Bezwzględne kreatury - J.T. Geissinger - ebook + audiobook
BESTSELLER

Bezwzględne kreatury ebook i audiobook

J.T. Geissinger

4,4

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

25 osób interesuje się tą książką

Opis

Autorka bestsellerowych serii „Slow Burn” „Piękni gangsterzy” i „Niebezpieczne piękno” w wyjątkowo mrocznej odsłonie!
Pięć lat temu narzeczony Natalie Peterson zniknął. Kobiecie zostały rany w sercu i piękna suknia, w której miała stanąć przed ołtarzem.
I nagle pojawia się nieznajomy mężczyzna.
Wysoki, mroczny, niebezpieczny.
Kage Porter.
Natalie od razu jest pewna, że on coś ukrywa. Ale kobieta uparcie ignoruje wszystkie ostrzeżenia, które wysyła jej rozum. Lgnie do Kage’a jak ćma do płomienia.
Wkrótce jej serce się poddaje i Natalie się zakochuje. Mocno. Na zawsze.
Jednak szybko dowie się, jaką cenę ma to uczucie. Kage jest związany z przeszłością, od której Natalie ucieka.
Niedługo kobieta przekona się, co się dzieje, kiedy za bardzo zbliżamy się do ognia.
Płoniemy.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                     Opis pochodzi od wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 429

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 8 min

Lektor: J.T. GEISSINGER

Oceny
4,4 (359 ocen)
232
70
38
14
5
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
MKWielgosz
(edytowany)

Całkiem niezła

Patrząc na okładkę i tytuł spodziewałam się czegoś mrocznego. A jest to kolejna historia gangstera, której zakochuje się od pierwszego wejrzenia i staje się potulnym misiaczkiem. Historyjka okraszona tekstami do wyrzygania romantycznymi, opisami seksu i czasem zabawnym humorem. Nic nowego, wszystko już było
122
Kinnow

Z braku laku…

Co się w tej książce wydarzyło to ja nie wiem. Główny bohater tylko by mówił o swoim „ku*asie”, główna bohaterka od zagubionej porzuconej dziewczyny z myślami samobójczymi z dnia na dzień zmienia się w laskę „o Boże, pie*rz mnie”. Postacie tak płaskie ze równie dobrze możecie dobie przeczytać jakieś s*ks opowiadanie i na jedno wyjdzie. Przez 3/4 książki nie dzieje się NIC poza opisami seksu, na koniec całość się rozgrywa na 5 stronach. Nie warto.
koziolek88

Nie oderwiesz się od lektury

J. T. Geissinger jak zawsze nie zawodzi. Było zabawnie i namiętnie. Już się nie mogę doczekać historii Sloan i Declana. P. S. Bohater trzecioplanowy Mojo skradł moje serce 😅
80
Ewakr1

Nie oderwiesz się od lektury

autorka wymiata jak zwykle, uwielbiam ją
30
Hooshe

Nie oderwiesz się od lektury

Napiszę tak... Okładka mnie nie zachwyciła - wiem, to rzecz gustu - za to fabuła, dialogi, akcja i główna bohaterka (jak i jej szalona przyjaciółka) to mistrzostwo świata... Już nie mogę się doczekać drugiej części, bo coś czuję, iż Sal ze swoim temperamentem przebije Nat... Książka zasługuje nawet na ⭐⭐⭐⭐⭐⭐
31

Popularność




Tytuł oryginału

Ruthless Creatures

Copyright ©  2021 by J.T. Geissinger

All rights reserved

Copyright © for Polish edition

Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne

Oświęcim 2023

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Redakcja:

Katarzyna Mirończuk

Korekta:

Alicja Szalska-Radomska

Edyta Giersz

Redakcja techniczna:

Paulina Romanek

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Numer ISBN: 978-83-8320-405-5

ROZDZIAŁ 1

Nat

– Przepraszam. Po prostu nie mogę tego ciągnąć. To oczywiste, że tylko ja się staram.

Głos po drugiej stronie linii jest ponury. Wiem, że Chris nie kłamie. Naprawdę jest mu przykro, że się nam nie udało. To nie jest niespodzianka. Wiedziałam, że do tego dojdzie. Gdybym tylko mogła wykrzesać wystarczająco dużo energii, aby się tym przejąć.

Jeśliby tak było, nie znaleźlibyśmy się w tej sytuacji.

– W porządku. Rozumiem to. Myślę, że jeszcze się zobaczymy.

W krótkiej przerwie, która następuje, przechodzi od przeprosin do irytacji.

– To wszystko? To wszystko, co zamierzasz powiedzieć? Widujemy się od dwóch miesięcy i w zamian dostaję „do zobaczenia”?

Chce, żebym się zdenerwowała, ale tak naprawdę czuję ulgę. Oczywiście nie mogę powiedzieć tego na głos.

Stoję przy kuchennym zlewie, wyglądam przez otwarte okno na małe, ogrodzone podwórko. Na zewnątrz jest jasno i słonecznie, czuć ostry zapach jesieni w powietrzu. Typowy wrześniowy dzień w Lake Tahoe.

– Nie wiem, co jeszcze chcesz, żebym powiedziała. To ty ze mną zrywasz, pamiętasz?

Idealna pora na ślub.

Odsuwam tę niechcianą myśl na bok i ponownie skupiam się na rozmowie.

– Tak, i pomyślałem, że zareagujesz inaczej. – Jego ton stał się suchy. – Chyba powinienem był się tego spodziewać.

Chris nie jest złym facetem. Nie jest wybuchowy jak ostatni koleś, z którym próbowałam się spotykać ani płaczliwym natrętem, jak gościu przed nim. On jest w zasadzie całkiem niezły.

Spróbuję go zeswatać z moją przyjaciółką, Marybeth. Stworzyliby taką dobraną parę.

– Po prostu tyle się dzieje u mnie w pracy, to wszystko. Naprawdę nie mam czasu na związek. Wiem, że to rozumiesz.

– Uczysz szóstoklasistów malowania palcami – cedzi cicho.

– Uczę sztuki. – Zjeżyłam się na jego ton.

Znowu cisza, tym razem dłuższa.

– Tak. Bandę dwunastolatków. Nie zrozum mnie źle, ale twoja praca nie jest wysoce stresująca.

Nie mam siły, aby się z nim kłócić, więc milczę. On traktuje to jako sygnał do kontynuowania frontalnego ataku.

– Wiesz, moi przyjaciele ostrzegali mnie przed tobą. Mówili, że nie powinienem umawiać się z kimś z twoją historią.

Moją „historią”. Ładnie powiedziane.

Jako dziewczyna z zaginionym pięć lat temu narzeczonym, który zniknął dzień przed naszym wielkim kościelnym ślubem, nie mam bagażu, tylko cały ładunek. Potrzeba pewnego rodzaju pewności siebie, aby wyzywać mnie do walki.

– Mam nadzieję Chris, że zostaniemy przyjaciółmi. Wiem, że nie jestem idealna, ale…

– Musisz zająć się swoim życiem, Nat. Przykro mi, ale muszę to powiedzieć. Żyjesz przeszłością. Wszyscy to wiedzą.

Milczę. Wiem o tym. Widzę ich spojrzenia.

King’s Beach – odjechane, małe miasteczko przy północnym brzegu jeziora – liczy około czterech tysięcy osób. Nawet po tych wszystkich latach czasami czuję, jakby każda z nich odmawiała za mnie modlitwę w nocy.

– Źle to zabrzmiało. Nie chciałem… – Kiedy nadal nie odpowiadam, Chris wypuszcza powietrze.

– Tak, chciałeś – odzywam się w końcu. – Nie szkodzi. Słuchaj, jeśli nie masz nic przeciwko, pożegnajmy się teraz. Mówiłam serio, gdy powiedziałam, żebyśmy zostali przyjaciółmi. Bez urazy, dobrze?

Po chwili powiedział bez emocji:

– Pewnie. Bez urazy. Żadnych uczuć w każdym razie. Wiem, że to twoja specjalność. Dbaj o siebie, Nat. – Rozłączył się, pozostawiając mnie słuchającą ciszy.

Westchnęłam i zamknęłam oczy.

Mylił się, mówiąc, że nie mam uczuć. Mam wszelkiego rodzaju emocje. W dodatku lekką depresję. Niezachwiana melancholia połączona z delikatną rozpaczą.

Nie jestem emocjonalną górą lodową, o co większość osób mnie posądza.

Zawieszam słuchawkę z powrotem na widełki telefonu, który natychmiast dzwoni ponownie.

Waham się, niepewna czy chcę odebrać, czy zacząć pić do upadłego, jak co roku w ten dzień o tej porze. Decyduję, że mam jeszcze dziesięć minut, zanim zacznę coroczny rytuał.

– Słucham?

– Czy wiedziałaś, że przypadki schizofrenii gwałtownie wzrosły na przełomie XX wieku, kiedy posiadanie kota domowego stało się powszechne?

To moja najlepsza przyjaciółka Sloane. Nie interesuje jej rozpoczynanie rozmowy w normalny sposób, co jest jednym z wielu powodów, dla których ją kocham.

– Jaki masz problem z kotami? To już patologia.

– To mali, futrzani seryjni mordercy, którzy mogą przenieść na ciebie mózgożerne ameby ze swoich odchodów, ale nie o to chodzi – odpowiada.

– A o co? – pytam, choć wiem, że i bez tego wszystkiego się dowiem.

– Myślę, aby kupić psa.

Próbuję wyobrazić sobie zaciekłą, niezależną Sloane z psem. Zerkam na Majo, drzemiącego w blasku słonecznego światła na podłodze w salonie. Jest czarnopodpalaną mieszanką owczarka niemieckiego, czterdzieści jeden kilo kudłatej sierści, z ogonem jak z piór, którym ciągle macha.

David i ja uratowaliśmy go, gdy miał zaledwie kilka miesięcy. Teraz ma siedem lat, a zachowuje się, jakby miał siedemdziesiąt. Nigdy nie widziałam, żeby pies tyle spał. Myślę, że po części jest leniwcem.

– Wiesz, że codziennie musisz zbierać po nim kupę, prawda? – uświadamiam bezlitośnie przyjaciółkę. – I wyprowadzać na spacer? Kąpać? To jest jak posiadanie dziecka.

– Dokładnie. To będzie dobra praktyka, zanim będę miała dzieci.

– Od kiedy właściwie myślisz o posiadaniu dzieci? Nie potrafisz nawet utrzymać rośliny przy życiu.

– Odkąd rano zobaczyłam gorącego przystojniaka w Sprouts. Mój biologiczny zegar zaczął rozbrzmiewać jak Big Ben. Wysoki, ciemny, atrakcyjny… i wiesz, jak lecę na kilkudniowe zarosty – wzdycha. – Jego był epicki.

Uśmiecham się w myślach na widok sceny, jak pożera wzrokiem faceta w sklepie spożywczym. Przeważnie sytuacja jest odwrotna. Zajęcia jogi, na których uczy, są zawsze wypełnione samotnymi, pełnymi nadziei mężczyznami.

– Epicki zarost. Chciałabym to zobaczyć.

– To było jak świeży zarost pod koniec dnia na sterydach. Miał ten rodzaj pirackiego klimatu. Jest takie porównanie? W każdym razie, wokoło miał niebezpieczną, wyjętą spod prawa aurę. Totalne ciacho. Wrrr…

– Ciacho? Nie wygląda, jakby to był ktoś miejscowy. Musi być turystą.

– Powinnam go zapytać, czy nie potrzebuje kogoś, kto pokaże mu widoki! – Sloane wzdycha.

– Widoki? To tak teraz nazywasz swoje cycki? – Śmieję się rozbawiona, bo za dobrze ją znam.

– Nie gardź. Jest powód, dla którego nazywają się kapitałem. Dziewczyny dały mi mnóstwo darmowych drinków, wiesz – przerywa na chwilę. – Jak już o tym mowa, wybierzmy się dzisiaj do Downriggers.

– Nie mogę, przepraszam. Mam plany.

– Ta. Już znam te twoje plany. Czas, aby to zmienić. Zapoczątkować nową tradycję. – Sloane nie daje za wygraną.

– Wyjść i się upić, zamiast zostać w domu? – mówię celowo drwiąco.

– Dokładnie – przytakuje niezrażona przyjaciółka.

– Spasuję. Rzyganie w miejscach publicznych to nie mój styl. – Na samą myśl cierpnie mi skóra.

– Wiem na pewno, że w życiu nie wymiotowałaś. Nie masz odruchu wymiotnego – prycha.

– To najdziwniejsza z rzeczy, jakie o mnie wiesz.

– Nie mamy żadnych tajemnic, skarbie. Jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami, jeszcze z czasów, zanim wyrosły nam włosy łonowe.

– Jakie to wzruszające – odpowiadam oschle.

– Także… ja stawiam. To powinno przemówić do twojej wewnętrznej sknery. – Ignoruje mnie.

– Czy próbujesz mi powiedzieć, że jestem skąpa?

– Dowód rzeczowy A: podarowałaś mi dwudziestodolarowy bon upominkowy na stek w jadłodajni na Boże Narodzenie w zeszłym roku, który otrzymałaś ode mnie wcześniej – mówi triumfalnie.

– To był żart! – wykrzykuję z oburzeniem.

– Hm… – Sloane udaje nieprzekonaną. – Powinnaś przekazać to komuś innemu, powiedziałam ci to. To jest taki trend. To jest zabawne – wyjaśnia.

– Tak, jeśli twój płat czołowy doznał uszkodzenia w okropnym wypadku samochodowym, to jest zabawne. Dla pozostałych z prawidłowo funkcjonującymi mózgami to nie jest.

– W porządku. W tym roku kupię ci kaszmirowy sweter. Zadowolona?

Moje westchnienie jest wielkie i dramatyczne.

– Przyjadę po ciebie za piętnaście minut – oznajmia z przekonaniem.

– Nie. Nie wychodzę dziś wieczorem – mówię twardo, z niezłomnym przekonaniem, że tak właśnie będzie.

– Nie pozwolę ci siedzieć w domu w kolejną rocznicę próbnej kolacji, która nigdy się nie odbyła, i upijać się szampanem, który miałaś mieć na swoim przyjęciu weselnym – odpowiada stanowczo.

Resztę pozostawia niewypowiedzianą, ale wisi ona ciężko pomiędzy nami w powietrzu.

Dzisiaj mija pięć lat, odkąd David zaginął.

Gdy ktoś znika na pięć lat w stanie Kalifornia, jest prawnie uznawany za zmarłego. Nawet jeśli wciąż gdzieś tam żyje, stwierdza się, że znajduje się sześć stóp pod ziemią.

To jest krok milowy, którego się obawiam.

Odwracam się od okna i jego pięknej, słonecznej scenerii.

Przez chwilę myślę o Chrisie. Pamiętam gorycz w jego głosie, kiedy powiedział, że żyję przeszłością… i jak wszyscy to widzą.

Wszyscy włącznie ze mną.

– Dobrze, odbierz mnie za piętnaście minut – odpowiadam łagodnie.

Sloane krzyczy z podekscytowania.

Rozłączam się, zanim zdążę zmienić zdanie, i idę przebrać się w spódnicę.

Jeśli mam zamiar upić się publicznie, przynajmniej mogę dobrze wyglądać.

***

Downriggers jest niezobowiązującym lokalem tuż nad jeziorem, z podwyższeniem i spektakularnym widokiem na góry Sierras z jednej strony i jezioro Tahoe z drugiej.

Zachód słońca dziś wieczorem będzie piękny. Już teraz ma ono ognistopomarańczową poświatę opadającą nisko nad horyzontem. Sloane i ja usiadłyśmy w środku obok okna, w miejscu, które pozwala nam zobaczyć zarówno wodę, jak i pełen ludzi bar. Większość z nich znam. W końcu mieszkam tutaj całe moje życie.

Gdy tylko siadłyśmy, Sloane pochyliła się w moim kierunku nad stołem i zasyczała:

– Patrz! To on!

– Kto? – Rozglądam się wokoło, zdezorientowana.

– Pirat! Siedzi przy końcu baru!

– Epicki brodaty gość? – Odwracam się i wyciągam szyję, żeby rozejrzeć się w tłumie. – Który to?

To wszystko, co wypowiadam, zanim go zauważam. Zajmuje sporą część baru, a stołek ginie pod nim. Robi wrażenie.

Szerokie ramiona. Potargane, ciemne włosy. Mocna szczęka, która nie widziała się z maszynką do golenia przez kilka tygodni. Czarna, skórzana kurtka w połączeniu z czarnymi dżinsami i glanami – wszystko to wygląda w jakiś sposób zarówno na drogie, ale i zniszczone, niedbale noszone. Masywne, srebrne pierścionki zdobią kciuk i palec środkowy prawej ręki.

Jeden z nich to jakiś sygnet. Drugi czaszka.

Para ciemnych okularów ukrywa jego oczy.

Wydaje mi się to dziwne, noszenie okularów przeciwsłonecznych w pomieszczeniach. Jakby miał coś do ukrycia.

– Nie widzę pirata, to prędzej gwiazda rocka. Lub przywódca gangu motocyklowego. Wygląda, jakby właśnie zszedł z planu Synów Anarchii. Zakład, że jest dilerem narkotyków? – komentuję ściszonym głosem.

– Kogo to obchodzi? – szepcze Sloane, gapiąc się na niego. – Mógłby być Kubą Rozpruwaczem, a i tak pozwoliłabym mu dojść na moich cyckach.

– Zdzira – mówię z czułością.

– Lubię niebezpiecznych samców alfa z energią wielkiego kutasa. Nie osądzaj. – Machnęła tylko ręką.

– Więc idź, zagadaj do niego. Zamówię coś do picia i popatrzę zza kulis, aby mieć pewność, że nie wyciągnie noża.

Wzywam kelnera. Przesyła mi sygnał podbródkiem oraz uśmiech, wskazując, że będzie przy nas tak szybko, jak to możliwe.

– Nie, to za bardzo rozpaczliwe. Nie uganiam się za facetami, bez względu na to, jacy są seksowni. To poniżające – mówi Sloane.

– Chyba że jesteś cocker spanielem, wtedy sposób, w jaki dyszysz i ślinisz się, jest niegodny. Idź, osiodłaj tego ogiera, kowbojko. Idę do toalety.

Wstaję i zmierzam w kierunku damskiej ubikacji, zostawiając Sloane przygryzającą wargę w niezdecydowaniu. Albo to tylko pożądanie.

Nie spieszę się, korzystając z toalety, myjąc ręce, sprawdzając makijaż w lustrze nad zlewem. Patrzę na szkarłatną czerwień pomadki o nawie Sweet Poison. Nie jestem pewna, dlaczego ją noszę. Prawie nigdy się nie maluję, ale przypuszczam, że nie codziennie twój zaginiony narzeczony staje się prawnie zmarły, więc co tam.

Och, Davidzie! Co się z tobą stało?

Nagle ogarnia mnie niespodziewana fala rozpaczy.

Opieram się o krawędź zlewu, aby utrzymać równowagę, zamykam oczy i powoli wypuszczam drżący oddech.

Dawno nie czułam tak silnego żalu. Zazwyczaj jest to niespokojna siła, którą staram się ignorować. Tępy ból w klatce piersiowej. Fala udręki wewnątrz mojej czaszki, którą mogę wyłączyć, gdy stanie się zbyt głośna.

Prawie, ale nie całkiem.

Ludzie mówią, że czas leczy rany, ale ci ludzie to dupki. Rany takie jak moje nigdy się nie goją. Nauczyłam się tylko tamować krwawienie.

Wygładzam włosy ręką i biorę kilka głębokich wdechów, dopóki nie czuję, że mam kontrolę. W myślach wygłaszam szybko przemowę podnoszącą na duchu, przyklejam uśmiech do twarzy, następnie otwieram drzwi z rozmachem i wychodzę.

Natychmiast zderzam się z ogromnym, nieruchomym obiektem.

Odskakuję, potykam się i tracę równowagę. Zanim upadam, duża dłoń łapie mnie za ramię i podtrzymuje.

– Uważaj.

Głos ma przyjemne, ochrypłe dudnienie. Patrzę w górę i odnajduję siebie wpatrzoną w swoje odbicie w okularach przeciwsłonecznych.

To jest pirat. Diler narkotyków. Koleś z energią dużego kutasa z epicką brodą.

Trzask czegoś, co mogłoby być prądem, przebiega mi po kręgosłupie.

Jego barki są masywne. On jest ogromny. Siedząc, wydawał się duży, ale wyprostowany jest niewyobrażalnie wysoki. Wiking.

Nigdy nie opisałabym siebie jako drobną, ale ten gość sprawia, że czuję się naprawdę delikatna.

Pachnie jak nuty smakowe drogiego Caberneta: skóra, dym z papierosów i odrobina ściółki lasu.

Jestem pewna, że serce bije mi bardzo mocno, ponieważ prawie czuję je w tyłku.

– Przepraszam. Nie patrzyłam, gdzie idę.

Dlaczego przepraszam? To on stał tuż za cholernymi drzwiami do łazienki.

Nie odpowiada. Nie puszcza mojego ramienia ani się nie uśmiecha.Stoimy w ciszy, żadne z nas się nie porusza, dopóki staje się jasne, że on nie ma zamiaru zejść mi z drogi.

– Czy mogę przejść? – Unoszę brwi i posyłam mu spojrzenie.

Przechyla głowę.Nawet nie będąc w stanie zobaczyć jego oczu, czuję, jak dokładnie mi się przygląda.

Akurat, gdy robi się dziwnie, opuszcza rękę z mojego ramienia. Bez słowa przepycha się w kierunku drzwi do toalety dla mężczyzn i znika w środku.

Wytrącona z równowagi przez chwilę stoję, marszcząc brwi na zamknięte drzwi, następnie wracam do Sloane. Znajduję ją z lampką białego wina w dłoni, drugi kieliszek czeka na mnie.

– Twój pirat właśnie uderzył do toalety – mówię, osuwając się na krzesło. – Jeśli się pospieszysz, może jak będzie wychodził, złapiesz go na szybki numerek w ciemnym kącie sali, zanim zabierze cię do Czarnej Perły, aby dokonać większego spustoszenia.

– Masz na myśli gwałt i on nie jest zainteresowany. – Bierze duży łyk wina.

– Skąd wiesz?

– Powiedział mi wprost. – Przygryza wargi.

– Nie! – Jestem zaskoczona. To jest niespotykane.

– Tak. Podeszłam do niego dumnym krokiem à la Jessica Rabbit, przystawiłam mu piersi do twarzy i zapytałam, czy nie zechciałby kupić mi drinka. Jego odpowiedź? „Nie jestem zainteresowany”. I nawet na mnie nie spojrzał! – Widać wyraźnie, że Sloane ciężko przyjęła obojętność wikinga.

– Cóż, to pewne. On jest gejem. – Potrząsając głową, biorę łyk wina.

– Mój gejowski radar mówi mi, że jest hetero, skarbie. Ale dzięki za wsparcie. – Unosi lekko kieliszek w moją stronę.

– Więc… żonaty.

– Pfff. Nie ma szans. Jest całkowicie nieudomowiony.

Przypominam sobie o sposobie, w jaki pachniał, gdy wpadłam na niego przed toaletą – piżmo czystego, seksualnego feromonu, rozchodzącego się od niego falami, i myślę, że prawdopodobnie ma rację.

Lew wędrujący po Serengeti nie ma żony. Jest za bardzo zajęty polowaniem na coś, w czym mógłby zatopić kły.

Nadchodzi kelner, aby przyjąć nasze zamówienie.

Kiedy odchodzi, Sloane i ja spędzamy kilka minut, rozmawiając o niczym ważnym, dopóki ona nie pyta mnie, jak idą sprawy z Chrisem.

– Och. Z nim. Uch…

– Nie zrobiłaś tego. – Patrzy na mnie z dezaprobatą.

– Zanim zaczniesz wytykać palcem, to wiedz, że to on zerwał ze mną – usprawiedliwiam się szybko.

– Nie jestem pewna, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale mężczyzna spodziewa się, że w końcu będzie uprawiał seks z dziewczyną, z którą się spotyka. – Przyjaciółka uświadamia mnie ironicznie.

– Nie bądź złośliwa. Nic nie poradzę na to, że moja pochwa to zamknięty biznes.

– Jeśli wkrótce nie wsadzisz kutasa do tej gorącej kieszonki, to zarośnie na dobre. Już nigdy nie będziesz mogła uprawiać seksu.

Nie mam nic przeciwko. Moje libido zniknęło wraz z Davidem. Ale muszę odwrócić jej uwagę, zanim ta rozmowa zmieni się w sesję terapeutyczną.

– W każdym razie nic by z tego nie wyszło. On uważa, że koty są tak samo inteligentne jak ludzie.

– Krzyż na drogę. – Wygląda na przerażoną.

– Myślę, aby go umówić z Marybeth. – Uśmiecham się, ponieważ widzę, że zmiana tematu działa.

– Twoją koleżanką? Tą, która ubiera się jak amisz?

– Ona nie jest amiszką. Jest nauczycielką.

– Czy uczy ubijania masła i konserwacji powozów? – Sloane unosi brwi.

– Nie, przyrody. Ale lubi szyć patchworki. Ma też pięć kotów.

– Są stworzeni dla siebie. – Wznosi toast.

– Niech mają razem długą i wspólną przyszłość. – Stukam moim kieliszkiem o jej.

Pijemy. Pochłaniam cały kieliszek wina, a ona przygląda mi się uważnie.

Kiedy odstawiam puste naczynie i daję znak kelnerowi, aby przyniósł następną kolejkę, wzdycha. Sięga przez stół i ściska moją dłoń.

– Kocham cię, wiesz?

– Myślę, że cały ten jarmuż, który jesz, wypaczył twój mózg. – Wiedząc, dokąd to zmierza, wyglądam przez okna w kierunku jeziora.

– Martwię się.

– Nie musisz. Mam się doskonale – uspokajam ją, a przynajmniej próbuję.

– Nie jest wszystko w porządku. Dajesz radę. A to jest różnica.

I właśnie dlatego powinnam zostać w domu.

– Zajęło mi dwa lata, zanim zaczęłam prowadzić samochód bez zastanawiania się: „a co, jeśli zabiję się na tym zakręcie? A jeśli wpadnę prosto na ten ceglany mur?”. Kolejny rok, zanim przestałam sprawdzać w wyszukiwarce „bezbolesne sposoby popełnienia samobójstwa”. Potem kolejny, zanim przestałam przypadkowo wybuchać płaczem. Dopiero od kilku miesięcy mogę wejść do pokoju bez automatycznego poszukiwania jego twarzy. – Mój głos jest cichy. – Żyję z duchem mężczyzny, o którym myślałam, że się z nim zestarzeję. Oraz z przytłaczającym ciężarem pytań, na które nigdy nie znajdę odpowiedzi, i miażdżącym poczuciem winy, że ostatnią rzeczą, jaką do niego powiedziałam, było: „Jeśli się spóźnisz, zabiję cię”. Biorąc to wszystko pod uwagę, samo przetrwanie jest wygraną. – Odwracam się od okna i patrzę na nią.

– Och, kochanie… – Sloane szepcze, oczy jej błyszczą. – Wiesz, czego potrzebujemy? – Ponownie ściska moją dłoń, mówiąc to.

– Terapii elektrowstrząsami? – Przełykam nagłą gulę w gardle.

– Ty i twój czarny humor. Chciałam powiedzieć: guacamole. – Wypuszcza moją rękę i potrząsa głową.

– Płacisz? Ponieważ guac tutaj kosztuje dziesięć dolców za dwie łyżki stołowe, a słyszałam, że jestem sknerą.

– To jedno z twoich wielu niedociągnięć, ale idealni ludzie są nudni. – Uśmiecha się do mnie czule.

– Okej, ale ostrzegam cię, że nie jadłam nic od śniadania.

– Kochanie, znam cię wystarczająco dobrze, by trzymać ręce na bezpieczną odległość, kiedy jesz. Pamiętasz, jak dzieliłyśmy się miską popcornu podczas oglądania Pamiętnika? Prawie straciłam palec.

– Nie mogę się doczekać, aż będziemy stare, a ty będziesz mieć demencję. Ta twoja fotograficzna pamięć jest najgorsza – sarkam.

– Dlaczego toja mam być tą z demencją? To ty odmawiasz jedzenia warzyw! – Wzrusza ramionami.

– Zaraz mam zamiar zjeść trochę rozgniecionego awokado. Czy to się nie liczy?

– Awokado to owoc, geniuszko.

– Jest zielone, prawda?

– Tak.

– Więc to warzywko.

– Jesteś beznadziejna. – Sloane kręci głową.

– Tak, zgadza się.

Uśmiechamy się do siebie. W tym momencie przypadkiem rzucam spojrzenie na przeciwną stronę restauracji.

Nieznajomy, na którego wpadłam na zewnątrz toalety, siedzi sam przy stole, plecami do okna, z kuflem piwa w ręce, i wpatruje się we mnie. Ponieważ zdjął ciemne okulary, tym razem widzę jego oczy.

Są koloru głębokiego, nasyconego brązem Guinnessa, osadzone szeroko pod surowym czołem i otoczone gęstwiną czarnych rzęs. Skupione na mnie z zadziwiającą intensywnością, te oczy nie poruszają się ani nie mrugają.

Ale och! Jak mrocznie płoną.

ROZDZIAŁ 2

Nat

– Ziemia do Natalie, wzywam Natalie.

Odrywam wzrok od dziwnie potężnej pułapki, jaką są oczy nieznajomego, i zwracam uwagę z powrotem na Sloane. Patrzy na mnie z uniesionymi brwiami.

– Co? Przepraszam, nie słyszałam, co powiedziałaś – usprawiedliwiam się skruszona.

– Tak, wiem, ponieważ byłaś zbyt zajęta przeruchaniem wzrokiem pięknej bestii, która zmiażdżyła ego twojej najlepszej przyjaciółki – odpowiada z wyrzutem.

– Nie ma na świecie człowieka, który mógłby zmiażdżyć twoje ego. Jest zrobione z tego samego materiału, którego NASA używa na statkach kosmicznych, żeby nie spłonęły podczas powrotu przez atmosferę – drwię, nadal nieco skołowana.

– Powiedziałam prawdę. Swoją drogą, wciąż się na ciebie gapi. – Sloane się uśmiecha, nakręcając na palce kosmyk ciemnych włosów.

Wiercę się na krześle. Nie wiem, dlaczego moje uszy robią się tak gorące. Nie jestem osobą, którą aż tak porusza czyjaś przystojna twarz.

– Może przypominam mu kogoś, kogo nie lubi – stwierdzam rozpaczliwie.

– A może jesteś idiotką. – Słyszę w odpowiedzi.

Ale nie jestem. Jego spojrzenie nie wyrażało pożądania. Przypominało bardziej urażone wyczekiwanie, jakbym była winna mu pieniądze. Kelner wraca z naszym zamówieniem, a Sloane prosi o guacamole i chipsy.

– O nie. Nadchodzi Diane Myers – syczy, potrząsając z dezaprobatą głową.

Diane to największa miejska plotkara. Prawdopodobnie ma rekord świata w tym, że jej gęba nigdy się nie zamyka.

Rozmowa z nią jest jak poddanie torturom wodnym – nadaje ciągle i ciągle, nieustannie boleśnie kapie, aż w końcu tracisz rozum i pękasz.

Nie zawracając sobie głowy przywitaniem, bierze puste krzesło zza stołu obok, siada przy mnie i się pochyla, roztaczając przytłaczający zapach lawendy i naftaliny.

– Nazywa się Kage. Czy to nie dziwne? Jak Nicolas Cage, ale z „k”. Nie wiem, myślę, że to bardzo dziwne imię. Chyba że jest się członkiem zespołu. Albo jakimś podziemnym wojownikiem, to wtedy oczywiście nie jest dziwne. Tak czy inaczej, za moich czasów mężczyźni nosili szanowane imiona jak Robert, William, Eugene lub coś w tym stylu… – mówi ściszonym głosem.

– O kim mówimy? – przerywa jej Sloane.

– Aquaman – odpowiada scenicznym szeptem plotkara. Próbując wyglądać nonszalancko, kilka razy potrząsa głową w kierunku, gdzie siedzi nieznajomy. Jej lakierowane, szare loki trzęsą się przy tym ruchu.

– Kto? – Tym razem ja udaję głupią.

– Mężczyzna przy oknie, który wygląda jak aktor z filmu Aquaman. Jak on ma na imię? Wielki brutal, który ożenił się z dziewczyną z Bill Cosby Show.

Zastanawiam się, co by zrobiła, gdybym wylała kieliszek wina na jej ohydną trwałą? Pewnie piszczałaby jak zaskoczony szpic. Wyobrażenie sobie tego jest dziwnie satysfakcjonujące.

Tymczasem ona wciąż nawija:

– …bardzo dziwne, że zapłacił gotówką. Ludzie, którzy trzymają tego rodzaju kasę przy sobie, to same kłopoty. Nie chcą, żeby rząd znał ich miejsce pobytu i tego typu rzeczy. Jak to nazywają? Życie poza systemem? Tak, to jest właściwe słowo. W ciągłej ucieczce przed policją, ukrywając się na widoku. – Ściąga usta, dumna ze swoich wniosków. – Cokolwiek by się nie działo, będziemy musieli bacznie przyglądać się tej osobie. Bardzo uważnie go śledzić. Bądź czujna! – ostrzega, jeszcze bardziej pochylając się do mnie. – Zwłaszcza że on mieszka zaraz obok ciebie, kochanie. Upewnij się, że masz wszystko dobrze zamknięte i rolety zaciągnięte. Nigdy nie można być zbyt ostrożną.

– Czekaj, co? Mieszka obok? – Prostuję się na krześle.

– Nie słuchałaś? Kupił dom obok twojego. – Wpatruje się we mnie, jakbym była głupowata.

– Nie wiedziałam, że ten dom był na sprzedaż – mówię zaskoczona.

– Nie był. Według Sullivanów ta osoba, Kage, niedawno zapukała do ich drzwi i złożyła im ofertę nie do odrzucenia. Z teczką pełną pieniędzy, ni mniej, ni więcej.

– Kto płaci za dom gotówką? – Patrzę na Sloane.

– Widzisz? To wszystko jest niezmiernie dziwne. – Diane cmoka.

– Kiedy się wyprowadzili? Nawet nie wiedziałam, że ich nie ma! – Jestem coraz bardziej niemiło zaskoczona.

– Nie zrozum tego źle, kochanie, ale żyjesz w małej bańce. Oczywiście nie można cię winić za bycie rozkojarzoną, zwłaszcza po tym przez co przeszłaś. – Stara zaciska usta, patrząc na mnie.

Współczucie. Nie ma nic gorszego.

Spoglądam na nią groźnie, ale zanim zdążę odwzajemnić się ciętą ripostą i opowiedzieć, co zrobię z jej brzydką trwałą, odzywa się Sloane:

– Więc gorący nieznajomy bogacz będzie mieszkał tuż obok. Szczęśliwa suka. – Rzuca mi wymowne spojrzenie.

– O nie, nie powiedziałabym, że jest szczęściarą. W ogóle bym tego nie powiedziała! – Cmoka znowu Myers. – Ma wygląd przestępcy, nie można temu zaprzeczyć. A jeśli ktoś jest dobrą znawczynią charakteru, to z pewnością ja. Zgodzicie się z pewnością. Pamiętacie oczywiście, że to ja… – przechodzi do świszczącego szeptu, ale przerywa jej kelner:

– Przepraszam panie.

Chwała mu. Stawia na stole miskę guacamole, obok koszyk z chipsami z tortilli i pyta z uśmiechem:

– Czy dziś wieczorem zamawiają panie tylko drinki i przekąski, czy chciałyby panie, żebym przyniósł menu kolacyjne?

– Będę piła moją kolację, dziękuję – mówię uprzejmie.

– Poproszę menu. – Sloane posyła mi kwaśne spojrzenie.

– I kolejkę – dodaję.

– Jasne. Zaraz wracam.

Gdy tylko odchodzi, Diane zaczyna od nowa, odwracając się do mnie niecierpliwie.

– Czy chciałabyś, żebym zadzwoniła do szefa policji i poprosiła go, żeby w nocy przyjechał samochód patrolowy i sprawdził co u ciebie? Nie mogę znieść myśli, że jesteś sama i bezbronna w tym domu. Taka tragedia ci się przydarzyła, biedactwo. – Poklepuje mnie po dłoni.

Chcę ją walnąć w gardło. Ona, nieświadoma moich morderczych zamiarów, kontynuuje:

– A teraz, kiedy ten podejrzany element przenosi się do sąsiedztwa, naprawdę należy się tobą zająć. Tyle przynajmniej mogę zrobić. Twoi rodzice byli moimi serdecznymi przyjaciółmi, zanim przenieśli się na emeryturę do Arizony z powodu zdrowia twojego ojca. Duża wysokość w naszym małym raju na ziemi może być kłopotliwa, gdy się starzejesz. Tysiąc osiemset metrów nad poziomem morza nie jest dla osób o słabym sercu i, dobry Boże, powietrze jest suche jak wiór…

– Nie, Diane, nie chcę, żebyś dzwoniła po policję, aby mnie niańczyła. – Staram się, żeby mój głos zabrzmiał twardo i zniechęcająco.

– Nie ma potrzeby się wkurzać, kochanie, po prostu chcę…

– Mieszać się w moje sprawy. Wiem. Dzięki, pasuję – wpadam jej bezceremonialnie w słowo.

Wygląda na urażoną. Odwraca się do Sloane po wsparcie, którego nie znajduje.

– Nat ma dużego psa i jeszcze większy pistolet. Nic jej nie będzie.

– Trzymasz broń w domu? Mój Boże! A co, jeśli się przypadkowo postrzelisz? – Zgorszona Diane zwraca się do mnie.

– Byłabym przeszczęśliwa. – Patrzę na nią ze śmiertelną powagą.

– Właściwie… skoro tu jesteś, Diane, może mogłabyś przyłączyć się do dyskusji, którą Nat i ja prowadziłyśmy, zanim przyszłaś? Chętnie poznamy twoje zdanie na ten temat – mówi Sloane bez drgnięcia powieki.

– Ależ oczywiście! Jak wiecie, mam dość szeroką wiedzę na różne tematy. Pytaj śmiało. – Diane pręży się dumnie, poprawiając włosy.

To będzie zabawne. Popijam wino, starając się nie uśmiechać.

– Anal. Tak lub nie? – pyta Sloane z poważnym wyrazem twarzy.

– Och, spójrzcie! Jest Margie Howland. Nie widziałam jej od wieków. Powinnam się przywitać – ćwierka Diane po chwili ciszy.

– Do widzenia! – rzuca nam i wstaje.

– Wiesz, że w ciągu dwudziestu czterech godzin całe miasto będzie wiedziało, że siedzimy tutaj i dyskutujemy o zaletach i wadach seksu analnego, prawda? – mówię sucho, patrząc, jak odchodzi.

– Nikt nie słucha tego starego nietoperza – bagatelizuje.

– Jest najlepszą przyjaciółką administratora szkoły – dodaję.

– Co? Myślisz, że zostaniesz zwolniona za rozwiązłość? Jesteś praktycznie zakonnicą. – Rzuca mi spojrzenie pełne dezaprobaty.

– Trochę przesadzasz.

– Nie. W ciągu ostatnich pięciu lat umawiałaś się z trzema facetami i z żadnym z nich nie uprawiałaś seksu. Gdybyś była zakonnicą, mogłabyś uprawiać seks chociaż z Jezusem.

– Myślę, że to tak nie działa. Poza tym mam dużo seksu. Ze sobą. I moimi przyjaciółmi na baterie. Związki są po prostu zbyt skomplikowane. – Sięgam po chipsy.

– Nie sądzę, aby twoje krótkie, pozbawione emocji i seksu gmatwaniny można było nazywać związkami. Musisz pieprzyć faceta, żeby to się kwalifikowało. I może trochę czuć coś do niego.

– Gdybym znalazła takiego, który by mi się spodobał, zrobiłabym to. – Wzruszam ramionami.

Patrzy na mnie, wiedząc, że mój problem z mężczyznami nie ma nic wspólnego z tym, że nie spotkałam kogoś, z kim coś mnie połączy. Wie, że nie jestem w stanie nawiązać znajomości z nikim w ogóle.

– Mówiąc o pieprzeniu, twój nowy sąsiad jest tam i patrzy na ciebie, jakbyś była jego następnym posiłkiem.

– Dosłownie. I to w nieprzyjemny sposób. Sprawia, że żarłacze białe wydają się przyjazne. – Krzywię się przesadnie, żeby podkreślić awersję.

– Nie bądź taka negatywnie nastawiona. Cholera, jest piekielnie przystojny. Nie sądzisz?

– Nie jest w moim typie. – Opieram się zaskakująco silnej chęci odwrócenia się i spojrzenia w kierunku, w którym patrzy Sloane. Zamiast tego biorę kolejny łyk wina.

– Kochanie, ten mężczyzna jest w typie każdej kobiety. Nie próbuj mnie okłamywać i mówić, że nie słyszysz jęków swoich jajników.

– Daj mi chwilę odetchnąć. Zostałam porzucona zaledwie pół godziny temu – przypominam.

– Tak, i naprawdę wydajesz się tym załamana. Następna wymówka? – prycha.

– Przypomnij mi znowu, dlaczego jesteś moją najlepszą przyjaciółką? – Unoszę wymownie brwi.

– Bo jestem zajebista, oczywiście.

– Hm. Jeszcze nie zdecydowałam.

– Słuchaj, dlaczego po prostu nie będziesz dobrą sąsiadką, nie podejdziesz i się nie przedstawisz? Następnie zaproś go na wycieczkę po swoim domu. Dokładniej mówiąc, po sypialni, w której we trójkę będziemy odkrywać nasze seksualne fantazje, pokryci żelem Astroglide, słuchając Lenny’ego Kravitza śpiewającego Let Love Rule.

– O, to teraz zostaniesz dla mnie bi? – Udaję, że jestem pod wrażeniem.

– Nie dla ciebie, głuptasku. Dla niego – wyjaśnia, unosząc kieliszek.

– Będę potrzebowała zdecydowanie więcej wina, zanim zacznę rozważać pomysł na trójkąt.

– No cóż. Przemyśl to. A jeśli wszystko się ułoży, możemy zrobić to długoterminowo i zostać throuple.

– Co to do cholery jest throuple?

– To samo co para, ale z trzema osobami zamiast dwóch.

– Proszę, powiedz mi, że żartujesz. – Gapię się na nią.

– Tak, ale wyraz twojej twarzy jest prawie tak bezcenny jak przed chwilą u Diane. – Sloane uśmiecha się i nabiera guacamole na chipsa.

Kelner wraca z menu i większą ilością Chardonnay. Godzinę później pochłonęłyśmy dwa półmiski krewetkowej enchilady i dwie butelki wina.

– Myślę, że powinnyśmy zamówić taksówkę do domu, kochanie. Jestem zbyt nawalona, żeby prowadzić. – Sloane beka dyskretnie w dłoń.

– Zgadzam się – przytakuję z przekonaniem.

– Przy okazji, spędzam noc u ciebie – informuje mnie przyjaciółka.

– Nie zaprosiłam cię.

– Nie pozwolę ci, żebyś jutro obudziła się sama – mówi rozbrajająco.

– Nie będę sama. Mojo będzie ze mną.

– Chyba że wyjdziesz ze swoim nowym, gorącym sąsiadem. Inaczej utknęłaś ze mną, siostrzyczko. – Prosi kelnera o rachunek.

Rzuciła tę uwagę od niechcenia, ponieważ dobrze wie, że nie mam zamiaru wychodzić z tajemniczym i nieco wrogo nastawionym do mnie obcym mężczyzną. Jednak myśl o Sloane wiszącej nade mną w niepokoju przez cały jutrzejszy dzień, aby mieć pewność, iż nie podetnę sobie nadgarstków w rocznicę mojego nie-ślubu, jest tak przygnębiająca, że przebija się przez mózg jak kubeł zimnej wody wylany na moją głowę.

Zerkam na jego stolik.

Rozmawia przez komórkę. Nie mówi, tylko słucha, co jakiś czas kiwa głową. Zerka w górę i przyłapuje mnie na przyglądaniu się mu.

Nasze oczy się spotykają, a serce podchodzi mi do gardła. Dziwna i nieznana kombinacja podniecenia, napięcia i strachu sprawia, że fala gorąca spływa mi po szyi.

Sloane ma rację. Powinnam być przyjacielska. Będziemy sąsiadami. Jakikolwiek jest jego problem, nie dotyczy mnie. Nie mogę brać wszystkiego tak osobiście. Biedny facet prawdopodobnie miał po prostu zły dzień.

Mruczy coś do telefonu i się rozłącza, ciągle na mnie patrząc.

– Zaraz wracam – mówię do Sloane.

Wstaję, przechodzę przez restaurację i podchodzę do jego stolika.

– Cześć. Jestem Natalie. Czy mogę do ciebie dołączyć? – Siadam, nie czekając na jego odpowiedź.

Milczy, wpatrując się we mnie uważnie tymi ciemnymi, nieprzeniknionymi oczami.

– Moja przyjaciółka i ja wypiłyśmy trochę za dużo wina i nie możemy bezpiecznie jechać do domu. Normalnie nie byłby to problem. Wzięłybyśmy taksówkę i odebrałybyśmy jej samochód jutro. Ale właśnie powiedziała mi, że jeśli nie wyjdę stąd z tobą, ona będzie nocować u mnie – mówię otwarcie. – Otóż jest cała długa historia, dlaczego nie chcę, aby tak się stało, jednak oszczędzę ci szczegółów. I zanim zapytasz: nie, zwykle nie żądam podwiezienia od zupełnie obcych ludzi, ale powiedziano mi, że kupiłeś dom obok mnie na Steelhead, więc pomyślałam, że poproszę cię o podwózkę do domu, skoro i tak pojedziemy w tym samym kierunku.

Patrzy na moje usta. Mięsień w jego szczęce napina się, ale nadal nic nie mówi.

O nie. Myśli, że go podrywam.

– Przysięgam, że to nie jest tani podryw. Naprawdę szukam tylko podwiezienia do domu. Poza tym, hm… witaj w mieście – dodaję, czując się potwornie skrępowana.

Zastanawia się przez chwilę nad czymś, podczas gdy ja siedzę, obserwując go z bijącym sercem i przekonaniem, że popełniłam straszny błąd.

– Przepraszam, księżniczko. Jeśli szukasz rycerza w lśniącej zbroi, to szukasz w kurewsko złym miejscu – odzywa się w końcu niskim, szorstkim głosem.

Wstaje nagle, uderza w stół i odchodzi, zostawiając mnie samą z palącym upokorzeniem dla towarzystwa.

W porządku. Chyba w przyszłości nie wpadnę, żeby pożyczyć filiżankę cukru. Policzki mam gorące, wracam do naszego stolika.

– Co się przed chwilą stało? – Sloane gapi się na mnie z niedowierzaniem.

– Zapytałam go, czy zabierze mnie do domu.

Zszokowana powoli mruga. Kiedy dochodzi do siebie, pyta krótko:

– I?

– I dał jasno do zrozumienia, że wolałby, aby jego kutasa przytrzasnęły drzwi do samochodu. Czy jesteśmy gotowe do wyjścia? – Jasno daję do zrozumienia, że najwyższa pora opuścić ten lokal.

– Łał. Dał kosza nam obu. Możesz mieć rację, że jest żonaty. – Wstaje, zabiera torebkę, która wisi na oparciu krzesła, i potrząsa głową.

– Może jest po prostu nieśmiały – dodaje z namysłem, kiedy idziemy do wyjścia.

A może okaże się seryjnym mordercą i wybawi mnie z mojej niedoli.

Prawdopodobnie nie. Nie mam takiego szczęścia.

ROZDZIAŁ 3

Kage

Nie powinno mi robić żadnej różnicy, że wygląda zjawiskowo, ale robi. Jest aż przesadnie piękna, prawie się roześmiałem, gdy ją zobaczyłem.

Byłem gotowy na wszystko oprócz tego. Zaskoczyło mnie to, a nie znoszę niespodzianek. Przeważnie gdy tracę czujność, ktoś zaczyna krwawić.

Ale teraz już wiem. Następnym razem, gdy ją zobaczę, będę przygotowany. Nie pozwolę, aby twarz, nogi lub te nieziemskie oczy odciągnęły moją uwagę od tego, po co tu przyjechałem.

Albo włosy. Nigdy nie widziałem tak lśniących i czarnych włosów. Chciałem zanurzyć dłonie w tej gęstej, lśniącej masie fal i pociągnąć jej głowę do tyłu…

Kurwa!

Wiem dobrze, żeby nie mieszać interesów z przyjemnością. Muszę się tylko skupić i zrobić swoje.

Gdyby tylko ona nie była tak cholernie piękna.

Nie lubię niszczyć ładnych rzeczy.

ROZDZIAŁ 4

Nat

Budzę się rano ze strasznym bólem głowy i Mojo chrapiącym mi w twarz.

– Matko, psie – mamroczę, szturchając jego futrzaną klatkę. – Czy mógłbyś być ciszej? Mamusia ma kaca.

Jego odpowiedzią jest ziewnięcie, zagrzebanie się głębiej w kołdrze i puszczenie bąka, który może zedrzeć farbę ze ścian.

Obracam się na plecy i wzdycham. Zastanawiam się, czy zrobiłam coś okropnego w poprzednim życiu. Czasami myślę, że to jest jedyne logiczne wyjaśnienie mojej gównianej egzystencji.

Kiedy dzwoni telefon, wymachuję ręką w kierunku nocnej szafki, aż zaciskam palce na komórce. Naciskam „odbierz”, ale zanim nawet zdołam wypowiedzieć „cześć”, Sloane trajkocze mi do ucha.

– Rozgryzłam to. On jest wdowcem.

– Co? Kto? – Nie ogarniam tematu.

– Nie bądź głupia. Wiesz kto. Ogier, który odmówił dwóm najgorętszym laskom na Zachodnim Wybrzeżu, ponieważ… – przerwała dla lepszego efektu. – Przeżywa żałobę!

W świecie Sloane jedyne sensowne wytłumaczenie, gdy facet nie jest nią zainteresowany, to to, że jest gejem albo żonatym, ma uszkodzony mózg lub jego żona niedawno zmarła. Bardzo niedawno. Na przykład w ciągu ostatniego tygodnia. Myślę również, że w głębi duszy wierzy, iż sama pokusa jej uroków sprawi, że mężczyzna w każdej z tych sytuacji tak czy inaczej do niej przyjdzie.

Chciałabym mieć taką pewność siebie.

– Dlaczego dzwonisz do mnie tak wcześnie rano, wiedźmo bez serca? – Przebiegam językiem po nieumytych zębach i modlę się, aby zmaterializowała się wróżka, która przyniesie mi wodę z aspiryną. I piwem na popitkę.

– Nie jest wcześnie, jest dziesiąta rano. Poprowadziłam już dwie lekcje jogi, zjadłam śniadanie i przeorganizowałam moją szafę. I obiecałaś, że do tej pory do mnie zadzwonisz, pamiętasz? – Śmieje się głośno.

Nie pamiętam, ale to zapewne przez to białe wino do kolacji… i całe czerwone wino po powrocie do domu. Dzięki Bogu, że nie udało mi się otworzyć Burbona.

Jeszcze. Wciąż mam przed sobą cały dzień.

– Dlaczego obiecałam, że do ciebie zadzwonię? – pytam.

– Bo zanosimy twoją suknię do Second Wind? – Zapadła pełna napięcia cisza.

O Boże.

Jęcząc, zarzucam rękę na twarz i zamykam oczy, jakby to miało mi pomóc się ukryć.

– Nie myśl nawet o szukaniu wymówki. Oddajemy twoją suknię ślubną w komis, Nat. Dzisiaj. Musisz zabrać to coś z domu. Prześladowała cię wystarczająco długo – mówi stanowczo.

Oskarżyłabym ją o zbytnie dramatyzowanie, ale „prześladowana” to właściwe słowo. To cholerne coś pojawia się w moich snach, brzęcząc łańcuchami i jęcząc. Nie mogę przejść bez dreszczy obok szafy, w której ją trzymam. Przybrała postać z innego świata i to nie do końca przyjazną.

– Dobra – ściszam głos. – Ale… ale co, jeśli…

– Proszę, nie mów tego – ucina. Po chwili dodaje: – Jeśli David kiedykolwiek wróci, kupisz sobie nową sukienkę – ustępuje.

Przygryzam mocno wargę. Posiadanie przyjaciółki, która zna cię tak dobrze, jest w równiej mierze błogosławieństwem, jak i wielkim przekleństwem.

– Posłuchaj. Ta, którą teraz masz, przyniosła ci pecha. Za dużo negatywnej energii się z nią wiąże. Za dużo bolesnych wspomnień. Jeśli będziesz potrzebowała kolejnej sukni w przyszłości, kupisz sobie nową. Nie trzymaj tej, która sprawia, że za każdym razem, gdy na nią spojrzysz, to płaczesz. Racja? – Kiedy długo się nie odzywam, zaczyna się denerwować: – Racja? – powtarza głośno, gdy się waham.

– W porządku. Tak. Masz rację. – Oddycham tak głośno, że moje usta drżą.

– Oczywiście, że tak. A teraz weź prysznic, ubierz się i zjedz coś. Będę u ciebie za godzinę.

– Tak, mamo – mamroczę.

– Nie pyskuj mi tu, młoda damo, albo masz szlaban – mówi surowym tonem.

– Ha – bąkam cicho.

– I zabiorę ci wszystkie twoje elektroniczne urządzenia – chichocze. – Zwłaszcza te wibrujące.

– Jesteś okropną przyjaciółką – mówię głosem pozbawionym emocji.

– Podziękujesz mi później. Prawdopodobnie nawet nie jesteś w stanie mieć orgazmu z prawdziwym penisem, ponieważ walisz w swoją waginę tymi wszystkimi elektronarzędziami. Twoja cipa to plac budowy.

– Odkładam słuchawkę – oznajmiam urażona.

– Nie zapomnij czegoś zjeść! – Pani mądralińska zdąża jeszcze krzyknąć.

Rozłączam się bez odpowiedzi. Obie dobrze wiemy, że dzisiaj będę miała wysokoprocentowe śniadanie.

Pięć lat. Nie wiem, jak udało mi się przetrwać tak długo.

Zwlekam się z łóżka, biorę prysznic i narzucam na siebie przypadkowe ciuchy. Kiedy zmierzam do kuchni, znajduję Mojo leżącego jak duży, kudłaty dywan obok lodówki. Uśmiecha się do mnie całym pyskiem.

– Czy musisz iść się wysikać przed śniadaniem, kolego?

Dyszy i uderza ogonem, ale się nie porusza, co jasno wskazuje jego preferencje.

Ma pęcherz wielkości basenu naziemnego. Gdyby nie był taki twardy, pomyślałabym, że ma jedną lub dwie puste nogi, gdzie przechowuje wszystkie siki.

– A więc śniadanie – stwierdzam i widzę akceptację w psich oczach.

Po nakarmieniu zabrałam go na podwórko na przerwę na siku i harce po krzakach. Wróciliśmy do domu, gdzie zmęczony gonitwą za wiewiórką Mojo zajmuje swoje ulubione miejsce na dywanie w salonie i natychmiast zasypia, podczas gdy ja uzbrajam się w lekki koktajl.

Tego, co zamierzam zrobić, nie zrobię bez alkoholu.

Pomysł wpadł mi do głowy, gdy byłam na podwórku, przyglądając się Mojo obsikującemu krzaki. To jest głupie, wiem, ale jeśli dzisiaj jest ostatni dzień, gdy będę miała swoją suknię ślubną, muszę ją przymierzyć jeszcze ten jeden raz. Takie ostatnie pożegnanie. Symboliczny krok w moją przyszłość.

Prawie mam nadzieję, że już nie pasuje. Wskrzeszanie zmarłych z ich grobów może być niebezpieczne.

Ręce zaczynają mi się trząść dopiero, gdy stoję przed zamkniętymi drzwiami szafy w pokoju gościnnym.

– W porządku, Nat. Zbierz się na odwagę. Cokolwiek. Tylko… – Biorę głęboki wdech. – Weź się w garść. Musisz być spokojna do czasu, gdy Sloane tu dotrze. Inaczej się wścieknie.

Ignoruję, jak dziwne jest to, że mówię do siebie na głos, biorę duży łyk koktajlu, odstawiam kliszek na komodę i ostrożnie otwieram drzwi szafy.

I oto jest. Puszysty, czarny pokrowiec na ubrania, który zawiera wspomnienia wszystkich moich utraconych marzeń. To sarkofag, zapinany na zamek błyskawiczny. Nylonowy grób, a w środku jest mój pogrzebowy całun.

Łał, to jest mroczne. Wypij do dna, pesymistko.

Pochłaniam resztę koktajlu. Kolejnych kilka minut zajmuje mi chodzenie tam i z powrotem oraz wykręcanie rąk, zanim zbiorę w sobie tyle odwagi, aby otworzyć pokrowiec. Kiedy to robię, zawartość wypada z szumem.

Gapię się na nią. Łzy napływają mi do oczu.

Jest piękna, ta głupia, przeklęta sukienka. Przepięknie dopasowana na zamówienie chmura jedwabiu, koronek i pereł, najdroższe ubranie, jakie kiedykolwiek posiadałam.

Najbardziej uwielbiane i znienawidzone.

Szybko rozbieram się do majtek, ściągam sukienkę z wieszaka i wchodzę do jej środka. Wciągam ją przez biodra, starając się ignorować mocne bicie serca. Wsuwam ramiączka i sięgam za siebie, aby zapiąć całość. Powoli podchodzę do długiego, ściennego lustra po przeciwnej stronie pokoju i patrzę na siebie.

Sukienka jest w stylu bez rękawów z odkrytymi plecami, głębokim dekoltem i wąską talią. Całość pokryta koronką ozdobioną małymi perełkami i kryształkami. Suknia à la księżniczka z dopasowanym, przystrojonym trenem. Długi welon wisi w szafie w osobnej torbie, ale nie jestem na tyle odważna, żeby założyć cały strój. Już samo założenie sukni jest wystarczająco traumatyczne.

Tak samo jak fakt, że nie pasuje.

Marszcząc brwi, ściskam w talii kilka centymetrów luźnego materiału.

Straciłam na wadze od poprzedniego razu, kiedy miałam ją na sobie podczas ostatniej przymiarki dwa tygodnie przed ślubem. Zacznijmy od tego, że nigdy nie byłam krągła, ale teraz dopiero zdałam sobie sprawę, jaka jestem chuda.

David nie zaaprobowałby takiego ciała. Zawsze zachęcał mnie, żebym jadła i ćwiczyła więcej, abym wyglądała jak Sloane.

Zapomniałam, jak bardzo to raniło moje uczucia, aż do teraz.

Powoli obracam się to w lewo, to w prawo, pogrążona we wspomnieniach, zahipnotyzowana tym, w jaki sposób kryształki odbijają światło i błyszczą. Dopiero dźwięk dzwonka do drzwi wyrywa mnie z zamroczenia.

To na pewno Sloane. Jest za wcześnie.

Moim pierwszym odruchem jest zerwanie sukienki i wepchnięcie jej z poczuciem winy z powrotem do szafy. Ale w tym momencie uświadamiam sobie, że jak mnie w niej zobaczy spokojną, to będzie najlepszy sposób, aby zapewnić ją, iż wszystko jest w porządku. Wtedy nie będzie musiała być taka czujna z pilnowaniem mnie.

To znaczy, jeśli dam sobie radę z tym, prawdopodobnie ze wszystkim sobie poradzę. Liczę na to.

– Wchodź! – krzyczę w kierunku frontowych drzwi. Staję spokojnie naprzeciwko lustra i czekam.

Drzwi wejściowe otwierają się i zamykają. Słychać Sloane w salonie, ale zatrzymała się tam.

– Jestem tutaj! – wołam.

Kroki znów zaczynają się rozlegać. Sloane musi mieć na sobie glany, ponieważ brzmi to, jakby łoś ciężko stąpał po moim domu.

Przesuwam dłońmi po gorsecie sukienki, spodziewając się, że zobaczę ciemnowłosą głowę przyjaciółki wychylającą się zza drzwi. Ale głowa, która się w nich pojawia, nie jest jej.

Biorę głęboki wdech, obracam się i z przerażeniem patrzę na Kage’a.

Niemal nie mieści się w drzwiach. Znowu jest cały ubrany na czarno, skóra i dżinsy, buty bojowe do kompletu. W dłoniach trzyma paczkę, brązowe pudełko zaklejone taśmą.

Na jego twarzy widnieje wyraz całkowitego zdumienia.

Przygląda mi się, otwierając usta. Gorącym spojrzeniem obcina moje ciało od góry do dołu. Wydycha powietrze ze słyszalnym sapnięciem.

– Co ty, do cholery, tutaj robisz? – krzyczę, zakrywając klatkę piersiową ramionami. Czuję się, jakbym została przyłapana na masturbacji z rozłożonymi nogami na kuchennej podłodze.

– Powiedziałaś mi, żebym wszedł.

Boże, ten głos. Ten głęboki, ochrypły baryton. Gdybym nie była taka przerażona, mogłabym pomyśleć, że jest seksowny.

– Wzięłam cię za kogoś innego.

Znów obejmuje mnie, od głowy do dołu, nieskazitelnym, ostrym i intensywnym jak laser spojrzeniem. Zwilża wargi.

Z jakiegoś powodu uważam ten zwykły gest za zarówno seksowny, jak i groźny.

– Wychodzisz za mąż? – pyta niemal z warknięciem.

To może być zażenowanie, niespodzianka lub fakt, że ten człowiek był dla mnie bardzo nieuprzejmy wczoraj wieczorem, bo nagle jestem wściekła. Mój głos drży, a twarz jest gorąca, kiedy robię krok w jego stronę.

– Nie twoja sprawa. Co tutaj robisz?

Z jakiegoś powodu mój gniew go bawi. Na ustach pojawia mu się cień uśmiechu, po czym szybko znika. Pokazuje pudełko w dłoniach.

– Kurier UPS zostawił to na mojej werandzie. Jest zaadresowane do ciebie.

– Och.

Teraz jestem jeszcze bardziej skołowana. Uczynny sąsiad? Sądząc po jego wczorajszym występie, spodziewałabym się, że podpali pudełko i wykopie je przez płot, a nie że osobiście je doręczy.

Mój gniew opada.

– W porządku, dzięki. Możesz je po prostu zostawić na komodzie.

Kiedy się nie porusza i tylko stoi, gapiąc się na mnie, krzyżuję ręce na piersiach, wpatrując się w niego.