Kasandra w ruinach. Tom I - Magda Knedler - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Kasandra w ruinach. Tom I ebook i audiobook

Magdalena Knedler

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Dar, który jest brzemieniem. Przeczucia, które ranią. Ideologia, która niszczy. Dwoje ludzi szukających sensu w pełnym absurdu świecie. 

 

Rok 1944, Warszawa popowstaniowa. Wśród zgliszczy, ruin i wszędobylskich Niemców Staszek uparcie szuka śladów Kasandry. Ocalali cywile mówią mu o dziwnej kobiecie prowadzącej niewidomego ojca przez powstańczą Warszawę i zmierzającej do… biblioteki. Jednak wszelki ślad po niej zaginął. Mężczyzna nie traci nadziei, łapie każdą plotkę, każdy strzępek informacji. Jednocześnie wraz z innymi Polakami ratuje najcenniejsze zabytki piśmiennictwa. Czy zdoła odnaleźć ukochaną, zanim naziści doszczętnie spalą miasto? Czy uda się ocalić bezcenne zbiory? 

Do czego tak naprawdę dąży Kasandra, córka jasnowidza? Jak przetrwała osiemnaście lat w toksycznej rodzinie? Czy jej niepokojące wizje się ziściły? Jaki los czekał jej bliskich? Czy można było pozostać obojętnym, gdy do głosu doszła zbrodnicza ideologia…? 

“Kasandra w ruinach” to opowieść o determinacji, sile, nieuchronnym fatum i miłości do ksiąg i książek. 

 

***

O autorce 

Magda Knedler – autorka ponad trzydziestu książek. Pisze głównie powieści historyczne i obyczajowe. Z wykształcenia filolożka i logopedka. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 354

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 32 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Magda Knedler

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Kasandra w ruinach, T. I

Copyright © by Magda Knedler, Warszawa 2026 © Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2026

Redakcja: Joanna Wysłowska

Korekta: Anna Jeziorska

Skład i łamanie: Sylwia Kusz, Magraf sp.j., Bydgoszcz

Projekt okładki i ilustracje: Magda Palej

Redaktor inicjująca: Blanka Wośkowiak

Dyrektor produkcji: Robert Jeżewski

Wydawnictwo nie ponosi żadnej odpowiedzialności wobec osób lub podmiotów za jakiekolwiek ewentualne szkody wynikłe bezpośrednio lub pośrednio z wykorzystania, zastosowania lub interpretacji informacji zawartych w książce.

ISBN 978-83-8132-771-8

Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o. o. ul. Widok 8, 00-023 Warszawa tel. 603-798-616 Dział handlowy: [email protected]

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Wydanie I, 2026

Wszystko wokół budzi strach. Nie istnieje już żaden wspólny język. Nikt nie rozumie drugiego. Myślę, że nikt nie chce rozumieć innych.

Elias Canetti, Gra oczu

O ile w dawnych czasach krew lała się dla zdobywania jak największej ilości ziemi i podbijania narodów, o tyle dziś główne zwycięstwa idą w odwrotnym kierunku, w drodze oddzielenia się jednych narodów od drugich i nacjonalizowania się. Niestety zanim spokój nadejdzie, jeszcze dużo krwi się poleje. Jesteśmy w przededniu całego szeregu wojen. Musi się Egipt, Indie, Irlandia, Słowacy, Ukraina i wiele innych narodów wyzwolić i to wszystko będzie trwało, dopóki nie zapanuje we wszechświecie sprawiedliwość.

Stefan Ossowiecki, Świat mego ducha i wizje przyszłości

To ja, Kasandra.

A to jest moje miasto pod popiołem.

A to jest moja laska i wstążki prorockie.

A to jest moja głowa pełna wątpliwości.

Wisława Szymborska, Monolog dla Kasandry

FESTUNG WARSCHAUjesień roku 1944

Głównie śmierdzi, to się czuje najbardziej, wszystko inne przyćmione i niewyraźne, jakby mniej rzeczywiste. Jest coraz zimniej i ziemię z pewnością niedługo skuje lód. Pory roku następują po sobie niezależnie od wojen, zabijania i ludzkiej głupoty. Gdzieniegdzie języki ognia, słabe jednak, ledwo pełgają, niemrawo kończąc dzieło zniszczenia. Dużo dymu, który gryzie w oczy i kurczy oskrzela. Staszek kaszle. Inni kaszlą także, ktoś spluwa. Konwojent próbuje patrzeć na nich groźnie, ale sam ma już chyba dość tej roboty, tej wojny, tej dogorywającej umieralni, a może Führera też ma dość, może w duchu bluźni i wyzywa wodza od cholernych kutasów. Kto to wie? Staszek wymienia z konwojentem spojrzenia. Twarz Niemca łagodnieje i po chwili obaj wzruszają ramionami. Zdają sobie sprawę z tego, kim są, a są pionkami. Kukiełkami na sznurkach. Nikt ich nie pytał o zdanie, kiedy zaczynała się rzeźnia, coś im tylko kazano i już. A później funkcjonowali, wmawiając sobie, że podejmują samodzielne decyzje, że wybierają jakąś drogę. Wybierać jednak również im kazano. Nie mogli stać w miejscu, bo kto stał w miejscu, prędzej czy później zmieniał się w trupa.

Staszka cieszy teraz tylko jedno. Że już nie będzie pierdolonych kanałów. Nasiedział się, nakucał, napełzał, nadusił się, napłakał i narzygał. I wstydził się. Chłop prawie dwa metry i beczy. Choć przecież nikt nie widział jego łez, było ciemno, tylko słabe światło przewodnika na początku, a i to nie zawsze. I cisza. I świadomość ziemi nad głową, poczucie, że jest się w grobie. Łączniczki mówiły mu, by nie zgubić kijka, że ten kijek trzeba opierać o owal kanału i podtrzymywać się, przyginając grzbiet, by nie trzeć nim o sklepienie. I tak tarł. A kijek zgubił. Kierowniczka przewodników kanałowych w Komendzie Głównej AK, „Klara”, patrzyła na niego z politowaniem, kiedy po wyjściu na powierzchnię zachłystywał się świeżym powietrzem. Nie wierzył, że da radę. Przez dwa kolejne dni unikał zamkniętych pomieszczeń i sufitu nad głową, wolał pilnować barykad, aż w końcu oddelegowali go do wydawania przepustek do kanałów. Później się z kimś zamienił. Wolał się bić, być pod ostrzałem, ale ruszać się, działać, walczyć, pomagać i przyjmować pomoc. Zabijać.

Szukał jej wtedy, cały czas. Tak jak szuka teraz.

Podstawiono im odkryty pojazd, więc nijak nie można osłonić się przed widokiem i trupim odorem. Wiele niepochowanych ciał. A może to po prostu teraz wielki cmentarz. Miasto stało się grobem. Niemieckie auto wiezie nie profesorów i bibliotekarzy, lecz intruzów, którzy zakłócają spokój zmarłym. Jej by się to nie spodobało. Miała szacunek do zmarłych. Ten szacunek dotyczył nie tylko samego człowieka, lecz także wielkiej tajemnicy związanej z odchodzeniem. Z odprowadzaniem, z pamiętaniem i z zapominaniem. Może to dlatego, że wciąż czytała teksty z przeszłości, a czytanie tekstów, jak mówiła, jest słuchaniem głosów z minionych epok. Podzielał jej zdanie, nigdy się jednak nie zastanawiał, czy dawni poeci na tamtym świecie istnieją mocniej, pełniej i lepiej dzięki jego pamięci. Ona zastanawiała się zawsze. Obdarzona darem, o który nigdy nikogo nie prosiła i który jej ciążył, zawsze i tak chciała widzieć więcej albo przynajmniej widzieć wszystko na swoich własnych zasadach. Kasandra, z tym dziwnym spojrzeniem, które potrafiło przenikać materię rzeczywistości. W takich chwilach często rozpamiętywała swoje sny.

Gdzie jesteś? Obiecałaś, że przeżyjesz.

– To Aleje Jerozolimskie – przerywa ciszę profesor Borowy. – Patrzcie. Tylko trzy niezburzone domy.

Głos lekko mu drży, choć wcześniej on i profesor Makowiecki trzymali się najdzielniej. Na pozór, oczywiście, bo tak naprawdę w środku każdy z nich jest ruiną, taką samą jak wszystko tu, jak cała Warszawa.

– Tam był Hotel Polonia – mówi cicho jeden z bibliotekarzy.

Wszyscy patrzą w tamtą stronę. Przed dawną Polonią stoi grupa niemieckich żołnierzy. Odprowadzają auto wzrokiem, robi się jakoś dziwnie, złowrogo, ale jednocześnie cicho, nikt się nie porusza, nie podejmuje żadnych działań. Wszyscy zdają się czuć nieswojo w miejscu zamieszkanym przez duchy. Pojazd skręca w lewo. Staszek znowu traci orientację, ale już po chwili rozpoznaje szkielet Marszałkowskiej. Nikogo żywego wśród kamieni. Auto się kołysze, trzeba przejechać przez niedokładnie zasypane bombowe leje, pozostałości po barykadach, omijać przewrócone tramwaje. Dalej ponownie widzą Niemców, tym razem dzierżących miotacze płomieni, są tu w konkretnym celu, mają wypalić miasto do gołej ziemi. Patrzą na auto, wołają coś do konwojenta, on woła coś do nich.

Dalej. Nad Placem Saskim czarna chmura, tak gęsta, że nie widać Grobu Nieznanego Żołnierza. Kasandra stanęła kiedyś przed Pałacem Saskim i nie mogła zrobić kolejnego kroku. Chodzili tamtędy już wielokrotnie, ale nigdy dotąd nie było właśnie tak. Zdawała się kompletnie nieruchoma, tylko jej włosy wymykały się na wietrze spod kapelusza, a klatka piersiowa falowała delikatnie przy oddechu. Patrzył na jej bladą twarz, duże oczy, błękitną żyłkę na skroni, moc jasnych piegów na policzkach i powiekach. Obróciła w końcu głowę i spojrzała na fasadę pałacu. Chodźmy, powiedziała, chodźmy stąd.

Staszek wzdryga się na to wspomnienie i na chwilę zamyka oczy.

– Myślicie, że wysadzą pałac? – pyta ktoś z tyłu.

Nikt nie odpowiada. Przy Krakowskim Przedmieściu płonące domy, podziurawiony kulami drogowskaz „Adolf Hitler Platz” i wypalony bunkier. Staszek nie wie, kto kogo pierwszy złapał za rękę, ale teraz trzymają się wszyscy, wstają, chwieją się na wozie, milczą. Auto wtacza się na dziedziniec uniwersytetu. Mijają gmachy muzeum medycyny i ornitologicznego, mury biblioteki porasta schnąca winorośl. Budynki nadal stoją. Ziemię pokrywają jednak cegły, kamienie, szkło, jakieś roztrzaskane przedmioty. Stąpają po tym, kiedy wysiadają. Staszek prawie depcze po drewnianym krzyżu, podnosi go i oddaje innemu bibliotekarzowi z konwoju. Tamten wtyka ów krzyż w bezimienną mogiłę. Nie ma czasu się modlić, dostali tu tylko pół godziny, potem trzeba jechać dalej. W budynku biblioteki bałagan, w stosach papieru trzeba drążyć tunele. W oknach strzelnice utworzone z książek. Schodzą do magazynu i każdy na chwilę się ożywia. Są. Książki, trochę rozrzuconych po podłodze i podeptanych, ale reszta jak dawniej, nieruszona.

– Ile tego będzie, profesorze? – zwraca się Staszek do profesora Korzeniewskiego, bo jako jedyny nie odezwał się słowem, odkąd wyjechali kolejką EKD z Podkowy Leśnej.

– Blisko milion – pada odpowiedź.

Słowa profesora są jak święte, wszyscy niemal się żegnają.

– Musimy to uratować – mówi ktoś.

– Musimy tu wrócić, jutro.

– Wrócić to może się uda, ale jak właściwie zamierzamy to ocalić? Niemcy pewnie wysadzą budynek albo spalą. Widziałeś tamtych z baniakami ropy na plecach, co miotali ogniem? Dobrą mają zabawę, skurwysyny jedne. Pardon.

– Pewnie wykonują rozkazy.

– Czy będziemy ich teraz bronić?

Profesor Makowiecki ucisza wszystkich i stwierdza, że trzeba wymyślić jakąś metodę zmylenia żandarmów. Odzywa się klakson i muszą znowu iść do auta. Schnell, schnell, alles schnell.

Jadą dalej. Kościół Świętego Krzyża w ruinie, na drodze powalona rzeźba Jezusa z dłonią wzniesioną do nieba.

– Patrzcie, Pałac Staszica – profesor Borowy prawie szepcze.

„Pałac” to za mocne słowo, raczej kolejny szkielet budynku, wytłuczone szyby w oknach, wokół kupy gruzu. Zatrzymują się przy Ordynackiej i idą teraz piechotą, po szczątkach kamienic, pewnie też po czyichś grobach. Kiedy się zatrzymują, Staszek nie od razu rozumie, na co patrzy. Nie chce rozumieć. To miejsce było kiedyś jego własne. Królestwo z papieru i słów. Biblioteka Krasińskich. Serce bije mu jak wściekłe. Dlaczego taka cisza? Żadnego głosu, nic. Nikogo tu nie ma, nikogo w ogóle nigdzie nie ma, myśli i wszelkie życie w nim zamiera.

– O Boże – odzywają się głosy, ponury, złowieszczy chór.

Mężczyźni ostrożnie wchodzą do środka. Wszystko czarne, spopielone, puste. Idą przez piwnice, w których wcześniej trzymano najcenniejsze skarby, wiekowe rękopisy i starodruki, mapy, rysunki i nuty, do tego zbiory króla Stanisława Augusta, Bibliotekę Załuskich i archiwum Krasińskich. Znajdowały się tu jeszcze przeniesione w początkach wojny specjalne zbiory Biblioteki Uniwersyteckiej i Narodowej.

– Sto tysięcy rękopisów – szepcze jeszcze ciszej profesor Borowy. – Teksty nigdy niedrukowane, nigdy. Miniatury z XIV wieku. Nowsze rzeczy, jak listy Żeromskiego i Reymonta.

Stoją ponurą kolumną między stosami popiołu. To cmentarz. Ona na pewno już wcześniej wszystko przeczuła. Widział kilka razy jej wzrok w tym miejscu, sposób, w jaki dotykała żywych jeszcze wtedy woluminów, delikatnie, z szacunkiem i miłością. Był zazdrosny o ten dotyk. Myślał o jej dłoniach, które chciał położyć na swojej skórze, jej oddechu, który chciał czuć na swojej twarzy, jej spojrzeniu utkwionym w jego oczach. Wiedział, że bała się mu przyglądać.

Staszek rozgląda się bezradnie dookoła. Czy była tutaj choć przez chwilę, gdy powstanie upadało?

– Popatrzcie tylko na te skrzynie – odzywa się profesor Makowiecki. – Niemcy je przygotowali jak do ewakuacji zbiorów.

– Ale puste. Nie ewakuowali. Woleli spalić.

Wszyscy mają łzy w oczach. To są rzeczy nie do odratowania i nie do odżałowania. Żaden z nich nigdy nie pogodzi się z tą stratą. Staszek także. I choć wie, że wspomnień związanych z tym miejscem nie da się spalić tak jak książek, i tak pada na nie cień. Są już teraz skażone. Ona również kochała to miejsce. Staszek żałuje, że nie widziała go w nocy z czwartego na piątego września, kiedy w budynek trafiło pięć bomb, które zniszczyły dwa piętra. Gasił pożar razem z innymi pracownikami biblioteki i mieszkańcami sąsiednich kamienic, wyrzucał przez okno cenne zbiory, a później, rano, w gryzącym dymie oceniali straty. Okazały się spore, ale zdołali uratować najważniejsze kolekcje. Nie robił tego dla ojczyzny, lecz dla tekstów, a najbardziej dla autorów, którzy istnieli teraz jedynie w słowach zapisanych dawno temu. Ocalał ich od ostatecznego unicestwienia.

Cieszył się krótko, bo dzień później wkroczyli Niemcy, a on musiał uciekać. I oczywiście walczył. Tym razem chyba już za Polskę, tak samo jak w konspiracji. Z biało-czerwoną opaską na ramieniu przedostał się na ulicę Warecką, potem na Chmielną, a kiedy zorientował się, że przy Pierackiego powstańczy żandarmi rozstrzeliwali folksdojczów, wycofał się bez słowa reakcji na te działania, z drobną, cichą tylko refleksją, że można już ich było teraz oszczędzić, ostatecznie i tak wszyscy tu zginą. Od łączniczek, które krążyły po kanałach między Starym Miastem a Śródmieściem, dowiedział się, że oficer SS Moritz Arnhardt wydał rozkaz rozgrabienia Biblioteki Krasińskich i zabrania z niej XVIII-wiecznych dokumentów pisanych szwabachą. Teraz musiały być już gdzieś na terenie Rzeszy. O tym, że Niemcy zupełnie spalili bibliotekę, nie wiedział.

W październiku zdjął opaskę i zdecydował się opuścić miasto z ludnością cywilną. A później wraz z częścią bibliotekarzy uciekł z pruszkowskiego transportu do Podkowy Leśnej, gdzie znalazł schronienie w willi inżyniera Mieszkowskiego. Zastał tam już także spore grono przedstawicieli polskiej nauki i kultury. Profesor Lorentz wystąpił do Niemców z propozycją wysłania na teren zrujnowanej Warszawy polskiej delegacji specjalistów, którzy zabezpieczą zbiory, na co wydano częściową zgodę, pod kilkoma warunkami. Prace mieli prowadzić Polacy, ale pod nadzorem Niemców, zbiory miały zostać przewiezione do Rzeszy, akcja miała trwać nie dłużej niż dwa tygodnie. Los miasta był już wtedy przypieczętowany. Warszawę przeznaczono do zupełnej likwidacji. Profesor Lorentz dwoił się i troił, by uzyskiwać przepustki dla polskich uczonych i artystów na wstęp do miasta. Staszek znalazł się wśród nich. Chciał ratować zbiory biblioteczne, ocalać teksty, bezcenne dla kultury polskiej dokumenty. Chciał jednak również sprawdzić, czy ona gdzieś tam jest. Pytał o nią wszędzie, gdzie się dało. W transporcie pruszkowskim usłyszał o kobiecie, która szła przez powstańczą Warszawę ze swoim niewidomym ojcem. Cywile oferowali im pomoc, ale ta kobieta powtarzała, że idą do biblioteki. Wydawała się „dziwna, jak gdyby oszalała”. To musiała być ona.

Jeden z bibliotekarzy, Wiktor, kładzie dłoń na jego ramieniu. Do Staszka dociera to, że nadal są w piwnicach Biblioteki Krasińskich.

– Kolego, musimy iść. Niemiec w wozie się piekli. Nie słyszy kolega tego wściekłego klaksonu? Myśleliśmy, że kolega szedł za nami, a potem się nas doliczyć nie mogli i od razu afera. Chodźmy, bo nas tu więcej nie puszczą.

Staszek idzie posłusznie. Na zewnątrz jeszcze raz ogląda się na zrujnowany budynek.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki