Kołyska. Tom 1. Kiedyś przyjdzie ta chwila - Magdalena Chrzanowska - ebook
NOWOŚĆ

Kołyska. Tom 1. Kiedyś przyjdzie ta chwila ebook

Magdalena Chrzanowska

0,0

Opis

„Kołyska” – pierwszy tom dylogii „Kiedyś przyjdzie ta chwila” – to poruszająca saga rodzinna osadzona na północnej Lubelszczyźnie u progu II wojny światowej. 
Marzec 1939 roku. W spokojnej wsi Torfiska życie toczy się zwykłym rytmem. Osiemnastoletnia Olesia Ruczajówna nie chce wychodzić za mąż za Kazika Kosmaka – marzy o kontynuowaniu nauki i życiu innym niż to, które zaplanowali dla niej rodzice. Tymczasem nad Polską gromadzą się wojenne chmury, a mobilizacja rozdziela bliskich sobie ludzi i przekreśla młodzieńcze plany.
W pobliskim Jawornie los splata historię chłopskiej rodziny Ruczajów z ziemiańskim rodem Miodnickich. Zakazane uczucie, sekrety, dramatyczne wybory i wojna, która odbiera wszystko – bliskich, dom, poczucie bezpieczeństwa i marzenia – stają się początkiem wielkiej opowieści o miłości, stracie i walce o przetrwanie.
W trudnej okupacyjnej rzeczywistości bohaterowie próbują ocalić siebie i tych, których kochają. Gdy mężczyźni trafiają do niewoli lub podejmują walkę z najeźdźcą, a kobiety heroicznie stawiają czoło brutalnemu światu, jedna tajemnica zaczyna zmieniać losy obydwu rodzin.
„Kołyska” to wielowymiarowa opowieść o kobietach silniejszych niż same mogłyby przypuszczać, o miłości wystawionej na próbę i o tym, że nawet w sytuacji, która wydaje się bez wyjścia, człowiek rozpaczliwie trzyma się nadziei.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 368

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © 2026 by Magdalena Chrzanowska

Copyright for this edition © 2026 by Axis Mundi

REDAKTOR PROWADZĄCY: Marta Szelichowska

REDAKCJA: Mariola Będkowska

KOREKTA: Monika Turała

KOREKTA TECHNICZNA: Basia Borowska

PROJEKT OKŁADKI: Izabela Surdykowska-Jurek

ZDJĘCIE AUTORKI: Archiwum prywatne Autorki

ILUSTRACJE NA OKŁADCE: © Kai Alves @ Adobe stock

Wydanie I

ISBN 978-83-8412-917-3

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część książki nie może być wykorzystana bez zgody wydawcy.

Niniejsza powieść stanowi wytwór wyobraźni, a wszelkie podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych, wydarzeń i miejsc jest całkowicie przypadkowe. Okładka została częściowo zmodyfikowana za pomocą sztucznej inteligencji.

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Weronika Panecka

Główne postacie:

I. Chłopska rodzina Ruczajów mieszkająca we wsi Torfiska: Rozalia i Władysław oraz ich dzieci:

– Wiktor

– Aleksandra „Pliszka”

– Janek „Konar”

– Marynka (Marianna)

– Tadeusz

– Tereska

II. Hrabiostwo Miodniccy mieszkający w pałacu w Jawornie: Emilia i Bogusław oraz ich dzieci:

– Melania

– Jerzy „Dacjan”

III. Ziemiańska rodzina Borowiczów z Zalipna:

Matylda i Konstanty oraz ich syn

– Stanisław

IV. Inni

1. Walentyna Koleska „Wilga” – wiejska nauczycielka

2. Katarzyna Grelakówna – pokojówka w pałacu

3. Julka Miturzanka – podkuchenna w pałacu

4. Doktor Zychter, doktor Rybiński – lekarze kolejno praktykujący w Jawornie

5. Kazimierz Kosmak – narzeczony Aleksandry Ruczajówny

6. Lidka Radczakówna – narzeczona Jerzego Miodnickiego

7. Wanda Śnieżanka – przyjaciółka Marynki Ruczajówny

8. Czesław Butyrko – administrator (rządca) w majątku Miodnickich

Wprowadzenie

Kiedyś przyjdzie ta chwila to powieść historyczno-obyczajowa składająca się z dwóch tomów. Inspiracją do jej napisania stały się dla mnie przeczytane w długie jesienne i zimowe wieczory książki o tematyce związanej z drugą wojną światową oraz pierwszymi latami powojennymi (na końcu załączam bibliografię), głównie wspomnienia ludzi żyjących w tamtych czasach. Tak mnie one wciągnęły, że postanowiłam napisać powieść z wymyśloną przez siebie historią, ale na tle autentycznych wydarzeń. Zarówno postaci, jak i nazwy miejscowości są fikcyjne, chociaż pojawiają się też czasem miejsca rzeczywiście istniejące.

Nie tylko jednak literatura mnie zainspirowała, lecz także przekazy ustne, które od lat przechowuję w pamięci. Jako nauczycielka historii, rozpoczynająca pracę w wiejskim liceum na początku lat osiemdziesiątych, chętnie słuchałam relacji świadków wydarzeń z czasów wojny i okupacji oraz z pierwszych lat powojennych. Zapamiętałam zwłaszcza wspomnienia moich starszych kolegów nauczycieli, pana Franciszka Gałeckiego, żołnierza AK, zesłanego na Syberię, a po wojnie więzionego przez UB, oraz pana Jana Sienkiewicza, świadka tragicznych wydarzeń w swojej wsi podczas niemieckiej okupacji.

W atmosferę tamtych lat wprowadziły mnie także opowieści o przeżyciach pani Anny Szot, wywiezionej w lutym 1940 roku wraz z rodziną na Syberię, i jej bliskich, którzy bardzo mocno odczuli zmiany ustrojowe w powojennej Polsce. Tragiczne losy tej rodziny poznałam dzięki córce pani Anny, Danucie (Anna Szot w momencie naszej rozmowy miała już 104 lata), a kontakt umożliwiła mi ich kuzynka, Maria Królicka. Obu Paniom serdecznie dziękuję.

Poprzez historię, którą snuję w swojej powieści, pragnęłam pokazać tragedię młodego pokolenia lat wojny oraz dwóch okupacji, hitlerowskiej i sowieckiej, stąd oprócz losów głównej bohaterki znalazły się tu wojenne przeżycia kilku innych osób z jej otoczenia. Dużo już na ten temat napisano, ale ludzkich dramatów było znacznie więcej. A szczególnie zależało mi na przypomnieniu tragicznych losów tych, którzy narażali swoje życie, walcząc o wolną Polskę z hitlerowcami, a kiedy przyszedł koniec wojny, znaleźli się w ubeckich więzieniach; wielu z nich tam zakatowano. Paradoks. Przeżyli wojnę, a zostali zamordowani w czasach pokoju, w ojczyźnie, o której wolność walczyli.

Studiując literaturę, która zainspirowała mnie do napisania powieści, zwróciłam też uwagę na pewną rzecz. Otóż ludzie w swoich wspomnieniach często nie oceniali innych w aspekcie przynależności do jakiegoś państwa, narodu czy grupy społecznej, a bardziej zwracali uwagę na to, czy to był porządny człowiek, czy też drań i podlec.

Akcja mojej dylogii toczy się na północnej Lubelszczyźnie, więc używam – w miarę możliwości – takiego języka, jakim się tam dawniej posługiwano. Zależało mi na wprowadzeniu do powieści klimatu tamtych czasów. Pamiętam jeszcze trochę gwarę, którą mówiły moje babcie i dziadkowie. Starałam się ją w miarę możliwości odtworzyć, ale tak, aby można było zrozumieć wypowiedzi bohaterów. Nie wszystko zresztą da się w języku pisanym oddać.

Magdalena Chrzanowska, styczeń 2026 r.

Rozdział I

 Wieś Torfiska, marzec 1939 roku

Ola Ruczajówna obudziła się, gdy tylko kogut rozpoczął swoje poranne pianie. Otworzyła oczy, ale natychmiast je przymrużyła, gdyż zaskoczyła ją bijąca od okna jasność. Poprzedniego dnia, na świętego Józefa, było jeszcze pochmurnie, a nawet trochę popadał deszcz, zmywając resztki zalegającego od północnej strony zabudowań śniegu, ale od świtu już świeciło słońce, które zapowiadało zbliżającą się wielkimi krokami wiosnę, zgodnie z ludowym porzekadłem: Święty Józef kiwnie brodą, idzie zima na dół z wodą.

W chałupie z rana było zimno, Olesi nawet stóp spod pierzyny nie chciało się wysunąć, chociaż miała naciągnięte wełniane skarpety, więc ciepła jasność za szybą niewielkiego okna łatwo ją skusiła. Wyskoczyła z łóżka, starając się nie obudzić śpiących obok sióstr, na koszulę nałożyła wełnianą spódnicę i krótki kożuszek, stopy wsunęła w drewniaki, które wystrugał jej starszy brat Wiktor, i wyszła na podwórze.

Kiedy siedziała na progu spichrza, wystawiając twarz i gołe łydki do słońca, nagle pojawiła się przy niej Cyganka.

– Nie będziesz ty szczęśliwa, dziewczyno, oj, nie będziesz. – Zanim Ola się zorientowała, obca kobieta już trzymała jej rękę. – Coś złego nad tobą wisi, złociutka – prorokowała grobowym głosem, z uwagą wpatrując się w otwartą dłoń Ruczajówny. – Jakieś nieszczęścia widzę – ciągnęła. – Oj, niedobrze! Nieeedobrze! Ktoś cię skrzywdzi, młoda.

Olesia słuchała tego z przerażeniem. Nie była na tyle naiwna, żeby wierzyć w takie przepowiednie, ale Cyganka jakoś tak strasznie wyglądała – miała ciemną, pomarszczoną twarz, wysuniętą do przodu dolną szczękę, świdrujące czarne oczy. A ręka, która ściskała dłoń Oli, była chuda, żylasta i silna.

– Ale nie bój się, złociutka – mówiła już teraz łagodnie wróżbiarka. – My, Cyganki, swoje sposoby mamy na takie przekleństwa. Potrafimy złe odpędzić.

Wciąż stała pochylona nad dłonią Aleksandry, ale jednocześnie rozglądała się z ciekawością po obejściu.

Olesia zdążyła już wypuścić kury z kurnika i sypnąć im trochę ziarna, więc ptactwo pracowicie zbierało je dziobami z ziemi. I bardzo się przy tym uwijało. To ono przyciągnęło pożądliwe spojrzenie Cyganki.

Tymczasem Rozalia Ruczajowa, która akurat sypała do niecki mąkę, żeby przygotować zacierkę, zobaczyła przez okno zagadującą jej córkę Cyganichę i mocno się zdenerwowała, zwłaszcza że w krzakach za płotem zauważyła drugą, która obserwowała podwórko.

Otrzepała ręce z mąki i energicznie ruszyła do drzwi. Otworzyła je i wyszła przed chałupę.

– A poszła stąd! Co mi tu dziewczynę bałamucisz! – krzyknęła w kierunku nieproszonego gościa, a Ola, wykorzystując sytuację, że kobieta odwróciła głowę, wyrwała dłoń z jej ręki.

– Oj, powróżyć pani gospodyni, powróżyć. – Romka zwróciła się teraz do Rozalii. – Cyganka prawdę ci powie.

– Zostaw nas w spokoju! – Ruczajowa ruszyła w stronę spichrza. – Nie potrzebujemy twojego pogańskiego wróżenia.

– Nad waszą córką złe wisi, gospodyni. – Głos starej Cyganki znów przybrał grobowe brzmienie. – Urok ktoś na nią rzucił. – Zaraz jednak na jej twarzy pojawił się przymilny uśmiech. – Ale, jak dacie, kobieto, jaką kurkę albo kogucika, to przekleństwo z niej zdejmę.

– Idźże mi z podwórza, bo psem poszczuję! – Rozalia stanęła przed intruzką w lekkim rozkroku, a zaciśnięte pięści oparła na biodrach. – Jeszcze zima na dobre nie odeszła, a wy już się po wsi szwendacie. Strach kury z kurnika wypuścić, bo zaraz ginąć zaczną. Poszła mi stąd, mówię! – krzyknęła.

Żeby groźniej wyglądać, bo Burka nie było ani widać, ani słychać, chwyciła stojącą przy drzwiach spichrza starą, wydartą miotłę i machnęła nią przed nosem Cyganichy. Ta jednak nawet się nie poruszyła.

– To choć jajek parę dajcie, dobra kobieto. Rodzinę nakarmić muszę.

– A ty myślisz, że ja gęb do wykarmienia nie mam? – Ruczajowa znów machnęła miotłą. – Do roboty jakiejś się weź! – Teraz na dobre się rozsierdziła. – Przyjdziesz w polu albo obejściu pomóc, to coś do jedzenia dostaniesz. Mnie nikt za darmo nie daje.

– Oj, pożałujecie, gospodyni. Pożałujecie. – Romka pokręciła głową i splunęła na ziemię. – Przeklinam ciebie i dzieci twoje! Wszystkich was przeklinam! – rzuciła ze złością, wykonując przy tym jakiś dziwny ruch rękami i ruszyła w stronę szeroko otwartych wrót. Jeszcze po drodze suszący się na płocie garnek strąciła.

– Matulu, może trzeba jej było dać tych jajek – odezwała się nieśmiało Olesia, kiedy Cyganka opuściła podwórko.

– Raz jej dam, to już się nie odczepi. – Rozalię kobieta wytrąciła nieco z równowagi. – Zanęci się i będzie co i rusz przyłaziła. Nie ma się czym przejmować. Głupie gadanie. – Machnęła ręką i ruszyła w stronę chałupy. – Odziej się, Olesia, krowę trza wydoić. – Zatrzymała się jeszcze. – Ale najpierw zdrowaśkę choć jedną zmów, żeby złe odgonić. Tak na wszelki wypadek – dodała. – Łażą te Cyganichy i tylko patrzą, co by tu z podwórza zgarnąć i pod spódnicą schować – mruczała jeszcze do siebie, otwierając drzwi.

– A tatulo gdzie? – zawołała za nią dziewczyna.

– Toć pojechał zobaczyć, czy orać się już da. – Rozalia zatrzymała się i odwróciła głowę. – Owies zaraz trza będzie siać i kartofle sadzić. A Burek pewnie za nim poleciał, bo coś go nie słychać. Inaczej by tę Cyganichę przegonił.

– Chłopaki też na pole pojechały? – dopytywała się dalej Ola.

– Ano poleciały za wozem, bo szkoda kobyły, żeby tylu ciągnęła.

Matka weszła do chałupy, a dziewczyna postanowiła podelektować się jeszcze przez chwilę ciepłem promieni słonecznych. Odmówiła modlitwę, jak nakazała rodzicielka, i się zamyśliła. Zaraz po pierwszych sianokosach miała zostać żoną Kazika Kosmaka. Czy czuła się z tego powodu szczęśliwa? Nie potrafiła odpowiedzieć sobie na to pytanie. Wszystko odbyło się tak szybko. Przyszedł do nich kiedyś ojciec Kazika z sąsiadem, Józefem Sroką, postawili na stole butelkę gorzałki, pogadali z jej rodzicami, potargowali się o posag i ustalili termin zrękowin. Aleksandry nikt o zdanie nie pytał. Tatulo powiedział, że tak musi być, więc nie protestowała. I dodał, że przecież Kosmaki to bogaci gospodarze, a Kazik, jak kiedyś pospłaca młodszych braci – dwie jego siostry już całkiem nieźle wyszły za mąż – sam zostanie na gospodarstwie. A morgów sporo mają. Ojciec stwierdził, że Olesia biedy u nich nie zazna, więc powinna być zadowolona. Ale ona sama nie wiedziała, czy chce iść za Kazika. Ani czy jest to akurat powód do radości. A nawet gdyby nie chciała, to nie zamierzała sprzeciwiać się ojcu. Wpojono jej, że rodzicom winna jest szacunek i całkowite posłuszeństwo, a to wykluczało bunt czy jakąkolwiek dyskusję. Jej matka też nie wyszła za mąż z miłości. Opowiadała kiedyś, że spośród trzech kandydatów, którzy przysłali w zapusty swoich swatów, zdecydowała się na Władka, bo nie pił i nie przeklinał. I była bardzo z siebie dumna, że sama sobie męża wybrała. Opiekujący się nią bracia – rodzice już wtedy nie żyli – jak najszybciej chcieli wydać ją za mąż, więc bez oporów zgodzili się na ten wybór.

Kazika Ola znała od zawsze i nawet go lubiła. Był jak starszy brat. Miał posłuch wśród miejscowych chłopaków, więc gdy Wiktora nie było w pobliżu, a Olesi ktoś dokuczał, Kosmak stawał w jej obronie. Już wtedy mówił, że Ola zostanie jego żoną. Na razie jednak pasali razem z innymi dzieciakami gęsi i krowy, zbierali jagody, kąpali się w gliniankach i grali w pikiera albo w chowanego.

Kazimierz podobał się dziewczętom. Nie był zbyt wysoki jak na mężczyznę, ale za to silny, barczysty; worek zboża bez trudu na plecy sobie zarzucał. Kazik jednak tylko za Olesią wodził z zachwytem swoimi szarymi oczami. I nic dziwnego, bo dziewczyna z niej była jak malowanie: wysoka, smukła, o jasnych włosach, niebieskich oczach i cerze tak delikatnej, jakby urodziła się i wychowała w pałacu, a nie w wiejskiej chacie. Wyglądała trochę inaczej niż reszta rodzeństwa, które miało kasztanowe włosy, ciemne oczy i raczej krępą budowę ciała.

Podobno kiedy Rozalia była z Olesią w ciąży, zapatrzyła się na księdza Eugeniusza, młodego, drobnego blondynka, który długo na parafii w Jawornie nie zabawił, gdyż wyjechał na studia do Rzymu. W każdym razie tak wygląd dziewczynki komentowały mieszkanki wsi, a niektóre być może nawet w to wierzyły, bo przecież księżulo ojcem Olesi nie mógł być, gdyż wobec kobiet był bardzo nieśmiały, więc innego wytłumaczenia nie było. Jednak te bardziej dociekliwe gospodynie mimo wszystko coś innego podejrzewały. Z czasem jednak wszystko ucichło, a wieś zajęła się swoimi sprawami.

Aleksandra Ruczaj jako dziecko uwielbiała się uczyć i do szkoły – w Torfiskach była czteroklasowa – chodziła z wielką ochotą. Tylko bardzo ubolewała nad tym, że rok szkolny zaczynał się dopiero po wykopkach; przecież dzieci potrzebne były rodzicom do pomocy przy zbieraniu ziemniaków. Z otwartą buzią słuchała młodziutkiej nauczycielki, panny Walentyny, kiedy ta opowiadała o dziwnych zwierzętach i roślinach, o maszynach, które same, bez wołu albo konia potrafią pole zaorać, i o innych ciekawych rzeczach, pobudzając tym wyobraźnię dziewczynki. I Ola starała się mówić tak, jak panna Walentyna, a nie miejscową gwarą.

Klasy piątą i szóstą Ruczajówna ukończyła już w Jawornie, a chodziła do szkoły pieszo, bez względu na pogodę, z grupką innych dzieci, pokonując w jedną stronę prawie cztery kilometry. Kiedy po szóstej klasie rodzice posłali ją do siódmej, czyli kończącej edukację, a nie do gimnazjum, które otwierało drogę do dalszego kształcenia, zrobiło jej się bardzo przykro, chociaż wiedziała, że o gimnazjum może tylko pomarzyć; jako najstarsza z sióstr potrzebna była do pomocy w domu. I tak mogła się uważać za szczęściarę, gdyż Ruczajowie, jako właściciele nieco ponad osiemnastu mórg ziemi, zaliczali się do gospodarzy średniozamożnych. Dzieci z biednych rodzin zazwyczaj kończyły edukację na czwartej klasie, a i to nie wszystkie. Jej kolega, Witek Stasiak, który powtarzał trzecią klasę, w wieku jedenastu lat został oddany na służbę do bogatego gospodarza, gdyż rodzice, posiadający tylko cztery morgi ziemi, nie byli w stanie wykarmić wszystkich dzieci, a mieli ich dziewięcioro. Najstarsza, Weronika, która była opiekunką młodszego rodzeństwa, już wcześniej naukę przerwała, bo gdy dziewiąte dziecko było w drodze, czternastoletnią wówczas Werkę wysłano do miasta, gdzie została służącą u zamożnych ludzi. Opiekę nad rodzeństwem przejęła wtedy jej młodsza siostra. Taki los spotykał wiele wiejskich dzieci. A w mieście, w biednych rodzinach, też nie było lepiej.

Aleksandra do szkoły uczęszczała tylko w miesiącach jesiennych i zimowych, bo gdy robiło się cieplej, na naukę brakowało czasu; trzeba było wtedy paść gęsi w przydrożnym rowie lub pędzić krowę na łąkę albo pod las i tam jej pilnować. Inne dzieciaki również z krowami przychodziły, i wszystkie boso. Buty nosiły tylko późną jesienią i zimą, i to nie każde, gdyż czasem na całą rodzinę była tylko jedna para, a niektóre butów w ogóle nie miały. Jej koleżankę, Wacię Karolkównę, zimą starszy brat przynosił do szkoły na plecach, a nogi miała wówczas owinięte onucami z wełnianego sukna. Wacka bardzo chciała się uczyć, ale rodziców nie było stać na buty dla niej.

W gromadzie nudy nie było, dzieciarnia zawsze coś sobie wymyśliła do zabawy. Tylko musieli uważać na bydło, żeby w las nie poszło. Ale to właściwie nie stanowiło problemu, gdyż z lasu można je było zawrócić. Gorzej, jak krowy pasły się na wspólnej, serwitutowej łące, gdzie były torfowiska i rowy wypełnione wodą. Tego miejsca dzieci bardzo nie lubiły, bo zwierzęta ciągnęło, żeby się napić, i bywało, że krowa weszła do wody, ugrzęzła i nie dała rady samodzielnie wyjść. Czasem udało się którąś uratować, jeśli dorośli szybko przybiegli ze sznurami i zdążyli ją chociażby za rogi chwycić, ale najczęściej bagno krowę wciągało. A zdarzyło się, że i dziecko się utopiło; dziesięcioletni syn Marczuków, Bronek, utonął. Poślizgnął się na mokrej trawie i wpadł do torfowiska. Kiedy ludzie przybiegli i go wyciągnęli, już nie żył. Potem przez jakiś czas dzieci nie chodziły z krowami w tamto miejsce. To przez te mokradła i wydobywany z nich torf nadano kiedyś wsi nazwę Torfiska.

Teraz Aleksandra krowy ani gęsi już nie pasała, należało to do obowiązków jej rodzeństwa, piętnastoletniego Tadzia, czternastoletniej Marynki oraz o dwa lata młodszej od niej Tereni. A Ola miała już prawie dziewiętnaście lat. O dalszej nauce i tak nie mogło być mowy, więc pogodziła się z tym, że zostanie wydana za mąż. Pora była najwyższa, bo jeszcze trochę, a byłaby uważana we wsi za starą pannę.

Olesia staropanieństwa się nie bała i niespieszno jej było do ołtarza, ale ojciec ją przekonał, że jak się trafia dobry kawaler – w tym sensie, że ich pola blisko wsi i po sąsiedzku, więc łatwiej obrabiać i nie trzeba daleko jechać – to takiej okazji zmarnować nie można.

Plany rodziców jednak nie były po myśli Aleksandry, którą bardziej ciągnęło do nauki niż do zamążpójścia. I praktycznie nie przestała się uczyć, chociaż do szkoły już nie chodziła. Przeczytała wszystkie książki, jakie posiadała panna Walentyna, a była to głównie literatura piękna – powieści Sienkiewicza, Prusa, Orzeszkowej, Reymonta – książki przyrodnicze oraz poradniki dla gospodyń. Szczególnie zainteresował ją poradnik o uprawie i konserwowaniu żywności, a zdobytą wiedzę wykorzystywała w praktyce. Kisiły z matką kapustę, ogórki, marchew i buraki, a także grzyby, natomiast twaróg, żeby nie zjełczał, obsypywały solą, a mięso układały w glinianych garnkach i zalewały solanką albo obkładały pokrzywą i zawijały w płócienną szmatkę skropioną octem. Natomiast marmolady zamykały w wekach, co na wsi nie było jeszcze zbyt powszechne. To wszystko przechowywały w specjalnie do tego celu wymurowanej piwnicy, której wejście znajdowało się od północnej strony. Składowane tam też były ziemniaki oraz warzywa.

Sporo praktycznej wiedzy Aleksandra zdobyła, czytając poradniki pożyczane od panny Walentyny. A później pojawiła się w ich wsi biblioteka objazdowa, z której systematycznie korzystała. Wypożyczała książki z zakresu zdrowotności, gospodarstwa, techniki i historii, a czasem też jakieś powieści. Od wiosny do jesieni nie miała zbyt wiele wolnego czasu, ale kiedy tylko mogła, sięgała po książkę i przynajmniej jedną stronę przeczytała. Zimą wolnych chwil było więcej, lecz wcześnie robiło się ciemno, a czytanie przy lampie naftowej bardzo męczyło oczy. I ojciec się złościł, że nafty za dużo zużywa, zwłaszcza gdy zbiory były słabe i trzeba było na wszystkim oszczędzać. Ona jednak nie potrafiła zrezygnować z czytania. Zauważyła, że dzięki temu lepiej rozumie otaczający ją świat i nabiera pewności siebie.

Pęd do wiedzy Ola mogła w jakiś sposób realizować, chociaż trafiała na przeszkody, ale pragnienie posiadania skrzypiec i umiejętności gry na nich, co w pewnym momencie odkryła, pozostawało w sferze marzeń.

Kiedyś, a miała wówczas może dziesięć czy jedenaście lat, podeszła wieczorem z grupką dzieci w pobliże taboru cygańskiego koczującego na skraju lasu, a tam płonęło ognisko, przy którym młody Cygan grał na skrzypkach. Była to bardzo rzewna, rozdzierająca serce melodia. I Olesię tak ta gra urzekła, że posiadanie skrzypiec stało się jej pragnieniem. I od tej pory co jakiś czas prosiła ojca, żeby jej taki instrument kupił. Dla Ruczaja był to jednak zbyt duży wydatek. Ola musiała zapomnieć o tym, że kiedyś będzie grała tak, jak ten młody Rom. Tabor pojechał dalej, więc dziewczynie pozostało słuchanie gry karczmarza. Wymykała się w niedzielne popołudnia z chałupy i szła w okolice karczmy, gdzie Żyd Josko przygrywał na skrzypcach biesiadującym w karczmie gościom.

– Ruszże się, Olesia! – Ruczajowa znów pojawiła się w drzwiach chałupy, przerywając córce rozmyślanie. – Ile można jedną zdrowaśkę odmawiać! Chłopaki z ojcem głodne zaraz przyjadą, idźże krowę doić! A i dziewczynki na zacierkę czekają.

Już się miała cofnąć, kiedy od strony drogi rozległ się krzyk.

– Zaczekajta, Ruczajka! Pismo dla was mam! – Kobieta w średnim wieku, w zapasce na szerokiej, burej spódnicy i w kożuszkowym serdaku szybkim krokiem zmierzała w kierunku chałupy Ruczajów. – A właściwie dla waszego syna. Tak powiedział policjant, co te pisma roznosił. – Zatrzymała się, ciężko dysząc. – Pytał o Wiktora, alem mu powiedziała, że w chałupie go nie ma, bom widziała, jak za ojcem na pole poleciał. No to on mi to dał. – Wyciągnęła rękę, w której trzymała zapełnioną drukiem niebieską kartkę. – Ale nakazał na Matkę Boską przysiąc, że oddam waszemu synowi, jak tylko wróci. I więzieniem zagroził, jakbym nie oddała. To ja od razu w te pędy do was, bo widać coś ważnego, kiedy aż przysięgać kazał.

– Bóg zapłać, sąsiadko, za fatygę. – Ruczajowa wzięła do ręki pismo, a że nie było ono w całości drukowane, a Rozalia tylko druk czytała, przekazała je córce.

– Wezwanie dla Wiktora do wojska – powiedziała po chwili Aleksandra, nie odrywając wzroku od kartki. – Ma pociągiem jechać zaraz po Zwiastowaniu. Tu napisali, do jakiej miejscowości.

– To po niedzieli będzie, bo Zwiastowanie w sobotę wypada – odezwała się sąsiadka, Leokadia Sroka, nazywana od imienia męża Józwową.

– O mój Boże! – zawołała Rozalia, chwytając się za głowę. – To ta Cyganicha! Ona winna i to jej przekleństwo!

– Matulu, to nie ona. – Olesia jakoś nie widziała w tym winy Cyganki. – Wezwanie już wcześniej napisali.

– Przecie on już swoje odsłużył, dwa lata go nie było, to po co znowu go wzywają! – Ruczajowa dalej rozpaczała. – Co my tu bez niego zrobiemy? Pora orki, siania, koszenia łąki. Ojciec sam z Jankiem nie dadzą rady. Jaśkowi dopiero na siedemnasty rok idzie, a Tadzik to jeszcze dzieciak. – Opuściła bezradnie ręce. – Toć on nawet na twoim weselu nie będzie – zwróciła się do córki.

– Z polem jakoś sobie poradzimy. Kazik pomoże – pocieszyła matkę Olesia. – A Jasiek lada dzień skończy siedemnaście. To już prawie dorosły chłop.

– Wy się śpieszta z tym weselem, bo jeszcze i tego twojego Kazika zabierą – włączyła się sąsiadka. – Tu paru chłopaków takie papiery dostało, bo ten policjant dalej po wsi poleciał.

– Oj, Józwowa, Józwowa, aleśta mi smutek zrobili z samego rana. – Rozalia wciąż była niepocieszona.

Co z tego, że innych też wzywali. Jej pierworodny miał jechać do wojska, nie wiedziała nawet, jak daleko. A kiedy wróci, też nie było wiadomo. Była spokojniejsza, gdy wszystkie swoje dzieci miała przy sobie. Olesia szykowała się za mąż, ale tylko kilka chałup dalej, to córkę i tak będzie miała pod bokiem.

Rozalia urodziła jedenaścioro dzieci, ale tylko sześcioro przeżyło. Śmierć pierwszego, które odeszło zaraz po porodzie, zanim jeszcze Wiktor przyszedł na świat, mocno nią wstrząsnęła. Następne po Wiktorze też zmarło, ale mniej jego śmierć przeżywała. A kolejne chowała już ze spokojem. Bóg dał, Bóg zabrał, mówiły w takiej sytuacji głęboko wierzące, wiejskie kobiety, pogodzone ze swoim losem.

Spojrzała w kierunku drogi.

– O! Chłopaki wracają.

– To ja już pójdę. – Sąsiadka nie chciała znów słuchać narzekania matki, której syna do wojska wzywali. Ona na szczęście miała cztery córki i syna, któremu do wieku poborowego sporo jeszcze zostało.

– Witajcie, Srokowo! – zawołali radośnie młodzi Ruczajowie, mijając ją.

– Niech pan Bóg da wam dobry dzionek – dodał najstarszy.

– A ciebie niech ma w swojej opiece – mruknęła pod nosem kobieta, wychodząc przez otwarte wrota.

– A czego sąsiadka taka markotna? – zwrócił się do matki Wiktor. – Stało się co?

– A stało, stało. Do wojska znów cię bierą. – Rozalia spojrzała na syna ze łzami w oczach. – Roboty tyla. Jak my sobie tu bez ciebie poradziemy? – Otarła oczy zapaską.

Wiktor przez moment patrzył na matkę tak, jakby miał problem ze zrozumieniem tego, o czym mówiła.

– Przecież ja już swoje odsłużyłem – mruknął wreszcie, wzruszając ramionami.

– Dwoje naraz z chałupy odejdzie – lamentowała dalej Ruczajowa. – Toć niedługo i Olesia dom rodzinny opuści. Zostaną tylko Jasiek, Tadzik i dziewczynki.

– Mniej gęb do wykarmienia. – Chwilowy szok minął i Wiktor postanowił z humorem potraktować sprawę. – Teraz to pewnie tylko na jakieś ćwiczenia biorą, to i rychło wrócę.

– Podobno i inni wezwania dostali – włączyła się do rozmowy Olesia.

– Kazik też?

Wiktor spojrzał na siostrę, a ta aż się zarumieniła. Nawet nie pomyślała w tej sytuacji o narzeczonym. No cóż, nie była zakochana, więc jej serce nie zareagowało niepokojem.

– Gdyby dostał wezwanie, to na pewno by już tu był – odezwał się Janek, spoglądając w stronę wrót. – O! I tatulo też wracają. My na skróty przez groblę przylecieliśmy.

W tym momencie na podwórko wjechał wóz na drewnianych kołach opasanych metalowymi obręczami. Ciągnęła go jasnoszara kobyła, a obok szedł szczupły mężczyzna w średnim wieku z sumiastymi wąsami.

– A wy to nie mata żadnej roboty, że tak tu wszystkie stoita?

Władysław Ruczaj wyglądał na zdenerwowanego. Wstał przed wschodem słońca, żeby zobaczyć, czy na pole po roztopach da się już z kobyłą wejść, bo pod owies i kartofle ziemię trzeba było jak najszybciej przygotować, a tu jego rodzina dzień marnotrawiła.

– Rozalka, dawaj pajdę chleba i skopek mlika, bo jadę orać na tym pagórku za gościńcem; tam już sucho. Do zachodu słońca pewnie mi zejdzie – dodał i zawiesił kobyle przy pysku worek z obrokiem. – A wy, chłopaki, obrządki porobita – zwrócił się do Janka i Wiktora. – I gnój z obory trza wyrzucić. Tadzik – rzekł do najmłodszego z synów, który bawił się właśnie z Burkiem. – Siwej słomy później podścielesz.

– Ale my tu zgryzotę mamy. – Ruczajowa wyciągnęła do męża rękę, w której trzymała kartkę. – Wezwanie dla Wiktora do wojska przyszło.

– Jakże to?

Władysław wziął pismo i przesylabizował nagłówek. Drukowane owszem czytał, ale zajmowało mu to zawsze trochę czasu; teraz nie zamierzał się wysilać. Pieczęć na papierze była, znaczy urzędowe.

– Przecie on już swoje odsłużył – mruknął zdziwiony. – Niebieska, czyli na granicę z Niemcami ma się stawić.

Czyżby wojnę szykowali? Zaniepokoił się, ale nie miał odwagi powiedzieć tego na głos. Wiedział, że w wielkim świecie coś się działo, bo w radiu – Ruczaj jako jeden z nielicznych gospodarzy miał odbiornik – mówili o jakimś Hitlerze, co wojną groził, jednak nikt się tym we wsi bardzo nie przejmował. Nie tak dawno jedna wojna się skończyła i Niemcy łupnia dostali, to by już do drugiej parli? Niemożliwe, tłumaczyli sobie ludzie, bo chcieli spokojnie żyć.

Władysław należał do światlejszych gospodarzy w swojej wsi, chociaż do szkół nie chodził; jedynie czytać się nauczył i trochę rachować. Na więcej nie wystarczyło czasu. Jego rodzice ziemi mieli niewiele, a dzieci dużo, więc Władek od małego musiał pomagać w gospodarstwie. A gdy był już trochę starszy, to wybrał się na saksy do Niemiec. Pracował u bauera, porządnego człowieka, u którego nie dość, że zarobił sporo pieniędzy, za które później kupił trochę ziemi w Torfiskach, to jeszcze i wielu rzeczy się nauczył.

Ruczaj, mając świadomość tego, że aby mieć dobre plony, trzeba wiedzieć, jak gospodarować, najstarszego syna, Wiktora, posłał do Szkoły Rolniczej w Zwoleniu. Opłata nie była wysoka, dopłacało się tylko dziesięć złotych do kosztów internatu, co stanowiło równowartość kwintala owsa. Na tyle to Ruczaja było stać. Resztę pokrywał Sejmik Powiatowy w Kozienicach*.

Wiktor, gdy już ukończył szkołę i powrócił do domu, w zimowe wieczory, kiedy matka przędła, opowiadał rodzicom o tym, czego się nauczył na temat gospodarowania, a i czytał na głos książki, najczęściej powieści Sienkiewicza i Kraszewskiego, które jego ojciec bardzo lubił. Rodzeństwo też chętnie słuchało. Być może Olesia tym czytaniem i głodem wiedzy się od niego zaraziła, myślał czasem Władek, ale nie był chętny, żeby wysłać dziewczynę gdzieś daleko do szkoły. Uważał, że dobre zamążpójście będzie dla niej lepsze, zwłaszcza że trafił jej się dobry kandydat na męża.

– Matulu, a zacierki jeszcze nie ma? – W drzwiach chałupy pojawiła się Marynka. – Głodna jestem.

– O Jezu! Toć krowa niedojona. – Ruczajowa złapała się za głowę. – Olesia! W te pędy bierz wiadro i do obory! Przecie chłopaki też głodne. A jak zjesz, to pójdziesz do Jaworna, do Żyda, po cukier i naftę. A ty, Marynka, nie biadol, tylko kluski zagniataj!

Rozalia nie pozwalała swoim dzieciom wylegiwać się, wykręcać od roboty, robić coś ślamazarnie ani odkładać na później. Zwalczała nieposłuszeństwo i uczyła odpowiedzialności za swoje czyny. Dawniej, gdy któreś się przewróciło, to jeszcze zostało skarcone, że nie uważa na siebie. Ruczajowa kochała swoje dzieci miłością bezgraniczną, wiedziała jednak, że musi je przygotować do twardego życia, więc nie rozczulała się nad każdym rozbitym kolanem czy nosem. Podobnie postępował jej mąż. Władek też starał się być stanowczy, ale dzieci wiedziały, że ojciec ma miękkie serce i łatwo go przekabacić. Matka była bardziej nieustępliwa.

Z Torfisk do pobliskiego miasteczka nie było daleko. Te niespełna cztery kilometry Olesia pokonywała przecież, chodząc pieszo do szkoły, ale wiosenne słońce roztopiło śnieg i droga zrobiła się nieco grząska, a ona niosła w koszyku kopę jaj, żeby je sprzedać u Żyda. Gdyby się poślizgnęła i upuściła kosz, nie miałaby pieniędzy na cukier i naftę, więc starała się stąpać bardzo ostrożnie, brnąc po wyrobionym przez żelaźniaki błocie.

Kiedy zobaczyła dachy miasteczka, zboczyła z drogi i poszła wzdłuż parkanu okalającego dość rozległy pałacowy park, należący do hrabiostwa Miodnickich. Rosła tam trawa, więc przynajmniej nie było błota, a w pewnym momencie dochodziło się do utwardzonego kamieniami traktu prowadzącego do bramy. Stamtąd już blisko było do rynku w Jawornie, który o tej porze roku też tonął w błocie, rozjeżdżanym furmankami i rozdeptywanym przez bydło i konie.

Aleksandra zdążyła już wejść na trakt, kiedy z pałacowej bramy wyjechała dwukonna bryczka, powożona przez młodego mężczyznę. Cofnęła się, żeby nie zostać stratowaną przez pędzące konie, i podniosła głowę. Jej wzrok napotkał zaciekawione spojrzenie woźnicy. Trwało to chwilę, gdyż bryczka pomknęła dalej, ale ją jakby żar oblał od tego spojrzenia. A wieczorem długo nie mogła zasnąć, bo gdy tylko zamknęła oczy, przypominała jej się twarz mężczyzny.

* F. Kusyk, Z konspiracjiw Lubartowskiem. Wspomnienia, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1982, s. 12.

Rozdział II

W pałacu Miodnickich w Jawornie

W pałacu hrabiego Miodnickiego w Jawornie niespodziewana mobilizacja również poczyniła pewne zamieszanie. Pan hrabia wezwania nie dostał, ale paru parobków zabierali mu do wojska, co przed wiosennymi pracami w polu nie było dla niego bez znaczenia.

Bogusław Miodnicki słuchał radia i czytał gazety, więc zdawał sobie sprawę z napiętej sytuacji w Europie i z tego, że wojna wisiała na włosku. Hitler strasznie się panoszył. Ten pajac z Berlina, jak go niektórzy nazywali, był nie tylko mocny w gębie, gdy przemawiał do podekscytowanego tłumu, ale stawał się coraz bardziej niebezpieczny w swoich poczynaniach. Przed rokiem włączył Austrię do Niemiec, jesienią sięgnął po czeskie Sudety, a niewiele ponad tydzień temu zajął Czechy i Morawy.

Polska również nie mogła czuć się bezpieczna. W październiku trzydziestego ósmego roku Ribbentrop przedstawił ambasadorowi Lipskiemu żądanie oddania Niemcom Gdańska oraz przeprowadzenia przez polskie Pomorze eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej, które połączyłyby Rzeszę z należącymi do niej Prusami Wschodnimi. Rząd polski kategorycznie wówczas odmówił. Podobno niedawno Niemcy ponowili żądania. Czy to nie będzie przypadkiem dla Hitlera pretekst, żeby teraz sięgnąć po nasz kraj? – zastanawiał się Miodnicki.

Siedział w bibliotece przy porannej kawie i papierosie, snując polityczne rozważania, kiedy usłyszał pukanie. Wszedł stary kamerdyner, Feliks.

– Wielmożny pan Ignacy Zawiełło przyjechał – zaanonsował ziemianina z sąsiedztwa.

– To proś, Feliksie, proś!

Hrabia ucieszył się z tej wizyty, gdyż odczuwał potrzebę porozmawiania z kimś. Jego żona, Emilia, nie interesowała się polityką, syn przebywał w Warszawie, gdzie studiował, ale chyba też nieźle się bawił, bo znów trzeba mu było podesłać przez umyślnego pewną sumę pieniędzy, a córka była za młoda na takie rozmowy. Zresztą krąg jej zainteresowań ograniczał się do dziewczęcych spraw. Pan Bogusław pomyślał, że pogawędka z sąsiadem dobrze mu zrobi.

Po chwili w drzwiach pojawił się korpulentny mężczyzna w średnim wieku, z lekko szpakowatą brodą i wąsami.

– Witam sąsiada! – Miodnicki podniósł się z fotela i wyciągnął rękę w kierunku wchodzącego. – Co pana sprowadza do nas tak z samego rana?

– Polityka, panie dobrodzieju, polityka. – Zawiełło wyglądał na zafrasowanego. – Słyszałeś pan zapewne o mobilizacji. Tajna jakaś. Obwieszczenia żadnego nie ma, a paru moich robotników z folwarku wezwania dostało. Biorą tych przeszkolonych.

– Wyobraź sobie pan, że u mnie to samo. Właśnie zastanawiałem się nad tym, co się dzieje. Zapraszam. – Gospodarz wskazał mężczyźnie fotel. – Czego się pan napije?

– Starki kieliszeczek chętnie bym wypił na uspokojenie nerwów, ale przed południem nie wypada. – Pan Ignacy zajął miejsce w fotelu. – Może filiżankę herbaty poproszę.

Miodnicki również usiadł i nacisnął dzwonek. Po chwili w drzwiach znów pojawił się Feliks. Kamerdyner przyjął od hrabiego dyspozycję i zaraz wyszedł.

– Słyszałem, że Niemcy litewską Kłajpedę zajęli, a to niedobrze – powiedział z niepokojem Zawiełło. – Pewnie stąd ta mobilizacja.

– Zapewne. Być może nasi chcą lepiej umocnić granicę. – Głos hrabiego był spokojny. – Tak na wszelki wypadek. Niech Niemcy widzą, że jesteśmy do obrony przygotowani. – Wyciągnął w kierunku gościa elegancką srebrną papierośnicę. – Egipskie Specjalne. – Podał markę. – Gustuje pan?

– A i owszem. Całkiem dobre. – Pan Ignacy sięgnął po papierosa. – Chętnie zapalę.

– Właściwie to nie ma się czego obawiać – kontynuował z nonszalancją Miodnicki. – Mamy przecież sojusz wojskowy z Francją, a słyszałem, że i z rządem brytyjskim są prowadzone rozmowy w tej sprawie. – Również wyjął z pudełeczka papierosa i wziął do ręki zapałki. – Anglicy i Francuzi czuwają. Nie dopuszczą, żeby znów niemiecka zaraza zagroziła Europie. – Podał ogień gościowi, a następnie sobie przypalił papierosa. – Przecież dwadzieścia lat temu przegrali, to nawet nie zdążyli porządnie armii odbudować, zwłaszcza że mieli nałożone ograniczenia w tym zakresie.

– Obyś miał pan rację. Obyś pan ją miał… – Zawiełło smętnie pokiwał głową. – A ograniczenia to już dawno złamali.

– Mówię panu, na Francję i Anglię się nie porwą – powiedział hrabia zdecydowanie. – Muszą się liczyć z tym, że jak nas zaatakują, Zachód się ruszy. Gwarantuję panu, że się ruszy. Polska to nie jakieś tam Sudety czy Kłajpeda. Czesi nawet nie podjęli walki, a Słowacja co prawda ogłosiła niepodległość, ale zaraz potem dobrowolnie oddała się w ręce Niemców. To co to za niepodległość, pytam ja się. – Wzruszył ramionami, a jego twarz przybrała kpiący wyraz; zaciągnął się papierosem. – Z Polską by im tak łatwo nie poszło – dodał po chwili, wypuściwszy wcześniej z ust kłąb dymu. – Hitler dobrze o tym wie. Zresztą z tego, co mówią nasi politycy, wynika, że jesteśmy do wojny przygotowani.

W tym momencie rozległo się pukanie i wszedł kamerdyner z tacą. Stały na niej pięknie zdobiony porcelanowy dzbanek, dwie filiżanki o podobnym zdobieniu, srebrna cukiernica ze szczypczykami do cukru oraz mały dzbanuszek do mleka. Obok leżały dwie srebrne łyżeczki.

Kamerdyner postawił tacę na stole, nalał herbatę do filiżanek i opuścił pomieszczenie.

– Mleka pan sobie życzy? – zapytał hrabia, sięgając po dzbanuszek.

– Dziękuję, wolę czarną. – Zawiełło wrzucił do swojej filiżanki dwie kostki cukru.

– Anglicy tak piją, z mlekiem, a oni się na herbacie znają. – Gospodarz wlał do swojej filiżanki nieco zawartości dzbanuszka. – I co? Nadal obawiasz się pan wojny?

– Pańskie argumenty nieco mnie uspokoiły, więc pomówmy może o czymś przyjemniejszym. Podobno zapowiedzi panny Melanii idą – powiedział gość, delikatnie mieszając herbatę. – A za kogóż to wydajesz pan swoją jedynaczkę? Tu w okolicy niełatwo o odpowiedniego kawalera dla hrabianki.

– Wiesz pan, panie Ignacy, w dzisiejszych czasach nie ma co szukać jakiegoś szczególnego kandydata. Wystarczy zamożny i gospodarny ziemianin bez hrabiowskiego tytułu, byle zapewnił mojej córce odpowiedni poziom życia. – Miodnicki również sięgnął po cukiernicę. – A ten, którego oświadczyny Mela przyjęła, to nawet wykształcenie ma bardzo dobre – dodał z dumą. – Nie tylko w kraju, ale i za granicą nauki pobierał.

– A o kimże mowa?

Zawiełło z zaciekawieniem oczekiwał odpowiedzi, obserwując, jak gospodarz wrzuca do swojej filiżanki kostkę cukru, powoli miesza herbatę i wypija łyk. Sam też miał córki i temat go interesował. A najbardziej zainteresowany był aktualnie synem Miodnickiego, Jerzym, za którego chętnie wydałby swoją najstarszą pociechę.

– Czy znam tego młodzieńca? – zadał po chwili kolejne pytanie.

– Nie sądzę, abyś go pan pamiętał. – Hrabia odstawił filiżankę. – Ostatnie lata spędził na naukach za granicą, ale rodziców znasz. To jedyny syn Konstantego Borowicza z Zalipna. Stara ziemiańska rodzina. Stanisław cały majątek przejmie, bo obydwie jego siostry poszły już za mąż. Chłopak wydaje się gospodarny, nie wałkoń jakiś czy utracjusz.

– No to ma szczęście panna Melania, że taki kawaler się trafił. – Pan Ignacy pokiwał głową.

– Też tak myślę – uśmiechnął się dumny ojciec. – Bo, jak pan mówisz, o odpowiedniego w tych stronach niełatwo. A wesele na początku czerwca.

– A nie boisz się pan córki do Zalipna wysyłać, do męża, jak czasy takie niepewne? – Zawiełłę argumenty hrabiego dotyczące bezpieczeństwa kraju jednak chyba nie do końca przekonały. – Nie lepiej to na razie w domu ją zatrzymać, przy rodzicach? Może z czasem wszystko się uspokoi.

– Czasy łatwe nie są, ale żeby aż tak niepewne? – Miodnicki zbagatelizował obawy sąsiada. – Uwierz mi pan, wszystko rozejdzie się po kościach.

W tym momencie drzwi biblioteki się otworzyły i stanęła w nich nienagannie ubrana kobieta w średnim wieku. Zawiełło natychmiast poderwał się z miejsca i ruszył w jej kierunku.

– Witam szanowną dobrodziejkę. – Nachylił się nad jej dłonią. – Właśnie z małżonkiem pani rozprawialiśmy o planowanym ślubie panienki Melanii.

– A ja tak trochę w tej sprawie. – Kobieta zbliżyła się do hrabiego, który podniósł się i wyszedł jej naprzeciw. – Przyjechał Stach Borowicz. Chciałby z tobą rozmawiać.

Stanisław Borowicz, który po kilku latach pobierania nauki w kraju i za granicą powrócił do rodzinnego majątku, nie miał w bliskich planach ożenku. Z natury nie był kochliwy, a bardziej od spraw męsko-damskich absorbowały go maszyny rolnicze oraz fachowe książki i czasopisma z dziedziny rolnictwa. Zamierzał doskonalić gospodarstwo rodziców, które miał w przyszłości przejąć. Ojciec był z tego powodu bardzo zadowolony, gdyż interesowały go wszelkie nowinki, ale zależało mu też na tym, aby syn jak najszybciej się ożenił. Stach skończył dopiero dwadzieścia sześć lat, lecz według ojca czas już był najwyższy, żeby założył rodzinę, a poprzez małżeństwo powiększył także majątek.

Pan Konstanty miał na oku dobrą partię, córkę hrabiego Bogusława Miodnickiego z Jaworna, nie był jednak pewien, czy to nie za wysokie progi na wywodzących się ze średniej szlachty Borowiczów nogi. Co prawda ród Miodnickich to też ziemianie, którzy kiedyś byli zwykłą szlachtą, ale ich pochodzący z zaboru pruskiego przodkowie otrzymali od króla Prus na zasadach nadania tytuł hrabiowski. Byli zamożni, więc stać ich było na przeprowadzenie wywodu szlacheckiego i udokumentowanie przed władzami pruskimi pochodzenia od średniowiecznych komesów, czyli hrabiów. Ten szlachecki tytuł zdecydowanie podniósł ich pozycję społeczną, chociaż majątek w poprzednim stuleciu został znacznie uszczuplony, a to z powodu udziału dziadka pana Bogusława w powstaniu styczniowym, i nigdy już nie wrócił do poprzedniego stanu.

Obawy Konstantego Borowicza w sprawie ożenku okazały się płonne, gdyż Miodnicki już podczas pierwszej rozmowy obu panów na ten temat wykazał duże zainteresowanie, zwłaszcza gdy dowiedział się, że Stanisław w ostatnich latach studiował w Anglii, a teraz wrócił, żeby unowocześnić gospodarstwo ojca, które miał w przyszłości przejąć. Majątek przyszłego pana młodego odgrywał tu niebagatelną rolę. Hrabia wychodził z założenia, że chociaż Borowiczowie pozycją społeczną stali nieco niżej niż Miodniccy, to dobre przygotowanie Stanisława do prowadzenia dużego gospodarstwa oraz spory areał ziemi znajdujący się w rękach tej rodziny mogłyby zapewnić jego córce dostatnie życie. W obecnych trudnych czasach nie było to bez znaczenia. Pan Bogusław jednak ostateczną decyzję dotyczącą zamążpójścia pozostawiał córce, chociaż na wszelki wypadek przygotował odpowiednie argumenty, żeby ją przekonać, gdyby się wahała.

Konstanty Borowicz również liczył na to, że panna Miodnicka wniesie do tego małżeństwa nie tylko odpowiednie wykształcenie, tytuł hrabiowski oraz całą masę przedmiotów niezbędnych młodej kobiecie, ale i niezły kawałek ziemi, a być może i coś w gotówce lub inwentarzu. Co prawda obietnice jej ojca w tej kwestii były na razie mało konkretne, ale Konstanty nie podejrzewał nawet, że taki hrabia, wydając jedynaczkę za mąż, wykpi się byle czym.

Na konkrety było jednak zdecydowanie za wcześnie, gdyż młodzi przecież jeszcze się nie znali. Stanisław niedawno powrócił do domu i nigdzie na razie nie bywał, ale zaczynał się czas karnawału, a to była okazja do spotkania się z młodymi ludźmi z sąsiednich dworów, no i do poznania kandydatki na żonę.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Rozdział III

Spotkanie w pałacowym parku

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział IV

Ślub Stanisława i Melanii

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział V

Dzień imienin hrabiny

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział VI

Potajemna schadzka

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział VII

Wezwanie do wojska

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział VIII

Odkrycie Melanii

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział IX

Wybuch wojny

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział X

Jerzy Miodnicki na froncie

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XI

Niemcy w Jawornie i Torfiskach

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XII

Powrót Wiktora z wojny

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XIII

Stanisław Borowicz na wschód od Bugu

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XIV

Perypetie Melanii

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XV

Aresztowanie Wiktora

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XVI

Narodziny w pałacu

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XVII

Tragedia w rodzinie Ruczajów

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XVIII

Wątpliwości Miodnickich

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XIX

Propozycja nauczycielki

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XX

Epidemia w Torfiskach

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXI

W pałacu Miodnickich. Dobra wiadomość

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXII

Aleksandra w konspiracji

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXIII

Boże Narodzenie w Zalipnie

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXIV

Likwidacja denuncjatora

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXV

Łapanka w Jawornie

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXVI

Janek Ruczaj i dziewczyna

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXVII

Marynka w niemieckim transporcie

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXVIII

Walki o pałac, 1944 rok

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXIX

Sowieci w Torfiskach i Jawornie

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXX

Przeżycia Marynki

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXXI

Ola z misją w Lublinie

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXXII

Wiadomość od Kazika

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXXIII

Decyzja Wiktora

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXXIV

Gdzieś tam jest droga do domu

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXXV

Kłopotliwy zalotnik

Dostępne w wersji pełnej

Bibliografia

Dostępne w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa: Magdalena Chrzanowska, Kołyska. Tom 1. Kiedyś przyjdzie ta chwila

Karta redakcyjna

Wprowadzenie

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Rozdział XVI

Rozdział XVII

Rozdział XVIII

Rozdział XIX

Rozdział XX

Rozdział XXI

Rozdział XXII

Rozdział XXIII

Rozdział XXIV

Rozdział XXV

Rozdział XXVI

Rozdział XXVII

Rozdział XXVIII

Rozdział XXIX

Rozdział XXX

Rozdział XXXI

Rozdział XXXII

Rozdział XXXIII

Rozdział XXXIV

Rozdział XXXV

Bibliografia

Punkty orientacyjne

Spis treści