Karmelowa jesień - Aleksandra Tyl - ebook
Opis

PRZYPADEK CZY PRZEZNACZENIE?

Życie Marianny było usłane różami. Jako jedynaczka mogła liczyć na wsparcie rodziny w każdym względzie. Zagraniczne studia, beztroskie plany na przyszłość, realizacja marzeń – to wszystko w zasięgu ręki. Wszystko zmienia się po tragicznej śmierci rodziców. Kiedy w niedługim czasie umiera również ukochana babcia, Marianna przechodzi załamanie. Młoda, bogata, ale samotna i nieszczęśliwa nie potrafi poradzić sobie ze stratą najbliższych. Wkrótce odkrywa dokumenty, z których wynika, że jej ojciec regularnie przesyłał niejakiej Rosie Rosso pewną kwotę pieniędzy. Trop prowadzi do hiszpańskiej Sewilli, miasta, nad którym unosi się duch Krzysztofa Kolumba, ulice rozbrzmiewają flamenco, a dookoła czuć zapach aromatycznej paelli. Dziewczyna odkrywa życie, którego wcześniej nie znała…

Polecamy również "Magiczne Lato".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 537

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © by Aleksandra Tyl

Copyright © by Grupa Wydawnicza Literatura Inspiruje Sp. z o.o., 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone

All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w jakikolwiek inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Redakcja: Joanna Fiuk

Korekta: Justyna Jakubczyk

Projekt graficzny okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Skład i łamanie: Justyna Jakubczyk

Słupsk/Warszawa 2016

ISBN: 978-83-65223-79-1

Wydawnictwo Prozami

[email protected]

www.prozami.pl

www.literaturainspiruje.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Rozdział 1

Mariannę obudził krzyk. Przedzierał się do świadomości, próbując pokonać pulsujący w skroniach ból. Od kilku dni zasypiała wspomagana tabletkami i nie budziła się wcześniej niż przed południem.

Dopiero po kilku minutach, kiedy – czując podenerwowanie – wsłuchiwała się w hałas za oknem, zrozumiała, że krzyk, który z takim impetem wdarł się do jej głowy, nie jest niczym złym. To tylko krzyczące i śmiejące się dzieci, które biegały dookoła studni na Rynku, korzystając z ostatnich dni wakacji. Marianna, nie patrząc na zegarek wskazujący już pierwszą, z powrotem przyłożyła głowę do poduszki i zamknęła oczy. Chciała zasnąć. Pragnęła spać najdłużej, jak się da. A najlepiej nigdy się nie obudzić.

Pukanie nie ustawało. Marianna niechętnie zwlekła się z łóżka i zeszła na dół.

– Alicja? – spytała słabym głosem i otworzyła drzwi, wpuszczając koleżankę do środka.

– Mój Boże, dlaczego nie zadzwoniłaś? – Alicja przytuliła Mariannę.

Dziewczyna spojrzała nieprzytomnie i wzruszyła ramionami. Była blada. Podkrążone oczy podkreślały smutek towarzyszący jej już od tygodnia. Miała na sobie ciemny dres, który najwyraźniej służył jej też za piżamę.

– Jadłaś coś? Przywiozłam pierogi, odgrzeję ci.

– Nie jestem głodna.

– Wiem. Ale musisz jeść. Chodź. – Alicja pociągnęła Mariannę za sobą do kuchni. Nie przeraził jej widok piętrzących się w zlewie kubków po herbacie. Zmartwiło ją natomiast, że oprócz kubków nie było tam innych naczyń, które świadczyłyby o tym, że Marianna cokolwiek jadła. Lodówka, do której Alicja mimochodem zajrzała, także była niemal pusta.

– Gdzie masz patelnię i olej? – spytała, usadziwszy Mariannę na krześle niczym lalkę.

– Nie jestem głodna – powtórzyła matowym głosem Marianna. – Chce mi się spać.

– Dobrze. Pójdziesz spać, ale najpierw zjesz. Chociaż odrobinę. Mam ruskie i z mięsem. Które wolisz?

Marianna nie odpowiedziała. Alicja, niezrażona, przetrząsała szafki w poszukiwaniu potrzebnych jej rzeczy. Już po chwili na patelni skwierczały kupione jeszcze w Warszawie pierogi.

– Mmmm, pychota. – Alicja wzięła głęboki oddech nosem, upajając się aromatem. – Naprawdę, zasmakują ci.

– Niepotrzebnie przyjeżdżałaś – powiedziała cicho Marianna. – Za chwilę początek roku szkolnego, powinnaś zająć się Matyldą, a nie mną… Daję sobie radę.

– Kochana, przyjechałabym wcześniej. Bardzo żałuję, że nie było mnie na pogrzebie… Ale nie wiedziałam. Dlaczego nie zadzwoniłaś?

– Przepraszam, nie pomyślałam… A Konrad ci nie przekazał?

Alicja drgnęła.

– Nie rozmawialiśmy – wyjaśniła krótko. Nie chciała teraz rozwijać tematu Konrada, uznała, że to nie najlepszy czas, by o tym mówić. – Odkąd wyjechałam z Polanki, tyle się zdarzyło… – szybko zmieniła temat. – Postanowiłam otworzyć galerię.

– Naprawdę? – Marianna lekko się ożywiła. – To wspaniale.

– To na razie tylko pomysł – uściśliła Alicja. – Nie mam jeszcze pieniędzy, ale wierzę, że jak przygotuję konkretny plan, to i one się znajdą. Na razie szukam lokalu, orientuję się w cenach, odświeżam znajomości na tym rynku, rozglądam się za nazwiskami, robię biznesplan. Kiedy będę już wszystko miała, to spotkam się z sąsiadem, który specjalizuje się w pozyskiwaniu funduszy europejskich…

Marianna z aprobatą pokiwała głową.

– Proszę bardzo. – Alicja zdjęła pierogi z patelni i postawiła talerz przed Marianną. – Nie odejdziesz od stołu, dopóki nie zjesz choć kilku. – Pogroziła palcem.

Marianna posłusznie zanurzyła widelec w pierogu i podniosła go do ust. W tym czasie Alicja wrzuciła na patelnię kolejną porcję, tym razem dla siebie. Wyjechała z Warszawy skoro świt, próbując się dzień wcześniej bezskutecznie dodzwonić do Marianny. Zaniepokojona, postanowiła przejechać trasę bez zbędnego zatrzymywania się na jedzenie czy kawę. Teraz poczuła się naprawdę głodna.

– Smacznego – powiedziała, kiedy jej pierogi były już gotowe, i usiadła z talerzem naprzeciw Marianny.

– Smacznego – odpowiedziała Marianna, siląc się na uśmiech. Nie wyszedł jej. Była zbyt słaba. Alicja zauważyła jednak, że w miarę jedzenia apetyt Marianny rośnie, a jej blada dotychczas twarz zaczyna nabierać zdrowego odcienia.

Jadły w milczeniu. Po skończonym posiłku Alicja przygotowała herbatę i pozmywała naczynia. Przez chwilę krzątała się, wycierając szklanki i ustawiając je w szafce nad zlewem, a następnie otworzyła na oścież okno i wpuściła do kuchni przyjemny strumień chłodnego powietrza.

– Przepraszam, nie mam nawet babeczek, żeby cię poczęstować – westchnęła Marianna smutno.

– Żartujesz? Nie oczekuję, że będziesz mnie podejmować. Przyjechałam, ponieważ się martwiłam. Wczoraj zadzwoniła do mnie ciocia Józefina – sama dowiedziała się od sąsiadki. Też żałuje, że nie była na pogrzebie. Nie wiedziała. Była wtedy we Wrocławiu z panią Teresą. Prosiła, żeby przekazać ci kondolencje. Sama chciała to zrobić, przyszła tu wczoraj, pukała, ale nie otworzyłaś.

– Pewnie nie słyszałam…

– Marianna… Jak to się właściwie stało? Przecież kiedy wyjeżdżałam z Polanki, twoja babcia czuła się całkiem nieźle…

– Nie wiem. Naprawdę. Zadaję sobie to pytanie od tylu dni, że już nawet nie mam siły o tym myśleć.

– Rozumiem.

– Wylew. Już drugi, ale tym razem śmiertelny. Najgorsze, że czuję się winna. – Mariannie zaszkliły się oczy, a broda zaczęła drżeć.

– Ale dlaczego?! – Alicja doskoczyła do koleżanki i przytuliła ją, żeby powstrzymać wybuch płaczu. – Dlaczego czujesz się winna? Przecież dobrze opiekowałaś się babcią, nie możesz mieć sobie nic do zarzucenia! To była starsza, schorowana osoba. Nie miałaś na to wpływu.

– Miałam. – Marianna zaczęła łkać, a po chwili łkanie zamieniło się w spazmatyczny szloch.

Alicja pobiegła po chusteczki, ale ponieważ nigdzie nie mogła ich znaleźć, przyniosła rolkę papieru toaletowego, urwała kilka listków i podała Mariannie.

– Dziękuję – wyszlochała Marianna, starając się opanować płacz. Jej ciałem wstrząsały dreszcze.

– Jednak zamknę okno – zadecydowała Alicja.

– Nie mogę sobie darować… – Marianna po dłuższej chwili potarła oczy i głęboko westchnęła.

– Ale czego?

– Że jej powiedziałam!

– Powiedziałaś, że prawdopodobnie ma siostrę? Przecież miałaś zrobić to dopiero wtedy, kiedy wszystko będzie już pewne.

– Tak planowałam. Ale wiesz, jacy są ludzie. Kiedy w lokalnej telewizji został wyświetlony reportaż…

– Była w nim mowa o twojej babci? – Alicja się zdziwiła. Doskonale pamiętała, co się działo, brała w tym udział. W czasie wakacji, które spędzała w Polance, miejscowy komendant odkrył tajemnicę opuszczonego domu w Polance oraz rodziny zamieszkującej go przed wojną. Nie było stuprocentowej pewności, że babcia Marianny jest córką właścicieli, ale wiele na to wskazywało.

– Nie podali nazwiska, ale pojawiła się sugestia… No i nakręcili też mnie, jak wychodzę z posterunku. To wystarczyło, żeby wieś zaczęła snuć domysły…

– O mój Boże…

– Nie chciałam, żeby babcia dowiedziała się od ludzi. Dlatego powiedziałam jej o tym, co odkrył komendant. Zasugerowałam, że być może babcia ma rodzinę. Wspomniałam oczywiście, że to wymaga dalszych badań i niewykluczone, że sprawa okaże się pomyłką, ale jednak…

– Rozumiem, że ta wiadomość była dla niej szokiem.

– Przyjęła ją całkiem dobrze. Nawet się ucieszyła, że istnieją możliwości, żeby to sprawdzić, sama była ciekawa. Wręcz podekscytowana. A mimo to wieczorem nastąpił wylew.

– Może z nadmiaru emocji.

– No właśnie… – Marianna ukryła twarz w dłoniach. – Żałuję, że jej powiedziałam.

– Ale przecież prędzej czy później musiałabyś to zrobić.

– Wcale nie. Nic bym nie musiała. Przecież miałam zrobić badania DNA. Gdyby nic nie wykazały, nie byłoby tematu.

– A gdyby wykazały?

– Wtedy sprawa byłaby jasna. A tak? Wprawiłam babcię w stan niepewności. Być może myślała o tym… Może wspominała dzieciństwo, próbowała coś odtworzyć… Nie mam pojęcia. Żałuję, że tak się stało.

– Nie możesz robić sobie wyrzutów.

Marianna znów potarła oczy. Łzy leciały mimowolnie.

– Chciałabym cofnąć czas – wyszeptała. – Chciałabym zasnąć i obudzić się znów tego dnia, kiedy rodzice szykowali uroczysty obiad z okazji mojej matury, a babcia piekła dla mnie szarlotkę. Zapach unosił się w całym domu. Jęczałam wtedy, że nie mam koleżanek, z którymi mogłabym wyjść na imprezę. Cieszyłam się, że niebawem jadę na studia i zaczynam nowe życie… Dziś już bym nie jęczała. I nie wyjeżdżałabym. Co mi z tego przyszło?

– Kochana, ale nie mogłaś przewidzieć, co się wydarzy.

– Chcę zasnąć i już nigdy się nie obudzić.

– Wiem. – Alicja wstała i energicznie klasnęła w dłonie. – Pakuj się. Pośpisz sobie u mnie.

Marianna spojrzała na przyjaciółkę nieprzytomnym wzrokiem.

– Nie rozumiem.

– Zabieram cię do Warszawy.

– Nie chcę.

– Nie zostawię cię samej. Posiedziałabym tu, ale jutro muszę oddać Dorocie samochód. Poza tym niebawem przyjeżdża Matylda, za chwilę zaczyna się szkoła. Dlatego pomieszkasz u mnie. Dopóki się nie wyśpisz.

– Dziękuję, Alicja. To miło z twojej strony, ale naprawdę nie mam ochoty nigdzie jechać. Muszę pójść na cmentarz, uprzątnąć kwiaty, pewnie już zwiędły od pogrzebu.

– Tym zajmie się ciocia Józefina – zadecydowała Alicja.

– Naprawdę nie mogę.

– Nie przyjmuję odmowy. Sama cię spakuję. Gdzie szafa?

Alicja, nie czekając na odpowiedź, wyszła z kuchni i żwawym krokiem poszła na górę. Sypialnia Marianny znajdowała się na wprost schodów. Alicja przez chwilę stała zachwycona wyglądem tego pokoju. Był tak uroczo romantyczny, że przyszło jej na myśl, iż nie powstydziłaby się go sama Ania z Zielonego Wzgórza. Dębowe meble przyjemnie kontrastowały z delikatną tapetą, której wzór stanowiły maleńkie różyczki. Na ścianach wisiały rodzinne fotografie w kremowych ramkach, a na półkach oprócz książek stały drobne bibeloty przywiezione z zagranicznych podróży. Było dziewczęco, ale nie infantylnie. Uporządkowana przestrzeń zachęcała do tego, żeby posiedzieć w tym pokoju dłużej. I tylko bałagan na podłodze przy łóżku wskazywał, że w życiu Marianny zapanował chaos. Z ozdobnych pudełek została wyrzucona zawartość, którą stanowiły albumy, zdjęcia i dokumenty.

Alicja przykucnęła i zaczęła porządkować rzeczy, wkładając je z powrotem do pudełek.

– Nie chowaj tego – usłyszała nagle za sobą głos Marianny. – To moje życie. Całe noce spędzam na przeglądaniu tych papierów i zdjęć.

– Co chcesz w nich znaleźć? – spytała Alicja spokojnie.

– Przeszłość. Chcę, żeby było jak dawniej. Zobacz, tu na przykład jest bilet do cyrku. – Marianna z czułością podniosła pognieciony kwit. – Kiedy go trzymam i zamykam oczy, wydaje mi się, że słyszę śmiech klauna, ryk lwa i tatę, który szepce mi do ucha, że to tylko cyrk i żebym się nie bała. Czuję zapach waty cukrowej… – Z oczu Marianny pociekły łzy.

– Cenna pamiątka. – Alicja uśmiechnęła się i delikatnie wyjęła bilet z rąk Marianny. Schowała go do pudełka.

– Nie chowaj tego – płaczliwym głosem poprosiła Marianna, siadając na podłodze. Brakowało jej sił, żeby zaprotestować głośniej. – To całe moje życie – powtórzyła cicho.

– Nie, Marianna, to nie jest twoje życie. – Alicja pogłaskała koleżankę po plecach. – To są twoje wspomnienia. Część życia. Cegły, z których jest ono zbudowane.

– Nic nie rozumiesz – westchnęła Marianna. – Te cegły runęły, nie ma już nic. Moi rodzice nie żyją, babcia nie żyje. Nie ma już nic.

– Mylisz się. Cegły nie runęły, to tylko w twojej głowie świat rozpadł się na kawałki. Te cegły są mocniejsze, niż myślisz, i to właśnie dzięki nim będziesz mogła budować dalej. Tylko musisz odpocząć. Dlatego schowamy pamiątki do pudełek, wrócisz do nich za jakiś czas. Na razie spakujemy kilka rzeczy i w drogę. Masz torbę podróżną?

– Pod łóżkiem. – Marianna się poddała.

Alicja odłożyła pudełka i wysunęła spod łóżka staromodną walizę z brązowej skóry. Następnie wstała, podeszła do trzydrzwiowej szafy i otworzyła ją. Na chwilę zastygła w bezruchu, wpatrując się jak zaczarowana w równiutkie rzędy wiszących na wieszakach sukienek.

– O rany, ale kolekcja! – krzyknęła spontanicznie.

– Niektóre jeszcze po mamie… – westchnęła cicho Marianna.

– Piękne – przyznała Alicja i delikatnie przesunęła dłonią po miękkich materiałach. – Które spakować?

– Wszystko jedno. – Marianna wzruszyła ramionami.

Mimo podłego nastroju Marianna przed wyjściem przebrała się w sukienkę, a dres wrzuciła do kosza na pranie.

**

Z samochodowego radia płynęła spokojna muzyka. Alicja, prowadząc auto, wolała słuchać czegoś bardziej dynamicznego, jednak teraz, z uwagi na Mariannę, wyszukała stację nadającą klasykę.

Marianna usiłowała drzemać, ale sen miała płytki i niespokojny. Budziła się i szeroko otwierała oczy, jakby wytrącona z koszmaru próbowała przypomnieć sobie, gdzie się znajduje. W końcu odpuściła sen i z głową opartą o szybę patrzyła przed siebie niewidzącym wzrokiem.

Alicja milczała. Nie chciała zagadywać Marianny na siłę. Nie była w stanie sobie nawet wyobrazić tego, co czuje przyjaciółka, jednak domyślała się, że pogrążony w rozpaczy człowiek woli sam podjąć rozmowę, gdy jest na nią gotów.

Po dwóch godzinach drogi Alicja zatrzymała się na stacji benzynowej, żeby zatankować i napić się kawy. O dziwo Marianna także poprosiła o kubek czarnej americano. Alicja pomyślała, że może Mariannie wrócił apetyt, i zaproponowała coś do jedzenia, ale przyjaciółka stanowczo odmówiła. Skusiła się tylko na małego wafelka.

Dobre i to – pomyślała Alicja. Szybko przeliczyła liczbę kalorii, których tego dnia Marianna zdołała dostarczyć organizmowi. Cztery pierogi i wafelek. I kawa. Niecały tysiąc, jak na diecie. Jeśli nic się nie zmieni w najbliższych dniach, trzeba będzie zasięgnąć porady lekarza.

Marianna nie zwracała uwagi na obserwującą ją Alicję. Nie widziała, że koleżanka pilnuje każdego kęsa, modląc się w duchu, żeby batonik został zjedzony do końca. Dlatego też nie odnotowała tego, że Alicja odetchnęła z ulgą, kiedy w koszu wylądował pusty papierek.

Dalsza podróż była mniej monotonna, ponieważ Marianna, pobudzona kawą, nagle zaczęła mówić. Jakby naszła ją niespodziewana ochota, by wyrzucić z siebie to wszystko, co ją od wielu dni męczyło. Alicja próbowała ją pocieszać, ale zauważywszy, że Marianna nie pragnie pociechy, lecz wsparcia, umilkła i tylko wyrozumiale kiwała głową.

Marianna mówiła o rodzinie. Usiłowała zrozumieć, dlaczego takie nieszczęście właśnie ją spotkało i dlaczego w tak krótkim czasie przez jej życie przetoczyło się tyle okropnych zdarzeń. Potem, kiedy wyrzuciła z siebie największe żale, zaczęła wspominać minione czasy. Opowiadała o mamie, która była niczym kolorowy ptak – nosiła barwne ubrania i dbała o to, by świat wokół niej miał tylko jasne barwy. O tacie, wiecznie zapracowanym, pragnącym rozwijać kulinarne interesy, ale jednocześnie rodzinnym i ciepłym. Marianna nigdy nie odczuła, że rodzice nie poświęcają jej tyle uwagi, ile w danej chwili potrzebowała. Byli na każde wezwanie, wspierając jej pomysły i umożliwiając ich realizację. I choć nie była rozpieszczona, to nie miała też poczucia, że jej życie wygląda inaczej niż rówieśników. Opowieści o tym, że kogoś nie stać nie tylko na zagraniczne studia, ale nawet krajowe, były dla niej abstrakcyjne. W jej świecie pieniądze nie grały roli, ponieważ nigdy ich nie brakowało i nie było potrzeby, aby o nich myśleć.

Rozmawiając z Alicją, Marianna pociągała nosem. Wspomnienia o rodzicach były jeszcze zbyt bolesne, żeby pozwolić na powstrzymanie emocji.

– Nie wiem, jak będę teraz żyła – powiedziała, połykając łzy.

– Dasz radę, po prostu potrzebujesz czasu. – Alicja nie miała wątpliwości. – Miałaś cudowną rodzinę, dali ci wszystko, o czym może marzyć dziecko. To olbrzymia wartość, naprawdę. Za jakiś czas nabierzesz dystansu do tego, co się stało. Nie mówię, że przestaniesz tęsknić, ale przynajmniej oswoisz się z tą tęsknotą i będziesz mogła stanąć na nogi. Posiedzisz u mnie trochę, odpoczniesz, wyśpisz się. A kiedy poczujesz się lepiej, wrócisz do Polanki i podejmiesz decyzję, co dalej.

– Jedna rzecz nie daje mi spokoju… – powiedziała nagle Marianna i zamilkła.

Alicja spojrzała na koleżankę pytająco.

– Jakiś czas temu znalazłam w dokumentach taty wyciągi bankowe – kontynuowała Marianna po chwili. – To konto walutowe. W euro. Od sierpnia ubiegłego roku, co miesiąc, aż do śmierci rodziców, z tego konta dokonywano przelewu do Hiszpanii. Zawsze ta sama kwota, trzysta euro.

– Spłata jakiegoś zobowiązania?

– Nic mi o tym nie wiadomo. Nie słyszałam, żeby kupował tam coś na kredyt.

– A rodzice mówili ci o wszystkim?

– Prawdopodobnie nie. Ale po ich śmierci, kiedy obejmowałam spadek, razem z prawnikiem przeglądaliśmy wszystkie dokumenty. Ojciec dbał o porządek, nie było żadnych niespodzianek. A dwa miesiące później, opróżniając szuflady w jego gabinecie, w domu, znalazłam teczkę z tymi wyciągami.

– Ciekawe – zamyśliła się Alicja.

– Wujek też o niczym nie wie. To znaczy wie, że tata jeździł do Hiszpanii, do Włoch, do Francji, bo przecież zamierzał otworzyć restaurację, która miałaby podobną klasę jak lokal Victora. Chciał pozyskać najlepszych dostawców, żeby przy restauracji znajdował się sklep z produktami najwyższej jakości. Zamierzał sprowadzać szynki, sery, oliwę, wina…

– No to masz odpowiedź. Prawdopodobnie jakiś kontrahent…

– Tyle że przelewy nie szły z konta firmowego, ale z prywatnego. W dodatku też na czyjeś konto prywatne.

– Skąd wiesz?

– Było nazwisko i adres. Niejaka Rosa Rosso, w Sewilli.

– Kobieta? – wyrwało się spontanicznie Alicji. Zamilkła, zmieszana, że niechcący poddała Mariannie jednoznaczną sugestię.

– Kobieta. I wiem, o czym pomyślałaś – powiedziała Marianna. – Ale tata nie miał kochanki, to nie to.

Alicja powstrzymała się od pytania, skąd Marianna mogłaby o tym wiedzieć.

– Jestem pewna – podkreśliła z mocą Marianna, jakby czytała w myślach przyjaciółki. – Znam swojego tatę – dodała stanowczo.

– Rozumiem. Przepraszam, że tak zareagowałam, ale samo się nasuwa… To może właścicielka jakiejś firmy, winnicy, gaju oliwnego… Próbowałaś się z nią skontaktować?

– Próbowałam znaleźć do niej numer telefonu, ale się nie udało.

Alicja pokiwała głową.

– Pojadę tam – powiedziała nagle Marianna.

– Ale gdzie? Do Sewilli? – zadumała się Alicja. – No pewnie, możesz, tylko po co? Teraz to i tak już nic nie da.

– Męczy mnie to. Tata był bardzo uporządkowany, takie przelewy pod stołem to do niego niepodobne. Może był szantażowany?

– Nie sądzę. Myślę, że dogadał się z tą kobietą biznesowo, ale z jakichś powodów nieformalnie. I tyle. Dlatego używał prywatnego konta.

– Tym bardziej powinnam dowiedzieć się, o co chodzi, i zadbać o jego sprawy. Przez kilka miesięcy przelał do Hiszpanii sporą kwotę.

– Dobrze. Jeśli chcesz, to możemy razem pojechać do Sewilli, jeszcze tam nie byłam. Może w przyszłe wakacje?

– Teraz pojadę.

– Kiedy „teraz”?

– Już. Znajdę lot, zarezerwuję hotel i polecę. Jej adres mam w notesiku. Numer konta też spisałam. Nic więcej nie trzeba. Na co mam czekać?

Alicja zaniemówiła.

– Marianna, to nie jest dobry pomysł, nie czujesz się jeszcze zbyt dobrze. Sewilla nie ucieknie.

– Chcę tam jechać. Im szybciej, tym lepiej. Nie będę w stanie uporządkować życia po powrocie do Polanki, jeśli będą się ciągnąć jakieś tajemnice. To mnie męczy, odkąd odkryłam przelewy. Wcześniej nie miałam okazji, żeby tam lecieć, bo babcia… A teraz… Cóż innego mam do roboty? Jeśli będę u ciebie, to zalegnę i nie wstanę. Nigdy się nie podniosę – załkała. – Chcę tam jechać. Porozmawiam z panią Rosso i wrócę. Może ona czeka na kolejne przelewy? Może nawet nie wie, że tata nie żyje.

– To powinna do niego zadzwonić.

– Może dzwoniła. Jego prywatny telefon jest przecież nieaktywny.

– Naprawdę zamierzasz jechać tam sama? Nie boisz się? – Alicja próbowała zasiać wątpliwości.

– Czego?

– Nie masz tam znajomych, nie znasz języka. Będzie ci raźniej, jeśli pojedziemy razem, za rok.

– Nie mam znajomych – zgodziła się Marianna. – Ale hiszpański znam doskonale.

– Myślałam, że studiowałaś w Londynie – zdziwiła się Alicja.

– Studiowałam. Ale byłam też przez rok w Madrycie na wymianie studenckiej w ramach uczelnianego programu. Zresztą hiszpańskiego uczyłam się od dziecka, rodzice nalegali.

– Nie wiedziałam. Co nie zmienia faktu, że ja na twoim miejscu trochę bym się obawiała.

– Nie ma czego. – Marianna, zaabsorbowana swoim pomysłem, wyjęła telefon i uruchomiła dane komórkowe. Wyszukała połączenia lotnicze i zaczęła utyskiwać na wysokie ceny.

– No widzisz, nie opłaca się – podjęła Alicja. – Hotele też są drogie. Jeśli zaplanujemy wcześniej i skorzystamy z biura podróży, na pewno będzie taniej.

– Mam pieniądze. – Marianna się nie zraziła. – Ale zgoda, nie ma co przepłacać. Na bilecie nie oszczędzę, jednak zamiast rezerwować hotel, rozejrzę się za mieszkaniem.

– Na kilka dni raczej nikt ci nie wynajmie.

– Dlaczego? Jest mnóstwo ofert dla turystów. Poszukam.

– Okej. Zrobisz, jak uważasz. Ale najpierw muszę cię podkarmić. Jak nabierzesz sił, to może zmienisz zdanie i odechce ci się dalekich podróży.

**

Czajnik zaczął gwizdać w tej samej chwili, w której zadzwonił telefon. Józefina stanęła w rozkroku między kuchnią a salonem, nie wiedząc, do czego najpierw podbiec. Po kilku sekundach, podczas których świdrowało w jej głowie od uporczywego hałasu, postanowiła w pierwszej kolejności zdjąć z kuchenki czajnik. Telefon przestał dzwonić.

Nasypała herbaty do szklanki i zalała wodą. Nie zdążyła jednak posłodzić i zamieszać, ponieważ znów rozległ się dźwięk telefonu.

– Aloooo? – powiedziała, przeciągając głoski, jak to miała w zwyczaju podczas przywitania.

– Cześć, ciociu. Z tej strony Alicja. Nie przeszkadzam?

– A w czym masz, dziecko, przeszkadzać?

– Telefonuję w imieniu Marianny. Z wielką prośbą.

– Udało ci się z nią skontaktować? – Ucieszyła się Józefina. – Tak się martwiłam. Ludzie mówili, że na pogrzebie ledwie trzymała się na nogach.

– To prawda, ciociu, nie najlepiej z nią. Dlatego przywiozłam ją do Warszawy.

– Byłaś w Polance? Nie zajrzałaś do mnie?

– Nie miałam czasu, przepraszam. Poza tym Marianna nie nadawała się na wizyty.

– Biedna dziewczyna. Masz rację, że ją wzięłaś, może u ciebie odżyje.

– Aktualnie nie ma jej u mnie… Uciekła.

– Jezus Maria! – krzyknęła Józefina. – Jak to uciekła? Może jej się co z głową stało? Tyle przeżyć…

– Nie, nie – uspokoiła szybko Alicja. – Źle się wyraziłam, poleciała do Hiszpanii.

– Boże w niebiesiech! Ale po co?

– Chce załatwić jakąś sprawę. Chodzi o interesy jej taty. Za dużo by opowiadać.

– Lepiej się już poczuła?

– Nie wiem, ciociu. Miała dużą huśtawkę nastrojów. Płakała, a w samochodzie naszła ją myśl o wyjeździe. Rano znowu płakała, a potem przypomniała sobie, że chce lecieć. Wczoraj pół dnia spędziła przed komputerem, wyszukując w internecie bilety lotnicze i noclegi. No i poleciała. Martwię się, ale co mam zrobić, jest dorosła. Pożyczyłam jej starego laptopa, będziemy w kontakcie przez Skype’a. Telefon też ma.

– To dzwoń do niej, dziecko, i sprawdzaj, czy wszystko w porządku.

– Oczywiście, trzymam rękę na pulsie. Ale mam prośbę. Właściwie to od Marianny. Chodzi o grób jej babci. Wieńce pewnie już uschły…

– Ach, nie ma problemu. Zresztą wybierałam się właśnie do Stasiulka, to i do Dworzakowej wpadnę. Posprzątam, zapalę nowe świeczki, kwiaty świeże ustawię.

– Dziękuję, wiedziałam, że można na ciebie liczyć.

Józefina odłożyła słuchawkę. Była zaniepokojona zachowaniem Marianny.

– Byle co złego się nie stało – szepnęła do siebie.

Zapomniawszy o herbacie, chwyciła przygotowane wcześniej kwiaty i ruszyła do sklepu Wojtaszka po znicze.

Dzień był pochmurny, ale ciepły. Sklepowa krzątała się na zewnątrz, zamiatając. Jej znudzona mina sugerowała, że tego dnia niewiele się działo.

– Dzień dobry, pani Koperska – ożywiła się na widok Józefiny. – Mięsko mam dzisiaj świeże. Żeberka takie piękne przyjechały, że aż ślinka cieknie. Sama chyba wieczorem upiekę.

– Po znicze przyszłam.

– Oj, to będzie problem – zmartwiła się Wojtaszkowa. – Ale może są jakieś na zapleczu. Poszukam. – Odstawiła miotłę i weszła do środka. Józefina podążyła za nią. Zaciekawiona, podeszła do lady chłodniczej obejrzeć żeberka. Rzeczywiście wyglądały dobrze.

– Mam ostatnie sześć sztuk. – Sklepowa wniosła zgrzewkę ze zniczami i ustawiła na ladzie. Józefina podniosła ją, żeby ocenić ciężar.

– Wezmę wszystkie – zdecydowała. – Tylko potrzebuję torebki.

– Tak, tak, już pakuję – powiedziała Wojtaszkowa, nie patrząc na Józefinę. Jej wzrok pobiegł w kierunku wejścia, a na twarzy pojawił się uśmiech. – Witamy pana komendanta! – krzyknęła rozanielona. Józefina się odwróciła.

Komendant Grzelak wyszczuplał. Było to widać głównie na twarzy, ponieważ brzuch, jak dawniej, wylewał się ze spodni. Wszedł energicznym krokiem i z błyskiem w oku poprosił o dużą butelkę wody gazowanej.

– Kolejka jest – poinformowała Józefina.

– Nie szkodzi, poczekam.

– Pan komendant w dobrym humorze – zauważyła sklepowa. – A to dobrze się składa, bo chciałam prosić o autograf.

Grzelak uśmiechnął się półgębkiem i zawadiacko mrugnął.

– Przecież już dawałem. Chałupę tapetujesz moimi podpisami? – spytał, ale wyjął długopis z wewnętrznej kieszeni marynarki.

– Dla chrześniaka chciałam – wyjaśniła Wojtaszkowa. – Chłopak czytał o tobie artykuł, zapalił się, że to przecież nasz Grzelak, z Polanki, taki sławny.

– Rzeczywiście, wielka rzecz, Gieniuś – przyznała Józefina, patrząc na niego z uśmiechem. – Wszyscy jesteśmy z ciebie dumni.

Komendant odwrócił wzrok, udając zmieszanego nadmiarem komplementów. Jednak w duchu pragnął, żeby kobiety nie przestawały się nad nim rozpływać. Sprawa Czarnej Marii, którą udało mu się tego lata rozwikłać, była najważniejszą w jego karierze, i wiedział, że druga taka może się nieprędko trafić. Łasy pochwał i słów uznania napawał się więc każdą chwilą, gdy znów stał w świetle reflektorów.

– To pewnie awans ci się szykuje, co? – dopytywała sklepowa. – Z Wrocławia już dzwonili?

Grzelak przełknął ślinę. Nie dzwonili. Czekał na ten telefon jak na wybawienie. O niczym innym nie marzył, jak o tym, żeby wreszcie wyrwać się ze wsi i zaznać wielkiego świata, wielkich spraw, skomplikowanych dochodzeń. I premii, na którą tak bardzo czekała małżonka.

– Żeby tylko z Wrocławia! – Nonszalancko machnął ręką. – Z samej Warszawy się dobijają. Tam to dopiero trudnych spraw. Nie dają sobie chłopcy rady, płaczą mi w słuchawkę. No, ale co mam zrobić, Polanki przecież nie opuszczę. To mój dom – podkreślił z mocą.

– No widzi pani, pani Koperska. Nie dość, że bohater, to jeszcze patriota – powiedziała wzruszona Wojtaszkowa. – Takich nam potrzeba! Danusia pewnie dumna.

– Ano dumna – przyznał Grzelak.

– Nie dziwota. Mąż na schwał! I dobrze, Gieniuś, że do Warszawy się nie wybierasz, bo przecież co my byśmy bez ciebie zrobili. Ośrodek będą wskrzeszać, zaczną zjeżdżać się obcy, kto wie, jacy to ludzie. Pewnie młodzież rozbrykana – westchnęła. – Awantury, burdy, już się boję, żeby tylko mojej Małgosi nie zbałamucili.

– Jaki ośrodek? – spytał Grzelak. O niczym nie wiedział. W ostatnich tygodniach był tak bardzo zajęty sobą, że nie interesował się tym, co dzieje się we wsi.

– No ten nad jeziorem. Kilku chłopa się zgadało i na przyszły rok chcą ruszyć. Nie słyszałeś? Pani Koperska, to co, dać te żeberka? – sklepowa zwróciła się do Józefiny.

– Poproszę. Tylko wybierz takie najlepsze, tłuste.

– Coś mi się obiło o uszy – skłamał Grzelak. – Ale kto by tam wierzył plotkom.

– To nie plotki – zapewniła Wojtaszkowa. – Nawet mój stary był na zebraniu. Chcemy tam kiosk otworzyć. Zawsze to dodatkowy grosz wpadnie, Małgosia tu będzie siedziała, a ja tam.

Grzelak się zamyślił. Jego nikt o zebraniu nie informował. Czyżby cała wieś coś knuła?

Zaniepokoił się, serce natychmiast przyspieszyło.

– A kto konkretnie będzie ten ośrodek otwierał?

– Bończak rzucił pomysł, kilku innych podchwyciło, szukają następnych do inwestowania. Gorzej, że ten las obok ośrodka właśnie jest grodzony. To im trochę psuje, bo przecież jak to wygląda? Piękny ośrodek, jezioro, a do lasu nie da się wejść, bo siatka.

– Kto grodzi? – zdenerwował się Grzelak. Józefina też zmarszczyła czoło, zdziwiona.

– Ta strojnisia, co z Wrocławia przyjechała. Takie może być? – pokazała Józefinie porządny kawał wieprzowego żebra.

– Ta z pieskiem? Kaja?

– To żaden pies – prychnęła Wojtaszkowa. – Zwykła zabawka. Obok psa toto pewnie nie stało.

– A po co grodzi? – spytał Grzelak. Serce biło mu coraz mocniej.

– Nie wiem. Chyba hodowlę świń otwiera. U sołtysa ponoć dopytywała, kto w Polance ma świnie. Może będzie skupować i do lasu wozić, żeby się rozmnażały…

– Miastowym w głowach się poprzewracało – westchnęła Józefina. – Ta Kaja to ponoć w ogóle dziwna, Alicja jej nie lubiła.

– A kto ją lubi? – Wojtaszkowa wywróciła oczami. – Do mnie jak przyjeżdża, żeby coś kupić, to aż mnie wykręca od środka, gdy ją widzę. – Wzdrygnęła się ostentacyjnie. – Babsko jedne, ciągle ma o coś pretensje. Ostatnio krzywiła się na mleko, że nie mam zero procent. A ja się pytam, co to za mleko, zero procent? To woda jest, a nie mleko. Paniusia się znalazła.

– O właśnie, mleko jeszcze wezmę – przypomniało się Józefinie. – I tych ciasteczek – wskazała brodą wafelki. – Dwadzieścia deko, nie więcej.

– Po co jej świnie? – Grzelak wymamrotał pod nosem. W głowie układał puzzle. Ogrodzenie lasu go nie zdziwiło, doskonale wiedział, że jakiś czas temu okoliczne ziemie i lasy wyprzedawano za grosze. Jeśli Kaja kupiła las, to ma prawo go ogrodzić. Ale hodować w nim świnie to już co najmniej dziwne. Prawdopodobnie są zasłoną dymną, która ma ukryć jakiś większy przekręt. Kaja przyjechała w czerwcu i od tamtej pory nie wykonywała ruchów, które mogłyby świadczyć o niecnych zamiarach. Tymczasem okazuje się, że w głowie miała jakiś plan, skoro teraz zaczęła go realizować. Tylko co to za plan?

Grzelak zaczął bębnić palcami w stół. Miał ochotę natychmiast pobiec do lasu, żeby się rozejrzeć. Wiedział, że to duża szansa na podtrzymanie zainteresowania swoją osobą. Sprawa Czarnej Marii za chwilę przycichnie i znów dopadną go rutyna, szare dni i smutna rzeczywistość. Znów Danusia zacznie jęczeć i marudzić. Gdyby trafiło się kolejne dochodzenie, jakaś wyjątkowo brudna sprawa, może telefon z Wrocławia wreszcie by zadzwonił.

– Małą wodę jednak. – Nie czekając, aż Józefina zapłaci za zakupy, rzucił na ladę dwa złote. Z lodówki wyjął półlitrową butelkę i wyszedł bez pożegnania.

– Obraził się? – zaniepokoiła się Józefina.

– Pewnie zły, że chlewu u siebie nie ma. Kto wie, ile panna będzie płaciła za świnie. Kasa przejdzie mu koło nosa.

Rozdział 2

Dochodziła jedenasta, kiedy Marianna wylądowała w Sewilli. Lot nie był uciążliwy, ale konieczność przesiadki w Pradze uniemożliwiła głębszy sen. Teraz czuła się zmęczona. Miała nadzieję, że bez problemów uda jej się trafić do mieszkania wynajętego przez internet i szybko będzie mogła odespać zarwaną noc.

Niemrawo podążyła do sali odbioru bagażu, modląc się w duchu, żeby nie trzeba było zbyt długo czekać. Modlitwa okazała się skuteczna, i kiedy tylko Marianna zauważyła swoją walizkę na taśmie, chwyciła ją i energicznym krokiem skierowała się w stronę wyjścia z lotniska. Na szczęście od razu udało jej się złapać taksówkę. Kiedy usadowiła się na tylnym siedzeniu, zmęczenie ponownie dało o sobie znać, a powieki stawały się coraz cięższe.

– Pani z daleka? – zagaił taksówkarz.

– Tak. Nie. Z Polski – odparła Marianna po hiszpańsku. Nie miała ochoty na pogawędkę. Podała mężczyźnie kartkę z zapisanym adresem i oparła głowę o zagłówek.

– Turystycznie? Pierwszy raz? – Taksówkarz odpalił silnik i ruszył, nie zwróciwszy uwagi na to, że dziewczyna przymknęła oczy.

– Uhm – przytaknęła.

– Teraz, we wrześniu, jest spokojniej. Można pozwiedzać. Najgorzej to, wie pani, w wakacje. Kolejki do katedry są takie, że… – Taksówkarz gestem rąk usiłował zobrazować długość kolejki, ale Marianna na niego nie patrzyła. – No i teraz pogoda lepsza – ciągnął – nie ma już upałów, a jest przyjemnie ciepło. Nic, tylko się relaksować.

– Uhm.

Mężczyzna dopiero teraz zerknął w lusterko i zauważył, że dziewczyna już prawie drzemie i nie jest zainteresowana rozmową. Nie zastanawiając się długo, skręcił w lewo, zamiast jechać prosto, dzięki czemu trasa wydłużyła się o kilka ładnych kilometrów. Nieznająca miasta turystka, do tego śpiąca i niezainteresowana trasą, była łakomym kąskiem. Kilka dodatkowych euro drogą nie chodzi, szczególnie poza sezonem.

Obudził ją, kiedy dotarli na miejsce. Uśmiechnął się przymilnie i wytłumaczył, dokąd ma iść.

– Tu musi pani wysiąść. Dalej zagrodzone. Pod samo wejście niestety samochodem nie dojadę – uściślił. – Sześćdziesiąt osiem euro się należy. Dobrze, że nie było korków – powiedział szybko, po czym wysiadł z samochodu i wyjął z bagażnika walizkę.

Marianna nie skomentowała absurdalnie wysokiego rachunku. Wyjęła z portfela siedemdziesiąt euro i podziękowała taksówkarzowi. Przeczuwała, że przejazd z lotniska powinien kosztować mniej, ale nie miała ani siły, ani tym bardziej ochoty, żeby się wykłócać.

Dźwigając walizkę, przeklinała w myślach fakt, że nie ma ona kółek. O ile prościej byłoby ją ciągnąć.

Dotarła na plac, gdzie mieściła się kamienica, w której wynajęła lokum. Odstawiła walizkę i rozejrzała się, szukając wzrokiem odpowiedniego numeru. Plac pełen był restauracji, barów, sklepów z pamiątkami. Mieściły się tu nawet apteka i jubiler. I właśnie tuż obok jubilera Marianna dostrzegła wyrazisty napis „Carme”. Widać było, że odpadła ostatnia litera, a na ścianie budynku odznaczyło się jaśniejsze „n”. „Carmen”.

Ze zdjęć zamieszczonych w sieci zapamiętała właśnie ten napis, bardzo charakterystyczny, tuż obok było wejście do kamienicy.

Podźwignęła brązową walizę i minąwszy ustawionych w rzędzie dorożkarzy, którzy cierpliwie czekali na spragnionych przejażdżki turystów, udała się w stronę baru Carmen.

Pod wejściem do lokalu zgromadziło się kilka starszych kobiet, siedziały na metalowych krzesełkach i głośno o czymś rozprawiały.

– ¡Buenos días! – przywitała się Marianna. – Busco el número dieciséis.

Natychmiast wszystkie kobiety się odwróciły. Ta, która wyglądała na najstarszą, uśmiechnęła się i podniosła z krzesła, po czym podała Mariannie ciepłą dłoń.

– Es aquí. Bienvenidos. Soy Teresa Gonzales.

Po krótkim przestawieniu się i wymianie uprzejmości kobieta poprowadziła Mariannę do wejścia. Była zadowolona, że dziewczyna tak dobrze mówi po hiszpańsku.

Weszły na drugie piętro. Teresa sięgnęła po klucz przymocowany do szlufki spódnicy i otworzyła drzwi do mieszkania po lewej. Gestem zaprosiła Mariannę do środka.

– Proszę bardzo. Do pani dyspozycji są jeden pokój, kuchnia i łazienka. Zgodnie z ogłoszeniem – przypomniała. – Ten drugi pokój zamknęłyśmy, niestety nie na klucz, bo nie ma zamka. Tam zostały zgromadzone niektóre meble na czas… emmm – zająknęła się – nieobecności koleżanki… znaczy się właścicielki mieszkania. Proszę tam nie zaglądać, nie byłaby zadowolona, że ktoś szpera w jej rzeczach.

– Bez obawy. – Marianna uśmiechnęła się słabo. W ogłoszeniu nie było mowy o drugim pokoju. Nie przeszkadzało jej to, że mieszkanie jest większe, jednak uwagę Teresy o szperaniu w rzeczach właścicielki odebrała jako niegrzeczną. – Długo tu nie zabawię.

– Och, proszę mieszkać, ile się pani podoba! – wykrzyknęła Teresa. – Przy dłuższym pobycie możemy nawet negocjować cenę. – Uśmiechnęła się przymilnie. – Dla nas to cała przyjemność gościć taką młodą damę.

– A kiedy wraca właścicielka mieszkania?

– Nieprędko. Proszę się nią nie przejmować. Wyjechała. No i już. Ale oczywiście mamy wszelkie upoważnienia, żeby mieszkanie wynająć – wytłumaczyła szybko. – A może jest pani głodna? – zmieniła temat. – Zapraszamy na dół do Carmen. Mamy pyszną paellę. Veronica jest świetną kucharką.

– Dziękuję. Na razie chciałabym odpocząć.

– No tak, tak. Po podróży to trzeba. Koniecznie. – Teresa kiwnęła głową i wycofała się, zamykając za sobą drzwi.

Kiedy Marianna została sama, odczuła tak wielkie zmęczenie, że nawet nie zsunąwszy butów, opadła na łóżko i natychmiast zasnęła.

Kiedy się obudziła, było już po siedemnastej. Przetarła oczy dłonią i zdjęła nieświeże ubranie. Za oknem wciąż świeciło słońce.

Pokój, który wynajęła, był spory, jednak zagracony. Mimo że – jak wspominała Teresa – meble właścicielki mieszkania zostały zgromadzone w drugim pomieszczeniu, to i tutaj nie brakowało sprzętów. Nie licząc łóżka, fotela i pufy, które obleczone miękkimi materiałami niewątpliwie zbierały kurz, stały tu jeszcze potężna toaletka, małe biurko, trzydrzwiowa szafa oraz komoda. Marianna otworzyła jedną z szuflad. Była pusta i czysta, co zachęcało do rozłożenia w niej swoich rzeczy. Szafa też okazała się gotowa na przyjęcie ubrań nowego lokatora. Wprawdzie wydobywał się z niej specyficzny zapaszek, sugerujący, że wcześniej wisiało tu sporo zatęchłych wręcz ubrań, jednak Marianny, przyzwyczajonej do zapachu szafy swojej babci, ten zapach nie odstraszał, a wręcz przywoływał dobre wspomnienia. Saszetki z lawendą, kulki na mole i kurz na starych futrach tworzyły sentymentalną mieszankę aromatów.

Marianna podeszła do okna i uchyliła je, wpuszczając do mieszkania falę parnego powietrza.

– Sewilla – mruknęła bezgłośnie.

Niestety, okno nie wychodziło na plac, przy którym znajdował się bar Carmen, bo mieszkanie umiejscowione było po drugiej stronie budynku. Marianna patrzyła na sąsiednią kamienicę, położoną tak blisko, że gdyby chciała, mogłaby wyczuć zapach unoszący się z kuchni sąsiadki.

Odskoczyła od okna, przypomniawszy sobie, że przecież jest w samej bieliźnie. Przeszła do łazienki. Było to skromnie urządzone, pomalowane na niebiesko małe pomieszczenie z niewielką wanną i niskim sedesem wciśniętym między ścianę a szafkę, na której piętrzyło się kilka ręczników. Marianna z zadowoleniem odnotowała fakt, że na półce nad umywalką stoją butelka szamponu i pojemnik z mydłem w płynie. Jeden z ręczników rozłożyła na podłodze i napuściła wody do wanny. Szybka kąpiel skutecznie ją rozbudziła.

Otulona ręcznikiem wróciła do pokoju i przykucnęła przy walizce. Przez chwilę mocowała się z zapięciem. W myślach wybierała odpowiednią sukienkę na wieczór. Planowała zejść na dół, do Carmen, mając nadzieję, że oprócz paelli, za którą nie przepadała, mają w ofercie także inne dania. Dopiero teraz, na myśl o jedzeniu, poczuła głód.

– O cholera! – zaklęła, kiedy w końcu udało jej się otworzyć zamek.

**

Rozległo się delikatne pukanie do drzwi. Piotr Pawlicki, ze słuchawką przy uchu, podszedł otworzyć.

– Room service. – Uśmiechnięta pokojówka wręczyła mu wieczorne menu.

– Thank you. I don’t need it now – odpowiedział, oddając jej kartę. – Zejdę na dół, jak będę chciał – dopowiedział po polsku.

– Co ty tam gadasz? – zaskrzeczało w słuchawce.

– Nic, mamo. W hotelu już jestem. Nie zdążyłem się nawet rozebrać, od razu coś chcą. Serwis do pokoju. Wiesz, że to drożej, jak się tak zamawia.

– Ździercy. Nic nie zamawiaj do pokoju, bo jeszcze coś tam dopiszą, nawet nie będziesz wiedział. No, ale o czym to my. A! – przypomniała sobie. – To mówisz, ile osób było dzisiaj na wykładzie?

– Mamo, nieważne ile. Ważne, że ci, którzy przyszli, słuchali z zainteresowaniem. A poza tym mówiłem ci już, nie ma co gadać przez telefon, bo to drogo wyjdzie.

– To przecież ja dzwonię – powiedziała cierpko. – Ty mnie tu nie oszukuj. Nie chcesz z matką gadać?

– Ależ chcę. Już trzeci raz dzisiaj rozmawiamy, a ty płacisz tylko za swoje, ja muszę dopłacić różnicę. To naprawdę drogo. Poza tym jestem zmęczony po całym dniu, chcę się już położyć.

– No tak, rzeczywiście. Ojej, trzeba tak było od razu. A jadłeś coś?

– Jadłem na uczelni.

– No dobrze, dobrze. To tylko wysikaj się przed spaniem.

– Mamo…! Bez przesady, chyba jestem dorosły.

– No jesteś, jesteś, ale wiesz, to naprawdę ważne, bo przeczytałam ostatnio, że mocz wstrzymywa…

Nagle połączenie zostało przerwane. Piotr domyślił się, że matka przeszła do kuchni, gdzie zasięg był zazwyczaj słabszy. Westchnął, wiedząc, że za chwilę wróci do salonu i ponownie zadzwoni. Nie mylił się. Już po kilku sekundach telefon ponownie zawibrował.

– Wysikam się przed spaniem – zadeklarował do słuchawki w nadziei, że matka, zadowolona, iż znów się z nią zgodził, nie będzie kontynuowała tematu.

– Halo…? – Po drugiej stronie rozległ się delikatny kobiecy głos.

Piotr odrzucił telefon na łóżko – niczym rozgrzany węgiel.

– Halo? – Ledwie słyszalny teraz głos ponowił nawoływanie.

Piotr otrząsnął się i ponownie przytknął telefon do ucha.

– Tak? – spytał, starając się, by jego głos brzmiał obco. Miał nadzieję, że to żadna z jego polskich studentek. Dopiero miałaby używanie.

– Czy rozmawiam z profesorem Pawlickim? – Kobieta bez wątpienia była Polką i bez wątpienia pytała o niego.

– Nie – odpowiedział zdecydowanie. – A o co chodzi?

– Hmmm… – zawahała się. – Znalazłam ten numer na zawieszce przy walizce. Wynika z niej, że należy do profesora Piotra Pawlickiego. Jestem w Sewilli. Na lotnisku doszło do pomyłki. Pan profesor ma prawdopodobnie moje rzeczy…

Piotr rzucił okiem na stojącą przy wejściu brązową, wciąż zamkniętą walizę i upewnił się, że w jej wyglądzie nie ma nic, co mogłoby świadczyć o zamianie.

– To pomyłka – oświadczył. – Znaczy się, pani się pomyliła. Do widzenia – powiedział wyższym niż zazwyczaj głosem i rozłączył się.

Po chwili telefon znów zadzwonił, a numer, który się wyświetlił, świadczył o tym, że kobieta ponownie próbuje nawiązać połączenie. Piotr przycisnął telefon poduszką i podszedł do walizki. Wyglądała normalnie. Ale nie było zawieszki, którą zawsze przyczepiał, w obawie, że bagaż zaginie gdzieś na lotnisku… Czyżby? – pomyślał i pociągnął za pasek. Kiedy otworzył torbę, zaklął:

– Kurka żeż wodna jedna!

Doskoczył do łóżka i wygrzebał spod poduszki komórkę. Nie zdążył jednak oddzwonić na wyświetlony numer, ponieważ ledwie podniósł telefon, ten znów zawibrował. Tym razem wyświetliła się matka.

– A z kim gadałeś? – spytała bez wstępów. – Nie mogłam się dodzwonić.

– No cholercia, mamuś, no, pomylili bagaże, nie mam swoich rzeczy – wyjęczał płaczliwym tonem.

– Ale jak to?! Okradli cię?

– Nie okradli, nastąpiła pomyłka, cholercia, teraz trzeba będzie to odkręcić. Ta kobieta dzwoniła.

– Ta złodziejka?

– Nie złodziejka, mamuś, nie mogę rozmawiać. Muszę do niej oddzwonić.

– Coś mi tu kręcisz. Najpierw mówisz, że dzwoniła, teraz, że ty musisz zadzwonić. Przypadkiem nie dolali ci czego, synku, do napoju? Czytałam ostatnio, że…

– Nic mi nie dolali. Na lotnisku zaszła pomyłka. Jakaś kobieta ma moją walizkę, a ja jej.

– Piotruś! Ale to niemożliwe! Nikt nie ma takiej drugiej walizki. To jeszcze po świętej pamięci wujku Alojzym! Co ty, nie poznałeś swojej walizki?

– Taka sama, jak mamusię kocham! Taka sama.

– Prawdę mówisz? – spytała podejrzliwym tonem.

– Prawdę. Cholercia. Nie mogę rozmawiać, muszę oddzwonić do tej kobiety.

– Piotruś, to znak!

– Jaki znak znowu?

– Nikt nie ma takiej drugiej walizki. Jeśli znalazła się jakaś kobieta… Piotruś! A ja miałam sen!

– Mamo, nie mogę rozmawiać. – Piotr był u kresu wytrzymałości. Bał się, że jeszcze chwila, a jego walizka wyląduje w biurze rzeczy zaginionych na lotnisku, skąd będzie ją trudniej wyciągnąć, a przynajmniej nie tak szybko, jak mógłby to zrobić teraz.

– Śniły mi się kurczaczki.

– Kurczaczki – powtórzył bezwiednie Piotr.

– Takie maleństwa żółciutkie, kwilące. Piotruś, to znak, ja ci to mówię! Och, toby dopiero było, jakbym została wreszcie babcią. To na pewno piękna młoda dama. I twoja bratnia dusza, skoro ma taką samą walizkę! Będzie ślub! – wykrzyknęła podekscytowana. – Się muszę napić – wyszeptała ledwie słyszalnie i znów połączenie zostało przerwane.

Piotr, zadowolony, że matka się rozłączyła, wyprostował się, odchrząknął i nacisnął przycisk wybierania numeru.

– Halo? – Usłyszał ponownie ten sam delikatny głos co poprzednio.

– Dzień dobry. Z tej strony profesor Piotr Pawlicki. Ktoś do mnie dzwonił z tego numeru…

– Dzień dobry! – Kobieta wyraźnie się ucieszyła. – Tak, dzwoniłam do pana, ale miałam problem z połączeniem.

– Czasem się tak zdarza. Z kim mam przyjemność?

– Marianna Olech – przedstawiła się Marianna i wytłumaczyła pokrótce, o co chodzi z walizką.

– Przepraszam, jeszcze nie zaglądałem do swojej. Prosto z lotniska pojechałem na uczelnię, gdzie miałem wykład… Chwileczkę… – Odczekał kilka sekund. – Rzeczywiście! Nastąpiła pomyłka. Jak możemy się spotkać?

**

Plany wzięły w łeb. Marianna ubrana w sukienkę, w której przyjechała, kończyła jeść mało smaczne tosty z szynką. Miała nadzieję, że jeszcze tego popołudnia uda jej się pojechać pod widniejący na wyciągu z banku adres i porozmawiać z osobą, do której ojciec wysyłał pieniądze. Ale dochodziła już dziewiętnasta, za chwilę w Carmen miał się pojawić profesor z walizką. Marianna wyliczyła, że zanim zdoła załatwić sprawę pomyłki, odświeżyć się i przebrać, minie kolejna godzina, jeśli nie dłużej, a zatem spotkanie z tajemniczą Rosą musi przełożyć na kolejny dzień. Nie lubiła sytuacji, które wybijają z rytmu. Być może w innych okolicznościach potrafiłaby się cieszyć pogodą i klimatem panującym na placu, gdy usadowiła się przy jednym ze stolików Carmen ustawionych na świeżym powietrzu. Być może umiałaby docenić muzykę sączącą się z wnętrza baru i podstarzałe tancerki flamenco, które właśnie szykowały się do wieczornego występu. Teraz jednak jej duszę ogarnęła ogromna tęsknota za babcią, podsycona zapachem wynajętego mieszkania. Nawet myśli dotyczące Rosy, choć starała się nimi zaprzątać głowę, nie były aż tak zajmujące, żeby w pełni się im oddać. Ot, pragnęła, oczywiście, wyjaśnić zagadkę wysyłanych przez ojca pieniędzy, by zaspokoić swoją ciekawość i zamknąć dręczący ją temat, ale wiedziała, że to kwestia jednej rozmowy z adresatką przelewów. Potem trzeba będzie wrócić do Polski, do Polanki, i postanowić, co zrobić dalej ze swoim życiem…

Odstawiła na bok talerzyk z niedojedzonym tostem. Rozejrzała się po placu, który o tej porze tętnił życiem. Turyści napływający od strony katedry zajmowali miejsca w kolorowych, nastrojowo oświetlonych kawiarenkach i restauracjach. Było gwarno i wesoło. W Carmen nie bawiło jednak wielu gości. Zaledwie kilka osób zwabionych dźwiękami flamenco i wypisaną na przenośnej tablicy obietnicą występu tancerek, który miał się zacząć o dziewiętnastej.

Marianna zauważyła, że pokaz będą dawać te same kobiety, z którymi rozmawiała rano. Wyglądało na to, że w dzień pracowały jako kelnerki, by wieczorem przeobrazić się w tancerki. Teraz, ubrane w falbaniaste suknie, zabawiały garstkę klientów rozmową, jednak już za chwilę miały dać występ, a Marianna bardzo chciała to zobaczyć. Miała nadzieję, że profesor Pawlicki spóźni się, dzięki czemu wymiana walizek nastąpi już po tanecznym show.

Stał za rogiem, dyskretnie obserwując Mariannę. Od razu ją rozpoznał, bo przez telefon dokładnie wytłumaczyła, w co będzie ubrana. Nie spodziewał się, że jest tak ładna. I choć z daleka nie było dokładnie widać, to mógł ocenić zarówno sylwetkę, jak i ogóle wrażenie. A to okazało się dla niego onieśmielające. Nie miał doświadczenia w zagadywaniu kobiet. Studentki traktował oficjalnie i z dużą rezerwą, pragnąc stworzyć wizerunek srogiego i niedostępnego profesora. Jednak w tym przypadku było inaczej. Matka sugerowała, że to znak i że dziewczyna jest mu pisana. Może więc była to najwyższa pora, aby pomyśleć o prawdziwym związku. Nie to, żeby wcześniej o tym nie myślał, bo raz czy dwa przeszło mu przez głowę, że żona umocniłaby jego pozycję. Już dawno zauważył, że na uczelni o wiele lepiej odbierani są naukowcy, którzy mają rodziny, w przeciwieństwie do kawalerów, na których patrzy się jak na egzaltowanych samotników. Do tej pory jednak nie miał okazji, by kogoś poznać, koncentrował się na pracy i karierze. Jak widać, na każdego jednak przyjdzie pora i los sam podsyła szanse, a jeśli trzeba, podmienia walizki.

Piotr Pawlicki przełknął ślinę. W głowie kłębiły mu się myśli, z których usiłował wybrać najlepszy scenariusz podrywu. Zupełnie nie wiedział, jak się do tego zabrać. Czy grać inteligenta, czy może stworzyć wrażenie luzaka. W końcu uznał, że najlepsza będzie wersja optymalna. Czyli skrócić dystans, ale nie za bardzo. W końcu to dopiero pierwsze spotkanie. Najpierw trzeba zainteresować dziewczynę swoją osobą, zaszczepić w niej chęć dalszego poznania, zaprosić na wykład, żeby olśnić erudycją, a potem jakieś kino – choć z tym w Sewilli może być trudno, bo filmy lecą po hiszpańsku, a tego języka Piotr nie znał.

Wziął kilka głębszych oddechów dla dodania sobie otuchy, wyprostował się i poszedł do stolika, przy którym siedziała Marianna.

– Dobry wieczór – powiedział, starając się, by jego głos brzmiał męsko. – Pani Marianna?

– Och, dobry wieczór! – Marianna uniosła wzrok. – Pan profesor Pawlicki?

– Witam panią. Można?

– Oczywiście, proszę usiąść. Może ma pan ochotę na kawę? Zaraz rozpocznie się pokaz flamenco. Miałby pan ochotę obejrzeć?

– Chętnie. – Pawlicki usiadł na krześle naprzeciwko Marianny. – Ale może bez tego „pana”. Proponuję, żebyśmy przeszli na ty. Wystarczy do mnie mówić „profesorze Piotrze”. – Uśmiechnął się. Pierwsze koty za płoty. Skracanie dystansu wcale nie jest trudne, przebiegło mu przez myśl.

– Oczywiście… – Mariannę zdumiała ta przedziwna forma, ale nie dała tego po sobie poznać. – Profesorze Piotrze, Marianna jestem.

– Cóż to za niezwykły przypadek z tymi walizkami.

– Rzeczywiście. Dobrze, że przywiesił pan, znaczy się, dobrze, że zawiesiłeś na swojej informację z numerem telefonu. Ja nigdy tego nie robię, ale teraz zacznę. A właściwie gdzie moja walizka?

Pawlicki rozejrzał się i nagle zbladł. Wstał. Dotarło do niego, że zostawił ją za rogiem budynku, gdzie spędził ponad dziesięć minut, pochłonięty myślami i obserwowaniem Marianny.

– Przepraszam na chwilkę – powiedział i już go nie było.

W duchu modlił się, żeby walizka wciąż stała tam, gdzie ją zostawił.

– Kurka żeż wodna jedna – klął do siebie, biegnąc wzdłuż kawiarnianego ogródka. Jak na złość zadzwonił jego telefon. Odebrał w biegu, bo wiedział, że matka nie odpuści.

Rozdział 3

Drukarka wypluwała kolejne kartki. Alicja wyjmowała je i układała w stos. Na koniec spięła spinaczem i włożyła do koszulki.

– No, no. – Dorota gwizdnęła z uznaniem. – To twój biznesplan? Taki gruby?

– Czterdzieści stron – wyjaśniła Alicja. – Janusz mówił, że największe szanse na dotację mają projekty innowacyjne, dlatego musiałam dość szczegółowo rozpisać swój pomysł.

– Naprawdę jestem z ciebie dumna, że się do tego zabrałaś. Trzymam kciuki. Zresztą jestem przekonana, że to będzie najbardziej oblegana galeria w mieście.

– Och, bardzo bym chciała! Żebym tylko miała pieniądze, aby ją uruchomić. I oczywiście czas, by się zaangażować. Naprawdę liczę na to, że Matylda nie będzie już tak chorować i nie będę musiała zostawać z nią w domu.

– No właśnie, Matylda. Nawet nie przyszła się ze mną przywitać. Po wakacjach z Bartkiem wydoroślała czy co, że nagle zamyka się w swoim pokoju?

– Nie. Po prostu jest na mnie obrażona. – Alicja westchnęła.

– Dlaczego?

– Bo spodziewała się, że przywiozę kotki z Polanki. Bartek chciał kilka przygarnąć, a jednego zostawimy dla Matyldy. Ale wiesz, tak byłam zaaferowana Marianną, że nawet do cioci nie zajrzałam, nie mówiąc o kotach.

– Ja mogę po nie pojechać. Weekend mam wolny, zrobię sobie wycieczkę.

– Byłoby wspaniale – ucieszyła się Alicja.

– Och, czego się nie robi dla ukochanej chrześnicy. Zresztą odwiedzę ciocię. Szkoda, że nie ma też Marianny, żałuję, że się z nią nie zobaczyłam. A swoją drogą, dlaczego pozwoliłaś jej wyjechać do Sewilli? Przecież sama mówiłaś, że wyglądała jak wrak człowieka.

– Odradzałam jej, ale się uparła! Ale może i dobrze, że pojechała. Może potrzebuje zająć czymś myśli. Bądź co bądź została teraz sama. Zamiast się zadręczać, zacznie szukać tej Rosy i będzie miała głowę zaprzątniętą czymś innym niż tęsknota za babcią i za rodzicami.

– Co racja, to racja… – przyznała Dorota. – Ale… No wiesz, nie pomyślałaś czasem, że to jednak podejrzane?

– Co?

– No, że jej tata wysyłał pieniądze jakiejś kobiecie. Może była jego kochanką?

– Oczywiście, że pomyślałam. To było pierwsze, co przyszło mi do głowy. Zresztą zasugerowałam Mariannie, że sprawy mogą właśnie tak wyglądać. Zupełnie niechcący, wiesz… Ale zdecydowanie odrzuciła taką myśl. Powiedziała, że jej rodzice naprawdę się kochali, a jej ojciec nie zaliczał się do facetów, którym w głowie były zdrady i romanse.

– Zazwyczaj tak sobie to wszyscy tłumaczą – zauważyła zgryźliwie Dorota.

– No właśnie. Ale Marianna naprawdę jest przekonana. Zbudowała sobie jego pomnik w głowie i się tego trzyma. Zresztą wyjaśniła mi, że ojciec planował otworzyć restaurację. Miał już tyle kawiarni i cukierni, że naszła go ochota na coś innego. Dlatego zaprzyjaźnił się z Victorem Legrandem. To tamten zasugerował, żeby ojciec Marianny kupował najlepsze produkty. I to dlatego w ostatnim czasie tak dużo podróżował po świecie. Szukał ponoć najlepszych szynek, najlepszych serów i win. W Andaluzji, z tego, co mówiła Marianna, poszukiwał oliwy, takiej gorzkiej, tłoczonej z granatowych oliwek.

– Przecież takich nie ma – zauważyła trzeźwo Dorota.

– Właśnie podobno są. To znaczy to są takie przejściowe pomiędzy zielonymi, czyli niedojrzałymi, a czarnymi. Kiedy oliwki zbierze się w odpowiednim czasie, mają barwę nie do końca czarną, raczej taką właśnie granatową. I oliwa ma specyficzny smak. To jedna z najdroższych.

– No proszę, nawet nie wiedziałam.

– Ja też. Marianna mi to wszystko wyłuszczyła. Uważa, że jej ojciec dogadał się w Sewilli z jakąś rodzinną wytwórnią oliwy i przesyłał pieniądze na poczet dostaw.

– Ale tych dostaw nie było?

– No właśnie tego nie potrafiła ustalić. Jej wujek, który był wspólnikiem ojca i nadal nadzoruje cukiernie, powiedział, że restauracja była oddzielnym przedsięwzięciem ojca Marianny i że on się do tego nie mieszał. Wiedział jedynie, że jej tata nie tylko chciał sprowadzać produkty do restauracji, ale też ponoć wchodził w jakieś biznesy z lokalnymi dostawcami z Włoch, Francji, Hiszpanii. Coś na zasadzie udziałów. Po jego śmierci Marianna otrzymała od adwokata spis tych wszystkich kontrahentów, ale Rosy wśród nich nie było. Dlatego podejrzewa, że być może ta współpraca dopiero kiełkowała…

– Ciekawe… Może Marianna rzeczywiście odkryje, że ma udziały w jakiejś winnicy albo oliwnym gaju. Może będzie chciała tam zamieszkać…

– Myślę, że bardziej zależy jej, żeby wyjaśnić tę sprawę i zamknąć. Męczyło ją to, bo to jedyna zagadka, która wypłynęła po śmierci rodziców. Poza tym, jak mówiłam, sądzę, że chwyciła się jej niczym tonący brzytwy. Byle tylko zająć czymś głowę.

– I dobrze.

Dorota wyjęła z torebki telefon i spojrzała na wyświetlacz, sprawdzając, czy nie nadeszły jakieś wiadomości.

– A co tam u niej? Rozmawiałaś z nią? – spytała po chwili.

– Krótko. Jeszcze nic nie wie. Pobyt zaczął się jej niefortunnie, bo zgubiła walizkę. To znaczy doszło do pomyłki na lotnisku. Ponoć trafiła na jakiegoś oszołoma, profesorka… Ale na szczęście odzyskała już rzeczy.

– Profesorka mówisz? – Dorota przygryzła wargi.

– Nieogarnięty jakiś – uściśliła Alicja i wyłączyła komputer.

– Ja też mam profesorka…

– Że co? – Alicja spojrzała na siostrę, mrużąc oczy.

– Nie tak do końca profesor. Raczej nauczyciel. Znaczy się, nawet też nie…

– Ale o kim ty mówisz?

– O moim nauczycielu angielskiego – wyrzuciła z siebie w końcu Dorota. – Zakochałam się. Chyba. W panu profesorze od angielskiego. – Mrugnęła porozumiewawczo.