Układ z Cameronem. Slow burn #2 - J.T. Geissinger - ebook
NOWOŚĆ

Układ z Cameronem. Slow burn #2 ebook

J.T. Geissinger

4,8

415 osób interesuje się tą książką

Opis

Po fenomenalnym Kontrakcie Jacksona nadchodzi Układ z Cameronem!

Gdy kobieciarz udziela porad szarej myszce, jak uwieść faceta…

Nieporadna towarzysko Joellen Bixby w każdą sobotę ma randkę z kotem, kubkiem lodów i fantazjami o niesamowicie przystojnym oraz zakazanym szefie Michaelu Maddoxie. Oddałaby wszystko, żeby zwrócił na nią uwagę. Ale jak ma tego dokonać, kiedy jest przekonana, że Michael nigdy nie zawiesi na niej wzroku?

Kobieta może otrzymać odpowiedź szybciej, niż myśli.

Cameron McGregor – kapitan drużyny rugby – to wytatuowany, pewny siebie Szkot, który właśnie zamieszkał obok Joellen. Chociaż nowy sąsiad w ogóle nie jest w typie Jo, możliwe, że pomoże jej uporać się z pewnym problemem.

Mężczyzna jako niezwykle doświadczony kobieciarz oferuje sąsiadce kilka lekcji uwodzenia. Jednak im bliżej poznaje Jo, tym bardziej dochodzi do wniosku, że nie ma ona w sobie nic z brzydkiego kaczątka, za jakie się uważa, i być może wzbudza w nim uczucia, których nigdy wcześniej nie znał.

Tymczasem właśnie pomógł jej oczarować innego faceta…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 431

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,8 (870 ocen)
706
124
34
6
0
Sortuj według:
KatarzynaSlabosz

Nie oderwiesz się od lektury

dawno nie czytałam tak dobrej książki;)
60
Karoolka

Nie oderwiesz się od lektury

Fenomenalna! Zaskakująca, podniecająca i pełna wrażeń. Tej książki się nie czyta, przez nią się płynie! Każda strona, to ogromna dawka emocji. Z całego serca polecam!💜
50
Gosia243

Nie oderwiesz się od lektury

Fajna pełna humoru zaskakująca choć zakończenie takie jak w każdej książce jednak miodem na serce jest dla mnie relacja pełna słodyczy i niespotykanego humoru bohaterów. Polecam troszkę inna koncepcja niż pierwsza część
50
MalaMi90

Nie oderwiesz się od lektury

Sztos (i tyle w temacie)
40
monika7780

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjna 🥰🥰🥰 przeczytałam jednym tchem i już tęsknię 😢
40

Popularność




Copyright ©

J. T. Geissinger

Tytuł oryginału:

Melf for You

Wydawnictwo NieZwykłe

Oświęcim 2021

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

All rights reserved

Redakcja:

Joanna Tykarska

Korekta:

Agnieszka Nikczyńska-Wojciechowska

Edyta Giersz

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Numer ISBN: 978-83-8178-662-1

Dla Jaya, za to, że nauczył mnie, jaki jest,

i nie jest, prawdziwy mężczyzna.

JEDEN

DZIESIĘĆ POWODÓW, DLA KTÓRYCH ŚWIĘTA SĄ DO KITU

1. Jestem gruba. Mimo że nienawidzę tego przyznawać, zostało mi to wyłożone z brutalną precyzją przez babunię Gums, kiedy zobaczyła mnie podczas Święta Dziękczynienia i powiedziała, rechocząc: „Wygląda na to, że ktoś już zjadł indyka!”. Złożyłabym to na karb jej demencji, ale zdjęcia, które mama przysłała mi tego ranka, dają niezbity dowód na to, że w którymś momencie, w ciągu ostatnich kilku lat, zaczęłam alarmująco przypominać zwierzę gospodarskie.

2. Śnieg. Na Manhattanie śnieg nie jest biały. Jest byle jaki i buro brązowy, jak moje włosy. (Do zapamiętania: zadzwonić do fryzjera. Rude???)

3. Świąteczne filmy. Dlaczego Kevin sam w domu jest uznawany za dobre świąteczne kino? Kevin McCallister i jego rodzeństwo powinni zostać adoptowani przez jakichś bardziej zaangażowanych krewnych. A To wspaniałe życie? Przykro mi, ale ktoś musi to powiedzieć: George Bailey to fiut. W całym filmie istnieje mnóstwo przykładów jego fiutowatości, mogłabym stworzyć całą listę. Jeden z moich ulubionych cytatów: „Nazywasz to szczęśliwą rodziną? Po co nam te wszystkie dzieci?” Miłość czuć z daleka, Supertatusiu.

4. Świąteczne zakupy. Znane także jako „Stoisz w kolejkach, aż zdechniesz”, świąteczne zakupy zawierają w sobie trzy moje ulubione elementy: wrzeszczące dzieci, wściekłe mamuśki i ja, bez celu krążąca po zatłoczonej, publicznej przestrzeni aż zacznę ociekać potem. Grudzień w centrum handlowym to jakby połączenie Igrzysk śmierci z Władcą much, a wszystko to uzupełnione rekonstrukcją Wyścigu śmierci na parkingu, kiedy w końcu próbujesz wyjechać po dwunastu godzinach wydawania pieniędzy, których nie masz. Ubaw po pachy.

5. Biurowe imprezy świąteczne. Och, świetnie! Niezręczne, wymuszone konwersacje ze współpracownikami, których chciałabym wyrzucić z grona znajomych na Facebooku.

6. Świąteczne piosenki. Są okropne i przygnębiające. Jako idealny przykład przedstawię tu tekst piosenki Do They Know It’s Christmas? zespołu Band Aid: „Za oknem jest świat/ I to świat pełen lęku i strachu/ Gdzie jedyną płynącą wodą są kłujące łzy żalu/ A świąteczne dzwony, które tam biją/ To dźwięczące kuranty zguby”. Przepraszam, ale idę skoczyć z gzymsu.

7. Święty Mikołaj to kłamstwo.

8. Pocałunek o północy w sylwestrową noc? Mam większe szanse, że uderzy we mnie zbłąkana asteroida.

9. Michael nadal mnie nie kocha.

10. Patrz punkt pierwszy.

– Jocelyn!

Słysząc ten głos, wystraszona podnoszę głowę znad mojej listy. To Portia – chuda jak szprycha, elegancka, blond dyrektor wydawnicza. Portia pochyla się nad moim biurkiem, uśmiechając się w sposób, który sprawia, że czuję się skrępowana i zakłopotana, atakowana przez jej fizyczną perfekcję i poczucie, że jestem w porównaniu z nią ohydna.

Ta kobieta wygląda jak po retuszu. Ja mam boczki, pory, w które mogłoby wpaść małe dziecko, i kocią sierść na swetrze. Normalnie nie pozwoliłabym jej tak się zbliżyć, ale wiedźma podkradła się.

– Cześć, Portia. – Zerkam na nią, po czym nerwowo poprawiam okulary. To okropne, jak ona potrafi materializować się znikąd, jak Drakula. A do tego zirytowała mnie, używając niewłaściwego imienia. Znowu.

– Mogłabyś rzucić okiem na ten rękopis? Maria dzwoniła, że jest chora, a my już przekroczyliśmy deadline. – Nie czekając na odpowiedź, upuszcza grubą, spiętą stertę papieru na moje biurko, dokładnie na sporządzaną przeze mnie w żółtym notatniku listę. – Potrzebujemy to na poniedziałek.

– Poniedziałek? – Wpatruję się przerażona w niebotycznych rozmiarów stertę.

– Dzięki! Jesteś świetna! – Portia odwraca się, by odejść.

Wstaję gwałtownie, przewracając przy tym krzesło. No oczywiście, że tak. Upada na podłogę, a wszystkie głowy zwracają się w moim kierunku. Siedzę w samym środku pomieszczenia pełnego boksów, na trzydziestym trzecim piętrze budynku Maddox Publishing, w którym pracuję od dziesięciu lat. Jest czwarta, piątkowe popołudnie, a ja zaraz zrobię z siebie idiotkę.

Czyli to zupełnie normalna sytuacja w świecie Joellen Bixby.

– Czekaj! – wypalam.

Portia zatrzymuje się, odwraca powoli na swoich czerwonych szpilkach, które prawdopodobnie kosztują więcej niż kwota na moim czeku z wypłatą, potem kładzie dłoń na kościstym biodrze i wpatruje się we mnie z uniesioną brwią.

Mając świadomość ciszy, która nagle zapadła, oraz wpatrujących się we mnie oczu współpracowników, odchrząkuję.

– Mm, ja, yyy, nie sądzę, żebym zdołała skończyć to do poniedziałku.

Wszystkie spojrzenia ochoczo przenoszą się na Portię, która właśnie wpatruje się we mnie wzrokiem o temperaturze góry lodowej.

– Nie sądzisz?

Mówi to tak, jakby moje umiejętności poznawcze były czymś wątpliwym. Ktoś w boksie obok kaszle w rękę, żeby zamaskować śmiech.

– Ja… to znaczy, mam już mnóstwo pracy z innymi projektami, a ten wydaje się dość pokaźny… musiałabym pracować cały weekend.

Portia obrzuca mnie spojrzeniem, które mogłoby sprawić, że łany zbóż na polach zwiędną.

– Chcesz mi powiedzieć, że nie jesteś w stanie sprostać swojej pracy? Zgadza się?

Wszędzie wokół mnie narastają szepty. Kropla zimnego potu przesuwa się pomiędzy moimi łopatkami, a na policzki występuje żar.

– Nie, ja… z pewnością uda mi się to zrobić. Do poniedziałku.

– Z samego rana – oznajmia Portia takim samym tonem jak ktoś, kto właśnie celuje bronią w kasjera i mówi: „ Dawaj kasę”.

Przełykam ślinę. A właściwie biorę haust powietrza jak złota rybka. Potem przytakuję, ale Portia już tego nie widzi, bo odwróciła się i wyszła.

Rzucam się na swoje krzesło, by uniknąć wszystkich tych spojrzeń i uśmieszków skierowanych w moją stronę, a potem garbię się żałośnie przy biurku jak Quasimodo. Pozostaję w tej pozycji przez kilka minut, w ciszy nakazując dłoniom, żeby przestały drżeć, a żołądkowi by się uspokoił, jednocześnie wpatrując się w przypięty do szarej ściany mojego boksu kalendarz przedstawiający Grumpy Cat w dwunastu wydaniach. W grudniu kot ma na sobie strój Mikołaja wraz z małą, czerwoną czapeczką i czarnymi butami.

Kalendarz to prezent od mojej matki. Musiałam zrobić coś naprawdę okropnego w poprzednim wcieleniu.

– Dlaczego po prostu nie odmówiłaś, Joellen?

Sue Wong, niedawna absolwentka uniwersytetu i najmłodsza osoba awansowana na stanowisko redaktora do spraw przejęć w osiemdziesięcioletniej historii Maddox Publishing, stoi w wejściu do mojego boksu. Sue ma błyszczące czarne włosy, które spływają jej na ramiona i tak równiutką grzywkę, jakby została przycięta ostrzem X–ACTO, oraz urocze dołeczki sprawiające, że wygląda o wiele młodziej niż na swoje dwadzieścia trzy lata.

Jestem obłędnie zazdrosna o te dołeczki. I o to, że może pochłonąć jakieś pięć tysięcy kalorii dziennie i nie przytyć ani grama. A także o to, że ani trochę nie boi się Portii, Królowej Smoków Upper East Side, jak również każdego innego miejsca, przynajmniej jak dla mnie.

– Bo stąd wylecę, jeśli odmówię! A mam na głowie takie małe drobiazgi zwane rachunkami? Czynsz? Słyszałaś o tym?

Sue w ogóle nie przyjmuje do siebie mojego rozumowania i macha ręką lekceważąco.

– Pff. Nigdy cię nie zwolnią. Harujesz jak wół.

Przez jedną nieprzyjemną chwilę wyobrażam sobie siebie jako wielkiego woła: z parą buchającą z nozdrzy, błotem lecącym mi spod kopyt, kiedy z mozołem ciągnę wóz załadowany skrzynkami Budweisera.

– I jesteś tutaj od zawsze – ciągnie Sue. – Poza tym, jesteś w chronionej grupie. Portia nie chciałaby ryzykować pozwu sądowego.

Wpatruję się w nią szczerze zdumiona.

– A w jakiej to chronionej grupie jestem?

– Ze względu na wiek – odpowiada, jakby to było oczywiste.

– Wiek?

– No tak. Przecież jesteś totalnie stara.

– Mam trzydzieści sześć lat!

– Och. Naprawdę? – Ogląda mnie z góry do dołu. – Hmm.

– Dzięki. Skończyłaś już tę motywującą przemowę? Bo mam sporo pracy – mówię oschle.

– Chciałam tylko zapytać, czy masz ochotę po pracy pójść do tego nowego baru z tapasami. Kilka osób idzie na happy hours.

Jest dla mnie miła, bo jestem taka żałosna, a przez to czuję się jeszcze gorzej.

– To urocze, że zawsze o mnie myślisz, ale… – Wskazuję bezradnie na stos papierów, które Portia zostawiła na moim biurku.

– Dobra. Może następnym razem. – Sue odchodzi, wzruszając ramionami i uśmiechając się.

Kilka kolejnych godzin spędzam przy biurku z nosem utkwionym w kartkach. Ślęczę nad tym jeszcze długo po wyjściu pozostałych. Dłużej niż każda normalna osoba, która spakowałaby wszystko i zabrała do domu. Możliwe, że swoją normalność pochłonęłam razem z kubłem lodów podczas wczorajszej kolacji.

***

Kiedy docieram wreszcie do swojego mieszkania, odczuwam taki ból głowy, jakby seryjny morderca wiercił dziurę w czubku mojej czaszki zardzewiałym wiertłem polanym pikantnym sosem. Planuję zjeść coś, przespać się kilka godzin i skoro świt wrócić do biura, żeby kontynuować pracę nad manuskryptem. Zwykle mogę pracować nad swoimi projektami z domu na komputerze, ale z przyczyn bezpieczeństwa wersji papierowych nie wolno wynosić z budynku, więc zostałam uziemiona przy swoim biurku.

Dziękuję ci, Portia.

Kiedy tylko wychodzę z windy, słyszę muzykę. Jest niesłychanie głośna i huczy od basów – jakiś rock. A może rap. Nie jestem pewna. Wiem tylko, że tekst zawiera słownictwo, które sprawiłoby, że mojej matce włosy stanęłyby dęba.

Idąc korytarzem, z przerażeniem stwierdzam, że muzyka wydobywa się z mieszkania dokładnie naprzeciwko mojego. Zważywszy na głosy i ochrypły śmiech, mój sąsiad nie jest sam.

Kellen nigdy nie robi imprez.

Zirytowana podwijam rękaw płaszcza, po czym zerkam na zegarek. Rozważam, czy powinnam zapukać do jego drzwi, ale mój brzuch wydaje z siebie jakiś agresywny odgłos, który przebija się nawet przez grzmiący bas. Stwierdzam więc, że najpierw coś zjem, a z Kellenem rozprawię się z pełnym żołądkiem.

Nawet w obliczu wojny nuklearnej moją pierwszą czynnością byłoby jedzenie. Nie potrafię radzić sobie z życiem na głodnego.

Kiedy tylko otwieram drzwi, Pan Bingley atakuje.

– Rrau!– Staje na tylnych łapkach, wbijając pazury w moją spódnicę.

– Wiem, skarbie, przepraszam za spóźnienie. Mamusia od razu cię nakarmi, dobrze?

Kolejny ryk mówi mi, żebym lepiej właśnie to zrobiła, bo rozpęta się piekło.

Drapię Pana Bingleya za uszami, mówiąc do niego jak do dziecka, bo to właśnie lubi, a on z rozkoszą zatapia pazury jeszcze głębiej w mojej spódnicy, na co krzywię się z bólu, i w ten sposób balans odwiecznej kocio-ludzkiej relacji zostaje zachowany. Ma szczęście, że jest taki uroczy, bo mogłabym… nic. Nie ma, o czym mówić.

Jeśli chodzi o Pana Bingleya, oboje wiemy, że to on rządzi.

Zamykam drzwi wejściowe, rzucam torebkę na stolik w przedpokoju, unikając swojego odbicia w lustrze, po czym wieszam płaszcz w szafie. Następnie zmierzam w stronę kuchni, a Pan Bingley depcze mi po piętach.

Jest despotycznym, pulchnym, rudym, pręgowanym kotem z bursztynowymi oczami i ogonem przypominającym pióropusz. Jest też kompletnie głuchy – nieszczęśliwy efekt uboczny antybiotyku, który przepisano mu na infekcję ucha. Jednak wydaje się, że mu to nie przeszkadza, chyba nawet nie zdaje sobie sprawy ze swojej ułomności. Myślę, że nauczył się czytać z ruchu warg.

Jedyny problem polega na tym, że nie mogę podkradać się do niego od tyłu. Raz kiedyś go wystraszyłam, to skoczył na zasłony, wczepił się w nie pazurami, a potem, zwisając, toczył dzikim spojrzeniem dookoła i syczał.

– Masz szczęście, że nie słyszysz tej muzyki – mówię do niego, wyjmując z szafki puszkę kociego żarcia. – Ktoś tu brzmi, jakby miał problemy z radzeniem sobie z gniewem.

Pan Bingley wije się wokół moich kostek, mrucząc i ocierając głową o moje nogi. Nakładam karmę do jego specjalnej porcelanowej miseczki, stawiam na podłodze, po czym z uśmiechem patrzę, jak zabiera się do jedzenia.

A potem podskakuję na dźwięk kobiecego krzyku.

– Co u diabła? – Biegnę do wyjścia. Moje serce łomocze, kiedy przywieram do drzwi i patrzę przez wizjer. Korytarz jest pusty. Otwieram drzwi, po czym ostrożnie wystawiam głowę. Wtedy słyszę kolejny krzyk, tym razem przy akompaniamencie kobiecego śmiechu i chóru męskich drwin.

Odgłosy pochodzą z mieszkania po przeciwnej stronie korytarza.

Doznaję ulgi, że nie mam do czynienia z morderstwem, tylko z imprezą, która wymknęła się spod kontroli, po czym zaczynam kipieć ze złości. Wyobrażam sobie dmuchany basen dziecięcy wypełniony kisielem na samym środku salonu Kellena, w środku mocują się dwie nagie dziewczyny, a wokół grupa kolesi oblewa je szampanem i obrzuca banknotami.

Zanim zdążę się powstrzymać, przechodzę przez korytarz, a następnie energicznie stukam w drzwi Kellena.

Muzyka nie cichnie, ale po chwili słyszę zbliżające się ciężkie kroki. Potem drzwi się otwierają, a ja stoję oniemiała.

W wejściu stoi mężczyzna, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Jest wysoki, szeroki i mocny jak góra. Ma potargane brązowe włosy, piwne oczy, mnóstwo tatuaży i olśniewający uśmiech, co mój mózg zauważa w tym samym czasie, kiedy stara się przetrawić, że mężczyzna ma na sobie niezasznurowane wojskowe buty, kilt i nic więcej.

W tych kanionach między jego mięśniami brzucha można by się zgubić. Jeśli ma jakikolwiek tłuszcz, to musi być ukryty pod kiltem, bo jego mięśnie są tak wyraźne, że wyglądają jak na rysunku anatomicznym.

Wpatrując się z otwartymi ustami w jego brzuch, wyduszam:

– Yyy…

– W czym mogę ci pomóc, dziołcha? – pyta Góra.

W czym mogę ci pomóc, dziołcha?

Dobry Boże, to Szkot. Wielki, półnagi Szkot w kilcie. Uśmiecha się, jakby znał wszystkie moje sekrety, wiedział, jaki mam kolor majtek i że jestem ciekawa, jak by to było, gdyby mężczyzna ciągnął mnie za włosy podczas seksu.

– Yyy…

– A wybacz, chodzi o muzykę, ta? Mamy tu taką maleńką imprezkę. Załatwię to. – Odwraca się, po czym ryczy przez ramię: – Ściszcie tę cholerną muzykę, durne sieroty, przeszkadzacie sąsiadom!

W mieszkaniu znajdują się osoby obu płci, w różnych stadiach negliżu. Piją i śmieją się. Leżą na kanapie albo siedzą na podłodze ze skrzyżowanymi nogami wokół stolika kawowego, na którym blondynka z niewiarygodnie ogromnym gołym biustem rozdaje karty.

Zaczynam mrugać, jakbym próbowała przekazać coś alfabetem Morse’a.

Muzyka cichnie o jeden decybel, a Góra odwraca się do mnie z triumfalnym uśmiechem. Lekko kołysze się na piętach. O ile nie spryskał się wodą kolońską o zapachu słodu z jęczmienia, to wypił okropnie dużo piwa.

Zanim zdołam odzyskać zdolność mówienia, Góra głośno beka, salutuje, a następnie zatrzaskuje mi drzwi tuż przed nosem.

DWA

Kiedy następnego ranka o piątej dzwoni budzik, zostaję wyrwana z niepokojącego snu o Melu Gibsonie prowadzącym do boju grupę tęgich wojowników w kiltach. Jest tam mnóstwo włóczni, wrzasków i niebieskiej farby na twarzach oraz ohydnego bekania.

Sięgam po iPhone’a, który leży na stoliku nocnym, przy okazji zrzucając go na podłogę.

– Panie Bingley. – Lekko szturcham futrzaną kulę drzemiącą na mojej piersi. – Panie Bingley, obudź się.

Unosi pyszczek nad łapkami i mruga, a potem ziewa szeroko, kładąc uszy po sobie i ukazując kły. Następnie z powrotem kładzie głowę i spokojnie wraca do snu.

– Panie Bingley – nalegam, głaszcząc go po policzku. – Muszę wstać. – W odpowiedzi słyszę lekkie chrapnięcie.

– No dalej, koteczku, mamusia musi iść do pracy i zarobić na twoją karmę. Chyba nie chcesz głodować, co?

Czasami, jak teraz, zastanawiam się, czy jego słuch nie jest lepszy, niż to pokazuje, bo w odpowiedzi na moje pytanie zostaję uderzona ogonem w twarz.

– Nie zostawiasz mi wyboru. – Przekręcam się na bok i zrzucam kota. Zeskakuje bez problemu, obdarzając mnie lekkim oburzonym burknięciem spowodowanym moimi złymi manierami.

Podnoszę telefon z podłogi, po czym przysuwam go pod sam nos, szukając przycisku, żeby wyłączyć budzik. Biorę okulary ze stolika nocnego i nakładam je, by móc zobaczyć pokój.

Pan Bingley siedzi na końcu łóżka, patrząc na mnie tak, jakbym uraziła jego wspaniałych przodków.

– Wiem, nieposłuszna ze mnie niewolnica. Chodźmy na śniadanie.

Drepczę do kuchni z kotem przy nodze. Karmię Pana Bingleya, potem robię sobie kawę i czekam, aż resztki z wczorajszej kolacji zagrzeją się w mikrofalówce. Zrobiłam klopsy – przepis mojej babci, najlepsze jedzenie na pocieszenie na świecie – i wsłuchiwałam się w odgłosy imprezy po drugiej stronie korytarza. Kusiło mnie, żeby zadzwonić na policję, ale poczułam się jak zrzęda, więc przez kolejne godziny cierpiałam z powodu krzyków i śmiechów, aż wreszcie wszystko ucichło około pierwszej w nocy, bo, jak przypuszczam, wszyscy odlecieli.

Albo cokolwiek ludzie robią po ekscytującej partyjce rozbieranego pokera.

Wpycham sobie do ust kawałek klopsa, kiedy dobiega mnie odgłos trzaśnięcia drzwiami w korytarzu. Ciekawa, by zobaczyć, kto odbywa spacer hańby kwadrans po piątej w sobotę rano, zmierzam do drzwi z talerzem, po czym zerkam przez wizjer.

Po drugiej stronie korytarza stoi Góra. Ma na sobie szarą koszulkę i pasujące do niej spodnie dresowe. W uszach ma słuchawki i wstukuje coś na telefonie. Przesuwa palcem po ekranie, jakby czegoś szukał. Muzyki?

Czy on zamierza biegać?

Nie. To niedorzeczne. Słońce nawet jeszcze nie wstało. Jest grudzień, zdziwiłabym się, gdyby temperatura na zewnątrz sięgała powyżej zera. Nie zapominajmy też o tych cyckach i piwach z ubiegłej nocy. Prawdopodobnie ma teraz okropnego kaca, nie wspominając już o nieznośnym pieczeniu w okolicy krocza. I na pewno nie spał dłużej niż cztery godziny. Zapewne tylko wybrał się do Starbucksa.

Odnajduje to, czego szukał w telefonie, wkłada go do kieszonki na biodrach, a następnie zaczyna ćwiczenia rozciągające.

Nie trzeba się rozciągać, żeby iść po kawę.

Ten facet rozciąga się na korytarzu o piątej piętnaście rano w sobotę po nocnej balandze, przygotowując się do biegania przed świtem na mrozie.

Ewidentnie nie jest człowiekiem. I jest szalony. To obłąkany kosmita w kilcie, który lubi brudne gierki w karty, wielkie piersi, alkohol oraz wczesnoporanne przebieżki po niebezpiecznych miejskich okolicach.

Zafascynowana patrzę, jak wykonuje całą serię skłonów i rozciągnięć, rozgrzewając mięśnie. Kiedy kończy, już czuję się zmęczona. Kończę również swojego klopsa. Potem Góra biegnie korytarzem, kierując się w przeciwną stronę od windy, a to znaczy, że zapewne skorzysta ze schodów.

Jesteśmy na dziewiętnastym piętrze.

Żałuję, że nie mam numeru do Kellena, bo dowiedziałabym się, kim jest ten psychopata. Ale Kellen i ja jesteśmy tylko sąsiadami pozostającymi w przyjaznych relacjach, a nie przyjaciółmi, którzy robią razem różne rzeczy, więc nie mam szczęścia.

Biorę prysznic, ubieram się, daję Panu Bingleyowi buziaka na pożegnanie, po czym ruszam do pracy. Poranne powietrze uderza mnie w twarz. Od stacji metra dzieli mnie pół przecznicy pieszo, ale mógłby to być równie dobrze półmaraton, zważywszy na to, jak się pocę i rzężę po dotarciu na miejsce, pomimo zimna. W sypialni mam bieżnię i ciągle obiecuję sobie, że zacznę jej używać, ale obecnie służy głównie jako wieszak na ubrania.

Do biura muszę przejść kolejne pół przecznicy. Wjeżdżam windą na trzydzieste trzecie piętro z Dennym, głównym konserwatorem budynku, który przez ostatnie dziesięć lat opowiadał mi najgorsze dowcipy, jakie kiedykolwiek wymyślono.

Wszystkie bez wyjątku dotyczą puszczania bąków.

– Starsza kobieta idzie do lekarza – zaczyna jak zwykle bez żadnego wstępu. – Mówi do niego: Mam bardzo wstydliwy problem. Widzi pan, ciągle puszczam bąki. Ale one nie śmierdzą i nie wydają żadnego dźwięku, więc nie przeszkadzało mi to przez te wszystkie lata. Puściłam już trzy bąki, odkąd weszłam do pana gabinetu.

Denny zerka na mnie, żeby upewnić się, że słucham, a ja kiwam głową, zastanawiając się, czy czasem nie umarłam wiele lat temu w jakimś okropnym wypadku i od tego czasu żyję pomiędzy światami. Serio, to by wiele wyjaśniało.

Denny kontynuuje:

– Rozumiem, mówi lekarz i przepisuje jej jakieś tabletki. Proszę je brać trzy razy dziennie i za tydzień wrócić na kontrolę. Tydzień później kobieta wpada jak burza do gabinetu. Doktorze, co pan zrobił? Odkąd zaczęłam brać te tabletki, moje bąki stały się okropnie śmierdzące. Jeszcze pan wszystko pogorszył! Doktor odpowiada spokojnie: Skoro już wyleczyliśmy pani zatoki, zajmijmy się słuchem.

Mój uśmiech jest naprawdę słaby.

– Dobre.

– Tak sądzisz? Dzisiaj przy śniadaniu opowiedziałem ten dowcip żonie i uznała, że nie jest śmieszny.

Denny jest żonaty od jakichś stu lat z Phyllis. Nigdy nie poznałam tej kobiety, ale szczerze jej współczuję.

– To moje piętro. Miłego dnia, Denny.

– Do zobaczenia, dzieciaku – woła, kiedy drzwi się otwierają, a ja wychodzę z windy.

Recepcja jest pusta, boksy również. Zdejmuję płaszcz i szalik, usadawiam się na krześle i właśnie ściągam gumowe zaczepy, którymi Portia spięła manuskrypt, kiedy w holu prowadzącym do biur zarządu pojawia się mężczyzna i z wielką pewnością siebie przemierza korytarz, trzymając w ręku kubek. Ma na sobie granatowe spodnie oraz śnieżnobiałą koszulę z odpiętym kołnierzykiem i rękawami podwiniętymi do połowy silnych ramion.

Serce zamiera mi w piersi.

To Michael Maddox, dyrektor generalny Maddox Publishing, najbardziej idealny z żyjących mężczyzn. Kocham się w nim od dekady. Na moje nieszczęście, jest żonaty. To bardzo dziwne, ale niezależnie od prędkości, z jaką się porusza, Michael zawsze wydaje mi się chodzić w zwolnionym tempie, a delikatna bryza rozwiewa mu włosy, niczym złocistą poświatę wokół jego głowy. Nazwać go pięknym to dla niego uchybienie. Ten facet jest wspaniały. Bóstwo. Jest jak ożywiona rzeźba Michała Anioła. Czarne włosy, szerokie ramiona, błękitne oczy, które mogłyby topić stal, ale głównie roztapiają majtki. W zasadzie jest uderzająco podobny do Supermena.

I zmierza prosto w moją stronę!

W pierwszym odruchu chcę się schować. Ale już mnie widział, więc mój plan, żeby wskoczyć pod biurko i zostać tam, aż przejdzie, idzie się paść.

– No witam. – Zatrzymuje się kilka kroków ode mnie, uśmiechając się, a ja mogłabym przysiąc, że słyszę anielski śpiew. – Widzę, że nie jestem jedynym nieszczęśnikiem pracującym w weekend. Jak się masz, Joellen?

Michael pochodzi z Londynu, więc ma ten niesamowicie czarujący brytyjski akcent, który staje się jeszcze bardziej niesamowity, kiedy pieści samogłoski w moim imieniu. Fakt, że on w ogóle je pamięta, sprawia, że cała drżę.

– Dzień dobry, panie Maddox.

Dzięki ci Boże za to, że brzmię jak istota ludzka, a nie plac zabaw pełen wrzeszczących dzieciaków, którym jestem w środku.

Wykrzywia usta.

– Ile razy mam ci powtarzać, żebyś mówiła do mnie Michael?

Prawie mdleję. Nie tylko pamięta moje imię, ale pamięta, że już ze mną rozmawiał. Słodki Jezu, Gwiazdka przyszła wcześniej w tym roku.

– Michael. – Wypowiadam jego imię z namaszczeniem. Aż dziwię się, że z ust nie posypało mi się konfetti w kształcie serduszek. Nie bądź dziwna! Przestań się na niego gapić! Zamknij usta!

Spuszczam wzrok, moje policzki płoną. Uświadamiam sobie, że ściskam manuskrypt tak mocno, że pobielały mi knykcie. Zmuszam się do oddychania, co jest prawdopodobnie najtrudniejszą rzeczą, jaką zrobiłam od lat.

– Mam nadzieję, że nie pracujesz zbyt ciężko. – Michael marszczy brwi, patrząc na mój śmiertelny uścisk na manuskrypcie.

Odklejam język od podniebienia.

– To tylko kilka drobiazgów. Chcę nadgonić robotę na przyszły tydzień. – Kłamstwa, kłamstwa, wszystko to kłamstwa. Jesteś wielką, tłustą kłamczuchą. Ciekawe, czy jego włosy są tak miękkie, jak wyglądają.

– Cudownie! Uwielbiam ludzi z inicjatywą.

Jego oczy – błękit letniego nieba albo nieodkryty tropikalny raj – śmieją się wraz z resztą jego twarzy. Ma przy nich małe kreseczki, które w jakiś sposób dodają mu urody. W przeciwieństwie do moich, które tylko sprawiają, że wyglądam jak zabiedzona.

– Cóż, a ja uwielbiam przejmować inicjatywę.

Kiedy tylko wypowiadam te słowa, mam ochotę wepchnąć pięść do swoich ust, żebym już nic więcej nie mogła powiedzieć. Jakimś sposobem sprawiłam, że niewinne zdanie zabrzmiało jak propozycja seksualna, a fakt, że idealne brwi Michaela unoszą się, bez wątpienia to potwierdza.

– Czyżby? – mruczy. Brzmi na rozbawionego.

Dlaczego taka jestem? W myślach zwracam się do wszechświata. Dlaczego nie mogę być normalna? Kiedy zamierzasz spuścić na moją głowę pianino i uwolnić mnie od mojego nieszczęścia?

Po okropnej chwili, podczas której Michael patrzy, jak moja twarz płonie, a dłonie zachowują się jak wielkie, blade ćmy szamoczące się po manuskrypcie, robi mu się mnie żal.

– W takim razie pozwolę ci wrócić do pracy. Może przynieść ci kawę? Właśnie idę do kuchni po dolewkę?

Potrząsam głową, zbyt zażenowana, żeby się odezwać czy choćby na niego spojrzeć.

– W porządku. Na zdrowie. – Unosi kubek na pożegnanie, po czym kieruje się w stronę kuchni. Kiedy tylko znika mi z oczu, padam twarzą na biurko i jęczę.

Nie powinno się mnie wpuszczać do miejsc publicznych.

***

Nie widzę Michaela przez resztę dnia. Możliwe, że wyskoczył z okna, żeby uniknąć ponownej rozmowy ze mną. Nie żebym go winiła. Jestem takim nieudacznikiem, że komuś takiemu jak on zapewne ciężko oddycha się tym samym powietrzem.

Kiedy wychodzę z biura, jest ciemno i zimno, zupełnie jak we wnętrzu mojego serca. I kilku innych miejscach na moim ciele. Jestem tak bardzo zatracona w samooskarżaniu się, że wysiadam z windy na moim piętrze, mijając panią Dinwiddle, która stoi w otwartych drzwiach swojego mieszkania.

– Kaczuszko! Kaczuszko!– woła podekscytowanym głosem.

Odwracam się i patrzę na nią, mrugając.

– Dzień dobry pani Dinwiddle. Przepraszam, nie zauważyłam pani. Jestem dzisiaj trochę rozkojarzona.

Macha ręką, w której trzyma kieliszek martini, a drink wylewa się, ochlapując drewnianą podłogę.

– Mam nowinki!

Penelope Dinwiddle jest emerytowaną aktorką teatralną z Yorkshire w Anglii, która odnalazła sławę i pieniądze w szekspirowskiej trupie przemierzającej Europę w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Teraz, już sporo na północ od osiemdziesiątki, nie straciła nic ze swojej aktorskiej natury. Stoi w drzwiach, z czerwoną pomadką na ustach i sztucznymi rzęsami, ubrana w powłóczystą, lawendową szatę i pasujący peniuar, na szyi ma białe boa z piór. Założyła też całą swoją biżuterię, w tym diamentową tiarę, którą podarował jej jakiś pomniejszy saudyjski książę.

Osiem razy była mężatką. Kellen i ja nazywamy ją Elizabeth Taylor z SoHo.

Cała podekscytowana przywołuje mnie gestem. Gdzieś w głębi mieszkania jej filipińska opiekunka, Blessica, ucisza trzy wrzeszczące szpice miniaturowe, które zwą się Fee, Fi i Fo.

– Wiesz, że Kellen poleciał do Szkocji na święta?– Pani Dinwiddle akcentuje co któreś słowo, bo nic jej tak nie mierzi jak nudne przekazywanie wiadomości.

– Nie, nie wiedziałam o tym. Nie rozmawiałam z nim od kilku…

– A jego kuzyn, gracz w rugby, zatrzymał się w jego mieszkaniu! Zamienili się, rozumiesz? – Próbuje zaklaskać, ale udaje jej się tylko wylać więcej martini.

Przetwarzam informację. Więc Góra jest graczem rugby. A on i Kellen zamienili się mieszkaniami na święta.

Cudownie. Zważywszy na przedstawienie z ostatniej nocy, czekają mnie tygodnie piekła.

– Blessica wpadła na niego dzisiaj rano, kiedy szła wyprowadzić psy, a on opowiedział jej całą historię! Wiesz, jak ona potrafi skłonić każdego do mówienia. Powiedziała mi, że to wielki, przystojny gość, ale jej wzrok nie jest już taki jak kiedyś, niech ją Bóg błogosławi. I właśnie widziałam go chwilę temu, no niech mnie! On nie jest po prostu wielki – jest gigantyczny!

Z kieszeni szaty wydobywa chiński jedwabny wachlarz. Otwiera go z trzaskiem i zaczyna wachlować twarz, wywracając oczami w ekstazie na myśl o wielkim, dobrze wyglądającym atlecie mieszkającym na naszym piętrze.

– Tak, jest ogromny. I hałaśliwy. Ledwo zdołałam usnąć przez cały ten harmider ubiegłej nocy – mówię.

Przestaje się wachlować. Zerka na mnie, zaskoczona.

– Harmider?

Właśnie wtedy przypominam sobie, że pani Dinwiddle zaczyna pić codziennie o pierwszej po południu, bo to pora na drinka w Londynie. Całe jej życie nadal podporządkowane jest czasowi londyńskiemu. Do dziewiątej wieczorem jest już nieprzytomna i leży razem z Fee, Fi i Fo na swoim różowym, satynowym łóżku.

– Nieważne. Tak czy inaczej, chciałam zrobić dzisiaj na kolację lazanię.

Pani Dinwiddle kręci nosem.

– Włoskie?

Powstrzymuję się od westchnięcia. Ponieważ jestem żałosna i nie mam życia prywatnego, zawsze w soboty gotuję kolację dla pani Dinwiddle, ale niestety kilka moich pierwszych sugestii zawsze spotyka się z brakiem entuzjazmu. Diwy zwykle są wybredne.

– A może zapiekanka pasterska?

– Och, cudnie! – Rozpromienia się i lekko szturcha mnie wachlarzem. – Nie jadłam jej od wieków. Przypomina mi o czasie, kiedy grałam Lady Macbeth w Piccadilly i poznałam tego postawnego maszynistę, który uczył się na kucharza…

– Do zobaczenia za godzinę – przerywam, zanim rozkręci się z opowieścią o swoim kolejnym chłopaku.

– W porządku, Kaczuszko! Pa!

– Pa – mamroczę, idąc korytarzem, irracjonalnie wściekła, że ta osiemdziesięciolatka ma ciekawsze wspomnienia niż wszystko, co zdołałabym wymyślić nawet w najśmielszych fantazjach.

Moja posucha seksualna trwa tak długo, że to już nawet nie zwykła susza, ale biblijna plaga.

Otwieram drzwi i dostrzegam kota rozciągniętego na środku salonu, jakby zastrzelił go myśliwy.

– Cześć, Panie Bingley.

Nie podnosi głowy, dopóki drzwi nie zatrzaskują się za mną. Wtedy skacze na równe nogi, jakby ktoś dotknął go rozgrzanym żelazkiem i patrzy dziko wokół siebie. Dostrzega mnie, udaje, że nic się nie stało, po czym zaczyna wylizywać sobie ogon.

– Nie nabierzesz mnie, kotku. Wcale nie jesteś takim luzakiem. Chodź, pomożesz mi przy kolacji.

Podąża za mną do kuchni, ale niezbyt szybko. Upewnia się, że wiem, że to był jego pomysł, nie mój.

Karmię go, otwieram paczkę solonych chipsów, żeby przegryźć coś przy gotowaniu, a potem przygotowuję wszystkie składniki na zapiekankę. Rozgrzewam piekarnik, kroję warzywa i nastawiam w garnku osoloną wodę na ziemniaki. Jestem w trakcie podsmażania jagnięciny, czosnku, marchewek i cebuli, kiedy z drugiej strony korytarza dobiega muzyka.

Zaczyna się nagle i z pełną mocą, jakby ktoś słuchał wcześniej na słuchawkach i nagle wyjął wtyczkę. Wszystkie te ciężkie brzmienia gitar i dudnienie bębnów są tak głośne, że aż drżą szyby w oknach. A potem dobiega mnie głos mężczyzny, który wydaje się należeć do osoby hobbystycznie palącej crack i połykającej żyletki.

Mam cię znowu, sukinsynu

Będę z tobą, sukinsynu

Jesteśmy gangsterami, kurwa, do śmierci!

– Chyba sobie jaja robi – mówię do kota, który mruga wolno w odpowiedzi, jakby mówił: „Najwidoczniej nie”.

Wyłączam palnik, odkładam drewnianą łyżkę i po raz drugi w ciągu dwudziestu czterech godzin ciągnę swój tyłek przez korytarz, żeby zapukać do drzwi sąsiada.

TRZY

Tym razem, kiedy drzwi się otwierają, jestem przygotowana. Albo byłabym, gdyby Góra miał na sobie swój kilt albo dresy i bluzę z kapturem, albo cokolwiek innego, oprócz tego, co ma.

Maluteńki, biały ręcznik kąpielowy przytrzymywany tylko jedną krzepką dłonią, nic więcej.

Jego włosy są mokre. Szeroka, wytatuowana klatka piersiowa błyszczy od kropel wody. Ręcznik jest tak mały, że rozchyla się na jednej nodze jak rozporek spódnicy, ukazując gołe, muskularne udo tak prowokujące, że w niektórych krajach pewnie uznano by to za nielegalne.

Wpatrując się szeroko otwartymi oczami w jego nogę, wyduszam z siebie:

– Yyy…

Góra uśmiecha się do mnie szeroko.

– To już drugi raz, kiedy odebrało ci przeze mnie mowę, dziołcha. Wyobraź sobie, co by się stało, gdybym puścił ten ręcznik. Musiałbym dzwonić po karetkę.

Dobra, muszę mu to oddać: akcent ma seksowny. To zaokrąglone R – fiu! Moje jajniki zaczynają się wachlować. Ale widać, że jest bardzo pewny siebie. I kto otwiera drzwi półnagi? Drugi raz!

Narcyz z okropnym gustem muzycznym, oto kto.

Prostuję się i zmuszam, żeby spojrzeć mu w oczy.

– Czy mógłbyś ściszyć muzykę? Jest naprawdę głośna, a ja musiałam jej słuchać całą ubiegłą noc…

Przykłada dłoń do ucha, a następnie potrząsa głową, jakby mnie nie słyszał.

Grr. Krzyczę:

– Czy mógłbyś ściszyć muzykę?

Ale on już stracił zainteresowanie tym, co mówię i zaczyna węszyć w powietrzu, pochyla się do przodu ze zmarszczonymi brwiami i uniesionym nosem jak ogar.

– Co to za zapach?

W pośpiechu zostawiłam otwarte drzwi do mieszkania. Woń gotującej się jagnięciny wypełnił korytarz.

– Zapiekanka! – Przekrzykuję hałas. – Czy mógłbyś…

Wymija mnie, przechodzi przez korytarz, po czym wkracza do mojego mieszkania jak do siebie.

– Hej! – Ruszam za nim, ale postanawiam najpierw wbiec do mieszkania Kellena i wyłączyć muzykę. Byłam tam kilka razy, więc wiem, gdzie znajduje się odtwarzacz i szybko wciskam wyłącznik. Nagle nastaje upragniona cisza. Potem w panice pędzę do mojego mieszkania, gorączkowo rzucając koc na czyste pranie, którego nie zdążyłam jeszcze poskładać i teraz leży rozrzucone na kanapie.

Oczywiście to sterta skarpetek i bielizny.

Znajduję Górę stojącego przy mojej kuchence, wyjadającego jagnięcinę i warzywa prosto z patelni palcami.

– Hej. Co, do diaska, jest z tobą nie tak? – Skaczę wokół niego jak żaba wokół lwa, klepiąc go lekko w rękę. – Zabieraj łapy od mojej kolacji!

– Są czyste – mówi niewinnie, oblizując palce. – Jakbyś nie zauważyła, przed chwilą brałem prysznic. – I puszcza mi oczko.

Puszcza oczko. Ten facet najwyraźniej miał zdecydowanie zbyt wiele kontuzji.

Porywam patelnię z kuchenki, po czym staję na środku kuchni i piorunuję go wzrokiem.

– Mógłbyś już wyjść? I nie słuchać zbyt głośno muzyki? Poza tobą w tym budynku mieszkają też inni ludzie.

Oblizuje wargi, potem przeczesuje palcami mokre włosy, a przy tym geście napinają się wszystkie mięśnie jego ramienia. Zastanawiam się, jak często ćwiczył ten ruch przed lustrem. Napuszony paw.

– Nie zaprosisz mnie na kolację? Mógłbym pomóc ci poskładać pranie.

Mógłbym pomóc ci poskładać pranie.

Mówi to z błyskiem w oku, a ja napawam się krótką, choć satysfakcjonującą fantazją, w której rozbijam patelnię na jego grubej, zarozumiałej czaszce. Żaden z niego Jamie Fraser z Outlandera.

– Tak przy okazji, jestem Cameron. Zatrzymałem się u mojego kuzyna, Kellena, na…

– Wiem – przerywam mu. Dlaczego sobie nie pójdzie?

– A ty jesteś…

– Joellen. Miło mi. Do widzenia.

Rozgląda się po moim mieszkaniu.

– Co, nie chcesz przedstawić mnie swojemu chłopakowi?

– Chcę tylko nie mieć w mieszkaniu mokrego, półnagiego nieznajomego z większą ilością mięśni niż manier.

Uśmiech Camerona przechodzi w pełny, olśniewający tryb „Nie można mi się oprzeć”.

– Czyli zauważyłaś moje mięśnie. I nie masz chłopaka.

Przez chwilę jestem oszołomiona. Czy on ze mną flirtuje?

Ale zaraz potem zdaję sobie sprawę, że wcale tak nie jest. On się ze mnie nabija. Bo najwidoczniej kobieta taka jak ja – wielka, w okularach, sama w sobotni wieczór z kotem i koszem pełnym babcinych majtek – nie ma chłopaka.

Pan Bingley siedzi u stóp Camerona, wpatrując się w niego, jakby chciał, żeby go podniósł i przytulił. Zdrajca.

Z całą godnością, na jaką mogę się zdobyć, staję prosto.

– Wybacz mi – mówię chłodnym tonem – ale mam randkę z kolacją. Przez ciebie się spóźnię.

– Och. – Wygląda na zbitego z tropu, jakby możliwość, że mówię prawdę o randce, była tak niedorzeczna, że nie wie, co na to odpowiedzieć. Pewnie myśli, że wygrałam jakąś aukcję kawalerów, czy coś. – No cóż, dobrze. Miłego wieczoru.

Odwraca się, po czym wychodzi bez słowa, pozostawiając mnie gapiącą się na jego idealną, oddalającą się sylwetkę.

Dlaczego życie jest tak niesprawiedliwe, że obdarza największym pięknem najbardziej niegodne bestie?

Oprócz Michaela Maddoxa. On jest piękny w środku i na zewnątrz.

Odkładam patelnię na palnik i włączam ogień, po czym ruszam zamknąć drzwi wejściowe. Ale zanim to zrobię, rzucam jeszcze ostatnie spojrzenie na Górę, który również zamyka właśnie drzwi. Z idealnym wyczuciem czasu odwraca się, ściąga ręcznik i rzuca go na podłogę, więc ostatnim co widzę, gdy drzwi się zamykają, to jego nagi tyłek.

Jestem za młoda na menopauzę, ale to uderzenie gorąca to chyba poważna sprawa.

***

Kolacja z panią Dinwiddle to godzina słuchania opowieści z jej młodości, podczas gdy ja wpycham sobie jedzenie do ust, a ona pije jedno martini za drugim i karmi psy bezpośrednio z talerza. Blessica, jej opiekunka, jest po sześćdziesiątce, ale ma energię czterolatki. Krząta się po mieszkaniu, sprząta rzeczy, które tego nie wymagają i sprawia, że w porównaniu do niej czuję się jak leń. Ona nigdy nie zostawia nieposkładanych ubrań na kanapie.

Kiedy wychodzę, pani Dinwiddle wyśpiewuje bełkotliwą wersję piosenki Danny Boy, by uhonorować młodego Irlandczyka, z którym łączył ją płomienny romans, kiedy była młodą dziewczyną, a który utopił się w morzu, kiedy jego ojciec nie pozwolił im na ślub.

Nie jestem całkowicie przekonana, że ta historia jest prawdziwa, ale i tak uważam ją za okropnie romantyczną.

Blessica pomaga pani Dinwiddle położyć się do łóżka, następnie sprzątamy po kolacji. Potem wracam sama do swojego mieszkania, a jedyne, na co mam nadzieję w przyszłości, to że znowu wpadnę w biurze na Michaela.

Otwieram drzwi i nagle słyszę długi, przeciągły jęk, dobiegający zza moich pleców.

Odwracam się, patrząc ze zmarszczonymi brwiami na drzwi Kellena. Jęk znowu dobiega zza drzwi, a po nim huk, który wstrząsa futryną. Potem niski, męski głos zaczyna mamrotać niewyraźnie, a jęki i huki wzmagają się. Dodaję dwa do dwóch, gdy jęki zaczynają brzmieć jak imię.

– Cam! O Boże, Cam, tak, tak, tak!

Nie, nie, nie. On uprawia z kimś seks!Przy drzwiach!

Nie dość, że ten Szkot jest chamskim, zapijaczonym playboyem z dziwnymi nawykami w kwestii ćwiczeń fizycznych, to jeszcze uprawia seks na stojąco! Kto tak robi?

Huk. Huk. Jęk. Huk.

Najwidoczniej on.

Zszokowana, stoję z talerzem resztek zapiekanki pasterskiej i słucham, aż huki i jęki osiągają kulminacyjny punkt. Kobieta wyje jak syrena przeciwpożarowa. Cam burczy jakieś niezrozumiałe słowa – coś sprośnego, tego jestem pewna, chociaż nie potrafię zrozumieć – a potem wydaje z siebie dźwięk, jak warknięcie wilka, który unosi wszystkie włoski na moim karku.

Wtedy zapada cisza, a ja czuję, że muszę wziąć prysznic. W wybielaczu.

Wściekła, że zostałam mimowolnym uczestnikiem „sekskapady” Góry, drę się przez korytarz:

– Totalnie udawała! – Wchodzę do środka, zatrzaskując za sobą drzwi.

Co za świnia. Co za absolutny zwierzak! Co za arogancka, zarozumiała, samolubna, nieznośna męska dziwka!

Z oparcia kanapy Pan Bingley obserwuje z zainteresowaniem, jak wkraczam do kuchni, po czym z impetem wrzucam talerz do lodówki.

– Z samego rana złożę skargę do administratora – mówię do kota, zatrzaskując drzwi lodówki. – Nie powinniśmy musieć znosić tego idioty i jego muzyki, imprez oraz głośnych numerków na stojąco! Ja pracuję! Opłacam swoje rachunki! Nie powinnam być zmuszona do…

Łup, łup, łup!

Staję jak wryta. Ktoś wali do moich drzwi.

– Kto tam?

Odpowiedź jest stłumiona, ale słyszę dobrze.

– Przestań mnie szpiegować, ty mała podglądaczko, albo zadzwonię do administracji!

Zachłystuję się powietrzem. To Cameron. Oskarża mnie o podglądanie!

Ruszam w kierunku drzwi. Otwieram, a następnie wrzeszczę prosto w twarz tego idioty:

– To ja zadzwonię do administracji, bo jesteś głośny, odrażający i chamski!

Moja tyrada traci nieco wigoru, kiedy zauważam, że on się uśmiecha. I – oczywiście – stoi tam z gołą klatą, w dodatku boso. Ma na sobie tylko błyszczące, czarne spodenki do ćwiczeń, tak ciasne, że wypukłość na przodzie praktycznie krzyczy: „Patrz na mnie!”.

Jasna cholera. Ta bestia jest naprawdę potężna.

– Znowu gapisz się na mojego dziecioroba, dziołcha – mówi Góra z niskim śmiechem. – Robi się z tego twój brzydki zwyczaj, co nie?

Para bucha mi z uszu. Cała twarz zaczyna płonąć. Zaciskam dłonie w pięści, żeby nie wczepić się paznokciami w jego szyję.

– Gdybyś nie paradował półnagi przez cały czas…

– Paradował?– powtarza, unosząc jedną brew. – Cameron McGregor nie paraduje.

– … ludzie nie byliby zmuszeni do oglądania twojego ciała…

– W twoich ustach brzmi to jak kara.

– … nagabywani we własnym domu, kiedy próbują jedynie zająć się swoimi sprawami…

– Dobrze wiem, że ci się to podoba.

Szczęka mi opada.

– Słucham?

Szczerzy się.

– Słyszałaś. Wiem, kiedy kobieta mnie pragnie.

Jestem zaskoczona, że ten jaskiniowiec nie rozpadł się na milion maleńkich strzępków pod wpływem termonuklearnego spojrzenia, jakim go obdarzyłam.

– Dla twojej wiadomości, jesteś ostatnim facetem na tej planecie, którym kiedykolwiek bym się zainteresowała. Pomimo twojej ewidentnie wygórowanej opinii na temat własnej osoby, nie jesteś w moim typie.

– O, czyżby? – Nadal szczerząc się tym niedorzecznym, zarozumiałym, perłowobiałym uśmiechem, opiera dłoń na biodrze. – To czemu zawsze gapisz się na mnie, jakbym był twoim obiadem, i podglądasz mnie przez wizjer?

– Jesteś szurnięty – mówię beznamiętnie.

Wskazuje brodą na maleńką, szklaną dziurkę w moich drzwiach.

– Robi się ciemny, kiedy twoja głowa blokuje światło. Powiedziałbym, że gapiłaś się przez dobre pięć minut, jak rozgrzewałem się rano, dziołcha.

Cholera. Wiedział, że patrzyłam.

Twarz mi płonie, kiedy obrzucam go gniewnym spojrzeniem. Odpowiada mi szerokim uśmiechem. Trwa to przez okropnie długą chwilę, aż z korytarza dobiega nas kobiecy głos.

– Cam, wracaj tu! Nie skończyliśmy!

Nie odrywając ode mnie wzroku, swobodnie odpowiada przez ramię:

– A właśnie, że skończyliśmy, skarbie. Zamówię ci taksówkę.

– Wow. Cóż za dżentelmen.

Wzrusza ramionami.

– Wiedziała, jaki jest układ. Nie idziesz do domu z nieznajomym po jednym drinku, jeśli liczysz na długotrwały związek.

Ten koleś to prawdziwy łajdak.

– Dobra. Po pierwsze? Jesteś odrażający. Po drugie? Ta rozmowa właśnie dobiegła końca. Po trzecie? Jeśli nie przestaniesz z tymi hałasami, nie tylko zadzwonię do administracji, ale wezwę gliny.

Podnosi głowę, mierzy mnie wzrokiem z góry do dołu, po czym oznajmia:

– Jesteś spięta. Chyba twoja randka nie poszła tak dobrze, jak moja, co?

Nagle zaczynam rozumieć, jak, zwykle racjonalni, ludzie mogą stracić głowę i zamordować kogoś, powodowani gniewem.

– Mówię poważnie, McGregor. – Zamykam drzwi. Zatrzaskują się przed jego twarzą z głośnym, satysfakcjonującym hukiem.

– Mam dla ciebie propozycję, Joellen – słyszę jego słowa przez drzwi.

– Jeśli dotyczy połknięcia przez ciebie fiolki z trucizną, wchodzę w to.

– Upiecz mi swoją zapiekankę pasterską, a będę cichutko jak myszka. Twoja zapiekanka za moje milczenie. – Nuta rozbawienia ociepla jego głos.

– Zapiekanka. Rozumiem. Zabawne. Ile ty masz lat, dziesięć?

W odpowiedzi otrzymuję dwa potwierdzające puknięcia w drzwi, jakbyśmy zawarli układ, chociaż na nic się nie zgodziłam. Potem jego drzwi zamykają się po przeciwnej stronie korytarza, a ja stoję w miejscu, gapiąc się, jak idiotka, w pomalowaną, drewnianą płytę.

Gdy się odwracam, dostrzegam, że Pan Bingley z lubością wylizuje miejsce, w którym kiedyś znajdowały się jego jajka.

– Uch. Mężczyźni. Wszystko, czym jesteście, macie między nogami!

Pocieszam się myślą o Michaelu Maddoksie, który ma więcej klasy w małym palcu, niż ta bestia z naprzeciwka w całym ciele.

Kiedy słyszę, że drzwi bestii otwierają się i ponownie zamykają, nie idę do wizjera, żeby popatrzeć na dziewczynę, którą przeleciał na stojąco, chociaż zżera mnie ciekawość.

CZTERY

– Co podpaska mówi do bąka? Jesteś wiatrem pod moimi skrzydłami.

– Denny, jest ósma rano w niedzielę, a ja jeszcze nie piłam kawy. Nie jestem psychicznie przygotowana na żarty o bąkach.

Wchodzę do windy w pracy z entuzjazmem kogoś kroczącego po stopniach na szubienicę i opieram się o ścianę. Moje oczy są całe zapuchnięte. Ubiegłej nocy spałam jakieś dwie godziny, dzięki koncertowi rapowemu w mieszkaniu Kellena.

Dwa razy podnosiłam telefon, by zadzwonić na policję i złożyć skargę na hałas, i dwa razy rozłączałam się jeszcze przed połączeniem. Pomimo oskarżeń Camerona naprawdę nie lubię grać głównej roli marudnej, nienawidzącej zabawy starej panny, która czeka tylko, by zrujnować wszystkim wolny czas. Nawet jeśli to samolubni idioci. Więc zamiast tego spałam, z poduszką na głowie, obiecując sobie, że rano zainwestuję w porządne zatyczki do uszu.

Znowu śnili mi się szkoccy wojownicy podczas bitwy, tyle że tym razem wokół bioder mieli maleńkie, białe ręczniki.

Nie pozwoliłam sobie na rozważanie, dlaczego wszystkie te ręczniki miały podejrzane wybrzuszenia z przodu. Przypuszczam, że to temat dla licencjonowanego terapeuty.

– Co dostajesz, kiedy zjesz odsmażaną fasolę i cebulę?

Wypuszczam z siebie ciężkie westchnienie, a potem zamykam oczy.

– Denny. Na miłość boską.

– Gaz łzawiący!

Denny rechocze z własnego dowcipu, a ja stoję z zamkniętymi oczami, analizując wybory życiowe, które doprowadziły mnie do tego momentu.

– Dlaczego małe dziewczynki nie puszczają bąków? Bo dupka zyskują dopiero po ślubie!

– Dobra, ten jest troszkę śmieszny – przyznaję gburowato, ale tylko dlatego, że jestem w specjalnym, nienawidzącym mężczyzn nastroju.

– Tak, to również jeden z ulubionych mojej żony.

Biedna Phyllis. Ta kobieta jest święta.

Winda wypluwa mnie na trzydziestym trzecim piętrze, dokładnie w połowie kolejnego dowcipu o bąkach, tym razem z papieżem w roli głównej. Żegnam się z Dennym, po czym wlokę się do swojego biurka. Spodziewam się, że jestem jedyną kretynką w pracy w niedzielę o świcie, ale ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu nie jestem sama.

Michael Maddox stoi przy przeszklonej ścianie po drugiej stronie strefy boksów, patrząc przez okno na szary grudniowy poranek. Ręce ma schowane w kieszeniach spodni, a ramiona opuszczone, jakby przygniecione niewidzialnym ciężarem.

Staję jak wryta. Serce podchodzi mi do gardła. Wszystkie moje zakończenia nerwowe podnoszą się i ryczą „Rrau!”, zupełnie jak Pan Bingley, kiedy domaga się kolacji.

Michael wygląda tak, jakby spał w ubraniach. Włosy ma rozczochrane, koszulę wymiętą, a zwykle idealnie wyprasowane spodnie są ewidentnie niewyprasowane. Delikatny cień znaczy jego kwadratową szczękę i, jasna cholera, ten mężczyzna jest piękny.

Zapewne wydaję z siebie jakieś pożądliwe chrząknięcie, bo Michael odwraca się i zauważa mnie, wpatrującą się w niego zamglonym, przepełnionym hormonami wzrokiem.

– Och – wydusza z siebie, zaskoczony.

Dokładnie, och. Ciekawe, jak bardzo mam zaśliniony podbródek.

Zakłopotana zaczynam się jąkać.

– Ja… przepraszam. Nie chciałam c–ci przeszkadzać. Ja tylko… tylko…

Moje wargi nie działają, jak należy. Mózg odmawia współpracy z językiem, który spoczywa w moich ustach jak rozjechane zwierzę, stratowane i pokryte muchami.

– Znowu dziś pracujesz?

Wszechświat, któremu zrobiło się żal tego, jak bardzo jestem żałosna, w końcu pozwala mi odzyskać mowę.

– Tak.

Michael bierze głęboki wdech, prostuje ramiona, po czym się do mnie uśmiecha. To wymuszony uśmiech, ale i tak cudowny.

– Niemożliwe, żebyśmy płacili ci wystarczająco za takie poświęcenie.

Zdejmij ubrania i będziemy kwita.

Śmieję się. Brzmię jak wariatka, jakbym dopiero co brała kokainę.

Mruga, patrząc, jak fala gorąca przechodzi od mojej szyi aż do nasady włosów. Posyłam mu spięty uśmiech, odrywam od niego wzrok, a następnie pędzę do swojego biurka, niczym jakiś gryzoń nocny w poszukiwaniu jedzenia. Rzucam się na krzesło. Skrzypi w proteście i obniża się dobre piętnaście centymetrów, sprawiając, że biurko mam na wysokości cycków, a swoją opasłą torebkę pod brodą.

I właśnie w takiej pozycji znajduje mnie Michael.

– O Boże. Wszystko w porządku?

Patrzy na mnie ze swojej boskiej wysokości, szczerze zmartwiony niedorzecznym położeniem głupiej, śmiertelnej dziewczyny w puchatej kurtce koloru zupy z zepsutego groszku, którą dostała od matki, gdy przeprowadzała się do Nowego Jorku wieki temu, i do tej pory jej nie zmieniła.

Ach, mądrości po fakcie. Jesteś wielką, bezwzględną suką.

– W porządku – wyduszam z płonącymi policzkami. Z całą gracją, na jaką mnie stać – a nie ma jej zbyt wiele – odsuwam krzesło, wstaję i odkładam torebkę na biurko, po czym poprawiam wysokość krzesła, cały czas w pełni świadoma obecności Michaela.

Na pewno myśli, że jestem totalną katastrofą gatunku ludzkiego. Na pewno myśli, że jestem jąkającą się, niezdarną kretynką, która nie ma nawet takiej koordynacji, jaką Bóg dałby jednonogiej kozie. Na pewno myśli…

– Myślę, że powinniśmy wymienić to krzesło. – Marszczy brwi, patrząc na rzeczony obiekt, jakby uraził go tym, że nie zniósł mojego ciężaru z większą godnością.

Uznaję to za przejaw jego rycerskości, więc prawie omdlewam. Opanowuję się, zanim kolana odmówią mi posłuszeństwa i próbuję swobodnie oprzeć się o biurko, ale stoję za daleko, więc moje nonszalanckie pochylenie się przechodzi w dziwaczne zachwianie, aż udem uderzam w brzeg mebla z takim impetem, że przewracam kubek z długopisami, a kalendarz zaczyna kołysać się z boku na bok.

Dosłownie byłabym w tej chwili skłonna zamordować małe dziecko w zamian za moc niewidzialności.

– Wydajesz się być w tak samo kiepskim nastroju jak ja – mówi Michael z melancholijnym uśmiechem. – Mam nadzieję, że twoja sobota była lepsza niż moja.

Zamieram. Omójboże. Czy to zaproszenie do rozmowy o jego życiu osobistym? Czy on pyta mnie o prywatne sprawy? Co mam zrobić? Co powiedzieć?

Po kilku chwilach, kiedy staje się jasne, że nie potrafię zachowywać się jak normalnie funkcjonująca, dorosła osoba, uśmiech Michaela blednie.

– Cóż, pozwolę ci zabrać się do pracy.

Kiedy odwraca się, by wyjść, wypalam:

– Tak!

Michael, ponownie zaskoczony, odwraca się i patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami.

– Słucham?

Obiecuję sobie, że jeśli zdołam przetrwać następne sześćdziesiąt sekund, nie robiąc z siebie szajbuski, która uciekła z zakładu zamkniętego, w nagrodę pójdę na kolację do włoskiej knajpki na końcu mojej ulicy, zamówię butelkę wina i w ogóle.

– To znaczy tak, jestem w kiepskim nastroju – mówię to mechanicznie, koncentrując się na tym, żeby z moich ust wydobywały się właściwe dźwięki, podczas gdy moje hormony robią okrążenia z prędkością ośmiuset kilometrów na godzinę wokół mojego systemu nerwowego, wchodząc w tryb wyścigów Formuły 1. – Przez ostatnie kilka nocy nie spałam za dobrze. Mam nowego sąsiada, który próbuje sprawić, żeby wszyscy mieszkańcy naszego budynku ogłuchli przez jego muzykę. Nie zdawałam sobie sprawy, że sprzęt stereo może być wykorzystywany jako narzędzie tortur.

Maleńkie linie wokół oczu Michaela marszczą się uroczo. Dostaję takich palpitacji serca, że tylko stoję nieruchomo i staram się nie umrzeć.

– Kiedyś miałem takiego sąsiada.

Nie potrafię wyobrazić sobie nikogo tak nieludzkiego, żeby przeszkadzać tej przepięknej istocie w jego domu, którym prawdopodobnie jest złoty zamek w chmurach, wypełniony cherubinami i jednorożcami.

– I co zrobiłeś?

Na jego policzku pojawia się dołeczek, a wszystkie moje hormony porzucają swój zaciekły wyścig po moich żyłach i z westchnieniem padają u stóp Michaela.

– Poszedłem do jego domu, wyjaśniłem, że mi przeszkadza i poprosiłem, żeby przestał.

– I zadziałało?

– Nie, w zasadzie było jeszcze gorzej. Więc potem go pobiłem. – Śmieje się z mojej zszokowanej miny. – Żartuję. Zgłosiłem sprawę na policję i zajęli się nim.

Z uwagi na to, że cała moja koncentracja przeniosła się ze sposobu formowania słów na walkę z potrzebą pochylenia się i powąchania szyi Michaela, kiedy próbuję się uśmiechnąć, wychodzi mi jakieś dziwne wyszczerzenie zębów.

– Pewnie też powinnaś to zrobić – mówi Michael, przyglądając mi się z niepokojem. Jestem pewna, że zastanawia się, czy będzie potrzebował czegoś ostrego, żeby się obronić.

Dobry Jezu, zabierz mnie. Proszę, po prostu mnie zabij.

– Masz rację. Wiem, że tak. – Pokonuję potrzebę uderzania raz za razem twarzą w biurko i tylko kiwam głową jak piesek na szybie samochodu. – Ale on mieszka dokładnie naprzeciwko i nie chciałabym musieć go potem oglądać. Wiedziałby, że to ja na niego doniosłam, bo już skonfrontowałam się z nim w tej kwestii.

Mała urocza zmarszczka formuje się między jego brwiami.

– Boisz się, że będzie się mścił? Ten facet to jakiś gangster?

Wiem, że to tylko moja wyobraźnia sprawia, iż wyraz twarzy i ton Michaela wydają się zmartwione, ale moje serce o to nie dba. Zaczyna tłuc dziko o żebra, jakby próbowało wyrwać się z więzienia.

Znowu pojawia się mój uśmiech wściekłego borsuka.

– Cóż, to gracz w rugby! Kto wie, do czego facet jest zdolny!

Joellen, jesteś tak niedorzeczna jak rękawiczki dla węża.

Ale Michael wydaje się znajdować jakiś sens w mojej absurdalnej wypowiedzi, bo jego oczy rozszerzają się.

– Dobry Boże, mieszkasz obok gracza rugby? To tak, jakbyś mieszkała obok dorosłego samca goryla! Definitywnie nie stawiaj się mu ponownie, Joellen. Pozwól władzom zająć się tym.

– Naprawdę?

Przytakuje zawzięcie.

– Uwierz mi, miałem do czynienia z tymi osobnikami, kiedy byłem na Oxfordzie. To zwierzęta. Takie, które kochają tylko siebie. Gracze rugby wynoszą termin egomaniak na zupełnie nowy poziom.

Zdaję sobie sprawę, że również potakuję głową.

– Tak, to idealny opis Camerona McGregora.

Brwi Michaela wystrzeliwują w górę.

– Twoim sąsiadem jest Cameron McGregor?

Dlaczego wygląda na tak przerażonego?

– Yyy, tak?

– Kapitan szkockiej drużyny narodowej, Czerwonych Diabłów? Ten Cameron McGregor?

– Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, dla jakiej drużyny gra…

– Dwa metry wzrostu, rozczochrane, brązowe włosy, wielki niczym drapacz chmur, pokryty tatuażami?

– Brzmi jak on, tak.

Twarz Michaela wyciąga się.

– Chryste. Powinnaś rozważyć przeprowadzkę.

Serce mi zamiera.

– O Boże. To nie brzmi dobrze.

– Nie wiem, jak uważnie śledzisz doniesienia sportowe, ale twój sąsiad jest we wszystkich gazetach i zwykle nie z powodu osiągnięć na boisku. Bójki w barach, seks skandale, pijaństwo i złe prowadzenie się w miejscach publicznych… Temperament McGregora jest tak dobrze znany jak jego podboje kobiet. Na Wyspach magazyny plotkarskie piszą o nim Książę Ściągacz Majtek, ze względu na ilość jego podbojów.

Michael marszczy nos, wypowiadając to przezwisko, czym udowadnia, że bez wątpienia jest dżentelmenem najlepszego rodzaju. Tylko naprawdę wspaniały mężczyzna o wyjątkowym charakterze mógłby gardzić umiejętnością skłonienia hordy kobiet do zrzucenia bielizny.

– Cóż, jest na dobrej drodze, żeby zasłużyć sobie na ten tytuł również po tej stronie oceanu – mówię, myśląc o seksie na stojąco i imprezie z rozbieranym pokerem. Boję się, co zastanę dzisiaj w domu. Walka zapaśnicza w wypełnionym kisielem baseniku dziecięcym nagle wcale nie wydaje się przesadzona. Wzdycham, potrząsając głową. – Mam nadzieję, że nie wpadnę na niego znowu na korytarzu.

– Trzymaj się od niego z daleka, Joellen.

Michael mówi to z niezachwianą pewnością, z dominacją, jakby to był rozkaz, którego wypełnienia oczekuje. Dlaczego to sprawia, że moje jajniki siadają i zaczynają prosić – z wywalonymi jęzorami i merdającymi ogonami – nie wiem, ale Boże, chciałabym, żeby znowu użył tego tonu.

Najlepiej kiedy będę przełożona przez jego kolano, z majtkami na wysokości kostek.

Przyglądając się mojej twarzy, Michael unosi głowę.

– Twoje policzki właśnie się zaczerwieniły. Dobrze się czujesz?

– Tak. Cudownie – mówię zduszonym głosem.

Jezu? Szatanie? Kosmici z innej galaktyki? Ktokolwiek, kto chciałby przyjąć życie żałosnej adiustatorki, proszę wystąpić. Dodatkowe punkty za szybką reakcję.

– Powiedziałem coś nie tak? Mam nadzieję, że cię nie uraziłem. – Teraz patrzy na mnie z ewidentnym przestrachem w błękitnych oczach. Prawdopodobnie tylko dlatego, że jest moim szefem i nie chce zostać pozwany za molestowanie seksualne, ale przez chwilę pozwalam sobie napawać się przyjemnością bycia obiektem troski przystojnego, eleganckiego mężczyzny.

Patrząc na swoje stopy, mamroczę:

– Nic, co powiesz, nie mogłoby mnie urazić. Ja tylko…

– Jesteś w kiepskim nastroju.

Spoglądam na Michaela, który uśmiecha się do mnie. Musiał zgadnąć, jaki wywiera na mnie wpływ, bo jego uśmiech stał się uprzejmy, nawet dobrotliwy, taki, który król posłałby żebrakowi, przejeżdżając obok swoją złotą karetą i rzucając monety przez okno.

Czy ten mężczyzna mógłby zrobić cokolwiek źle?

– Tak. Dokładnie. – Przytakuję, z błyszczącymi oczami. – W kiepskim nastroju.

– Oboje jesteśmy. – Jego uśmiech blednie. Odwraca wzrok. Oczy mu ciemnieją, a przez jego twarz wydaje się przechodzić chmura burzowa. Zmienionym głosem mówi:

– Chciałbym, żeby moim jedynym problemem był hałaśliwy sąsiad.

I to tyle. Skoro stoi tu przede mną, traktuje mnie jak istotę ludzką i zdradza łakome kąski o swoim życiu osobistym – znowu – wchodzę w to.

– Czy wszystko… w porządku?

Zerka na mnie. Jego szczęka pracuje przez chwilę, a potem wypowiada oświadczenie tak niespodziewane, że prawie zwala mnie z nóg.

– Rozwodzę się.

– Och! – Zakrywam dłonią usta. – Michael, przykro mi! – Wcale nie jest mi przykro, ani odrobinkę i prawdopodobnie właśnie skazałam się na piekło przez to wierutne kłamstwo i przez to, jak cudownie poczułam się, słysząc okropne nowiny tego biednego człowieka. Jego małżeństwo się rozpada, a ja mogłabym rozświetlić wszystkie budynki w mieście swoją radością. Aż płonę ze szczęścia i muszę się powstrzymywać, żeby nie odtańczyć tańca radości wokół mojego boksu.

Jestem okropną, straszną osobą.

– Dziękuję – mówi poważnie. – Chociaż nie było to zupełnie nieoczekiwane. Od lat mieliśmy problemy…

Wycofuje się, zagłębia w myślach, podczas gdy w mojej głowie już pojawia się projekt sukni ślubnej i pomysł na nasz miesiąc miodowy. Wtedy on potrząsa głową, a następnie uśmiecha się. Wygląda prawie na zawstydzonego.

– Przepraszam, nie wiem, czemu ci to powiedziałem. Nikt inny nie wie. Nawet nie powiedzieliśmy jeszcze rodzinom.

Jego wzrok błaga, żebym utrzymała ten sekret w tajemnicy, więc czym prędzej chcę go uspokoić.

– Masz moje słowo, że nikomu absolutnie nic nie powiem. – To brzmi dużo bardziej przekonująco niż moje następne zdanie, które jest kolejnym kłamstwem. – Po prostu przykro mi, że ciebie to spotyka.

Michael patrzy na mnie odrobinę zbyt długo, żeby można to uznać za komfortowe, po czym mówi:

– Dziękuję, Joellen. Zawsze jesteś taka miła.

Miła? Ja jestem miła? Ale „miła” bardziej jak wygodna para butów czy jak taniec erotyczny?

Michael gładko zmienia temat, więc nie nabawię się tętniaka mózgu, próbując zrozumieć znaczenie niewinnego, czteroliterowego słowa.

– Wybierasz się na biurową imprezę świąteczną?

Biurowa impreza świąteczna to doroczny sposób na upokorzenie mnie, porównywalne do obdarcia ze skóry i wrzucenia do kotła z wrzącą, słoną wodą. Nie jestem introwertyczką, ale sytuacja, kiedy stoję w grupie rówieśników z kieliszkiem kiepskiego czerwonego wina w dłoni, ubrana w strój, który w sklepie wyglądał dobrze, jednak w miejscu publicznym nagle przeistacza się w kostium klauna, znajduje się na szczycie świątecznej listy rzeczy do kitu.

Nieuchronnie upaćkam się jedzeniem, powiem coś skrajnie obraźliwego lub jawnie żałosnego, wszyscy będą mnie ignorować albo żałować. Potem Portia stanie obok mnie ze swoim olśniewającym uśmiechem, promieniejąc pogardą, a ja cofnę się do ciemnego kąta tej przepłaconej wynajętej sali balowej, żeby móc zatopić się w nienawiści do samej siebie, a następnie opcham się tłustymi potrawami ku uciesze mojego serca.

Ale Michael jest tam co roku, więc ja też. A w tym roku on bierze rozwód.

– Tak. – Zaskakuję samą siebie wykazanym entuzjazmem. – Na pewno będę.

– Dobrze. Zarezerwujesz dla mnie taniec?

Jego uśmiech jest ciepły, moje dolne części ciała również.

Jasna cholera. Michael Maddox chce zatańczyć ze mną na świątecznej imprezie przy wszystkich ludziach. Piekło oficjalnie zamarzło.

– Jasne – odpowiadam swobodnie, jakby mój układ trawienny nie zamienił się właśnie w galaretkę.

Uśmiecha się do mnie jeszcze przez chwilę, potem pochyla głowę w geście pożegnania i wychodzi. Patrzę, jak idzie korytarzem, jego krok jest lekki i pewny, poza dużo lżejsza niż wcześniej. A potem uderza we mnie fala przerażenia.

Impreza świąteczna odbywa się za niecały miesiąc.

Siadam na krześle, odpalam komputer i googluję: „Jak szybko zgubić dwadzieścia kilo”.

PIĘĆ

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

SZEŚĆ

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

SIEDEM

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

OSIEM

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

DZIEWIĘĆ

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

DZIESIĘĆ

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

JEDENAŚCIE

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

DWANAŚCIE

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

TRZYNAŚCIE

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

CZTERNAŚCIE

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

PIĘTNAŚCIE

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

SZESNAŚCIE

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

SIEDEMNAŚCIE

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

OSIEMNAŚCIE

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

DZIEWIĘTNAŚCIE

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

DWADZIEŚCIA

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

DWADZIEŚCIA JEDEN

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

DWADZIEŚCIA DWA

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

DWADZIEŚCIA TRZY

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

DWADZIEŚCIA CZTERY

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

DWADZIEŚCIA PIĘĆ

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

DWADZIEŚCIA SZEŚĆ

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

DWADZIEŚCIA SIEDEM

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

DWADZIEŚCIA OSIEM

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

DWADZIEŚCIA DZIEWIĘĆ

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

TRZYDZIEŚCI

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

TRZYDZIEŚCI JEDEN

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

TRZYDZIEŚCI DWA

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

TRZYDZIEŚCI TRZY

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

TRZYDZIEŚCI CZTERY

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

TRZYDZIEŚCI PIĘĆ

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

EPILOG

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

PODZIĘKOWANIA

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

O AUTORCE

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.