je­go ży­cia, ale to już prze­szło­ść, a ty mu­sisz żyć da­lej.

– A gdy­by tak cof­nąć się w cza­sie? – za­ry­zy­ko­wa­ła Dag­ma­ra.

– Jezu, Daga, sły­szysz ty się?! – Ka­śka prze­ra­zi­ła się nie na żar­ty.

– Żar­to­wa­łam. – Dag­ma­ra za­częła się śmiać. Śmia­ła się tak dłu­go i tak in­ten­syw­nie, że aż się po­pła­ka­ła.

– Boże, ko­cha­na, ty pła­czesz! – Ka­śka nie wy­trzy­ma­ła i też się po­ry­cza­ła.

Jej star­sza sio­stra od pra­wie trzech lat nie uro­ni­ła na­wet jed­nej łzy. Nie uśmiech­nęła się też ani razu.

A te­raz śmia­ła się i pła­ka­ła.

– To jak z tą ma­tu­rą, Ka­cha? Jest co wspo­mi­nać? – spy­ta­ła Dag­ma­ra, kie­dy już się uspo­ko­iła.

– Nie. A u cie­bie?

– Nie… skądże, mło­da.

Dziewięć lat wcześniej, klasa maturalna, maj 2012

W maju Daga i Kac­per byli już re­gu­lar­ną parą. Spo­ty­ka­li się po szko­le, cho­dzi­li ra­zem na tre­nin­gi, na spa­ce­ry, do kina, uczy­li się wspól­nie do ma­tu­ry. Spędza­li mnó­stwo cza­su w swo­im to­wa­rzy­stwie, jak­by chcie­li nad­ro­bić te wszyst­kie lata, kie­dy uni­ka­li kon­tak­tu, a ten spo­ra­dycz­ny był nie­zbyt sym­pa­tycz­ny. Te­raz to co in­ne­go. Za sobą mie­li pierw­sze czu­łe ge­sty, trzy­ma­nie się za ręce, przy­tu­la­nie, po­ca­łun­ki. Prze­sia­dy­wa­li na zmia­nę u nie­go lub u niej, w za­le­żno­ści od tego, czy­ich ro­dzi­ców aku­rat nie było w domu. Sta­li się nie­roz­łącz­ni.

Czerwiec 2012

Jesz­cze za­nim do­sta­li wy­ni­ki ma­tur, wie­dzie­li, że ich ście­żki za­wo­do­we będą po­dob­ne, choć rów­no­le­głe. Kac­per wy­brał ka­rie­rę woj­sko­wą, a Dag­ma­ra słu­żbę w po­li­cji. On miał iść na stu­dia do Wro­cła­wia, a ona do Szczyt­na. Mar­twi­ło ich to ry­chłe roz­sta­nie i duża od­le­gło­ść mi­ędzy uczel­nia­mi.

– Damy so­bie radę – za­pew­nia­ła chło­pa­ka Dag­ma­ra po raz ko­lej­ny. Aku­rat znaj­do­wa­li się w jego po­ko­ju i zno­wu roz­ma­wia­li o stu­diach, sie­dząc na łó­żku.

– A jak dasz so­bie ze mną spo­kój i po­szu­kasz in­ne­go chło­pa­ka? – Kac­per mu­siał wy­po­wie­dzieć swo­je oba­wy.

Dag­ma­ra się za­śmia­ła.

– Żar­tu­jesz? A niby po co so­bie szu­kać in­ne­go? Prze­cież mam cie­bie.

– Może ktoś inny by­łby dla cie­bie lep­szy – pro­wo­ko­wał.

– Ty je­steś naj­lep­szy – od­pa­rła pew­nie.

– Na­praw­dę?

– Na­praw­dę. – Dag­ma­ra przy­su­nęła się do Kac­pra i po­ło­ży­ła gło­wę na jego ra­mie­niu. – Nie chcę ni­ko­go in­ne­go. A gdy­bym ja za­częła py­tać, czy ty nie znaj­dziesz so­bie in­nej dziew­czy­ny, jak byś się czuł?

– Pew­nie bym się wku­rzył. Ale ty je­steś ide­al­na, Daga. Mu­sia­łbym być sko­ńczo­nym idio­tą, żeby spoj­rzeć tak samo na inną dziew­czy­nę. A uwa­żam się za in­te­li­gent­ne­go fa­ce­ta.

– Je­steś skrom­nia­cha, Śmia­łkow­ski. – Za­śmia­ła się.

– Mam to po mo­jej dziew­czy­nie – od­po­wie­dział ze śmie­chem Kac­per.

I wte­dy zro­bił coś, cze­go Dag­ma­ra się nie spo­dzie­wa­ła. Ob­jął ją w pa­sie jed­ną ręką, dru­gą zła­pał pod ko­la­na­mi i wci­ągnął so­bie na ko­la­na, bo­kiem do sie­bie, wi­ężąc ją w uści­sku.

– Ko­cham cię – szep­nął jej do ucha. – Po stu­diach się z tobą oże­nię.

– Je­steś wal­ni­ęty – za­wy­ro­ko­wa­ła. – Ale wła­śnie za to cię ko­cham.

– Więc je­ste­śmy po sło­wie? – spy­tał, pró­bu­jąc się upew­nić.

– Tak.

– Zna­czy, że je­steś moja?

– Je­stem – po­twier­dzi­ła. – A ty mój.

Wte­dy wy­da­rze­nia po­to­czy­ły się szyb­ko i w nie­kon­tro­lo­wa­ny spo­sób. Dag­ma­ra usia­dła okra­kiem na udach Kac­pra, przo­dem do nie­go, i po­ca­ło­wa­ła go na­mi­ęt­nie. Chło­pak jęk­nął z przy­jem­no­ści i przy­ci­ągnął ją moc­niej, wpi­ja­jąc się w jej usta. Czuł na so­bie do­tyk jej pier­si, na­wet je­śli przez ubra­nie, a jego dżin­so­we spoden­ki szyb­ko zro­bi­ły się cia­sne w stra­te­gicz­nym miej­scu. Dag­ma­ra wy­czu­ła to wy­brzu­sze­nie i ce­lo­wo ota­rła się kro­czem o jego uwi­ęzio­ną męsko­ść. Sama mia­ła na so­bie tyl­ko lek­kie lu­źne szor­ty i ta sy­tu­acja bar­dzo ją ba­wi­ła.

– Jej, co ty ro­bisz, Daga? – spy­tał, pa­trząc na nią z roz­anie­lo­nym wy­ra­zem twa­rzy.

– Pro­wo­ku­ję cię – od­po­wie­dzia­ła z szel­mow­skim uśmie­chem.

– Nie bo­isz się?

– A cze­go?

– Że dam się spro­wo­ko­wać?

– A je­śli na to li­czę?

– Kła­dź się – za­rządził wte­dy, zrzu­ca­jąc ją z sie­bie.

Roz­ło­żył dziew­czy­nę na ple­cach, przy­gnió­tł ją do ma­te­ra­ca swo­im ci­ęża­rem i za­czął ca­ło­wać. Pod­trzy­my­wał ci­ężar cia­ła na le­wej ręce, a pra­wą wło­żył pod ko­szul­kę Dagi, by si­ęgnąć do jej pier­si, ukry­tych pod mi­ęk­kim spor­to­wym sta­ni­kiem. Po chwi­li pod­wi­nął jej ko­szul­kę i za­czął ją ca­ło­wać po brzu­chu.

Daga jęk­nęła z przy­jem­no­ści i po­mo­gła mu zdjąć swo­ją ko­szul­kę, a po­tem ści­ągnęła jego T-shirt. W ko­ńcu sama zdjęła sta­nik przez gło­wę.

Kie­dy Kac­per za­czął ca­ło­wać jej pier­si, kom­plet­nie od­pły­nęła.

– Daga, ko­cha­nie. – Chło­pak zwró­cił się do niej bła­gal­nym to­nem. – Prze­rwij­my to, pro­szę, bo się nie po­wstrzy­mam. Tak cię pra­gnę, że za­raz zwa­riu­ję.

– Kie­dy wró­cą twoi ro­dzi­ce? – spy­ta­ła, od­zy­skaw­szy na chwi­lę ja­sno­ść umy­słu.

– Za ja­kieś trzy go­dzi­ny naj­wcze­śniej. Po­je­cha­li do Wro­cła­wia – przy­po­mniał jej.

– To nie prze­ry­waj – wy­sa­pa­ła mu pro­sto w usta, po czym przy­ci­ągnęła go do sie­bie tak, że czuł na kla­cie jej ster­czące sut­ki, a ona na pod­brzu­szu jego twar­de­go człon­ka.

Za­częła po­ru­szać bio­dra­mi, in­stynk­tow­nie ocie­ra­jąc się o nie­go tak, żeby jesz­cze wzmóc obu­stron­ne po­żąda­nie.

– Je­steś pew­na? – do­py­ty­wał się Kac­per.

Ow­szem, do tej pory za­li­czy­li kil­ka pierw­szych baz, ale ni­g­dy wcze­śniej nie prze­kro­czy­li tej ma­gicz­nej gra­ni­cy, za któ­rą już nie by­ło­by od­wro­tu. On ni­g­dy nie ro­ze­brał swo­jej dziew­czy­ny do ko­ńca, a jej nie po­zwo­lił tego zro­bić z nim, choć pró­bo­wa­ła.

– Jesz­cze raz mnie spy­tasz, czy je­stem pew­na, to się ubio­rę i wró­cę do domu – za­żar­to­wa­ła.

– Chy­ba po­bie­głbym za tobą – oznaj­mił szcze­rze, po czym pod­nió­sł się na rękach i wy­jął z szaf­ki noc­nej pu­de­łecz­ko pre­zer­wa­tyw.

– Śmia­łek! Skąd masz gum­ki, przy­znaj się! – Daga się za­śmia­ła.

– Jezu, dziew­czy­no, a ja­kie to ma zna­cze­nie w ta­kiej chwi­li? – spy­tał sfru­stro­wa­ny.

– Ma.

– Do­brze. Ku­pi­łem ja­kiś czas temu, bo mia­łem na­dzie­ję… no wiesz, że się przy­da­dzą.

– Uwiel­biam to, że je­steś taki od­po­wie­dzial­ny. No, da­lej, roz­bie­raj mnie.

Kac­per nie od­wa­żył się już wi­ęcej za­py­tać Dag­ma­ry, czy jest pew­na. Uznał, że ewen­tu­al­ne kon­se­kwen­cje tej dys­ku­sji by­ły­by o wie­le mniej przy­jem­ne niż podąża­nie za pra­gnie­niem ab­so­lut­nej bli­sko­ści.

Wspólne życie, lipiec 2017

Kac­per do­kład­nie pa­mi­ętał ich pierw­szy raz. Ko­lej­ne zresz­tą też.

Od kie­dy spró­bo­wa­li z Dag­ma­rą sek­su, stał się jed­nym z ich ulu­bio­nych za­jęć. Na po­cząt­ku mu­sie­li się ukry­wać przed ro­dzi­ca­mi, ale kie­dy wy­je­cha­li na wa­ka­cje, mo­gli cie­szyć się nie­skrępo­wa­nie sobą na­wza­jem. Te­raz, gdy już miesz­ka­li ra­zem, tam­te cza­sy wy­da­wa­ły mu się od­le­głe jak pia­ski pu­sty­ni Re­gi­stan w po­łu­dnio­wym Afga­ni­sta­nie, o któ­rych opo­wia­da­li mu ko­le­dzy, wra­ca­jący z mi­sji za­gra­nicz­nych.

Kac­per też chciał spró­bo­wać swo­ich sił jako żo­łnierz pol­skie­go kon­tyn­gen­tu woj­sko­we­go. Był tyl­ko je­den pro­blem: jak po­wie­dzieć o tym Dag­ma­rze?

Wrzesień 2017

– Po co chcesz tam je­chać?! – Dag­ma­ra była prze­ra­żo­na wi­zją wy­jaz­du na­rze­czo­ne­go na pó­łrocz­ną mi­sję szko­le­nio­wą do Afga­ni­sta­nu. – Dla­cze­go aku­rat tam, gdzie jest naj­gor­sza woj­na?

– Ko­cha­nie, je­stem żo­łnie­rzem – przy­po­mniał jej. – Żo­łnie­rze je­żdżą na woj­ny wła­śnie.

– To po co te gór­no­lot­ne slo­ga­ny o mi­sjach po­ko­jo­wych?

Par­sk­nęła iro­nicz­nie.

– Ja­koś musi się to na­zy­wać. Te­raz to już na­praw­dę nic strasz­ne­go. ISAF6 się sko­ńczył, zo­sta­ły tyl­ko mi­sje szko­le­nio­we.

– Ja tam nie wie­rzę w po­kój w Azji, zwłasz­cza w tej części – stwier­dzi­ła Dag­ma­ra. – Po co chcesz tam je­chać?

– Po pierw­sze, żeby zdo­być szli­fy, po dru­gie, żeby do­stać szyb­ciej awans. Do­dat­ko­wym pro­cen­tem do eme­ry­tu­ry też nie po­gar­dzę, ale przede wszyst­kim – tu Kac­per po­pa­trzył w sku­pie­niu na na­rze­czo­ną – chcę za­ro­bić na na­sze we­se­le i wkład do kre­dy­tu na miesz­ka­nie. Nie wy­obra­żam so­bie po ślu­bie tu­łać się z moją żoną po wy­na­jętych lo­ka­lach.

– Do­brze, ko­cha­nie – zgo­dzi­ła się w ko­ńcu Dag­ma­ra. W za­sa­dzie nie do­sta­ła wy­bo­ru. Po­dej­rze­wa­ła, że Śmia­łkow­ski i tak po­sta­wi­łby na swo­im. Taki już miał cha­rak­ter. A ona go prze­cież ko­cha­ła jak ni­ko­go na świe­cie.

Listopad 2017

Na­rze­czo­ny Dag­ma­ry wy­je­chał pod ko­niec li­sto­pa­da. Od po­cząt­ku re­gu­lar­nie dzwo­nił i pi­sał, wy­sy­łał zdjęcia i spo­ty­kał się z nią na Sky­pie. Tęsk­no­ta nie da­wa­ła jej żyć, ale obie­ca­ła mu prze­cież, że będzie dziel­na i wy­trzy­ma te pół roku.

Kac­per też tęsk­nił, ale trzy­ma­ło go po­sta­no­wie­nie, że dzi­ęki tej mi­sji ich ży­cie wej­dzie na nowy, wy­ższy po­ziom. Wie­dział do­sko­na­le, że ni­g­dy nie za­ro­bi­łby ta­kich pie­ni­ędzy w Pol­sce.

Grudzień 2017

Jego dwu­dzie­ste czwar­te uro­dzi­ny pierw­sze­go grud­nia spędzi­li na od­le­gło­ść. Świ­ęta po­dob­nie. W Syl­we­stra zło­ży­li so­bie ży­cze­nia przez Sky­pe'a.

– Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go w no­wym roku, moja uko­cha­na – po­wie­dział uśmiech­ni­ęty Kac­per. – Oby to był nasz naj­lep­szy rok. Jesz­cze tyl­ko kil­ka mie­si­ęcy i będzie­my już za­wsze ra­zem.

– Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go, ko­cha­nie – od­po­wie­dzia­ła Daga, po­wstrzy­mu­jąc łzy. – Cze­kam, ci­ągle cze­kam, wiesz?

– Ja też, skar­bie. Bar­dzo cię ko­cham i ni­g­dy nie prze­sta­nę, pa­mi­ętaj o tym – od­po­wie­dział, za­nim prze­rwa­ło im po­łącze­nie.

No cóż… prze­ci­ąże­nie sie­ci w syl­we­stra nie było ni­czym nad­zwy­czaj­nym.

Styczeń 2018

Dwu­dzie­ste pi­ąte uro­dzi­ny Dag­ma­ry wy­pa­da­ły trzy­dzie­ste­go pierw­sze­go stycz­nia. Też spędzi­ła je z dala od swo­je­go uko­cha­ne­go. Po­cie­sza­ła się jed­nak tym, że mi­nął już dru­gi mie­si­ąc roz­łąki, a ka­żdy przy­bli­żał ich hi­sto­rię do szczęśli­we­go za­ko­ńcza­nia.

„I żyli dłu­go i szczęśli­wie”. Tak to mia­ło wy­glądać.

Maj 2018

– Mó­wię ci, osza­le­ję tu bez cie­bie – jęk­nął Kac­per, kie­dy ko­lej­ny raz roz­ma­wia­li, ty­dzień po po­przed­nim spo­tka­niu na Sky­pie. – Two­je zdjęcie słu­ży­ło mi jako naj­lep­sza in­spi­ra­cja przez cały ty­dzień – opo­wia­dał.

– Nie wiem, czy chcę tego słu­chać. – Za­śmia­ła się ner­wo­wo. – Ręka cię nie boli, Śmia­łkow­ski?

– No, może trosz­kę – mu­siał przy­znać. – Ale było war­to.

– Je­steś nie­wy­ży­tym zbo­cze­ńcem – wy­rzu­ci­ła mu. – Nu­dzi ci się na tej mi­sji, to ro­bót­ki ręcz­ne upra­wiasz. Wzi­ąłbyś się do po­wa­żnej pra­cy.

– Ja­kie ro­bót­ki ręcz­ne? O czym ty opo­wia­dasz, ko­bie­to? – obu­rzył się.

– No, prze­cież sam po­wie­dzia­łeś… że do mo­je­go zdjęcia…

– Ko­cha­nie, ja wier­sze pi­sa­łem – wy­ja­śnił.

– Ja­kie, kur­wa, wier­sze?

Śmiech Kac­pra za­bi­łby w tym mo­men­cie ka­żde­go. Kie­dy zo­ba­czył na ekra­nie lap­to­pa minę na­rze­czo­nej, nie wy­trzy­mał.

– Prze­czy­tać ci?

– Pew­nie – żach­nęła się, ani tro­chę nie wie­rząc w tę woj­sko­wą po­ezję.

– No to słu­chaj. „Na gó­rze mo­ździe­rze, na dole ka­ra­bi­ny, a ja tęsk­nię strasz­nie do mo­jej dziew­czy­ny. Na gó­rze ja­ski­nie, na dole mak, jak mo­żna w tym kra­ju nie czuć się jak wrak? Tam w gó­rach ta­li­bo­wie, tu w dole wio­ski, a ja w pół roku wy­ci­ągnąłem wnio­ski. Na gó­rze po­win­ny być kro­ku­sy, na dole dzwo­nić dzwo­ny, a ja się z tobą oże­nię, bo ko­cham cię jak sza­lo­ny”. I jak?

Dag­ma­ra przez chwi­lę słu­cha­ła ci­szy na łączu. Łzy le­cia­ły jej ciur­kiem i nie mo­gła zła­pać tchu.

– Ko­cha­nie, cze­mu pła­czesz? – zmar­twił się Kac­per. – Nie po­do­ba­ło ci się?

– Jak by mi się mo­gło nie spodo­bać?

– No to o co cho­dzi?

– O to, że to ja tęsk­nię za tobą jak sza­lo­na, głup­ku! Wróć wresz­cie do mnie!

– Mam dla cie­bie do­brą wia­do­mo­ść, skar­bie. Znam już datę wy­lo­tu.

– I?

– Nie mogę ci po­wie­dzieć przez Sky­pe'a, ale…

– Co?

– Spró­bu­ję ci pod­po­wie­dzieć. Tyl­ko ty się do­my­ślisz.

– Mów!

– Pa­mi­ętasz ten dzień, kie­dy pierw­szy raz się ko­cha­li­śmy? Mo­ich ro­dzi­ców nie było wte­dy w domu, a ty przy­szłaś do mnie…

– Jak mo­gła­bym za­po­mnieć?

– No, to ro­ta­cja będzie dzień po na­szej szó­stej rocz­ni­cy.

Czter­na­ste­go czerw­ca. Kac­per wró­ci do Pol­ski już czter­na­ste­go czerw­ca!!!

– Dzi­ęku­ję, że mi po­wie­dzia­łeś, ko­cha­nie. Będę od­li­czać dni.

– Ja też, Da­gu­siu moja ko­cha­na. Ja też.

Czerwiec 2018

Ta hi­sto­ria mo­gła się sko­ńczyć tak jak wie­le po­dob­nych. Kac­per po­wi­nien wró­cić do domu, jak wi­ęk­szo­ść żo­łnie­rzy Pol­skich Kon­tyn­gen­tów Woj­sko­wych. Po­win­ni wzi­ąć z Dag­ma­rą ślub, mieć dzie­ci i żyć dłu­go i szczęśli­wie. Za­słu­gi­wa­li na to.

Jed­nak za­miast otrzy­mać szczęśli­we za­ko­ńcze­nie, ich hi­sto­ria zo­sta­ła bru­tal­nie i zu­pe­łnie bez­sen­sow­nie prze­rwa­na przez wy­buch miny-pu­łap­ki na ostat­nim pa­tro­lu, jaki Kac­per wy­ko­ny­wał na tej mi­sji i w swo­im krót­kim ży­ciu.

To w ogó­le nie do­cie­ra­ło do Dag­ma­ry. Nie krzy­cza­ła, nie pła­ka­ła. Jak­by za­pa­dła się w so­bie.

Urwa­na hi­sto­ria mi­ło­ści już na za­wsze mia­ła po­zo­stać nie­do­ko­ńczo­na.

Znowu maj 2021

Ro­dzi­na Dag­ma­ry, a na­wet ro­dzi­ce Kac­pra, któ­rzy sami prze­cież mu­sie­li po­cho­wać naj­uko­cha­ńsze­go je­dy­na­ka – wszy­scy mar­twi­li się od trzech lat o Dag­ma­rę. Mło­da ko­bie­ta nie przy­po­mi­na­ła już daw­nej sie­bie. Wła­ści­wie nie przy­po­mi­na­ła na­wet ży­wej isto­ty. Niby się po­ru­sza­ła, ja­dła, spa­ła, ale wy­gląda bar­dziej jak zom­bie niż pe­łna ży­cia dziew­czy­na, w któ­rej kie­dyś za­ko­chał się Kac­per.

Śmiech przez łzy dał Kasi na­dzie­ję, że sio­stra pró­bu­je wró­cić do ży­cia. Za­wzi­ęła się, że jej w tym po­mo­że.

– Sko­ro nie chcesz opo­wia­dać o swo­jej ma­tu­rze, to zdra­dź cho­ciaż coś o eg­za­mi­nie ofi­cer­skim – po­pro­si­ła. – Strasz­nie się stre­su­ję, a to już za rok.

– Ko­cha­na, nie ze mną te nu­me­ry. – Dag­ma­ra po­gro­zi­ła jej pal­cem. – Jesz­cze rok stu­diów ci zo­stał. A na ra­zie przy­kła­daj się do prak­tyk.

– Mar­cin… Zna­czy pan ko­men­dant mówi, że się przy­kła­dam.

– „Mar­cin”? – Daga unio­sła brew i zmie­rzy­ła młod­szą sio­strę po­dejrz­li­wym spoj­rze­niem.

– No – Ka­sia była już czer­wo­na jak bu­rak – wiesz, on jest taki przy­stoj­ny i w ogó­le.

– Jest od cie­bie o dwa­na­ście lat star­szy, mło­da!

– A co, sama go chcesz?

– A w ży­ciu!

– No to co, psem ogrod­ni­ka je­steś?

– Cze­go ja mu­szę wy­słu­chi­wać – jęk­nęła Daga, ale mimo wszyst­ko uśmiech­nęła się do Ka­śki. – Może po­trze­bu­jesz urlo­pu?

– Tak, na pew­no – po­twier­dzi­ła mło­da.

Je­dy­na szan­sa w tym, że ten wy­jazd się uda – po­my­śla­ła Ka­sia, tu­ląc star­szą sio­strę. Kac­per, je­śli gdzieś tam je­steś i mnie sły­szysz, po­móż mi ją ura­to­wać, pro­szę.