Wydawca: Novae Res Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 827 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kiedy na mnie patrzysz - Agata Czykierda-Grabowska

Żadne z nich nie wierzy w przeznaczenie, ale to nie znaczy, że przeznaczenie nie wierzy w nich.

Karina i Aleksander poznają się przypadkiem w deszczowy wakacyjny dzień, ratując potrąconego psa. Oboje są młodzi i straszliwie samotni. Szybko rodzi się między nimi intensywne, namiętne uczucie, ale na jego drodze stoi tragiczna przeszłość Kariny, tajemnica Aleksandra i ogromna odległość – ona na stałe mieszka w Polsce, on w Kanadzie.

Kiedy na mnie patrzysz” to poruszająca opowieść o uzdrawiającej mocy miłości, która jest najlepszym lekarstwem na głębokie psychiczne rany, a także o intymności i erotycznej bliskości pomiędzy dwojgiem ludzi.

Opinie o ebooku Kiedy na mnie patrzysz - Agata Czykierda-Grabowska

Fragment ebooka Kiedy na mnie patrzysz - Agata Czykierda-Grabowska

 

 

 

 

Na dworze wiatr rozsypywał pożółkłe liście z olbrzymiego kasztanowca rosnącego pod samym oknem pokoju Kariny. Drzewo było swoistym odzwierciedleniem zmieniających się pór roku. Wiosną zakwitało pięknymi, różowo-białymi kwiatami, a w pełni lata stawało się chłodnym azylem dla mieszkańców pobliskiego osiedla. Nawet zimą, otulone białym puchem, stanowiło uroczy widok. Jedynie późną jesienią, pozbawione doszczętnie kolorowych liści, zaczynało przypominać powykręcane artretyzmem ciało starego człowieka. Dziewczynę, obdarzoną zbyt bujną wyobraźnią, zawsze przerażał ten obraz.

Ale tak było kiedyś.

Na zewnątrz robiło się już ciemno, powoli zapalały się osiedlowe latarnie, a z nieba zaczynała się sączyć delikatna mżawka. Jakaś para przechodniów trzymająca się za ręce, zauważywszy, że zbiera się na deszcz, przyspieszyła kroku, aby jak najszybciej schować się pod zadaszeniem pobliskiego przystanku autobusowego. Dlaczego tak boicie się kilku kropel deszczu? Przecież się nie roztopicie, pomyślała cierpko i od razu skarciła się za to w duchu. A dlaczego ty tak się go bałaś? zadała sobie pytanie.

Pojedyncze krople, które z zadziwiającą synchronizacją łączyły się ze sobą na szybie, tworząc wolno płynące strugi, miały jakąś hipnotyzującą siłę, której Karina nie potrafiła się oprzeć, i tak jak działo się to wiele razy wcześniej, pozwoliła swoim myślom popłynąć razem z nimi do tamtego dżdżystego dnia, kiedy wszystko się zaczęło. Odtwarzała go w pamięci tak często, że czasami miała wrażenie, że wszystko sobie wymyśliła. Zamykając oczy, potrafiła przywołać najdrobniejsze szczegóły, zapachy, wrażenia i myśli, które wówczas przemknęły jej przez głowę. Powoli zapadała w ten jedyny w swoim rodzaju sen na jawie, który przynosił jej spokój i ukojenie, niczym kołysanka na dobranoc.

*

Karina nie pamiętała bardziej deszczowego lata. Nie było tygodnia, w którym nie przemokłaby do suchej nitki, modląc się, żeby nie dostać zapalenia płuc. Minął niecały miesiąc od chwili przyjazdu do domu, a jedyny prawdziwie ciepły i słoneczny dzień to ten, w którym opuszczała Warszawę, zmierzając do rodzinnego miasta.

Dzisiejszy deszcz przechodził sam siebie w swojej intensywności. To, co zapowiadało się jedynie jako nieznośna mżawka, zmieniło się w płynącą strumieniami ulewę.

Cholera jasna. Co ją podkusiło, żeby dać się namówić Marcie, swojej przyjaciółce, na głupie zakupy w sąsiednim mieście? Karina nie ruszyłaby się z domu, gdyby przeczuwała taki niefortunny obrót pogodowej sprawy. Oczywiście wiedziała, że będzie siąpić, ale coś takiego nie przeszło jej przez myśl. Kto mógł się tego spodziewać? No cóż, jeśli ktoś miałby się spodziewać takich sytuacji, to właśnie ona, pomyślała z goryczą. Mało tego – była pewna, że gdyby podjęła decyzję o podróży w jakikolwiek inny dzień, jej położenie wyglądałoby identycznie.

Zwolniła do czterdziestu kilometrów na godzinę, próbując z wielkim trudem obserwować drogę pomiędzy zbierającymi wodę wycieraczkami, które wyglądały, jakby miały zaraz stanąć pod naporem kolejnych fal deszczu. Rozważała nawet zatrzymanie się na chwilę, żeby przeczekać nawałnicę, ale doszła do wniosku, że takie posunięcie mogłoby się okazać fatalne w skutkach. Droga wiodła przez osłaniający ją z obu stron gęsty las, który prawie dotykał wąskiego pasa pobocza. Kierowca nadjeżdżającego samochodu mógłby jej nie zauważyć i w najlepszym wypadku spowodować stłuczkę.

Nagle, w odległości dziesięciu metrów przed samochodem, zamajaczył jakiś kształt. Zahamowała tak gwałtownie, że pojazd pod wpływem śliskiej nawierzchni odwrócił się o dziewięćdziesiąt stopni.

Co za dzień. Karina nie pragnęła teraz niczego bardziej, niż znaleźć się w ciepłym mieszkaniu z kubkiem gorącej herbaty w rękach, oglądając jakiś głupi serial lub czytając dobrą książkę. Mniej więcej tak wyobrażała sobie pobyt w domu podczas tych wakacji. No, może nie do końca tak. W jej wyobrażeniach nie było wzmianki o nieprzewidywanych załamaniach pogody. Po całym roku akademickim i pracy w weekendy była niewypowiedzianie zmęczona, miała ochotę tylko na niczym niezmącone lenistwo.

W pierwszej chwili pomyślała, że drogę zagradza zerwana gałąź. Ponownie włączyła silnik samochodu, chcąc ominąć przeszkodę, i zamarła. Na jezdni nie leżała gałąź, a jeżeli już, to była to bardzo kudłata gałąź.

Niewiele myśląc, wyskoczyła z samochodu i prawie tonąc w strugach deszczu, podbiegła do nieszczęsnego stworzenia, którym okazał się bury pies. Niewielki kundel leżał nieruchomo na środku jedni, jak się jej wydawało, bez życia. Powoli zbliżyła się do psa i zauważyła, że poruszył głową i zaskomlał żałośnie. Karinę zalała fala współczucia i przerażenia na widok cierpiącego zwierzęcia. Nie wiedziała, co w takiej sytuacji zrobić. Wahała się go dotknąć w obawie, że sprawi mu jeszcze większy ból. Mimo wszystko zaryzykowała i złapała go za przednie łapy, próbując go podnieść albo chociaż przeciągnąć w bezpieczne miejsce. Deszcz zalewał jej oczy, a przyklejone ubranie utrudniało każdy ruch.

Kundelek popatrzył na nią swoim brązowymi, pełnymi bólu oczami, błagając ją o coś.

– Tak, wiem – odpowiedziała mu, chociaż nie była pewna, czy wie.

Przeciągnęła psa na pobocze. Mimo niezbyt dużych rozmiarów był bardzo ciężki, z trudem jej się to udało. Karina uznała, że nie ma takiej możliwości, aby dała radę przenieść go sama do auta bez przysporzenia mu dodatkowych cierpień, albo co gorsza dobicia go.

Boże, co dalej? – pomyślała w panice.

Wyciągnęła telefon i z przerażeniem stwierdziła, że padła bateria i nie da się z niego wykrzesać choćby jednego, jedynego połączenia.

– Nie wierzę! Co jeszcze? – krzyknęła wściekle w niebo.

Kundelek zaskomlał z bólu. Karina przykucnęła przy nim i w przypływie litości zaczęła głaskać go po głowie. Pies ledwo oddychał i co chwila przymykał wielkie brązowe ślepia, tracąc przytomność.

Nie potrafiła powstrzymać łez, które, zmieszane ze strugami deszczu, zaczęły spływać jej po twarzy. Frustracja i współczucie dla nieszczęsnego zwierzęcia, z którego na jej oczach ulatywało życie, wzięły górę nad jej opanowaniem i zdrowym rozsądkiem i rozszlochała się na dobre.

Nagle obok niej przejechał samochód. Zwolnił i zatrzymał się przed maską jej auta. Zesztywniała, słysząc otwierane drzwi obcego pojazdu, po części z zimna, była przemoknięta do szpiku kości, po części ze strachu. Opanuj się, na litość boską,to twoje rodzinne miasto, co może ci tu grozić – zbeształa się w myślach.

Drzwi auta zatrzasnęły się i zobaczyła, że wysiadł z niego młody mężczyzna. Twarz miał ukrytą pod kapturem, co mimo wcześniejszych wewnętrznych perswazji jeszcze bardziej ją zaniepokoiło i wzmogło jej czujność. Ubrany w czarne, przylegające dżinsy, ciemną bluzę i takąż samą skórzaną kurtkę, nie wzbudzał zaufania.

Zbliżył się szybkim, sprężystym krokiem. Karina przysunęła się instynktownie bliżej swojego samochodu, gotowa w każdej chwili wskoczyć do niego i odjechać, gdyby zaszła taka potrzeba.

– Potrzebujesz pomocy? – zapytał mężczyzna niskim głosem.

Ledwo wyszedł z auta, a już był cały mokry, ubranie przylgnęło do niego jak druga skóra. Szybkim ruchem ręki starł wodę z twarzy. Karina zauważyła, że był młody, musiał mieć około dwudziestu kilku lat.

Spojrzała w dół na nieprzytomnego już psa, nie znajdując żadnych sensownych słów na opisanie sytuacji, w której właśnie się znalazła. Mężczyzna podążył za nią wzrokiem i od razu zrozumiał, albo wydawało mu się, że zrozumiał.

– Potrąciłaś go? – zapytał bez żadnych emocji.

– Nie, nie ja – zaprzeczyła gorąco i jednocześnie potrząsnęła głową, żeby to podkreślić. – Zobaczyłam go na jezdni i chciałam mu pomóc, ale jest za ciężki i nie wiem, co dalej – wyrzuciła z siebie nieskładnie na jednym wydechu.

Szybko wytarła z twarzy łzy, tak jakby mógł je rozróżnić w strugach deszczu. Za nic w świecie nie chciała, żeby ktoś obcy widział, jak płacze. Z jego twarzy, przysłoniętej kapturem, nie mogła niczego wyczytać.

– Odsuń się – powiedział sucho i schylił się, aby podnieść psa.

Przykucnął przy zwierzaku, uniósł go niezwykle delikatnie, podtrzymując jedną ręką łeb, a drugą tułów, i ruszył w kierunku swojego samochodu.

– Otwórz drzwi – wydał jej kolejne polecenie, próbując przebić się głosem przez wciąż szalejącą ulewę.

Karina drgnęła, słysząc jego szorstki i rozkazujący ton, ale podbiegła szybko do auta. W innych okolicznościach nie pozwoliłaby mówić do siebie w ten sposób, ale nieznajomy był zdeterminowany, aby jej pomóc, więc milczała i wykonywała jego polecenia. Szybkim ruchem otworzyła tylne drzwi i odsunęła się. Mężczyzna ułożył nieszczęśnika na tylnym siedzeniu, nie zważając na to, że ubłocony i cuchnący pies zabrudzi mu tapicerkę.

– Nie jestem stąd, nie znam dobrze okolicy, a on chyba długo nie wytrzyma. – Wskazał ruchem głowy na swój samochód. Przydługie, jasne włosy przylgnęły mu do czoła, odgarnął je wierzchnią częścią dłoni. – Musisz wskazać mi drogę do najbliższego weterynarza – dodał, patrząc jej prosto w oczy.

Niczego nie muszę, pomyślała automatycznie, ale miała na tyle rozumu, żeby zatrzymać to dla siebie.

Karina zanotowała, że mężczyzna ma szare, głęboko osadzone oczy, których nie spuszczał z jej twarzy.

– Jedź za mną – rzuciła krótko i pobiegła do swojego samochodu.

Było dla niej oczywiste, że kurtuazja związana ze zwracaniem się do obcej osoby per pan/pani nie obowiązuje w takich sytuacjach.

Zawróciła w stronę miasta i ruszyła tak szybko, jak tylko pozwalały na to warunki na drodze. Gdy wyjeżdżała z odcinka szosy okolonego z dwóch stron gęstym lasem, deszcz zelżał i zmienił się delikatną mżawkę. Nie zastanawiając się długo, docisnęła pedał gazu. Szybka jazda była jedną z przyjemności, których nigdy sobie nie odmawiała, mimo braku entuzjazmu ze strony większości pasażerów.

Wjeżdżając do miasta, zwolniła, zerkając jedocześnie w lusterko, aby upewnić się, że jej wybawca wciąż za nią nadąża. Jej rodzinna miejscowość nie różniła się od innych tego typu na Lubelszczyźnie. Na obrzeżach mieściły się magazyny i lokalne firmy produkcyjne. Na pustych i gdzieniegdzie zadrzewionych działkach zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu pretensjonalne wille bogatych przedsiębiorców i radnych. Miasto dzieliło się na kilka części, poszatkowanych głównymi ulicami. Na jedną z nich składały się osiedla niskich bloków z wielkiej płyty. Inna część, okalająca ścisłe centrum, to dzielnica domków jednorodzinnych, kostek, jak nazywała je w myślach Karina, szczyt myśli architektonicznej późnych lat osiemdziesiątych. Wszystkie wyglądały dla niej tak samo i nie chodziło tu tylko o kształt budynków. Wybrukowany kostką podjazd dla samochodu, wypielęgnowany trawnik z kiczowatymi figurkami lub roślinną girlandą przy wejściu i wysokie tuje wciśnięte w metalowe ogrodzenia, stojące dumnie na straży prywatności domostw – wszystkim tym elementom aranżacyjnym towarzyszył bezdyskusyjny brak indywidualności i wyobraźni.

Karina skręciła na pierwszych światłach w prawo w kierunku jednego z takich osiedli. Wjechała w wąska uliczkę, przy której z jednej strony stały ciasno do siebie przytulone domki jednorodzinne, a z drugiej szereg lokali usługowych. Zaparkowała na zwalniającym się właśnie miejscu. Z ulgą stwierdziła, że kilka metrów dalej są także wolne miejsca. Wysiadła i zamknęła samochód, po czym podbiegła pewnie do szarej hondy civic, zastanawiając się, co z kundlem.

Mężczyzna wysiadł z samochodu i rozglądał się niepewnie. Twarzy nie zasłaniał mu już kaptur, jasne, wilgotne włosy zaczesał ręką do tyłu.

– A! Tu jesteś! Prowadź – wydał jej kolejne polecenie, ale już całkiem neutralnym tonem.

Karina poszła przodem w kierunku jednego z lokali z zielonym szyldem. Przychodnia Weterynaryjna „Precel”. Przytrzymała drzwi i mężczyzna wniósł nieprzytomnego psa, który, jak zauważyła z ulgą, wciąż oddychał. Weszli do recepcji z takim impetem, że oczy wszystkich obecnych w poczekalni osób zwróciły się w ich stronę. Jak zwykle w takich sytuacjach, Karina poczuła się niepewnie. Nie lubiła być w centrum zainteresowania, nieważne z jakiego powodu. Towarzyszący jej mężczyzna zdawał się nie zauważać nikogo i niczego, a tym bardziej nie okazywał żadnych oznak skrępowania.

Kolorystykę wnętrza przychodni, jak przystało na każdą szanującą się placówkę medyczną, stanowiła groszkowa zieleń, potocznie zwana szpitalną. Na ścianach wisiały różne plakaty i ulotki informacyjne na temat żywienia pupili i właściwej opieki nad nimi. Z niektórych ogłoszeń wyzierały samotne ślepia porzuconych zwierząt, które szukały, albo wręcz błagały o nowy dom. Obok recepcji mieścił się niewielki sklepik zoologiczny.

Musieli stanowić nie lada widowisko, oboje przemoczeni od stóp do głów, z nieprzytomnym zwierzęciem na rękach. Ignorując skonsternowane i oskarżycielskie spojrzenia osób w poczekalni, Karina zwróciła się bezpośrednio do recepcjonistki, wysokiej, ciemnowłosej dziewczyny, którą znała z widzenia.

– Czy jest Ula? Mamy potrąconego psa, który ledwo oddycha.

– Tak, ale jest teraz z pacjentem. Zaczekajcie, pójdę po nią. Proszę tutaj. – Wskazała ręką drzwi, które prowadziły do najbliższej sali zabiegowej. – Niech go pan położy na tym stole. A tutaj może pan umyć ręce – powiedziała, nie odrywając wzroku od mężczyzny.

Gdy podciągnął rękawy skórzanej kurtki, Karina zauważyła, że począwszy od nadgarstków jego wewnętrzną część ręki pokrywają skomplikowane, wijące się tatuaże. Przyglądała im się zafascynowana do momentu, w którym zdała sobie sprawę, że mężczyzna też jej się przygląda. Szybko odwróciła wzrok i ze zbytnią dokładnością zabrała się za mycie rąk.

W chwili, w której recepcjonistka opuściła pokój zabiegowy, pies zapiszczał przeciągle. Oboje rzucili się do stołu, zderzając się przy tym ramionami. Karina odsunęła się gwałtownie, rzucając szybkie „przepraszam”. Mężczyzna spojrzał na nią ciekawskimi szarymi oczami, jakby jej nie dosłyszał i chciał coś powiedzieć. W tej samej chwili w drzwiach stanęła Ula, omiatając wzrokiem sytuację, którą zastała w sali.

Ula, bliska przyjaciółka siostry Kariny, była niską, krępą kobietą o burzy rudych loków, które dla wygody związywała w ciasny węzeł.

– Kara, co się stało? To twój pies? – spytała, przenosząc wzrok z Kariny na jej towarzysza i z powrotem.

– Nie, znalazłam go leżącego na ulicy przy lesie, ktoś go potrącił i zostawił. Pewnie myślał, że już nie żyje.

– Albo miał to w dupie – rzuciła bez ogródek Ula, od razu zabierając się do pracy. – Poczekajcie, proszę, na zewnątrz, to trochę potrwa.

Posłusznie opuścili pomieszczenie, wchodząc ponownie do recepcji, pełnej rozmów, szczekania i ogólnego gwaru spowodowanego codzienną pracą przychodni. Karinę ogarnęło przygniatające wręcz zmęczenie, ale jednocześnie odczuła też ulgę na myśl o tym, że pies już nie cierpi; na pewno dostał sporą dawkę leku przeciwbólowego. W duchu żywiła nadzieję, że wyjdzie z tego, wiedziała jednak, że cokolwiek się wydarzy, najgorsze ma już i tak za sobą.

Karina była przekonana, że mężczyzna, upewniwszy się, że pies otrzyma pomoc, po prostu wróci do swoich spraw, ale ku jej zdziwieniu wcale nie zamierzał się ruszać z miejsca. Nie czuła się w jego towarzystwie swobodnie, głównie z powodu tego, że prawie w ogóle się nie odzywał; nie miała pojęcia, jak się przy nim zachowywać.

Oparł się nonszalancko o jedną ze ścian i wpatrywał się w witrynę przy głównym wejściu. Karina spojrzała na swoje odbicie w tej samej witrynie i przeraziła się tym, co zobaczyła – włosy opadały jej strąkami na ramiona i czoło, oczy miała zaczerwienione (to tyle, jeśli chodziło o ukrycie tego, że płakała), a pod nimi rozmazaną mascarę. Obraz nędzy i rozpaczy, pomyślała zrezygnowana i zaczęła niezdarnie wycierać dłonią wielkie plamy pozostawione przez tusz. W tej samej chwili w odbiciu napotkała rozbawione spojrzenie mężczyzny, który najwyraźniej od dłuższego czasu przyglądał się jej bezowocnym staraniom naprawienia swojego wyglądu. Odwróciła wzrok od szyby i przyjrzała mu się dokładnie, po raz pierwszy, odkąd zatrzymał się przy jej samochodzie, oferując pomoc. Był wysoki i szczupły. Przydługie blond włosy z powodu wilgoci zaczęły się wywijać w różne strony. Musiał zdawać sobie z tego sprawę, ponieważ co chwilę wygładzał je ręką i zaczesywał do góry. W szczupłej twarzy z wyraźnie zarysowanymi kośćmi policzkowymi dominowały duże szare oczy, które już wcześniej przykuły jej uwagę. Miało się wrażenie, że należały do osoby, która już wiele w życiu przeżyła. Ich głębię podkreślały ciemne cienie pod nimi, które sprawiały, że jego twarz wyglądała na zmęczoną. Jego usta mogły przyprawić o zazdrość niejedną kobietę, były pełne i idealnie zarysowane. Był na swój sposób przystojny, co potwierdzał chociażby zamglony wzrok recepcjonistki Niny, która, odkąd pojawili się w przychodni, bez przerwy na niego zerkała. Był ciekawy, ale zupełnie nie w typie Kariny.

Pomimo uczucia wdzięczności w niewytłumaczalny sposób działał jej na nerwy. Chcąc dać mu do zrozumienia, że jego rola już się zakończyła, postanowiła pierwsza się odezwać:

– Naprawdę nie musi pan tracić czasu i czekać tu ze mną. Pies jest w dobrych rękach, proszę mi wierzyć.

Drgnął, słysząc jej głos, który najwyraźniej wyrwał go z głębokiego zamyślenia. Wyglądał na zaskoczonego, nie wiedziała tylko, czy z powodu tego, co powiedziała, czy też tego, że w ogóle się do niego odezwała.

– Wierzę. Nie jestem tu z powodu braku zaufania do lekarza. Chciałbym po prostu wiedzieć, co będzie z nim dalej – powiedział trochę urażonym tonem. – Nie wiesz, że jeśli kogoś uratujesz, jesteś za niego odpowiedzialna do końca życia? – dodał całkiem poważnym tonem, co trochę zbiło ją z tropu i nie potrafiła od razu znaleźć jakiejś trafnej odpowiedzi.

Poczuła wstyd z powodu swojej nieuzasadnionej niechęci do tego mężczyzny, który przecież wcale nie musiał tkwić w zatłoczonej przychodni tylko po to, żeby przekonać się, czy biedne zwierzę z tego wyjdzie. Nie musiał w ogóle jej pomagać, mógł po prostu zostawić ją na tym mokrym poboczu, a ona przyglądałaby się bezradnie, jak z psa uchodzi życie. Niczego nie musiał. Jakie znaczenie miało to, że jest niewystarczająco miły czy niewystarczająco towarzyski?

Wypowiadając następne zdanie, starała się, by było możliwie najbardziej przyjazne.

– Nie podziękowałam panu… – Zabrzmiało to naprawdę szczerze, tak jak chciała.

Uśmiechnął się tak niespodziewanie, że Karina na chwilę zaniemówiła.

– No więc, słucham. – Wciąż się uśmiechał wyczekująco, pokazując białe, ale nie do końca równe zęby.

– Dziękuję – powiedziała, zaciskając wargi i powtarzając sobie w myślach wcześniejsze argumenty, dla których powinna być dla niego miła.

Otworzył usta, zapewne żeby znowu wprawić ją w zakłopotanie jakąś uwagą. Nie było jej jednak dane dowiedzieć się, co też takiego miał jej do powiedzenia, ponieważ w tym samym czasie z sali zabiegowej wyszła Ula. Oboje zwrócili się w jej stronę, dziwnie zsynchronizowani, podobnie jak wcześniej w gabinecie.

– Na chwilę obecną wiem, że ma złamaną łapę i pęknięte żebro. Musimy zrobić USG, żeby sprawdzić, czy nie zostały uszkodzone organy wewnętrzne. Trochę to potrwa i nie ma sensu tu czekać. Zrobimy wszystko, co będzie można – powiedziała rzeczowo.

– Dziękuję. Proszę, daj mi znać… – zawahała się, czując ucisk w gardle – cokolwiek się stanie. – Nie patrząc na nikogo, odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem wyszła na zewnątrz, żeby schować się przed spojrzeniami innych, mając świadomość tego, że delikatna tama powstrzymująca ją od szlochu może w każdej chwili pęknąć.

Skierowała się prosto do samochodu, chcąc jak najszybciej znaleźć się w domu i zrzucić z siebie mokre ubrania.

Siedząc już w aucie i gotując się do wyjazdu, po raz ostatni spojrzała w stronę przychodni. Mężczyzna stał na zewnątrz praktycznie bez ruchu i patrzył w jej stronę. Nie potrafiła odgadnąć, o czym myśli. Co sobie pomyślał po tym, jak wyszła tak bez pożegnania? Czy cokolwiek o niej myśli? Nieważne. Na pewno nigdy więcej go nie zobaczę. Uruchomiła silnik i ruszyła przed siebie, nie rozumiejąc, dlaczego ta myśl tak ją zasmuciła.

*

Odkąd Aleksander sięgał pamięcią, pokój, który zajmował podczas pobytu w domu swoich dziadków, wyglądał dokładnie tak samo. Zmieniał się jedynie kolor ścian i zasłon, które jego babcia szyła własnoręcznie. Pokój był niewielki, mieściło się w nim dwuosobowe łóżko, dwuskrzydłowa szafa i biurko z nocną lampką. Teraz królowały w nim brązy i beże, co według Aleksandra było, jak dotąd, najlepszym zestawieniem kolorystycznym, jakie zastosowano w tym pomieszczeniu. Uśmiechnął się na wspomnienie jednego z jego wakacyjnych pobytów, kiedy to, najprawdopodobniej w przypływie chwilowego szaleństwa, jego babcia przemalowała ściany na żółto, a w oknie zawiesiła zielono-pomarańczowe zasłony. Nie mógł się w nim skupić nawet przez chwilę i wchodził do niego tylko po to, żeby szybko zasnąć.

Zrzucił z siebie mokre ubranie, które wręcz przykleiło się do jego skóry po tym, jak zmókł do suchej nitki, uczestnicząc w dziwnym zdarzeniu tego popołudnia. Myślał, że to będzie zwykły, chociaż niemiłosiernie deszczowy i nudny dzień, jakich było mnóstwo, odkąd przyjechał do Polski trzy tygodnie temu, ale ten dzień różnił się od poprzednich. Wszystkie minione dni były odzwierciedleniem jego stanu ducha. Od dłuższego czasu było lepiej, nie idealnie czy dobrze, tylko lepiej.

Wszystko zmieniło się na tydzień przed wyjazdem. Przed oczami miał wciąż wyraz twarzy doktora Lewina, kiedy tamten przedstawiał mu comiesięczne wyniki badań. Oczywiście był jak zawsze miły, opanowany, ale w jego zwykłym, przyjaznym obyciu brakowało swobody, dzięki której zjednywał sobie pacjentów. Aleksander wiedział, od chwili, w której go zobaczył, że ta wizyta nie będzie taka jak inne.

Minęło ponad pięć lat od momentu remisji choroby, ale ani jeden jego dzień nie był od niej wolny. Pomimo zapewnień, że tak długi czas od ostatniego ostrego ataku białaczki pozwala uznać ją za całkowicie wyleczoną, jego strach wcale nie zelżał, a wręcz przybierał na sile każdego dnia. Jakby wbrew samemu sobie i wszelkim optymistycznym zapewnieniom czekał na jej powrót. Była w jego myślach, planach i marzeniach, zawsze gdzieś tam ukryta, nawet w najszczęśliwszych chwilach w jego życiu. Łudził się, że to chroni go przed rozczarowaniem i strachem, bo był cały czas przygotowany. Uśmiechnął się tylko na myśl o swojej naiwności. Nic nie mogło go przed nimi uchronić, ponieważ gdzieś głęboko, w jakimś zakamarku świadomości chciał wierzyć, że choroba już się nie pojawi i że stanie się jakimś mirażem z przeszłości, o którym z czasem zapomni.

Mimo zapewnień doktora Lewina, że to najprawdopodobniej fałszywy alarm, wokół jego serca zaczęła się tworzyć niewidzialna pętla, która zacieśniała się każdego dnia. Jedyne, czego teraz pragnął, to przetrwać to cholerne wesele tak, aby Anna niczego się nie domyśliła. Nie pozwoliłby nikomu zniszczyć jej największego marzenia, jakim było zorganizowanie swojego wesela w Polsce, w tym małym miasteczku, z którego pochodzą ich rodzice. Nieważne, jak bardzo ten pomysł mógł wydawać się mu pomylony, nie zrobi niczego, co mogłoby go zrujnować.

Przebrał się w suchą koszulkę i dżinsy, po czym rzucił się na łóżko, czując, jak zaczyna go ogarniać zmęczenie i senność. Zamknął oczy, chcąc chociaż na chwilę wyłączyć mózg i przestać myśleć. Nie było to takie łatwe, ponieważ przy każdej próbie oderwania się od rzeczywistości przed jego oczami jak w kalejdoskopie zaczynały przewijać się zdarzenia z dzisiejszego popołudnia. Ulewa. Samochód na poboczu. Dziewczyna. Jej zaczerwienione od płaczu oczy. Potrącony pies. Droga do weterynarza. Rozmowa z nią w poczekalni. Jej nagłe wyjście bez pożegnania. I w końcu jego zaskoczenie i zawód, kiedy to się stało. Karina. Tak miała na imię. Kiedy zobaczył ją na poboczu, wyglądała na tak przestraszoną, że w pierwszej chwili pomyślał, że kogoś zabiła. Dopiero później zdał sobie sprawę, że tym, co ją tak wystraszyło, był on sam. Zważywszy na okoliczności, nie mógł jej za to winić. Stała tam przemoczona od stóp do głów, drżąc z zimna, sama w środku lasu, zdecydowana ratować biednego kundla. Czy mógł ich tam zostawić? Wciąż zastanawiał się, w jakim stanie jest pies. Czy przeżył? Jeśli tak, to co stanie się z nim później?

Wstał z lóżka, wiedząc już, że z drzemki nici. Najpewniej czeka go kolejna bezsenna noc związana ze zmianą stref czasowych, a szanse na odespanie chociażby części zeszłej właśnie się ulotniły. Minęły już trzy tygodnie, a on wciąż nie mógł unormować swojego rytmu snu.

Jakby na potwierdzenie tych rozmyślań do jego pokoju wpadł James, przyszły mąż jego siostry. Wysoki, ciemnowłosy i ciemnooki chłopak, który stanowił wizualny kontrast dla jego jasnowłosej i niebieskookiej siostry. Wygląd to jedyna rzecz, jaka ich różniła. Poznali się na studiach i od tego czasu byli nierozłączni. Mimo że nie spieszyli się z zaręczynami i ślubem, dla wszystkich było oczywiste, że prędzej czy później do tego dojdzie. Aleksander nie mógłby wybrać lepszego męża dla swojej siostry.

– Alek, come with me – krzyknął James i bez zbędnych ceregieli rzucił w niego jego własną kurtką, dając mu tym samym do zrozumienia, że wychodzą.

– God, what now? – rzucił znużonym tonem.

Złapał w locie kurtkę i zsunął się leniwie z łóżka.

– Don’t ask, just come.

– I bet that Anna came up with some great idea, like me carrying her dress during the wedding or throwing bunches of flowers over her feet.

James wybuchnął śmiechem i szturchnął go w ramię.

– If she doesn’t come up with that, I swear I will.

– I’m sure you will – Aleksander uśmiechnął się, zdążył tylko wyciągnąć telefon z mokrych spodni przewieszonych przez krzesło i dołączył do Jamesa, który wciąż rozbawiony czekał na niego w korytarzu.

*

Na zewnątrz zaczynało zmierzchać, powietrze było wciąż przesiąknięte zapachem deszczu, ale ciemne chmury zalegające cały dzień na niebie zaczęły powoli ustępować. Na horyzoncie majaczyły różowe i pomarańczowe obłoki zabarwione przez zachodzące słońce. Karina wzięła głęboki wdech, wciągając do płuc zapach jednego z nielicznych ciepłych wieczorów. Upewniwszy się, że jej iPod ustawiony jest na odpowiedni zestaw muzyki, ruszyła biegiem przed siebie. Nigdy nie sądziła, że coś tak z pozoru nudnego i prostego jak bieganie stanie się jej nałogiem.

Prawie codziennie, niezależnie od pory roku czy pogody, biegła znanymi ścieżkami tak długo, aż brakowało jej tchu, a nogi odmawiały posłuszeństwa.

Dobrze pamiętała swoje początki. Dostawała zadyszki po przebiegnięciu trzystu metrów. Po sześciuset metrach bała się, że wypluje własne płuca. Z każdym dniem zadyszka pojawiała się później, a decyzję o zatrzymaniu się zaczęła podejmować ona sama, a nie jej kondycja. Nie mogła wyobrazić sobie niczego bardziej wyswobadzającego od biegu, dzięki któremu odgradzała się od świata i tego, co w nim najbardziej odpychające i straszne. Nie musiała wtedy myśleć, nie musiała się martwić, nie wracały do niej żadne wspomnienia. Wszystko to sprawiało, że chociaż przez chwilę była wolna, i to od tego uczucia była tak naprawdę uzależniona.

Na dworze zrobiło się już zupełnie ciemno, kiedy zdyszana i cała mokra stanęła przed drzwiami domu. Niewielkie mieszkanie mieściło się na ostatnim piętrze punktowego bloku na spokojnym i zielonym osiedlu, zlokalizowanym na obrzeżach centrum. Razem z siostrą i matką dzieliły przestrzeń, na którą składały się trzy niewielkie sypialnie, salon i kuchnia. Teraz zarówno Karina, jak i jej siostra Maja bywają w domu tak rzadko, że jeden z ich pokoi mama przerobiła na olbrzymią garderobę, o której zawsze marzyła.

Zamknęła drzwi i w tej samej chwili usłyszała dzwonek telefonu, który dochodził z jej pokoju. Nie odebrała od razu, spojrzała na wyświetlacz i zmarszczyła brwi, zastanawiając się, czyj to numer. Wiedziała, że nie jest to numer Uli, która od wczoraj regularnie zdawała jej relacje z postępów leczenia potrąconego psa. Piesek miał się całkiem dobrze, zważywszy na okoliczności, i dochodził do zdrowia. Jutro zamierzała go odwiedzić i na własne oczy się o tym przekonać.

– To ja. – Usłyszała znajomy głos.

– To nie jest twój numer, Marta, skąd dzwonisz? – zapytała zaintrygowana, czując jednocześnie dziwną ulgę, że tajemniczy numer należał do jej przyjaciółki.

– Jest mój, tymczasowo. Zgubiłam wczoraj telefon i zanim zdobędę nową kartę, to będzie mój numer. Ale nieważne. Skup się, Kara, i posłuchaj. – Zdecydowany ton w głosie Marty mógł oznaczać tylko jedno.

Miała plan. Miała zapewne głupi plan. Miała głupi plan, który obejmował także jej osobę.

– No, słucham. – Karina sapnęła ostentacyjnie, przygotowana jednocześnie do tego, aby w porę zaprotestować, gdyby sprawy zaszły ciut za daleko.

– Wychodzimy dzisiaj. Nic nie mów, wysłuchaj mnie do końca. Wiem, że chciałaś tylko odpoczywać, ale…

– Pójdę – przerwała jej szybko.

– Nie każę ci nic… Naprawdę? – W jej głosie słychać było niedowierzanie.

– Tak, pójdę. – Może był to skutek zbyt dużej dawki dopaminy po intensywnym biegu, a może dobrych wieści od Uli, ale po raz pierwszy zgodziła się bez szemrania, aby Marta zorganizowała im wieczór.

– Będę u ciebie za godzinę. – Karina chciała zapytać, gdzie się wybierają, ale Marty już dawno nie było po drugiej stronie słuchawki.

Była jej najbliższą przyjaciółką, jeszcze z dzieciństwa. Od zawsze razem, poczynając od szkoły podstawowej, przez szkołę średnią, a kończąc na studiach. Chociaż nie były na tym samym kierunku – Karina wybrała architekturę wnętrz, a Marta fizjoterapię – zamieszkały razem. Najpierw dzieliły pokój w akademiku, a potem wspólnie znalazły małe mieszkanie na warszawskiej Woli.

Stojąc pod prysznicem, Karina zastanawiała się, z czym też dziś będzie się musiała zmierzyć w towarzystwie znajomych Marty. Pomimo tych wszystkich wspólnych rzeczy i zdarzeń, które je łączyły, nie były nierozłączne i miały oddzielne światy, w których się poruszały i na które składały się chociażby różne kręgi znajomych. Karina znała znajomych Marty, ale nie mogła powiedzieć, że za wszystkimi przepadała w równym stopniu. No cóż, jakoś przeżyję ten jeden wieczór. Była jej to winna. Była jej winna o wiele więcej, ale Marta nigdy, nawet jednym słowem nie wymogła na niej jakiegokolwiek dowodu wdzięczności. Taka właśnie była i taką ją właśnie uwielbiała.

Susząc przed lustrem długie, kasztanowe włosy, wpatrywała się w swoje odbicie. Przed oczami stanęła jej scena w przychodni, kiedy to spostrzegła w szybie swoje nieszczęsne oblicze. Przypomniała sobie też szare, podkrążone oczy i ten uśmiech, który sprawił, że zaniemówiła zaskoczona. Przypomniała sobie – to złe wyrażenie. Żeby móc sobie przypomnieć, trzeba najpierw zapomnieć, a ona nie potrafiła zapomnieć wczorajszego popołudnia. Tłumaczyła sobie, że było to dość traumatyczne przeżycie, ale czy tylko dlatego? Potrząsnęła głową, tak jakby to miało sprawić, że wyrzuci z głowy ten uśmiech i te oczy.

Związała suche już włosy w wysoki kucyk, który odsłonił jej tatuaż za uchem, składający się z trzech kawałków puzzli, na których widniały różne fragmenty kolorowego motyla. Nidy nie chciała mieć tatuażu, właściwie to nigdy nie zastanawiała się nad tym, czy chciałaby go mieć. Pewnego dnia, przechodząc obok jednej z kamienic u zbiegu Nowego Światu i ul. Chmielnej, zobaczyła wielki szyld z neonem, na którym mienił się różnymi kolorami wielki motyl. Bez zastanowienia weszła do środka i poprosiła o specjalność zakładu, czyli motyle. Nigdy nie zapomni miny Marty, kiedy jej go zaprezentowała. Myślała wtedy, że będzie musiała zbierać z podłogi jej dolną szczękę. Uśmiechnęła się na to wspomnienie.

Wiedziała, że się zmieniła, wszyscy to wiedzieli. Teraz robiła rzeczy, których nie zrobiłaby wcześniej, ale nie zastanawiała się nad tym, czy to dobrze, czy źle. Jedyną osobą, przez którą jej niestandardowe zachowania były odbierane jako coś złego, była jej mama. Zawsze patrzyła na nią tak, jakby czekała, aż wyrośnie jej ogon albo druga głowa. Nie potrafiła pogodzić się z tym, że z niektórych dróg nie ma powrotów. Można tylko iść do przodu i nie spoglądać za siebie, czasami zapomnieć, a kiedy indziej udawać, że to nigdy nie miało miejsca. Karina skłaniała się ku ostatniemu rozwiązaniu.

Kiedy niecałe dwa lata temu Karina została napadnięta, zgwałcona i pobita do nieprzytomności, dla jej matki musiał zakończył się pewien etap życia. Dwa miesiące zajęło Karinie dojście do zdrowia. Z całego zajścia zostało jej kilka widocznych blizn, ta najbardziej spektakularna, nad obojczykiem, zamieniła się w białą pręgę, która miała jej towarzyszyć na zawsze. Ledwo pamięta to zdarzenie, ponieważ po silnym ciosie w twarz na samym wstępie straciła przytomność. Nie pamięta bólu, nie pamięta napastnika i, za co jest najbardziej wdzięczna, nie pamięta gwałtu. Ostatnia rzecz, jaką potrafiła sobie przypomnieć, to kłótnia z jej chłopakiem, Łukaszem, zaraz po tym, jak znalazła go całującego jakąś pijaną dziewczynę w krakowskim klubie, w którym się bawili tego wieczora. Całą resztę spowija gęsta mgła, przez którą za nic w świecie nie chciała się przebijać. Tak było dla niej lepiej i bezpieczniej.

Nigdy nie wykrzyczała ani nie wypłakała swojego bólu. Nigdy nie wybuchła niekontrolowanym gniewem, nie rozbiła też żadnego przedmiotu o ścianę. To bardzo niepokoiło jej matkę, która obawiała się, że prędzej czy później odreaguje przeżyte traumatyczne chwile destrukcyjnymi zachowaniami, takimi jak narkotyki, alkohol czy przygodny seks. Każda zaskakująca decyzja w jej wydaniu, chociażby ta o tatuażu, była w odczuciu jej matki pierwszym krokiem do samounicestwienia.

Przed wyjściem spojrzała jeszcze szybko w duże lustro w srebrnej ramie, które wisiało w korytarzu. Na ciemne dżinsowe rurki założyła luźny szary T– shirt z opadającym na jedną stronę rękawem, do tego białe tenisówki. Zostawiła mamie na poczcie głosowej wiadomość o tym, gdzie jest i kiedy wraca. Miała dwadzieścia jeden lat i nie musiała się meldować ani przed matką, ani przed nikim innym. To był gest w jej stronę, jeden z wielu, którymi próbowała wynagrodzić jej to, co przeżyła, i pokazać, że nie dzieje się z nią nic złego.

Zamknęła drzwi i zbiegła schodami, przeskakując po dwa stopnie na raz, jak robiła to w dzieciństwie, czując zadziwiającą lekkość na duszy, której nie potrafiła w żaden sposób wytłumaczyć.

*

Lokal o nazwie „Macchiato” bynajmniej nie oferował kawy. Był to niewielki pub, znajdujący się przy jednej z głównych ulic miasta, na tyłach miejskiego domu kultury. Budynek z trzech stron okolony był gęstym parkiem, a wejście do knajpki znajdowało się zaraz przy wybrukowanej ścieżce, prowadzącej do samego serca tego parku. Pomimo urokliwej okolicy, Aleksander nie wybrałby tego miejsca na wieczorną posiadówkę w gronie znajomych. Dom kultury z zewnątrz wyglądał jak pustostan, ale nie taki z klimatem wielkomiejskiego loftu, tylko zwykły niedokończony budynek. Ściany z szarej cegły zostały wymazane sprejem w coś, co mogło być wstępem do graffiti wyjątkowo nieuzdolnionego artysty. Jedna ściana budynku była w połowie przeszklona i z tej właśnie strony znajdowały się drzwi, które prowadziły na niewielki taras, ogrodzony drewnianym parkanem. Na tarasie straszyły olbrzymie parasole z logo Coca-Coli. Wszystko to stanowiło trochę żałosny i pretensjonalny widok.

Jak zwykle decyzja o zagospodarowaniu czasu wolnego nie należało do niego ani do Jamiego. Anna uparła się na to miejsce z powodów sentymentalnych. To tu, w czasie prawie każdych wakacji, organizowała spotkania ze swoimi przyjaciółkami z Polski. Jedno z nich miało odbyć się właśnie dzisiejszego wieczora. Aleksander chciał dziś odespać zeszłą noc, ale Jamie błagał go na kolanach, aby nie zostawiał go samego. Zlitował się nad człowiekiem i ledwo żywy poczłapał za nimi do tego przybytku niewyszukanej rozrywki.

W środku pub nie prezentował się lepiej. Przy samym wejściu gości witał wysoki, ceglany kontuar, za którym uwijali się barmani. Całe pomieszczenie wypełnione było niewielkimi, okrągłymi, drewnianymi stolikami. W środku było gwarno, duszno i wyjątkowo jasno jak na pub. Główną klientelę stanowili nastolatkowie. Poczuł dyskomfort, przepychając się pomiędzy gapiącymi się na nich bez skrępowania ludźmi.

– Isn’t it cozy? – Anna uśmiechała się od ucha do ucha jak mała dziewczynka, zajmując miejsce przy jedynym wolnym stoliku.

Aleksander wzruszył ramionami i wymienił szybkie spojrzenia z Jamesem, równie zachwyconym doborem lokalu, co on.

Oboje z Anną wychowali się w dwujęzycznym domu. Nie mieli problemu z płynnym przeskakiwaniem z jednego języka na drugi. Ich ojciec dostał intratną propozycję pracy na początku lat dziewięćdziesiątych i całą rodziną postanowili szukać szczęścia za oceanem. Anna miała wtedy pięć lat, on niecałe trzy. Rodzice nie pozwolili im zapomnieć o Polsce, a tym bardziej nie pozbawili ich możliwości mówienia w ich ojczystym języku. W domu mówili tylko po polsku, w szkole i wśród przyjaciół po angielsku. Pozwoliło im to mówić w obu językach bez akcentu i naleciałości. Anna władała także francuskim, ale dla niego ten język nie miał aż tyle uroku, żeby poświęcić mu się bez reszty, dlatego poznał go tylko na tyle, aby pozaliczać potrzebne egzaminy.

– Of course, whatever you say Ann – odpowiedział z pełną powagą James.

Anna podniosła rękę z zamiarem zdzielenia go przez ramię, co robiła dość często, ale w tym samym momencie pojawiła się jej przyjaciółka, która nieświadomie zapobiegła tej eskalacji przemocy.

– Magda!!! Boże, jak dawno się nie widziałyśmy. – Rzuciły się sobie w ramiona i pokrzykiwały bez ładu i składu, jak to ładnie wyglądają i co u nich słychać.

Magda, rówieśnica Anny, była wysoka, zgrabna i ładna. Miała duże brązowe oczy i ciemne włosy, podpięte z boku, co nadawało jej bardzo dziewczęcy wygląd.

Anna przedstawiła jej Jamesa, który przywitał ją uściskiem dłoni, i wskazała na Aleksandra.

– Aleksandra pamiętasz? – Magda zwróciła się w jego stronę z uśmiechem.

– Oczywiście, że pamiętam. – Wyciągnęła do niego rękę i uśmiechnęła się zalotnie, co oczywiście nie umknęło jego uwadze, ale zamiast mu pochlebić, tylko go poirytowało.

On nie pamiętał jej w ogóle, ale próbował nie dać tego po sobie poznać.

Wiedział, że podoba się kobietom, chociaż Bóg mu świadkiem, nie wiedział dlaczego; nie robił nic, żeby tak się działo. Nie dlatego, że nie lubił kobiet, wręcz przeciwnie, ale w jego życiu nie było miejsca na związki i dramaty z nimi związane. Nie wtedy, kiedy cały jego świat to walka o czas, którego w każdej chwili mogło mu zabraknąć.

– Hej – przywitał się krótko, chcąc już na samym wstępie zniechęcić ją do dalszych flirtów i zalotów.

Ku jego zaskoczeniu uśmiechnęła się jeszcze szerzej, najwyraźniej nie odczytując jego niewerbalnych sygnałów. Zapowiada się ciężki wieczór, pomyślał, pociągając spory łyk piwa.

*

Dotarły na miejsce o wpół do dziesiątej. Marta całą drogę rozprawiała o tym, jak to będą się super bawić. Karina wiedziała, że wyjście to nic innego jak okazja spotkania jej wielkiej słabości, Adama. Przechodziła samą siebie w aranżowaniu przypadkowych spotkań, planując wydawałoby się niemożliwe do zrealizowania, zbiegi okoliczności. Kochała się w nim skrycie od liceum i nie zapowiadało się na to, żeby to uczucie miało się kiedykolwiek wypalić. A może o to właśnie chodziło. Miłość jest piękna, czysta i wyidealizowana, ale tylko wtedy, gdy jest niespełniona. Nie ma wtedy okazji pokazać swojego brzydszego, nieidealnego oblicza: zazdrości, zaborczości, zawodu, zdrady. Kiedy nie oczekujesz i nie spodziewasz się niczego, nic nie może cię zaskoczyć i zranić.

Właśnie wychodziły z parku, kiedy Marta dostrzegła grupkę osób czekającą przed wejściem. Pomachała im na powitanie i ruszyła w ich stronę, a Karina, biorąc głęboki wdech, poszła za nią. Przywitały się ze wszystkimi. Wśród niewielkiej grupki osób znalazła się Asia, ich wspólna znajoma ze szkoły średniej, niski rudzielec z twarzą upstrzoną piegami. Grzegorz, jej nowy nabytek, był dobrze zbudowanym chłopakiem o raczej przeciętnej urodzie. Uśmiechnął się do Kariny i Marty, przyciągając do siebie rozpromienioną Asię. W grupce czekały także Ania i Dagmara, które wszędzie chodziły razem. Karina pomyślała z rozbawieniem, że od tego ciągłego przebywania razem dziewczyny coraz bardziej zaczęły się do siebie upodabniać. Obie były tego samego wzrostu, włosy w kolorze ciemny blond i brązowym miały zwinięte w ciasne koki. Ich garderobę różnił tylko kolor żakietów, Ania wybrała czerwony, Dagmara fioletowy. Ciężko je teraz rozróżnić, pomyślała Karina złośliwie.

Karina zaczynała się obawiać, czy aby jej i Marty nie czeka podobny los, ale jedno spojrzenie na czarną, przewiewną sukienkę przyjaciółki upewniło ją, że jeszcze daleka do tego droga.

Marta zaczęła się niespokojnie rozglądać, ponieważ wśród jej znajomych nie było Adama. Karina, widząc jej zawód, zapytała, nie zwracając się do nikogo konkretnie:

– Czekamy na kogoś jeszcze czy wchodzimy do środka?

Marta popatrzyła na nią z wdzięcznością.

– Czekamy jeszcze na Adama i Marcina, będą lada moment – odpowiedziała Asia, zerkając ukradkiem na Martę. Cholera,ona też wie.

– Marcin? Jaki Marcin? – zapytała Dagmara, która nie miała w zwyczaju przepuszczać okazji do flirtów, nawet tych z góry skazanych na porażkę.

– Jakiś kumpel Adama ze studiów. – Asia najlepiej orientowała się w sytuacji, ponieważ była jego dość bliską koleżanką i to ona zorganizowała dzisiejsze spotkanie. – O, właśnie idą.

Wszyscy spojrzeli w stronę, z której nadchodzili. Adam, wysoki i muskularny facet o oliwkowej cerze i prawie czarnych oczach, zauważywszy ich, uśmiechnął się szeroko. Nie dało się ukryć, że był nieprzeciętnie przystojny, co w pewnym stopniu tłumaczyło niestygnące zadurzenie Marty. Karina zerknęła na nią ukradkiem i stwierdziła, że ta na jedną chwilę przestała oddychać.

– Cześć wszystkim – przywitał się Adam, a z jego twarzy nie znikał zaraźliwy uśmiech. Na sekundę zatrzymał wzrok na Karinie, tak jakby jej nie poznawał, po czym zwrócił się w stronę towarzyszącego mu chłopaka: – To jest Marcin. Marcin, poznaj Karinę, Martę, Asię, Grzegorza, Dagmarę i Anię – wyrecytował na jednym wydechu, na co chłopak odpowiedział nieśmiałym uśmiechem i skinieniem głowy.

Marcin w zestawieniu z Adamem wydawał się dość przeciętny, był trochę niższy od niego, miał niebieskie oczy i ciężki do określenia w świetle latarni kolor włosów. Wrażenie, że nie wyróżnia się niczym szczególnym, trwało jednak tylko do momentu, w którym się uśmiechnął. W policzkach pokazały mu się wtedy dołki, którymi na pewno rozbrajał każdego. Były urocze. No cóż, może nie był to komplement, który chciałby usłyszeć facet, ale taka była prawda.

Karina potrafiła bezbłędnie ocenić, kto komu i kiedy przypada do gustu, tylko po jednym spojrzeniu. Tak było w tej chwili. Marcin, który tylko zerknął na Martę, zrobił to w taki sposób, że nie miała wątpliwości co do tego, kto właśnie został obiektem jego zainteresowania. Nie można mieć do niego pretensji. Marta była z nich wszystkich najatrakcyjniejsza. Sięgające do ramion blond włosy, niebieskie oczy, prosty mały nos i piękny uśmiech raczej nie utrudniały jej kontaktów z mężczyznami. Była typową filigranową blondynką, która mogła mieć każdego. Problem polegał na tym, że nie chciała każdego, chciała Adama.

Całą grupą weszli do pubu, zostawiając za sobą świeży zapach letniej nocy i zamieniając go na zaduch, jaki panował w lokalu. Karina nigdy nie widziała tu takich tłumów. Zewsząd dochodziły ich głośne rozmowy i wybuchy śmiechu. Z powodu braku miejsc, zarówno siedzących, jak i stojących, przystanęli przy barze, próbując złożyć zamówienie na cokolwiek. Głośna muzyka sącząca się z olbrzymich głośników skutecznie utrudniała kontakt z barmanami, do których trzeba było się zwracać tylko na migi. Jak bydło na spędzie. Przecież to miała być zabawa, a nie tortura.Karinie zaczynało robić się duszno, a regularne szturchańce, jakie otrzymywała od przechodniów, doprowadzały ją do szału. Odsunęła się od baru, aby chociaż na chwilę odseparować się od wbijających się w jej żebra łokci i przydeptujących ją stóp. W tłumie zaczęła szukać wzrokiem Marty, żeby zaproponować przeniesienie się w jakieś spokojniejsze miejsce, których w mieście przecież nie brakowało.

Jej wzrok prześlizgiwał się po sali i ludziach, wśród których zauważała bliższych lub dalszych znajomych. Już chciała dać za wygraną, ale wtedy go zobaczyła. Zajmował jeden ze stolików w samym rogu sali. Towarzyszyły mu dwie dziewczyny i młody mężczyzna. Wyglądał na zmęczonego i bezmiernie znudzonego. Wydawało się, że słucha nachylającej się w jego stronę ładnej brunetki, która szeptała mu coś do ucha, ale w jego oczach odbijała się tylko bezdenna pustka, tak jakby myślami był miliony kilometrów stąd. Dobry Samarytanin, który wczoraj pomógł jej uratować psa od niechybnej śmierci, mężczyzna, którego miała już nigdy nie spotkać, jak gdyby nigdy nic siedział sobie z grupką znajomych przy piwie w najczęściej odwiedzanym barze w mieście. Przydługie włosy związał w kucyk, odsłaniając wysokie czoło, a pojedyncze kosmyki wysuwały się z tego luźnego podpięcia. Miał na sobie jasne dżinsy i flanelową koszulę w niebiesko-białą kratę, której podwinięte rękawy odsłaniały misterne tatuaże w pełnej krasie.

Kiedy wpatrywała się w niego jak zahipnotyzowana, nagle podniósł głowę i spojrzał jej prosto w oczy, zastygając z butelką piwa przy ustach. Dzieliło ich od siebie jakieś dziesięć metrów, ale nawet stąd widziała, jak zmienia się wyraz jego twarzy, kiedy zdał sobie sprawę, że ją poznaje. Podniósł delikatnie brwi, a z jego oczu zniknęła pustka, zastąpiona przez ciekawość i coś jeszcze, czego nie potrafiła w tym momencie rozszyfrować. Patrzył na nią tak, jakby w pomieszczeniu nie było nikogo innego, tak jakby zostali zamknięci w ciasnej windzie, która wiozła ich w jakieś nieznane miejsce. Karina z jednej strony chciała to przerwać, chciała wyjść z tego dusznego i zatłoczonego lokalu, żeby jak najszybciej zaczerpnąć świeżego powietrza, którego z niewiadomych przyczyn nagle jej zabrakło. Z drugiej strony nie chciała tego wszystkiego, chciała zatrzymać czas i patrzeć w te szare, duże oczy, które bezgłośnie zadawały jej jakieś pytania.

Nagle poczuła na swoim ramieniu dotyk czyjejś ręki, a potem oddech przy szyi. Poczuła się tak, jakby ktoś obudził ją w trakcie lunatykowania. Od razu zesztywniała i odwróciła się gwałtownie. Ze zdziwieniem stwierdziła, że za jej plecami stoi Adam, który chyba chciał jej coś powiedzieć, ale jej reakcja spłoszyła go na tyle, że teraz tylko patrzył na nią szeroko otwartymi, ciemnymi oczami, nie wiedząc, jak zareagować. Podniosła brwi, co miało oznaczać: „O co chodzi?”. Niespodziewanie złapał ją za rękę i zaczął przeciskać się przez tłum do wyjścia. Zaskoczona, dała się prowadzić aż do chwili, w której znaleźli się na zewnątrz. Wysunęła wtedy rękę z jego mocnego uścisku i zatrzymała się nagle.

– Adam, o co chodzi? Gdzie są wszyscy? – zapytała poirytowana, głównie z powodu tego, że przerwał coś, czego sama nie rozumiała, ale czego z całą pewnością, nie chciała jeszcze przerywać.

– Nic się nie stało. Chciałem po prostu z tobą porozmawiać, a tam nie było na to szans – odpowiedział na pozór całkiem swobodnie, ale jego cała sylwetka i pojedyncze gesty były całkowitym zaprzeczeniem tego wyluzowanego tonu.

Przenosił ciężar ciała z jednej nogi na drugą, dotykając przy tym ręką karku.

– Dobrze. O czym chciałeś porozmawiać? A przy okazji, widziałeś Martę? – Chcę ją zatłuc za ten wieczór.

– Widziałem, jak rozmawiała z Marcinem, dziewczyny wciąż stoją przy barze. Nie widziałaś ich? Stały zaraz za tobą.

W tamtej chwili nie zobaczyłabym nawet pociągu przejeżdżającego przez środek tego baru.

– No cóż, nie – skwitowała krótko. – Co takiego ważnego chciałeś mi powiedzieć, że prawie siłą wyciągnąłeś mnie z miejsca przy ścianie, w którym tak dobrze się bawiłam? – zażartowała, ale najwyraźniej był to kiepski żart, bo Adamowi nie drgnął nawet kącik ust.

Ku jej ogromnemu zaskoczeniu podniósł rękę i delikatnie odgarnął kosmyk włosów, który wysunął się z jej końskiego ogona, i założył go jej za ucho, nie odrywając przy tym oczu od jej twarzy. Karina nie wiedziała, jak zareagować na ten niespodziewany gest. Otworzyła tylko usta i zaraz je zamknęła, bo nie potrafiła wydusić z siebie nic sensownego. Nie mogła powiedzieć, że dotyk jego skóry, kiedy tylko musnął jej szyję, nie podziałał na nią. Było w tym jednak coś tak nierealnego, że nie potrafiła się w odpowiedni sposób do tego ustosunkować.

– Przejdźmy w spokojniejsze miejsce. – Ruszył z miejsca, kierując się w stronę niskiego ogrodzenia, które wraz z wysokim żywopłotem stanowiło tarczę odgradzającą park od reszty miasta.

Poszła za nim z ociąganiem, chociaż jej wewnętrzny głos krzyczał na całe gardło: „Uciekaj”.

W miarę jak oddalali się od baru, gwar rozmów stawał się jedynie cichym szmerem, a dominującym dźwiękiem, jaki do nich teraz docierał, był szum wiatru, który przeczesywał nad nimi korony drzew.

Uczucie paniki i chęć ucieczki były tak silne, że Karina musiała przytrzymać się ogrodzenia, aby nogi same nie poniosły jej przed siebie. Nie mogła zachowywać się jak dziecko, które na wszystkie niepożądane sytuacje reaguje ucieczką, tłumaczyła sobie w myślach.

– O co chodzi? – Na powrót stała się opryskliwa.

– Karina, ja… wiesz, że cię lubię… „Lubię” to niewłaściwe słowo. – Nie patrzył na nią, tylko pod nogi, próbując znaleźć odpowiednie wyrażenie.

Kiedy napotkała jego spojrzenie, wiedziała, co się zaraz wydarzy. Boże, nie rób tego!

Nie posłuchał jej. Z impetem przyciągnął ją do siebie i pocałował tak niespodziewanie, że zakręciło jej się w głowie, i to bynajmniej nie z pożądania. Przez chwilę nie mogła się poruszyć, co Adam błędnie zinterpretował i mocniej na nią natarł, tym razem chcąc wsadzić jej język do ust. Tego było dla niej za wiele. Odepchnęła go z całej siły i popatrzyła na niego z wściekłością.

– Co ty, kurwa, robisz? – Nie miała zamiaru przebierać w słowach.

– Przepraszam… myślałem… – wyjąkał, przyglądając jej się z niedowierzaniem.

– Co myślałeś? Tak według ciebie wygląda rozmowa? – zaczęła krzyczeć, zszokowana całą sytuacją.

Rozejrzała się dookoła, przestraszona, aby upewnić się, czy nikt ich nie widział.

– Przepraszam. Nie chciałem cię zdenerwować – powtórzył, tym razem ciszej.

Patrzył na nią tak, jakby go uderzyła.

Wzięła głęboki oddech. Przecież nie chciał cię skrzywdzić. Źle odczytał sygnały.

– Zapomnijmy o tym – powiedziała już spokojniej. Wciąż stał i wpatrywał się w nią bez słowa. – Zostaw mnie samą, proszę – dodała.

Zrobił to, o co go poprosiła. Odwrócił się i odszedł. Nie chciała wiedzieć, dokąd idzie. Musiała oprzeć się o coś, nie mając pewności, czy zaraz nie upadnie. Złapała się barierki ogradzającej żywopłot i zamknęła oczy.

*

Aleksander nie chciał podsłuchiwać, nigdy tego nie robił, ale po prostu nie mógł się powstrzymać. Tak jak nie mógł oderwać od niej wzroku, kiedy nagle zobaczył ją w tej zatłoczonej spelunie. Od razu ją poznał, pomimo tego, że z przemokniętą dziewczyną z wczorajszego dnia łączyły ją tylko duże, zielone oczy. Jej długie jasnobrązowe włosy, związane w koński ogon, opadały falą na jeden bok. Na odkrytej szyi miała niewielki tatuaż, którego wzór z tej odległości był dla niego nie do odczytania. Oddychała ciężko, jakby przed momentem wynurzyła się z wody. Trwali w jakimś niewytłumaczalnym transie, nie mogąc odwrócić od siebie wzroku, kiedy nagle jakiś facet złapał ją za rękę i bezceremonialnie wyciągnął z pomieszczenia. Aleksander nie potrafił się z tym pogodzić i bez żadnego ostrzeżenia zerwał się na równe nogi, prawie wybiegając z pubu. Kątem oka zanotował zszokowany wyraz twarzy Anny i skonsternowany Jamesa, kiedy, wychodząc, strącił jedną z butelek z piwem na podłogę, a ta roztrzaskała się z hukiem, co nadało zdarzeniu o wiele bardziej dramatyczny przebieg, niżby sobie tego życzył.

Kiedy znalazł się na zewnątrz, zaczął gorączkowo rozglądać się na wszystkie strony, aż znalazł ich idących w kierunku wyjścia z parku. Przystanęli obok wysokiego żywopłotu. Aleksander obszedł go z drugiej strony tak, żeby nikt go nie zauważył. Gdyby ktoś go teraz zapytał, co, do cholery, wyprawia, nie byłby w stanie tego wytłumaczyć.

Nie mógł też uwierzyć, że był świadkiem tak osobistej i zarazem żenującej sceny. Ten facet, który wyciągnął ją z baru, tak po prostu zaprowadził ją pod żywopłot i bez żadnego ostrzeżenia pocałował, nie zważając na sprzeciw, jaki wyrażała całą sobą. Przez chwilę myślał, że będzie musiał rzucić się na niego i ściągnąć go z dziewczyny siłą. Nie zrobił tego tylko dlatego, że sama przerwała jego podchody jednym, szybkim odepchnięciem, jakby odbijała się od gumowej ściany. Jak na jego gust, koleś powinien jeszcze dostać w gębę, ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Aleksander znienawidził typa od pierwszej chwili.

Kiedy została sama, korzystając z faktu, że pozostaje niewidoczny, zaczął się jej przyglądać.

Jej długie rzęsy, z których wczoraj strugami skapywała woda i tusz, teraz były delikatnie wykręcone, nadając jej spojrzeniu kociego wyglądu. Na małym, zadartym nosie, czego nie zauważył wcześniej, miała rozsiane drobne piegi, tak wyraźne, że widział je nawet w tym słabym świetle latarni. Zauważył, że w roztargnieniu dotyka miejsca na szyi, w którym miała zrobiony tatuaż, wciąż dla niego niewidoczny.

Zafascynowany, nie mógł oderwać od niej wzroku, szukając każdego, choćby najdrobniejszego szczegółu w jej twarzy, dzięki któremu będzie mógł ją później swobodnie odtwarzać w pamięci. Nie trwało to długo. Nagle dziewczyna odwróciła się i szybkim, dziarskim krokiem ruszyła w stronę głównej ulicy, szukając nerwowo czegoś w torebce przewieszonej przez ramię. Nie czekał ani chwili, tylko ruszył za nią, nie mając najmniejszego pojęcia, co zrobi dalej. Będzie ją śledził jak jakiś psychol?

Dziewczyna okrążyła park i wyszła na główna ulicę, oświetloną obficie przez szereg latarni, ustawionych jedna przy drugiej w równej odległości. Szedł za nią, nie potrafiąc przewidzieć swojego kolejnego kroku. W pewnym momencie, ku jego zaskoczeniu, dziewczyna zatrzymała się i z gniewem cisnęła torebką o bruk. Po chwili rzuciła się na ziemię i zaczęła zbierać jej zawartość, która rozsypała się po całym chodniku. Patrzył na tę scenę po trosze z rozbawieniem, po trosze ze współczuciem.

Podszedł bliżej i nie chcąc jej przestraszyć, zaszurał głośniej butami. Nie udało się. Drgnęła gwałtownie i odwróciła się.

– Ciężki dzień?– zapytał, przystając kilka kroków od niej.

*

Karina zesztywniała, słysząc, że ktoś się zbliża. Przez chwilę obawiała się, że to Adam, który nie dał za wygraną i teraz będzie próbował, nie daj Boże, przepraszać ją za to, co zrobił. Nie chciała go już dzisiaj oglądać. Będąc szczerą, to nie chciała go oglądać ani jutro, ani pojutrze. Ale na szczęście myliła się, to nie był Adam. Za jej plecami stał właściciel szarych oczu, który jeszcze chwilę wcześniej przewiercał ją nimi na wylot. Dziękowała opatrzności, że jest noc, która skrywa wszelkie niedoskonałości, takie jak wypieki, których dostała ze wstydu. Musiał widzieć tę żenującą scenę, kiedy cisnęła torebką o bruk, nie mogąc znaleźć cholernego telefonu. Na pewno uznał ją za niezrównoważoną psychicznie.

– Raczej tydzień albo nawet miesiąc – odpowiedziała nerwowo.

– Takie chwile nie trwają wiecznie – stwierdził, podchodząc bliżej. Schylił się i podał jej błyszczyk do ust, który wypadł z torebki, kiedy zrobiła z niej worek treningowy. – Nie warto przez nie niszczyć rzeczy osobistych.

– Dziękuję za bardzo przydatną uwagę – odpowiedziała, czując narastającą irytację jego rozbawieniem. – Nie szkodzi, że trochę poniewczasie.

Uśmiechnął się, słysząc jej przytyk, tak jak wtedy, w poczekalni, kiedy czekali na informację o psie.

Miał trudną do zdefiniowania urodę. Jasne włosy, które teraz wysuwały się spod gumki, nadawały mu bardzo chłopięcy wygląd. Zastanawiała się przez chwilę, ile może mieć lat. Szczupła twarz i podkrążone, zmęczone oczy stanowiły kontrast do tego uśmiechu, który łagodził ostre i wyraziste rysy.

Usiadła na najbliższej ławce i powoli zaczęła składać telefon, który wypadając z torebki, rozpadł się na kilka części. Chciała jak najszybciej wysłać wiadomość Marcie, która zapewne w tej chwili zamartwia się jej nieobecnością. Oczywiście zamierzała skłamać, że źle się poczuła i wraca do domu.

Bezskutecznie próbowała włożyć baterię i zamknąć ją obudową. Nic do siebie nie pasowało. Nie wiedziała, czy przyczyna tkwiła w tym, że był to skomplikowany model smartfona, czy też w tym, że jej nieudolne poczynania były bacznie obserwowane.

– Daj mi to. – Przykucnął przy niej, wziął z jej kolan części telefonu i dosłownie kilkoma ruchami złożył je w całość. – Proszę.

– Dzięki. – Zabrała telefon, który wręczył jej z triumfującym uśmiechem. – Nie dość, że bohaterski, to jeszcze uzdolniony manualnie – rzuciła uszczypliwie, wystukując szybkiego SMS–a.

– Nie dość, że niewdzięczna, to jeszcze złośliwa – odciął się szybko.

Popatrzyła na niego, marszcząc groźnie brwi, mężczyzna odpowiedział jej tym samym i po chwili oboje wybuchnęli śmiechem.

– Może zanim na dobre zaczniemy siebie obrażać, powiesz, jak się nazywasz? – zapytała, nie siląc się na uprzejmość.

Ciekawość doprowadzała ją do szału. Chciała wiedzieć, kim jest i jak się tu znalazł.

– Nie przedstawiłem się wczoraj, bo… nie dostałem na to szansy – powiedział z lekką pretensją w głosie i przeczesał ręką włosy, które rozwiewał coraz silniejszy wiatr.

– No cóż, teraz jest ten moment. – Nie chciała się tłumaczyć z wczorajszego zachowania, chociaż wiedziała, że było niegrzeczne.

Na swoja obronę miała jedynie to, że myślała, że już się nigdy nie zobaczą. Jak zwykle los z niej zadrwił i pokazał, jak mało znaczy we wszechświecie, który rządzi się własnymi prawami.

– Nie mógłbym przegapić takiej okazji. – Wyciągnął do niej rękę. – Aleksander – przedstawił się z uśmiechem na ustach.

Aleksander. Smakowała w myślach to imię i stwierdziła, że bardzo do niego pasuje. Kiedy się zbliżył, zauważyła, że z rozpiętego kołnierzyka przy szyi wygląda kolejny tatuaż. W głowie zaświtała jej niespodziewana myśl, że chciałaby go zobaczyć w całości, nieważne, gdzie by się kończył albo zaczynał. Zawstydziła się i sięgnęła po jego rękę.

– Karina.

Miał ciepłą dłoń i pewny uścisk, zupełnie różny od tego, którym chwilę wcześniej Adam prawie zmiażdżył jej palce, wyciągając ją na zewnątrz. Na moment zamarli w takiej pozycji, nie puszczając swoich rąk. Aleksander przyglądał się jej szyi, a ona odruchowo sięgnęła do tego miejsca, w którym miała tatuaż. Był całkiem świeży i wciąż odczuwała ukłucia po igle.

– Dlaczego taki? – zapytał w roztargnieniu, nie odrywając oczu od jej tatuażu.

Poczuła lekkie skrępowanie, kiedy tak bez zażenowania przypatrywał się jej odkrytemu ramieniu i szyi, wciąż trzymając ją za rękę.

– Nie wiem – odpowiedziała zgodnie z prawdą. – Wiem, że to banalny motyw, ale może chciałam być wtedy banalna. – Wzruszyła ramionami i puściła jego ciepłą dłoń.

Oderwał nagle wzrok od jej szyi i schował rękę do kieszeni.

– Nie jest banalny, nigdy takiego nie widziałem. – W jego głosie nie było kpiny ani ironii.

– A co mówią twoje tatuaże? – Wskazała skinieniem głowy na jego przedramię.

Od kiedy zobaczyła fragment malunku na jego nadgarstku, chciała się dowiedzieć, co oznacza.

– Za słabo się znamy, żebym zdradzał ci takie sekrety – powiedział całkiem poważnie, po czym znowu się uśmiechnął. Poczuła zawód i wbrew zdrowemu rozsądkowi jeszcze większą ciekawość. – Kiedy nadejdzie odpowiednia chwila, pokażę ci je wszystkie i wyjaśnię znaczenie każdego z nich – dodał niespodziewanie, wprawiając ją tym w osłupienie.

Było w tym wyznaniu coś tak osobistego i intymnego, że Karina poczuła, jak znowu się rumieni, i odwróciła wzrok, skupiając go tym razem na koronach drzew, górujących nad okolicznymi budynkami.

Małe miasteczka mają to do siebie, że kiedy kończy się dzień, całe pogrążają się w ciszy. Zapadają w sen razem ze swoimi mieszkańcami. Takiego spokoju i ukojenia, jakie daje noc, nie można zaznać w Warszawie. Tam życie nie zamiera nigdy, a wręcz dopiero po zmierzchu stolica zaczyna oddychać pełną piersią. Karina tęskniła za nocami takimi jak ta, cichymi, wietrznymi i pełnymi zapachów, które najintensywniejsze stają się właśnie po zachodzie słońca.

Wiatr osiągnął już sporą prędkość, szarpał rozpiętymi połami jego koszuli i jej luźnym T– shirtem. Rozwiewał im włosy i rozsypywał dookoła tumany kurzu, ale oni udawali, że nic się nie dzieje, że za chwilę wcale nie spadnie deszcz, który wcale nie przemoczy ich do suchej nitki.

Ciszę, w jakiej trwali kilka dobrych chwil, przerwał stłumiony dźwięk jego telefonu. Aleksander go zignorował. Wyglądał, jakby w ogóle nie zanotował jego aktywności w swojej kieszeni. Karina jako pierwsza otrząsnęła się z letargu, w jaki wpadli po raz drugi tego wieczora. Spojrzała na zegarek, właśnie dochodziła jedenasta. Wiedziała, że powinna już iść, w każdej chwili mogła natknąć się na Martę albo kogoś z jej znajomych. Jak wtedy wyjaśniłaby swoją obecność, skoro powinna być w domu, chora?

Kiedy miała się odezwać, jego telefon znowu się rozdzwonił i tym razem nie umilkł po trzech sygnałach, tylko natarczywie domagał się uwagi. Aleksander sięgnął do tylnej kieszeni spodni, zerknął na wyświetlacz i wywrócił oczami, następnie odwrócił się i odebrał.

– Tak? Nieważne. Niedaleko. Zaraz będę z powrotem. – Rozłączył się.

Krótkie odpowiedzi, rozdrażniony ton. Wszystko zaczynało nabierać sensu. No tak, ta brunetka przy stoliku.

Pomimo usilnego postanowienia o nieangażowaniu się w relacje z zupełnie obcym jej człowiekiem Karina zauważyła, że w środku niej zaczyna kiełkować nieprzyjemne uczucie. Zazdrość? Bzdura. Jak mogłaby być zazdrosna o telefoniczną rozmowę obcego mężczyzny z równie obcą osobą po drugiej stronie? Jej życie było na tyle skomplikowane, że nie potrzebowała dodatkowych problemów, które mogłyby się pojawić, gdyby jakaś zazdrosna kobieta nakryła ich w, bądź co bądź, romantycznej scenerii.

– Przepraszam. – Schował telefon do kieszeni i dodał trochę rozkojarzony: – Miałaś jakieś wieści o psie? Wyliże się?

– Tak, na razie jest stabilny, chociaż strasznie poobijany. Jutro będę wiedziała więcej, ale chyba ma szansę z tego wyjść – wyjaśniła.

– To dobrze. – Wciąż brzmiał jak ktoś, kogo myśli krążą daleko stąd.

Karina nie chciała znać powodu, dla którego nagle jego zachowanie uległo takiej zmianie. Domyślała się, ale nie chciała potwierdzać swoich przypuszczeń. Włożyła cienką, dżinsową kurtkę, którą trzymała w ręku, i zdecydowała, że ten dziwny wieczór powinna uznać oficjalnie za zakończony.

– No więc, Aleksandrze, dziękuję po raz kolejny za wczorajszą pomoc. Mam nadzieję, że nie będziesz mnie pamiętał tylko jako niewdzięczną i złośliwą furiatkę. – Zrobiła ręką zamaszysty ruch, wskazując na miejsce, które było świadkiem jej histerycznego zachowania, i uśmiechnęła się nieśmiało. – Dobranoc.

– Już idziesz? Tak wcześnie? – Wyglądał na zaskoczonego i niepocieszonego. – Zamierzasz sama wracać do domu? Zaczekaj, mogę cię odwieźć – rzucił szybko.

– Naprawdę nie trzeba. Chcę się przejść. – Mówiła prawdę, poza tym w ogóle go nie znała.

W głowie miała mętlik i potrzebowała chwili samotności. Martwiła ją konfrontacja z Martą. Jak miała spojrzeć jej teraz w oczy, po tym, co się wydarzyło? Było dla niej oczywiste, że zdarzenia owego wieczora, zlokalizowane w obrębie żywopłotu, zatrzyma tylko dla siebie. Za nic w świecie nie pozwoli, żeby ktoś lub coś skrzywdziło Martę, a wiedziała, że tak by się stało, gdyby powiedziała jej o pocałunku z Adamem.

– Pozwól chociaż, że cię odprowadzę – nalegał.

– Poradzę sobie. Jeszcze raz wielkie dzięki za wczoraj. – Posłała mu przyjacielski uśmiech, po czym odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem ruszyła przed siebie.

Znała się na tyle dobrze, że umiała nazwać to, co właśnie robiła. Uciekała. Znowu. Od dwóch lat uciekała. Od niewygodnych rozmów, kłopotliwych sytuacji, trudnych pytań i skomplikowanych uczuć. Nie krzyczała i nie płakała, jej sposobem na radzenie sobie z tym, co ją spotkało, była ucieczka.

*

– Dajże już spokój – skwitował krótko Aleksander, czując narastającą irytację i zmęczenie niekończącym się jazgotem swojej siostry.

Od chwili powrotu do domu Ance nie zamykały się usta. Była zbulwersowana jego opuszczeniem ich zacnego towarzystwa bez słowa wyjaśnienia. Powstrzymywała się z całych sił przed wybuchem do chwili, aż odwieźli Magdę, która po tym, jak nagle wyszedł w połowie jej relacji o ostatnich wakacjach, prawie w ogóle na niego nie patrzyła.

– Czy zdajesz sobie w ogóle sprawę…

– Ann, give him a break. It’s late, let’s go to bed – James spojrzał na niego wymownie, przekazując mu następujący komunikat: „Uciekaj, a ja ją zatrzymam”.

Wciągnął ją do ich sypialni i zamknął drzwi. Aleksander wypuścił głośno powietrze i nie chcąc ryzykować kolejnego spotkania z wściekłą Anką, wszedł czym prędzej do swojego pokoju.

Kochał Ankę, ale jej starszosiostrzana nadopiekuńczość doprowadzała go do szału. Nie miał już kilku lat i nie umierał. Przynajmniej na razie. Dziękował Bogu za Jamesa, który jako jedyny potrafił poskromić jej temperament. Tylko jednym słowem albo spojrzeniem uspokajał ją i przywoływał do porządku. Zawsze trzymał jej stronę, zawsze był, kiedy go potrzebowała. To James wytłumaczył mu, dlaczego Anna tak się zachowuje i dlaczego powinien jej czasami odpuścić.

Kiedy zachorował po raz pierwszy, miał sześć lat. W pewnym momencie było z nim naprawdę kiepsko. Podczas jednej z wizyt w szpitalu Anna była świadkiem rozmowy ich rodziców z lekarzem, który powiedział im, że jej młodszy braciszek może umrzeć. Od tej chwili nie ma dnia, w którym by się o niego bała. Jego choroba tak bardzo zdeterminowała jej życie, że kiedy po jedenastu latach białaczka dała o sobie znowu znać, chciała rzucić studnia na Uniwersytecie w Ontario i wrócić do domu, żeby być bliżej niego. Na szczęście jemu i jego rodzicom udało się wyperswadować jej takie głupie pomysły.

Aleksander rzucił się na łóżko i zakrył rękoma twarz. Był tak zmęczony, że nawet nie miał siły się rozebrać. Zsunął tylko buty i naciągnął na siebie kwiecistą narzutę. Zanim całkowicie zapadł w sen, resztkami świadomości próbował zrozumieć zachowanie tej nieznośnej dziewczyny, która znowu namieszała mu w głowie.

Gdyby zdawała sobie sprawę, ile z jej powodu niewybrednych komentarzy musiał usłyszeć w ciągu jednej godziny, to ciekawe, czy zaszczyciłaby go chociaż słowem wyjaśnienia. Może ma cię po prostu w dupie. Ta niespodziewana myśl dotkliwie go ubodła, ale że był osobą, która miała za nic wszelkie subtelności i konwenanse, Karina musiałaby wyrazić się bardzo czytelnie i dosłownie, jeśli rzeczywiście nie chciałaby mieć z nim nic do czynienia. Do tego czasu nie miał zamiaru trzymać się od niej z daleka.

Aleksander nie wiedział jeszcze, że nic, nawet jej ewidentny sprzeciw i dobitne słowa, nie zniechęcą go do kontaktu z nią. Jeszcze niczego nie wiedział, ale musiał coś przeczuwać, ponieważ postanowił, że tak łatwo nie zrezygnuje z oglądania jej zielonych oczu, zadartego nosa i tych motyli na gładkiej skórze szyi. Odkąd je zobaczył, nie mógł przestać o nich myśleć. Tylko siłą woli powstrzymywał się przed przejechaniem palcami po jej nagim karku i odkrytym ramieniu. Jezu, zawył w myślach. Dość, bo nigdy nie zaśniesz. Jego obawy były bezpodstawne, ponieważ gdy tylko przymknął oczy, zapadł w głęboki, pozbawiony marzeń sen.

Obudziło go rażące słońce, które wisząc wysoko na niebie, zaglądało do pokoju przez odsłonięte okno. Wczoraj padł prawie nieprzytomny, zapominając o zasłonięciu okien. Otworzył oczy, przysłaniając je ręką. Trochę czasu zajęło mu zorientowanie się, dlaczego leży w łóżku w pełnym ubraniu, nawet z telefonem w kieszeni. Zsunął z siebie narzutę, którą był owinięty jak naleśnikiem, czując, że jest cały mokry od potu. Od przyjazdu do Polski ani razu nie przywitał go tak piękny dzień. Zerknął na zegarek na wyświetlaczu swojego telefonu i z przerażeniem stwierdził, że jest już prawie pierwsza. Przez chwilę siedział na łóżku z rękoma opartymi o skronie, chcąc odgonić resztki snu i przetrawić wydarzenia wczorajszego wieczora.

W domu nie było śladu obecności domowników: jego babci i dziadka, Anny ani Jamesa. Akurat z braku obecności Anki był więcej niż zadowolony. Po wczorajszym wieczorze musiał jej unikać do czasu, aż ochłonie.

Wziął ciepły prysznic i od razu poczuł się lepiej. Dawno nie był tak wypoczęty i wyspany. Korzystając z tego, że został sam, zszedł do kuchni i postanowił zrobić sobie śniadanie. Odkąd otworzył oczy, umierał z głodu.

Kuchnia była jasna i przestronna. Meble w kolorze naturalnego dębu sprawiały, że niezależnie od pogody wyglądała, jakby cały czas była skąpana w słońcu. Z podwieszanych relingów nad blatem zwisały przeróżnej maści chochle, kubki i rondle. Wszystkie te dodatki, w których lubowała się jego babcia, tworzyły niesamowicie przytulny klimat.

Po tym, jak zjadł jajecznicę z czterech jaj, a do tego trzy tosty, poczuł się naprawdę zadowolony. Nieoczekiwana chwila samotności w domu, w którym było zawsze gwarno, sprawiła, że przez chwilę wszystkie jego zmartwienia po prostu przestały istnieć. Chociaż wiedział, że to tylko przejściowy stan, nie potrafił się mu oprzeć i pozwolił mu przejąć całkowitą kontrolę nad jego dzisiejszym dniem.

Wyszedł na zewnątrz do pięknego ogrodu, którego myślą przewodnią był chaos. Gdzie nie spojrzeć kłębowiska różnokolorowych kwiatów, z których jedynym gatunkiem, jaki mógł zidentyfikować (gdyby go ktoś bardzo przycisnął), były róże. Przy metalowym ogrodzeniu stały dwie duże sosny, które zimą, przyozdobione lampkami, tworzyły świąteczny nastrój, a latem dawały chłód. Od strony wejścia – w polskich domach prawie zawsze znajdowały się one od podwórza – wiła się jak bluszcz winorośl pełna już małych, zielonkawych owoców. W dzieciństwie razem z Anną wspinali się na nią i zrywali jeszcze niedojrzale winogrona, po których nierzadko chorowali.

Aleksander zamknął za sobą metalową furtkę i skierował się w stronę centrum. Dom dziadków, emerytowanych nauczycieli, znajdował się na przedmieściach, w urokliwej dzielnicy domków jednorodzinnych. Naokoło panował spokój. Pomimo środka tygodnia nikt się nie spieszył. Ktoś pracował w ogrodzie, ktoś inny w garażu, życie płynęło tu sennie i bez zbędnego harmidru.

Wiedział, że ma do przejścia spory kawałek, samochód zabrali Anna i Jamie, ale wcale mu to nie przeszkadzało. Słońce ogrzewało mu plecy, a delikatny, ciepły wiatr rozwiewał mu włosy. Wszytko to wprawiło Aleksandra w jeszcze lepszy humor, który miał poniekąd źródło w dziwnym podekscytowaniu, jakie nie opuszczało go od chwili pobudki.

Idąc wąską jednokierunkową uliczką, minął się z dwiema nastolatkami, które na jego widok otworzyły nieelegancko usta i, jak to młode dziewczyny, zaczęły szturchać się łokciami, głośno przy tym chichocząc. Aleksander, minąwszy je, wywrócił oczami i przyspieszył kroku. Wiedział, że w tak małym mieście koleś z rękoma wytatuowanymi od nadgarstka po szyję wzbudzi pewne zainteresowanie, ale żeby aż tak? Uśmiechnął się do siebie i ruszył raźnie do przodu, chcąc jak najszybciej znaleźć się u celu, gorsząc przy tym możliwie największą liczbę osób.

*

Na