Bezwzględne serca - J.T. Geissinger - ebook

Bezwzględne serca ebook

J.T. Geissinger

4,8

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Trzeci tom niezwykle mrocznej serii autorki Kontraktu Jacksona!

Malek Antonov to mit, żywa legenda, duch. Ten zabójca na usługach Bratwy budzi taki strach, że wielu boi się nawet wymawiać jego imię. Kiedy mężczyzna obierze sobie kogoś za cel, jego dni są już policzone. 

Tym razem jednak dla Maleka sprawa jest natury osobistej. Szuka człowieka odpowiedzialnego za śmierć brata. Zaczyna od kobiety, jego zdaniem, związanej z człowiekiem, którego chce zniszczyć.

Jednak to nieprawda. Riley Rose nie jest osobą, za którą miał ją Malek. Ale to nie szkodzi, on i tak postanawia ją zatrzymać. Kobieta ma być zadośćuczynieniem za to, co Malek stracił. Jedyną szansą, jaką Riley widzi dla siebie, jest zaprzyjaźnienie się z potworem.

Jednak przyjaźń to nie jest to, czego potwór od niej pragnie.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                     Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 467

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,8 (161 ocen)
132
22
6
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
maadzia95

Dobrze spędzony czas

„Jesteśmy niczym muzycy na pokładzie Titanica, grający na skrzypcach i trwający w błogiej nieświadomości, że tuż za rogiem znajduje się ogromna pieprzona góra lodowa.” Seria „Królowe i potwory” to J. T. Geissinger w najlepszym wydaniu, a trzeci tom tylko to potwierdza. Powieść „Bezwzględne serca” zawiera wszystko to, za co kocha się twórczość autorki — nietuzinkowy humor i sarkazm, które fantastycznie przełamują brutalność mafii oraz piekielnie gorące sceny. Tym razem jednak poznajemy historię Riley, siostry Sloane, głównej bohaterki drugiego tomu. Cieszyłam się jak dziecko, kiedy zorientowałam się, że przynajmniej na początku dostaniemy co nieco mojej ukochanej bohaterki. Przyznam się szczerze, że na początku było mi się ciężko wgryźć w tę historię, głównie dlatego, że z punktu widzenia Riley, Sloane nie była wcale taka wspaniała. Trochę mnie to bolało, bo dla mnie to absolutna bogini, nie mogłam uwierzyć, że jej relacja z siostrą nie była kolorowa. Drugim powodem była chemia między ...
20
Paulina361992

Nie oderwiesz się od lektury

Jak dla mnie mega❤️🔥 tak jak i poprzednie❤️🖤 czekam na kolejną🥰
10
zuzia8423

Nie oderwiesz się od lektury

Jak najbardziej polecam❤️Nie mogę się doczekać kolejnej części żeby szybko się pojawiła 😍
10
gosiaa86

Nie oderwiesz się od lektury

Cała seria super ale ta najlepsza❤️❤️
10
Ulatam

Dobrze spędzony czas

.mnie się podobało 👍
00

Popularność




Tytuł oryginału

Savage Hearts

Copyright © 2021 by J.T. Geissinger

All rights reserved

Copyright © for Polish edition

Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne

Oświęcim 2023

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Redakcja:

Angelika Oleszczuk

Korekta:

Karina Przybylik

Edyta Giersz

Maria Klimek

Redakcja techniczna:

Paulina Romanek

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Numer ISBN: 978-83-8320-716-2

ROZDZIAŁ 1

RILEY

Kiedy dzwoni mój telefon, jestem w trakcie redagowania manuskryptu, z którym mam zaległości, więc nie odbieram i pozwalam, by ktoś nagrał się na poczcie.

Sekretarki i telefony stacjonarne są już staromodne, wiem, ale nie mam komórki. Nienawidzę świadomości, że każdy mój ruch mógłby być śledzony. W dodatku, moim zdaniem, to całe oprogramowanie Siri jest po prostu przerażające.

Telefon mądrzejszy niż ja? Nie, dziękuję.

Po tym, jak dzwoniący słyszy informację, że jestem obecnie na innym planie astralnym i powinien zostawić wiadomość, a ja wrócę, gdy ponownie zamanifestuję się w ciele, następuje sygnał dźwiękowy. Po nim rozbrzmiewa ciężkie westchnienie.

– Riley. Tu twoja siostra.

Posyłam automatycznej sekretarce na mojej komodzie po drugiej stronie pokoju spojrzenie pełne szoku.

Siostra?, myślę przez chwilę. Nie. Z pewnością się przesłyszałam.

Głos Sloane zmienia się na rozkazujący.

– Wiem, że słuchasz, bo jesteś jedyną osobą na świecie, która wciąż posiada automatyczną sekretarkę. Dodatkowo nigdy nie wychodzisz z domu. Odbierz.

To niesamowite, że myśli, że obrzucanie mnie obelgami i rozkazywanie mi zadziała. Zupełnie jakby mnie nie znała.

Och, czekaj. Teraz pamiętam! Ona mnie nie zna. To absolutnie nie moja wina, ale Sloane taka jest – dzwoni znienacka i zachowuje się, jakbym była jej winna pieniądze.

Kręcąc głową z obrzydzeniem, odwracam się do ekranu komputera i wracam do pracy.

– Riley. Poważnie. To jest ważne. Muszę z tobą porozmawiać. – Milknie na moment, po czym jej ton staje się przyjaźniejszy. – Proszę.

Moje palce zastygają nad klawiaturą.

Proszę?

Sloane nie mówi proszę. Nie sądziłam, że w ogóle zna to słowo. Diwy nie mają go w swoich słownikach.

Coś musi być strasznie nie tak.

– O cholera – rzucam, spanikowana. – Tato.

Pędzę do telefonu i przykładam słuchawkę do ucha.

– Co się stało?! – krzyczę. – Co jest nie tak? Czy coś się stało tacie? W którym szpitalu jest? Jak bardzo jest źle?

Po krótkiej przerwie Sloane odpowiada:

– O rany, nie za bardzo przesadzasz?

Po jej tonie mogę stwierdzić, że z naszym ojcem nie dzieje się nic złego. Przez pół sekundy czuję ulgę, a potem jestem wkurzona.

W tej chwili nie mam czasu na jej bzdury.

– Przepraszam, dodzwoniła się pani pod nieosiągalny numer. Proszę się rozłączyć i spróbować ponownie – odpieram, zirytowana.

– Ach, sarkazm. Ostatnia deska ratunku dla bezmyślnych.

– Mówiąc o bezmyślności, nie jestem w nastroju do walki z nieuzbrojonym przeciwnikiem. Odezwij się do mnie, gdy wyrośnie ci mózg.

– Dlaczego upierasz się przy udawaniu, że nie jestem geniuszem?

– Uczony idiota to nie to samo co geniusz – ripostuję.

– To, że ukończyłaś college Ivy League z wyróżnieniem, nie oznacza, że jesteś mądrzejsza ode mnie – burczy, niezadowolona.

– I mówi to osoba, która kiedyś zapytała mnie, ile ćwiartek jest w dolarze. – Parskam, znudzona tą rozmową.

– Jeśli jesteś taka mądra, powiedz mi jeszcze raz, dlaczego pracujesz jako redaktor freelancer, bez ubezpieczenia zdrowotnego, gwarancji zatrudnienia czy składek na emeryturę?

– Wow. Prosto do pieniędzy. To musi być wygodne, nie mieć duszy. Sprawia, że ci wszyscy biedacy, których przeżuwasz i wypluwasz, są o wiele łatwiejsi do załatwienia, co?

Przez moment trwamy w pełnej napięcia ciszy. W końcu Sloane odchrząkuje i mówi:

– Właściwie to właśnie w tej sprawie dzwonię.

– Chodzi o pieniądze?

– O mężczyzn. Szczególnie o jednego.

Czekam na wyjaśnienie. Kiedy nie nadchodzi, zwracam się do Sloane:

– Będziemy grać w dwadzieścia pytań czy powiesz mi, o czym, do cholery, mówisz?

Siostra bierze głęboki wdech. Następnie głośno i powoli wydmuchuje powietrze. Potem, takim tonem, jakby sama prawie nie mogła w to uwierzyć, oznajmia:

– Wychodzę za mąż.

Mrugam niepotrzebną liczbę razy. Nie pomaga to w zrozumieniu czegokolwiek.

– Przepraszam. Myślałam, że właśnie usłyszałam, jak mówisz, że wychodzisz za mąż.

– Tak było. Biorę ślub.

Zaśmiałam się z niedowierzaniem.

– Ty. Penisoholiczka. Mężatka. – Parskam.

– Tak.

– N-niemożliwe – dukam beznamiętnie.

Nieoczekiwanie ona się śmieje.

– Co nie? Ale to prawda. Przysięgam na mały paluszek. Wychodzę za mąż za najwspanialszego człowieka na świecie – odpowiada, rozmarzona.

Jej westchnienie jest miękkie, zadowolone i całkowicie kurewsko śmieszne.

– Czy jesteś teraz na haju?

– Nie.

– Czy jesteś naćpana?

– Nie.

Szukam jakiegoś innego wyjaśnienia tego dziwacznego obrotu wydarzeń, lecz nie mogę wymyślić nic poza tym.

– Czy ktoś trzyma pistolet przy twojej głowie i zmusza cię do powiedzenia mi tego? Zostałaś porwana czy coś? – pytam poważnie.

Wybucha głośnym śmiechem.

– Dlaczego tak cię bawi moje zakłopotanie? – dopytuję.

Śmieje się i śmieje, aż znowu wzdycha. Wyobrażam sobie, jak ociera łzy radości z twarzy.

– Opowiem ci później. Chodzi o to, że wychodzę za mąż i chcę, byś go poznała. Ślub będzie spontaniczny, nie będzie to wielkie wydarzenie ani nic takiego. Na razie nie znam dokładnej daty, ale może się to stać lada dzień, więc chcielibyśmy, żebyś odwiedziła nas jak najszybciej.

Odwiedzić nas?

Nie dość, że wychodzi za mąż, to jeszcze najwyraźniej mieszka z tym facetem. Otwieram usta, żeby odpowiedzieć, jednak nie opuszczają ich żadne słowa.

– Wiem. – Brzmi na zakłopotaną. – To niespodziewane.

– Dziękuję, że masz tyle przyzwoitości, by zdać sobie sprawę, jakie to dziwne.

– To jest dziwne. Wiem. Ze wszystkich powodów. Ale… – Znów odchrząkuje. – Jesteś moją siostrą. Chcę, żebyś poznała mężczyznę, z którym spędzę resztę życia.

– Proszę, poczekaj chwilę. Wrócę, jak tylko uporam się z tym udarem, którego właśnie dostałam.

– Nie bądź niemiła – beszta mnie.

Och, jak bardzo mogłabym jej na to odpyskować. Ho, ho, ho, ile istnieje wiązanek, które mogłabym puścić. Ale wybieram zachowanie się na poziomie i zadaję następne oczywiste pytanie:

– Co z Nat?

– A co ma być?

– Dlaczego nie dzwonisz do niej w sprawie tego faceta?

– Ona już go poznała – wyznaje niepewnie, łamiącym się głosem.

W jej tonie jest coś dziwnego, co sprawia, że robię się podejrzliwa.

– I wie, że zamierzasz za niego wyjść? – dociekam.

– Tak.

– Więc co ona o tym wszystkim myśli?

– Prawdopodobnie to samo co ty – informuje. Odzyskuje opanowanie i ciągnie: – Poza tym cieszy się moim szczęściem.

Rany, ta rozmowa to pole minowe. Będę miała szczęście, jeśli przetrwam ją ze wszystkimi kończynami w nienaruszonym stanie.

Starając się nadal zachowywać na poziomie, wyjaśniam:

– To nie tak, że się nie cieszę, Sloane. Jestem po prostu w szoku. A także zdezorientowana, szczerze mówiąc – mamroczę.

– Że w końcu się ustatkuję?

– Nie. Cóż, tak, ale nie to mnie tak bardzo zaskoczyło.

– Co w takim razie?

– Że wyciągasz do mnie rękę – wyznaję, jak zawsze wprost. – Że opowiadasz mi o tym. Że zapraszasz mnie do siebie. Chodzi mi o to, że nie łączą nas bliskie relacje.

– Wiem – mówi miękko. – Myślę, że to moja wina. I naprawdę chciałabym sprawdzić, czy możemy to naprawić.

Po długiej przerwie dodaje:

– Co teraz robisz?

– Leżę płasko na plecach na podłodze, wpatrując się w sufit, i żałuję, że nie wzięłam tego ecstasy na Burning Man w zeszłym roku.

– Nie masz przez to złych doświadczeń z powodu narkotyków – oznajmia beznamiętnym tonem. – Powinnaś się cieszyć.

– Uznajmy, że się nie cieszę.

Sloane wyczerpała się nieskończona ilość cierpliwości. W końcu pokazuje swoją prawdziwą naturę, warcząc:

– Przyjedziesz nas odwiedzić. To już ustalone. Wyślemy po ciebie odrzutowiec…

– Przepraszam. Odrzutowiec?

– …w piątek wieczorem.

Siadam gwałtownie. Pokój zaczyna wirować. Rozbestwiła mój mózg całą tą nonsensowną gadką o małżeństwie.

– Czekaj, czy masz na myśli ten piątek? – dopytuję. – Ten za trzy dni?

– Tak – odpowiada. Jestem pewna, że kręci przy tym głową z rozczarowaniem.

– Sloane, mam pracę! Nie mogę tak po prostu odlecieć do… Gdzie miałabym się udać tym odrzutowcem, który przyślesz?

Waha się.

– Nie mogę ci tego zdradzić – odpiera śmiertelnie poważnie.

– Rozumiem. To wiele mówi o naszej relacji.

– Przestań być wrzodem na tyłku, Riley, i powiedz, że przyjedziesz! Staram się być dobrą siostrą! Chcę, żebyśmy się do siebie zbliżyły. Wiem, że po śmierci mamy było trudno i nigdy tak naprawdę nie byłyśmy, no wiesz… – Milknie.

– Przyjaciółkami to słowo, którego szukasz – mówię kwaśno.

Oddycha spokojnie, pewnie formując w głowie odpowiedź.

– Okej. To, jak mnie traktujesz, jest sprawiedliwe. Należy mi się – stwierdza. – Ale chciałabym to zmienić. Proszę, daj mi szansę.

Kolejne proszę. Znowu leżę, całkowicie zdezorientowana. Kimkolwiek jest ten facet, za którego wychodzi, musi być naprawdę kimś wyjątkowym, aby zmienić największą na świecie złośnicę w takiego mięczaka.

Postanawiam dla kaprysu, że się z nim spotkam. Założę się, że dodaje valium do porannej kawy Sloane, geniusz zła! Dodaje xanax do jej popołudniowego wina!

Boże, dlaczego nigdy na to nie wpadłam?

– Okej, Sloane. Wchodzę w to. Widzimy się w piątek.

Piszczy z podekscytowania. Trzymam telefon z dala od ucha i wpatruję się w niego.

Nie mam pojęcia, co się dzieje, poza tym, że kosmici najwyraźniej uprowadzili moją siostrę i zastąpili ją szalonym żonorobotem.

Cóż, ta podróż powinna być interesująca.

***

W piątek wieczorem siedzę w poczekalni dla VIP-ów w terminalu prywatnych odrzutowców na międzynarodowym lotnisku w San Francisco, rozglądając się dookoła. Jestem totalnie zachwycona, lecz staram się tego nie okazywać.

Do tej pory udało mi się zobaczyć dwóch celebrytów, wypić tyle samo Ketel One i OJ-ów z darmowego baru, zjeść kawior i bliny z crème fraiche od uśmiechniętej hostessy w salonie oraz cieszyć się masażem na tym absurdalnie ogromnym, skórzanym fotelu, w którym siedzę. Wibruje na całej powierzchni po naciśnięciu przycisku.

Jeszcze jeden kieliszek wódki OJ, a będę w stanie usiąść okrakiem na tym cholernym fotelu.

Z mieszkania odebrała mnie limuzyna. Kiedy przybyłam do oddzielnego budynku dla prywatnych odrzutowców na lotnisku, przystojny młody człowiek w mundurze zaprowadził mnie do salonu VIP.

Nie było TSA2, linii bezpieczeństwa ani zdejmowania butów. Mój bagaż został zabrany i odprawiony na lot bez konieczności robienia czegokolwiek poza podaniem miłej pani za ladą mojego nazwiska.

Nigdy nie imponowały mi pieniądze, ale zaczynam myśleć, że mogłam być w błędzie.

Przystojny młody człowiek wraca i z olśniewającym uśmiechem informuje, że mój samolot już czeka. Wskazuje lśniący biały odrzutowiec kołujący do odpowiedniego miejsca na środku asfaltu na zewnątrz.

– Proszę za mną.

Wlokę się za nim, kiedy wychodzimy z budynku, a potem kierujemy się do odrzutowca. Zastanawiam się, czy wyrzucą mnie z tego cholerstwa za noszenie klapków i bluzy.

Jeśli tak, to nieważne. Życie jest zbyt krótkie, by nosić niewygodne spodnie.

Wnętrze samolotu jest ładniejsze niż jakikolwiek hotel, w którym kiedykolwiek się zatrzymałam. Rozsiadam się w miękkim jak masło skórzanym fotelu i zdejmuję klapki. Stewardesa podchodzi i pochyla się nad moim miejscem.

– Dobry wieczór!

– Cześć.

– Mam na imię Andrea. Zajmę się panią dziś wieczorem.

Przyglądam się uważnie kobiecie. Jest bardzo atrakcyjna ta Andrea. Gdybym była facetem, już zastanawiałabym się nad tym, jak mogłaby się mną zająć.

Ta myśl jest przerażająca. Dziesięć sekund w prywatnym odrzutowcu, a ja już jestem zepsuta.

Dobrze, że nie mam kutasa. Pewnie wymachiwałabym nim przed twarzą tej biednej kobiety, zanim byśmy wystartowali.

– Hmm… dziękuję?

Uśmiecha się w reakcji na mój wyraz twarzy.

– Pierwszy raz leci pani prywatnie?

– Tak.

– Cóż, czeka panią niebywała uczta. Otrzyma pani wszystko, czego potrzebuje. Proszę po prostu dać mi znać. Mamy dobrze wyposażony bar i duży wybór jedzenia oraz przekąsek do dyspozycji – informuje. – Czy chciałaby pani otrzymać koc?

Kiedy się waham, dodaje:

– Są kaszmirowe.

Prycham.

– Tylko kaszmir? Liczyłam na jakąś maleńką alpakę.

Nie tracąc czasu, mówi:

– Mamy też koc z wikunii andyjskiej, jeśli pani woli.

– Co to jest wikunia andyjska?

– Zwierzę typu lama z Peru. Wygląda trochę jak wielbłąd, ale jest ładniejsze. Ich wełna jest najbardziej miękka i najdroższa na świecie.

Ona mówi całkiem poważnie. Ta laska nie robi sobie ze mnie jaj. Patrzę na nią z otwartymi ustami, które po chwili zamykam, a później się uśmiecham.

– Właściwie… Zdecyduję się jednak na dobry, staromodny kaszmir, dzięki.

Unosi kąciki ust, jakbym właśnie zrobiła dla niej coś niezwykłego.

– Doskonały wybór! Coś do jedzenia lub picia przed podróżą?

Co, do diabła. Jestem na wakacjach.

– Czy macie szampana?

– Tak. Woli pani Dom Perignon, Cristal, Taittinger czy Krug?

Czeka, aż się zdecyduję, jak gdybym wiedziała, o czym mówi, po czym sugeruje:

– Pan O’Donnell preferuje Krug Clos d’Ambonnay.

Marszczę brwi.

– Kim jest pan O’Donnell?

– To właściciel tego samolotu.

Ach. Mój przyszły szwagier. Irlandczyk, jak słychać. Bardzo bogaty Irlandczyk najwyraźniej. Pewnie jest dziewięćdziesięciolatkiem z demencją i bez zębów.

Moja siostra jest taka interesowna.

Odpowiadam stewardesie, że wezmę Kruga, a następnie pytam, dokąd, do cholery, lecimy.

Z kamienną twarzą odpiera spokojnie:

– Naprawdę nie mam pojęcia.

Po tych słowach odwraca się i odchodzi, jakby to wszystko było zupełnie normalne.

Dziewięć godzin później mam za sobą dwie opróżnione butelki szampana, a także trzy obejrzane filmy z Brucem Willisem oraz dokument o słynnych perkusistach. Uraczyłam się też drzemką nieokreślonej długości i jestem przechylona na bok w moim fotelu, śliniąc się na bluzę, kiedy Andrea przychodzi, aby wesoło poinformować mnie, że wkrótce będziemy lądować.

– Niech zgadnę. Nadal nie dowiem się, gdzie jesteśmy.

– Nawet gdybym wiedziała, panno Keller, nie mogłabym pani powiedzieć – oznajmia.

Mówi to uprzejmie, ale jej wyraz twarzy przekazuje w sposób niebudzący wątpliwości, że jej praca byłaby zagrożona, gdyby się wygadała.

A może coś ważniejszego niż jej praca… Na przykład jej życie.

A może to dwie butelki szampana sprawiają, że zaczynam tworzyć teorie spiskowe.

Gdy kobieta znika w przejściu, podnoszę zasłonę okna i wyglądam na zewnątrz. Powyżej jest czyste, niebieskie niebo. Poniżej widzę falujące zielone wzgórza. W oddali długi pas niebieskiej wody mieni się w popołudniowym słońcu.

To ocean. Atlantyk? Pacyfik? A może to jednak Zatoka Meksykańska?

Samolot zaczyna schodzić do lądowania. Wygląda na to, że kierujemy się na wyspę u wybrzeży.

Patrząc, jak ziemia przybliża się na spotkanie z nami, mam mroczne, potężne przeczucie, że dokądkolwiek zmierzam, nie ma już odwrotu.

Później będę pamiętała to uczucie i dziwiła się, jak dobrą mam intuicję.

ROZDZIAŁ 2

KAGE

Milczący mężczyzna ubrany całkowicie na czarno, w ciężki, wełniany płaszcz pokryty wieczornym deszczem, wpatruje się we mnie pozbawionym emocji wzrokiem, który w jakiś sposób przekazuje również zdolność do ekstremalnej przemocy.

A może myślę tak tylko ze względu na jego reputację. Spotykamy się po raz pierwszy, ale ten człowiek jest legendą w Bratwie.

Jest prawie tak samo legendarny jak ja.

– Usiądź, Malek – mówię po rosyjsku, wskazując krzesło obok niego.

Kręci głową, co mnie irytuje.

– To nie była sugestia.

Jego zielone oczy błyskają, mięsień szczęki się przesuwa, a wielkie dłonie zwijają się na krótko w pięści, po czym znów napinają, jakby mężczyzna musiał coś rozbić. Szybko jednak opanowuje gniew i siada.

Najwyraźniej lubi, gdy wydaje mu się polecenia, tak jak ja.

Przez chwilę spoglądamy na siebie w milczeniu. Zegar tyka złowieszczo na ścianie, jak gdyby odliczał do wybuchu.

Nie ma grzecznego powitania. Nie ma przyjemnej pogawędki. Nie ma żadnego wysiłku, by się poznać. Gość po prostu siedzi i czeka, cierpliwy i niemy niczym sfinks.

Wyczuwam, że moglibyśmy tak trwać bez końca, więc zaczynam:

– Moje kondolencje z powodu twojej straty. Twój brat był dobrym człowiekiem.

– Nie chcę twojego współczucia – odpowiada po angielsku. – Chcę, żebyś mi powiedział, gdzie mogę znaleźć człowieka, który zabił Michaiła.

Jestem zaskoczony, nie słysząc u niego akcentu. Jego głos jest niski i równy. Pozbawiony emocji, tak samo jak jego oczy. Jedynie puls bijący z boku jego szyi daje jakiekolwiek dowody człowieczeństwa.

Jeszcze bardziej dziwi mnie, że ośmiela się mówić do mnie z całkowitym lekceważeniem.

Niewielu ludzi jest tak głupich.

Mój głos jest równie zimny, co moje spojrzenie, gdy mówię:

– Jeśli chcesz pozwolenia na operowanie na mojej ziemi, radzę ci okazać mi szacunek.

– Nie potrzebuję twojego pozwolenia. Nie okazuję szacunku, jeżeli ktoś na niego nie zasłuży. A jestem tu wyłącznie dlatego, że powiedziano mi, że to ty masz informacje, których potrzebuję. Jeśli to nieprawda, przestań marnować mój czas i powiedz to – cedzi.

Szczerząc się, zgrzytam zębami i przyglądam się mężczyźnie.

Normalnie zastrzeliłbym człowieka za taki brak szacunku. Ale mam już zbyt wielu wrogów. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuję, jest armia Bratwy z Moskwy zjeżdżająca na Manhattan z zamiarem oddzielenia mojej głowy od ciała, ponieważ pochowałem złośliwego Hangmana, który służy ich królowi.

Nie żeby mogli. Nawet umiejętności tego ogromnego, brodatego dupka siedzącego naprzeciwko mnie nie dorównują moim. Gdybym zdecydował się go zabić, nie miałby szans.

Dodatkowo Malek wyświadczy mi przysługę, jeżeli załatwi Declana O’Donnella – szefa irlandzkiej mafii i człowieka, którego bardzo chciałbym widzieć martwego.

Ale i tak.

Mój dom, moje zasady.

Zasada numer jeden: okaż mi szacunek albo wykrwaw się na dywanie, skurwysynu.

Wytrzymuję spojrzenie mężczyzny i oznajmiam zabójczo miękkim głosem:

– Irlandczycy zamordowali moich rodziców i obie moje siostry. Więc kiedy mówię, że wiem, jak się czujesz, nie mówię z dupy. Ale jeśli nadal będziesz zachowywał się jak niemoralna cipa, odeślę cię do Moskwy w tysiącu krwawych kawałków.

Zapada chwilowa cisza.

– Wiesz, co by się stało, gdybyś to zrobił.

– Tak. Zapytaj mnie, ile razy coś spierdoliłem i ciągle żyję.

Bada mój wyraz twarzy. Waży moje słowa. Odrobina ciepła pojawia się w jego oczach, jednak umiera szybko, zdławiona przez ciemność.

Uspokojony, kiwa głową.

– Przyjmij moje przeprosiny. Michaił był moim jedynym bratem. Jedyną rodziną, jaka mi pozostała.

Odwraca wzrok, patrzy przez okno na deszczową noc i przełyka ślinę. Kiedy znów na mnie spogląda, jego szczęka jest zaciśnięta, a spojrzenie mordercze. Głos z kolei staje się szorstki.

– Teraz pozostała mi tylko zemsta – wyznaje.

To bardzo jasne: Malek zamierza sprawić, że Declan O’Donnell będzie żałował, że się urodził.

Pocieszony tą myślą, uśmiecham się.

– Przeprosiny przyjęte. Napijmy się – proponuję.

Z dolnej szuflady biurka wyjmuję butelkę wódki oraz dwa kieliszki. Wlewam odpowiednią ilość do każdego z nich, po czym oferuję jeden Malekowi. Bierze go i kiwa głową w podziękowaniu, a ja podnoszę swój.

– Za zdorovie.

Przysuwa kieliszek do ust, następnie pochłania jego zawartość jednym haustem. Stawia kieliszek na krawędzi biurka, siada z powrotem na krześle i kładzie wytatuowane dłonie na masywnych udach.

– Więc ten irlandzki bękart. Gdzie on jest?

– Podam ci jego ostatni znany adres, ale wiem, że już tam nie mieszka. W tej chwili jest duchem.

Nie informuję go o tym, że mój kontakt w FBI nie ma pojęcia, gdzie Declan obecnie przebywa. Ani o tym, że przetrzymuję byłego szefa Declana, Diego, jako zakładnika w jednym ze swoich magazynów w pobliżu doków.

Nie ma potrzeby pokazywać każdej karty, jaką trzymam w ręce.

Ten uparty drań Diego jak na razie i tak odmówił ujawnienia jakichkolwiek przydatnych informacji. Niemniej jeśli ktoś ma je z niego wyciągnąć, będę to właśnie ja.

Niech mnie diabli wezmą, jeżeli oddam swojego jeńca w ręce tego aroganckiego przybysza z zewnątrz.

– Żaden problem – odpiera Malek. – Daj mi tylko to, co masz. Ja go znajdę.

Nie wątpię w to. Wygląda na to, że spaliłby każde miasto na Ziemi, żeby znaleźć Declana, gdyby musiał.

Nikt nie jest zdeterminowany bardziej niż człowiek żądny krwi.

Omawiamy jeszcze kilka szczegółów, które mogą być pomocne w jego poszukiwaniach, zanim poruszę delikatny temat.

– Jest z nim kobieta. W żadnym wypadku nie można jej skrzywdzić.

Uważnie obserwuję jego reakcję. Malek nic nie mówi, ale w jego milczeniu wyczuwam niezgodę.

– To nie podlega negocjacjom. Jeśli zostanie choćby zadrapana, będziesz martwy – ostrzegam.

Ściąga brwi, patrząc na mnie z dezaprobatą.

– Od kiedy to straszny Żniwiarz dba o szkody uboczne?

Waham się. Doskonale zdaję sobie sprawę, jak źle zabrzmi to, co zamierzam powiedzieć.

– Ona należy do rodziny – informuję w końcu.

Przetrawia to w kompletnej ciszy przez jakieś trzydzieści sekund, a później powtarza powoli:

– Rodzina.

– To skomplikowane.

– Nieskomplikowane dla mnie – mruczy.

Ignoruję chęć wyciągnięcia glocka z górnej szuflady biurka i zrobienia mu sporej dziury w czaszce. Zamiast tego nalewam nam więcej wódki.

– Moja kobieta jest blisko z Declanem.

Jedna z jego ciemnych brwi tworzy łuk, co wyraźnie świadczy o niedowierzaniu. Chciałbym wyrwać tę brew i wepchnąć mu ją do gardła.

Kurwa, ten kutas jest irytujący.

– W dzieciństwie byli przyjaciółmi – mówię przez zaciśnięte zęby. – Oczywiście to poprzedza naszą obecną sytuację.

Malek wstrzymuje się przez moment z wypiciem wódki.

– Niewygodne położenie – odpowiada.

– Nawet nie masz pojęcia jak bardzo – przyznaję mu rację.

– A jeśli to będzie wyglądało na wypadek? – dopytuje.

– Jeżeli kobieta Irlandczyka nie dożyje zaawansowanego wieku, bez względu na przyczynę, będę pociągnięty do odpowiedzialności. – Wzdycham, zrezygnowany.

Wpatrujemy się w siebie.

– Przez swoją kobietę – mówi w końcu.

– Tak – potwierdzam jego przypuszczenia.

– W końcu by się z tym pogodziła – kwituje po chwili.

Uśmiecham się mrocznie.

– Nie znasz Natalie.

Zaczyna wyglądać na zdezorientowanego.

– Więc nie jesteś głową tej rodziny? Ona jest?

Zostało mu jakieś dziesięć sekund życia, a zegar tyka.

– Rozumiem, że nie jesteś żonaty – warczę, na co się krzywi.

– Oczywiście, że nie.

– W związku?

– Czy to żart? – Prycha, lecz nie ma w tym cienia wesołości.

– W takim razie nie zrozumiesz – informuję go.

Rozgląda się po pokoju, jakby próbował znaleźć kogoś rozsądniejszego, z kim mógłby porozmawiać.

– Nie musisz pojmować, Malek. Musisz tylko podporządkować się prośbie.

– Zabrzmiało to bardziej jak rozkaz – odpiera.

Mój uśmiech jest ponury.

– Nazwij to, jak chcesz. – Ponownie wzdycham. – Rezultat nieprzestrzegania tej zasady będzie taki sam: śmierć. Sprawię, że będzie powolna i bolesna – deklaruję.

Wpatrujemy się w siebie w napiętym milczeniu.

– Już dawno nikt mi nie groził – odzywa się wreszcie.

– Wierzę ci. To nic osobistego – szepczę, po czym puszczam do niego oczko.

– Oczywiście, że to coś osobistego – daje mi do zrozumienia.

– Jak już mówiłem, nie będziesz potrafił tego pojąć. Załatw sobie narzeczoną, a wszystko stanie się jaśniejsze.

Muszę przyznać, że wyraz niedowierzania na jego twarzy jest przewrotnie satysfakcjonujący.

Poświęca chwilę na zebranie myśli. Głaszcząc dłonią swoją ciemną brodę, obserwuje mnie wyrachowanym wzrokiem. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że zastanawia się nad tym, jak chciałby mnie zabić, ale ja po prostu czekam, aż zdecyduje, w którą stronę pójdzie ta rozmowa.

W końcu oznajmia:

– Narzeczona. Przypuszczam, że przydałyby się gratulacje.

Uśmiecham się, bo zdaję sobie sprawę, że niemal przyznał, iż nie spróbuje przeprowadzić zamachu na moje życie, a także oszczędzi Sloane, gdy zabije Declana. Wiedziałem przecież, że wprost tego nie powie, jednak teraz było wystarczająco blisko.

– Dziękuję. Przyjdziesz na ślub, oczywiście.

Wygląda, jakby wolał zostać upieczony żywcem i rzucony dzikim psom na pożarcie, ale w końcu okazuje trochę manier.

– To byłby dla mnie zaszczyt – mówi uroczyście.

Wznosimy kolejny toast, po czym rozmawiamy jeszcze przez kilka chwil. Daję mu zdjęcie Declana i jedno, na którym jest Sloane, a on chowa obie fotografie do kieszeni płaszcza. W pewnym momencie niespodziewanie wstaje, a potem informuje, że musi już iść.

Bez pożegnania odwraca się i kieruje do drzwi.

– Malek.

Zatrzymuje się z ręką na klamce, aby spojrzeć z powrotem na mnie.

– Nie krzywdź żadnych innych kobiet, kiedy będziesz wykonywał zlecenie.

Wpatruje się we mnie w ten cichy, irytujący sposób, który sprawia, że chcę chwycić najbliższą maczetę i zacząć rąbać w jego szyję, choćby po to, by uzyskać jakąkolwiek reakcję.

– Po prostu nie zabijaj żadnych pieprzonych kobiet, które mogą być w pobliżu, gdy zajmujesz się swoimi sprawami, w porządku? – dopytuję.

– Co to za różnica?

– Będę mógł lepiej spać w nocy – kwituję.

– Właśnie dlatego mężczyźni w naszej branży powinni być sami, Kazimir – rzuca z pogardą. – Kobiety czynią cię miękkim.

Zanim zdążyłbym go zastrzelić, wychodzi przez drzwi i już go nie ma.

Na biurku dzwoni moja komórka, a na ekranie wyświetla się „Siergiej”. To zaufany członek mojej załogi. Odbieram połączenie i czekam, aż się odezwie. Kiedy to robi, jego głos jest napięty.

– Mamy pewną sytuację – zaczyna.

– Jaką?

– Jest pożar. – Robi przerwę. – W magazynie.

W magazynie, w którym trzymam Diego w niewoli, domyślam się.

– Jak bardzo jest źle?

– Nie wiem. Właśnie dzwonili z firmy ochroniarskiej. Jestem w drodze. Straż pożarna została wysłana.

– Dotrzyj tam pierwszy i wyciągnij go. Chcę go mieć żywego, zrozumiano?

– Da.

– Zadzwoń do mnie, jak będziesz go miał – oznajmiam.

Siergiej mruczy potwierdzenie i rozłącza się, zostawiając mnie, bym mógł zastanowić się nad tysiącem sposobów, w jaki to może pójść źle.

I czy może Malek miał rację, mówiąc, że kobiety czynią mężczyzn takich jak my miękkimi.

Dawny ja wpakowałby Diego kulkę w głowę tygodnie temu. Nie czułby też żalu, gdyby jeden z jego wrogów zginął w pożarze. Stary ja – osoba, którą byłem, zanim poznałem Natalie – uznałby myśl o Diego krzyczącym w agonii, kiedy płonie żywcem, za bardzo zabawną.

Nowy ja?

Niespecjalnie.

– Kurwa. Zanim się obejrzę, sam pobiegnę, by uratować Diego – mamroczę pod nosem, a potem wybucham śmiechem w reakcji na tę wizję.

Nalewam sobie więcej wódki.

Niedługo później biorę klucze i ruszam do magazynu, przeklinając to okropne nowe sumienie, które wyrosło mi po tym, jak się zakochałem.

1 Przekład Leona Urlicha w opracowaniu w ramach projektu Wolne Lektury realizowanego przez fundację Nowoczesna Polska (przyp. tłum.).

2 Transportation Security Administration – kwestie dotyczące kontroli pasażerów i bagaży na lotnisku, związane z wykluczeniem wszelkich zabronionych przedmiotów (przyp. tłum.).