Kołchoz imienia Adama Mickiewicza. Reportaże z Białorusi - Artur Pałyga - ebook

Kołchoz imienia Adama Mickiewicza. Reportaże z Białorusi ebook

Pałyga Artur

4,0
19,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Jak to możliwe, że więcej wiemy o odległych krajach niż o sąsiednim kraju, z którym łączy nas wspólna historia?

Znawca polskiej literatury w podróży po Białorusi. Miejsce narodzin Adama Mickiewicza - polskiego wieszcza narodowego - znajduje się obecnie na terytorium innego państwa. Państwa, które na dodatek robi wiele, by zatrzeć pamięć o wspólnym dziedzictwie. A przecież teren współczesnej Białorusi to miejsce przecięcia kultur i przemieszania obyczajów. To brama na Wschód - z jej specyficzną mentalnością i ustrojem. Dwa reportaże zawarte w tej publikacji ilustrują napiętą sytuację wewnętrzną kraju, która doprowadziła między innymi do wybuchu protestów w 2020 r. Zawiłe problemy społeczno-polityczne podane są z kulturoznawczą swadą, a geopolityczne przemiany kontrastowane z osobistymi historiami mieszkańców.

Mocna rekomendacja dla czytelników reportaży Ziemowita Szczerka.

Artur Pałyga (ur. 1971) – polski dramaturg, dziennikarz i pedagog, autor sztuk teatralnych, słuchowisk radiowych i reportaży. Absolwent Polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz wychowania muzycznego w Studium Nauczycielskim w Bielsku-Białej. Pracuje w Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach, wcześniej związany również z Teatrem Polskim w Bielsku-Białej oraz Teatrem Polskim im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy. Materiały dziennikarskie publikował . w „Rzeczypospolitej”, „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej” i „Odrze”. Laureat licznych nagród teatralnych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 165

Oceny
4,0 (3 oceny)
1
1
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Roma333

Dobrze spędzony czas

Tytuł trochę mylący bo to podróż, w której autor szuka śladów Mickiewicza i znajduje obok nich współczesny obraz prowincji białoruskiej. ogólnie ciekawe podejście do reportażu. Warto przeczytać.
00



Artur Pałyga

Kołchoz imienia Adama Mickiewicza. Reportaże z Białorusi

Saga

Kołchoz imienia Adama Mickiewicza. Reportaże z Białorusi

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright ©2005, 2025 Artur Pałyga i Saga Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788727200712 

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania

I. Pieśń o żubrze

Białoruscy celnicy w rozpiętych mundurach po przesłuchaniu, jak w scenie z „Midnight express” Parkera, odebrali mi wszystkie filmy fotograficzne, kilkaset zdjęć. Skonfiskowano je jako towar, którego z Białorusi wywozić nie wolno.

– Husowski. Mikołaj Husowski. Powinieneś go znać. Białorusin, poeta. Napisał po łacinie i podarował papieżowi Pieśń o żubrze. Pisał o nas. Bo żubr to jakby nasz narodowy symbol. My wszyscy jesteśmy jak żubry – mówi Julia, dziewczyna z Białorusi.

Naszywki z żubrem ozdabiają milicyjne mundury. A Husowski w polskich podręcznikach występuje jako Mikołaj Husowczyk, poeta polski z okresu Renesansu.

Czas wschodni

Przestawiamy zegarki. Tak jakbyśmy regulowali pokrętła wehikułu czasu. Na Białorusi jest tuż przed świtem. Przejście graniczne – spokojne i puste. Twierdza Brześć. Kiedyś Brześć Litewski nad Bugiem, przy ujściu Muchawca i Szlajerki, 203 wiorsty od Grodna i 200 wiorst od Warszawy.

Skończył się znany świat, oswojony przez telewizję, kino, uliczne bilboardy. Ludzie znają Wyspy Kanaryjskie, Stany Zjednoczone, Hiszpanię, Tunezję, Niemcy, ale Białorusi nie znają.

– To podobno bardzo trudny język, ten białoruski, jeden z najtrudniejszych dla Polaków – ostrzegali mnie przed wyjazdem ci, którzy nigdy nie słyszeli białoruskiego języka.

– Nie boisz się? Przecież tam jest dzicz, biją na ulicach, zamykają w więzieniach – takich głosów było więcej.

Tuż przed granicą, po polskiej stronie – toalety. Pytają o narodowość. Dla ludzi z tego świata jest klucz do normalnych kibli. „Ruscy” mają ciemną, zasraną klitkę bez bieżącej wody.

– Się pan nie dziwi. Jak by pan wiedział, jakie to świnie, też by pan tak zrobił. Nie ma sensu sprzątać, bo zaraz zasyfią – tłumaczy właściciel. Dziwi się, że ktoś tam jedzie, chociaż nie ma interesu.

Nie gdzieś daleko, ale tu, na granicy, rodzą się stereotypy, tu, gdzie najczęściej jedni i drudzy spotykają się i znają nawzajem. Najbardziej nie lubi się tych, którzy są najbliżej. Jedna wioska rywalizuje z drugą, sąsiednią, chłopcy z jednego osiedla idą na noże z chłopcami z osiedla obok, sąsiedzi w bloku obgadują się nawzajem. Gdzieś daleko jest Warszawa, Bruksela i euroregiony, a tu są nasi: czyści i eleganccy, i brudne świnie stamtąd.

Duży szary budynek obsadzony wojskiem, platformy, szlabany, napis: Raspublika Biełarus’. Tu zaczyna się i kończy długa i prościutka, jak strzelił, autostrada. Powiadają, że do Moskwy. Jest zimno. Hen, daleko, gdzie biały pas drogi łączy się z horyzontem, widać słabe, zimowe słońce.

Pierwszy budynek za szlabanem, w polu, przy drodze – też toaleta. Babina w chustce na głowie trze ścierą podłogę i niechętnie odrywa się od pracy. Obrażona, dużym kluczem otwiera łaskawie drzwi do „męskiej” kabiny. Tu nie ma podziałów. Jest czysto... Podłoga świeżo przejechana mokrą szmatą. Na stoliku duża, dziwaczna maszyna. Babina zasiada przy maszynie, inkasuje należność i pociąga za dźwignię. Maszyna z hałasem otwiera się. Inkasentka skrupulatnie odlicza resztę. Szare, pomięte białoruskie ruble. Przy pomocy dźwigni zamyka maszynę wraz z pieniędzmi, po czym wraca do ściery.

Autostrada przypomina zniszczony pas startowy dla sił powietrznych. Jest strzeżona. Co pewien czas mijamy postawione po obu stronach drogi murowane wieżyczki. W wieżyczkach siedzą uzbrojeni milicjanci. Musisz zwolnić tak, żeby mogli cię sobie obejrzeć. Jak nie zwolnisz, masz przechlapane. Przy jednej z wieżyczek w widocznym miejscu stoi wóz pancerny. Strażnicy zatrzymują auta o niebiałoruskich numerach rejestracyjnych. Rosyjski autobus zatrzymywany jest prawie przy każdej wieżyczce. Patrole służb specjalnych (OMON) w panterkach, z karabinami maszynowymi swobodnie przechadzają się wzdłuż drogi.

Przy drodze są bary. Betonowy domek w kształcie kwadratu. Po metalowych schodach wchodzi się na piętro. Pierwsze drzwi po lewej. Do ziemniaków podają kwadratowy chleb. Do tego dwa kotleciki i surówka. Za średnią białoruską pensję można by było w tym barze kupić cztery takie obiady i popić wszystko czarną kawą.

Mijamy lasy, pola, betonowe domki i chaty przypominające ruskie bajki o dziadu i babie. Na wschód od Mińska – więcej lasów, pól i chat. Przed niektórymi stoją popiersia Lenina. Co jakiś czas pobocze ozdabia wysoki słup z zatkniętym na jego szczycie strzępem auta. Zmasakrowane wraki, przerdzewiałe karoserie wbite na pal mają ostrzegać niepokornych: Obywatelu! Bądź ostrożny! Bo i ty się znajdziesz na palu!

Jedziemy w piątkę zepsutą ładą. Plecak wciśnięty między nogi a przedni fotel. Obok Julia z ciężką torbą na kolanach. Julia wraca do domu z rekolekcji w Polsce. Piotr, kierowca, trzecią dobę nie śpi. Przyjechał po Julię i od razu musiał wracać do pracy. Przecież nie chce jej stracić. Ponieważ oficjalnie nie ma bezrobocia, nie ma też zasiłków.

Samochód szarpie. Trzeba się zatrzymywać co jakiś czas. Tu już nie ma strachu. W Polsce było czego się bać. Białoruska rejestracja. Żaden policyjny patrol nie przepuścił takiej okazji.

– Poza tym, jak tu się coś zepsuje, to zrobią ot tak, jak człowiek człowiekowi. A w Polsce każą kupować wszystkie części – mówi K., mój białoruski przewodnik.

Julia studiuje filologię rosyjską i białoruską. Na co dzień mówi po rosyjsku, ale lubi białoruski. Jest taki... bajkowy. Bajki to jedne z niewielu programów w białoruskiej telewizji, które zawsze nadawane były po białorusku. Powszechnie wiadomo, że białoruski najlepszy na skazki i szutki (bajki i dowcipy).

– Niektórzy w Polsce mówią: „Jak ty świetnie władasz rosyjskim. Długo się go uczyłaś?” – śmieje się Julia. – A przecież ja się uczyłam białoruskiego i to tylko w początkowych klasach. Po rosyjsku mówię od dziecka.

Do rosyjskiego Białorusini nie mają jednak szczególnych uzdolnień. Julia jest jednym z wyjątków.

– Większość Białorusinów nie chce albo nie potrafi mówić dobrze po białorusku, ale po rosyjsku też mówi źle – opowiada K. – Na przykład rosyjski Łukaszenki jest bardzo kiepski. Znacznie gorszy niż polski Wałęsy – dodaje.

Białoruskiego uczą w szkole po rosyjsku. Nie wszystkim się to podoba. Dzieci narzekają, że białoruski jest dziwny, i najchętniej w ogóle nie chciałyby z nim mieć do czynienia. Rodzice każą się uczyć. W końcu to język ojczysty.

– Po białorusku mówią tylko fanatycy – tłumaczy K.

A literatura?! A białoruscy poeci?!

– Na przykład Janka Kupała. Piękne wiersze pisał. Romantyczne. I po białorusku – zachwyca się Julia.

Kupała jest chyba jedynym białoruskim poetą, którego książki są łatwo dostępne w białoruskich księgarniach.

A hto tam idzie, a hto tam idzie

W agromnistaj takoj hramadzie?

– Biełarusy.

A szto jany niasuć na chudych pliacach,

Na rukach w krywi, na nagach w łapciach?

– Swaju krywdu.

Janka Kupała przekładał też na ojczysty język wiersze Mickiewicza, wieszcza z Białorusi.

– W Wielkim Księstwie Litewskim mówiono po białorusku. Świadczą o tym dokumenty sporządzane w tym języku. Zresztą wynika z nich, że białoruski jest znacznie bliższy pierwotnemu językowi ruskiemu niż rosyjski – tłumaczy K. – Etniczna Litwa to Żmudź. Litwini podbili Białoruś, po czym przyjęli kulturę i język. Jagiełło, Litwin, mówił po białorusku, jak Sapiehowie i Radziwiłłowie. Znaleźli się między trzema młotami – mówi o Białorusinach. – Między Rosją, Polską i Litwą. Te katastrofy, które przewaliły się przez Polskę, to nic w porównaniu z tym krajem. Do tego dwieście lat rusyfikacji zrobiło swoje.

Opowiada, jak to w 1994 roku poczta wydała tu znaczek z Kościuszką, białoruskim bohaterem narodowym.

Julia mówi o Husowskim i jego opowieści o Białej Rusi:

– Białoruś to żubr. To spokój i godność. Żubr jest jak białoruski mużyk, nie zawsze mądry, ale wytrwały i godny – mówi. – My dalej żubry, tylko godności zabrakło...

Opowiada o kolegach ze studiów, którym granica z Rosją przeszkadza. Sama marzyła przecież o studiach w Petersburgu. A tu granica i teraz oni w Petersburgu cudzoziemcy. I już trudniej. Ale Julia już nie chce. Chce być godna.

K. stara się wytłumaczyć istotę białoruskiego spokoju, opowiadając anegdotę.

W zakładzie odbywa się zebranie. Jest cała załoga i dyrekcja. Niedawno, w krótkich odstępach czasu, odbyły się już dwa takie zebrania. Na pierwszym poinformowano robotników, że nie ma pieniędzy i że chwilowo nie będzie wypłaty. Pytań nie było. Na drugim oznajmiono, że chwilowo nie ma co produkować i żeby przychodzić codziennie i dowiadywać się. Pytań nie było. A teraz dyrektor tłumaczy, że nie wiadomo, co można by robić z tak liczną załogą, więc władza postanowiła wszystkich powiesić. Należy zatem ładnie się ubrać i stawić w zakładzie nazajutrz rano. Po sakramentalnym „czy są pytania?”, tym razem zgłasza się jeden mężczyzna. Rozgląda się niepewnie i pyta: „Sznurki trzeba przynieść własne czy będą państwowe?”.

– Tak to właśnie wygląda – śmieje się K.

– Kocham ten kraj. Ale ludzie... – wzdycha Julia.

W Mohylewie spotykamy Igora. Jest greckokatolickim księdzem.

– Przed kasatą Unii w 1839 roku Białorusini w osiemdziesięciu procentach byli grekokatolikami, przy dziesięciu procentach katolików rzymskich i sześciu procentach prawosławnych – opowiada.

Palimy papierosy na zapleczu pięknej, rzymskokatolickiej mohylewskiej archikatedry, z ogromnym trudem przywróconej do życia. Pozwolono nam przenocować w apartamentach nuncjusza. Skromny nieduży pokoik. Łóżko, stolik, ukrzyżowany Chrystus na stoliku, cisza, noc. Rano – Igor. Ma tu znajomych i interesy. Najważniejszy interes to odbudowa greckatolickiego Kościoła na Białorusi. Nikomu się tu tak nie dostało jak unitom. Najpierw niszczył car, potem rewolucja. W rezultacie proporcje się odmieniły. Według nieoficjalnych badań obecnie trzydzieści sześć procent Białorusinów wyznaje prawosławie, dwadzieścia sześć procent – rzymski katolicyzm, jeden procent to zadeklarowani unici, z tego, jak twierdzi Igor, dwie dziesiąte procenta praktykujących. Igor zaczynał od zera. Działa z małymi grupkami młodzieży, w których KGB werbuje swoich agentów (KGB to skrót, przy którym pozostała białoruska „bezpieka”). Po referendum, kiedy to Białorusini opowiedzieli się za konstytucją według Łukaszenki, Igor był aresztowany. Objeżdżali obwody wyborcze razem z grupą obserwatorów z Ukrainy, polując na nieprawidłowości i fałszerstwa. Ich też aresztowali. Jeden z jego przyjaciół robił zdjęcia wyborczych „fałszywek”, stosów wypełnionych kart do głosowania przed otwarciem urn. Igor pomagał mu. Zdjęcia przez Ukrainę udało się przewieźć do Polski. K. dopowiada, że przed niektórymi punktami wyborczymi bez skrupułów, niemal oficjalnie, instruowano ludzi, jak mają głosować.

Mohylew stoi na mogiłach. Masy kości ludzkich. To najprawdopodobniej stare, pogańskie cmentarzysko, stąd nazwa. To wyjątkowe miasto. Tu niedaleko, w Szkłowie, urodził się Aleksander Łukaszenko, prezydent. Tu przyjeżdża czasem na wypoczynek, tu ma swoją willę wysokim białym murem odgrodzoną od świata. Tu był kierownikiem kołchozu. Złośliwi mówią, że doprowadził go do ruiny. Tu wreszcie pozostała jego żona, Galina Rodionowna, która jest w Szkłowie dyrektorką przedszkola. Nie wziął jej do Mińska. Jak mówią, kazał krów pilnować.

– Mohylew jest województwem, a Szkłów powiatem – tłumaczy K. – A tu jest obispałkom, to znaczy urząd wojewódzki – pokazuje.

Wielki, brzydki, kilkupiętrowy budynek z setkami okien, w klasycznym radzieckim stylu. W centralnym miejscu, na szczycie – wmurowany sierp i młot. Nad nimi flaga radzieckiej Białorusi, którą niedawno, w sfałszowanym referendum, Raspublika Biełarus’, znów uznała za swoją. Przed tym gmachem odbywają się pikiety, również dość wyjątkowe.

– Zgodnie z Łukaszenkową konstytucją, na wszelkie protesty, manifestacje, wiece i inne zgromadzenia publiczne należy mieć zezwolenie władz – tłumaczy Siergiej Obodowski, organizator pikiet i szef mohylewskich niezależnych związków zawodowych.

Uzyskać zezwolenie jest bardzo trudno. Praktycznie to niemożliwe. Ale na pikiety zezwolenia nie trzeba. Tylko w Mińsku i w Mohylewie wydano rozporządzenia zakazujące również pikietowania bez zezwolenia. Tylko tu za udział w pikietach uczestnicy karani są grzywną i aresztem. Bronią się, pokazują konstytucję. Jednak aby powołać się na konstytucję, muszą dostosować się ściśle do prawnej definicji pikiety. Pikieta, według przepisów, tym różni się od wiecu, że nic się na niej nie mówi, a tym od manifestacji, że się podczas niej nie chodzi. Grupki pikietujących ustawiają się więc na placyku przed urzędem z tablicami i transparentami i stoją tak bez ruchu i bez słowa, a KGB robi im zdjęcia. Grupki milczących, stojących nieruchomo ludzi mijane są obojętnie przez tłum wracających z pracy przechodniów. Nikt nie powie o nich w żadnym dzienniku, nie pokażą ich w CNN, nikt też nie wyjdzie do nich i nie zaprosi do rozmów. Postoją i pójdą. Milicja, zależnie od humoru, raz reaguje, raz nie. Nikt nie rejestruje na wideo interwencji milicji, aby przekazać telewizji najbardziej brutalne fragmenty i nic na ten temat nie ukaże się następnego dnia w gazetach. Natychmiastowy areszt grozi za posłużenie się „nacjonalistyczną”, biało-czerwono-białą flagą. Były to barwy narodowe Białorusi po rozpadzie ZSRR, a przed Łukaszenką.

Najsolidniejsze budowle to mury więzień.

– W niektórych miastach są dwa, trzy więzienia – mówi K.

Malownicze ruiny kościołów i rozsypujące się zabudowania kołchozów streszczają najnowszą historię tej ziemi.

W Kościukowiczach przed rewolucją mieszkało sporo Polaków i Niemców-katolików. W 1991 roku ostatnich 16 rodzin niemieckich wyjechało. O Polakach dawno nikt tu nie słyszał. Zagadnięta staruszka mówi, że nie pamięta, aby stał tu kiedyś kościół.

Na kołchozowym śmietnisku znajdujemy jednak ślady po katolickim cmentarzu. Ocalała jedyna, przywalona nieco starymi śmieciami, płyta nagrobkowa. Pod warstwą śniegu, pyłu i ziemi widać coś jakby zarys wyżłobionego napisu. Trzeba oczyścić ją rękawem. Żłobienia są płytkie, może były podmalowane. Łatwiej wyczuć napis palcami niż zobaczyć. Klęczymy pośrodku śmietniska i jak ślepcy, literka po literce, odczytujemy imię i nazwisko. To nie jest grażdanka. Alfabet łaciński. ANTONI ROSSETTER. K. przypomina sobie to nazwisko, wydaje mu się, że czytał o nim.

– To był chyba właściciel wsi Prusina – zastanawia się. – Miał opinię znakomitego gospodarza.

Najwyższy był kościół w Faszczowce. Wieżę widziano ponoć na tych równinach z odległości ponad dwustu kilometrów. Sprowadzili armaty i poustawiali wokół kościoła. Strzelali do skutku.

– Na Mohylewszczyźnie w 1914 roku było 45 kościołów i kaplic. Zostało dziewięć, z tego trzy oddano Kościołowi – opowiada K. – Było tu wtedy 70 tysięcy katolików.

Największa grupa odnalazła się w Czałsach (prawa miejskie nadane zostały Czałsom przez Zygmunta Starego). Co niedzielę do czterdziestu osób przychodzi tu na mszę. Ksiądz dojeżdża z Mścisławia. Spotykają się w prywatnym domu. Niewyróżniająca się niczym chata. Za kotarą w szafce zamknięte Wino i Chleb.

Riasna. Założona w XIII wieku. W 1914 roku było tu tysiąc katolików. Teraz to głucha, białoruska prowincja. Jedno asfaltowane skrzyżowanie, ubogie domki, niektóre zdobione w kolorowe esy floresy. Stary, przeraźliwie dymiący i rzężący autobus to jedyne tutaj źródło hałasu. Szyby tak brudne, jakby były zamalowane. Klapa okrywająca silnik ledwo się trzyma i głośno łopocze, kiedy maszyna odjeżdża. Dwie babiny opatulone chustami machają na pożegnanie odjeżdżającym. Niedaleko przystanku niski murowany budynek. Tu pracują urzędnicy. Tablica z sierpem i młotem. Do skrzyżowania dochodzą drogi polne, niczym nawet niewysypane. Wiosną i jesienią zapadają się pod kołami, zamieniają się w błoto. W błoto zapadają się słupy elektryczne. Elektryfikacja to jedna z podstawowych zdobyczy rewolucji.

Obok takiej drogi, otoczona chałupami, stoi widoczna z daleka, wyniosła, malownicza ruina. Jak w jakimś surrealistycznym filmie. Z głębi zabłoconej wsi, z trawy, obok słupa elektrycznego wyrastają potężne, może dwudziestometrowe kolumny ustawione w szeregu. Jak szczątki Koloseum w jakiejś starej wsi, gdzieś na uboczu. Tędy, między kolumnami, wchodziło się do kościoła. Był pamiątką po 1812 roku, kiedy przechodził tędy Napoleon. Za patrona wzięto św. Stanisława. Komsomolcy w czynie społecznym weszli na dach z kilofami i młotami. Rozebrali św. Stanisława na cegły.

Wchodzę głównym wejściem. Dziwne, bardzo dziwne wrażenie. Z całą pewnością jest tu ciszej niż krok wcześniej, przed wejściem. Miejsce pamięta? Nie ma dachu. Resztki wysokich, murowanych ścian. Resztki potężnych filarów, które niczego nie podtrzymują. Szczątki butelek po ruskiej wódce, kupka śmieci, zapach moczu pod ołtarzem. Szukam jakichś śladów w niszach, na ścianach, fragmentu tynku z wyblakłym freskiem, zawieruszonego między gruzami kawałka drzewa z kościelnej ławki. Nic. Dziwne, że ocalał jeszcze ten murowany szkielet. Tyle cegieł.

– Zobacz, jakie ładne płoty przy domach w okolicy, murowane – zwraca uwagę K.

Na płotach siedzą i wygrzewają się w słońcu koty, suszą się garnki i wiaderka.

Odrapany betonowy przystanek. Pod daszkiem siedzą chłopcy. Piętnaście może szesnaście lat. Piją wódkę. Na ziemi porozrzucane kapsle. Klną po rosyjsku.

– Wiesz, że nie ma białoruskich przekleństw – uśmiecha się K. – Są rosyjskie, polskie, ale nie mają żadnych własnych. Po prostu nie istnieją w tym języku.

Przed nami już tylko Mścisław – przed zaborami najdalej wysunięte na wschód województwo Rzeczypospolitej. Dalej już tylko Rosja i Rosja, rosyjska prowincja, podobno jedna z najbiedniejszych – smoleńska. K. zapewnia, że kiedy Mścisław był stolicą udzielnego księstwa na ziemi smoleńskiej, Moskwa była jeszcze nikomu nieznaną wioseczką. Mścisławscy bili Krzyżaków pod Grunwaldem. W czasach Sasów ochrzczono Mścisław małym Wilnem.

Mała mieścinka, niewielki ryneczek, na ryneczku sklep spożywczy z drzwiami z blachy pancernej, za rynkiem parę bloków i polne drogi. Kiedyś na mścisławskim rynku leżały zwłoki człowieka. Leżały po południu, leżały wieczorem, całą noc, rano ktoś je zabrał. Mścisławska mafia znana jest w całym kraju, a to dlatego, że publicznie raczył ją upomnieć sam prezydent Łukaszenko.

Najładniejsze są domy miejscowych decydentów. Sporo jest drewnianych chatek z niskimi drzwiami. Obok chatki sklecona wygódka. W chatce – duży gliniany piec. Po wodę idzie się do potoku.

Dopóki za Mścisławiem była prawdziwa granica z Rosją, przemycano stąd chleb na Smoleńszczyznę. Teraz to już żadna granica. Taki sam posterunek jak te na autostradzie. Żołnierz macha tylko ręką, żeby przejeżdżać.

– Jak to możliwe, że tam chleba zabrakło? – pytam, patrząc na rozległe, kołchozowe pola, ciągnące się po horyzont, takie same tu i tam. K. wzrusza ramionami. Pola polami, a chleb jest ze sklepu. Jak w sklepie pusto, to chleba nie ma. Samemu piec chleb? Nikt już nie pamięta jak.

Droga prosta i równa, i żywej duszy brak, tak że można by jechać z zamkniętymi oczyma, gdyby nie niezliczona ilość dziur w starym asfalcie. Pola mają swoje nazwy. Informują o tym wielkie betonowe tablice. Kołchoz imienia XXV Zjazdu KPZR, Kołchoz imienia Zwycięskiej Wojny Ojczyźnianej. Przy jednym z pól – stacja benzynowa. Nikogo nie widać. Zbiorniki z paliwem w kształcie dużych, metalowych klocków. Z tyłu niewielki kiosk. Na ladzie kot. Na kiosku głośnik. Przez głośnik ktoś krzyczy. Krzyczy do kota. Żeby zlazł i poszedł won. Echo niesie w szerokie pole zniekształcony w głośniku głos. Niesie go nad zmrożoną, oszronioną ziemią, a zachodzące słońce odkrywa jej czerwień.

Strefa

W marcu zaczyna się błoto. O świcie ludzie idą do pracy. Ziemia jest jeszcze twarda, zmrożona, śliska. Krzaki i drzewka pomagają wdrapać się na zlodowaciałe górki, które trzeba przebyć w drodze do pracy. Późnym rankiem okutane w chusty, zgarbione babulki idą na zakupy. Promienie słońca odbijają się w lodowej skorupie i rażą w oczy. Babulki zakładają wysokie po kolana, ocieplane gumowce. Zanim dojdą do rynku, do asfaltowanych ulic, droga zamieni się w rozmokłą, gliniastą, gęstą, lepką masę. Kot nie zdążył wrócić do domu. Wrzeszczy przeraźliwie, usiłując przedostać się przez drogę. Kto nie przestawił samochodu w bezpieczne miejsce, bliżej rynku, ten nie wyjedzie aż do wieczora, kiedy znowu przyjdzie mróz i mlaszcząca maź cudownie przemieni się w lodowisko.

– W lesie to dopiero jest błoto – mówi z dumą Paszka.

Oni naprawdę są dumni ze swojego błota.

– U was to żadne błoto. U nas jest prawdziwe błoto – śmieje się Ania.

Błoto dokucza intruzom. Grzązł w nim Hitler, grzązł Napoleon. Obcokrajowcy z niedowierzaniem przyglądają się Berezynie. To ma być ta groźna rzeka, przez którą przeprawiał się cesarz Francuzów? Może to nie ta Berezyna? Może jest jakaś druga?

– Popatrz na jej brzegi – mówi K.

Rzeczka wylewa się z koryta. Tworzą się kałuże. Po jednej i po drugiej stronie rozciągają się rozległe łąki.

– Czasami woda dochodzi do lasu – Paszka pokazuje drzewa za łąką.

– Rzeka była całkowicie zamarznięta. Gruby lód – opowiada K. o białoruskiej przygodzie Napoleona. – Mieli przeprawiać się po tym lodzie.

Minęło kilka godzin i po lodzie nie było śladu, a rozległe brzegi Berezyny zamieniły się w grząskie, bagniste błoto.

– O! Popatrz, popatrz! – cieszy się Paszka, kiedy wjeżdżamy w las.

Tuż za zaśmieconym rowem oddzielającym asfalt od lasu zaczyna się maź upstrzona ogromnymi, brudnymi kałużami. Z mazi i kałuż wyrastają pnie drzew. Nie widać korzeni, trawy, spadłych gałęzi. Wszystko przykryte błotnistą mazią. Las to drugi, po błocie, sprzymierzeniec Białorusina.

– Daleko ciągnie się ten las?

– W jedną stronę do autostrady na Moskwę, a w drugą do granicy z Litwą – mówi Paszka. – W sumie jakieś pięćset kilometrów.

Paweł wierzy, że to ten tonący w błocie las uchronił Białorusinów od śmierci.

– Gdyby nie on, pozdychalibyśmy już od tej radiacji – mówi.

O Czarnobylu i skażeniu radioaktywnym mówi się tutaj niechętnie. Można odnieść wrażenie, że ludzie opowiadają o tym jak o czymś wstydliwym, intymnym. Rozmowa o radiacji to przecież rozmowa o śmierci, śmierci najbardziej osobistej, bliskiej, dotyczącej każdego tu i teraz, spożywanej wraz z każdą kromką chleba, o śmierci nieznanej, niezrozumiałej, niewidocznej, która wdarła się tu, nie wiadomo jak i dlaczego, i w niepojęty sposób zapanowała nad wszystkim.

– Mój tato umarł od tego – przyznaje Igor, szczupły blondyn o dobrej, smutnej twarzy.

Na początku opowiada niechętnie. Właściwie odpowiada tylko na pytania, krótkimi zdaniami, nie przerywając pracy (rozpala właśnie w dużym gliniano-ceglanym piecu). Potem się rozgaduje. Stoi pod ścianą i opowiada, bawiąc się kluczami.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.