Wydawca: Novae Res Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 473 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Klamki i dzwonki - Magdalena Knedler

Eliza Ostaszewska, poetka utrzymująca się z pracy w bibliotece, właśnie wydała tomik swoich wierszy, a zaprzyjaźniony pub zorganizował jej wieczór autorski. Nie jest jej jednak dane nacieszyć się sukcesem, ponieważ już nazajutrz odbiera tajemniczy telefon ze szpitala. W jednej chwili dramatyczna przeszłość gwałtownie wkracza w jej życie i całkowicie je zmienia.

Co się wydarzy, gdy unikająca bliskich związków trzydziestolatka z dnia na dzień zostanie matką nastoletniej dziewczynki? Jak artystka, kochająca literaturę i sztukę absolwentka kulturoznawstwa, poradzi sobie z prowadzeniem firmy? Czy będzie potrafiła dokonać właściwych wyborów?

Magdalena Knedler w nowym wydaniu – mocno obyczajowym i miłosnym – udowadnia nam, że o uczuciach można pisać z humorem, ale i na poważnie, już z pewnością nie ckliwie i bez tony cukru. I, co najważniejsze, historia nie straci swoich „uzdrawiających” właściwości. Bez wątpienia powieść ta sprawdzi się jako pigułka na chandrę i odskocznia od zgryzot i smutków.

Agnieszka Pohl, Obsesyjna Biblioteczka


Magdalena Knedler

Autorka powieści „Pan Darcy nie żyje”, „Winda” i „Nic oprócz strachu”. Za powieść „Pan Darcy nie żyje” otrzymała nominację w kategorii „debiut” do nagrody Emocje 2015, przyznawanej przez Radio Wrocław Kultura za najciekawsze lokalne wydarzenie kulturalne roku i nominację do nagrody WARTO 2016 przyznawanej przez wrocławską Gazetę Wyborczą. Recenzentka i redaktorka współpracująca z portalami kulturalno-informacyjnymi. Mieszka i pracuje we Wrocławiu.

Opinie o ebooku Klamki i dzwonki - Magdalena Knedler

Fragment ebooka Klamki i dzwonki - Magdalena Knedler

Część 1Maj, sobota

 

 

 

1. Bez uśmiechu

Helena Bukowska poprawiła się na krześle i teatralnie zakasłała.

Lekarz nie wydawał się przekonany. Spoglądał na nią z mieszaniną irytacji i współczucia. Wiedziała, że tak będzie, i wcale się facetowi nie dziwiła. Namawiała go do złego, kusiła i niewiele obiecywała w zamian. A właściwie – niczego nie obiecywała. Chciała go wziąć na litość. Takie były fakty. A on od początku wydawał się jakiś… dobry. Subtelny i wrażliwy. W porządku gość, rzadki okaz. I na dodatek nosił nazwisko, które brzmiało jak u rosyjskiego arystokraty. Cholera go wie – może i był hrabią ze zubożałego rodu, którego przodków wygnano z petersburskiego pałacu po rewolucji październikowej? Czy innej lutowej? I ta błękitna krew się w nim teraz odzywała, praworządność i szlachetność? Helena zaśmiała się w duchu. Co za głupota!

Odchyliła się na krześle i zaczęła skubać rękaw swojego szlafroka. Tym razem to lekarz teatralnie zakasłał. Helena poczuła, jak nagle ogarnia ją złość. Kurwa no… Teatrzyk teraz będą sobie odstawiać?! Przecież tutaj chodziło o coś bardzo ważnego! Ktoś musiał Helenie pomóc. Najlepiej ktoś taki właśnie. Obcy i neutralny, jak ten gość w kitlu. Nikt inny nie przychodził jej do głowy. „Reszta”, czyli znajomi i współpracownicy, też coś tam wiedziała, ale ona podzieliła informacje po równo. Każdy dostał jakiś fragment całości, szkic, który musiał mu wystarczyć. Przechwyciła tę metodę od Woody’ego Allena, który w taki sposób kręcił swoje filmy. Dawał aktorom tylko fragmenty scenariusza, by ich reakcje na partnerów były bardziej naturalne i spontaniczne. Można więc powiedzieć, że Helena uczyła się od mistrza. Ale teraz zaczynała się niecierpliwić. Ten lekarz z hrabiowskim nazwiskiem mógłby się trochę spiąć i wysilić. Przecież z nich dwojga to ona miała – do jasnej-ciężkiej-cholernej-cholery! – większy problem. Wszystko musiała poukładać, zorganizować, przemyśleć. Mieć pewność, że nic nie rozejdzie się w szwach, bo inaczej… będzie za późno.

Poprawiła chustę na głowie. Przypomniała sobie o swojej córce Agacie i zrobiło jej się zimno. Jakoś to wszystko beznadziejnie wyszło. Nie przemyślała do końca swojego życia, które wcześniej wydawało się takie dobre i przyjemne. Trzynaście lat temu otrzymała wprawdzie jeden bolesny cios i przez chwilę naprawdę rozpaczała, ale później dało się wytrzymać. Wszystko się układało, Agata była inteligentna i pyskowała z coraz większym umiarem, miały pieniądze oraz dom, który obie kochały. Salon fryzjerski nazywał się Helena i dobrze prosperował. Nie potrzebowały niczego więcej. A teraz co?

– Dupa! – mruknęła i dopiero po minie lekarza zorientowała się, że wypowiedziała to na głos.

Facet z hrabiowskim nazwiskiem wyprostował się jak struna.

– Niech pani mówi – poprosił z niechęcią.

Uśmiechnęła się szeroko, choć wiedziała, że nie powinna już tego robić. Miała żółte zęby, zapadnięte policzki i wyłupiaste oczy. Szeroki uśmiech wszystko to uwypuklał. Ale teraz, przez chwilę, była szczęśliwa. Bo wreszcie miała nadzieję. Zaczęła więc opowiadać o swojej dawnej przyjaciółce z dzieciństwa, Elizie Ostaszewskiej, a później o kancelarii Harpia, w której pracowało dwóch sympatycznych prawników Maciej Runa i Albert Dębski.

Kiedy skończyła mówić, poczuła się bardzo zmęczona.

* * *

Strych był tajemniczy. Stanowił strefę zakazaną i wydawał dźwięki. Agata Bukowska zawsze bała się strychu i schodów. Miała wrażenie, że stopnie uginają się pod nią i cała konstrukcja niechybnie runie. Dzisiaj strych również śpiewał. Agata słyszała tę melodię jeszcze wyraźniej, bo w całym domu panowała niczym niezmącona cisza. Było jak w filmie. Nastrój grozy podsycała poranna mgła. Na moment zwątpiła w powodzenie całej akcji, ale szybko wzięła się w garść i zacisnęła palce wokół klucza. Po chwili znowu miała wrażenie, że stopnie uginają się pod nią i już za sekundę schody runą. Przed sobą widziała drzwi, za drzwiami był strych, a na strychu zdjęcia. Matka nie mogła się dowiedzieć o tej eskapadzie. Wkurzyłaby się, a nie powinna się wkurzać. To było dla niej niebezpieczne. Agata wzięła głęboki wdech. Coraz rzadziej płakała na myśl o matce. Gdzieś kiedyś przeczytała, że człowiek jest w stanie przyzwyczaić się do wszystkiego. Nie chciała, by okazało się to prawdą.

Wspięła się na ostatni schodek i wyciągnęła przed siebie dłoń z kluczem. Jak broń. Zamek szczęknął, drzwi ustąpiły. Agata wsunęła się do dusznego pomieszczenia i od razu zaczęła kichać.

– Gdzie ten karton? – mruknęła.

Zrzuciła plecak i oparła go o ścianę. Coś gdzieś zachrobotało. Agata zamarła. „Cholerne myszy” – pomyślała. Że też nigdy nie kupiły sobie z matką kota! A wszyscy im mówili! W takim starym domu powinien znaleźć się kot, bo inaczej z myszami kaplica. Nic się nie da zrobić, ciągle będą wracać. No i wracały, france. Agata poczuła, że się czerwieni. Nie użyłaby słowa „france” przy matce. Zwłaszcza teraz. Teraz musiała się pilnować, być dobrą dziewczynką, nie sprawiać kłopotu. Zgrywać twardą. Inaczej wszyscy będą się głupio litować i głaskać ją po głowie, a przecież tego nie znosiła. Nie, nie… Tutaj należało działać. Już dawno przestała się łudzić i liczyć na cud. Cuda się nie zdarzały. Straciła nadzieję. I dlatego musiała skierować uwagę na tę kobietę, Elizę Ostaszewską, której zdjęcia tkwiły na strychu. W kartonie pod belką, całą w pajęczynach. Ta kobieta musiała jej pomóc.

Agata z determinacją ruszyła przed siebie. Zdusiła obrzydzenie i odgarnęła pajęczyny. Karton, zdjęcia, kobieta. To był teraz jej cel. Musiała wiedzieć, jak kiedyś wyglądała Eliza Ostaszewska. Czy zmieniła się w stosunku do tego, co Agata już dojrzała na Facebooku. Jeśli tak – to na pewno niewiele. Wciąż wyglądała jak dwudziestolatka, choć była w wieku mamy. Może to przez włosy. Rude i kręcone jak u Murzynki. Albo przez chudość. Mama też była teraz chuda, ale jej to akurat nie służyło. Wyglądała na zmęczoną i chorą. Bo była chora. Agata przymknęła oczy. Nie, nadal nie chciało jej się płakać na myśl o matce i uznała, że to przerażające. Może jednak faktycznie człowiek jest w stanie przyzwyczaić się do wszystkiego?

Pochyliła się nad kartonem i zatopiła palce w starych papierach. Wiedziała, gdzie szukać. Mama myślała, że stare papiery, jakieś rachunki za gaz i prąd, korespondencja z panem od kablówki i inne podobne pierdółki wydadzą się Agacie nudne i mało kuszące. Nic z tego. Znała swoją matkę – mistrzynię kamuflażu i żonglowania pozorami. No! Nie zawsze mistrzynię. Z kartonem jej nie wyszło. Były tam. Trzy koperty, a w nich fotografie sprzed trzynastu lat. Mama, tata i ta ruda kobieta. Tata w środku. Obejmował je obie, ale każdy głupi zauważyłby, w której był zakochany. Agata przekrzywiła głowę. Nie, nie czuła złości. To dziwne, jak niewiele czuła. Liczył się cel.

Musiała zobaczyć Elizę Ostaszewską sprzed lat – jej twarz jeszcze nienaznaczoną złymi doświadczeniami. Teraz niby wciąż młodą i ładną, ale wyrażającą straszliwą rezygnację. Ta rezygnacja najbardziej Agatę przeraziła. Ona czuła się przecież dokładnie tak samo. Zrezygnowana i pozbawiona nadziei. Ale stare fotografie dodały jej otuchy, stanowiły niezbity dowód na to, że kiedyś twarz Elizy wyrażała inne emocje. Być może da się te emocje jeszcze odtworzyć, odnaleźć gdzieś pod pokładami rezygnacji i zwątpienia? I wtedy Agata również na nowo odkryje w sobie dziecko? Ma przecież dopiero dwanaście lat.

Czy mogły dokonać tego wszystkiego wspólnie z Elizą Ostaszewską? Czy ona się zgodzi?

Agata wrzuciła koperty ze zdjęciami do plecaka i już po chwili była na dole. Dopiero tutaj coś poczuła. Wtedy, kiedy zeskoczyła z ostatniego stopnia, przemknęła przez korytarz i minęła kuchnię, w której zawsze przesiadywały z matką godzinami. Dom taki duży, poniemiecki, a one ciągle w tej kuchni… Agata zatrzymała się i obróciła na pięcie. Weszła tam. Kuchnia śniła jej się codziennie, ale teraz, na jawie, wyglądała inaczej. Blat pokrywała cienka warstewka kurzu. A przecież ktoś miał tu przychodzić i sprzątać. Ten dom nie był przeznaczony na… Na co? Dla kogo? Agata zacisnęła dłonie w piąstki. W życiu nie pozwoli, by ktoś tu zamieszkał zamiast niej. Nie pozwoli na to! Musi tylko postępować konsekwentnie. Każdego dnia utwierdzać mamę w przekonaniu, że ta decyzja jest dobra, najlepsza z możliwych. Nie spodziewała się zresztą oporu i protestów. Mama ze wszystkim się zgadzała. W dodatku uważała, że w gruncie rzeczy cała ta koncepcja narodziła się w jej głowie. Nie miała innego wyjścia.

Agata przetarła oczy i wybiegła z kuchni. Musiała zdążyć na autobus, bo przed lekcjami chciała jeszcze zajrzeć do szpitala. Była wprawdzie sobota, ale odrabiali dwie godziny w zamian za jakiś inny dzień… Wolne, które wypadło w środku tygodnia czy coś w tym stylu. Agata kiepsko radziła sobie z rozróżnianiem dni – poniedziałków od śród, śród od piątków, sobót od niedziel. Weekend był może nieco inny, bo wtedy więcej uczyła się samodzielnie, mniej mówiła i sporo myślała. Dłużej siedziała u matki w szpitalu i nikt jej stamtąd nie przeganiał.

A jednak dziś… Nic nie wydawało się takie jak zawsze. Spojrzała w niebo.

Mgła opadła i wyszło słońce. Wrocławskie Żerniki w ten majowy poranek wydawały się nieprzyzwoicie piękne.

 

2. Sen

E.

Tej nocy śnił mi się Albert Dębski. Tańczyliśmy w jakimś klubie, w tle leciała smętna popowa ballada, on obejmował mnie w talii i… Właśnie. Później akcja skoczyła od razu do ciemnego zaułka – chyba na tyłach knajpy – gdzie obściskiwaliśmy się jeszcze intensywniej. Wszystko prowadziło do „wiadomo czego”. A jednak „wiadomo co” się nie dokonało, bo oto nagle nastąpiło kolejne cięcie, kamera wykonała pijacki półobrót i… Sypialnia. Nie moja, to pewne. W mojej sypialni nigdy w życiu nie było tak czysto i przestrzennie. Albert rzucił mnie na łóżko. Całowaliśmy się. On rozpinał mi bluzkę, a później nagle… zaczął pytać, czy mam jakieś plany. Naprawdę – plany! Na najbliższą przyszłość i życie w ogóle. Chyba nie muszę wspominać, że sytuacja średnio nadawała się do zadawania takich pytań, no ale był to sen, a we śnie wolno wszystko. Freud miałby na ten temat sporo do powiedzenia, Jung pewnie też niemało. Zdębiałam. Musiałam wyglądać wyjątkowo idiotycznie, bo Albert się zawahał. Stracił zainteresowanie „wiadomo czym” i przysiadł na brzegu łóżka. Z uwagą obejrzał skrawek kołdry. Standardowa pokazówka maskująca zakłopotanie, bo nie było czego oglądać, naprawdę. Zwykła biała poszewka, sztywna i czyściutka. Co miałam robić? Również usiadłam, głupio mi było tak samej leżeć. Albert pokręcił głową, po czym zdecydował widocznie, że jednak chciałby przejść do meritum i na powrót rzucił się w moją stronę.

A ja… Byłam nadal zdębiała, o ile w ogóle istnieje taki stan. Plany? Czy mam jakieś plany? Zaczęłam się nad tym zastanawiać. We śnie. Wszystko pamiętam. Pomyślałam na przykład, że oczywiście mam plany. Całe mnóstwo. Tyle tylko, że są to plany mikro, nigdy makro. Wieczorem zakładam, że z samego rana kupię sobie w piekarni na rogu rogala z kruszonką, a później wezmę na wynos kawę z cynamonem. Zaszaleję. Na co dzień nigdy tego nie robię, ale człowiek musi od czasu do czasu urządzić sobie takie małe prywatne święto. Po południu obejrzę Zaginioną dziewczynę, bo jest już na DVD, a na seans w kinie się nie załapałam. Tak wyszło. I jak zawsze rzecz rozbiła się o pieniądze. Seans w kinie to jednorazowy dreszcz, chwila ekscytacji w ciemności, wyprawa po zakupione emocje, których opary wloką się za nami do domu. I koniec. DVD to zupełnie inna sprawa. Koszt bardzo zbliżony, ale zakupione emocje można oswoić we własnej przestrzeni, otulić zapachem rozgotowanego ryżu i lekko przypalonego kakao, ciepłem koca i wełnianych skarpet. Można je też powielać, odtwarzać zawsze wtedy, kiedy najbardziej tego potrzebujemy. A zatem wydatek nie jest jednorazowy. DVD to długofalowa inwestycja w lepszy nastrój. Ot co!

Tak. „Jestem mało ambitna” – pomyślałam sobie w tym śnie, a wszystkie moje złe doświadczenia i bolesne wspomnienia po prostu… nie istniały. Nie uwierała mnie świadomość, że zostałam na świecie zupełnie sama. Po raz pierwszy od dawna czułam się dobrze.

Albert był ze mną. Dlaczego akurat on? Przecież to bez sensu. Teraz ziewam, przeciągam się, spoglądam na zegar. Siódma. Siódma! I wszystko przez głupiego Alberta Dębskiego! Przecież dzisiaj jest sobota! A ja miałam wczoraj małe święto. Zamierzałam spać do dwunastej albo nie wstawać w ogóle, bo przecież mogę sobie na to pozwolić. W soboty nie pracuję. Że też akurat musiał mi się przyśnić Albert Dębski ze swoimi idiotycznymi pytaniami! Szlag by to jasny!

Chcąc nie chcąc, zwlekam się z łóżka i nastawiam wodę na kawę. Ekspres na kapsułki, który cztery lata temu dostałam na gwiazdkę od mojego ówczesnego chłopaka, zepsuł się przed kilkoma dniami. Najpierw zaczął czkać, pluć, migać, po czym całkiem odmówił współpracy. Odkryłam zatem na nowo uroki picia kawy parzonej w dzbanku. Wiedziałam, że prędzej czy później z pewnością to nastąpi. Mój powrót do dzbanka i mielonej kawy. Były chłopak i tak potwornie długo zwlekał z zaklinaniem ekspresu i telepatycznym psuciem go z odległości sześciuset kilometrów. Może poszedł na jakiś specjalny kurs do specjalisty od telekinezy i wreszcie udało mu się odnieść sukces? No bo przecież po zerwaniu obraził się na mnie śmiertelnie i wyjechał z Wrocławia na Wybrzeże. Jakby rzeczywiście było czego żałować…

Albert Dębski. Tak… Nie mam pojęcia, dlaczego akurat on przyśnił mi się tej nocy. Dlaczego zadawał filozoficzno-egzystencjalne pytania i obejmowaliśmy się na parkiecie, a później w sypialni. Nie widziałam go od jakichś siedmiu lat, czyli od ukończenia studiów. Kilka razy przelotnie mignął mi w jednej czy drugiej galerii handlowej. I chyba w Muzeum Narodowym. I jeszcze w jakimś klubie. Ale Wrocław to ostatecznie żaden Nowy Jork i ludzie mogą na siebie wpaść. A Alberta Dębskiego tak na dobrą sprawę w ogóle nie znałam. Studiowaliśmy razem kulturoznawstwo, tyle tylko, że on był ode mnie starszy i całe to kulturoznawstwo uprawiał raczej hobbystycznie, w przerwie między wkuwaniem ustaw i przedzieraniem się przez meandry kodeksów na aplikacji adwokackiej. Zamierzał zostać wziętym prawnikiem i obrońcą uciśnionych, bogatym i odzianym w kosztowny garnitur, ale przy okazji… hm… wyczulonym na kulturę i sztukę. Tak, to był zaiste piękny plan na przyszłość. Musiało mu się w życiu bardzo nudzić albo też miał niezdiagnozowany zespół Aspergera, skoro wszelką wiedzę z różnych dziedzin przyswajał bez problemu.

Szlag… Przecież ja z nim nawet za często nie gadałam! Przez całe pięć lat studiów tylko jakieś „cześć”, „co trzeba było przeczytać?”, „jak ci idzie praca magisterska?”. I tyle. Ach tak, była jeszcze ta sytuacja w czytelni, z kawą i Baudelaire’em, która zaowocowała narażeniem się bibliotecznej „strażniczce” o szponiastych paluchach. Szponiaste paluchy „strażniczki” również czasem śniły mi się po nocach.

No dobrze, bądźmy szczerzy. Wtedy, w tej czytelni, kiedy Albert wylał swoją kawę na mój (a dokładnie – biblioteczny) tomik poezji Charlesa Baudelaire’a, wydawało mi się, że coś się wydarzyło. I wcześniej również miewałam podobne refleksje. Albert mi się podobał. Było na czym oko zawiesić, a do tego jeszcze okazał się całkiem niegłupi. On również na mnie zerkał. No i… tyle. Nigdy nie wyszliśmy poza etap zerkania i podobania się sobie, czyli – zaprawdę! – wydarzyło się między nami dużo. Prawda? Dobrze, niech będzie, szukajmy dalej, a może znajdziemy. Kiedyś tańczyliśmy ze sobą na jakiejś domówce, ale to się w sumie nie liczyło, bo na imprezie zjawiło się prawie sto osób, których główną rozrywką stało się badanie wyporności trzypokojowego mieszkania. Do tej pory nie wiem, czy naprawdę z Albertem tańczyliśmy, czy też po prostu tłum nas ku sobie popchnął, a w tle przy okazji leciała nastrojowa piosenka – Listen to Your Heart Roxette. Później na imprezie zjawiło się również trzech policjantów i pies… Albert gdzieś przepadł, kiedy nas ten zwierz po kolei obwąchiwał w poszukiwaniu podejrzanych substancji odurzających.

Po studiach nie myślałam już za wiele o Dębskim. Miałam inne zmartwienia. I chłopaka. Tego od ekspresu, teraz zepsutego. Długo ze sobą wytrzymaliśmy, jak na ludzi, którzy się szczerze nie znosili, nie mieszkali pod jednym dachem, nie mieli wspólnych pasji i planów na przyszłość. A może właśnie dlatego było to takie łatwe? Oboje wiedzieliśmy, że nie trzeba się specjalnie starać. I w naszym układzie nikt nikogo nie był w stanie naprawdę zranić. Poza tym po studiach miałam jeszcze jeden problem – dość szybko przekonałam się, że świata po kulturoznawstwie nie zawojuję. Nie miałam tylko pojęcia, dlaczego okazało się to dla mnie aż tak zaskakujące.

I była jeszcze jedna kwestia, najtrudniejsza. Nie lubiłam o niej myśleć, ale czasami nie myśleć się po prostu nie dało. Zostałam na świecie zupełnie sama. Dosłownie. Nie miałam nikogo, żadnej rodziny. Kiedy mówiłam to sobie wprost, brzmiało niezbyt dobrze.

Albert Dębski. Teraz. Nagle. We śnie. Ziewam znowu i wpatruję się w aromatyczną zawartość ceramicznego kubka. Tylko kawa może mnie uratować. Upijam łyk. Błogą ciszę przerywa dźwięk SMS-a, który z niezwykłą brutalnością wdziera się w zastane powietrze mojego przyciasnego M3.

I jak tam, poetko? Czujesz się gwiazdą?

Rzucam telefon na stół. Prawie rozlewam kawę. Tak, pewnie. Świetnie. To Paweł. Długowłosy dźwiękowiec z klubokawiarni Sosnowa Szafa, w której wczoraj odbył się mój pierwszy wieczór autorski. I zarazem pewnie ostatni, bo jeśli chodzi o pisanie poezji, to determinacja we mnie stopniowo zamiera. Ale jeszcze wczoraj byłam poetką i promowałam tomik Bez przedmiotu przetrwać, który, no cóż – wydałam sobie sama. Jakoś nie jestem z tego dumna ani też nie czuję się specjalnie spełniona. A przecież powinnam. Czekałam na tę chwilę dwa lata – na możliwość zaprezentowania własnej poezji, która (teraz to rozumiem) nikomu nie jest za bardzo potrzebna. Słyszałam to już milion razy. Czytałam na stronach oficyn wydawniczych. „Prosimy nie przysyłać tomików poetyckich”. Bo i po co? To aż takie dziwne, że nikt już nie chce czytać poezji? Naprawdę, nie ma się co oszukiwać ani też nad sobą użalać. Takie czasy. Nie będę gwiazdą, jak Mickiewicz na paryskich salonach czy innym bruku. I nie czuję się z tego powodu nadmiernie rozgoryczona.

A jednak wydałam tomik wierszy. Właśnie. Po co? Nie wiem. Chyba tylko dlatego, że głupio się zawzięłam. Kiedyś chciałam być prawdziwą poetką, marzyłam o tym, by wyciskać łzy i szarpać za bebechy. Później lekko zmodyfikowałam swój cel. Dotarło do mnie wreszcie, że te moje pragnienia i marzenia byłyby może dobre w innej epoce, właśnie w jakimś romantyzmie, Młodej Polsce albo dwudziestoleciu międzywojennym, kiedy poezja faktycznie kogoś tam za bebechy szarpała. I w dodatku coś mogła zmienić, naprawdę sprawiała, że ludzie inaczej widzieli świat. A teraz? Coraz mniej poetów i coraz mniej wierszy. Ale wiem – kiedy tak o tym dumam, staję się nudna nawet sama dla siebie. Zrozumiałam, że nie kupię sobie poezją rządu dusz, więc obrałam nowy cel. Mniej wzniosły i mniej ambitny. Chciałam po prostu opublikować tomik, swój własny. Wszystko jedno w jaki sposób. Bez przedmiotu przetrwać tworzyłam od dwunastu lat. Wciąż dodawałam nowe wersy, cyzelowałam strofy, zmieniałam, skracałam, dopisywałam, żłobiłam linijkę po linijce. Byłam zdeterminowana? Nienormalna? Pewnie to drugie. Ale zebrałam wszystko w całość, te strofy, rymy i metafory. I zamarzyłam, by nie sczezło w szufladzie. Chciałam, by pachniało farbą drukarską i zaistniało między okładkami. Skromna grafika na froncie i moje nazwisko. Wiem – niektórzy ludzie mają głupie marzenia.

Po dziesiątym odmownym e-mailu od wydawcy zdecydowałam się wziąć sprawy w swoje ręce i wydać ten tomik sama. Nie zarabiałam zbyt dobrze, zaczęłam więc oszczędzać na wszystkim, na czym się dało. Było to właśnie dwa lata temu. Z hakiem. Przez dwadzieścia cztery miesiące (z hakiem) nie kupiłam sobie niczego nowego do ubrania, z kosmetyków uzupełniałam tylko mydło, dezodorant, podkład, krem Bambino, szampon do włosów i pastę do zębów. Oszczędnie inwestowałam w jedzenie. Odżywiałam się głównie ryżem i kaszą gryczaną, jajkami, mlekiem i płatkami owsianymi. Od czasu do czasu pomidor, sok z marchewki i jabłko. Warzywa latem, bo wtedy niedrogie. Od święta czekolada i najtańsze ciasteczka. Herbata również najtańsza, taka, którą ledwie można odróżnić od wody. Ale za to kawa…

Kawy nie znoszę tandetnej. Kawa musi być dobra, mocna i aromatyczna. Moje jedyne ustępstwo i jedyna słabość, powiew luksusu. Na kawie nie oszczędzałam nigdy.

Myślę sobie, że jestem nudna i głupia z tą swoją poezją. Ile takich jak ja chodzi po świecie? Domorosłych wierszokletek, którym wydaje się, że są wyjątkowe i wyróżniają się w tłumie? Wiedziałam to już wcześniej, w trakcie swojego idiotycznego planu oszczędnościowego. A jednak doprowadziłam go do finału z żelazną konsekwencją. Nie kupowałam nawet wody mineralnej, tylko piłam przegotowaną lub zwyczajną kranówkę. Dziękowałam Wyższej Instancji za ciepłą zimę i wrocławski „prawie śródziemnomorski” klimat, który sprawiał, że od grudnia do końca lutego sporadycznie włączałam grzejnik. I udało się. Zebrałam fundusze. Miałam wreszcie odpowiednią kwotę! Wszystko wydałam na swój pierwszy (i ostatni?) tomik poezji. Na Bez przedmiotu przetrwać. I teraz mam go na półce. Jestem poetką.

Naprawdę?

Odsuwam od siebie kubek z kawą i chwytam telefon. Zamierzam napisać Pawłowi, żeby się odpieprzył. „Czujesz się gwiazdą?”. Czy on się ze mnie, szlag by to jasny, nabija?! Zaraz jednak powściągam emocje i włączam logiczne myślenie. Nie, nie, Pawła nie mogę jeszcze spławić. To dzięki niemu i jego wtyczkom w Sosnowej Szafie mogłam w ogóle zaimprowizować wieczorek poetycki połączony z promocją mojego „wielkiego dzieła”. Tylko dzięki niemu. Nie oszukujmy się. Po to przecież od miesięcy knułam ten plan. Krążyłam wokół Sosnowej Szafy niczym zdesperowana ćma wokół lekko przepalonej żarówki, wygniatałam stołek przy barze i ślęczałam przez pół nocy nad jednym drinkiem, żeby Paweł wreszcie zwrócił na mnie uwagę. I zwrócił. Reszta jakoś poszła. Wydałam tomik i zorganizowałam wieczór autorski. Cholernie się bałam, że nikt nie przyjdzie, więc pozapraszałam kupę zupełnie nieistotnych znajomych. Takich „nieprawdziwych”, z którymi na co dzień prawie w ogóle nie utrzymuję kontaktu. Z nikim zresztą nie utrzymuję. Nie mam prawdziwych przyjaciół. Ale Paweł zaprosił swoich. A właściciel Sosnowej Szafy – niestety również za namową długowłosego dźwiękowca – wywiesił kartkę w witrynie. No naprawdę… Gdyby nie on, kogo by obchodziła jakaś Eliza Ostaszewska i jej wiersze? Bądźmy szczerzy.

Wczoraj jednak jakoś to wszystko wyszło. Jakoś się kręciło. Ktoś się pojawił. Przeczytałam kilka swoich wierszy i sprzedałam parę książek. Ludzie zadawali pytania… Zupełnie tak, jak gdybym była prawdziwą poetką! Jak gdybym tworzyła autentyczną, pełnokrwistą, wielką literaturę i miała coś mądrego do powiedzenia! Choć przecież ja sama wcale nie czułam się dumna i spełniona.

A później?

Później popłakałam się i spiłam do nieprzytomności. Bardzo ambitnie i poetycko, prawda? Czy któryś z narodowych wieszczów byłby ze mnie dumny? Czy im też się to zdarzało? Pewnie tak, zwłaszcza jednemu… W każdym razie zdarzyło się mnie, a do domu wróciłam taksówką w towarzystwie wyrozumiałego Pawła. Dźwiękowiec chyba zaczyna się angażować, a to niedobrze. Wciąż nie ma pojęcia, że go oszukałam i wykorzystałam.

Odkładam telefon i dopijam kawę. Wyrzucam Pawła z mojej głowy. Zasiadam przed wysłużonym laptopem i wchodzę do sieci. Przez chwilę jak zahipnotyzowana wpatruję się w biały napis na granatowym tle i okienko do logowania. Facebook… Wzdycham. Znowu to samo, znowu książka twarzy, znowu lajki i emotikony. Po raz kolejny tu wracam, jak każdy. Szlag by to wszystko trafił. No dobrze. Wcale tak nie myślę. Wklepuję hasło. W prawym górnym rogu błyszczy mały czerwony znaczek. Dwanaście powiadomień. Trzy prywatne wiadomości. Na fanpage’u Sosnowej Szafy pojawiły się fotki, na których zostałam „oznaczona”. „Poetka Eliza Ostaszewska promuje swój tomik poezji”. Bla, bla, bla.

Krzywię się z niesmakiem, choć przecież powinnam się cieszyć. Stałam się trochę „sławna”. To nic, że przelew z biblioteki, w której pracuję na pół etatu, jeszcze nie przyszedł. To nic, że dzisiaj z czterech zaplanowanych godzin korepetycji z języka polskiego zostały zaledwie dwie, bo smarkacze się pochorowali. Pod koniec maja! Akurat! No ale nic. Nie można mieć pretensji do świata o to, że się kręci po swojemu. Znowu ryż na obiad. Przyzwyczaiłam się. Grunt, że rachunki zapłacone i żadna firma windykacyjna się do mnie nie dobierze. Dach nad głową zabezpieczony. Internet, komórka, prąd. To najważniejsze, najpotrzebniejsze, by przetrwać. I tomik wydany. Po co?

Z głową wypełnioną skrajnie sprzecznymi myślami wpisuję nazwisko w Facebookową wyszukiwarkę. Pierwsza litera, druga. Waham się. Chaos w mojej głowie nie ustaje. Trzecia litera, czwarta. Wreszcie jest. Całe. Enter. Głosy w mojej głowie milkną jeden po drugim. Wiedzą, że robię coś głupiego, ale jest już za późno na interwencję.

Na cholerę mi to?

Przymykam powieki. Trzy głębokie wdechy. Szybkie spojrzenie na listę osób o takim samym imieniu i nazwisku. Niewiele tego… Wreszcie trafiam na odpowiednie zdjęcie. To on. Albert Dębski. Klikam.

I przeklinam, wyzywając się w duchu od najgorszych idiotek. Szlag jasny trafił podniosłość tej chwili, patos i wyrzuty sumienia. Między mnie a ekran laptopa wdziera się rzeczywistość. Albert Dębski nie jest najwidoczniej w ciemię bity i wie, że istnieje coś takiego, jak ustawienia prywatności. Każdy o tym wie. Nawet ja! A zatem w kwestii „wyhaczenia” Alberta na fejsie to by było tyle. Dziękuję bardzo. Mogę sobie co najwyżej zerknąć na jego zdjęcie profilowe i przyswoić garść rachitycznych informacji podanych do wiadomości publicznej. Reszta dostępna tylko dla wybrańców-znajomych. A tyle było obaw, uciszania głosów w głowie i retorycznych pytań. Kretynka!

Zbliżam twarz do ekranu. Pochmurnieję. Odkrywam, że, niestety, Albert Dębski prezentuje się lepiej niż na studiach. Włosy nadal ma kruczoczarne, ale teraz nie sterczą już na wszystkie strony, tylko są modnie ostrzyżone i lśniące. Cera śniada, oczy ciemne, brwi grube. Dobry garnitur na grzbiecie i elegancki krawat. Szlag by to jasny trafił! Powtarzam się? Trudno. Teraz chodzi tylko o to, że… Facebooka mi się zachciało!!!

Z furią zamykam laptop, po czym szybko na powrót go otwieram, żeby sprawdzić, czy jeszcze działa. Z takim gratem powinnam się obchodzić ostrożniej. Tyle lat razem! Musiałam oszaleć! Powinnam go obłaskawiać i głaskać, składać mu ofiary z owoców, mięsa i wina, żeby się nagle na mnie nie wypiął! Bo niby za co kupię nowy?! Drżącymi palcami pukam w klawiaturę. Uff… Działa. Zamykam go na powrót, tym razem delikatnie, i zerkam na zegarek.

Dochodzi dziewiąta. Jestem głodna. Myślę o ryżu, po czym kieruję spojrzenie na swoją torbę. Zbliżam się do niej bardzo powoli, jak gdyby mogła nagle eksplodować albo w inny wymyślny sposób przesłać mi fundamentalnej treści wiadomość: „Nie rób tego!”.

No cóż. To ewidentnie nie jest mój dzień na słuchanie dobrych rad. Podnoszę torbę z kanapy i wygrzebuję z niej portfel. Ważę go w dłoni. Są tam pieniądze z wczorajszej sprzedaży moich tomików. Nie żebym specjalnie dużo na nich zarobiła. Raczej zwróciła mi się jakaś jedna milionowa środków, które przeznaczyłam na publikację. No dobrze… Trochę przesadzam. A skoro coś się jednak zwróciło – znaczy, że jest moje. I teraz najważniejsze pytanie brzmi: czy wystarczy tego na pizzę? Robi mi się niedobrze na samą myśl o ryżu, chciałabym wreszcie odetchnąć po dwuletniej zbożowej ascezie. Tłumaczę sobie, że już nie muszę oszczędzać. I tak nie bardzo mam z czego, ale nie będę więcej bawić się w poetkę. Raz wystarczy. Chyba zasłużyłam na jakąś wegetariańską albo chociaż margheritę?

Siadam na dywanie i wpatruję się w portfel, jak gdyby był artefaktem o cudownej mocy i należał do pierwotnych plemion, od których wywodzi się cała ludzkość.

Co się właściwie ze mną dzisiaj dzieje? Dlaczego nie działam tak samo jak zazwyczaj? Skąd tyle niezbyt mądrych myśli i wątpliwości? Co się w mojej głowie popsuło i kto mógłby to naprawić? Czy wszystkiemu winien jest Albert, który mi się przyśnił, i jego pseudoegzystencjalne pytania? Czy jeden sen może aż do tego stopnia zdeptać spokój ducha i zaburzyć równowagę umysłową?

Jaki spokój ducha?

Jaką równowagę?

Śmiać mi się chce. Podnoszę się z podłogi, wrzucam portfel do torby i uznaję, że najlepiej będzie wziąć prysznic. Zimny. A później posprzątać, zanim przyjdzie ten tępy smarkacz analfabeta na nędzne dwie godziny języka polskiego. Mieszkanie trzeba wywietrzyć. I wtłoczyć się na nowo w swoje społeczne role. Bibliotekarki i korepetytorki.

Moje pierwsze mądre tego dnia przemyślenia przerywa dzwonek telefonu. Zerkam na wyświetlacz pewna, że dzwoni Paweł, któremu nie raczyłam odpisać nawet monosylabą. Ale nie. To nie Paweł.

– Halo? – mruczę i wzdrygam się na dźwięk własnego głosu. Chyba jednak wczoraj przesadziłam. – Ha… halo? – powtarzam, starając się jakoś dopasować do siebie fałdy głosowe.

Po drugiej stronie słuchawki niewidzialny facet przemawia do mnie w dziwnym języku. A właściwie to nie język jest dziwny, lecz treść. Zamieram. Co… on… mówi? Nie, to niemożliwe. Niemożliwe! O, nie, nie! Na takie rzeczy to ja się nie godzę! Z człowieka nie można stroić sobie żartów, kiedy właśnie wydał tomik poetycki i ma ochotę na pizzę! No naprawdę!

Zaczynam się bać. A właściwie… boję się bardzo.

 

3. Skoro nie znali się wcześniej

Dagny Zander musiała wyrzucić to zdjęcie. W ogóle wszystkie zdjęcia, które oglądała wieczorami, by nie oszaleć z tęsknoty. Słuchała wtedy rzewnej muzyki i wyobrażała sobie, że on jest razem z nią. Nawet teraz marzyła o tym, by go zobaczyć. Nie wiedziała, dlaczego nie potrafiła odpowiednio zareagować na tamtą tragedię. Przecież była winna. I on. On bardziej, ale nikt nie mógł poznać prawdy. Obiecała mu. Kazała uciekać, choć sama była tak przerażona i obolała, że z trudem trzymała się na nogach. A później kłamała. „Niewiele pamiętam”. „Wszystko działo się zbyt szybko”. „Jechałam sama”. „Tak, to ja prowadziłam”. Nie przeszły jej tylko przez gardło słowa: „Tak, to ja go potrąciłam”. „Prowadziłam” brzmiało jednak zupełnie inaczej niż „potrąciłam”, nie było dramatycznie ostateczne.

Kiedy pytanie padło po raz pierwszy, po prostu się rozbeczała, jak przystało na labilną nastolatkę, która popełniła fatalny błąd. „Jest w szoku” – mówili wszyscy. Lekarz na pogotowiu chyba nawet jej współczuł. Matka była zażenowana. Właśnie tak – zażenowana. A jednak udawała przejętą i targaną przez wewnętrzne konflikty, jak w jakichś durnych łzawych serialach. Chciałaby potępić córkę, owszem. Ale z drugiej strony – jakże to tak? No przecież dziecko. „Dagusia taka zawsze poukładana”. W kółko to powtarzała. Rzygać się chciało. Dagny zaciskała dłonie w pięści i wbijała paznokcie w skórę. W takich chwilach szczerze nienawidziła matki. Mimo to ojciec był jeszcze gorszy. Opanowany. Chłodny. Skupiony. Obmyślał już odpowiednią strategię. Gdyby tylko wiedział, z kim jechała…

Dagny porwała zdjęcia na maleńkie kawałeczki. Przez chwilę w zadumie spoglądała na osobliwą kompozycję, którą na blacie biurka utworzyły fragmenty fotografii. Nawet te łzy, które kapały teraz na rozczłonkowaną sylwetkę mężczyzny, bardzo tutaj pasowały. I rzewna piosenka w tle. Say You Love Me Jassie Ware. Odebrał jej dziewictwo przy tym utworze. Wahała się, ale był bardzo przekonujący. Doświadczony, starszy. Imponował jej, nie to, co smarkacze z liceum. Dagny nienawidziła szkoły i swoich rówieśników-debili. On… To była zupełnie inna bajka. A teraz?

Zgarnęła ze stołu szczątki zdjęć swojego ukochanego i uznała, że przydałoby się je spalić. Może w kominku. Jak? Ojca nie było w domu, ale matka ciągle kręciła się po kuchni. Zaraz się zacznie. Głupie pytania. Dręczenie. Poza tym było wyraźnie widać, że Dagny płakała. Mogła się zasłonić wypadkiem i wyrzutami sumienia. Gdyby powiedziała, że tęskni za swoim ukochanym, matka zabiłaby ją śmiechem.

Miałaby rację. Dagny przygryzła wargę tak mocno, że poczuła na języku krew. Powinna go znienawidzić. Powinna wyznać prawdę. Pomóc sobie samej. Ale wtedy to na nim by się skupili. Policja, prawnicy, ojciec… Ojciec chybaby go zabił. Ją zresztą też. Nie mogła na to pozwolić. Dagny opadła na łóżko i zamknęła oczy. Znowu to widziała. Obraz tkwił po wewnętrznej stronie powiek nawet wtedy, gdy nie spała. A sny były jeszcze straszniejsze niż to, co oglądała teraz.

Auto. Bruk. Krew. I ciało.

* * *

Paulina Dębska nie przypuszczała, że ten kolor może jej pasować. Sukienka leżała idealnie. Obróciła się przed lustrem. Tak. Idealnie.

Wyszła z przymierzalni bardzo zadowolona. Posłała nawet uśmiech znudzonej sprzedawczyni, która nie przypuszczała chyba, że ktoś pojawi się w sklepie pięć minut po otwarciu i kupi najdroższą sukienkę. Paulina lubiła czuć się ważna i lepsza od innych. A teraz właśnie tak się czuła. Założyła kosmyk blond włosów za ucho i nawet jej powieka nie drgnęła, kiedy przykładała kartę do czytnika. Zarabiała pieniądze i lubiła je wydawać. Była korpokrólową. Nie musiała prosić męża o nową sukienkę i biżuterię, to byłoby przecież jak prostytucja. Paulina czerpała przyjemność ze swojej samowystarczalności. Poza tym – jak uzasadniłaby tę prośbę? „Słuchaj, potrzebna mi nowa krwistoczerwona sukienka. Nie, tylko tak sobie, żeby powisiała w szafie. Nigdzie przecież razem nie wychodzimy”. Jasne. Pewnie zabrzmiałoby to bardzo przekonywająco. A zresztą… Czy Albert rzeczywiście przejąłby się nową sukienką Pauliny? Przecież miał to gdzieś!

Owszem, jej mąż się starał. Widziała to codziennie i doceniała. Zupełnie jej nie rozumiał, ale się starał. Wiele potrafił znieść. Po prostu był okropnie kiepski w ukrywaniu obojętności i udawaniu zainteresowania. Już dawno nie obchodziło go, co myśli, czuje i nawet robi Paulina.

Albert wiele potrafił znieść… A to? Czy to również by zniósł? Oczywiście, że nie. Miałby wreszcie niepodważalny argument i bodziec do wprowadzenia zmian w swoim życiu. Na razie tkwił przy niej, bo świrowała. Cierpiała. Była nieszczęśliwa i niespełniona w jednej konkretnej, pieprzonej dziedzinie życia. Czuła się wybrakowana i pusta w środku. Dlatego tego potrzebowała. Zakupów. Nowej sukienki. I…

Paulina wzdrygnęła się na dźwięk SMS-a. Wsunęła dłoń do kieszeni i wyjęła telefon. Sprzedawczyni właśnie podawała jej zapakowaną w elegancką torbę sukienkę. Paulina skinęła głową i wyszła ze sklepu. Dopiero na zewnątrz zerknęła na wyświetlacz. On. Napisał, gdzie na nią czeka. Uśmiechnęła się. Kiedy szła przez parking w stronę samochodu, podśpiewywała pod nosem Say You Love Me Jassie Ware.

Całkiem niedawno śniło jej się, że słuchała tej piosenki w samolocie, a za oknem kłębiły się chmury. Nie miała pojęcia, dokąd leci.

 

4. Po przebudzeniu

A.

Myślałem, że mi się przyśni. Chciałem tego. Zastanawiałem się nawet, czy można sprowokować sen. Wreszcie poddałem się i uznałem, że to bez sensu. Dopadły mnie wyrzuty sumienia. Wstałem z łóżka i – wbrew swoim postanowieniom – zajrzałem do lodówki. Zmrużyłem oczy, oślepiony światłem, po czym wydobyłem ze środka pomarańcze, cytryny, banany i mały dziwny kształt, który chyba był pitają. Jeszcze kilka dni temu nie miałem pojęcia, że istnieje coś takiego jak pitaja, ale moją wiedzę na temat owoców świata poszerzyła kosmetyka. A dokładnie – żel pod prysznic o zapachu „granat & pitaja”. Później zerknąłem w Google’a i co nieco na temat pitai poczytałem, a jeszcze później zakupiłem ową roślinę w delikatesach.

Teraz przyglądam się jej niemal z niechęcią. Pitaja. Chyba mi całkiem odbiło.

Wzruszam ramionami i biorę się za obieranie owoców ze skórek. Wydaje mi się, że dzięki takiej prostej motorycznej czynności przestanę myśleć o Elizie Ostaszewskiej. Myślenie o niej jest zupełnie idiotyczne. Nie widziałem tej dziewczyny od siedmiu lat, czyli mniej więcej od zakończenia studiów. A na studiach… nie byliśmy ze sobą blisko. Zawsze mi się podobała, to fakt. Wydawała się inna od całej tej uczelnianej „reszty”. Nosiła śmieszne swetry, była chuda i płaska, miała wyraziste kości policzkowe, bladą cerę, na głowie rude afro, a oczy – prawie granatowe. Osobliwa kombinacja. Eliza nie była klasyczną pięknością. A jednak miała w sobie coś, co na zawsze kazało mi zapamiętać te prawie granatowe oczy i rude afro. Kiedy pojawiała się w pobliżu, nie potrafiłem oderwać od niej wzroku. Kiedy się odzywała, zachłannie łowiłem każde słowo. Często mówiła dokładnie to, co ja sam chciałem powiedzieć. Okradała mnie z myśli, emocji i celnych puent. Podziwiałem ją. Myślałem, że to widać i że ona wiedziała. Nie mam pojęcia, na co czekałem. Ona przecież także na mnie reagowała. Zauważyłem to kilkakrotnie. Błysk w oku, odrobinę zbyt nerwowe ruchy, ściągnięte łopatki, palce w rudych włosach, uśmiech promienny i szeroki, marudzenie w szatni i długie wkładanie rękawiczek, kiedy ja akurat ukazałem się na końcu korytarza. Wszystko po to, by choć przez sekundę dzielić wspólną przestrzeń. Z pewnością się nie myliłem. Robiłem dokładnie to samo. Zaciskałem palce na klamce, na którą wcześniej spadła jej dłoń. Niby przypadkiem.

Raz, w czytelni, spojrzała mi prosto w oczy.

Ale to było dlatego, że wylałem kawę na jej notatki i tomik poezji Baudelaire’a…

Nigdy wcześniej niczego takiego nie czułem. Najpierw serce zupełnie przestało mi bić, a później krew ze wszystkich tętnic i żył zaczęła płynąć wściekłym strumieniem w stronę policzków. Rumieńce paliły moją skórę żywym ogniem. Eliza patrzyła. Czas stanął w miejscu.

Właśnie ten moment uznałem za najdoskonalszy z doskonałych. Zignorowałem to, że prawdopodobnie wyglądam jak tępy burak, i otworzyłem usta. Wiedziałem, co mówić, w końcu kształciłem się na adwokata i gadkę miałem zawsze bardzo efektowną. Niestety! Z moich otwartych ust – i na przekór buraczanym policzkom – nie wysypały się żadne gładkie słówka. Na drugim końcu czytelni uaktywniła się bowiem Harpia. Najstarsza i najwredniejsza bibliotekarka świata. Mocarna, wszechwładna i nie do ruszenia. Harpia, która wiecznie syczała, że jeśli będę takimi bazgrołami wypisywał rewersy do biblioteki, to ona mi już więcej żadnej książki nie wypożyczy! Powinienem nauczyć się najpierw czytelnie stawiać litery, a dopiero potem brać się za studia wyższe! Bo to kulturoznawstwo przecież! A nie medycyna! I ona hieroglifów lekarskich odczytywać nie zamierza. Wystarczy jej na receptach, które dostaje od swojego gastrologa. Przez chwilę na serio myślałem, że powie: „psychiatry”.

Harpia zatem uaktywniła się na drugim końcu czytelni i zaczęła kuśtykać w moją stronę, unosząc dłoń i wysuwając zakrzywiony, szponiasty, drżący palec. Syczała. To oczywiste. Zawsze syczała. Kiedy tylko ją zobaczyłem, natychmiast zrobiło mi się zimno. W popłochu spojrzałem na swój przewrócony kubek, mokre notatki Elizy i…

„O Jezzzu!” – pomyślałem. A sekundę później: „Ja pierdolę”.

Na stoliku spoczywało coś jeszcze. Coś, co wsysało w siebie moją cholerną kawę. Coś, co zmieniało się z wolna w beżową mokrą szmatę. Coś, co wcześniej – przed fazą mokrej szmaty – było tomikiem poezji Baudelaire’a! Zabytkowym, unikatowym wydaniem, pojedynczym egzemplarzem dostępnym tylko w pieprzonej czytelni! Wszystko wokół zasnuła mgła. To znaczy nie wiem, czy tę mgłę widzieli inni, ale ja widziałem ją bardzo wyraźnie. We mgle poza mną były tylko Eliza i Harpia. Eliza wreszcie zorientowała się w sytuacji, zatrzepotała rzęsami i zerwała się z krzesła. Wysypała wszystko ze swojej torby, chwyciła paczkę chusteczek i podjęła trud osuszania nieszczęsnego Baudelaire’a. Przez mleko otulającej mnie mgły dostrzegłem jeszcze kilka wersów. To była Fontanna krwi. Jakże adekwatna w obliczu tego, co mogła mi zrobić Harpia…

 

Niekiedy zdaje mi się, że krwi mojej fale

Uchodzą gdzieś ze mnie, słyszę ich rytmiczne żale,

Jak bijącej fontanny przeciągłe westchnienia,

Ale na próżno rany szukam bez wytchnienia.[1]

 

No tak, faktycznie „krwi fale” tańczyły w moich żyłach tango, a ich rytmiczne żale układały się jakoś dziwnie pod melodię kroków starej bibliotekarki. Nie miałem też absolutnie żadnych wątpliwości, że kiedy Harpia wreszcie dotrze do celu, spadną na mnie również wszystkie te bijące fontanny i przeciągłe westchnienia. A rana z pewnością gdzieś się znajdzie i nie będę próżno jej szukał. Harpia zada mi cios tym swoim zakrzywionym szponem. Spuściłem głowę, gotowy na śmierć.

I wtedy jeszcze raz zerknąłem na stolik, przy którym Eliza usiłowała osuszyć Baudelaire’a. Na blacie pyszniła się cała zawartość jej przepastnej torby. Portfel, klucze, chusteczki, telefon komórkowy, kolorowa apaszka, notatnik, Targowisko próżności Thackeraya i zdjęcie jakiegoś faceta.

Tak. Zdjęcie faceta.

Eliza zakończyła czynności osuszające prawie w tym samym momencie, w którym dotarła do nas Harpia. Zakrzywiony szpon wycelowała prosto we mnie. Eliza zamachała rękami.

– To nasza wspólna wina. Ja… ja… miałam wysunięte krzesło i on się potknął. Albert. Albert się potknął – wydukała i wyciągnęła przed siebie utopionego w kawie Baudelaire’a.

Harpia łypnęła złowrogo i chwyciła w dwa palce nieszczęsny tomik. Przełknąłem ślinę.

– Nie, to moja wina. Tylko moja. Nie patrzyłem, dokąd idę i… i…

– I… i…? Co to znaczy: „nie patrzyłem, dokąd idę”? Było panu wszystko jedno, gdzie pan się znajdzie?!

– To znaczy nie. W stronę drzwi szedłem. – Zabrzmiało to prawie jak „w stronę słońca”. Ponownie przełknąłem ślinę. Tym razem z trudem. – Tylko jakoś było mi obojętnie, którędy – plątałem się w zeznaniach, a ludzie wokół chichotali.

– Chryste – jęknęła Harpia, szukając wsparcia w Majestacie. Na próżno.

– Nie widziałem Elizy i jej wysuniętego krzesła – kłamałem dalej, bo źle znosiłem tę ciszę i chichoty. – Zagapiłem się… zagapiłem… na tamtą dziewczynę. O! Tamtą! – Wskazałem siedzącą nieopodal ładną blondynkę. – No, sama pani rozumie… Odkupię tę książkę!

– Odkupię?! Czy ty wiesz, smarkaczu jeden z dysgrafią, że to unikat?! – Oczy Harpii zaszły mgłą. Albo też ja nadal wszędzie widziałem mgłę.

– No to kupię coś innego – rzuciłem w desperacji i pośpiesznie zebrałem swoje rzeczy. – Przybyszewski też jest rzadki. A ja wiem, gdzie można dostać „Dzieci szatana” w dobrej cenie…

W czytelni zapadła głucha cisza. Kiwnąłem głową oniemiałej z oburzenia Harpii i zerknąłem na Elizę, która jednak na mnie nie patrzyła. Spoglądała gdzieś dalej. W przestrzeń poza moimi plecami.

 

Obieram owoce i kroję je na mniejsze kawałki. Uruchamiam sokowirówkę. Nic nie pomaga. Ani obieranie, ani krojenie, ani wyjący dźwięk urządzenia. Myślę o Elizie i tamtym wydarzeniu w czytelni. To dziwne, jak niewiele czasem trzeba, by obudzić wspomnienia, które dotąd wypełniały najodleglejsze zakątki naszego umysłu. Wystarczy pojedynczy impuls. A później już tylko lawina nieprzewidzianych organicznych reakcji, która przykrywa wszystko.

Impuls pojawił się wczoraj. Zobaczyłem Elizę, po raz pierwszy od zakończenia studiów. Wcześniej kilka razy mignęła mi gdzieś na tle panoramy Wrocławia. W jakiejś galerii… Chyba w Muzeum Narodowym. Ale zanim sobie uświadomiłem, że to Eliza, jej już nie było. Wczoraj natomiast sytuacja wyglądała inaczej. Przechodziłem obok knajpy Sosnowa Szafa i dostrzegłem ją przez szybę. Nie sądzę, bym w tamtej kobiecie od razu rozpoznał właśnie Elizę Ostaszewską. Miała wprawdzie podobne włosy i taką samą tyczkowatą figurę, ale równie dobrze mógł to być ktoś zupełnie inny. Mówiła do mikrofonu, a w Sosnowej Szafie odbywała się jakaś impreza. Spojrzałem na kartkę w witrynie. „Wieczór autorski poetki Elizy Ostaszewskiej” – przeczytałem. A niech to! Jednak ona. I w dodatku jest poetką. Czyżby ją wzięło na pisanie wierszy po tym utopionym Baudelairze?

Zbliżyłem czoło do szyby i zerknąłem do środka. W Sosnowej Szafie siedziało jakieś uduchowione towarzystwo, kobiety ubrane w pstrokate apaszki, mężczyźni z dredami, pod ścianą grupka hipsterów. Przeniosłem wzrok na swój garnitur za sześć tysięcy złotych. No… cóż. Nie byłem chyba odpowiednio ubrany. Mimo to po cichutku wsunąłem się do środka. Wzdłuż ściany przemknąłem do baru, zamówiłem wodę mineralną i kawę. Nie zaszalałem, ale do Rynku przyjechałem samochodem. Na spotkanie biznesowe, oczywiście. Moje spotkania z bliźnimi mają głównie charakter biznesowy. Ale wtedy to jedno konkretne zupełnie wypadło mi z głowy. Piłem kawę i słuchałem Elizy. Mówiła o swoich wierszach, o tym, że powstawały na przestrzeni ostatnich dwunastu lat i zawiera się w nich jej życie… Jej przemyślenia, refleksje, lęki i radości. I również o tym, że jej poezja nie jest żadną terapią ani nie spełnia funkcji dydaktycznej. Mądre słowa. Hipsterzy pod ścianą kiwali głowami tak zamaszyście, że prawie im pospadały te gigantyczne okulary i wełniane czapki (jest maj; wełniane czapki w maju nigdy nie przestaną mnie zadziwiać). Ja również kiwałem. Zapamiętałem jej słowa, zwłaszcza te o funkcji terapeutycznej. Jakoś nie uwierzyłem Elizie. Nie wiem dlaczego. Później ludzie zadawali pytania. Dziewczyna w pstrokatej apaszce, chłopak z dredami i jeden z hipsterów. I jeszcze ktoś. Zastanawiałem się, czy Eliza jako poetka była znana ogólnie, czy też była znana tylko w Sosnowej Szafie, wśród tubylców.

Dopiłem kawę i nakłoniłem barmana, by kupił dla mnie jeden tomik. Dodałem, że mam na imię Albert. Nie wiem, po co. Chyba chciałem dedykację. A barman nie wysilił się z myśleniem, kiedy o nią poprosił, i bardzo inteligentnie rzucił: „dla Alberta”. No to Eliza napisała: „Dla Alberta, w podziękowaniu za najlepsze drinki na świecie, które poprawiły mi humor w niejeden smutny wieczór”.

Bez komentarza.

Barman chichrał się z tego przez jakieś pół godziny, a kiedy nieco się uspokoił, rzekł:

– Stary, idź tam i kup se tę książkę po ludzku, co? Chyba cię stać na drugą?

Pokręciłem głową i schowałem do teczki egzemplarz z dedykacją dla „Alberta-barmana”. Jak się ma głupie pomysły i wciąga w nie osoby trzecie, to później trzeba ponosić konsekwencje. Wychyliłem wodę i zostawiłem napiwek, za który można by było kupić jeszcze dwa tomiki Elizy. Wyszedłem z baru w nastroju wisielczym i obrażony na cały świat.

Na spotkanie biznesowe wpadłem spóźniony, ponury i chyba wydzielałem kiepskie fluidy, bo umowy w efekcie nie podpisaliśmy. Panowie musieli się zastanowić i rozważyć ofertę konkurencji. Powodzenia!

* * *

Sok spływa do dzbanka i kuchnię wypełnia zapach cytrusów. Otwieram szafkę, wyjmuję z niej wysoką szklankę, a w drzwiach miga mi postać w gustownej jedwabnej koszuli nocnej. Udaję, że jej nie widzę. Boję się. A jeśli ona wie, o kim myślę?

Stawiam szklankę na blacie, dłonie chowam do kieszeni spodni od piżamy i czekam na burzę. Zawsze łatwiej mi się kłamie, kiedy nie widać moich rąk. Ale tym razem nie drżą. Jestem dziwnie spokojny, w przeciwieństwie do niej. Ładna, wysportowana blondynka obrzuca zdumionym spojrzeniem kuchnię, blat, sokowirówkę i dzbanek. Podchodzi do mnie i stuka się w czoło.

– Albercie, jest druga w nocy! Soku ci się zachciało?! Czy ciebie do reszty popierdoliło?!

Wzruszam ramionami i uśmiecham się przepraszająco. Często pyta, czy mnie popierdoliło, więc nie jest bardziej zła niż zazwyczaj. Liczę na to, że sprawa rozejdzie się po kościach, bo nie mam ochoty na awanturę. Coraz rzadziej stawiam opór, a ona coraz częściej krzyczy. Chyba powinienem jednak zmienić metodę działania.

Ciekawi mnie, czy Eliza Ostaszewska pamięta tamto wydarzenie z kawą i Baudelaire’em. Tamtą chwilę w czytelni. Ja pamiętam ją doskonale. Nie mam pojęcia, dlaczego wtedy wypowiedziałem tych kilka urwanych fraz o dziewczynie, na którą się zagapiłem, i przez którą nie zauważyłem wysuniętego krzesła Elizy. Zamierzałem przecież zrobić rzecz zupełnie inną. Planowałem przeprosić Elizę i zaproponować… coś. Kawa byłaby w tamtej sytuacji trochę nie na miejscu (zważywszy na Baudelaire’a), ale herbata? Ciastko? Pizza? Piwo wieczorem? Miałem znakomity pretekst. Przeprosiny. Rekompensata za zniszczone notatki. Wszystko układało się idealnie. Ale wtedy zobaczyłem zdjęcie faceta, które wypadło z jej torby. Eliza kogoś miała. Nie nosiłaby przecież przy sobie fotografii gościa, który był dla niej zupełnie nieważny. Na gwiazdora filmowego nie wyglądał, na modela jeszcze mniej. A zatem prawdopodobnie był to jej chłopak. Poczułem się idiotycznie.

Wszystko przestało się nagle idealnie układać.

Ciekawe, czy Eliza zapamiętała tę chwilę równie dobrze, jak ja?

Ja zapamiętałem doskonale.

To właśnie wtedy zwróciłem uwagę na Paulinę. Moją obecną żonę.

 

5. Niepewność piękniejsza

Agata Bukowska czuła się coraz bardziej podenerwowana. Tego dnia ruda kobieta z lokami miała przyjechać do szpitala. Taki był plan. A plany czasem się sypią. Agata wciąż obracała w myślach to zdanie. Nie potrafiła się na niczym skupić i od godziny rysowała drzewka na marginesie zeszytu do matematyki. Wiedziała, że powinna choć spróbować rozwiązać to durne zadanie, ale efekt była w stanie przewidzieć w najdrobniejszych szczegółach. Wszystko zacznie się bardzo dobrze. Liczby wydadzą się przyjazne, a plusy, minusy i iksy – łagodne i niegroźne. Później coś się zepsuje. Agata zapomni o jakimś iksie albo plusie, ewentualnie o sprowadzeniu wszystkiego do wspólnego mianownika. Z prostego na pozór równania zrobią się krzaki. A na końcu ukaże się wynik, o którym nie śniło się autorowi zadania. Agata zawsze realizowała z matematyką ten sam scenariusz i wcale nie pocieszał jej fakt, że w szkole miała fory z uwagi na sytuację rodzinną. W dupie miała fory. Była matematycznie upośledzona i coś należało z tym zrobić. Od miesiąca już nie pokazała się na korepetycjach u swojego prywatnego nauczyciela, zwanego krótko Dziadkiem. A to dlatego, że matce się pogorszyło i trzeba było się skupić na tym, co ważne. Ale Agata wiedziała, że długo bez prywatnych lekcji nie pociągnie. Jej korepetytor, emerytowany profesor matematyki, wciąż wprawdzie podsyłał nowe zadania, ale podsyłać to sobie mógł… Co miała z nimi niby zrobić? Powiesić na ścianie i wmawiać wszystkim, że to sztuka współczesna?!

Agata pomyślała, że kiedy powie o tym Elizie Ostaszewskiej, ona z pewnością zrozumie i…

Eliza. A jeśli się nie zgodzi? Jeśli nie będzie chciała nawet spróbować?

Odłożyła długopis i zaczęła obgryzać paznokcie, a znad pobliskiego biurka natychmiast uniosła się głowa ciotki Gabrieli. Cholera, że też ona zawsze wszystko widziała! Agata mieszkała u Gabrieli od miesiąca, tymczasowo, a przynajmniej tak to sobie wyobrażała. Nie wiedziała jednak, co myślała ciotka. Gapiła się teraz na nią uważnie. Agata schowała dłonie pod stół i uśmiechnęła się do Gabi. Udawanie zawsze lepiej jej wychodziło, kiedy ukrywała ręce. Jasna głowa ciotki z powrotem pochyliła się nad biurkiem. Z głośnika płynęła heavyfolkowa melodia, którą Gabriela cicho nuciła. Nie pasowały do siebie, ona i ta muzyka. A jednocześnie wszystko razem – ciotka, heavy folk i zagracona przestrzeń pseudogalerii – jakoś kleiły się w całość. Agata lubiła tutaj przebywać, choć wiedziała, że nie może i nie powinna zostać w tym miejscu na zawsze. Gabi była wspaniała, ale no… po prostu się nie nadawała. I tak naprawdę nie była jej ciotką.

Eliza Ostaszewska również nie była ciotką Agaty – prawdziwą ani nawet udawaną. Niemniej została „wybrana”. Musiała się na to wszystko zgodzić, bo miała wielkie granatowe oczy, do których bardzo pasowała empatia. Agata oglądała jej zdjęcia na fejsie przez całą noc, dlatego dzisiaj była taka niewyspana. A zdjęć było strasznie dużo, bo aż cztery… Oczywiście brała pod uwagę, że ta ruda kobieta może okazać się wredna, złośliwa i głupia, ale cóż… Po pierwsze i tak pozostawała najlepszą dostępną opcją, a po drugie raz na jakiś czas warto zaufać intuicji. A Agata miała przeczucie. I oczywiście matka często gadała o Elizie. Że dawna przyjaźń, że taka silna, że głupio zakończona. Agata nie wnikała. Mniej więcej wiedziała, o co chodziło, i to wydało jej się nieskończenie nudne. No bo dlaczego zawsze musi chodzić o faceta? Ludzie mogliby się bardziej wysilić, kurde.

Przy biurku Gabrieli coś zaszumiało. Agata wzdrygnęła się i w popłochu otworzyła nieszczęsny zeszyt. Wolała udawać, że odrabia lekcje, niż „porozmawiać o życiu”. Tak zawsze nazywała pogadanki z Gabi. „Rozmowy o życiu”. Ciotka Gabi była słodka i rozkosznie zakręcona, jak przystało na artystkę, ale nie miała za grosz wyczucia. Zadawała natrętne pytania, drążyła, robiła smutne oczy i prosiła: „Powiedz coś”. Było to wkurzające. Agata nie mogła zacząć mówić, bo wtedy otworzyłaby puszkę Pandory, czy jak tam ją zwał. Na języku polskim ostatnio też nie potrafiła się skupić. Kazali im się nauczyć na pamięć wiersza o wojnie, a ona nie mogła przebrnąć przez tych kilka linijek, które opisywały śmierć młodego chłopaka. Oczywiście próbowała. Czytała i udawała, że oczy wcale nie zaszły jej łzami, a gardło nie spuchło. Prawie się udusiła z tego udawania. A później wyszła do toalety, otworzyła okno i na nowo uczyła się oddychać.

Kroki Gabrieli ucichły. Ciotka zrezygnowała z rozmowy o życiu. Agata poczuła, jak cierpną jej ręce. Czy to już? Czy Eliza Ostaszewska już tam jest, czy rozmawia teraz z mamą? Co będzie następne? Jaka zapadnie decyzja?

Iksy, igreki, plusy, minusy. Sprowadzanie wszystkiego do wspólnego mianownika. Agata miała dopiero dwanaście lat, ale już nauczyła się, że w życiu działo się podobnie. Wszystko sprowadzało się do śmierci.

* * *

Dla Heleny Bukowskiej dzień nie zaczął się dobrze. Po pierwsze – naprawdę źle się czuła. Tak źle, jak jeszcze nigdy. I dlatego bała się bardziej, niż się spodziewała. Myślała, że jej rola ograniczy się do przedstawienia Elizie propozycji i tyle. Koniec. Dalej to już słynne i wyświechtane „decyzja należy do ciebie”. A tymczasem musiała przyznać się do słabości. Odczuwała zwykły ludzki strach, bo zależało jej na powodzeniu całej tej absurdalnej misji. Zdążyła już przyzwyczaić się do myśli o Elizie i Agacie. Uformowała sobie w wyobraźni kilka takich widoczków, na których one dwie robiły coś razem.

Właśnie… Wyobraźnia. To było słowo klucz. Eliza istniała w wyobraźni Heleny. Sylwetka z dzieciństwa i ta późniejsza, dojrzalsza, sprzed trzynastu lat. Chuda. Rude włosy, trochę piegów, niewyparzona gęba i nieprzeciętna inteligencja, kłopotliwa wręcz i uwierająca. Eliza nie miała wielu znajomych, często odstraszała ludzi. Helena zazdrościła jej, zawsze czuła się gorsza i głupsza. A jednocześnie – paradoksalnie – kochała Elizę jak własną siostrę. Później stanął między nimi chłopak, czyli wydarzyło się to, co zazwyczaj dzieje się wśród młodych ludzi. Nic nowego na świecie. Odwieczny dylemat pod tytułem: „Czy mogę umawiać się z chłopakiem, w którym kocha się moja przyjaciółka?”. Eliza musiała zadawać sobie to pytanie setki razy, ale nie zdążyła udzielić odpowiedzi. Bo Helena okazała się w całym tym układzie bardziej przedsiębiorcza. Ona nie przeżywała dylematów i nie zadawała sobie kłopotliwych pytań. Nigdy nie miała natury filozofa. No i przecież ostatecznie to Helena wygrała. Rafał należał bardziej do niej niż do tamtej. Chłopak, który na każdym zdjęciu obejmuje i Elizę, i Helenę – demokratycznie, po równo. A mimo to i tak widać wyraźnie, do której bardziej go ciągnęło. Helenie robiło się przykro na myśl, jak bardzo banalna i nudna wydawała się ich historia.

Tak, wygrała. Rafał był bardziej jej niż Elizy. Przez chwilę. Później wszystko zakończyło się bardzo spektakularnie i dramatycznie, jak u Szekspira. Helena wyjechała. Dorobiła się, miała córkę. Eliza została tutaj zupełnie sama. Bez Heleny, bez Rafała, później też bez rodziców. Pracowała w bibliotece na pół etatu. Mieszkała w dwóch ciasnych pokoikach. Wydała jakiś tomik poetycki. Z czego ona żyła? Jak udało jej się przetrwać? I dlaczego biologia zdecydowała, że to Helenę należy wyeliminować z gry, skoro była osobnikiem o wiele lepiej przystosowanym do życia we współczesnym świecie?

Teraz rozumiała już w pełni, że nie miała czasu. Dokładnie tak. Nie że miała go mało. Po prostu w ogóle. Zostały jej migawki i okruchy. Chciała tego oszczędzić Agacie i dlatego cieszyła się, że młoda podjęła grę. Przyjemnie było tak oszukiwać się z szacunkiem. „Wszystko się ułoży”. „To tylko kilka miesięcy”. „Później zrobimy to i to”. „Kiedy wrócę, pojedziemy…”. „Może kupimy psa?”. „Nie, lepiej kota, bo przecież myszy w domu”. Miło się rozmawiało o przyszłości, która miała nie nadejść. To prawie tak, jak gdyby mówić o Raju. Nie trzeba przycinać marzeń do wymogów rzeczywistości.

Szpitalna sąsiadka Heleny przyniosła kolorowe gazety. Na okładce aktorka. Helena uważała, że nie było jej do twarzy z nową fryzurą. Przez chwilę trzymała barwną okładkę blisko oczu. Od kilku dni gorzej widziała. Uprzedzali ją, że to się stanie.

Rzuciła gazetę na kołdrę. Brakowało jej zapachu szamponu i lakieru do włosów, szumu suszarek i dotyku kosmyków prześlizgujących się między palcami. Brakowało salonu fryzjerskiego Helena, który od lat świetnie prosperował. Brakowało ludzi, którzy od rana parzyli kawę i nawijali jak nawiedzeni. O tym, co nowego w Biedronce i na Krymie, w Empiku i na Bliskim Wschodzie. Zawsze mogła na nich liczyć i nigdy się nie nudziła. Idealnie dobrała ekipę. Wiedziała, że Elizie Ostaszewskiej będzie z nimi ciężko… Zaraz się zacznie wycofywanie do skorupy z napisem: „Jestem alternatywną poetką, porozmawiajmy o czymś ambitnym”. Jezu no… Ona na pewno z czymś takim wyskoczy! Krym i Bliski Wschód może jeszcze jakoś zdzierży, ale Biedronkę w życiu! Z pewnością aż tak się nie zmieniła przez ostatnich trzynaście lat, skoro pracowała w bibliotece, wydała tomik wierszy i wybrała samotność. Spróbowałaby normalności, przecież to nic nie boli.

Jaro, Fruzia, Nożycoręki, Vader i Pocahontas. Zjedzą Elizę na śniadanie. A ją, Helenę, zamordują.

Zamordują…? Nie ma takiej potrzeby. Ale i tak będzie musiała z nimi porozmawiać. Poprosić, żeby się nie wygłupiali i nie odstawiali szopki…

Nerwowo poprawiła chustę i spojrzała na zegarek. Jeszcze trochę czasu. Niewiele.

Do sali po cichu wsunął się lekarz o hrabiowskim nazwisku. Był na nią zły.

[1] Charles Baudelaire, Fontanna krwi (fr.), tłum. Maria Leśniewska.

Klamki i dzwonki

Wydanie pierwsze, ISBN 978-83-8083-322-7

 

© Magdalena Knedler i Wydawnictwo Novae Res 2016

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

 

REDAKCJA: Anna Gajda

KOREKTA: Bartłomiej Kuczkowski

OKŁADKA: Magdalena Zawadzka

ZDJĘCIE NA OKŁADCE: © Pixattitude | Dreamstime.com

KONWERSJA DO EPUB/MOBI:InkPad.pl

 

WYDAWNICTWO NOVAE RES

al. Zwycięstwa 96 / 98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

 

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

 

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem

Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.