Uzyskaj dostęp do tej i ponad 360000 książek od 14,99 zł miesięcznie
30 osób interesuje się tą książką
Nina była przekonana, że zostawiając Kosmę na Gibraltarze i uciekając do Grecji, raz na zawsze zamknęła rozdział zatytułowany „my”. Spokojna praca w restauracji i kojący szum morza miały zagłuszyć wspomnienia o mężczyźnie, który był dla niej jak niszczycielska siła natury.
Kosma jednak nigdy nie gra według zasad. Wystarczy jeden podstęp i jedna wystawa fotografii, by Nina została zmuszona do powrotu do Polski – prosto w objęcia przeszłości. Tam musi stanąć twarzą w twarz z człowiekiem, który złamał jej serce, a teraz twierdzi, że chce je poskładać na nowo.
W świecie profesjonalnej fotografii nic nie jest czarno-białe. Gdy Nina decyduje się ponownie wpuścić Kosmę do swojego życia, los wystawia ich uczucie na próbę, na którą nie są gotowi.
Gatunek: romans
Kategoria wiekowa: 18+
Ostrzeżenia: Treść książki nieodpowiednia dla osób poniżej osiemnastego roku życia.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 467
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla tych, którzy nauczyli się, że miłość to kontrast – światło i cień, blizny i nadzieja. Bo nawet najciemniejszy negatyw może skrywać historię wartą drugiej szansy.
Im bliżej kuchni, tym bardziej czuć gorąco – bije od pieca, od wrzących garnków i rozgrzanych patelni. Wiatraki pod sufitem pracują na pełnych obrotach, trzepoczą jak skrzydła ptaków, ale i tak ledwo udaje im się złagodzić upał. Przy okienku wydawki stoi duży wentylator, niesie aromaty – oliwy, świeżych ziół, smażonego sera – po całym lokalu, wypełniając nimi każdy zakamarek.
Ludzie przy stołach jedzą i rozmawiają, co tworzy przyjemny, leniwy gwar. Dzieci śmieją się i pobrzękują sztućcami o zastawę, starsi wymieniają historie z wakacji, a turyści próbują rozszyfrować menu, zerkając na talerze sąsiadów, zanim sami zdecydują, co zamówić. Czasem ktoś podnosi kieliszek, ktoś inny opowiada anegdotę, a śmiech odbija się od ścian.
– Dwie horiatiki, owoce morza z makaronem i musaka! – krzyczę przez wydawkę i zawieszam na haczyku kartkę z zamówieniem.
– Dla ciebie wszystko. – Starszy mężczyzna, który podrzuca mięso na patelni, uśmiecha się do mnie. Przyprószone siwizną włosy dodają mu uroku, niebieskie oczy mimo wieku błyszczą młodością. Nikos jest szefem kuchni w restauracji, w której pracuję od ponad dwóch miesięcy. Tyle samo mieszkam w Atenach. – Teraz mi się przypomniało… Czy ty nie miałaś mieć dzisiaj wolnego, dziecko?
– Coś ci się pomyliło. – Puszczam mu oczko i zabieram się za przygotowanie napojów.
Rzeczywiście miałam mieć wolne, ale wiem, że trwa sezon letni, a to oznacza spory ruch. Poza tym, w domu będę myśleć, a to ostatnie, czego pragnę. Zajmując się czymś, nie pozwalam wspomnieniom wracać.
– Wiesz, że Leo będzie zły, jak cię tu spotka? – Emma, druga kelnerka, kładzie mi brodę na ramieniu. Może to zrobić swobodnie, bo jesteśmy tego samego wzrostu.
– Chciałam tu być, a z tego, co wiem, wyjechał dzisiaj w sprawach służbowych i wróci dopiero późnym wieczorem. Sam nam o tym mówił – odpowiadam spokojnie i szturcham ją lekko głową, zanim na nią zerkam. Twarz o delikatnym, sercowatym kształcie i oczy w kolorze letniego nieba sprawiają, że trudno oderwać od niej wzrok. Ja również często mam z tym problem.
– No, niby masz rację.
Na pewno mam, bo Leo proponował, abym jechała z nim. Ma umówione spotkania w winnicach za miastem. Szuka nowych dostawców do swojej restauracji.
– Dobra, idę do pracy, bo już mnie wołają. – Kobieta całuje mnie w policzek i wraca za bar.
Gdy tylko staje za ladą, dwóch mężczyzn podchodzi do niej i składa zamówienie. Emma bez większych oporów zaczyna z nimi flirtować. Bawi się kosmykiem włosów, dzisiaj krwistoczerwonych, i trzepocze rzęsami.
Przewracam oczami i idę do gości. Mimo że mamy środek tygodnia, restauracja pęka w szwach.
– Nina, zamówienie na siódemkę! – Głos Nikosa brzmi donośnie. Podchodzę do okienka i zabieram talerze. – To tamten stolik? – Kiwa głową w kierunku kącika, w którym siedzi dwóch ładnie podpitych facetów.
– Tak, wlali w siebie już tyle, że nie wiem, gdzie oni to mieszczą.
– Gdyby robili problemy…
– Wiem, wiem. Dam sobie z nimi radę. – Uśmiecham się tylko i kieruję się w ich stronę. – Proszę bardzo. – Stawiam przed każdym talerz i pytam: – Będzie coś jeszcze?
– A co nam proponujesz? – pyta ten wyższy i oblizuje usta. Ponownie przewracam oczami i zmuszam się do uśmiechu.
– Mocną kawę. – Odwracam się i idę posprzątać stoliki. Nie mam ochoty na takie gadki.
Nawet nie wiem, kiedy mija ósma wieczorem. W lokalu nadal siedzi pełno ludzi. Nogi powoli zaczynają mnie boleć, a do końca zmiany zostały jeszcze jakieś trzy godziny. Zabieram akurat brudne naczynia, kiedy do moich uszu dobiega dźwięk silnika, wybijający się na tle innych odgłosów. Spoglądam przez otwarte na całą szerokość drzwi. Z powodu tłumu klientów niewiele widzę, więc podchodzę bliżej wyjścia. Warkot nagle cichnie. Rozglądam się po ulicy i zauważam pojazd parkujący po drugiej stronie. Parę sekund później kierowca zsiada z czarnego motocykla i staje przy nim. Opiera się, a jego strój zlewa się kolorem z odcieniem pojazdu. Mężczyzna patrzy wprost na wejście do restauracji. Nie ściąga kasku, co mnie dziwi, bo na dworze jest ponad trzydzieści stopni. Przez ciemną szybę nie dostrzegam twarzy. Czuję jednak, że nie patrzy na mnie. Wpatruje się w głąb lokalu, szuka kogoś. Chcę już odejść, ale słyszę jeszcze jeden silnik. Podjeżdża drugi motocykl, cały czerwony. Kierowca ma na sobie taki sam strój jak pierwszy motocyklista. Kiwają sobie głowami. Czerwony pojazd odjeżdża, po kilku sekundach czarny rusza jego śladem.
– Chyba muszę być bardzo przemęczony, skoro widzę ciebie tutaj. – Męski głos za moimi plecami zwiastuje problemy. – Panemorfi1.
– Witaj, szefie. – Odwracam się i podchodzę do niego szybkim krokiem. – Chciałam tylko pomóc. Wiesz, jest szczyt sezonu, pełno turystów i…
– Nina, pracujesz tutaj od dwóch miesięcy. Miałaś łącznie może tydzień wolnego. Babcia mnie zabije. – Chwyta mnie za dłoń i składa na jej wierzchu szybkiego buziaka.
Wpatruje się we mnie niebieskimi oczami. Jasne włosy jak zawsze są w artystycznym nieładzie, biała koszulka polo opina klatkę piersiową. Tatuaże pokrywające ręce dodają pazura chłopięcemu wyglądowi.
– Babcia cię kocha i nigdy w życiu nie zrobiłaby ci krzywdy. – Zabieram dłoń z jego uścisku i chowam ją szybko za plecami.
– Niby tak, ale suszenie mi głowy to inny temat. Dzwoniła już do mnie i nie chcesz wiedzieć, czego musiałem się nasłuchać.
Zamierzam odpowiedzieć, ale widzę, jak klienci z obsługiwanego przeze mnie stolika kiwają, żebym podeszła.
– Muszę iść. Pogadamy po zamknięciu. I nie musisz mi płacić za dzisiaj.
– Panemorfi, skończ, dostaniesz pieniądze. To nie obóz pracy. – Puszcza mi oczko.
***
– Koniec na dzisiaj. – Leo zamyka drzwi i podchodzi do baru. – Emma, polejesz?
– Jasne, szefie. – Kobieta wyciąga z lodówki butelkę białego wina i dwa kieliszki. Później stawia na stole burbon i szklanki. – Chłopaki, polewam!
Z kuchni wychodzą Nikos i Maks, jego pomocnik. We trójkę patrzymy po sobie i czekamy na standardowy tekst szefa kuchni.
– Robię się na to za stary! – Mężczyzna siada obok Leo i wychyla szklankę na raz. Wybuchamy śmiechem, bo dobrze wiemy, że Nikos kocha tę robotę, tak samo jak kocha ją każde z nas.
– Za dzisiaj! – Leo unosi szkło.
Lubię tę pracę, jest zupełnie inna niż to, co robiłam wcześniej. Kiedy wracam myślami do czasów sprzed dwóch miesięcy, mój puls przyspiesza. Pracuję dużo, żeby tego nie roztrząsać. Kiedy nie jestem w restauracji, pomagam starszemu małżeństwu, u którego wynajmuję pokój. To dziadkowie Leo, są cudowni i naprawdę się cieszę, że do nich trafiłam. Nie chcę rozpamiętywać przeszłości. Oddzieliłam tamto życie grubą kreską i nie odpowiada mi wracanie do niego. Przymykam na chwilę oczy, a pod powiekami widzę jego… Zielone oczy, miękkie włosy i…
– Nina, jesteś z nami?
Gwałtownie unoszę powieki i widzę, że wszyscy się we mnie wpatrują.
– Zamyśliłam się. – Chwytam kieliszek i upijam łyk alkoholu.
To taka nasza tradycja, po ciężkim dniu siadamy razem i pijemy po drinku, a później wspólnie sprzątamy.
– A jak wycieczka po winnicach? – dopytuję.
– Dobrze, pod koniec przyszłego tygodnia powinny być nowe wina. Mam nadzieję, że je przetestujecie?
– Takich pytań, szefie, się nie zadaje. – Emma stuka w mój kieliszek. – Przetestujemy każde i zdamy szczegółowy raport.
Leo uśmiecha się i zabiera się za sprzątanie. Po godzinie wszyscy wychodzimy przed restaurację. Zaciągam się ciepłym powietrzem, pozwalam, aby wypełniło mi płuca. Tu klimat jest zupełnie inny niż na Gibraltarze.
– Chodź, odwiozę cię do domu. – Leo pochyla się do mojego ucha i wskazuje dłonią samochód.
– Dziękuję, ale noc jest tak ciepła, że się przejdę. – Już mam zrobić krok, kiedy mężczyzna podaje mi ramię.
– Jak babcia zobaczy, że chodzisz sama po nocy, znowu będzie mi prawić kazania.
– Ty naprawdę się jej boisz. – Kładę rękę w zgięciu jego łokcia i razem kierujemy się do domu.
– Znasz ją, wiesz, jaka jest. I to nie jest strach, a respekt i szacunek. – Posyła mi łobuzerski uśmiech.
– Jest kochana i niezastąpiona. To cudowna kobieta.
– Zgadzam się, ale to mi się obrywa. I to z twojej winy. Ciągle słyszę: Nina to, Nina tamto…
– No co mam ci powiedzieć? – Parskam śmiechem. – Lubi mnie.
– Ja też cię lubię, panemorfi.
Wchodzimy w wąską uliczkę, tutaj jest ciemniej niż na głównej ulicy.
Po tym, co stało się na Gibraltarze, moje zdolności odczytywania ludzi mocno się zmieniły. Jakby to, co się wydarzyło, mnie odblokowało. Wiem, co robi Leo, ale specjalnie to ignoruję. Nie szukam relacji, chcę być sama. Nikogo już do siebie nie dopuszczę. Nie umiem kochać. A może inaczej: nie umiem pokochać nikogo innego. Kosma mnie skrzywdził, ale mimo tego nadal go kocham. I Bóg mi świadkiem, starałam się odkochać, próbowałam go znienawidzić, ale nie umiem tego zrobić. Jakby wsiąkł w każdą moją komórkę, zainfekował mnie. I nie mogę się go pozbyć.
– Znowu odpływasz myślami, Nino. O czym tak myślisz?
– O niczym szczególnym – odpowiadam zdecydowanie za szybko.
– Okej, nie będę naciskać. Śpij dobrze i do jutra. Przyjechać po ciebie?
Dopiero teraz dociera do mnie, że stoimy przed domem jego babci.
– Bez przesady, to kawałek, przejdę się. Ale dziękuję. – Ściskam jego dłoń i całuję w policzek. – Śpij dobrze, Leo, do jutra.
– Koniec sesji! – krzyczę i zaczynam pakować sprzęt.
Chcę jak najszybciej dostać się do domu. Jest już późny wieczór, jedyne, o czym marzę, to kąpiel i sen. Zmuszam się do uśmiechu i skupiam się na tym, co mam zrobić. Zostały jeszcze papiery do zabrania i przejrzenia, ale rezygnuję. Zajmę się tym rano.
– Stary, dobrze poszło. – Dimitri klepie mnie w ramię.
– Nie było źle. Będę się zmywał. Zamkniesz agencję?
Skupia na mnie wzrok. Ostatnio często tak patrzy. Nawet zbyt często. Wiem, że się martwi, ale nie jestem w stanie nic zrobić.
– Mogę, choć liczyłem, że skoczymy po sesji do chińczyka. Głodny jestem.
– Innym razem, padam na pysk. – Zarzucam na ramię torbę ze sprzętem i już chcę wyjść, ale jego sylwetka blokuje mi drogę.
– Chcesz pogadać?
Potrząsam głową i go omijam.
Nie mam ochoty rozmawiać, przerabialiśmy to już kilka razy. Wystarczy, to nic nie daje. Nie zabiera pustki, jedynie ją rozdrapuje. Wychodzę, biorę głęboki oddech nocnego powietrza. Wsiadam do samochodu i odjeżdżam z piskiem opon.
W mieszkaniu zastaję ciszę, z posłania dochodzi ciche pochrapywanie Kapsla. Łapię smycz i ciągnę psa na dwór. Po powrocie spoglądam na blat w kuchni, od miesiąca leży tam teczka ze szpitala. Wyjmuję wodę z lodówki i siadam na krześle.
Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy już czytałem te dokumenty. Potwierdzają, że w mojej krwi i butelce po piwie wykryto substancje odurzające i nasenne. Tylko co mi po tym, skoro nie mam komu ich pokazać?
Nina zniknęła, zapadła się pod ziemię. I nie umiem jej odszukać.
Pustka… Cholerna pustka to jedyne, co towarzyszy mi od ponad trzydziestu dni. Po części rozumiem jej zachowanie. Gdybym zobaczył podobną scenę, pierwsze, co bym zrobił, to obił facetowi pysk. Dałbym jej jednak wytłumaczyć, ale to rudzielec. Ona działa inaczej. Przez to, co zrobił jej mój brat… Widziała, co widziała, i zareagowała tak, jak uważała za słuszne.
– Cholera! – Przecieram twarz dłonią i podnoszę się z krzesła.
Z butelką w ręce kieruję się do łazienki, gdzie napuszczam wody do wanny i zrzucam z siebie ubrania. Chwytam jeszcze telefon, żeby sprawdzić media społecznościowe.
Wiem, że to żałosne, ale założyłem fejkowe konto, aby wiedzieć, co u Niny. Moje prywatne zablokowała, a na tym drugim… Od miesiąca nic nie opublikowałem. Straciłem do tego zapał. U niej też cisza, żadnego nowego posta czy relacji. Jedyne, co mi zostało, to kilka wspólnych zdjęć i fotografie z sesji. Nic więcej. Dopiero kiedy wyjechała, dotarło do mnie, jak ważna była obecność jej rzeczy w moim lofcie. Razem z nią zniknęły drobiazgi, które wcześniej nadawały tej przestrzeni życie i ciepło – kubek z wyszczerbionym uchem, sweter przewieszony przez oparcie krzesła, flakonik perfum na półce w łazience. Nie zostało absolutnie nic, jakby nigdy jej tu nie było. Każdy kąt wyglądał obco, sterylnie, boleśnie pusto. Tak naprawdę dobrze wiedziałem, że nie chodziło tylko o przedmioty – zabrała ze sobą całą obecność, zapach, echo śmiechu, ciszę po rozmowie. Mieszkanie nagle stało się zimnym magazynem ścian i mebli, a ja… ja miałem wrażenie, że ktoś wyrwał ze mnie kawałek serca i zostawił dziurę, której nie potrafiłem wypełnić żadnymi słowami ani gestami.
Odchylam głowę i opieram ją o brzeg wanny. Już mam odłożyć telefon, kiedy na ekranie pojawia się powiadomienie o nowej wiadomości. Czytam ją uważnie. Tego jeszcze nie było…
Jest późny wieczór, siedzę przed telewizorem i tylko przełączam kanały. Jedną ręką głaszczę psa. Gdyby tylko dała mi wytłumaczyć, że jestem niewinny… Nie zrobiłbym jej tego. Jednak przeszłość Niny… Chyba przechodzę kolejny etap rozstania, bo coraz częściej poza bólem czuję wściekłość – głównie na to, że nie pozwoliła mi tego wyjaśnić, nie chciała porozmawiać.
Powinna wiedzieć, że nigdy bym jej nie skrzywdził. Dzwoniłem kilka razy do Mariusza, przesłałem mu nawet wyniki badań, ale on nie chce pomóc. Nie powie mi, gdzie ona jest i co się z nią dzieje. Przyjaźnią się i to pewno ona kazała mu milczeć.
Nagle Kapsel zaczyna warczeć. Już mam wstać, kiedy do moich uszu dochodzi pukanie do drzwi.
– Kogo niesie o tej godzinie? – mruczę.
Idę otworzyć, ku mojemu zdziwieniu pies drepta ze mną. Za drzwiami nikogo nie ma, a na pewno słyszałem pukanie. Rozglądam się uważnie i widzę na wycieraczce kopertę zaadresowaną do mnie.
Podnoszę ją i wracam na kanapę. Nie udaje mi się otworzyć przesyłki, bo zaczyna dzwonić mój telefon. Dimitri.
– To nie jest dobry moment – rzucam do słuchawki.
– To najlepszy moment, posłuchaj mnie teraz uważnie. Jesteś w gorącej wodzie kąpany. A to, co jest w kopercie, to twoja jedyna szansa, więc zrobimy to z głową i po mojemu, jasne? – Jego głos brzmi stanowczo i nad wyraz spokojnie.
– O czym ty mówisz?
– Otwórz ją.
Zawsze wiedziałem, że on lubi dramatyzować, ale to już przegięcie. Rozrywam kopertę. Wypadają z niej fotografie, a moje serce na kilka długich sekund przestaje bić. Rudzielec.
Na pierwszym zdjęciu Nina stoi w drzwiach jakiejś knajpy. Wygląda piękniej, niż ją zapamiętałem. Schudła, to widać, ale to tylko podkreśla jej sylwetkę. Wiatr rozwiewa jej włosy, a ona patrzy gdzieś przed siebie, zupełnie nieświadoma, że ktoś ją uchwycił. Ma na sobie letnią zieloną sukienkę, która zdaje się żyć własnym życiem. Włosy opadają jej na twarz i nagle wszystko, co znajduje się wokół – ludzie, budynki, całe tło – przestaje mieć znaczenie. Zdjęcie zatrzymuje ją samą. A ja patrzę i widzę tylko ją.
– Rozumiem, że przesyłka ci się spodobała.
Podskakuję na te słowa. Kompletnie zapomniałem, że połączenie nadal trwa.
– Jak?
– Mam swoje sposoby, ale teraz słuchaj. Wymyśliłem cały plan. Pomogę ci ją odzyskać.
– Dimitri…
Przerywa mi:
– Ta wczorajsza oferta, przyjmij ją. – Nie mówi nic więcej, nie tłumaczy, tylko kończy rozmowę.
Odrzucam komórkę i skupiam się na fotografiach. Jest ich zaledwie kilka, ale przeglądam je długo, bo są moim największym skarbem. I nagle przypominam sobie, co mówił mój przyjaciel. Dopadam do telefonu i odpisuję od razu. Pierwszy raz od dwóch miesięcy widzę światełko w tunelu.
Budzi mnie pukanie do drzwi, więc się przeciągam i podnoszę z łóżka. Wiem, co czeka mnie za progiem. Nie zliczę, ile razy mówiłam gospodyni, że nie musi tego robić. Chwytam za klamkę i od razu mój nos wypełnia się zapachem mocnej, czarnej kawy. To jest to, czego teraz potrzebuję.
– Dzień dobry, Nino.
W progu stoi Katarina w idealnie dopasowanej chabrowej sukience. Światło padające zza jej pleców otula sylwetkę miękką poświatą. Siwe włosy, gładko upięte w kok na karku, podkreślają elegancję. Unosi lekko podbródek. Mimo wieku wciąż bije od niej niezwykłe piękno – skóra muśnięta słońcem, spojrzenie, w którym igrają złote iskry, a w kącikach ust cień tajemniczego uśmiechu.
– Pani Katarino, prosiłam już milion razy. Nie musi mi pani przynosić co rano kawy… ale i tak dziękuję. – Odbieram od niej kubek z parującym napojem i upijam łyk. Jak zawsze idealna.
– Wiem, wiem, kochana, ale jak robię dla siebie i dla męża, to i tak zawsze zostaje więcej. Więc wiesz…
Odsuwam się i wpuszczam ją do pokoju. To taki nasz mały rytuał. Siadamy na tarasie, tam rozmawiamy. Niby nic takiego, ale bardzo lubię te nasze poranki.
– Widziałam, że Leo cię wczoraj odprowadził – zagaja specjalnym tonem.
Uwielbiam, gdy mówi o nim w taki sposób. Jej wnuk jest chwilę przed czterdziestką, a dla niej nadal pozostaje małym chłopcem, którym zajmowała się po śmierci jego rodziców.
– Tak, odprowadził mnie. Nie musiała pani do niego dzwonić i informować, że poszłam do restauracji.
– Kochana, za dużo pracujesz. Jesteś jeszcze młoda, powinnaś korzystać z życia. Mieszkasz u nas od dwóch miesięcy, a nawet nie zwiedziłaś Aten. Ale nie przejmuj się. – Jej słowa mogą świadczyć tylko o jednym: nadchodzą problemy.
– Pani Katarino…
Zbywa mnie machnięciem dłoni, więc nawet nie kończę tego, co zamierzałam powiedzieć.
– Muszę iść na targ, zostawię ci na stole obiad. Zjesz, jak wrócisz, i nie dyskutuj ze mną. Jesteś zdecydowanie za chuda, mężczyźni tego nie lubią. – Pochyla się i całuje mnie w policzek.
I tyle by było z rozmowy. Rozsiadam się wygodnie i patrzę na rozbudzone miasto. Minęła dziesiąta, więc ulica tętni życiem. Przymykam oczy i wsłuchuję się w odgłosy Aten. Lubię to miejsce. Do moich uszu dochodzi dźwięk powiadomienia. Podnoszę się, zabieram telefon z szafki nocnej i czytam w drodze do łazienki. Wiadomość od Karola.
-----
Nie wiem, czy śpisz, oddzwoń do mnie w wolnej chwili.
No tak, jakoś na dniach mamy zrealizować projekt, który zaproponował mi, gdy byłam ostatnio w Polsce. Oddzwonię do niego w drodze do pracy. Po prysznicu idę na dół zrobić sobie śniadanie.
– Dzień dobry. – Mąż Katariny siedzi przy masywnym drewnianym stole i czyta gazetę.
– Dzień dobry.
Uśmiecham się do Agisa. To wysoki, postawny mężczyzna. Za każdym razem odnoszę wrażenie, że wypełnia sobą całe pomieszczenie. Gęste, czarne jak heban włosy świetnie się komponują z opaloną skórą, a każda zmarszczka na jego twarzy wydaje się opowieścią o minionych latach. Kiedyś był przystojny – jestem tego pewna, bo nadal nie sposób odmówić mu uroku.
– Robię sobie śniadanie, może pan się przyłączy?
– Już jadłem, Katarina zrobiła też dla ciebie. – Wskazuje na środek stołu. Miska owsianki, owoce i szklanka świeżego soku pomarańczowego.
– Tyle razy ją prosiłam… – wzdycham znowu. Siadam obok niego i przysuwam naczynia do siebie.
Ta kobieta jest cholernie nieustępliwa. Wiem, że chce dobrze, ale czuję się skrępowana jej zachowaniem. Płacę im dosłownie grosze za wynajem pokoju, a ona dodatkowo często zostawia mi posiłki w kuchni. Doceniam to, ale nie chcę, aby czuła się zobowiązana.
– No co mam ci powiedzieć? Ma „Uparta” na drugie imię. – Puszcza mi oczko i wraca do czytania.
Wymieniamy zdawkowe uwagi, gdyż Agis nie należy do gadatliwych. Traktuje mnie jednak dobrze, jest miły i pomocny.
– Leo mówił, że wczorajsza wyprawa po winnicach była owocna – mówi od niechcenia, ale ja wiem, o co mu tak naprawdę chodzi.
– Tak, w przyszłym tygodniu będą nowe wina. Przyniosę panu butelkę. – Ściskam jego ramię, na co mężczyzna odpowiada uśmiechem.
Ubieram się w coś wygodnego. Stawiam na sukienkę, bo jak znam życie, w pracy będzie podobnie jak wczoraj, więc wolę mieć swobodę ruchów. Do jej rozpoczęcia zostały mi ponad trzy godziny, ale nie chcę siedzieć w domu. Krótki spacer dobrze mi zrobi. Zastanawiam się chwilę nad zabraniem aparatu. A co mi tam…
***
Podążam małymi, wąskimi uliczkami, wzdłuż których wapienne mury lśnią w słońcu niczym bielone kredą, a niebieskie okiennice kontrastują z ich jasnością. Staram się unikać typowo turystycznych miejsc. Nie chcę tłumu, pragnę autentyczności – naturalności i codzienności.
W końcu trafiam do małej kawiarni. Drewniane drzwi z łuszczącą się farbą i dach porośnięty bugenwillą zdradzają wiek budynku. Lokal prowadzi starszy mężczyzna; w środku ustawiono kilka prostych stolików, na zewnątrz zaledwie dwa – w cieniu winorośli. Zapach świeżo palonej kawy miesza się z wonią rozgrzanego kamienia i morskiej bryzy.
Dla pewności pytam, czy mogę zrobić zdjęcia. Właściciel macha tylko ręką, zapewne chcąc powiedzieć: „rób, co chcesz”, a potem uśmiecha się szeroko w stronę obiektywu, jakby od zawsze był częścią tej sceny.
Dopiero w tym kraju przekonałam się do fotografowania ludzi, wcześniej tego nie lubiłam. Teraz jednak… Obiecuję sobie, że w najbliższy wolny weekend wybiorę się do Teb. Chcę je zobaczyć na własne oczy; Emma pochodzi z tego miasta i zachwala je pod niebiosa.
Idę na plażę, siadam na piasku i robię kilka zdjęć morza. Kilka metrów ode mnie siedzi rodzina z dzieckiem. Od razu można w nich rozpoznać turystów, charakterystyczne bransoletki na nadgarstkach zdradzają, że są gośćmi pobliskiego hotelu. Wpatruję się w nich, a do mojego serca zakrada się nutka zazdrości. Za dzieciaka nie doświadczyłam tego, co dla tej małej dziewczynki stanowi normę. Wakacje z rodziną. Coś tak oczywistego dla jednych, a dla drugich kompletnie nieosiągalnego. Od dawna nie myślałam o moich rodzicach. Czy żyją? Czy czasem mnie wspominają?
Śmiech dziecka, które jest ochlapywane przez ojca, odrywa mnie od destrukcyjnych rozmyślań. Skoro mnie porzucili, to znaczy, że nic dla nich nie znaczyłam, co wiąże się z tym, że nie warto marnować na nich czasu. Gdy wstaję, zaczyna dzwonić mój telefon. Leo.
– Panemorfi, czy u ciebie wszystko dobrze?
– Tak, a dlaczego pytasz? – Chowam aparat do pokrowca i zaczynam otrzepywać tyłek z piasku.
– Bo do rozpoczęcia pracy zostało ci dziesięć minut, a zawsze jesteś sporo przed czasem. Wystraszyłem się, że coś się stało.
Parskam śmiechem.
– Nic mi nie jest, poszłam na spacer. Zaraz będę w pracy, szefie.
– To czekam.
Kończę połączenie i chowam telefon do torebki.
***
– Ile oni mogą wypić? – Emma kieruje wzrok w stronę dwóch facetów. Byli tutaj wczoraj i ładnie dali sobie w palnik, ale po kacu nie ma nawet śladu.
– Najwidoczniej dużo. Znowu usiedli przy moim stoliku. – Przewracam oczami i zaczynam sprzątać obok baru.
– Mam ich przejąć?
Macham ręką, po czym idę odebrać z kuchni zamówienie. Dzisiaj nie przyszło tak dużo ludzi. Może to przez pogodę, żar leje się z nieba. Tylko garstka siedzi u nas w restauracji, co zapowiada jedno: wieczór może być intensywny. Podchodzę do lady i słyszę, jak Leo rozmawia przez telefon.
– Jasne, wasz stolik będzie gotowy. To zapraszam o ósmej. Do zobaczenia. – Odkłada komórkę i wpisuje coś do kalendarza. Spoglądam mu przez ramię i już wiem, z kim rozmawiał. – Przygotujesz dla nich miejsce?
– Jasne, wiesz, że ich lubię. – To małżeństwo mniej więcej w moim wieku. Poznałam ich w pierwszym tygodniu pracy tutaj i od razu polubiłam. Ona też jest Polką, więc tak jakoś wyszło, że zaczęłyśmy rozmawiać. Zabieram tabliczkę z napisem „Rezerwacja” i odkładam na stolik, który zawsze zajmują. – Będą sami czy…
– Sami, podobno jakaś rocznica.
Wracam do baru i siadam do kalendarza, aby sprawdzić grafik. Okazuje się, że najbliższy weekend mam wolny. Od razu wyszukuję w telefonie, jak najszybciej i najłatwiej dostać się do Teb. Połączenia nie są jakieś idealne, zaczynam się nawet zastanawiać nad wynajęciem samochodu.
– Jedziesz do Teb? – Głos Leo dobiega zza moich pleców.
– Mam wolny weekend, a twoja babcia mówi, że nie samą pracą człowiek żyje, więc pomyślałam…
– Doskonale. Dawno tam nie byłem, pojedziemy razem. Oprowadzę cię i pokażę okolicę, znam kilka fajnych miejsc.
– Spodoba ci się tam, ruda. – Emma włącza się w rozmowę.
– Nie wiem, czy to dobry pomysł, żebyśmy jechali razem. – Zaczynam lekko panikować. Nie do końca podoba mi się opcja, aby jechać tam z Leo.
– Przestań, on też od wieków nie był na urlopie. – Dziewczyna podaje mi dwa drinki. – Dobrze wam to zrobi. Pozwiedzacie i odpoczniecie, a ja tu wszystkiego dopilnuję.
– Zarezerwuję hotel, mam jeden sprawdzony. Kiedyś w nim byłem, mieli piękny widok z okien. Przyjadę po ciebie z samego rana. A teraz uciekam. – Kiwa nam i już go nie ma. Wpatruję się w jego plecy, kiedy znikają za drzwiami prowadzącymi na zaplecze.
Super. Po prostu ekstra. Wyjazd z szefem, przecież to o niczym nie świadczy, prawda? Zaciskam palce na nasadzie nosa. Muszę z nim porozmawiać.
Siedzimy w knajpie, do której przychodziliśmy kiedyś z rudzielcem. Wpatruję się w Dimitriego i dokładnie analizuję jego słowa. Plan, który mi przedstawił… to czysty obłęd. Nie ma szans, aby się udało. To niemożliwe.
– I tak to zrobimy, przyjacielu. – Rozsiada się na krześle i uśmiecha od ucha do ucha. Pewność siebie wylewałaby się z niego, gdyby tylko mogła.
– Dimitri… Ten plan to gotowa katastrofa. Nie ma szans, żeby to wypaliło. – Upijam ostatni łyk i daję znać barmanowi, żeby dolał. Opieram łokcie na stole i chowam twarz w dłoniach.
– Obrażasz mnie, Kosma. To plan idealny, uda się. Rudzielec do nas wróci. To znaczy wróci do ciebie, a ty zrobisz tak, żeby wróciła do pracy.
– Nie wiem, myślisz, że ona się nie zorientuje?
– Jeżeli postąpimy tak, jak mówię, i nie wyskoczysz z czymś głupim, to już niedługo Nina będzie tu siedzieć z nami. Odpisałeś na wiadomość?
– Tak, za jakiś czas ma mi dać znać, co i jak. Dimitri, jesteś pewien?
– Dobra, to inaczej. Co stracisz, jeśli spróbujesz? I tak jej nie masz. Odeszła. – Prowokuje mnie, jestem tego świadom, a bardzo tego nie lubię. – Jeżeli nie wypali, nic się nie zmieni. Nadal jej nie będzie, a jak spróbujesz, może się uda i ją odzyskasz. Proste, stary.
Zastanawiam się nad jego słowami. Ma rację, jednak w tym pomyśle jak dla mnie jest zbyt wiele niewiadomych, a za tymi też nie przepadam.
– Za dużo sytuacji opiera się na przypadkach. To niedobrze.
– Okej. – Podnosi się z krzesła. – To nie próbuj, tylko nie biadol mi później, że straciłeś kobietę swojego życia. Pisanie do niej wiadomości i e-maili nie wystarczy. Zraniłeś ją. Nieumyślnie i nie z twojej winy, ale zraniłeś. I tylko to się liczy. Myślisz, że zwykłe „przepraszam, to nie moja wina” wystarczy? Kolacja, butelka wina i seks na zgodę? Z inną kobietą może by to przeszło. Z nią... nie. – Rzuca na stół kilka banknotów i wychodzi. Nie odwraca się do mnie ani razu.
Na usta cisną mi się przekleństwa. Ma rację. Ona nie odpuści tak łatwo. To nie ten typ.
Wstaję i podchodzę do kelnera. Wręczam mu pieniądze za jedzenie, po czym opuszczam lokal. Jestem tak skupiony na swoich myślach, że dopiero przy samochodzie orientuję się, że mój przyjaciel stoi oparty o maskę.
– To od jutra zaczynamy działać?
– Tak i przepraszam, że w ciebie zwątpiłem, ale to się wydaje takie nierealne… – Klepię go w ramię.
Ma sporo racji. Nic nie tracę, a mogę jedynie zyskać.
***
Pierwszy raz od dawna chciało mi się wstać i iść do pracy. Przez pół nocy analizowałem plan Dimitriego. Jeżeli to się uda i odzyskam rudzielca…
Wchodzę szybko do agencji, kiwam głową dziewczynie na recepcji i kieruję się od razu do biura przyjaciela. Widzę go przy oknie, stoi plecami do mnie, rozmawia przez telefon.
– Oczywiście, że miał obiekcje, to Kosma, ale znam go i pójdzie na to. – Robi pauzę i słucha odpowiedzi rozmówcy. – Dobra, informuj mnie. Witaj, przyjacielu – zwraca się do mnie. – Jak spałeś?
– Z kim rozmawiałeś? – rzucam, siadając na kanapie.
– Ze wsparciem, ale to nieważne. Kupiłem już bilety, lecę w przyszłym tygodniu. Podopinam wszystko, co muszę zamknąć, papiery zostawię ci na biurku. Będę pod telefonem, ale nie chciałbym, abyś do mnie dzwonił. Wiesz, jak jest.
– Lecisz sam czy kogoś bierzesz?
– Pytasz, czy lecę z kobietą?
Kiwam głową.
– Nie wozi się drewna do lasu.
Siada za biurkiem.
– Może Natasza by pojechała? – Zaczynam bębnić palcami w oparcie kanapy.
Była przy badaniach i to ona zleciła analizę resztek piwa z butelki. Poza tym wydaje mi się, że złapały z rudzielcem wspólny język. Może przyjaźnią bym tego nie nazwał, ale wiem, że się polubiły.
– Proszę cię, plan potrzebuje delikatności i finezji, a moja siostra nie ma ich za grosz. Ona od razu wyleciałaby z badaniami i kazała jej się ogarnąć. W sumie to jesteście do siebie bardzo podobni.
– Wal się. Proszę cię tylko o jedno: dawaj mi znać na bieżąco i nic nie zatajaj. Jeżeli ona… Po prostu mi powiedz.
– Co mam ci powiedzieć? – Drapie się po brodzie. – Czekaj, myślisz, że ona się z kimś spotyka?
Nie odpowiadam, jedynie patrzę na niego znacząco. Nie wiem, co mam mu odpowiedzieć. Boję się, że mogła kogoś spotkać.
– Pojebało cię do reszty? Czy ty w ogóle ją znasz? Nina nie jest typem kobiety skaczącej z kwiatka na kwiatek.
– To nie tak, stary. Ona porównała mnie do mojego jebniętego brata. Powiedziała mi, że jesteśmy tacy sami. A ja nie zrobiłem nic. Boję się, że będzie szukała ukojenia w… – Opuszczam głowę.
– Skończ, bo gadasz jak miękkie kluchy. A nie takiego cię pokochała.
Unoszę gwałtownie głowę. Pokochała? Mnie?
– Ona…
– Stary, proszę cię, myślisz, że tego nie było widać? Gdyby cię nie kochała, to to wszystko by po niej spłynęło. A jednak odeszła, bo nie była w stanie na ciebie patrzeć. A tak zachowuje się tylko zakochana kobieta, to raz. Dwa: zakochana i zraniona kobieta jest jak bomba i jak znam słoneczko, pozostaje nam czekać na jej wybuch, bo to na pewno nastąpi. Pytanie tylko, komu się oberwie. Obym to nie był ja. Dobra, miło się gada, ale mam spotkanie na mieście. Jak coś to dzwoń. – Zabiera swoje rzeczy i zostawia mnie samego w biurze.
Kontrast. Dylogia Fotograf. Tom 2
Copyright © Marcelina Baranowska
Copyright © Wydawnictwo Sabat
Wydanie I, Swarzędz 2026
ISBN: 978-83-68488-48-7
Redakcja: Aleksandra Baranowska
Korekta: Zuzanna Kłosek
Korekta poskładowa: Sandra Jabłońska-Hegmit
Skład i łamanie: Sandra Jabłońska-Hegmit
Projekt okładki: Patrycja Kubas
Zezwalamy na udostępnianie okładki w Internecie.
All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
instagram.com/slonecznikowa.panna
www.wydawnictwosabat.pl
facebook.com/wydawnictwosabat
instagram.com/wydawnictwosabat
tiktok.com/@wydawnictwosabat1
KONTRAST
Kadr 1
Kadr 2
Stopka redakcyjna
Przypisy końcowe
1 Panemorfi (gr.) – przepiękna.
