Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Dagmara w jednej chwili straciła narzeczonego, sens życia i wiarę w przyszłość. Od trzech lat zbiera się po przeżytej tragedii i nie potrafi dojść do siebie. Jedynym, co nadal utrzymuje ją na powierzchni, jest praca.
Młodsze rodzeństwo w tajemnicy wykupuje wspólne wczasy, wiedząc, że ich siostra zawsze marzyła o wakacjach na Korsyce – wyspie pełnej tajemnic i historii związanych z piratami. Z pomocą przełożonego Dagmary w końcu udaje im się namówić ją na urlop.
Wypoczywając na przepięknej Korsyce, rodzeństwo przypadkiem zostaje wciągnięte w rozgrywki pomiędzy tajemniczym człowiekiem trzymającym w szachu całą wyspę a ambitnym stróżem prawa, który chce położyć kres jego przestępczej działalności.
Na Dagmarę czeka nie tylko niebezpieczeństwo, ale też niesamowita przygoda, która przewróci jej życie do góry nogami. I wszystko z powodu jednej pomyłki… bardzo przystojnego porywacza.
W XVIII wieku na Korsyce nadchodzi zmierzch pirackich władców. Przyszłość wyspy zależy nie tylko od tego, kto zostanie nowym królem, ale też od jego pierwszych decyzji i… niesłychanego zbiegu okoliczności. Jeśli przyszłość łączy się z przeszłością, to może być tylko sprawka przeznaczenia.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 471
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright ©2026 by Helena Leblanc
Copyright ©2026 by Litera Inventa
Wydanie pierwsze, 2026
Redakcja: Agata Bogusławska
Pierwsza korekta: Joanna Krystyna Radosz
Druga korekta: Renata Nowak
Skład, łamanie i przygotowanie ebooków: Michał Bogdański
Projekt okładki i ilustracje: Agnieszka Makowska
Źródło obrazów: magnific.com
ISBN: 978-83-67355-35-3
© Wszelkie prawa zastrzeżone. Książka ani jej fragmenty nie mogą być przedrukowywane ani w żaden inny sposób reprodukowane lub odczytywane w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody autora lub wydawcy.
© All rights reserved
studio_litera.inventa@outlook.com
Do kroćset! On tu jest! – krzyknął król Dionisio Barbarossa1, stary pirat z jednym kaprawym okiem. To przez to Barbarossa pozakrywał wszystkie lustra w pałacu. Widok własnej twarzy ciągle przypominał mu o dawno odbytej walce na śmierć i życie, podczas której on stracił wzrok w jednym oku, a jego przeciwnik w obu. Król darował tamtemu życie. Jego zdaniem, o wiele gorzej być ślepym piratem niż martwym piratem.
Król przywołał swojego zaufanego człowieka, Sandro.
– Czy ty też go widzisz?
– Kogo, panie?
– To ten stary drań, Corso.
– Królu mój, przecież go oślepiłeś, a porzuciliśmy go wiele lat temu na brzegu stałego lądu, rannego. Jak by przeżył? A nawet gdyby, to jak dostałby się na wyspę niepostrzeżenie? Kazałeś wszystkim ludziom wypatrywać ślepców. Za schwytanie ich i dostarczenie do ciebie wyznaczyłeś nagrodę. Od wielu lat żaden się tu nie zapuścił.
– Ale ja czuję jego obecność, Sandro – warknął piracki władca Korsyki.
Corsa, nazwana tak od swoich nowych mieszkańców, od trzystu lat była najniebezpieczniejszą wyspą na Morzu Śródziemnym, kiedy to w połowie szesnastego wieku berberyjscy piraci splądrowali ją, uprowadzili sześć tysięcy mieszkańców jej stolicy, Bastii, i zrobili sobie tam własną bazę. Mieszkańców, oczywiście, sprzedali na północnoafrykańskich targach niewolników.
– Przyśnił mi się dziś. Był młody, silny, piękny – kontynuował król.
– Panie… – Sandro nie wiedział, jak powiedzieć swojemu władcy, że ten jest już stary, a sen, choćby bardzo realny, nie przywróci nikomu wzroku, ani tym bardziej życia. – Może ten sen coś oznacza? Coś innego? – zasugerował.
– Co takiego? – Po królu znać było niepokój.
– Tego, niestety, nie wiem. Ale jeśli chcesz, panie, to każę wezwać wróżbitkę.
– Tę starą jędzę, która mieszka na wysokiej skale w Bonifacio? – zainteresował się Dionisio.
– Nie, panie, tamta już dawno nie żyje. Jej wnuczkę.
– Dobrze, mój drogi Sandro. Wezwij tę nową wieszczkę. Niech przyjdzie do mnie jutro z rana.
– Tak zrobię, panie. Zaraz każę po nią posłać.
Król Dionisio położył się tego wieczoru do łóżka, z którego miał już nigdy nie wstać. W nocy przyśnił mu się stary przyjaciel, Olivio Corso, druh, z którym Dionisio wychował się od małego pirata. Ten sam, którego wiele lat później własnoręcznie oślepił i wygnał z wyspy.
– Czas na ciebie, przyjacielu – rzekł we śnie Corso. – Chodź ze mną, by dołączyć do swoich najbliższych.
– Długo na ciebie czekałem – odpowiedział król.
– A ja na ciebie.
– Dziewczyny nie mogą być piratami! – Słowa Kacpra ciągle brzmiały w uszach dziesięcioletniej Dagmary.
Piegowaty gówniarz wkurzył ją wtedy jak nikt inny. Był prawie o rok młodszy, ale denerwował ją od zawsze, zakłócając spokój na podwórku i psując najlepszą zabawę. Do tego nie mogła się go pozbyć, bo ich rodzice się przyjaźnili i często musiała się z nim spotykać u siebie lub u niego.
Tego dnia Dagmara wyszła na plac zabaw w pirackim kapeluszu, doczepianym kolczyku i z plastikową posrebrzaną szablą. Kasztanowe włosy związała w kucyk, a na nogach – mimo maja – miała kozaki, które wytargała z szafy, kiedy jej mama nie patrzyła.
Daga niedawno obejrzała Piratów z Karaibów i zakochała się w Jacku platoniczną miłością. A za wzór wzięła sobie dzielną Elizabeth Swann2.
– A właśnie, że mogą! – wydarła się mu prosto w twarz, aż zawachlował odstającymi uszami.
– Nie mogą i już! Dziewczyny to baby, a baby tylko do garów się nadają! – krzyknął Kacper i już uciekał przed wściekłą koleżanką, która goniła go po całym podwórku z zabawkową szablą.
Chłopak miał niezłe biegi, bo udało mu się uciec przed Dagmarą, która jeszcze przez chwilę mu wygrażała, zanim wróciła na plac zabaw. Na podwórku stała reszta pirackiego statku. Pozostałości nie przypominały wspaniałej konstrukcji z czasów jej świetności, która wypadała na późne lata siedemdziesiąte, pogierkowskie blokowisko już dawno było dzielnicą upadłą. A jednak Dagmara, Kacper i inne dzieci, urodzone w Polsce w latach dziewięćdziesiątych, wychowywali się właśnie w takich miejscach i bawili na podwórkach, na których huśtawki były pourywane, a korzystanie ze zjeżdżalni groziło samookaleczeniem.
– Popatrzcie, jak te nasze dzieci się lubią – powiedział wtedy z balkonu ojciec Kacpra do swojego sąsiada i przyjaciela, ojca Dagmary.
– No, może kiedyś zostaniemy rodziną. – Waldemar Rotman zarechotał, za co zebrał kuksańca łokciem w bok od swojej żony, Zofii.
– Ja nie wiem, gdzie wy widzicie, że oni się lubią. Przecież od małego się biją, a gdyby ich nie rozdzielać, to powyrywaliby sobie wszystkie włosy – zauważyła kobieta.
– No właśnie – przyznała jej rację matka Kacpra, Lucyna Śmiałkowska.
– Kto się czubi, ten się lubi, nie wiecie? – Jej mąż się zaśmiał.
– Dajcie już sobie lepiej spokój z podziwianiem tych końskich zalotów i wołajcie dzieciaki na obiad – zarządziła pani Rotman.
– Racja – znowu zgodziła się z sąsiadką mama Kacpra. Przynajmniej one były zgodne.
– Daaagaa!
– Kacpeeer!
Dzieci niedługo wróciły z podwórka do swoich mieszkań. Oczywiście osobno. Kacper bał się Dagmary i jej plastikowego oręża, więc zaczekał w krzakach, aż koleżanka wejdzie do klatki i pokona pierwsze piętra, żeby spokojnie podążyć za nią. Ich rodziny mieszkały na czwartym piętrze w czteropiętrowym bloku. Fart i niefart jednocześnie.
– Jak się bawiłaś na podwórku, kochanie? – Dagmara usłyszała pytanie mamy, zanim wpadła do łazienki, żeby umyć ręce.
– Kacper powiedział, że dziewczyny nie mogą zostać piratami – poskarżyła się.
– Nie wie, o czym gada – prychnęła jej mama. – Oczywiście, że dziewczynki mogą robić to, co chcą. Nie daj sobie wmówić, że jest inaczej.
– Czyli mogę dziś być piratką? – upewniła się dziewczynka.
– Oczywiście.
– Świetnie! A jutro pobawię się w karatekę i skopię Kacprowi tyłek – zdecydowała.
– A mogę ja też? – spytała pięcioletnia Kasia.
– A ja? – dołączył się siedmioletni Karol.
– Musicie urosnąć. – Dagmara parsknęła, a jej młodsze rodzeństwo przewróciło oczami.
Kiedy trójka dzieci Rotmanów siedziała przy stole, Zofia spojrzała na starszą córkę z uśmiechem. Pomyślała sobie, że Dagmara osiągnie kiedyś wszystko, o czym marzy. Była o tym przekonana, bo taki charakter jak jej pierworodnej nie zdarzał się często, zwłaszcza u dziewczynek.
Nie pozwolę nikomu jej zmienić, nikomu złamać – postanowiła.
– Daga, rusz tyłek, bo spóźnisz się do pracy! – Usłyszała głos siostry, która próbowała zepchnąć ją z łóżka.
– Nie chce mi się! – odburknęła, naciągając kołdrę na głowę.
– Nie masz wyboru. Chorobowe ci się skończyło, urlopu nie chcesz brać. Rusz się, do cholery!
– To niech mnie zwolnią.
Kasia spojrzała na siostrę z rosnącą irytacją. Gdyby nie to, że pracowały razem, pewnie machnęłaby ręką na depresję Dagi, ale nie mogła sobie pozwolić na to, żeby świecić oczami przed przełożonym, bo Marcin bardzo jej się podobał.
– W tej chwili wstawaj! – wrzasnęła, zrzucając kołdrę ze śpiocha. – Daga, do cholery!
Dagmara otworzyła oczy i ze złością popatrzyła na Kasię tylko po to, żeby zaraz zobojętnieć. Było jej wszystko jedno. Jeszcze trzy lata temu miała wszystko. Ukochaną pracę, świetnego narzeczonego, przyszłość. Teraz nie zostało nic oprócz bólu, a taki wybór jej nie zadowalał, wolała więc nie czuć niczego.
– Hej, kochanie! – Dagmara pomachała do swojego faceta, którego zobaczyła w sobotę na Skypie.
Obraz był kiepski i połączenie trochę rwało, ale to się zdarza, kiedy człowiek łączy się z osobą przebywającą na drugim końcu świata, pomiędzy wysokimi górami, gdzieś na afgańskiej równinie w prowincji Ghazni, między Kabulem a Kandaharem.
Jej narzeczony służył podczas Resolute Support Mission3 w Afganistanie.
Dagmara nie była mięczakiem, ale musiała przyznać, że on imponował jej postawą. Z irytującego, piegowatego gówniarza, którego nie znosiła, wyrósł wysoki, przystojny i zabójczo odważny mężczyzna, na którego widok miękły jej kolana. I właśnie ten facet, niedługo po skończeniu Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Lądowych4 we Wrocławiu, nie przepracowawszy w armii nawet roku, od razu zgłosił się na misję szkoleniową.
– Już wstałaś? – spytał z uśmiechem.
– Sobota jest. – Wystawiła do niego język.
– Wiem, dlatego zadzwoniłem później. Przy tej różnicy czasu5 to najlepsza pora, bo mogę cię jeszcze zastać w piżamie. – Zaśmiał się.
– A ty już po służbie?
– Tak, do jutra spokój. A co u ciebie? Jak młodzież? – Kacper nigdy nie oduczył się nazywania Katarzyny i Karola „młodzieżą”. Zaczął ich tak określać, kiedy on i Dagmara zostali oficjalnie parą w ostatniej klasie liceum. Nie zmienił zdania nawet wtedy, kiedy Kasia studiowała już w wyższej szkole policyjnej, a Karol na politechnice. Młodsze rodzeństwo Dagi dostało zbiorczą ksywkę.
– Młodzież w porządku. U mnie też nieźle. Komisarz mnie trochę sztorcuje, ale wiesz, co to znaczy, kiedy jesteś młodszy stopniem, prawda, panie poruczniku? – Daga zachichotała.
– Po tej misji zostanę kapitanem, kochana – oznajmił Kacper pewnym głosem.
– Nie szarżuj, Śmiałkowski! Masz do mnie wrócić w jednym kawałku.
– Wrócę, ale jeden kawałek mnie będzie bardzo twardy – zażartował. – Nie przeszkadza ci ta mała różnica?
– Pogniewałabym się, gdyby okazało się inaczej – odparła ze śmiechem.
– Mam jeszcze dwadzieścia minut. Co ty na to, żeby trochę pobaraszkować? – zaproponował Kacper z szelmowskim uśmiechem i oblizał usta na widok swojej narzeczonej, której opadło ramiączko nocnej koszulki.
– No coś ty! Dopiero po ślubie. – Daga się roześmiała. Do tej pory miała polewkę ze swojego faceta, ale jednocześnie powolnym, choć wyraźnym ruchem przesunęła dłoń w kierunku swoich spodenek od piżamy, drugą ręką przestawiając kamerkę laptopa tak, żeby Kacper to widział.
– Chcesz mnie wykończyć w minutę? – sapnął na widok tego gestu. – Liczyłem na jakąś grę wstępną.
– Zrób to samo – poleciła. Z przyjemnością patrzyła, jak jej chłopak sięga ręką do paska, rozpina go i wsuwa dłoń w wojskowe spodnie w kolorze pustynne moro. – Nie oszukuj, obejmij go – nakazała i uśmiechnęła się szelmowsko.
– Robię to od minuty – odpowiedział z przymkniętymi oczami.
– To teraz wyobraź sobie, że ty obejmujesz mnie, a ja ciebie, że to ja wkładam ci rękę w majtki albo siedzę ci na kolanach i się o ciebie ocieram.
– Jezuuuu, Daga, jesteś boska – jęknął, kiedy szarpnął nim skurcz. – Mówiłem ci, że wykończysz mnie w minutę, zmoro – dodał, po czym wystawił do niej język.
– Mam nadzieję, że jak wrócisz, będziesz bardziej wytrzymały. – Zaśmiała się.
– Kochana, nie wypuszczę cię z łóżka przez jakiś tydzień albo dwa, a potem możemy pogadać – odparł zupełnie poważnie Kacper.
– Rozumiem, że powinnam sobie zaplanować urlop na czerwiec?
– Tak, rotacja zaczyna się już w maju, ale ja pewnie wrócę w trzeciej turze. Dam ci znać, jak dostanę oficjalny rozkaz powrotu i datę transportu.
– Jasne.
– Kochanie?
– Tak?
– Zróbmy to jeszcze raz – poprosił, robiąc do niej przez kamerkę minę kota ze Shreka.
Daga parsknęła śmiechem.
– Uwielbiam cię, Śmiałkowski. Mój gorący poruczniku.
– A ja ciebie, moja pani podkomisarz. Jesteś najseksowniejszą policjantką, jaką poznałem.
– A dużo ich poznałeś? – spytała przekornie.
– Dużo, ale żadnej tak dogłębnie jak ciebie – odparł i puścił do niej oko.
– No raczej! Żadnej nie znasz od dziecka i od żadnej nie dostałeś tyle razy wpierdolu. – Dagmara się zaśmiała.
– Było, minęło – prychnął Kacper. – Teraz to ja jestem od ciebie większy i mogę podominować.
– Wracaj już, bo mnie tęsknota zeżre – jęknęła Dagmara, która zamiast podniecenia poczuła znowu smutek. Nie widzieli się na żywo już prawie pół roku i zapowiadało się, że to może potrwać jeszcze blisko miesiąc.
– Już niedługo, kochanie. Wyślij mi jakąś sexy fotkę, zanim się ubierzesz – poprosił.
– A co z nią zrobisz?
– Już ty wiesz co.
Dagmara roześmiała się na cały głos. Tylko Kacper potrafił ją tak rozbawić, że płakała ze śmiechu, jednocześnie czując ochotę, by go zamordować. To im się od dziecka nie zmieniło. Historia ich znajomości była bardzo burzliwa, ale w końcu okazało się, że ojciec Kacpra miał rację – kto się czubi, ten się lubi. A oni bardzo się czubili, ale nagle, w klasie maturalnej, im się odmieniło.
– Widzimy się na Skypie za tydzień o tej samej porze? – dopytała, wiedząc, że Kacprowi kończy się czas na rozmowę.
– Oczywiście, kochanie. Pamiętaj, żeby się nie ubierać przed rozmową ze mną. – Jej narzeczony się zaśmiał.
– Tak jest, panie poruczniku. – Zasalutowała i przesłała mu wirtualnego buziaka.
– Kocham cię.
– A ja ciebie.
Kacper się rozłączył, a raczej skończył mu się czas na internet.
Dagmara westchnęła i chciała się ubrać, ale przypomniała sobie o prośbie narzeczonego. Położyła się na plecach, kasztanowe loki rozsypały się na poduszce. Opuściła ramiączka koszulki, objęła się ręką pod biustem, a potem ułożyła usta w dziubek i zrobiła selfika „z góry”, starając się wyglądać zachęcająco. Zaraz wysłała go MMS-em do ukochanego. Nie miała humoru, ale nie istniała taka rzecz, której nie zrobiłaby dla Kacpra. Od sześciu lat byli przecież nierozłączni. Dokładnie od tego pamiętnego dnia, kiedy wszystko się zmieniło za sprawą jednej wścibskiej dziewuchy.
Nie minęła minuta, kiedy dostała odpowiedź: „Boska jesteś, Daguś. Dzięki Tobie będę zasypiał szczęśliwszy przez następny tydzień. Kocham :-*. Twój Śmiałek”.
Dagmara uśmiechnęła się na te słowa. Wiedziała, że Kacper dostał taką ksywkę w wojsku. Miała nadzieję, że to bardziej od nazwiska niż charakteru, ale nie można wykluczyć, że od jednego i drugiego. Wcale nie martwiła się przez to mniej.
Wróć do mnie, kochanie.
Dziesięcioletnia Dagmara przez cały tydzień chodziła w pirackim stroju. Nic nie mogło jej odwieść od wcielenia się w Elizabeth Swann oraz podboju mórz i oceanów z wyimaginowanym Jackiem Sparrowem. Ubierała się tak nawet do szkoły, mimo podśmiechiwań ze strony kolegów i koleżanek i dziwnych spojrzeń rzucanych jej przez wychowawczynię klasy. Dagmara była jednak bardzo dobrą uczennicą, dodatkowo uzdolnioną sportowo, więc żaden z nauczycieli nie próbował zmienić jej na siłę.
Życie uprzykrzał jej wprost tylko Kacper Śmiałkowski, który powtarzał, że dziewczyny nie mogą być piratami, czym zasługiwał sobie na lanie za każdym razem, kiedy Dagmarze udało się go dogonić. Nie zdarzało się to za często. Gówniarz miał jeszcze lepsze biegi niż ona.
Dagmara nazywała Kacpra „piegowatym gówniarzem”, bo był od niej młodszy o ponad dziesięć miesięcy. Podczas kiedy ona skończyła dziesięć lat już w styczniu, on miał urodziny dopiero na początku grudnia. W jej oczach pozostawał więc tylko irytującym dzieciakiem.
Niestety dla Dagi Kacper też był uzdolniony sportowo i nauczyciele często wysyłali ich razem na zawody. Dagmara biegała na średnie dystanse, a Kacper zapowiadał się już od podstawówki na świetnego sprintera, ale miał niebywałą wytrzymałość.
A niech go szlag! – zaklęła dziesięciolatka z pełną powagą, kiedy kolejny raz uciekł przed jej sprawiedliwością.
I tak wyglądała sytuacja do końca szóstej klasy. W gimnazjum Kacper trafił co prawda do tej samej szkoły, ale do równoległej klasy, więc na trzy lata prawie zniknął z życia Dagmary. Dziewczyna wcale specjalnie nad tym nie ubolewała. Ich rodzice też jakby rzadziej się spotykali, zajęci pracą i obowiązkami, a poza tym nie zmuszali nastoletnich dzieci, żeby im towarzyszyły. Dagmara miała więc swoje towarzystwo, a Kacper swoje. Oboje zapomnieli o piratach, znikł też powód do dokuczania sobie nawzajem.
Kiedy dziewczyna już myślała, że na dobre pozbyła się irytującego kolegi z podwórka, okazało się, że Kacper Śmiałkowski trafił razem z nią do klasy sportowej w tym samym liceum.
I dokuczanie zaczęło się od nowa.
Co prawda teraz już nie wyśmiewał się z piratów, a raczej z samej Dagmary, ale w tym wieku nie wypadało też już ganiać za irytującym chłopakiem po korytarzu. Tak więc Daga zaczęła ćwiczyć się w ignorowaniu natrętnego złośliwca.
– Daga, a ty z kim idziesz na studniówkę? – Usłyszała piskliwy głos klasowej plotkary, która w ciągu zaledwie dwóch dni od nowego roku zdołała już ustalić studniówkowe pary wszystkich kolegów i koleżanek z klasy.
Dziewczyny właśnie przebierały się w szatni na WF. Po drugiej stronie korytarza swoją szatnię mieli chłopcy.
– Z nikim! – odburknęła Daga dość głośno, żeby usłyszeli ją wszyscy w okolicy.
– Ale jak to? Sama pójdziesz?
– A może wcale nie pójdę? Czego się czepiasz? – Dagmara chciała, żeby Iza dała jej już spokój, ale koleżanka najwyraźniej zamierzała drążyć temat.
– Nie możesz! – oburzyła się Izabela.
– Czego niby nie mogę? Wolę iść sama niż z byle kim – prychnęła Daga i uznała temat za zakończony. – A co, może boisz się, że twój chłopak zechce tańczyć ze mną? – Nagle zaśmiała się złośliwie. To by miało sens. No bo inaczej czemu zazdrosnej Izie tak by zależało na ukompletowaniu całej klasy partnerami do tańca?
Izabela żachnęła się i poszła na drugą stronę korytarza dręczyć chłopaków.
Dagmara dokończyła przebieranie i po chwili znowu usłyszała piskliwy głos Izabeli:
– Następny! Możecie sobie z Dagmarą podać ręce!
Jezu, kogo ona znowu męczy? – zastanawiała się Daga i postanowiła, że przyjdzie z pomocą nieszczęsnemu koledze, gdyby ją poprosił. Nie było przecież w ich klasie nikogo odrażającego. Jedyny typ, którego szczerze nie znosiła, i to od dziecka, to Kacper Śmiałkowski, ale miała prawie pewność, że on zaprosi jej koleżankę z ławki, Monikę. Przecież od września się na nią gapił i Monia już ostrzyła sobie na niego zęby, nawet jeśli na studniówkę na wszelki wypadek zaprosiła również swojego kuzyna, którego łatwo da się odwołać.
Nagle usłyszała zdecydowany głos:
– Odwal się, Iza! Nie pójdę z byle kim. Albo zgodzi się ta, z którą chcę iść na studniówkę, albo przyjdę sam.
O kurczę! – zauważyła Dagmara. Kacper jakby powtórzył moje słowa poza tym, że on jednak chce z kimś iść, a ja nie.
– A spytałeś ją chociaż? – dopytywała się Iza.
– Nie! I nic ci do tego. Spadaj, powtarzam. Jesteśmy w męskiej szatni.
Daga usłyszała trzaśnięcie drzwiami, a po chwili syk Izy na korytarzu. Spojrzała na nią z satysfakcją, gdy wychodziła z szatni.
– Jesteście siebie warci – warknęła dziewczyna w stronę Dagmary i poszła do sali gimnastycznej.
Daga miała podążyć za nią, ale usłyszała jakieś głosy w męskiej szatni, a po chwili skandowanie. Zaciekawiona, zatrzymała się na korytarzu.
– Spytaj! Spytaj! – krzyczeli chłopcy.
– Nie zmusicie mnie! – krzyknął Kacper.
– Nie, sam się zmusisz. Zachowaj się w końcu jak facet, brachu. – To był głos Igora, jego najlepszego kumpla.
A, to Monia będzie miała niespodziankę – pomyślała z satysfakcją Dagmara.
Po chwili z męskiej szatni wybiegła cała grupa chłopaków. Wyminęli zaskoczoną dziewczynę. Została sama, a któryś żartowniś zgasił światło na korytarzu.
Dzieciaki! – prychnęła.
Z szatni jednak wyszedł Kacper, cały czerwony na twarzy. Daga chciała go zignorować, ale podszedł do niej.
Pomylił się po ciemku? – zdziwiła się.
Odsunęła się nieznacznie, chcąc go przepuścić, ale podszedł do niej jeszcze bliżej.
– Co robisz? – Zmieszała się. – To ja, Dagmara, nie do mnie chciałeś podejść – uświadomiła mu.
– Właśnie, że do ciebie – odpowiedział.
– A po co?
– Daga, chciałbym cię zaprosić na studniówkę. Pójdziesz ze mną? – spytał, a jego twarz płonęła, cała w rumieńcach. Nawet piegów nie było widać przy tym pożarze emocji.
– Ja? – Takiego rozwiązania w ogóle nie wzięła pod uwagę. Przecież to Monikę miał poprosić. To na nią gapił się od września. Na nią, prawda?
– Tak, ty, Daga. To jak, zgodzisz się? Proszę. – Spojrzał na nią błagalnie.
Dagmara poczuła coś dziwnego.
– Skąd wiesz, że już z kimś się nie umówiłam? – spytała jednak butnie.
– Wiem – Kacper znowu się zawstydził – bo Iza mi powiedziała. Ale zrozumiem, jeśli taka fajna dziewczyna jak ty nie zechce spotkać się z kimś takim jak ja. – Spuścił wzrok, nie doczekawszy się pozytywnej odpowiedzi.
Daga znowu poczuła coś dziwnego. Jakby sympatię do chłopaka, który uprzykrzał jej życie od przedszkola. Ja go lubię? To w ogóle możliwe?
– Zaczekaj, Kacper. – Złapała go za rękę, żeby dodać mu otuchy.
– Tak? – W jego oczach pojawiła się nadzieja.
– Ja… chyba się zgodzę.
Choćby po to, żeby utrzeć nosa tej głupiej pindzie, Izie – dodała w myślach.
– Jeju, cudownie! Jesteś ekstra, Daga – ucieszył się Kacper, po czym, nim zdążyła zareagować, pocałował ją w policzek i uciekł na salę.
– Ale numer… – jęknęła, łapiąc się za policzek.
Ja naprawdę się zgodziłam z nim pójść. Z nim! Z Kacprem Śmiałkowskim!
Dagmara zwlekła się z łóżka i poszła do łazienki, odprowadzana marudzeniem młodszej siostry.
– Ogól sobie nogi, siostra! Nie robiłaś tego od miesiąca, wyglądasz jak neandertalczyk! – Usłyszała głos Kaśki.
Przewróciła oczami. Na pewno nie miała zamiaru golić nóg przed wyjściem do pracy. Kto miałby oglądać jej łydki w policyjnym mundurze?
Dwie godziny później, już w pracy, Dagmara przeklinała na czym świat stoi.
– Ja pierdolę! Kacha, zabiję cię! Czemu mi nie powiedziałaś, że dziś jest pierwszy termin egzaminu z WF-u?
– Ale o co ci chodzi? – spytała niczemu niewinna kadetka, która miała nieszczęście być młodszą siostrą pani oficer w depresji.
– Czemu mi nie przypomniałaś? Jak ja się teraz pokażę w krótkich spodenkach?
– Obudziłam cię wcześniej i kazałam ogolić nogi. Czego nie zrozumiałaś? – Kasia nie potrafiła ukryć pretensji.
– Myślałam, że tak mi marudzisz.
Dagmara westchnęła, a po chwili doszła do wniosku, że właściwie i tak jest jej wszystko jedno. Mogli oglądać jej niewydepilowane łydki. Równie dobrze mogła nie przystąpić do egzaminu w pierwszym terminie, powołując się na niedyspozycję. Tak zrobię – zdecydowała.
– Mogę już odejść, pani podkomisarz? – spytała Kasia, która miała jeszcze mnóstwo pracy.
– Tak. Dziękuję.
– Za co? – Kaśka praktycznie stanęła w drzwiach i aż się obróciła.
– Nieważne. – Dagmara znowu westchnęła i wzięła się za przeglądanie dokumentacji prowadzonej sprawy.
Kasia wyszła z biura i poszła do siebie. Na korytarzu minęła się z nadkomisarzem Marcinem Zapiórem, który w jej oczach był najprzystojniejszym facetem, jaki chodził po ziemi. Trzydziestopięcioletni oficer, wysoki brunet z oczami jak gwiazdy, w które Kasia mogłaby się gapić godzinami. Niestety mężczyzna zupełnie nie zwracał na nią uwagi. Co innego na jej siostrę, która i tak miała wszystkich gdzieś. Od prawie trzech lat wyborem Dagmary Rotman były samotność i depresja.
– Jak się dzisiaj czuje Daga? – spytał Marcin z troską, zagadując Kasię.
– Bez zmian – odparła. – Ledwo ściągnęłam ją z łóżka. A przed chwilą dostałam opiernicz za to, że nie przypomniałam jej o egzaminie z WF-u.
– Ona powinna iść do psychologa – zauważył Marcin.
– Była kiedyś. Psycholog stwierdził, że ona musi znaleźć cel w życiu, a póki co jedynym jest praca. Gdyby nie to, pewnie w ogóle nie wstawałaby z łóżka.
– To dlatego tak się zapracowuje? A ja właśnie myślałem o tym, żeby ją wysłać na przymusowy urlop…
– Żeby zamknęła się w domu na dwa tygodnie?
– A może dałabyś radę gdzieś ją zabrać, Kasiu? Ty albo wasz brat… Jak mu tam?
– Karol.
– No właśnie.
– Zapytam go, co o tym myśli. Za miesiąc broni pracy magisterskiej na polibudzie. Może będzie później chętny na odpoczynek.
– Byłoby idealnie. Nie mogę patrzeć, jak Daga się męczy.
– Ja też nie. – Kasia spuściła głowę i pokręciła nią ze smutkiem. Od trzech lat to ona była starszą siostrą i opiekowała się Dagmarą, a nie odwrotnie. Sytuacja nie do uwierzenia dla dziewczyny, dla której starsza o pięć lat Daga zawsze była wzorem siły i wytrwałości w dążeniu do celu. Kasia poszła nawet na takie same studia i wybrała tę samą ścieżkę rozwoju zawodowego co starsza siostra. A teraz musiała walczyć z jej depresją.
– Dziękuję, Kasiu. Idę zobaczyć, co u niej – powiedział oficer i wyminął kadetkę, która nie śmiała się za nim obejrzeć.
Marcin zapukał i wszedł do biura swojej podkomendnej.
Dagmara podniosła wzrok znad papierów i zobaczyła swojego szefa.
– Dzień dobry, panie nadkomisarzu – przywitała się i wróciła do pracy.
– Dzień dobry, pani podkomisarz.
– W czym mogę pomóc, szefie?
– Trzeba wysłać dane do Interpolu.
– Mówi pan o zeznaniach tego chuja, Waliżaka?
– Tak, mówię o zeznaniach prezesa Waliżaka. Proszę się wyrażać, pani podkomisarz.
– Marcin, z całym szacunkiem, ale to bullshit! – Dagmara nie zamierzała ukrywać, co sądzi na temat polskiego biznesmena, który utrzymywał, że na Morzu Śródziemnym napadli go piraci i dlatego nie miał przy sobie niezbędnych do kontroli skarbowej dokumentów potwierdzających przelewy firmowe na konta w rajach podatkowych.
– Co takiego?
– Po pierwsze, skąd tutaj piraci? Od początku dziewiętnastego wieku nie widziano żadnych na Morzu Śródziemnym. Do Somalii stamtąd jednak daleko. Po drugie, Francja nie pozwoliłaby na takie działania przy swoim wybrzeżu. Prędzej mi kaktus na ręce wyrośnie, niż w to uwierzę. Po trzecie, kto wozi ze sobą jachtem ważne dokumenty finansowe w dobie przelewów elektronicznych i e-faktur?
– No, to jakiś trop, ale gdyby facet był winny przekrętów finansowych, po co zgłaszałby kradzież na policję?
– Może po to, by uniknąć gorszych konsekwencji, na przykład kontroli skarbowej, albo żeby ukryć poważniejsze przestępstwa.
– Uwielbiam twój umysł, Daga. Tylko ty umiesz myśleć jednocześnie jak policjantka i jak przestępca. – Marcin zrobił maślane oczka do podwładnej, a potem przeszedł na bardziej poufały ton: – Mam nadzieję, że nie planujesz kariery w Interpolu, bo cię stąd nie wypuszczę. – Zaśmiał się nerwowo.
– Ja już niczego nie planuję, Marcin.
– Daga, kurde, ile to już? Trzy lata? – spytał z pretensją.
– Niedługo miną trzy – potwierdziła smutno.
– Masz życie przed sobą.
– Nie mam już żadnego życia. Jedynie pracę. Chcę dociągnąć tę sprawę do końca.
– A gdybym powiedział, że wysyłam cię na urlop? – zaryzykował Marcin.
– Kazałabym ci się pieprzyć. – Dagmara spojrzała wyzywająco na szefa. – Samemu! – dodała, gdy zobaczyła jego mimowolny uśmiech, który zaraz zrzedł.
– Daga. Masz zaległy urlop z dwóch lat…
– Nie daguj mi tu! Spróbuj mi zabrać tę sprawę, a osobiście urwę ci jaja i postaram się, żeby to nie było miłe doświadczenie – stwierdziła, ciskając z oczu gromy.
– W takich chwilach widzę w tobie dawną Dagmarę. – Nadkomisarz Zapiór się uśmiechnął. – Brakowało mi twojej bezpośredniości i ciętego języka. Jeśli chcesz zatrzymać tę sprawę, musisz trochę odżyć. Naprawdę potrzebujesz urlopu. Nie wysyłam cię na siłę. Złóż wniosek, kiedy będziesz gotowa. Jak wrócisz wypoczęta, to lepiej przysłużysz się sprawie.
– To ostateczna oferta?
– Tak. Urlop albo po sprawie.
– Dobra – syknęła Dagmara, już podkurzona. Jak on śmie stawiać mi warunki?
– To ja idę. Cześć – pożegnał się Marcin.
– Cześć.
Dagmara nie widziała szerokiego uśmiechu zadowolenia na twarzy szefa, bo już się nie odwrócił. Poszedł prosto do kadetki Katarzyny Rotman, młodszej siostry Dagmary.
– Pani Katarzyno, mamy zielone światło. Pacjentka – tu skinął w stronę biura Dagi – rozważy kwestię urlopu w najbliższym czasie.
Po wyjściu szefa Dagmara jeszcze raz wczytała się w akta. Propozycja Marcina trochę ją wkurzyła, ale musiała przyznać, że dla tej sprawy zrobiłaby wiele. Nic nie irytowało ją tak, jak bogacze, którzy lekceważyli prawo, ludzi i ustalony porządek tylko dlatego, że nie chciało im się płacić podatków. Złodzieje, oszuści, którzy okradali swoje kraje i wykorzystywali biednych mieszkańców trzeciego świata…
– Dość, Daga, odwala ci już! – skarciła się sama na głos.
Może rzeczywiście potrzebuję tego urlopu? Ale co będę robiła sama w czterech ścianach? Przecież ja tam zwariuję – pomyślała z żalem.
Mieszkanie, które wynajęli razem z Kacprem, kiedy się zaręczyli, jeszcze przed jego wyjazdem na misję, przypominało jej o przeszłości. Wszystko tam było ich wspólne, razem wybierali każdą pierdołę…
– Gratuluję, pani oficer!
– Gratuluję, panie podporuczniku!
To była kolacja z okazji ukończenia studiów, na którą Kacper zaprosił Dagmarę. Chłopak został mianowany na stopień podporucznika i dostał przydział do 23. Pułku Artylerii, a Dagmara – z przydziałem do powiatowej komendy policji – po egzaminie oficerskim właśnie została podkomisarzem.
– Całe życie przed nami, kochanie – powiedział Kacper i stuknął swoim kieliszkiem szampana w jej szkło.
Oboje upili trochę.
– Pyszny. Słodki.
Daga oblizała usta, a Kacper uśmiechnął się do niej.
– Ty jesteś słodka, jak się tak oblizujesz.
– Chcesz polizać? – spytała z szelmowskim uśmiechem.
– Bardzo, ale po kolei, kochanie – odpowiedział i odchrząknął.
– Po kolei?
– Tak, bo… – Kacper nerwowo szukał czegoś w kieszeni, a kiedy to znalazł, odsunął krzesło z głośnym dźwiękiem, po czym klęknął na kolano, wyciągając przed siebie rękę z otwartym aksamitnym pudełeczkiem. – Daguś, czy uczynisz mi zaszczyt i zostaniesz moją żoną?
O kurczaki!
– Niech pan wstanie, panie poruczniku, mamy ten sam stopień. – Zaśmiała się.
– Ale… nie odpowiedziałaś.
– Odpowiadam, że tak.
Uśmiechnęła się i podała mu rękę. Kacper założył Dagmarze pierścionek na palec i wstał, a potem przyciągnął ją do siebie i pocałował gorąco.
– Ale ulga. – Westchnął. – Myślałem, że się nie zgodzisz.
– Jak wtedy, kiedy zaprosiłeś mnie na studniówkę? – Zaśmiała się, siadając znów przy stoliku.
– To porównywalne uczucie – przyznał.
– Śmiałkowski, ty, taki odważny? – zakpiła.
– Gdybym cię tak nie kochał, przetrzepałbym ci tyłek – odpowiedział i się zaśmiał.
– Ale ten ślub to chyba nie tak od razu? – spytała, wracając do poprzedniego tematu. – No bo wiesz… mamy dopiero dwadzieścia cztery lata, właśnie skończyliśmy studia…
– Tak, i dostaliśmy pracę. Oboje. Chcę od razu z tobą zamieszkać, a ślub… może za rok?
– A nasi rodzice?
– Chyba całe życie na to czekali. – Młody mężczyzna roześmiał się ze swojego żartu.
– Zgadzam się. – Dagmara nie miała wątpliwości, że to było to, czego chciała.
– Dwa słowa, a tyle radości – zauważył Kacper. Tak samo jak pięć lat wcześniej…
Dagmara została sama na korytarzu prowadzącym z szatni na salę gimnastyczną. Kacper pocałował ją w policzek i uciekł, a ona nie mogła zebrać myśli. Nie czuła się gotowa, żeby wejść na tę salę. Nie rozumiała, co się właśnie stało. Wtedy pierwszy raz w życiu spóźniła się na lekcję wychowania fizycznego.
– A panna Rotman czemu ominęła rozgrzewkę? – spytał wuefista, patrząc na nią zdumiony.
– Ja… przepraszam, była kolejka do łazienki i… – Chciała skłamać, ale te słowa nie przeszły jej przez gardło.
– Dobra, dobra, w porządku. Proszę się rozgrzać i dołączyć do biegania. Dziesięć okrążeń wokół sali – polecił nauczyciel.
– Oczywiście.
Daga wzięła się za rozciąganie, skłony, przysiady i podskoki. Kiedy poczuła, że krążenie się jej poprawiło, a mięśnie rozruszały, przystąpiła do biegania. Dziesięć okrążeń po ich dużej sali dawało dystans około półtora kilometra, czyli idealny dla Dagi. Biegnąc w swoim tempie, wyprzedziła większość koleżanek i kolegów. Jedynie Kacprowi musiała ustąpić. Nie tylko wystartował prędzej niż ona, ale w dodatku biegł jak szalony.
Jak można było przewidzieć, Kacper przybiegł pierwszy, robiąc najlepszy czas z całej klasy. Dagmara finiszowała jakiś czas za nim, ale i tak wyraźnie przed pozostałymi.
– No, moje gwiazdy – ucieszył się wuefista – cieszę się, że jesteście w formie, bo chciałbym zapisać was na zawody za półtora miesiąca. Mamy dolnośląski mityng lekkoatletyczny dla uczniów szkół średnich. Piszecie się?
– Ja zawsze, trenerze. – Kacper się zaśmiał i spojrzał nieśmiało na Dagmarę.
Był czerwony na twarzy, ale Daga podejrzewała, że powód jest inny. Niby zrobił półtora kilometra prawie sprintem, ale czerwony był już wcześniej…
– Ja też chętnie. Przyda się trochę odstresować przed maturą – uznała Dagmara.
– Świetnie! W takim razie przychodźcie raz w tygodniu na wspólne treningi. Ustalimy sobie termin, żeby nam wszystkim pasowało. Oprócz was udział weźmie jeszcze kilka osób z innych klas.
– Dobrze, proszę pana – zgodziła się Daga.
– Tak jest, trenerze – potwierdził Kacper.
Wuefista wysłał chłopców na siłownię, a dziewczynom kazał podzielić się na dwie drużyny, żeby mogły zagrać w siatkówkę. Zaraz znalazło się kilkoro niezadowolonych po obu stronach i tym sposobem dwóch chłopców dołączyło do obu drużyn siatkarskich, a dwie dziewczyny poszły na siłownię.
Jakimś cudem Kacper znalazł się w drużynie Dagmary i stanął tuż obok niej.
– Nie wolisz wyciskać ciężarów? – zakpiła, jak to miała w zwyczaju.
– A ty? – Wystawił do niej język.
– Wolę być zwinna niż silna – odpowiedziała szybko, bo w jej kierunku już leciała piłka od drużyny przeciwnej. Odebrała ją, przyjmując cały impet z serwisu kolegi, i podała do koleżanki, która miała wystawić atakującym przy siatce.
Przez cały mecz Kacper przyglądał się Dagmarze. Jak się koncentruje, porusza, wybija, odbiera piłki i rozgrywa je precyzyjnie albo posyła w nadprzestrzeń siłą serwisu. Związane w kucyk kasztanowe fale dziewczyny podrygiwały razem z nią, a rumieńce na twarzy dodawały jej uroku.
Chłopak sam nie wiedział, czemu tak się czuł w jej obecności, przecież od dziecka się nie znosili… Nie umiał jednak nic poradzić na to, że nie wyobrażał sobie Dagmary na studniówce z nikim innym. Bardzo się cieszył, że zgodziła się pójść z nim. Tylko ciągle nie wiedział, jak powinien się przy niej teraz zachowywać. Miał nadzieję, że coś mu podpowie, pomoże jakoś… a na razie po prostu ją podziwiał.
Wychowanie fizyczne było dla Dagmary przedostatnią lekcją tego dnia. Został jeszcze francuski, na który – niestety – chodził z nią Kacper. Ta część klasy, która uczęszczała na niemiecki, miała już wolne, więc zaraz po WF-ie większość się zawinęła.
Daga poszła pod prysznic, bo nie wyobrażała sobie siedzenia na jeszcze jednej lekcji w koszulce spoconej po takim wysiłku.
Kacper wpadł dokładnie na ten sam pomysł, więc kiedy wychodzili ze swoich szatni, spotkali się na korytarzu.
– Och, to ty – zauważyła Dagmara niezbyt lotnie.
– Daga…
– Co?
– Moglibyśmy porozmawiać?
– To może już po francuskim? Bo zaraz się zaczyna. – Dziewczyna wskazała na tarczę swojego zegarka.
– Jasne.
Tę drogę pokonali, idąc obok siebie w pewnej odległości, w zupełnym milczeniu. Każde z nich zastanawiało się pewnie nad swoją wersją wydarzeń i nad tym, o czym to drugie będzie chciało rozmawiać. Na razie mieli przed sobą jeszcze jedną lekcję.
– Idziesz na studniówkę Z TYM KACPREM? – nie dowierzała głośno czternastoletnia Kasia, która od urodzenia wiedziała, że jej starsza siostra nienawidzi syna sąsiadów.
– Tak, zaprosił mnie, a ja się zgodziłam.
– Ale… jak to się stało?
– Nie wiem, Kasiu. Nie miałam z kim iść. I on też nie. Nie wiem, naprawdę.
– Ale ty go nawet nie lubisz!
– To może czas się nad tym zastanowić?
– Starsza, jesteś moją idolką – jęknęła młodsza nastolatka. Ona dopiero zaczynała odkrywać skomplikowany świat relacji damsko-męskich (a raczej dziewczęco-chłopięcych), bo spodobał jej się kolega ze starszej klasy gimnazjum. – I co teraz?
– Chyba muszę sobie poszukać jakiejś sukienki. Pójdziesz ze mną jutro po szkole? – zapytała Dagmara, ucinając temat spekulacji.
Niedługo wszyscy wiedzieli, że Dagmara i Kacper zamierzają iść razem na bal studniówkowy. Naprawdę wszyscy. Do tej grupy zaliczali się ich rodzice, rodzeństwo Dagmary (bo Kacper był jedynakiem), ich nieliczni przyjaciele (dokładnie jedna przyjaciółka Dagmary i jeden przyjaciel Kacpra), sąsiedzi, koledzy i koleżanki ze szkoły oraz nauczyciele. Dla wszystkich wydawało się to tak samo niepojęte jak dla dwójki zainteresowanych.
– Córeczko, jestem z ciebie taka dumna – wychlipała Zofia Rotman, układając pierworodnej balową fryzurę.
– Z czego, mamo?
– Z tego, że tak dorosłaś, że wyrosłaś na mądrą i piękną młodą kobietę, że dojrzałaś, że niedługo zdajesz maturę i że wyjaśniliście sobie z Kacprem te nieporozumienia z dzieciństwa. To naprawdę miły chłopiec. Taki porządny, nie jak większość dzisiejszej młodzieży.
Dagmara parsknęła.
– Wypraszam sobie.
– Och, wiesz, co mam na myśli…
– Nie wiem właśnie, mamo.
Pani Rotman przewróciła oczami i szepnęła córce do ucha:
– Pogadamy o tym innym razem, jak Kaśka nie będzie podsłuchiwała. Przecież z dorosłą córką nie rozmawia się tak samo jak z nastolatką.
Dagmara miała na sobie sukienkę w kolorze butelkowej zieleni. Kreacja była długa, na cienkich ramiączkach i dopasowana. Rozszerzała się dopiero od kolan w dół, tworząc coś w rodzaju ogona syrenki. To Kaśka namówiła ją na strój Arielki, ale ten pomysł bardzo jej się spodobał.
Mama upięła córce kasztanowe włosy w kok, z którego wypuściła tylko dwa loczki z przodu. Zrobiła jej też delikatny makijaż, podkreślając rzęsy tuszem i usta szminką.
– Jesteś gotowa na bal, córeczko – szepnęła dumna matka.
– Kacper padnie, jak cię zobaczy – zażartowała Kasia, która właśnie weszła do pokoju siostry.
– Lepiej, żeby trzymał się prosto – stwierdziła praktycznie Dagmara.
– Szkoda, że tata cię nie widzi. – Westchnęła ich mama.
Pana Rotmana nie było w domu, bo akurat miał w pracy drugą zmianę.
Po chwili usłyszały dzwonek do drzwi.
Zofia Rotman pobiegła otworzyć, ale w drzwiach zamiast Kacpra stał jego ojciec, Olgierd.
– Coś się stało, sąsiedzie?
– Tak. Chciałbym porozmawiać z Dagmarą.
Dziewczyna wyszła ze swojego pokoju i spojrzała na sąsiada zdumiona.
– O czym chce pan ze mną porozmawiać?
– Muszę cię przeprosić w imieniu mojego syna, Dagmaro. Kacper dostał dziś rano gorączkę i nie będzie mógł pójść z tobą na bal. Przykro mi.
Ale jak to? Wystawił mnie w dniu balu?
– Oczywiście, rozumiem – odpowiedziała jednak. – W końcu gorączka to przyczyna obiektywna.
– Tato! – Z tyłu rozległ się wkurzony głos Kacpra. – Jak mogłeś mi to zrobić?
– Idź do łóżka, synu – polecił mu ojciec. – Dagmara rozumie, że jesteś chory.
– Nic z tego! To ty wracaj do mieszkania i nie psuj mi więcej planów – odparł mu syn, zły na tę sytuację. – Jestem dorosły.
Kacper wszedł do mieszkania rodziców Dagmary i stanął na wprost niej.
– Wziąłem rano apap i już dawno czuję się dobrze – wyjaśnił. – Mój tata przesadza. Oczywiście, że nie opuściłbym za nic takiego wydarzenia. Możemy iść? – spytał, patrząc na nią wyczekująco. W tym momencie liczyło się tylko to, że własny ojciec chciał go wystawić, a on nie mógł mu pozwolić zepsuć tego, co uzyskał.
– Naprawdę lepiej się czujesz? – Dagmara kontrolnie spojrzała mu w oczy.
– Tak, o wiele lepiej niż rano. Wszystko mam przygotowane. Daj mi pięć minut i będę ubrany – poprosił.
– W porządku. Ale gdybyś poczuł się gorzej, obiecaj mi, że wrócimy wcześniej.
– Nie zrobiłbym ci tego.
– Obiecaj! – zażądała, patrząc na niego wyzywająco.
– Dobrze.
– No, to szykuj się, Śmiałkowski. Pięć minut. – Dagmara puściła oko do kolegi, a ten rozpromienił się i pobiegł do swojego mieszkania, żeby się ubrać.
– Nie wiem, czy to dobry pomysł – zaprotestował sąsiad, kiedy tylko jego syn zniknął za drzwiami ich mieszkania.
– Obiecuję, że wrócimy taksówką, gdyby gorzej się poczuł. Mam kasę – zapewniła dziewczyna, patrząc na sąsiada z powagą.
– Dam mu na taksówkę. Kto to widział, żeby dziewczyna płaciła? – oburzył się pan Olgierd.
– Poradzimy sobie. Jak to powiedział Kacper, a wcześniej moja mama, oboje jesteśmy pełnoletni, niedługo zdajemy maturę, a potem pójdziemy na studia. Musicie nam trochę zaufać.
– Wyrobiła się ta twoja córka, Zosiu – zauważył ojciec Kacpra.
– Daga zawsze była odważna.
Olgierd Śmiałkowski wrócił do swojego mieszkania, a niedługo wyszedł stamtąd Kacper w garniturze i z czerwoną różą.
– To dla ciebie. – Podał kwiat Dagmarze. Jego twarz przybrała na chwilę bardzo podobny kolor.
– Dziękuję, jest śliczna – odpowiedziała i wzięła od niego kwiatek.
– Jak ty – dodał prawie szeptem.
Daga udała, że tego nie usłyszała. Wstawiła różę do wazonika w swoim pokoju i wróciła do kolegi.
– Gotowa. To idziemy?
– Tak – odparł Kacper, już pewniej, i podał jej ramię. – Do widzenia pani – rzucił jeszcze do jej mamy.
– Jezu, myślałem, że tam umrę – jęknął chłopak, kiedy już zeszli po schodach i otworzył przed nią drzwi klatki schodowej.
– Tak źle się czujesz? – zmartwiła się dziewczyna.
– Nie, tak bardzo się stresowałem – wyjaśnił i się zaśmiał.
– No, to już nie masz czym. Razem rozniesiemy tę budę. – Dagmara też się zaśmiała. Czuła się wyjątkowo dobrze, gdy tak szła pod rękę z chłopakiem, którego jeszcze kilka tygodni temu nie wyobrażałaby sobie w takiej roli.
Od następnego miesiąca po oświadczynach Kacper i Dagmara zamieszkali razem w wynajętym wspólnie mieszkaniu. Oboje zaczęli pracę, więc nie mieli wiele czasu na organizację wspólnego życia, ale cieszyli się tym oboje.
Ich rodzice, co dziwne, nie przyjęli zaręczyn i wspólnego mieszkania ze szczególnym entuzjazmem. Daga i Kacper myśleli, że rodzice, którzy przyjaźnili się od lat, będą skakać z radości pod sufit, a oni po prostu stwierdzili, że „kiedyś to się musiało stać” i że „nie musieli się aż tak śpieszyć z tym dorosłym życiem”.
Młodzi chcieli się śpieszyć z dorosłym życiem. Kochali się i byli razem szczęśliwi. Wyobrażali sobie wspólną przyszłość wyłącznie w różowych barwach.
– Co robimy dziś wieczorem, skarbie? – spytała Dagmara swojego narzeczonego.
Był piątek, a oni zjedli już obiad, który razem przygotowali, posprzątali po nim i teraz wygłupiali się w kuchni.
– Mam dla ciebie niespodziankę. – Kacper zaśmiał się złowieszczo.
– Nienawidzę niespodzianek! – warknęła Dagmara i szturchnęła go w bok łokciem. – Gadaj od razu!
– Kochanie, takie niespodzianki lubisz – zapewnił spokojnie, po czym przyciągnął ją do siebie i uwięził w silnych ramionach. Dwudziestoczteroletni Kacper nie był już tym samym chudym sprinterem, z którym zaczęła się spotykać w liceum. Pięć lat studiów w wojskowej szkole oficerskiej zrobiło z niego silnego i pięknie zbudowanego mężczyznę.
– Przekonaj mnie, Śmiałkowski.
– Proszę bardzo – odpowiedział, podnosząc ją za tyłek.
Zaniósł narzeczoną do sypialni, gdzie zrzucił ją na łóżku i wziął się za realizację pierwszej części niespodzianki.
– Musiałeś zacząć od seksu? – spytała Daga kilkanaście minut później, ledwo dysząc po intensywnym i wyczerpującym numerku. – Teraz już nic nie będzie mi się chciało!
– Nie martw się, mi się jeszcze będzie chciało – oznajmił, po czym ugryzł ją delikatnie w ucho – ale teraz możesz odpocząć. – To powiedziawszy, podniósł się z łóżka i niedługo wrócił do sypialni z laptopem i dwoma kapeluszami.
– Co to ma być?
– Pirackie kapelusze. W sam raz do obejrzenia pentalogii Piratów z Karaibów. – Zachichotał.
– Kocham cię, Śmiałkowski. Gdybyś mi się nie oświadczył, sama bym to zrobiła – stwierdziła Dagmara na ten widok.
Kacper poczuł się jak pierwszy człowiek na Księżycu, jak zdobywca bieguna i Mount Everestu w jednym. Jak ja ją uwielbiam…
Od kiedy mała Dagmara obejrzała pierwszą część Piratów z Karaibów – Klątwę Czarnej Perły, która wyszła w dwa tysiące trzecim roku, na rynku filmowym sukcesywnie pojawiały się następne części. W dwa tysiące szóstym Skrzynia umarlaka, w dwa tysiące siódmym Na końcu świata, a w dwa tysiące jedenastym roku czwarta część serii – Na nieznanych wodach. W dwa tysiące siedemnastym, zupełnie niedawno, bo w maju, premierę miała część piąta, czyli Zemsta Salazara. Można powiedzieć, że Piraci… dorastali razem z nią.
Daga wiedziała, że przy tylu filmach do obejrzenia spędzą z Kacprem cały weekend w łóżku, ale miała na to wielką ochotę.
I tak się właśnie stało, przy czym oglądanie było przerywane nie tylko jedzeniem i snem, ale przede wszystkim seksem. Kacper strasznie się nakręcał emocjami Dagmary i jeszcze piątkowego wieczoru trzy razy robił przerwę na małe co nieco, z którego ostatecznie robiło się większe co nieco.
– Zadziwiasz mnie dziś, kochany. – Daga westchnęła. Po kolejnym orgazmie nie była już w stanie nawet otworzyć oczu.
– Nic na to nie poradzę, że od kiedy mam cię na co dzień, nie mogę się tobą nasycić, Daguś – szepnął jej prosto w usta Kacper, po czym zamknął je pocałunkiem.
Przez ostatnie pięć lat studiów nie mieli zbyt wiele czasu dla siebie. Skoszarowani w innych częściach Polski, widywali się tylko w weekendy, święta i na wakacje. Żadnemu z nich nawet przez myśl nie przeszło w tamtym czasie, żeby spróbować z kimś innym. Oboje byli dla siebie pierwszymi partnerami i chcieli pozostać ostatnimi.
Dagmarze nigdy nie przyszło do głowy, żeby nawet teoretycznie rozważyć propozycje kolegów ze szkoły policyjnej, którzy regularnie próbowali ją wyciągnąć na piwo, balety albo nawet do kina. Nie potrafiłaby sobie też wyobrazić Kacpra, który spotykałby się za jej plecami z inną dziewczyną. Nawet jeśli w wojskowym mundurze wyglądał tak atrakcyjnie, że ustawiały się pewnie do niego kolejki. No, do Dagi w policyjnym mundurze poza kolegami z branży kolejki się nie ustawiały. A może to i dobrze?
I tak, po pięciu latach rozłąk i tęsknoty, mieli w końcu siebie na co dzień, mogli się nacieszyć swoją obecnością, bliskością. Mogli planować wspólną przyszłość.
– Kacper, wyłącz ten film, dokończymy jutro – poprosiła Dagmara, która po tym przeintensywnym wieczorze marzyła już tylko o spaniu.
– Jak sobie życzysz, moja ukochana – odpowiedział jej narzeczony, jednak niechętnie z niej zszedł.
Kacper od zawsze uwielbiał ciało Dagi. Od wtedy, kiedy nawet nie mógł jeszcze o nim pomarzyć.
– A potem zgaś światło i chodź się przytulić. – Usłyszał kolejne polecenie. – Jak dobrze, że już weekend. – Daga ziewnęła i po chwili spała.
Kacper jeszcze przez chwilę przyglądał się w ciemności profilowi narzeczonej. Przypomniał sobie ich pierwsze deklaracje, pierwszy pocałunek, pierwszy raz…
Od czasu pamiętnej studniówki Kacper nie zamierzał już wypuścić Dagmary z rąk. Nie umiał sobie wybaczyć, że zmarnował tyle lat, dokuczając tej cudownej dziewczynie. Przecież powinien był się z nią przyjaźnić od początku.
Codziennie rano czatował pod drzwiami, aż usłyszał dźwięk otwieranych drzwi u sąsiadów, żeby wyjść ze swojego mieszkania – niby w tym samym momencie – i móc pójść z Dagmarą do szkoły.
Daga zorientowała się po tygodniu, co jest grane, a po dwóch powiedziała chłopakowi wprost, że nie musi czekać, aż ona wyjdzie z domu, bo wystarczyłoby, żeby zapukał. Kacper spalił buraka, jednak w duchu musiał przyznać, że Daga to bystra i spostrzegawcza dziewczyna. W dodatku w ten sposób pozbawiła go kłopotu, bo rodzice zaczynali mu się dziwnie przyglądać, kiedy akurat któreś z nich widziało go w domu.
Od tamtej pory po prostu wychodził od siebie i pukał do Dagmary, a jak było trzeba, czekał na nią. Chodzili razem do szkoły i razem z niej wracali, nadrabiając lata, kiedy nawet nie rozmawiali, poza sporadycznym wymienianiem złośliwości.
Mityng lekkoatletyczny zbliżył ich do siebie jeszcze bardziej, bo okazało się, że nocowali w sali gimnastycznej jednej ze szkół sportowych we Wrocławiu. W śpiworach, w warunkach koedukacyjnych. Kacper wziął sobie wtedy za punkt honoru, żeby pilnować Dagmary, która cierpiała na nadmiar zainteresowania ze strony płci przeciwnej.
W pewnym momencie to ona nie wytrzymała.
– Kacper, ja też cię lubię, ale daj mi odetchnąć. Kręcisz się wokół mnie tak, że nie mogę z nikim porozmawiać – wyrzuciła mu. – Sporo tu fajnych ludzi, chciałabym ich poznać.
– A więc chcesz poznać kogoś innego? – Znowu zrobił się czerwony na twarzy. Tym razem nie ze wstydu, tylko ze złości.
W tym momencie Dagmara zrozumiała, co kolega chce jej powiedzieć. On się mną interesuje! Nie chciała go zranić. Sama nie wiedziała, co czuła, ale na pewno zaczęło jej zależeć na tym chłopaku.
– Kacper. – Złapała go za rękę, kiedy nie chciał na nią patrzeć. – Spójrz na mnie, proszę – szepnęła.
Taka rozmowa nie była zbyt komfortowa w warunkach sali gimnastycznej, na której przebywało w swoich śpiworach kilkadziesiąt osób, ale na lepszy moment nie chciała czekać, bo mogło być już za późno.
Kolega spojrzał na nią zakłopotany.
– Po co?
Dagmara wróciła po swój śpiwór i przysunęła się z betami, które ułożyła tuż obok jego miejsca do spania.
– Co robisz, Daga?
– Przecież nie będę do ciebie krzyczeć. Czemu nie chcesz, żebym poznawała innych ludzi? – spytała cicho.
– Ja… chyba jestem zazdrosny – przyznał zawstydzony.
– Ale czemu?
– Bo… ja bym chciał… żebyś była moją dziewczyną – przyznał w końcu.
Wariat! – pomyślała Dagmara, ale nie mogła nic poradzić na to, że w środku poczuła ciepło na te słowa. Przysunęła się jeszcze bardziej.
– A ja… chyba nie miałabym nic przeciwko, żeby być twoją dziewczyną – odpowiedziała i znowu złapała go za rękę.
Położył się na boku i objął ją ramieniem. Wtedy przytuliła się bardziej.
Tę noc spędzili w śpiworach, w sali gimnastycznej z kilkudziesięcioma innymi osobami, ale oni czuli się tak, jakby byli tam sami.
– Panie komendancie, załatwione – oznajmiła Kasia konspiracyjnym szeptem.
– Co załatwione? – zdziwił się Marcin.
– Rozmawiałam z Karolem i zdecydowaliśmy, że wyciągniemy Dagę na wakacje. Zarezerwowaliśmy dwa tygodnie na Korsyce. Zawsze chciała tam jechać.
– Kiedy te wczasy?
– Wylot w sobotę, dziewiętnastego czerwca. Powrót w sobotę, drugiego lipca.
– Brzmi jak idealny plan na wakacje dla naszej Dagmary.
– Mam nadzieję, że się zgodzi. – Kasia teatralnie westchnęła.
– Dziękuję, że chociaż próbujecie – rzekł Marcin. – Wy załatwiliście wyjazd, to ja urobię ją w pracy.
– Cudownie. – Kasia uśmiechnęła się promiennie.
Uważała, że Marcin to dokładnie taki szef, jakiego teraz potrzebowała Dagmara. Podsycał jej pracoholizm, ale jednocześnie zdawał się kontrolować jej zaangażowanie w prowadzone sprawy. I do tego jest taki przystojny…
Marcin zauważył uśmiech siostry Dagmary i pomyślał, że młodsza panna Rotman też będzie kiedyś interesującą kobietą, bo że zostanie świetną policjantką, to już wiedział.
– Dziękuję.
– Podziękuje mi pan, jak Daga wróci z wakacji z nowym chłopakiem. – Kasia się zaśmiała i puściła do niego oko z szelmowską miną.
Marcinowi niezupełnie o to chodziło, choć przecież chciał, żeby wróciła dawna Dagmara. Uśmiechnął się jednak do Kasi uprzejmie, a potem zabrał za pracę.
Kasia poleciała jeszcze do biura siostry, bo coś jej się przypomniało.
– Daga, wyobrażasz sobie, że cztery lata temu zdałam maturę? – krzyknęła prawie, wpadając do jej biura.
– Jezu, Kacha, ale mnie stresujesz! – ofuknęła ją starsza siostra.
– Cztery lata temu zdałam maturę, a za rok będę oficerem policji! – entuzjazmowała się nadal Kaśka, ignorując uwagę Dagi.
– Gratuluję ci refleksu – odburknęła podkomisarz, którą coraz bardziej irytowały wybuchy młodszej siostrzyczki. – Dopiero się zorientowałaś, że minęły cztery lata?
– A ty kiedy się zorientujesz, że upłynęły już trzy? – spytała Kasia, zmuszając siostrę do myślenia o tym, o czym nie chciała.
– Ja? Ja bym chciała, żeby czas w ogóle nie płynął, żeby się okazało, że przez cały ten czas śniłam jeden koszmar, a kiedy się obudzę, to Kacper wróci.
– Daga, czas leci, a Kacper nie wróci – odpowiedziała Kasia. Podeszła do siostry i ją objęła. – Był ważną częścią twojego życia, ale to już przeszłość, a ty musisz żyć dalej.
– A gdyby tak cofnąć się w czasie? – zaryzykowała Dagmara.
– Jezu, Daga, słyszysz ty się?! – Kaśka przeraziła się nie na żarty.
– Żartowałam. – Dagmara zaczęła się śmiać. Śmiała się tak długo i tak intensywnie, że aż się popłakała.
– Boże, kochana, ty płaczesz! – Kaśka nie wytrzymała i też się poryczała.
Jej starsza siostra od prawie trzech lat nie uroniła nawet jednej łzy. Nie uśmiechnęła się też ani razu.
A teraz śmiała się i płakała.
– To jak z tą maturą, Kacha? Jest co wspominać? – spytała Dagmara, kiedy już się uspokoiła.
– Nie. A u ciebie?
– Nie… skądże, młoda.
W maju Daga i Kacper byli już regularną parą. Spotykali się po szkole, chodzili razem na treningi, na spacery, do kina, uczyli się wspólnie do matury. Spędzali mnóstwo czasu w swoim towarzystwie, jakby chcieli nadrobić te wszystkie lata, kiedy unikali kontaktu, a ten sporadyczny był niezbyt sympatyczny. Teraz to co innego. Za sobą mieli pierwsze czułe gesty, trzymanie się za ręce, przytulanie, pocałunki. Przesiadywali na zmianę u niego lub u niej, w zależności od tego, czyich rodziców akurat nie było w domu. Stali się nierozłączni.
Jeszcze zanim dostali wyniki matur, wiedzieli, że ich ścieżki zawodowe będą podobne, choć równoległe. Kacper wybrał karierę wojskową, a Dagmara służbę w policji. On miał iść na studia do Wrocławia, a ona do Szczytna. Martwiło ich to rychłe rozstanie i duża odległość między uczelniami.
– Damy sobie radę – zapewniała chłopaka Dagmara po raz kolejny. Akurat znajdowali się w jego pokoju i znowu rozmawiali o studiach, siedząc na łóżku.
– A jak dasz sobie ze mną spokój i poszukasz innego chłopaka? – Kacper musiał wypowiedzieć swoje obawy.
Dagmara się zaśmiała.
– Żartujesz? A niby po co sobie szukać innego? Przecież mam ciebie.
– Może ktoś inny byłby dla ciebie lepszy – prowokował.
– Ty jesteś najlepszy – odparła pewnie.
– Naprawdę?
– Naprawdę. – Dagmara przysunęła się do Kacpra i położyła głowę na jego ramieniu. – Nie chcę nikogo innego. A gdybym ja zaczęła pytać, czy ty nie znajdziesz sobie innej dziewczyny, jak byś się czuł?
– Pewnie bym się wkurzył. Ale ty jesteś idealna, Daga. Musiałbym być skończonym idiotą, żeby spojrzeć tak samo na inną dziewczynę. A uważam się za inteligentnego faceta.
– Jesteś skromniacha, Śmiałkowski. – Zaśmiała się.
– Mam to po mojej dziewczynie – odpowiedział ze śmiechem Kacper.
I wtedy zrobił coś, czego Dagmara się nie spodziewała. Objął ją w pasie jedną ręką, drugą złapał pod kolanami i wciągnął sobie na kolana, bokiem do siebie, więżąc ją w uścisku.
– Kocham cię – szepnął jej do ucha. – Po studiach się z tobą ożenię.
– Jesteś walnięty – zawyrokowała. – Ale właśnie za to cię kocham.
– Więc jesteśmy po słowie? – spytał, próbując się upewnić.
– Tak.
– Znaczy, że jesteś moja?
– Jestem – potwierdziła. – A ty mój.
Wtedy wydarzenia potoczyły się szybko i w niekontrolowany sposób. Dagmara usiadła okrakiem na udach Kacpra, przodem do niego, i pocałowała go namiętnie. Chłopak jęknął z przyjemności i przyciągnął ją mocniej, wpijając się w jej usta. Czuł na sobie dotyk jej piersi, nawet jeśli przez ubranie, a jego dżinsowe spodenki szybko zrobiły się ciasne w strategicznym miejscu. Dagmara wyczuła to wybrzuszenie i celowo otarła się kroczem o jego uwięzioną męskość. Sama miała na sobie tylko lekkie luźne szorty i ta sytuacja bardzo ją bawiła.
– Jej, co ty robisz, Daga? – spytał, patrząc na nią z rozanielonym wyrazem twarzy.
– Prowokuję cię – odpowiedziała z szelmowskim uśmiechem.
– Nie boisz się?
– A czego?
– Że dam się sprowokować?
– A jeśli na to liczę?
– Kładź się – zarządził wtedy, zrzucając ją z siebie.
Rozłożył dziewczynę na plecach, przygniótł ją do materaca swoim ciężarem i zaczął całować. Podtrzymywał ciężar ciała na lewej ręce, a prawą włożył pod koszulkę Dagi, by sięgnąć do jej piersi, ukrytych pod miękkim sportowym stanikiem. Po chwili podwinął jej koszulkę i zaczął ją całować po brzuchu.
Daga jęknęła z przyjemności i pomogła mu zdjąć swoją koszulkę, a potem ściągnęła jego T-shirt. W końcu sama zdjęła stanik przez głowę.
Kiedy Kacper zaczął całować jej piersi, kompletnie odpłynęła.
– Daga, kochanie. – Chłopak zwrócił się do niej błagalnym tonem. – Przerwijmy to, proszę, bo się nie powstrzymam. Tak cię pragnę, że zaraz zwariuję.
– Kiedy wrócą twoi rodzice? – spytała, odzyskawszy na chwilę jasność umysłu.
– Za jakieś trzy godziny najwcześniej. Pojechali do Wrocławia – przypomniał jej.
– To nie przerywaj – wysapała mu prosto w usta, po czym przyciągnęła go do siebie tak, że czuł na klacie jej sterczące sutki, a ona na podbrzuszu jego twardego członka.
Zaczęła poruszać biodrami, instynktownie ocierając się o niego tak, żeby jeszcze wzmóc obustronne pożądanie.
– Jesteś pewna? – dopytywał się Kacper.
Owszem, do tej pory zaliczyli kilka pierwszych baz, ale nigdy wcześniej nie przekroczyli tej magicznej granicy, za którą już nie byłoby odwrotu. On nigdy nie rozebrał swojej dziewczyny do końca, a jej nie pozwolił tego zrobić z nim, choć próbowała.
– Jeszcze raz mnie spytasz, czy jestem pewna, to się ubiorę i wrócę do domu – zażartowała.
– Chyba pobiegłbym za tobą – oznajmił szczerze, po czym podniósł się na rękach i wyjął z szafki nocnej pudełeczko prezerwatyw.
– Śmiałek! Skąd masz gumki, przyznaj się! – Daga się zaśmiała.
– Jezu, dziewczyno, a jakie to ma znaczenie w takiej chwili? – spytał sfrustrowany.
– Ma.
– Dobrze. Kupiłem jakiś czas temu, bo miałem nadzieję… no wiesz, że się przydadzą.
– Uwielbiam to, że jesteś taki odpowiedzialny. No, dalej, rozbieraj mnie.
Kacper nie odważył się już więcej zapytać Dagmary, czy jest pewna. Uznał, że ewentualne konsekwencje tej dyskusji byłyby o wiele mniej przyjemne niż podążanie za pragnieniem absolutnej bliskości.
Kacper dokładnie pamiętał ich pierwszy raz. Kolejne zresztą też.
Od kiedy spróbowali z Dagmarą seksu, stał się jednym z ich ulubionych zajęć. Na początku musieli się ukrywać przed rodzicami, ale kiedy wyjechali na wakacje, mogli cieszyć się nieskrępowanie sobą nawzajem. Teraz, gdy już mieszkali razem, tamte czasy wydawały mu się odległe jak piaski pustyni Registan w południowym Afganistanie, o których opowiadali mu koledzy, wracający z misji zagranicznych.
Kacper też chciał spróbować swoich sił jako żołnierz polskiego kontyngentu wojskowego. Był tylko jeden problem: jak powiedzieć o tym Dagmarze?
– Po co chcesz tam jechać?! – Dagmara była przerażona wizją wyjazdu narzeczonego na półroczną misję szkoleniową do Afganistanu. – Dlaczego akurat tam, gdzie jest najgorsza wojna?
– Kochanie, jestem żołnierzem – przypomniał jej. – Żołnierze jeżdżą na wojny właśnie.
– To po co te górnolotne slogany o misjach pokojowych?
Parsknęła ironicznie.
– Jakoś musi się to nazywać. Teraz to już naprawdę nic strasznego. ISAF6 się skończył, zostały tylko misje szkoleniowe.
– Ja tam nie wierzę w pokój w Azji, zwłaszcza w tej części – stwierdziła Dagmara. – Po co chcesz tam jechać?
– Po pierwsze, żeby zdobyć szlify, po drugie, żeby dostać szybciej awans. Dodatkowym procentem do emerytury też nie pogardzę, ale przede wszystkim – tu Kacper popatrzył w skupieniu na narzeczoną – chcę zarobić na nasze wesele i wkład do kredytu na mieszkanie. Nie wyobrażam sobie po ślubie tułać się z moją żoną po wynajętych lokalach.
– Dobrze, kochanie – zgodziła się w końcu Dagmara. W zasadzie nie dostała wyboru. Podejrzewała, że Śmiałkowski i tak postawiłby na swoim. Taki już miał charakter. A ona go przecież kochała jak nikogo na świecie.
Narzeczony Dagmary wyjechał pod koniec listopada. Od początku regularnie dzwonił i pisał, wysyłał zdjęcia i spotykał się z nią na Skypie. Tęsknota nie dawała jej żyć, ale obiecała mu przecież, że będzie dzielna i wytrzyma te pół roku.
Kacper też tęsknił, ale trzymało go postanowienie, że dzięki tej misji ich życie wejdzie na nowy, wyższy poziom. Wiedział doskonale, że nigdy nie zarobiłby takich pieniędzy w Polsce.
Jego dwudzieste czwarte urodziny pierwszego grudnia spędzili na odległość. Święta podobnie. W Sylwestra złożyli sobie życzenia przez Skype'a.
– Wszystkiego najlepszego w nowym roku, moja ukochana – powiedział uśmiechnięty Kacper. – Oby to był nasz najlepszy rok. Jeszcze tylko kilka miesięcy i będziemy już zawsze razem.
– Wszystkiego najlepszego, kochanie – odpowiedziała Daga, powstrzymując łzy. – Czekam, ciągle czekam, wiesz?
– Ja też, skarbie. Bardzo cię kocham i nigdy nie przestanę, pamiętaj o tym – odpowiedział, zanim przerwało im połączenie.
No cóż… przeciążenie sieci w sylwestra nie było niczym nadzwyczajnym.
Dwudzieste piąte urodziny Dagmary wypadały trzydziestego pierwszego stycznia. Też spędziła je z dala od swojego ukochanego. Pocieszała się jednak tym, że minął już drugi miesiąc rozłąki, a każdy przybliżał ich historię do szczęśliwego zakończania.
„I żyli długo i szczęśliwie”. Tak to miało wyglądać.
– Mówię ci, oszaleję tu bez ciebie – jęknął Kacper, kiedy kolejny raz rozmawiali, tydzień po poprzednim spotkaniu na Skypie. – Twoje zdjęcie służyło mi jako najlepsza inspiracja przez cały tydzień – opowiadał.
– Nie wiem, czy chcę tego słuchać. – Zaśmiała się nerwowo. – Ręka cię nie boli, Śmiałkowski?
– No, może troszkę – musiał przyznać. – Ale było warto.
– Jesteś niewyżytym zboczeńcem – wyrzuciła mu. – Nudzi ci się na tej misji, to robótki ręczne uprawiasz. Wziąłbyś się do poważnej pracy.
– Jakie robótki ręczne? O czym ty opowiadasz, kobieto? – oburzył się.
– No, przecież sam powiedziałeś… że do mojego zdjęcia…
– Kochanie, ja wiersze pisałem – wyjaśnił.
– Jakie, kurwa, wiersze?
Śmiech Kacpra zabiłby w tym momencie każdego. Kiedy zobaczył na ekranie laptopa minę narzeczonej, nie wytrzymał.
– Przeczytać ci?
– Pewnie – żachnęła się, ani trochę nie wierząc w tę wojskową poezję.
– No to słuchaj. „Na górze moździerze, na dole karabiny, a ja tęsknię strasznie do mojej dziewczyny. Na górze jaskinie, na dole mak, jak można w tym kraju nie czuć się jak wrak? Tam w górach talibowie, tu w dole wioski, a ja w pół roku wyciągnąłem wnioski. Na górze powinny być krokusy, na dole dzwonić dzwony, a ja się z tobą ożenię, bo kocham cię jak szalony”. I jak?
Dagmara przez chwilę słuchała ciszy na łączu. Łzy leciały jej ciurkiem i nie mogła złapać tchu.
– Kochanie, czemu płaczesz? – zmartwił się Kacper. – Nie podobało ci się?
– Jak by mi się mogło nie spodobać?
– No to o co chodzi?
– O to, że to ja tęsknię za tobą jak szalona, głupku! Wróć wreszcie do mnie!
– Mam dla ciebie dobrą wiadomość, skarbie. Znam już datę wylotu.
– I?
– Nie mogę ci powiedzieć przez Skype'a, ale…
– Co?
– Spróbuję ci podpowiedzieć. Tylko ty się domyślisz.
– Mów!
– Pamiętasz ten dzień, kiedy pierwszy raz się kochaliśmy? Moich rodziców nie było wtedy w domu, a ty przyszłaś do mnie…
– Jak mogłabym zapomnieć?
– No, to rotacja będzie dzień po naszej szóstej rocznicy.
Czternastego czerwca. Kacper wróci do Polski już czternastego czerwca!!!
– Dziękuję, że mi powiedziałeś, kochanie. Będę odliczać dni.
– Ja też, Dagusiu moja kochana. Ja też.
Ta historia mogła się skończyć tak jak wiele podobnych. Kacper powinien wrócić do domu, jak większość żołnierzy Polskich Kontyngentów Wojskowych. Powinni wziąć z Dagmarą ślub, mieć dzieci i żyć długo i szczęśliwie. Zasługiwali na to.
Jednak zamiast otrzymać szczęśliwe zakończenie, ich historia została brutalnie i zupełnie bezsensownie przerwana przez wybuch miny-pułapki na ostatnim patrolu, jaki Kacper wykonywał na tej misji i w swoim krótkim życiu.
To w ogóle nie docierało do Dagmary. Nie krzyczała, nie płakała. Jakby zapadła się w sobie.
Urwana historia miłości już na zawsze miała pozostać niedokończona.
Rodzina Dagmary, a nawet rodzice Kacpra, którzy sami przecież musieli pochować najukochańszego jedynaka – wszyscy martwili się od trzech lat o Dagmarę. Młoda kobieta nie przypominała już dawnej siebie. Właściwie nie przypominała nawet żywej istoty. Niby się poruszała, jadła, spała, ale wygląda bardziej jak zombie niż pełna życia dziewczyna, w której kiedyś zakochał się Kacper.
Śmiech przez łzy dał Kasi nadzieję, że siostra próbuje wrócić do życia. Zawzięła się, że jej w tym pomoże.
– Skoro nie chcesz opowiadać o swojej maturze, to zdradź chociaż coś o egzaminie oficerskim – poprosiła. – Strasznie się stresuję, a to już za rok.
– Kochana, nie ze mną te numery. – Dagmara pogroziła jej palcem. – Jeszcze rok studiów ci został. A na razie przykładaj się do praktyk.
– Marcin… Znaczy pan komendant mówi, że się przykładam.
– „Marcin”? – Daga uniosła brew i zmierzyła młodszą siostrę podejrzliwym spojrzeniem.
– No – Kasia była już czerwona jak burak – wiesz, on jest taki przystojny i w ogóle.
– Jest od ciebie o dwanaście lat starszy, młoda!
– A co, sama go chcesz?
– A w życiu!
– No to co, psem ogrodnika jesteś?
– Czego ja muszę wysłuchiwać – jęknęła Daga, ale mimo wszystko uśmiechnęła się do Kaśki. – Może potrzebujesz urlopu?
– Tak, na pewno – potwierdziła młoda.
Jedyna szansa w tym, że ten wyjazd się uda – pomyślała Kasia, tuląc starszą siostrę. Kacper, jeśli gdzieś tam jesteś i mnie słyszysz, pomóż mi ją uratować, proszę.
