Kiedy nadejdzie burza - Agnieszka Lingas-Łoniewska, Magdalena Łoniewska - ebook + audiobook
BESTSELLER

Kiedy nadejdzie burza ebook i audiobook

Agnieszka Lingas-Łoniewska, Magdalena Łoniewska

4,3

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

17 osób interesuje się tą książką

Opis

Czy w świecie, w którym rządzi testosteron i prawo pięści, jest miejsce na pokazanie kim jest się naprawdę? Eryk „Storm” Burzyński jest mistrzem wagi półciężkiej w boksie. Jego nazwisko nie schodzi z pierwszych stron gazet, a kontrakty reklamowe otwierają mu drzwi do medialnego świata. Influencerka Arleta, z którą spotyka się Eryk, doskonale wie, że ich związek jest dla niej trampoliną do zdobycia rozgłosu. I tylko tego. Gdy w niewyjaśnionych okolicznościach zostaje zamordowany pomocnik trenera Eryka, do poprowadzenia sprawy przydzielony zostaje podkomisarz Kamil Willman. Miłośnik boksu i rozwodnik na życiowym zakręcie. Gdzie kryje się prawda? Jakie tajemnice skrywają mężczyźni? Czy wymarzona kariera Eryka może rozsypać się jak domek z kart? Autorka bestsellerowych powieści - Agnieszka Lingas-Łoniewska, wraz z debiutującą córką Magdaleną, budują bohaterów z krwi i kości, zabierając nas do świata, w którym skrywane uczucia i tajemnice prowadzą do trudnych wyborów…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 318

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 5 min

Lektor:

Oceny
4,3 (393 oceny)
246
76
38
20
13
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
jakiza

Nie oderwiesz się od lektury

Wow. Mega dobrze się słuchało. Emocje tych facetów, rodzące się uczucie, walka z nimi... to było tak dobre i chwytające za serce, że aż im zazdrościłam. Ale też współczułam tego z czym muszą się zmierzyć, choć nie robią nic złego. Napisane bardzo dobrze, ze smakiem, z uczuciem. Polecam!
121
ewelajna111

Nie oderwiesz się od lektury

bardzo fajna, polecam każdemu. każdy ma prawo do miłości oby więcej tego typu książek..czas pokazać że to nie powinno być tematem tabu! brawo
61
marcia1212

Nie oderwiesz się od lektury

Książka bardzo mnie zaskoczyła. Wszytko spójnie napisane,nic nie jest oczywiste. Są momenty wzruszające i te trzymające w napięciu. Naprawdę warto przeczytać.
61
KasikMa

Nie oderwiesz się od lektury

Temat tabu? Brawo za odwagę dziewczyny! Książkę ogarnęłam jednym tchem...
50
Aniuffa

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna historia jeszcze nie raz nie dwa do niej wrócę i chce wiecej.Polecam całym ❤
51

Popularność




Re­dak­cjaMo­nika Or­łow­ska
Ko­rektaBo­żena Si­gi­smund
Pro­jekt gra­ficzny okładkiAn­drzej Ko­men­dziń­ski
Skład i ła­ma­nieAgnieszka Kie­lak
© Co­py­ri­ght by Skarpa War­szaw­ska, War­szawa 2023 © Co­py­ri­ght by Agnieszka Lin­gas-Ło­niew­ska, Mag­da­lena Ło­niew­ska, War­szawa 2023
Ze­zwa­lamy na udo­stęp­nia­nie okładki książki w in­ter­ne­cie
Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-83291-89-5
Wy­dawca Agen­cja Wy­daw­ni­czo-Re­kla­mowa Skarpa War­szaw­ska Sp. z o.o. ul. Bo­row­skiego 2 lok. 24 03-475 War­szawa tel. 22 416 15 81re­dak­cja@skar­pa­war­szaw­ska.plwww.skar­pa­war­szaw­ska.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

By­cie sobą w świe­cie, który nie­ustan­niepró­buje uczy­nić cię kimś in­nym,jest naj­więk­szym osią­gnię­ciem.

RALPH WALDO EMER­SON

PRO­LOG

Dom dziecka dla wielu był za­równo ra­tun­kiem, jak i pie­kłem. Młod­sze dzieci miały szanse na nowy dom, na spo­kojne wy­cho­wa­nie. Jed­nak star­sze cze­kały je­dy­nie na mo­ment osią­gnię­cia peł­no­let­no­ści, chwilę, gdy zo­staną ska­zane tylko na sie­bie. To jed­nak nie było zmar­twie­niem ośmio­let­nich Eryka i Pio­tra. Od­kąd obaj chłopcy po­znali się w bi­dulu, stali się wręcz nie­roz­łączni. Nie po­trze­bo­wali ni­kogo w swoim ży­ciu, wspól­nie ba­wili się i wspól­nie uczyli.

– Oszu­ku­jesz! – krzyk­nął ni­ski blon­dyn z zie­lo­nymi oczami, gdy po­now­nie do­stał w twarz śnieżką.

– Nie da się oszu­ki­wać w bi­twie na śnieżki – po­wie­dział ze śmie­chem chło­piec z bli­zną na twa­rzy, po­da­jąc rękę Ery­kowi, aby po­móc mu wstać.

– Nie? A ty jed­nak oszu­ku­jesz. – Ten za­śmiał się pod no­sem i dźwi­gnął się na nogi. Otrze­pał ubra­nia ze śniegu i za­raz ru­szył za naj­lep­szym kum­plem w stronę bu­dynku na Par­ko­wej we Wro­cła­wiu.

– Dziś są ad­op­cje – mruk­nął Piotr, wy­raź­nie nie­za­do­wo­lony, i spoj­rzał na blon­dyna.

– Nie cie­szysz się? Może znaj­dziemy nowy dom? – Eryk szturch­nął ko­legę w bark, aby po­pra­wić mu hu­mor. Jed­nak Piotr nie po­dzie­lał jego en­tu­zja­zmu.

– Mój dom jest tam, gdzie ty, Eryk – burk­nął ci­cho, ścią­ga­jąc w holu kurtkę, po czym usiadł na ka­na­pie i z kwa­śną miną wbił wzrok w okno.

– Nie roz­dzielą nas, je­ste­śmy jak bra­cia, za­wsze bę­dziemy ra­zem. – Blon­dyn uśmiech­nął się de­li­kat­nie i za­raz usiadł koło przy­ja­ciela. – No już, nie miej ta­kiej miny. Chodźmy na obiad. Zgłod­nia­łem od tego mrozu.

Po obie­dzie dzieci jak zwy­kle za­jęły się za­bawą w świe­tlicy. Chwilę póź­niej jedna z opie­ku­nek wpro­wa­dziła do po­miesz­cze­nia młode mał­żeń­stwo.

– Tu­taj nasi pod­opieczni spę­dzają czas wolny, cho­ciaż w taką po­godę naj­młodsi wolą prze­by­wać na dwo­rze. To ży­wio­łowe dzieci, mimo braku mi­ło­ści w ich ży­ciu są bar­dzo emo­cjo­nalne, szybko się przy­wią­zują i po­tra­fią ze sobą do­ga­dy­wać, ze względu na po­do­bień­stwo prze­żyć. – Ko­bieta uśmiech­nęła się ser­decz­nie i spoj­rzała na mał­żeń­stwo, które kuc­nęło przy ba­wią­cych się dzie­ciach. Je­dy­nie Piotr stał z boku, przy­glą­da­jąc się Ery­kowi z za­zdro­ścią w oczach. Ładny blon­dy­nek za­wsze przy­cią­gał do sie­bie lu­dzi, był roz­mowny i otwarty, żywe prze­ci­wień­stwo ko­legi. Tak było i tym ra­zem, otwar­tość i przy­ja­zne na­sta­wie­nie Eryka mo­men­tal­nie ujęły młode mał­żeń­stwo.

Od tam­tego dnia para za­częła re­gu­lar­nie przy­jeż­dżać na spo­tka­nia z chłop­cem, który rów­nież bar­dzo szybko się do nich przy­wią­zał. Eryk nie pa­mię­tał, jak to jest mieć ro­dzinę, nie znał cie­pła, które te­raz otrzy­my­wał, dla­tego bły­ska­wicz­nie do niego przy­wykł i po­czuł, że chce od­czu­wać mi­łość ro­dzi­ciel­ską. Jego en­tu­zja­zmu nie po­dzie­lał jed­nak Piotr, który czuł pa­lącą go od środka za­zdrość. To nie jego mieli ad­op­to­wać. To Eryk miał znik­nąć z bi­dula, a on miał po­now­nie zo­stać sam.

I wresz­cie nad­szedł ten dzień. Dzień po­że­gna­nia.

Eryk był już spa­ko­wany i cze­kał na swo­ich no­wych ro­dzi­ców. Jego bio­lo­giczni ro­dzice zgi­nęli w wy­padku, gdy chło­piec skoń­czył trzy lata. Te­raz miał osiem i w końcu tra­fił na nową ro­dzinę, którą oka­zało się mał­żeń­stwo Bu­rzyń­skich, Anna i Je­remi. Eryk od razu po­czuł kieł­ku­jącą mi­łość w sto­sunku do tych trzy­dzie­sto­lat­ków, któ­rzy nie mo­gli mieć wła­snych dzieci.

Je­dy­nie fakt, że w domu dziecka na­dal po­zo­sta­wał Piotr, mą­cił jego ra­dość i pełne opty­mi­zmu my­śli. Ale ostat­nio przy­ja­ciel za­czął go iry­to­wać. Cały czas kre­ślił przed nim czarne sce­na­riu­sze.

– Pew­nie będą cię bić – stra­szył, kiedy le­żeli już w łóż­kach.

– Dla­czego tak mó­wisz? – Eryk od razu się spiął.

– Bo za­wsze tak jest. Naj­pierw są mili, a po­tem wy­cią­gają pas. Albo po­tłu­czoną bu­telkę po pi­wie. – Piotr bez­wied­nie prze­je­chał pal­cem po głę­bo­kiej bliź­nie szpe­cą­cej prawy po­li­czek.

– Pani Ania jest bar­dzo miła. A Je­remi za­bawny. – Eryk bro­nił swo­ich no­wych ro­dzi­ców.

– Albo ona zaj­dzie w ciążę, uro­dzi wła­sne dziecko, a cie­bie znowu odda. – Piotr śmiał się szy­der­czo.

– Pie­przysz głu­poty! – Eryk się zde­ner­wo­wał.

– Za­wsze bę­dziesz znajdą.

– Ale to mnie ad­op­tują, a nie cie­bie! – Eryk w końcu nie wy­trzy­mał. – To ty tu­taj zo­sta­niesz, a ja będę miał swój po­kój i swoje łóżko!

– Ty głupi gnoju!

Piotr rzu­cił się na Eryka i za­częli się sza­mo­tać. Dwaj ko­le­dzy, któ­rzy spali z nimi w po­koju, za­częli krzy­czeć, przy­bie­gła wy­cho­waw­czyni i roz­dzie­liła by­łych już przy­ja­ciół.

Kiedy na drugi dzień Eryk wy­jeż­dżał do swo­jego no­wego domu, ni­g­dzie nie wi­dział Pio­tra. Mimo wszystko chciał się z nim po­że­gnać, ale chło­paka nie było. Nie wie­dział, że szczu­pły ciem­no­włosy chło­piec sie­dział na pod­da­szu i przez małe okienko ob­ser­wo­wał z góry, jak jego naj­lep­szy przy­ja­ciel od­jeż­dża ze swoją nową ro­dziną. Po­cie­rał me­cha­nicz­nie bli­znę, szar­pał skó­rzaną bran­so­letkę na nad­garstku i pła­kał, sy­cząc przez zęby:

– Spo­tkamy się jesz­cze. Spo­tkamy!

ROZDZIAŁ 1

Sa­nah Nic dwa razy

Runda szó­sta oka­zała się de­cy­du­jąca. Storm był już zmę­czony, jego prze­ciw­nik Dia­blo także, ta walka oby­dwu pię­ścia­rzy bar­dzo wy­czer­pała. Tre­ner wy­krzy­ki­wał ko­mendy, Storm wie­dział, że musi te­raz to za­koń­czyć, bo czuł nie­po­ko­jące drże­nie wszyst­kich mię­śni. Poza tym roz­bity w czwar­tej run­dzie łuk brwiowy mógł się po­now­nie otwo­rzyć, a wów­czas sę­dzia pew­nie za­koń­czyłby walkę. Pod­biegł do prze­ciw­nika, ugiął się lekko, zro­bił zmyłkę i za­sa­dził swój po­ka­zowy cios, ha­kiem w pod­bró­dek. Dia­blo za­re­ago­wał pół se­kundy za późno. Pięść spa­dła na jego twarz, za­wod­nik za­to­czył się, za­chwiał i opadł na li­nach. Tłum sza­lał. Tre­ner, asy­stent, cały team Storma ska­kał z ra­do­ści. Sę­dzia roz­po­czął li­cze­nie, Dia­blo chciał po­ka­zać, że jest okej, ale po­now­nie się za­to­czył i upadł na plecy. Sę­dzia za­koń­czył walkę przez KO w szó­stej run­dzie.

Storm od­dy­chał ciężko, ale czuł wszech­ogar­nia­jącą ra­dość, ad­re­na­lina pom­po­wała krew, serce biło jak sza­lone.

– Jest, jest, mamy to!!! – Tre­ner Aleks Ja­kub­czak i jego wierny asy­stent, a także tej­pow­nik Storma An­drzej Ka­reń­ski ści­skali Storma, wy­cie­rali mu twarz, da­wali wodę do pi­cia. Storm spoj­rzał na sie­dzącą w pierw­szym rzę­dzie Ar­letę, która oczy­wi­ście na­gry­wała story na swój In­sta­gram. Pew­nie dzięki tej storce znowu przy­bę­dzie jej kil­ka­set fol­lo­wer­sów, po­my­ślał.

Pro­wa­dzący uspo­koił tłum, sę­dzia wszedł na ring i sta­nął po­mię­dzy dwoma za­wod­ni­kami. Ce­re­mo­nia za­koń­cze­nia walki o mi­strzo­stwo świata w fe­de­ra­cji WBS na gali boksu na­ro­do­wego we Wro­cła­wiu wła­śnie się roz­po­czy­nała.

– De­cy­zją sę­dziego mi­strzem świata w ka­te­go­rii cięż­kiej, po­przez no­kaut, zo­staje Eryk Sto­ooooorm Bu­rzyń­ski! – ogło­sił pod­nie­cony swoją rolą pro­wa­dzący rin­gowy kon­fe­ran­sjer.

Roz­legł się aplauz wi­dzów, sę­dzia za­ło­żył pas mi­strzow­ski Ery­kowi, po­gra­tu­lo­wał mu, po­tem to samo zro­bił Dia­blo, który nie wy­glą­dał na szczę­śli­wego, co oczy­wi­ście było zro­zu­miałe. Ale to był boks za­wo­dowy, walki o ogromne pie­nią­dze i na­wet jak się prze­gry­wało, to także miało się swoją wy­graną – w po­staci za­kon­trak­to­wa­nej stawki.

Póź­niej, przy gło­śnych dźwię­kach mu­zyki na wej­ście, Storm zszedł z ringu, od­pro­wa­dzany gło­śnym do­pin­giem wi­downi. W szatni wziął prysz­nic, po­tem się ubrał, przy­jął ko­lejne gra­tu­la­cje od lu­dzi ze swo­jego te­amu i około dwu­dzie­stej trze­ciej wszy­scy ru­szyli do mod­nego klubu Pro­zac, aby świę­to­wać zwy­cię­stwo w VIP-owskiej loży. W luk­su­so­wej be­emce Ar­leta uśmie­chała się sze­roko i ro­biła nie­zli­czone zdję­cia.

– Daj spo­kój, mam obitą twarz, nie rób mi tyle tych fo­tek. – Eryk po­krę­cił głową. Sie­dział z tyłu wraz z dziew­czyną, a jego kie­rowca wiózł ich ze sta­dionu do klubu przy wro­cław­skim rynku.

– Prze­stań, to prze­cież jest su­per. Niech zo­ba­czą, jak wy­gląda bok­ser po walce. Na­wet z si­nia­kami je­steś przy­stojny.

– Ale mo­żesz tro­chę od­pu­ścić. – Eryk wes­tchnął, czu­jąc, że jest cho­ler­nie zmę­czony.

– Och, wiesz, że to moja praca. W ostat­nim mie­siącu mia­łam tro­chę spad­ków, te­raz znowu się ru­szyło dzięki two­jej walce. A po dzi­siej­szym to licz­nik cały nas idzie w górę.

– To do­brze, cie­szę się – od­parł me­cha­nicz­nie Eryk, pa­trząc na mi­jane ulice.

– Ja też! – Ar­leta pisz­czała jak dziecko. Męż­czy­zna wes­tchnął i oparł się o skó­rzany za­głó­wek. Za­po­wia­dała się długa noc.

Im­preza cią­gnęła się dla niego w nie­skoń­czo­ność. To nie tak, że nie cie­szył się z wy­gra­nej, wręcz prze­ciw­nie, jed­nak po walce ma­rzył je­dy­nie o prysz­nicu i pój­ściu spać. Tym­cza­sem do­piero koło dru­giej w nocy dane mu było od­po­cząć po tak wy­czer­pu­ją­cym dniu.

Eryk nie lu­bił długo spać, lecz tym ra­zem obu­dził się po po­łu­dniu. Ziew­nął sze­roko, prze­cie­ra­jąc twarz dło­nią. Wi­dząc, która jest go­dzina, nie­mrawo zwlókł się z łóżka i ru­szył po­wol­nym kro­kiem pod prysz­nic. Chłodna woda spły­nęła po jego wciąż spię­tych mię­śniach, dzia­ła­jąc w tym mo­men­cie ko­jąco. Ni­gdy nie był mi­ło­śni­kiem dłu­gich go­rą­cych ką­pieli, w prze­ci­wień­stwie do Ar­lety, która czę­sto po swo­ich po­ran­nych ablu­cjach nie zo­sta­wiała na­wet grama cie­płej wody. Storm wło­żył czy­sty dres na wil­gotne po prysz­nicu ciało i wszedł do sa­lonu, gdzie dziew­czyna na­gry­wała wła­śnie nowe story, z ma­low­ni­czo wy­glą­da­ją­cym zdro­wym po­sił­kiem. Za­raz jed­nak odło­żyła ta­lerz na bok, by otwo­rzyć apli­ka­cję Glovo, za­pewne z za­mia­rem za­mó­wie­nia pizzy. Eryk po­krę­cił głową z po­li­to­wa­niem i usiadł obok.

– Bę­dziesz to ja­dła? – mruk­nął jakby od nie­chce­nia i wska­zał ge­stem ta­lerz z owsianką i owo­cami.

– Nie, mo­żesz to wy­rzu­cić. – Ar­leta na­wet na se­kundę nie ode­rwała wzroku od te­le­fonu, po po­miesz­cze­niu roz­cho­dził się je­dy­nie dźwięk jej pa­znokci od­bi­ja­ją­cych się od ekranu.

– Wiesz do­brze, że nie lu­bię mar­no­wa­nia je­dze­nia. – Się­gnął po ta­lerz i za­czął jeść owsiankę, która, jak na da­nie przy­go­to­wane przez Ar­letę, nie była wcale taka zła.

– Spójrz! Które? – pi­snęła ura­do­wana dziew­czyna, po­ka­zu­jąc mu zdję­cia pa­znokci.

– Te czarne – burk­nął pod no­sem, wy­raź­nie bar­dziej za­in­te­re­so­wany kon­sy­sten­cją owsianki.

– Jedne i dru­gie są czarne! Ksa­wery mó­wił mi, że...

Ksa­wery był me­na­dże­rem Ar­lety i w su­mie Eryk lu­bił go­ścia, ale cza­sami oboje nie­mo­żeb­nie go iry­to­wali.

– To te pierw­sze. Ar­leta, nie znam się na pa­znok­ciach, nie py­taj mnie o ta­kie rze­czy. To tak jak­bym za­py­tał się cie­bie, czy lep­sze są szczęki Le­one ty­siąc dzie­więć­set czter­dzie­ści sie­dem czy Opro.

– Co? – Dziew­czyna spoj­rzała na Eryka, jakby co naj­mniej mó­wił do niej w in­nym ję­zyku.

– No wła­śnie. – Męż­czy­zna do­koń­czył po­si­łek i nieco ocię­żale wstał z miej­sca, by po chwili wsta­wić mi­skę do zmy­warki. – Jadę do klubu, mu­szę tro­chę po­pły­wać, żeby nie do­pu­ścić do za­kwa­sów w mię­śniach.

Chcąc unik­nąć ko­lej­nej roz­mowy z Ar­letą, wziął do ręki klu­czyki od sa­mo­chodu i czym prę­dzej wy­szedł z miesz­ka­nia. Ja­dąc przez mia­sto, roz­my­ślał nad swoją walką. Nie­za­leż­nie od tego, czy wy­gry­wał, czy też prze­gry­wał, za­wsze wy­po­mi­nał so­bie w gło­wie błędy, które po­peł­nił, ru­chy które mógł wy­ko­nać, a przez ad­re­na­linę o nich za­po­mniał. Na świa­tłach ci­cho prze­klął, nie­chęt­nie się za­trzy­mu­jąc, i po­gło­śnił le­cącą aku­rat w ra­diu pio­senkę Sa­nah Nic dwa razy.

– Że też mu­szą na­gry­wać pio­senki, aby dzie­ciar­nia znała wier­sze. – Za­śmiał się pod no­sem, zgrab­nie par­ku­jąc tuż pod klu­bem. Wy­siadł z sa­mo­chodu, wy­cią­gnął z ba­gaż­nika torbę z rze­czami, którą za­wsze wo­ził. Wszedł do klubu i już na sa­mym wej­ściu zro­zu­miał, że coś jest nie tak. Mimo otwar­tych drzwi świa­tła były zga­szone, a sala ewi­dent­nie nie ogar­nięta po ostat­nim dniu.

– Co jest... – Eryk za­pa­lił świa­tło i udał się na za­ple­cze. – An­drzej, bomba tu­taj spa­dła? – mruk­nął, roz­glą­da­jąc się za swoim kum­plem. Za­uwa­żył go do­piero, gdy spoj­rzał w dół.

– Kurwa! – Mo­men­tal­nie rzu­cił torbę i klęk­nął przy ciele swo­jego tej­pow­nika. Głowa męż­czy­zny była roz­wa­lona, cała po­kryta krwią, która te­raz zna­la­zła się rów­nież na dło­niach bok­sera. Eryk spraw­dził tętno męż­czy­zny, jed­nak nie wy­czu­wa­jąc ab­so­lut­nie nic, za­ci­snął moc­niej szczękę.

– Kurwa... kurwa... kurwa! – Zszo­ko­wany, ude­rzył z ca­łej siły w zie­mię, drugą ręką wy­cią­ga­jąc po­spiesz­nie te­le­fon z kie­szeni.

– Cho­lera... jaki to był nu­mer. – Przy­gryzł, zde­ner­wo­wany, wargę, tak samo jak ro­bił to w dzie­ciń­stwie w stre­su­ją­cych i trud­nych dla niego mo­men­tach. Za­raz jed­nak wy­brał nu­mer i przy­ło­żył te­le­fon do ucha.

– Nu­mer alar­mowy sto dwa­na­ście, w czym mogę po­móc? – Na sam ten dźwięk Eryk prze­łknął ner­wowo ślinę, za­po­mi­na­jąc wręcz, po co dzwoni i co ma po­wie­dzieć.

– Chyba... chyba do­szło do mor­der­stwa – rzu­cił po chwili zdu­szo­nym gło­sem.

***

ON

Tę­sk­ni­łem za nim każ­dego dnia, czu­łem się tak, jak­bym stra­cił po­łowę sie­bie. Kie­dyś czy­ta­łem, że bliź­nięta są ze sobą tak mocno zwią­zane, że kiedy jedno znika, dru­gie od­czuwa to jako do­le­gli­wość nie­malże fi­zyczną. Ja wła­śnie tak cier­pia­łem. Jakby ktoś wy­rwał ka­wa­łek mnie.

ROZDZIAŁ 2

Ju­stin Bie­ber feat. Qu­avo In­ten­tions

Ka­mil Wil­l­man, pod­ko­mi­sarz wro­cław­skiej po­li­cji, sie­dział w po­koju wy­działu do walki z ter­ro­rem kry­mi­nal­nym i pi­sał ra­port z ostat­niej „dzie­siony”, co w żar­go­nie fir­mo­wym ozna­czało ni mniej, ni wię­cej, tylko kra­dzież z po­bi­ciem. Jego part­ner Ju­rek Kraw­czyń­ski po­je­chał na sek­cję do za­kładu me­dy­cyny są­do­wej, żeby uczest­ni­czyć w sek­cji wod­nika szu­warka, czyli to­pielca, który mógł być po­szu­ki­wa­nym przez nich od trzech mie­sięcy ko­le­siem po­dej­rza­nym o za­bój­stwo.

– Niech ten szu­wa­rek okaże się na­szym tru­pem, za­mkniemy sprawę i po bólu – po­wie­dział Ju­rek, wy­cho­dząc z firmy.

Ka­mil miał na­dzieję, że tak bę­dzie. Te­raz chciał jak naj­szyb­ciej skoń­czyć ten gów­niany ra­port i po­je­chać do miesz­ka­nia na Po­lance. Dzi­siaj jego eks miała wpaść po resztę rze­czy i wo­lał przy tym być.

Jed­nak gdy już koń­czył ra­port, do ich po­koju wpa­ro­wał prze­ło­żony, in­spek­tor Al­fred Mo­raw­ski, i rzu­cił krótko:

– Willy, ma­cie trupa. Wy­dzwo­ni­łem już Krawca, on tam zmie­rza.

– Gdzie ten trup?

Mo­raw­ski po­krę­cił głową.

– I tu się robi, kurwa, cie­ka­wie. Klub bok­ser­ski „Stor­ming”.

– Czy to... – Ka­mil uniósł rękę i po­dra­pał się po jed­no­dnio­wym za­ro­ście.

– Tak, to klub Eryka Bu­rzyń­skiego. Na­szego mi­strza. I to on zna­lazł ciało. Zaj­mij­cie się tym i ustal­cie, co i jak, bo jak się nam prasa zwali na łeb, ko­men­dant mi go urwie.

Ka­mil za­mknął plik z ra­por­tem w wie­ko­wym kom­pu­te­rze z od­zy­sku i wy­brał nu­mer swo­jego part­nera.

– Ju­rek, je­dziesz do tego zwłoka?

Po­in­for­mo­wał kum­pla o no­wej spra­wie. Jed­no­cze­śnie wcią­gał na sie­bie skó­rzaną kurtkę, przy­trzy­mu­jąc ra­mie­niem ko­mórkę przy uchu.

– Będę za ja­kieś pięć­dzie­siąt mi­nut. To jest na Krzy­kach?

– Tak, nie­da­leko Ra­cła­wic­kiej. Ja tam do­jadę w ja­kieś dwa­dzie­ścia, no trzy­dzie­ści mi­nut. – Ka­mil po­pra­wił broń, scho­wał od­znakę i wy­łą­czył kom­pu­ter. – A jak z szu­war­kiem?

– Tro­chę na­puch­nięty. Ale to chyba on. Miał ob­rączkę i ta­tuaż na­szego go­ścia. Ale kon­krety za ty­dzień.

– Za­wsze trzeba, kurwa, na wszystko cze­kać.

– Willy, co ty, w fir­mie wszystko robi się bły­ska­wicz­nie. – Ju­rek za­re­cho­tał.

– Chyba opier­dol od góry.

– Ta­aaa. To na pewno.

– Do­bra, spa­dam, wi­dzimy się w tym klu­bie.

Ka­mil wsiadł do służ­bo­wego, dzie­się­cio­let­niego pas­sata, włą­czył nie­bie­skie świa­tła bez sy­gna­łów, aby uła­twić so­bie prze­jazd przez mia­sto, i ru­szył na po­łu­dnie Wro­cła­wia. Po dro­dze za­dzwo­nił do San­dry, swo­jej by­łej żony.

– Hej. Nie dam rady przy­je­chać, mam we­zwa­nie.

– Dla­czego mnie to nie dziwi? – Ko­bieta wes­tchnęła.

Ka­mil pa­mię­tał, jak w cza­sie ich czte­ro­let­niego mał­żeń­stwa kil­ku­krot­nie wy­sta­wiał ją do wia­tru, nie przy­cho­dząc na umó­wione spo­tka­nia, wy­pady do zna­jo­mych, kina, te­atru, gdyż miał wła­śnie ko­lejne krwawe sprawy na gło­wie. W su­mie nic dziw­nego, że nie byli już mał­żeń­stwem. Ale nie tylko dla­tego. Te­raz jed­nak nie miał czasu, aby się z tym szar­pać. Zresztą... już nie mu­siał.

– Za­bierz, co uwa­żasz, i wrzuć klu­cze do skrzynki – po­wie­dział szybko, wy­jeż­dża­jąc na Pod­wale.

– We­zmę tylko moje ulu­bione książki i ten kom­plet fi­li­ża­nek, który do­sta­łam od mo­jej sio­stry – od­parła spo­koj­nie jego eks.

– Mo­żesz za­brać, co tam chcesz. Mu­szę koń­czyć. – Prze­rwał krótko i roz­łą­czył się. Na­prawdę nie miał na ta­kie dys­ku­sje ani czasu, ani ochoty.

Kiedy po nie­ca­łych trzy­dzie­stu mi­nu­tach pod­je­chał pod klub, zo­ba­czył sto­ją­cego w drzwiach wy­so­kiego, do­brze zbu­do­wa­nego blon­dyna, któ­rego znał z te­le­wi­zji, In­ter­netu i z walki, na któ­rej kie­dyś był w Hali Stu­le­cia. Od lat pa­sjo­no­wał się bok­sem i z uwagą śle­dził ka­rierę Storma. Ma­rzył o spo­tka­niu z nim, ale nie­ko­niecz­nie w ta­kich oko­licz­no­ściach.

Spor­to­wiec był bar­dzo zde­ner­wo­wany, cho­dził wzdłuż pa­sażu pro­wa­dzą­cego do klubu, roz­ma­wiał z kimś przez te­le­fon i wy­glą­dał na mocno wzbu­rzo­nego. Gdy do­strzegł nie­bie­skie świa­tła w pod­jeż­dża­ją­cym sa­mo­cho­dzie, za­koń­czył po­łą­cze­nie i utkwił wzrok w wy­sia­da­ją­cym Ka­milu. Ten zwró­cił uwagę na oczy bok­sera. Były prze­ni­kli­wie zie­lone, oto­czone dłu­gimi rzę­sami. Ka­mil przez mo­ment po­my­ślał, że w ogóle nie pa­sują do po­stury tego fa­ceta, a także do tego, że za­wo­dowo zaj­muje się on obi­ja­niem twa­rzy in­nym go­ściom.

– Pod­ko­mi­sarz Ka­mil Wil­l­man. – Mach­nął od­znaką przed sto­ją­cym na pod­wyż­sze­niu męż­czy­zną. Gdy się z nim zrów­nał, oka­zało się, że są pra­wie równi wzro­stem. Ka­mil mie­rzył metr osiem­dzie­siąt osiem, za­tem Bu­rzyń­ski mu­siał mieć nieco po­nad metr dzie­więć­dzie­siąt. – Wy­dział do walki z ter­ro­rem kry­mi­nal­nym i za­bójstw – do­koń­czył pre­zen­ta­cję.

– Eryk Bu­rzyń­ski. Ale że od razu z ter­ro­rem?

– Se­man­tyka. Gdzie jest ofiara?

– W środku. To mój tej­pow­nik. Asy­stent tre­nera. Zaj­mo­wał się mną przed wal­kami, owi­jał ręce i...

– Wiem, czym zaj­muje się tej­pow­nik – prze­rwał mu Wil­l­man. – Imię i na­zwi­sko ofiary? – Wy­cią­gnął no­tes i dłu­go­pis.

– An­drzej Ka­reń­ski.

– Ile miał lat?

– Chyba trzy­dzie­ści. – Głos Bu­rzyń­skiego nieco drżał.

Ka­mil spoj­rzał na za­wod­nika, Storm fak­tycz­nie był cał­ko­wi­cie wy­trą­cony z rów­no­wagi. Po­li­cjant zo­rien­to­wał się, że może zbyt ostro pod­szedł do czło­wieka, który wła­śnie zna­lazł zwłoki ko­goś, z kim pra­co­wał. Cza­sami ła­pał się na tym, że pracę trak­tuje me­cha­nicz­nie, lu­dzi tak samo, jakby już cał­ko­wi­cie wy­zbył się wszel­kich uczuć. A może tak wła­śnie było?

– Do­brze. Pro­szę tu po­cze­kać. Ni­czego pan nie ru­szał?

– Nie. Wsze­dłem tylko do środka, on tam le­żał. Spraw­dzi­łem puls i tyle.

– We­zwał pan po­go­to­wie?

– Tak, od razu...

Już nie mu­siał koń­czyć, bo po­ja­wiła się ka­retka.

– Pro­szę tu zo­stać – za­rzą­dził oschłym to­nem Ka­mil, wło­żył rę­ka­wiczki i wszedł do środka.

De­nat z krwawą mia­zgą za­miast głowy le­żał na pod­ło­dze. Nie­da­leko, obok drew­nia­nego re­gału z pu­cha­rami, spo­czy­wało nie­wąt­pliwe na­rzę­dzie zbrodni. Pu­char mi­strza Eu­ropy w bok­sie za­wo­do­wym, który Storm zdo­był kilka lat temu. Ka­mil cof­nął się i w tym mo­men­cie do środka we­szli ra­tow­nicy me­dyczni. Spoj­rzeli na le­żą­cego czło­wieka, a po­tem na Ka­mila, który mach­nął im od­znaką.

– Nic tu po nas – ode­zwał się je­den z ra­tow­ni­ków. – We­zwij­cie le­ka­rza ostat­niego kon­taktu.

– Stwierdź­cie zgon. Za­raz przy­jadą nasi.

Fak­tycz­nie, za ja­kieś pięć mi­nut po­ja­wił się dream team, czyli bie­gły le­karz w oso­bie dok­tora Ka­rola Ko­stec­kiego, tech­nicy, fo­to­graf. Cze­kano jesz­cze na pro­ku­ra­tora. Ka­mil pod­szedł do nich i przy­wi­tał się.

– Siema, Willy. – Dok­tor po­dał mu rękę. – Co tu mamy? Sa­mo­bój­stwo?

– Je­śli na­dział się na to tro­feum, i to kilka razy, to tak – od­parł po­waż­nie Wil­l­man.

– A miał to być do­bry ty­dzień.

– Bo jak po­nie­dzia­łek za­czyna się spo­koj­nie, to zna­czy, że zło pier­dol­nie znie­nacka.

– Za­wsze tak jest. – Ko­stecki po­krę­cił głową z nie­sma­kiem. – Idę, po­cze­kam na procka w środku.

– Daj­cie znać, jak coś usta­li­cie – rzu­cił Ka­mil gdzieś w po­wie­trze i skie­ro­wał się do wyj­ścia.

Kiedy zna­lazł się na ze­wnątrz, zo­ba­czył swo­jego part­nera, który od­py­ty­wał Storma. Ten był w rów­nym stop­niu wku­rzony, co za­ła­many. Po­pa­trzył na Ka­mila i po­krę­cił głową.

– Wszyst­kim będę mu­siał po­wta­rzać to samo? – W jego gło­sie dało się sły­szeć iry­ta­cję.

– Być może – ode­zwał się Je­rzy. – My je­ste­śmy tu po to, aby za­da­wać py­ta­nia, a pan po to, aby od­po­wia­dać.

– Zgi­nął mój czło­wiek, czło­nek ekipy, ko­lega. Mam prawo czuć iry­ta­cję.

– A my mu­simy usta­lić, kto za tym stał. A był pan tam sam i... – Part­ner Wil­l­mana się za­pę­dził.

– Su­ge­ruje pan, że ja miał­bym... – Storm wy­glą­dał na zdrowo wku­rzo­nego.

Je­rzy znany był z tego, że nie­na­wi­dził fa­ce­tów więk­szych od sie­bie. Może oprócz Ka­mila. Ale wku­rzać mi­strza wagi cięż­kiej? Nie­mą­dre za­gra­nie.

– Ja? Nie mam wro­gów. – Bu­rzyń­ski zmarsz­czył ciemne brwi nad ja­de­ito­wymi, te­raz wy­raź­nie pod­kur­wio­nymi oczami.

– W końcu użyto pana tro­feum.

– Bo było pod ręką? – Eryk po­krę­cił gwał­tow­nie głową. – Nie mam po­ję­cia, o co cho­dzi. To straszna tra­ge­dia dla ca­łego te­amu.

– Spraw­dzimy wszystko. W tej chwili to tyle, ale oto moja wi­zy­tówka. – Ka­mil wy­cią­gnął kar­to­nik z kie­szeni. – W ra­zie czego pro­szę dzwo­nić.

– Do­brze. – Bu­rzyń­ski scho­wał wi­zy­tówkę do tyl­nej kie­szeni dżin­sów.

– Na pewno jesz­cze się do pana ode­zwę.

– Nie wąt­pię.

W tym mo­men­cie pod­je­chało srebrne audi, z któ­rego wy­sia­dła śliczna blon­dynka, z dość ob­fi­tym biu­stem, wy­le­wa­ją­cym się z od­waż­nego de­koltu. Za nią szedł szczu­pły, nie­wy­soki fa­cet, z ide­al­nie przy­strzy­żoną bródką.

– Ko­cha­nie, co się stało? – Blon­dynka nie­malże rzu­ciła się na Storma. Ka­mil zmarsz­czył brwi. Czyżby uj­rzał na twa­rzy spor­towca iry­ta­cję?

– Ktoś za­bił An­drzeja – od­parł ci­cho Eryk, ścią­ga­jąc ręce dziew­czyny ze swo­jej szyi.

– Jak to za­bił? – ode­zwał się to­wa­rzy­szący jej męż­czy­zna.

– Prze­pra­szam. – Ka­mil zwró­cił się do nich. – Pod­ko­mi­sarz Wil­l­man, Ko­menda Wo­je­wódzka Po­li­cji we Wro­cła­wiu. Kim pań­stwo są i skąd się tu­taj wzięli?

Dziew­czyna spoj­rzała na niego obu­rzona.

Ten z bródką ją wy­mi­nął i po­pa­trzył za­czep­nie na pod­ko­mi­sa­rza.

– To In­nan. Ży­je­cie w ja­skini?

– W bu­dynku sprzed pierw­szej wojny świa­to­wej – od­po­wie­dział ze spo­ko­jem Ka­mil. W tym sa­mym mo­men­cie do­strzegł nie­znaczny uśmiech na ustach Eryka. Za­sko­czyło go to. Wes­tchnął i zwró­cił się do go­ścia z bródką. – Pro­szę o na­zwi­ska. – Wy­jął no­tes.

Fa­cet chrząk­nął, zi­ry­to­wany.

– Ksa­wery Pa­tor. Je­stem me­na­dże­rem In­nan – oznaj­mił, jakby to było dla wszyst­kich oczy­wi­ste. Wil­l­man spoj­rzał na dziew­czynę, która stu­kała coś dłu­gim pa­znok­ciem w te­le­fon.

– A pani?

– Prze­cież już po­wie­dzia­łem! – Pa­tor się obu­rzył.

– To Ar­leta Pry­czek. Moja dziew­czyna. – Bu­rzyń­ski, znie­cier­pli­wiony, wy­mi­nął ko­bietę i pod­szedł do Ka­mila. – Ksa­wery, nie każdy sie­dzi na In­sta­gra­mie.

– Nie­na­wi­dzę tego na­zwi­ska – burk­nęła dziew­czyna pod no­sem. – Je­stem In­nan, do­wie­dzia­łam się o zaj­ściu od Sławka, na­szego ma­sa­ży­sty. Zna­czy klu­bo­wego ma­sa­ży­sty, a on pew­nie od tre­nera. – Wzru­szyła ra­mio­nami.

– Żeby nie znać czo­ło­wej in­flu­en­cerki, która ma trzy mi­liony fol­lo­wer­sów na In­sta! – Bródka prych­nął i prze­wró­cił oczami.

– A co to In­sta? – Ka­mil te­atral­nym ge­stem roz­ło­żył ręce i zro­bił wiel­kie oczy. – Wie pan, my w tej na­szej ja­skini nie­stety tylko tru­pami się zaj­mu­jemy, a to za­pewne kiep­sko by wy­glą­dało na In­sta. Dzię­kuję, to na ra­zie wszystko.

Ru­szył w stronę sa­mo­chodu, zo­ba­czył swo­jego part­nera, który już od­jeż­dżał, więc kiw­nął do niego. Kiedy już do­ty­kał klamki, po­czuł, że ktoś do niego do­biega. To był Eryk.

– Pa­nie pod­ko­mi­sa­rzu, a co z klu­bem?

– Bie­gli mu­szą skoń­czyć czyn­no­ści, za­biorą zwłoki i przez kilka dni klub bę­dzie za­mknięty. Po­tem de­zyn­fek­cja, sa­ne­pid, i na nowo go otwo­rzy­cie. Ale pew­nie z mie­siąc to po­trwa, jak znam ży­cie i na­sze urzędy – od­parł spo­koj­nie Ka­mil.

– Kur­czę, to... no tak, ro­zu­miem. – Eryk po­ki­wał głową.

– Bę­dzie pan mu­siał, na ra­zie, zna­leźć so­bie inne miej­sce do tre­nin­gów.

– Ja­sne. To... da mi pan znać, co da­lej? – Znowu bok­ser świ­dro­wał Ka­mila prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem.

– Oczy­wi­ście. Po­zo­stańmy w kon­tak­cie.

Eryk uśmiech­nął się ką­ci­kiem ust i Ka­mil miał wra­że­nie, że coś bły­snęło w jego tę­czów­kach. Wy­mam­ro­tał po­że­gna­nie i wsiadł do sa­mo­chodu. Od­je­chał spod klubu, czu­jąc, jak mocno bije mu serce. Co go w rów­nym stop­niu wkur­wiło, jak i zszo­ko­wało.

***

ON

Przy­jeż­dżali i od­jeż­dżali. Kiedy tylko pa­trzyli na moją po­ra­nioną twarz, wi­dzia­łem w ich oczach prze­strach, nie­smak, współ­czu­cie. Wku­rzało mnie to i spra­wiało, że ro­bi­łem im na złość, jak­bym od razu chciał ich od sie­bie od­rzu­cić. Jak­bym chciał spra­wić, że nie tylko od­strę­czy ich ode mnie ta cho­lerna bli­zna, ale cała moja po­stawa, jako dzie­ciaka z pro­ble­mami. A ta­kiego: nie dość, że oszpe­co­nego, to jesz­cze z po­pie­przoną głową, nie chce prze­cież nikt.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki