Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Choć żyjemy w epoce „bycia sobą”, autentyczność zniknęła nam z pola widzenia. Tymczasem to właśnie ona może być odtrutką na etykietki, które przyklejamy sobie zanurzeni w kulturze terapii.
Z jednej strony pragniemy znaleźć się w szufladce diagnozy, z drugiej – rozpaczliwie chcemy zachować odrębność, jednostkowość i wyjątkowość.
A może warto przyjąć, że każdy z nas jest w jakiś sposób nie taki i nie da się go wyjaśnić ani wypowiedzieć do końca – i właśnie z tego powodu nikt z nas nie jest szczególnie wyjątkowy? Może dziwność jest czymś, co ze sobą dzielimy, a zgoda na nią sprawiłaby, że świat stałby się luźniejszym i radośniejszym miejscem?
Aldona Kopkiewicz odpowiada na te pytania, opisując własne doświadczenie – czterdziestolatki, poetki, Polki, córki, wnuczki, partnerki. W autobiograficznym eseju zachęca nas, byśmy sami odpowiedzieli na pytanie, gdzie kończy się „ona” – maska, konstrukt społeczny, awatar realnej osoby, a zaczyna prawdziwe „ja”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 244
Data ważności licencji: 6/10/2033
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Projekt okładki Kamil Rekosz
Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś
Copyright © by Aldona Kopkiewicz, 2026
Opieka redakcyjna Łukasz Najder
Redakcja Magdalena Błędowska
Korekta Iwona Łaskawiec / d2d.pl, Jędrzej Szulga / d2d.pl
Skład Ewa Ostafin / d2d.pl
Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl
ISBN 978-83-8396-346-4
Byłam raz psem. Pieskiem. Czarnym kundelkiem. Takim do kolan, drobnym, z różowym językiem na wierzchu. I biegłam wesoło po łące. Najpierw jeszcze oglądałam się za kimś, cieszyłam się, że biegniemy razem, ale potem ruszyłam swobodnie przed siebie – i wtedy mój sen się urwał. Ten radosny bieg poprzedzała scena, w której ktoś wyciąga ze mnie igłę, a tym samym uwalnia moje ciało i drzemiący w nim entuzjazm. Nigdy wcześniej nie byłam tak radosna, nawet we śnie – a może zwłaszcza we śnie, bo od dziecka śnią mi się przede wszystkim koszmary. Ale także na jawie nie umiałabym pobiec tak spontanicznie, jak tylko bezmyślne pieski potrafią. Byłam swobodna, byłam przyjemnością i chaosem, byłam jednością ruchu, uczucia i ciała. I zaraz się obudziłam. Nie przypuszczałam, że tak potrafię. Sen wskazuje jednak, że piesek także jest mną i mieszka gdzieś tam we mnie zagubiony. Jak go przywołać? Jak go obłaskawić? Muszę się tego nauczyć. Tymczasem: teraz chcę być swoim psem. Teraz już mogę nim być. Czarnym pieskiem z głupiutkim wyrazem pyska.
Kiedy opowiedziałam ten sen terapeutce, nie bardzo rozumiała, czemu cieszę się z bycia czarnym kundelkiem, bardziej interesowała ją igła. Miałam wtedy trzydzieści dwa lata, wynajmowałam tanią kawalerkę na warszawskich Stegnach, pisałam drugą książkę poetycką i usiłowałam ogarnąć stres pourazowy wywołany śmiercią ojca, a wraz z tym – wszystkie inne traumy przeszłości. Terapeutyczne narracje nie pozwalały mi do końca uchwycić mojego doświadczenia, i nie mówię tego w poczuciu własnej tylko wyjątkowości, bo w tym sensie każdy z nas jest wyjątkowy. Potrzebowałam znacznie więcej czasu i jeszcze paru przepraw z życiem, by dostrzec, jak dalece wywłaszczyłam się z samej siebie. Musiałam zrozumieć, że prawdziwa radość nie zjawi się we mnie, jeśli nie zacznę przeżywać całej siebie naprawdę. Tylko co to „siebie naprawdę” miałoby znaczyć? Aby przyjrzeć się tym słowom i temu egzystencjalnemu wyzwaniu, potrzebowałam eseju, a nawet paru esejów, dzięki którym mogłabym przybliżyć sobie – i czytelnikom – to doświadczenie na paru płaszczyznach. Eseistyczna opowieść o procesie powracania do siebie stała się koniecznością, kiedy dotarłam do czterdziestki i nawiedziły mnie pierwsze oznaki kryzysu wieku średniego: tego poczucia, że czas ucieka bezpowrotnie, więc jeśli kiedykolwiek mam przeżyć życie po swojemu, to teraz albo nigdy. Zaczęłam wówczas myśleć nie tylko o rodzinnych traumach, ale o moim prawdziwym „ja” – zrozumiałam, że mój kryzys wynika z zatracenia poczucia, że jestem zdolna tego „ja” doświadczać. Utraciłam wewnętrzny kompas i ledwo pamiętałam, jak to jest go mieć; teraz chciałam go odzyskać, a nawet stworzyć na nowo.
Te eseje ukażą się, kiedy będę mieć czterdzieści dwa lata; ostatnie dwa, trzy lata, kiedy je pisałam, to dla mnie czas powolnego pozbywania się złudzeń na temat moich związków i samej siebie. To czas kryzysu, w którym próbuję trzeźwo nazwać swoją przeszłość, aby odzyskać otwartość i spontaniczność. To także czas ściągania maski i zakładania jej świadomie, gdy tego potrzebuję. Uwalniania i chronienia siebie, nawet przed przyjaciółmi. Stawiania na swoim i kontaktu z tym, co obce. Porzucania zauroczeń i fantazji, oddawania się pasji. A więc odkrywania siebie po to, by dać przestrzeń kundelkowi, którego na zewnątrz nikt nie widzi.
Wróćmy na razie do początku, do snu. Sen o piesku przypomniał mi się niedługo po pewnej nocnej przygodzie, kiedy na jakimś kameralnym techno pierwszy raz w życiu wzięłam emkę, a byłam już pijana i połknęłam całą pigułkę naraz. Chris, mój chłopak, w porę zauważył, że tracę kontakt z rzeczywistością, i ułożył mnie przy sobie na kanapie, żebym w spokoju dryfowała po własnej nieświadomości, bez kontaktu ze światem zewnętrznym. Zapadłam się w czerń i znalazłam w momencie sprzed narodzin – znajdowałam się jeszcze w brzuchu matki, w tej oddzielonej od świata czerni, w której miałam się czuć bezpiecznie, lecz czułam jedynie pewność, że już jestem wystawiona na pokaz, jak laleczka w spektaklu dla innych ludzi. Mimo tej świadomości rozlała się we mnie miłość i powracała falami przez co najmniej kolejny tydzień. Tak, byłam wtedy świeżo zakochana, ale ten ocean uczucia bił we mnie niezależnie od tego. Tamta noc obudziła we mnie możliwość bezinteresownej i bezprzedmiotowej miłości. Miłość była tylko moim stanem. Moją zdolnością, moją mocą. Wtedy w klubie, kiedy w końcu byłam w stanie podnieść się z kanapy i wsiąść na rower, wiedziałam dobrze, kim chcę być, kim jestem. Mogłam śmiało powiedzieć: jestem szczeniaczkiem nocy. Nie królową, ale też nie zbójem – szczeniaczkiem. I mówię to wszystko jako osoba opowiadająca się zwykle za kotami i bez pociągu do narkotyków, na dodatek raczej niechętna światu.
Kluczem do zrozumienia pieska jest jednak igła. Skąd w tym śnie we mnie igła? Igła służy oczywiście do szycia, do przyszywania, czyżby ktoś próbował mnie do czegoś przyszyć? Związać z czymś na stałe? Sprawić, żebym stała się ubraniem? Tylko lalki bywają zszyte z własnym strojem. Igła w ciele to nieustanne kłucie. Ból, oczywiście. Niewielki, ale nieustanny. Igła jest tak mała, że trudno ją znaleźć. Ale coś uwiera, drażni, niepokoi. Zastanawiam się dziś, czy w ogóle ten ból czułam, skoro musiał mi się przyśnić w postaci symbolu. Ta igła tkwiła we mnie tak długo, że stanowiła część mnie. Niewidzialna zadra utrudniająca ruch. Nieodczuwalna rana, która nie pozwala cieszyć się życiem. A jednak sen podpowiada, że to tylko igła, można ją wyjąć i cieszyć się tym niewiarygodnym stanem: swobodą. Pieska już nikt nie przyszyje. Nie będzie częścią czyjegoś projektu, nie da się wkomponować w cudzy wykrój. Nie da się go przebrać w strój, którego nie chce, nie można go zmienić w inne zwierzę ani też na siłę związać z kimś, z kim nie chce być.
Igła może być samodzielnym symbolem, lecz dla mnie ma czytelny autobiograficzny sens. Babcia Rita była krawcową. Zdziwiłam się, że przyśniło mi się coś, co mogło mieć z nią związek; czułam się już wtedy wolna od jej wpływu, jeśli kiedykolwiek pod nim byłam – bo komu jak komu, ale babci Ricie dawałam odpór od najwcześniejszego dzieciństwa aż do końca liceum. Babcie są zwykle miękkie, dobrotliwe i wyrozumiałe, ale nie ta. Moja marzyła o czymś więcej niż domowe życie, praca i wnuki – chciała być projektantką mody. Chciała być artystką, chciała być damą. Elegancka i czarująca, wiecznie zajęta szyciem, zdobieniem mieszkania lub rysowaniem, babcia Rita wyznawała kult piękna. Niewielka niebieskooka blondynka o kręconych włosach i krągłych policzkach. Z nerwem, z werwą, z życiem. Piękna była ona i każdy zakątek jej domu. Każda nitka i guzik, każdy zakamarek i blat zamieniały się pod jej ręką w element dekoracyjny.
Wyobrażała sobie może, że gdyby urodziła się w innym czasie i miejscu, zostałaby tą projektantką. Ale urodziła się w 1936 na barce gdzieś między Bydgoszczą a Gdańskiem. Córka barkarza została żoną barkarza w wieku szesnastu lat, byle tylko wyrwać się z domu. Jednak jej mąż, a mój dziadek Paweł, z pewnością jej się podobał, to był mimo wszystko związek z miłości. Wierzyła także, że jako kobieta ma przede wszystkim służyć rodzinie, naprawdę w to wierzyła. Kobieta, która chce mieć niezależną pracę, nie powinna mieć rodziny – patrzyłam na nią z niedowierzaniem, kiedy mówiła mi to około roku 2000, gdy sama miałam szesnaście lat. Mówiła tak i szyła, szyła bez przerwy. Dzięki szyciu mogła być jednocześnie kobietą domową i pracującą, a w tej pracy kochała nie tyle większe pieniądze, o które niełatwo było za komuny, ile własną kreatywność i lokalną sławę, jaką w ten sposób zdobyła, kochała też po prostu samo szycie. Miejsce do pracy miała w kuchni, malutkiej kuchni w bloku z lat pięćdziesiątych. Kiedy było dużo zamówień, to dziadek gotował, chyba że akurat odsypiał dwie doby pracy w porcie. Klientki przychodziły do niej bez przerwy. Moja matka siedziała ze swoim bratem w pokoju obok i nie znosiła tego wiecznego gwaru.
Babcia rzeczywiście miała talent do szycia, a kiedy po pracy przy wykrojach i maszynie ogarnęła mieszkanie, potrafiła jeszcze usiąść i szkicować węglem portrety członków rodziny. Może zresztą nie musiała urodzić się w innym czasie i miejscu – może wystarczyłoby, że urodziłaby się innej płci. Jej jedyny brat poszedł przecież na Akademię Sztuk Pięknych we Wrocławiu, rzecz niewyobrażalna dla jego trzech sióstr. ASP była dziwnym wyborem jak na barkarskie dziecko, ale i on był jakiś inny, i tak się szczęśliwie złożyło, że ktoś doradził rodzinie, by dać mu szansę. Rita była może zbyt normalna, siedziała wiecznie z boku i szyła. Co w tym takiego specjalnego: dziewczyna siedzi i szyje. To dobrze, jest pracowita i zaradna. Nie trzeba nic więcej robić. Wszystko jest tak, jak ma być. Babcia nie przekraczała żadnych granic, a nawet zaciekle o nie dbała. Wchodziła w zastaną formę z pasją, by nadać jej kształt, kolor i blask, potwierdzić jej reguły. Nie chciała niczego wywracać, nie było w niej buntu. Chciała, żeby było pięknie i żeby się podobało. Żeby inni patrzyli z uznaniem. Była tylko w tym wszystkim jakaś nerwowa. Jej żywotność szybko zamieniała się w uniesienie albo irytację, gdy coś jej nie pasowało. Z tych nerwów serce zaczęło przedwcześnie dawać się jej we znaki. Na depresję odpłynęła może raz czy dwa, ale jakoś się z niej wydobyła i życie toczyło się dalej.
Na starość nadszedł w końcu czas tylko dla niej: została sama. Po dekadzie zmieniania pieluch swojej pogrążonej w demencji matce, po paru latach oddechu, w trakcie których u dziadka Pawła rozwijał się nowotwór, została już tylko ona. Kiedy szła za jego trumną, powtarzała pod nosem: to był taki piękny mężczyzna… Ale po śmierci dziadka nie musiała się liczyć z jego zdaniem czy stanem zdrowia, więc od razu zapisała się na malarstwo na uniwersytecie trzeciego wieku. Malowała kwiaty, krajobrazy, słońca – i sama kwitła, rosła, promieniała. Była tej pasji tak oddana, że mimo choroby serca używała farb olejnych we własnym mieszkaniu. No i nigdy nie przyswoiła zasad odżywiania się w cukrzycy, co gorsza: zawsze wiedziała lepiej niż wszyscy wokół. W końcu na którymś plenerze dostała zawału. Przeżyła go i wróciła do siebie, niedługo potem jednak zmarła. Zastygła z lakierem do paznokci w ręce.
Ten zawał wydarzył się tuż po tym, jak sama wyszłam ze szpitala, miałam wtedy dwadzieścia dziewięć lat. Nie wiem, czemu nie zdołałam jej odwiedzić. Mam wiele usprawiedliwień: byłam słaba i wciąż pod kontrolą lekarza, mieszkałam wtedy w Warszawie i tylko dzwoniłam do Szczecina, żeby się dowiedzieć, jak się czuje. Zabrakło mi wyobraźni i więzi, żeby do niej pojechać. Kiedy dzieją się rzeczy traumatyzujące, reaguję najpierw zawieszeniem. Czuję się sparaliżowana, zapadam się głęboko we własne wnętrze – nic w nim nie ma – a to, co na zewnątrz, staje się jakoś nierzeczywiste. Snuję się wtedy po domu i codziennie przypadkiem tłukę jedną szklankę. Albo nawet funkcjonuję w tak zwanym realu, tyle że nieobecna. Tak samo zwlekałam, kiedy mój ojciec dostał udaru dwa lata wcześniej. Nieważne zresztą, po prostu nie pojechałam. I teraz, kiedy piszę to wspomnienie, musiałam zapytać matkę, czy byłam na pogrzebie. Nie pamiętałam. Byłam, pewnie, że byłam. Nic o tym nie wiem. Kiedy próbuję sobie przypomnieć, mam wrażenie, że nie tyle pamiętam, ile wyobrażam sobie wspomnienie.
A szkoda, bo tuż przed jej śmiercią poczułam, że być może mnie kocha. W szpitalu leżałam przez miesiąc i byłam w marnym, czasem groźnym stanie; dziwiłam się za każdym razem, kiedy do mnie dzwoniła, bo w jej głosie słyszałam prawdziwą troskę. W jej głosie najbardziej ze wszystkich, które wtedy mi towarzyszyły. Nie spodziewałam się, że moja choroba może ją tak zaniepokoić. Dlaczego tak trudno mi było uwierzyć, że moja babcia martwi się o mnie? Byłyśmy tak daleko od siebie. Tym bardziej mnie tym wtedy poruszyła. Może jeszcze mogłyśmy skrócić dystans? Chwilę potem było już jednak za późno.
Babcia interesowała się mną zawsze, lecz nigdy w czuły sposób. Była pełna życia i pełna oczekiwań wobec innych, zwłaszcza wobec rodziny. Zamiast dyktować światu style ubioru, dyktowała bliskim, jak się mają zachować. Nigdy nie byliśmy wystarczająco ładni i grzeczni, bo też, taka prawda, nie staraliśmy się przesadnie, także na przekór babcinej obsesji. Z czworga wnucząt byłam jedyną dziewczynką, więc miałam nieść piękno dalej, to kobiece piękno. Miałam je nieść na sobie – to, co nosiłam w sobie, nie przykuwało jej uwagi. Babcia często dla mnie szyła, ale większość przymiarek kończyła się kłótnią o falbanki, a w późniejszych latach niewypowiedzianą pretensją, że z ładnej dziewczynki w sukienkach zamieniłam się w nastoletniego potwora w glanach, sztruksach i koszulkach z niezrozumiałymi nadrukami. Do tego co jakiś czas ścinałam swoje długie, gęste włosy, jedyny wówczas powód do kobiecej dumy. Moje eksperymenty z włosami wprawiały zresztą w przerażenie całą rodzinę, ale zwłaszcza matkę i babcię, które nigdy nie robiły wokół mnie takiej wrzawy jak wtedy, kiedy zjawiałam się w domu w krótszych, a nawet – histeria! – po prostu krótkich włosach. Przytyłam, przeklinałam, słuchałam rzężącej muzyki, czytałam książki, chodziłam na anarchistyczne demonstracje i punkowe koncerty. Wstyd, który trzeba było cierpliwie przeczekać. A jednak to od babci dostałam pod choinkę małe wybory Walta Whitmana, Sylvii Plath i beatników, kiedy byłam jeszcze podlotkiem. Jak na to wpadła? Tak mało rozmawiałyśmy. Prawie wcale. Jakaś mądra księgarka, a może nauczycielka polskiego, dla której szyła?
Od rozmów z nią była matka, dzwoniły do siebie codziennie, widywały się co parę dni, ale te rozmowy nigdy nie były ciepłe. Wiele wzajemnych zniecierpliwień. Czy to dlatego stawiałam babci opór, od kiedy zaczęłam mówić? Podobno nie miałam jeszcze dwóch lat, kiedy po raz pierwszy ogłosiłam, że nie chcę iść do tej wiedźmy. Potem mówiłam jej to prosto w twarz. Czy to dlatego, że wyczuwałam cień zalegający między nią i jej córką? Żadna z nich by się do tego nie przyznała, więc może to tylko mój wymysł. A może już wtedy czułam, że babcia trochę za bardzo gra, trochę za bardzo czaruje, trochę za bardzo stara się dla innych? Rita, czarująca dyktatorka elegancji, porządku i kindersztuby. Babcia grała nieustannie, tak mi się wydawało, bo była jednocześnie przesadnie miła i przesadnie sztywna. Za bardzo chciała budzić sympatię, a ja brałam to za fałsz. Widocznie już od kołyski nie znosiłam udawania, nadal go nie znoszę. Niby rozumiem, że uprzejmość jest grą społeczną, ale cierpnie mi skóra, kiedy ktoś zbytnio wysila się dla innych. Niby wiem, że zawsze jesteśmy jacyś dla kogoś, więc równie dobrze można podejmować tę grę świadomie – a jednak konieczność gry mnie frustruje. Dla babci ta gra mogła być przyjemnością i smakiem życia, może realizowała w niej siebie. Mogła też być samozatratą. I mogła służyć manipulowaniu innymi. Wszystko to pojmuję, ale nie czuję tego. Moje poczucie fałszu jest cielesne, moje nerwy się jeżą, nie jestem w stanie i już. Nie chodziło zresztą jedynie o jej styl bycia. Jej troska przejawiała się w poprawianiu nas, bo zawsze mogło być lepiej i ładniej. W irytacji, że tak gburowato odrzucamy jej nauki. A przecież życie jest milsze, jeśli milej się odzywać, grzeczniej zachowywać, ładniej wyglądać. Dlaczego nie słuchacie tego, co do was mówię? – pytała czasem wkurzona.
Od dziecka trzymałam ją więc na dystans: nie umiałam z nią rozmawiać, ona zresztą także tego nie umiała; w naszej rodzinie raczej nie rozmawiało się zbyt głęboko, zwłaszcza z dziećmi. Dziadkowie nie dzielili się nawet rodzinną historią, nie rozmawialiśmy ani o polityce, ani o przeszłości, ani o uczuciach. Wszystko to były tematy omawiane półgębkiem i jedynie przez dorosłych. Raz tylko, kiedy jako siedemnastolatka zjawiłam się u babci z kolczykiem w ustach – kolczyk w brwi młodszego brata wujecznego pozostał niezauważony – naprawdę się wściekła. Bałam się, że przeze mnie siądzie jej serce, ale gdzieś między „jak mogłaś”, „jak ty wyglądasz”, „dzikus”, „nic nie wiesz o życiu” stanęła przede mną drżąca, ze łzami w oczach, i rzuciła, że nigdy nie widziałam więźniów Stutthofu i ludzi jedzących obierki ziemniaków – a potem urwała i uciekła do kuchni. Nie wiedziałam, co zrobić; stałam i milczałam. Dziadek, który nigdy nie wtrącał się do naszych utarczek, poszedł za nią i próbował uspokoić sytuację. Ta skaza na mojej twarzy – fakt, że się oszpeciłam, i to w tak barbarzyński sposób – wytrąciła ją z równowagi i po raz pierwszy wymusiła reakcję, którą odczułam jako bardzo prawdziwą. Przerażającą, ale prawdziwą. Coś pękło. Przekłuwając swoją twarz, zerwałam ostatecznie zasłonę piękna, ogłady i normalności. Ta chwila, w której wtargnęła prawda z innego porządku, nie sprawiła jednak, że zbliżyłyśmy się do siebie. Niedługo wszystko wróciło do normy. Ale spojrzałam na swoją babcię z innej strony: poczułam ciężar kryjący się w jej zbyt lekkim, zbyt miłym sposobie bycia.
Po okresie nastoletniego buntu, kiedy poszłam na studia i zaczęłam dorastać – musiałam sama się zatroszczyć o przetrwanie pośród nieznajomych ludzi – ja także zaczęłam się starać dla innych. Zaczęłam się świadomie i nieświadomie maskować. Strategia przetrwania Rity – a może filozofia dobrego i pięknego życia – przestała być dla mnie takim zgrzytem. W tym samym czasie babcia zaczęła mnie też fascynować. Byłam może zbuntowana, estetycznie po przeciwnej stronie kobiecości i piękna, ale dokładnie tak jak ona przywiązywałam wagę do stylu, chciałam się wyrażać poprzez ubranie. Gdy punk rock mnie nieco opuścił, zaczęłam coraz częściej nurkować w przechowywanych na strychu wielkich worach z ubraniami ze wszystkich powojennych epok. Dostałam od niej mnóstwo niesamowitych strojów, które służyły mi potem w rozmaitych przeobrażeniach, dzięki nim ukrywałam i odkrywałam samą siebie. Doceniłam wtedy, że moja babcia jest inna: na tle zahukanych, skromnych kobiet pozbawionych głosu i witalności jej pasja życia i pasja tworzenia, dbałość o siebie i otoczenie, jej rady i żądania, jej gusta, szerokie sieci znajomych i koleżanki, jej pasjanse i bibeloty – wszystko to stało się dla mnie w końcu widzialne i piękne w pełniejszy sposób. Przyjęłam to dobro razem z jego fałszem. I ona także dostrzegła we mnie jakieś dobro, gdy podczas jednej ze sprzeczek – bo znów okazałam się dzikusem – po zwyczajowym „czy ty musisz taka być?” spojrzała na mnie w końcu, westchnęła i rzuciła: „No tak. Bo ty jesteś artystką”. Od tego czasu dała mi spokój. To był wstrząs – a więc widziała we mnie nie tylko monstrum. Widziała we mnie kogoś, kogo nie odważyłabym się wtedy, i jeszcze długo potem, w sobie zobaczyć. Ten wstrząs dawał mi jakąś nadzieję, choć wtedy nie wiedziałam jeszcze na co. Choć kochałam literaturę i sztukę, nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że ja, może wyobcowana, lecz jednak zwykła dziewczyna z prowincjonalnego Szczecina, mogłabym być artystką. I jeszcze wiele lat minęło, nim pozwoliłam sobie pomyśleć, że mogę być pisarką. Ale to babcine rozpoznanie zostało już we mnie. Ktoś tak o mnie pomyślał. Ktoś, kto także ma swój udział w sztuce. Tylko że wyjechałam na studia i nie miałyśmy dla siebie zbyt wiele czasu.
Łączyła nas przecież potrzeba ekspresji. Nawet jeśli jej była pozornie sztuczna, a moja pozornie prawdziwa, za każdym razem, kiedy wyrażamy siebie, pokazujemy się też innym. To banał, ale warto przy nim na chwilę przystanąć. Bo oznacza to także, że zawsze, kiedy chcesz być sobą – a zatem wyrażać siebie – musisz się jakoś przedstawić, a tym samym wikłasz się we władzę cudzego wzroku. Niezależnie od tego, czy inni akceptują, czy odrzucają twoją jednostkowość, podlega ona osądowi. Zarówno babcia, jak i ja pokazywałyśmy swoje tożsamości światu i wystawiałyśmy się na jego ocenę. Poddawałyśmy się władzy cudzego wzroku, czekając na akceptację. Można wprawdzie powiedzieć, że babcia czekała na akceptację, a ja na reakcję, i do pewnego stopnia jest to prawda, ale i mnie zależało na akceptacji wśród rówieśników. Babcia natomiast wcale nie musiała mieścić się w normie: błyszczenie pięknem i elegancją, duma z własnej kreatywności mogły przekraczać normę skromności, jaką przewidziała dla kobiet nasza kultura, a wtedy także obyczajowość Polski Ludowej.
Nie chcę idealizować babcinej ekspresji, jej poszukiwanie piękna było też ucieczką od bólu, jej ogłada i elegancja tamowały to, co nigdy nie zostało wypowiedziane. W swoim performansie istniała więcej i wspanialej, niż przewidział dla niej ten system, wyzyskała go do cna, ale nie naruszyła go i nawet tego nie chciała. Było to jednak istnienie po to, by podobać się innym. Chciała zostawić po sobie ślad zachwytu. Nie spodziewałam się, że tyle obcych osób przyjdzie na jej pogrzeb wspominać, jaka była dobra i urocza. Oczywiście, oni nie stykali się z apodyktyczną surowością, z którą patrzyła na swoich nie dość pięknych bliskich. Nie chcę też idealizować swojej punkowej prawdy, bo nie była w pełni prawdą: była młodzieńczą dzikością, odpałem płonącym przeciwko absurdom tego świata, buntem przeciwko sztywnym ramom, lecz była także rodzajem naśladowania, przynależnością do grupy, bezmyślnym powtarzaniem haseł. Ja również realizowałam siebie w ramach pewnego gotowca. Przekraczałam, lecz w granicach bezpieczeństwa. Dorastałam po prostu w znacznie bezpieczniejszym świecie niż ona i mogłam dorastać powoli.
Muszę zatem przyznać, że obie używałyśmy ekspresji jako środka, za pomocą którego tyleż pokazywałyśmy prawdę o sobie, ile grałyśmy ze światem w przynależność. Jeśli jednak ona realizowała się w swojej formie bycia, moje próby stworzenia takiej dla siebie kończyły się poczuciem wyobcowania. Wydawały się ceną płaconą za korzyści socjalizacji, zwłaszcza – edukacji i pracy. Kiedy spoglądam w przeszłość z dzisiejszej perspektywy, to właśnie te parę lat młodzieńczego buntu, zanim zaczęłam samodzielnie walczyć o przetrwanie, wydaje mi się najbardziej prawdziwe. Ale może były to jedynie lata najbardziej intensywne? Bo w młodości, kiedy wszystko jest pierwsze, nieznane i brane na wiarę, prawda myli się nam z intensywnością, a rzeczywistość z bezpośredniością? Bo dopiero z dojrzałością odkrywamy, że prawda o własnym „ja” – i wszystkim innym na tym pogmatwanym świecie – to złożona historia i nieustający proces? Tożsamość to coś, co nosimy w sobie dzięki innym i mimo innych. W moim przypadku właśnie samodzielne wejście w świat międzyludzki – życie towarzyskie, życie zawodowe – sprawiło, że nici wiążące mnie ze sobą zaczęły się zrywać. Rozmaite maski na chwilę pomagały, lecz często też odciągały moją uwagę od potrzeb ciała i uczuć, które, zaniedbane, bez mojej zgody szukały sposobów ujścia na lewo, poza moją świadomością.
Z wiekiem czułam się coraz bardziej zagubiona w samej sobie. Nietrudno zgadnąć, że „wiek” to tylko inna nazwa dla finansowej i społecznej presji, dla konieczności utrzymywania się w świecie, która nie wynagradza tego, do czego czuję się powołana, czyli pisania literatury. Szukam tu siebie także jako pisarka, ale myślę, że każda z nas może zapytać: ile siebie poświęciłam, by przetrwać w tym społeczeństwie? Czy jestem jeszcze w stanie uchwycić moment, w którym negocjuję własne pragnienie z przymusami rzeczywistości – czy odpuściłam sobie tego rodzaju napięcie i płynę z tym, co przynosi mi dzień? Ile mam czasu i pieniędzy, żeby być sobą? Jaki miałam wybór, by żyć własnym życiem?
Kiedy pytamy o swoje wewnętrzne prawdy, używamy często terapeutycznych bądź uduchowionych gotowców. Łapiemy się konwencji, które w naszej kulturze mają wyrażać autentyczność. Kupujemy styl życia jak towar opatrzony etykietą „prawdziwy”, „autentyczny”, „dla ciebie”. Rzadko jednak pytamy, czy patriarchalne i kapitalistyczne podstawy naszego życia – jego tempo, obciążenie pracą, zależność od pozycji społecznej – pozwalają nam w ogóle znaleźć siebie. Czy język, którego używamy, i warunki, w których żyjemy, pozwalają nam odnaleźć własną jednostkowość?
Nigdy nie chciałam zaspokajać potrzeb innych – gardziłam tym głęboko i przez większość czasu żyłam bardzo skromnie, byle tylko nie skazać się na etat, do którego się nie nadawałam. Kryzysy siebie przychodziły też z traumami, najpierw z tą po śmierci ojca, potem w wyniku własnej choroby – te kryzysy były długotrwałe, z wieloletnim stresem pourazowym, zawieszającym na haku poczucie „ja” i zmuszającym do odnalezienia siebie na nowo. Ale wielu własnych potrzeb, w tym ważnych traum, nie byłam w stanie przeżyć do końca z braku czasu i z lęku, czy utrzymam się na powierzchni życia. Wierzę, że wszyscy borykamy się z tym problemem i że powinniśmy nazywać to problemem głośno i wyraźnie: doświadczanie siebie wymaga czasu i poczucia bezpieczeństwa, nie jest tylko osobistym wyborem, jednostkową psychiczną postawą, ale także odpowiedzią na brutalną rzeczywistość, z którą musimy dawać sobie radę.
W miarę upływu lat zostawiłam za sobą wiele pięknych sukienek i płaszczy po babci: czasem je wyrzucałam, czasem ginęły. Nie wiem, czemu niektórych już nie mam – to był zwykle impuls, odczuwałam nagle gorączkową pewność, że „to jednak nie to”, wtedy porzucałam ubranie i zapominałam o nim na parę lat. Różne style, różne otoczenia. Taka nonkonformistka, a zawsze zabezpieczałam tyły, czy też: powierzchnię. Dlaczego? Czy rzeczywiście źle się czułam w zbyt eleganckim, ale też ekstrawaganckim stylu, czy raczej nie mogłam znieść spojrzenia innych, własnej widzialności? Poszukiwałam siebie czy poddawałam się wstydowi? Dopiero ostatnio dotarło do mnie, jak wielu rzeczy się wstydzę – nie zauważałam tego, bo przyzwyczaiłam się do maski Aldony odważnej, pewnej siebie, asertywnej. Co mnie przymuszało? Nie potrafię i nie umiem odpowiedzieć jednym zdaniem; zbyt często znajdujemy pojedynczą odpowiedź dla splątań, których nie da się precyzyjnie rozłożyć na oddzielne pasma. A jednak w tych metamorfozach drzemał pewnie stary lęk, że moja osobowość nie jest wystarczająco normalna albo wystarczająco oryginalna, że zachowuję się wiecznie nie tak. A także niepewność – czy jestem już wystarczająco sobą, bo przecież takie zadanie postawiła przede mną nasza kultura. I jeszcze: próba grania z akceptacją i odrzuceniem przez innych.
Bo mimo że nosiłam ładniejsze ubrania i wyjęłam kolczyk z ust, mimo że starałam się przywdziać maskę miłej, wykształconej osoby, narobiłam sobie wiele kłopotów swoją nadmierną otwartością w mówieniu tego, co myślę, i w podążaniu za tym, czego chcę. Tym razem nie chodziło o moje wewnętrzne poczucie pewności siebie i wartości, ale o sygnały wysyłane przez otoczenie. Kobieta, która nie uprzedza potrzeb innych, szybko staje się potworem, także dla innych kobiet. A zatem ujarzmiałam potwora, który ośmieliłby się nadwyrężać konwencje społeczne, upominać o swoje i dopytywać o coś tam, gdzie panowało nieznośne milczenie; robiłam to z lęku przed społeczną zemstą i z potrzeby akceptacji. Tak, chodziło przede wszystkim o komfort, życie wśród ludzi okazywało się nagle łatwiejsze. Byłam uprzejma, rozsądna i ubierałam się tak, by nie przyciągać uwagi. Nic nadmiernego. Nikt mnie nie widział. Mogłam się skryć tak głęboko, że przestawałam czuć swoje „ja”. Milcząca i niewidziana, przestawałam istnieć także dla samej siebie. Byłam jednak bezpieczna, a bezpieczeństwo, jakie daje wspierająca sieć znajomych, ma wielką wagę, jeśli nie jesteśmy rodzinnie czy finansowo uprzywilejowani. Krótko mówiąc: kiedy jesteśmy zdani sami na siebie.
Lekcja stylu, jaką z opóźnieniem przyjęłam od babci, okazała się przydatna. Żyłam być może fałszywym życiem, ale przeżyłam. Pokłuta od wewnątrz, ale przeżyłam. Aż dotarłam do momentu, w którym muszę wyjąć z siebie tę igłę, jeśli chcę być w zgodzie ze sobą. Nie akceptowałam tego, że babcia Rita realizowała się, dogadzając innym ludziom i podporządkowując się patriarchalnym wzorcom kobiecości; nie dostrzegałam jednak, że znalazła w tym przestrzeń wyrazu, kreatywności i sprawczości. Znalazła w tym także radość. Z kolei ja nie akceptuję w sobie tego, że nie jestem tak niezależna od innych, jak bym chciała: że poza oczywistą koniecznością przetrwania wśród ludzi ja także potrzebuję akceptacji, potrzebuję związków i uznania, a nawet, najbanalniej w świecie, chcę się podobać. Jesteśmy we władzy innego: jego wzroku, jego sądu, jego uczuć. Moja babcia poddała się mu i realizowała w tym siebie, natomiast ja od niego uciekam, ale w pełni odrzucić jego władzę znaczy tyle, co zniknąć, a tego przecież nie chcę, nawet jeśli w chwilach rozpaczy nie marzę o niczym innym.
Pies ucieka z więzienia cudzego wzroku: biegnie po łące albo jedzie na rowerze nocą; jest czystym, ruchliwym instynktem z obślinionym językiem na wierzchu, cieszy się obecnością innych, którzy widzą go bez wydawania osądu, i biegnie, biegnie, gdzie chce, jest radością! Witalność musi wyrażać się w ciele, które staje się ruchem, energią, afektem. Pies chce tylko być i biec przed siebie, zupełnie beztroski. Ktoś podąża jednak za nim. To ja, jego pani. Pani to zresztą złe słowo, kojarzy się z władzą, kiedy powinniśmy sobie towarzyszyć, iść razem. Widzę go, ale moje spojrzenie jest pełne akceptacji, a nawet zachwytu. Pozwalam, by udzielała mi się jego radość. Ten czarny pies to dla mnie zatem przyjaźń z samą sobą, wierność sobie, służenie sobie, ale też pozwolenie sobie na bezmyślność i entuzjazm. Na samo istnienie. Na pierwotną, radosną głupotę bycia. Pies bywa także symbolem poświęcenia, ale nie śnię teraz wilczura ratownika ani troskliwego owczarka, nie śnię także, że „biegnę z wilkami” – śnię wesołego czarnego kundelka, którego rozpiera energia, bo właśnie uwolnił się od bólu tkwiącej w nim igły. Ktoś ją wyciągnął i już, nie widziałam kto, może ja sama, może ktoś mi pomógł? To musiałam być ja, to powinnam być ja. A teraz idziemy razem przed siebie, tylko tyle.
To powinnam być ja – ale żeby swobodnie być sobą, potrzebujemy innych, ich przyzwolenia i wsparcia. Tej nocy w klubie, kiedy urwał mi się kontakt ze światem i odpłynęłam w nieświadome, zatroszczył się o mnie mój chłopak, ale pomoc oferowali mi też nieznajomi. I także dzięki ich prostemu, lecz szczeremu zainteresowaniu, czy dobrze się czuję i czy mogą coś dla mnie zrobić, mogłam wyjść o świcie jako szczeniaczek nocy.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.
czarne.com.pl
Wydawnictwo Czarne
@wydawnictwoczarne
Sekretariat i dział sprzedaży:
ul. Dukielska 83C, 38-300 Gorlice
Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa
Dział promocji:
Al. Jana Pawła II 45A lok. 56
01-008 Warszawa
Opracowanie publikacji: d2d.pl
ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków
tel. +48 12 432 08 50, e-mail: [email protected]
Wołowiec 2026
Wydanie I
