37,90 zł
Kara — Wojciech Wolnicki. Kryminał o zagrożeniu, które czai się najbliżej
„Kara” Wojciecha Wolnickiego to niepokojący kryminał o zaginięciu i śmierci dziewięcioletniego Mateusza oraz o policyjnym duecie, który odkrywa, że pozorny wypadek może być częścią znacznie większej tragedii. To opowieść o zaniedbaniu, traumie i złu, którego ofiarami stają się niewinne dzieci.
Kluczowe informacje: gatunek — kryminał · trzeci tom Śląskiej Serii Kryminalnej „Kozak i Wolf” · każdy tom przedstawia osobną sprawę kryminalną · serię łączą prywatne losy głównych bohaterów · miejsce akcji — Górny Śląsk, w tym Rybnik · główny temat — zaginięcie i śmierć dziecka · emocje — niepokój · odbiorcy — miłośnicy seriali i filmów kryminalnych o pracy policji
Dla kogo i czego można się spodziewać?
O czym jest książka „Kara”?
Zaniedbywane dziecko szuka uwagi poza domem. Nigdy jednak nie wiadomo, kto mu ją okaże i jakie będzie miał zamiary.
Poszukiwania dziewięcioletniego Mateusza kończą się tragicznie. Chłopiec spada z rusztowania i ginie na miejscu. Wszystko wskazuje na nieszczęśliwy wypadek, ale uwagę policji przyciągają cyfry zapisane na przedramieniu ofiary.
Podobne oznaczenia znaleziono wcześniej w miejscu śmierci jedenastoletniego Jerzyka, potrąconego przez samochód. Przesłuchania pracowników rybnickiej szkoły i rozmowy z rodzicami nie przynoszą przełomu. Nowym tropem staje się telefon Mateusza, w którym ktoś przywrócił ustawienia fabryczne.
Jaką zagadkę rozwiązują Kozak i Wolf?
Podkomisarz Kozakiewicz podejrzewa, że wyczyszczony telefon chłopca może zawierać informacje ważne dla sprawy. Prosi Wolfa o pomoc w odzyskaniu danych, a policyjny duet ponownie łączy siły.
Śledczy muszą ustalić, czy śmierć Mateusza rzeczywiście była wypadkiem, co łączy ją ze śmiercią Jerzyka i kto próbował usunąć cyfrowe ślady. Stawką jest nie tylko rozwiązanie zagadki, lecz także zapobieżenie kolejnym tragediom.
Dlaczego „Kara” budzi niepokój?
Powieść pokazuje świat, w którym zło nie zawsze ma groźną twarz. Może pojawić się pod postacią zainteresowania, którego zaniedbane dziecko nie otrzymuje w domu.
Wojciech Wolnicki porusza temat traum, zaniedbań i ich konsekwencji. Stawia pytanie o to, czy ludzie rodzą się źli, czy też dopiero krzywda i brak opieki uwalniają w nich to, co najgorsze.
Czy „Karę” można czytać bez znajomości wcześniejszych tomów?
Tak. Każdy tom Śląskiej Serii Kryminalnej „Kozak i Wolf” opowiada osobną historię kryminalną, dlatego zagadkę przedstawioną w „Karze” można śledzić niezależnie.
Warto jednak czytać serię po kolei, ponieważ kolejne części łączą prywatne perypetie głównych bohaterów. „Kara” jest trzecim tomem cyklu.
Dla kogo jest ten kryminał?
„Kara” jest przeznaczona dla miłośników seriali i filmów kryminalnych, których bohaterami są policjanci. Spodoba się czytelnikom zainteresowanym pracą śledczych, analizowaniem tropów i sprawami, w których pozorny wypadek prowadzi do pytań o możliwe przestępstwo.
To również propozycja dla osób szukających kryminału o poważnym społecznym tle. Historia koncentruje się na krzywdzie dzieci, zaniedbaniu i niebezpieczeństwach ukrytych w ich najbliższym otoczeniu.
O autorze
Wojciech Wolnicki łączy wykształcenie ścisłe i humanistyczne. Ukończył Wydział Inżynierii Lądowej Politechniki Krakowskiej oraz scenariopisarstwo w AMA Film School.
Pochodzi z Krakowa, a od kilku lat mieszka na Górnym Śląsku. Interesuje się człowiekiem i opisuje jego zachowania, sięgając po różne gatunki literackie. Nakładem Wydawnictwa Dolnośląskiego ukazuje się jego seria kryminalna „Kozak i Wolf”.
Co o książce mówi Leszek Koźmiński?
„Zło ma tu miły uśmiech i dostęp do naszych dzieci. Po przeczytaniu tej powieści inaczej spojrzycie na telefon w dziecięcej dłoni.”
— Leszek Koźmiński, kryminalnetropy.pl
Często zadawane pytania FAQ
O czym jest książka „Kara”? To kryminał o zaginięciu i śmierci dziewięcioletniego Mateusza. Policyjny duet próbuje ustalić, czy tragiczne zdarzenie było wypadkiem i co łączy je ze śmiercią innego chłopca.
Do jakiego gatunku należy „Kara”? „Kara” jest kryminałem skupionym na policyjnym śledztwie i narastającym poczuciu zagrożenia.
Kto prowadzi śledztwo? Sprawą zajmują się podkomisarz Kozakiewicz i Wolf, czyli główni bohaterowie Śląskiej Serii Kryminalnej „Kozak i Wolf”.
Czy „Kara” jest częścią serii? Tak. To trzeci tom Śląskiej Serii Kryminalnej „Kozak i Wolf”.
Czy można przeczytać „Karę” bez znajomości poprzednich tomów? Tak. Każdy tom przedstawia osobną zagadkę kryminalną, ale warto zachować kolejność, aby śledzić prywatne losy bohaterów.
Gdzie rozgrywa się akcja książki? Akcja jest związana z Górnym Śląskiem. Ważnym miejscem dla śledztwa jest rybnicka szkoła, do której uczęszczali Mateusz i Jerzyk.
Jaki jest główny trop w śledztwie? Policję interesują cyfry zapisane na przedramieniu Mateusza oraz telefon chłopca, w którym ktoś przywrócił ustawienia fabryczne.
Jakie emocje wywołuje książka? Powieść ma budzić niepokój. Porusza temat krzywdy dzieci, zaniedbania i zagrożenia ukrytego w codziennym otoczeniu.
Dla kogo jest „Kara”? Dla miłośników kryminałów, seriali policyjnych i historii opartych na śledztwie prowadzonym przez stały duet bohaterów.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 430
Projekt okładkiMARIUSZ BANACHOWICZ
Koordynacja projektuANNA RYCHLICKA
Opieka redakcyjnaANNA HEINE
RedakcjaKAROLINA BOROWIEC-PIENIAK / SZTAMBOOK
KorektaBOGUSŁAWA OTFINOWSKA
Redakcja technicznaLOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN
Polish edition © Wojciech Wolnicki, Publicat S.A. MMXXVI (wydanie elektroniczne)All rights reserved
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.
ISBN 978-83-271-7137-5
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Ofiarom Tragedii Górnośląskiej i ich bliskim
Jak na złość zima nie chce odejść. Na zewnątrz siarczysty mróz, śnieg po kolana, w chałupie wcale nie jest przytulniej. Nie ma komu narąbać drewna, węgiel się kończy i trzeba oszczędzać. Ale najzimniej jest nocą, kiedy wygasa piec, a przez szpary w dachu i ścianach wciska się siarczysty ziąb.
W kolejne marcowe popołudnie w przytarganym do kuchni łóżku pod grubą pierzyną grzeją się wzajemnie Marta Matysek i przytulona do niej córka Johanna. Słychać tylko wycie wiatru, szczekanie psów gdzieś w oddali i rzewny śpiew nastolatki:
– „Je w ogrodzie bioło róża. Jo jej tam rwać niy moga. Miyłowałach roz jednego, już go teroz niy bynda. Miyłowałach go serdecznie, w sercu swojem nosiłach. Po wielech sie nie doznała, że ta miyłość fałszywo...”
Nagle na zewnątrz, całkiem blisko od chałupy, wybrzmiewają kobiecy lament i podbite strachem wołanie o pomoc:
– Aaaaaaa! Boja sie wody! Niyyyyy!
– Matulu, jo niy chca! Ludzie, ratunku! – krzyczy inna.
– Skokej, niy godej! – ponagla trzecia, po dojrzalszym głosie można wnioskować, że najstarsza.
– Jezusie, zmiyłuj sie nad nami – szepcze Marta.
Zerka z niepokojem w stronę okna, po czym wymienia spojrzenia z córką.
Przez moment się waha. Wstaje, opatula się chustą i rusza, by sprawdzić, co się stało. Przez przyozdobione mrozem szybki niewiele widać, więc chucha ciepłym powietrzem, by nieco je roztopić, równocześnie rzucając nieufne spojrzenia w różnych kierunkach. Niebo spowite chmurami i zbliżający się zmrok pozwalają dostrzec zaledwie kontury. Słychać kłótnię, a raczej krótkie, stłumione odzywki.
– Mamulko, idom? – pyta zaniepokojona Johanna.
Trzydziestopięcioletnia kobieta nie odpowiada. Przełyka nerwowo ślinę, starając się ukryć przed córką strach. Na zewnątrz nasila się gwar, przeważają męskie głosy.
– Co godajom? – Nastolatkę aż skręca.
– Johanna, niy być gupio. Wiysz, iże niy umia zrozumieć, kedy godajom niy po naszymu – odpowiada matka.
Nagle wszystko zagłusza odgłos serii z karabinu maszynowego.
– Mamulko, powiydz, co tam sie dzieje? – Dziewczynka chowa się za łóżkiem. – Widać coś? – pyta zaniepokojonym głosikiem i cała drży.
Marta oczy chce sobie wypatrzyć, ale bez skutku. Podejrzewa, że do czegoś dochodzi na podwórku sąsiadów, przy studni, z boku jej chałupy. Nagle niebo rozświetla pomarańczowa łuna. W oddali płonie czyjś dobytek.
– O, poli sie – mówi Marta.
– Co? Pokoż.
– Ani sie woż wylyźć. Chałupa sie poli, a co sie mo polić. – Marta właśnie zdaje sobie sprawę, że dla niej to już normalny widok. – O, Ponbóczku, idom. Idom ku nom. Johanna, chowoj sie do kofra.
Matka rzuca się w stronę drewnianych drzwi, by je zatarasować. Jeden kopniak buciorem i kobieta odbija się od wejścia, po czym upada na drewnianą podłogę. Do sieni wpada lodowate powietrze i sześciu uzbrojonych zmarzniętych sołdatów. Gospodyni szybko się podnosi i rusza do izby, by podjąć desperacką próbę ochrony córki.
– Niemieckije szluchi. – Jeden z żołnierzy ostentacyjnie pluje. Jego oczy wręcz kipią mieszaniną wściekłości i obleśnego pożądania.
– Dawaj, Sasza! Podierżi staruju żabu, sztoby ona nie mogła pokriczat’ – decyduje mężczyzna po czterdziestce. Pewnie oficer, bo nosi czapkę z daszkiem i czerwonym otokiem, na którego środku lśni złoty emblemat z krwistą gwiazdą.
– Togda ja trachnu molodien’kuju suczku. Witia, Oleg, Dierżitie jejo – mówi rozentuzjazmowany młodszy od niego wiekiem i rangą żołnierz w furażerce.
Na nic lament, płacz, wierzganie nogami i wzywanie pomocy. Dwóch trzyma brudnymi łapami Martę, dwóch jej trzynastoletnią córkę, kolejnych dwóch w pośpiechu opuszcza spodnie aż do kolan. Wydawałoby się, że wszystko odbywa się bardzo szybko, ale nie dla leżących na jednym łóżku matki i córki. Choć momentalnie mają rozszarpane wełniane rajtki, zadarte halki i spódnice, dla nich właśnie rozpoczyna się trwające w nieskończoność piekło. Pan oficer taranem wchodzi w kobiece lędźwie i rozpoczyna ulubiony codzienny rytuał. Codzienny, choć za każdym razem z inną. Dziś jest nią Marta, choć najpierw wybór padł na jej sąsiadkę. Niestety razem z dwiema córkami na widok zbliżających się Rusów wskoczyły do studni z lodowatą wodą, a że młode panny nie umiały pływać, szybko poszły na dno. Ich matka jeszcze jakąś chwilę trzymała się zmarzniętymi palcami śliskich kamiennych kręgów, ale jej ucieczka została ukarana serią z pepeszy. Kilka dni wcześniej inna sąsiadka, mieszkająca parę domów dalej, by nie zostać zhańbiona, podcięła sobie żyły. Tym dwóm babom chyba jeszcze zależy na życiu, myśli ruski oficer i młóci, ile ma siły. Co jakiś czas zerka na młodego, który obok robi to samo z dziewczynką, a buchająca z jego ust para oraz gwizd dobywający się z krtani z zalegającym śluzem przypominają rozpędzoną lokomotywę.
– Zakonczili, tiepier’ nasza oczieried’ – przypomina o sobie Oleg trzymający Martę. Z otwartej na oścież, szczerbatej, zarośniętej gęby kapie mu ślina prosto na kobiecą dłoń, której nie pozwala nawet drgnąć.
Oficer kończy, co zaczął, po czym wstaje, wyciera przyrodzenie o poszwę pierzyny i decyduje:
– Dawaj, mieniajemsja! Chołodno że. Bystrieje szewielis’!
– Towariszcz komandir, ja jeszczio nie zakoncził – tłumaczy się młody.
– Wytaskiwaj chuja, tiepier’ ja – popędza Oleg, po czym zrzuca go z Johanny i zajmuje jego miejsce.
Następuje roszada, a po niej kolejna. Po wszystkim żołnierze wychodzą, zostawiając za sobą błoto przyniesione na butach i otwarte na oścież drzwi, którymi bawi się wiatr. Nie zabierają łupów, bo już nie ma czego grabić. Ci, którzy pojawili się pierwsi, wywieźli kury, gęsi, konia i krowę. Następni zapasy mąki, wędzoną słoninę, cebulę i ziemniaki, a od czasu do czasu na inspekcję wpadały trzy-, czteroosobowe bandy po resztę. Zniknęła zastawa będąca w rodzinie od kilku pokoleń, patera Rosenthala, zegar, mosiężne świeczniki, maszyna do szycia, a nawet żelazko. Z wartościowych rzeczy zostały tylko święte obrazy, które dla Sowietów stanowiły jedynie źródło uciech. Poprzecinali je bagnetami. Jakakolwiek próba obrony dobytku kończyła się biciem oraz przekleństwami, że germańskiej swołoczy nic się nie należy. „My som Ślonzoki”, albo „jo niy Niymiec, jo je Polokym”, padały tłumaczenia, także w innych domostwach, ale na nic się zdawały, zwłaszcza kiedy w chałupie znaleziono książki pisane po niemiecku.
To najsmutniejsza wiosna w Żernicy, a na pewno jedna z najgorszych w znanej nam historii regionu. W całej wsi chłopów można policzyć na palcach jednej ręki, to w zasadzie starcy, jest też kilkunastu synków. Obecnie większość lokalnej społeczności stanowią kobiety. Pozostawione, zdane na siebie, bez obrony. Jest marzec czterdziestego piątego i choć wydawać by się mogło, że mężczyźni zginęli na wojnie, nie to jest przyczyną ich nieobecności.
W styczniu pojawili się krasnoarmiejcy mieniący się wyzwolicielami. Ich łupem w pierwszej kolejności padły okoliczne poniemieckie zakłady: kopalnie, huty i fabryki. Na potęgę rozbierano maszyny, sprzęt, grabiono surowce, które masowo wywożono pociągami do Związku Sowieckiego. Ze wsi wywożono bydło. W lutym w całym regionie pojawiły się plakaty zatytułowane „Befehl No 2”. Nakazywały pod groźbą kary śmierci stawienie się wszystkich mężczyzn w wieku od szesnastego do pięćdziesiątego roku życia w biurze rejestracyjnym w najbliższym mieście, Gleiwitz. Chodziło o obowiązkowe roboty porządkowe na linii frontu, które w założeniu miały potrwać czternaście dni. Należało zabrać ze sobą własny prowiant i ciepłą odzież. Można było się domyślić, że nie chodziło o dwa tygodnie, lecz znacznie dłużej, jednak nikt nie miał pojęcia, co się kryje za owym obwieszczeniem.
Na Żernicę padł blady strach. Trzystu kwalifikujących się wiekiem mężczyzn spakowało najpotrzebniejsze rzeczy i zanim ruszyli w drogę, przybyli do kaplicy, by się pomodlić o szczęśliwy powrót. Lokalny farorz, Ernst Kiesling, postanowił dać im wsparcie, którego potrzebowali, i zapowiedział, że pójdzie razem z nimi. Przecież księdza nikt nie ruszy, a skoro tak, to i jego trzódka powinna się czuć bezpiecznie, sądzili ufni parafianie. Po pożegnaniu z rodzinami wyruszyli w nieznane i na wiele miesięcy słuch po nich zaginął.
Marta czeka na męża Oswalda i dwóch synów: siedemnastoletniego Wilhelma i rok młodszego Fryderyka. Codziennie się za nich modli i wierzy, że wrócą cali. Oni, jak wszyscy górnicy i hutnicy ze wsi, w czasie wojny byli zmuszani do pracy dla nazistów, jako siła robocza. Wraz z odejściem wojsk niemieckich pojawiła się nadzieja, że Rosjanom także się przydadzą i zostaną oszczędzeni. Niestety nadal nie wiadomo, co się z nimi stało i czy kiedykolwiek wrócą. Jeśli oceniać po tym, co we wsi wyprawiają sołdaty Stalina, szanse, że chłopy wrócą całe, maleją z każdym dniem. Ale najgorsze jest to, jak okupanci traktują lokalną społeczność. Grabią, co się da, gwałcą bez względu na wiek, w razie oporu tłuką, ile wlezie, po czym i tak mordują lub po pijaku dla zabawy rozstrzeliwują, często całymi dziesiątkami. Mieszkająca po drugiej stronie wsi siostra Marty, Rita, ze strachu przed Rusami najpierw zadźgała nożem kuchennym swoją córkę, potem teściową, a na końcu wbiła ostrze we własne serce, w ten sposób chroniąc rodzinę przed nadciągającym okrucieństwem. Czy o tym wszystkim da się kiedyś zapomnieć?, martwi się Johanna, jak co dzień uciekając w znaną niemal na pamięć lekturę – ukrytą przed Sowietami książkę Reise um die Erde in 80 Tagen.
Niby kilka stopni na plusie, a ziąb jak w środku zimy. W przyszłym tygodniu podobno mają się pojawić przymrozki. Pora na zmianę garderoby, myśli podkomisarz Adam Kozakiewicz, zwany po prostu Kozakiem, i pod ukochaną ramoneskę wkłada błękitną bluzę z kapturem, pierwszą nieczarną w jego całym trzydziestopięcioletnim życiu. Z tego powodu czuje się nieswojo, jakby paradował nago, ale czego się nie robi dla... Urywa myśl, po czym wsiada do służbowego Passata, pieszczotliwie zwanego przez użytkowników Polonezem. Wewnątrz auta przesiąkniętego dymem papierosowym wcale nie jest cieplej. Niestety to bydlę nie zdąży się rozgrzać przed dojechaniem do celu, więc rolę podgrzewacza przejmuje muzyka. Policjant najczęściej umila sobie życie punkową rąbanką z lat osiemdziesiątych. W telefonie ma całą listę plików audio, większość to polska klasyka, ale nie brakuje repertuaru topowych kapel z innych krajów. Dziś przyszła pora na nieco melodyjny, a może nawet radosny niemiecki punk, czyli Die Toten Hosen.
Mija piąta rano w sobotę, dla Kozaka niestety kolejna doba na pełnych obrotach, bo ostatnio mnogość spraw na biegu nie pozwala się wyspać. Co więcej, przedwczoraj wziął na własne barki kolejne zadanie, tym razem półprywatne. Tuż po kabaretach, na których był z podkomisarz Kingą Wieczorek, usłyszał od niej, co wie w sprawie Petra Linki, zameldowanego w Czeskim Cieszynie handlarza ludźmi, świetnie mówiącego po polsku. To na niego kiedyś polował jej przyrodni brat, a jednocześnie syn naczelnika wydziału Joachim Poloczek. Najprawdopodobniej z jego ręki on i dwójka kolegów z rybnickiej komendy zginęli podczas masakry. Żadnemu lokalnemu policjantowi nie wolno ruszać tematu, dlatego prowadzi go Komenda Wojewódzka w Katowicach. Kinga przyznała się Adamowi w zaufaniu, że mimo zakazu realizuje swoje prywatne śledztwo.
Usłyszawszy te słowa, Kozak w pierwszej chwili się zawahał, bo wiadomo, że resort nie toleruje samowolek. Ale wtedy ona tak na niego spojrzała, że nie potrafił jej powstrzymać. Zresztą już ją zna i wie, że ona nie odpuści, a z dwojga złego, kiedy ją nosi, lepiej być przy niej, niż obserwować z dystansu. Gdy znów na niego spojrzała i poczuł gorąc aż w glanach, pomyślał, że to może być fajny pretekst do spędzania więcej czasu razem. Obiecał, że chętnie pomoże, i zachęcił do kontynuacji tematu.
Jak się okazało, Kindze udało się namierzyć rzekomą partnerkę Linki, mieszkankę polskiego Cieszyna – Wiktorię Budzisz. Podobno kobieta prowadzi fabrykę okien. Branża leci na łeb, na szyję, a kobieta się rozbija wypasionymi furami, szasta kasą, lata na zakupy do Nowego Jorku...
– Złodziejka? – zapytał wtedy.
– Raczej wspólniczka – odpowiedziała Kinga.
Żeby nie było zbyt lekko, do kompletu spraw beznadziejnych wczoraj dołączyły dwa zaginięcia dzieci. Szczęśliwie w przypadku jednego chłopca, który miał wyciszony telefon, był to fałszywy alarm. Okazało się, że ze szkoły odebrała go babcia i nie powiadomiła rodziców. Ale Mateusz Lichota, lat dziewięć, nie wrócił do domu, nikt z członków rodziny go nie odebrał, a jego telefon był wyłączony lub poza zasięgiem. W poszukiwaniach, które rozpoczęły się dopiero wieczorem i niestety zostały przerwane po kilku godzinach z powodu gęstej mgły, wzięło udział wielu policjantów, w tym alarmówka z Katowic, czyli trzy samochody po ośmiu policjantów prewencji plus ci z regionu. Ponadto funkcjonariusze straży miejskiej i całkiem spora rzesza cywilów. Mimo tak krótkiej akcji udało się przetrząsnąć niemal każdy metr na drodze ze szkoły aż do ulicy Patriotów, gdzie mieszka zaginiony. Na jego zwyczajowej trasie znajduje się kilkanaście kamer miejskiego monitoringu, ale dziwnym trafem żadna go nie uchwyciła. Dziś o szóstej rano poszukiwania mają być wznowione.
Policjant, który przeniósł się do Rybnika kilka miesięcy temu, a wcześniej szlifował swój fach w Krakowie, do odwołania ma się skupić tylko na tym zadaniu. Wiadomo, że chodzi przede wszystkim o bezpieczeństwo i życie dziecka, ale trochę też o opinię publiczną, która błyskawicznie się ożywiła i nie daje żyć komendantowi oraz prokuraturze. Pierwsze wyjaśnienie, które przychodzi na myśl Kozakowi, akurat tuż po rozmowie z Kingą: ucznia porwał Linka. Znany jest z tego, że z jego inicjatywy znikają dziewczynki i młode kobiety, a potem szmugluje je na Zachód, gdzie sprzedaje uprowadzone do domów publicznych. Może tym razem pojawiło się zlecenie na sprowadzenie akurat chłopca?
Skoro ostatni raz widziano zaginionego w szkole, dochodzeniowiec właśnie tam kieruje swoje kroki. Tak trafia do placówki o nieposzlakowanej opinii: Szkoły Podstawowej z Oddziałami Integracyjnymi numer pięćdziesiąt osiem imienia Henryka Jordana.
– Dzień dobry, podkomisarz Adam Kozakiewicz, Komenda Miejska Policji w Rybniku – przedstawia się, stając w drzwiach do sekretariatu. – Czy zastałem panią dyrektor?
– To ja, Danuta Cichoń – odpowiada przystojna, szczupła brunetka po pięćdziesiątce, omiatając spojrzeniem jego postawną sylwetkę. Podaje mu dłoń i uśmiecha się sztucznie.
Jej gabinet z pozoru wygląda przeciętnie. Biurko, niewielki komplet wypoczynkowy oraz przepastna gablota wypełniona nagrodami dla szkoły i pamiątkami z wydarzeń związanych z regionem. Jest też regał z pucharami za zdobycie wysokich lokat w rozgrywkach, nie tylko sportowych. Największą uwagę policjanta przykuwa Złota Chochla za zajęcie pierwszego miejsca podczas Festiwalu Żuru. Czym tu się chwalić? Poza tym – czy szkoła to miejsce na takie trofea?
Wymieniają krótki, szorstki uścisk, po którym mężczyzna bez zaproszenia zajmuje jeden ze skórzanych foteli i wyjmuje notatnik.
– Kawusia z mleczkiem czy najczarniejsza z czarnych? – pyta gospodyni.
Kozak podnosi wzrok znad notatnika, lecz nie zamierza od razu odpowiadać. Najpierw lustruje przesłuchiwaną. Diagnoza wstępna: mimo okoliczności kobieta odpowiedzialna za placówkę dydaktyczną zachowuje się nad wyraz lekko, a na pewno infantylnie.
– Poproszę czarną.
– Z cukrem?
– Nie słodzę. Możemy zacząć?
– Chwilkę. Tylko zamówię. Pani Grażynko, poprosimy dwie kawusie, dla pana policjanta czarną bez cukru, dla mnie taką jak zwykle.
Co to za baba?, irytuje się Kozak.
– Już? Mogę? – upewnia się.
– Zamieniam się w słuch, panie komisarzu. – Dyrektorka znów się uśmiecha.
– Chłopak zaginął wczoraj...
– Z tego, co udało mi się ustalić, skończył zajęcia o dwunastej trzydzieści.
– Z pani zeznań wynika, że opuścił budynek szkoły, ale już wiemy, że nie widać go na nagraniach z miejskiego monitoringu ani ze szkolnych kamer. To znaczy na frontowej ścianie waszego budynku widać chłopca ubranego podobnie jak on, ale niestety jest częściowo zasłonięty przez inne dzieci, więc nie ma pewności. Być może wtopił się w tłum. Ale jeśli nie? Na pewno opuścił szkołę po zakończonych lekcjach, nie zwalniał się wcześniej?
– Sprawdziłam dziennik. Mateuszek uczestniczył w ostatniej lekcji, nawet był pytany i otrzymał ocenę. Nie, nie zwalniał się.
– Jest tu jakieś drugie wyjście?
– Tak, ale o tej porze roku jest stale zamknięte. Wychodzimy nim tylko na teren boiska szkolnego i nie jesienią, jak się pan zapewne domyśla.
– Przeszukaliście wszystkie zakamarki?
– Kiedy się dowiedziałam, że zaginął nasz uczeń, nawet przez myśl mi nie przeszło, że mógłby się zgubić na terenie szkoły. – Miły ton kobiety zamienia się w kontratak. – Przecież to pan jest policjantem. Czemu pan mnie o to pyta? Nie ma pan pomysłu, gdzie go szukać?
– To u pani zaginęło dziecko. Rozumie pani potencjalne konsekwencje? – Wzrok Kozaka mógłby zabić.
Kobieta prycha kpiąco.
– Niech pan mnie nie straszy kuratorium. Ja nikogo nie ukryłam, jeśli to ma pan na myśli. Ze swojej strony zadbałam o bezpieczeństwo. Nie jestem w stanie upilnować wszystkich. Swoją pracę wykonuję sumiennie. Nawet przyszłam w sobotę, bo mnie pan prosił. Ściągnęłam też pracowników, którym będę musiała zmienić grafiki w ramach pensum. Co jeszcze mogę dla pana zrobić? – Kobieta wstaje i obserwuje go z pozycji dominującej.
– Będę potrzebował wykazu nazwisk wszystkich dzieci z tej klasy. Albo nie, wszystkich dzieci, które kończyły lekcje o tej samej porze, co Mateusz. Aha, i oczywiście numery telefonów do rodziców. Chyba pani rozumie, że musimy przeszukać całą szkołę.
– Teraz?
– Nie ma czasu do stracenia. – Policjant chowa notatnik i wstaje. – Zacznijmy może od tylnych drzwi, tych na boisko. Proszę prowadzić.
– A kawa?
Kozak nawet nie odpowiada, więc gospodyni okazuje wyraźny zawód, ale wykonuje polecenie.
– Proszę za mną.
Tylna klatka schodowa, z której młodzież korzysta, by wyjść na boisko szkolne, faktycznie wygląda na dawno nieodwiedzaną, także przez sprzątaczkę. W rogu walają się zmięte opakowania po chipsach i puste plastikowe butelki po napojach. Dyrektorka celowo staje tak, by zasłonić przed gościem miejsce wstydu. Zgodnie z jej deklaracją drzwi są zamknięte i zaryglowane.
– Kto ma klucz? – pyta Kozakiewicz.
– Szczotka. To znaczy pan Szczotka, nasz konserwator – odpowiada dyrektorka.
– Tylko on?
– Chyba... tak.
Ta baba nic nie wie o swojej szkole, myśli policjant.
– Proszę go zawołać.
– Dziś nie ma go w pracy. To emeryt, dorabia na jedną czwartą etatu.
Kurwa!, klnie w duchu policjant, choć najchętniej huknąłby na tę kobietę, by przywołać ją do porządku.
– Bardzo. Proszę. Wezwać. Tego. Pana – cedzi przez zęby.
W tym samym momencie dzwoni jego telefon.
– Kozak, potrzebujesz wsparcia? – Podkomisarz słyszy przyjemny damski głos, który w tym momencie działa jak syrop na kaszel.
– Hej, Kinga. Jakby ci się chciało...
– Okej. Zaraz będę.
Jak się okazuje, emerytowany konserwator Witold Szczotka, wezwany profilaktycznie przez sekretarkę, przyszedł dziś do pracy i tylko czeka, aż go poproszą. Mężczyzna, niemal osiemdziesięciolatek, stawia się przy drzwiach na boisko, zwracając na siebie uwagę ubiorem. To jeszcze jesień, a ten jest odziany, jakby na zewnątrz szalała śnieżyca. Za duży gruby płaszcz, ocieplane gumofilce, na głowie czapka uszatka, a na dłoniach – futrzane rękawiczki. Garbi się na jedną stroną, a może tylko pochyla. Podkomisarz zauważa, że podczas marszu mężczyzna kuleje.
– Kiedy ostatnio były w użyciu? – pyta go, pokazując dwuskrzydłowe drewniane drzwi z wąskimi zbrojonymi szybkami.
– Ostatnio to chyba w październiku. Ładna pogoda była. Pan Fijał, nauczyciel wuefu, zarządził marszobieg i prosił, żebym mu otworzył. – Szczotka drapie się po głowie. – E, chyba jednak nie. Obeszli szkołę dookoła. No to nie pamiętam kiedy, ale na pewno było ciepło.
– Czy istnieje drugi klucz? – drąży policjant.
– Nie.
– Mówiłam panu, że nie – wtrąca się dyrektorka.
Kozak przewraca oczami.
– Proszę otworzyć – zwraca się do Szczotki.
Mężczyzna zdejmuje rękawiczkę, obnażając dłoń drżącą z powodu widocznego parkinsona, i wykonuje polecenie. Ledwo uchyla skrzypiące drzwi, zaraz za nimi rzuca się w oczy opakowanie po ciastkach.
Nie wygląda, jakby tu przeleżało od października, odnotowuje w myślach policjant.
– Czy teren szkoły jest ogrodzony? – pyta.
– Była dziura w jednym miejscu w siatce, o tam – tłumaczy staruszek, pokazując ręką na miejsce za boiskiem do koszykówki. – Ale ją zabezpieczyłem. Mysz się nie prześliźnie.
Kozakiewicz rzuca pobieżnie wzrokiem w różnych kierunkach. Wewnątrz szkoły natrafił na pojedyncze śmieci na podłodze, sugerujące brak gospodarza, ale na zewnątrz jest chyba gorzej, mimo że od chwili zamknięcia boiska był czas na przygotowanie się do zimy. Na wybetonowanym dziedzińcu straszy wielki kontener na śmieci, bieżnia jest pokryta chwastami, wyasfaltowany plac do koszykówki aż się prosi o zamiecenie. Na nierówno przystrzyżonej przed zimą pożółkłej trawie nie zgrabiono suchych liści.
Pewnie myślą, że zajmie się tym ten dziadek, ale on nie ma siły, konstatuje Kozak i przenosi wzrok w stronę ogrodzenia. Nie jest zbytnio wysokie, chłopiec z trzeciej klasy na pewno dałby mu radę. Ale czemu wyszedł tą stroną i kto mu otworzył drzwi? Skoro kamera umieszczona przy wejściu tego nie odnotowała, to albo wydostał się poza siatkę od strony boiska, albo...
Policjant wraca wzrokiem w stronę kontenera na śmieci. Kurwa, oby nie.
Rusza z impetem, równocześnie naciągając na dłoń rękaw skórzanej kurtki. Tak utworzona tymczasowa ochrona pozwoli mu na otwarcie klapy bez pozostawienia śladów. Dyskretnie zagląda do środka. Na stercie śmieci odkrywa szkolny plecak. Odwraca się w stronę dyrektorki i pana konserwatora, lecz zanim zdąży cokolwiek powiedzieć, kobieta wpada w popłoch:
– O Boże. Co tam jest? Niech pan nie mówi. Niech pan nie... Niech pan powie. Jest tam?
Policjant ignoruje jej teatralny lament. Sam już się nie spieszy, więc z chirurgiczną dbałością wkłada wyjęte z kieszeni jednorazowe rękawiczki. Nie musi daleko sięgać, znalezisko jest bowiem na wyciągnięcie ręki. Kozak słyszy za sobą szum westchnień i szeptów zainteresowanych gapiów, ale w tym momencie najważniejsze jest wnętrze plecaka. W swojej pracy widział wiele i w sytuacjach takich jak ta jego wyobraźnia szaleje. Sama mu podpowiada, że znajdzie list z żądaniem okupu i odrąbany malutki palec jako dowód, że chodzi o tego konkretnie chłopca. Nie wie, czemu akurat ta część ciała dziecka przyszła mu do głowy, i ma nadzieję, że się myli.
Odpina zaczepy i zagląda do środka. Uff, oddycha z ulgą. Wewnątrz odkrywa dwie książki, pojemnik na drugie śniadanie i kilka zeszytów.
– „Mateusz Lichota, klasa trzecia B”. – Słowa więzną mu w gardle.
– Matko Boska – jęczy dyrektorka.
Policjant wyjmuje z kieszeni telefon i odchodzi, by w spokoju zadzwonić.
– Cześć, tu Kozak. Znalazłem plecak szkolny zaginionego dziecka. Potrzebuję wsparcia. Kinga zaraz tu będzie, ale wyślijcie, kogo tam macie.
– Obara chory. Wstydliwy Ficek na urlopie, reszta ma zaraz wziąć udział w dalszych poszukiwaniach – odpowiada dyżurny.
– Przecież mówię, że znalazłem... – Dochodzeniowiec urywa, czując na sobie zatroskane spojrzenia zbierającej się grupki pracowników szkoły. – Niech ktoś tu ruszy dupę – kontynuuje przez zęby. – Jestem sam. Potrzebuję techników. Na cito!
– Uspokój się, Kozak. Powiadomić prokuraturę?
Policjant bierze kilka głębokich wdechów.
– Nie trzeba. Wyślę esemesa do Cholewickiej – odpowiada.
W tym momencie zza budynku szkoły wyłania się podkomisarz Kinga Wieczorek. Podeszwy oficerek trzydziestolatki z każdym krokiem skrzypią w kontakcie z szorstkim betonem. Na widok jej długich czarnych włosów falujących na wietrze Kozakiewicz na ułamek sekundy zapomina, gdzie się znalazł i po co. Przypatruje się zmierzającej w jego stronę kobiecie, jakby nie była zwykłą członkinią jego zespołu.
Dopiero kiedy ona podchodzi bliżej, odwraca wzrok, by ukryć, że robi do niej maślane oczy, i z bólem wraca do brutalnej rzeczywistości.
– Jest plecak, dziecka brak – relacjonuje przesadnie spokojnie jak na okoliczności.
– Sprawdziłeś w środku? – Policjantka przygląda się kontenerowi.
– Nie chciałem tam włazić, żeby nie zniszczyć śladów. Czekam na ekipę. – Kozak kieruje wzrok na poszarzałą elewację budynku. – Tam jest kamera. Działa? – Wskazuje na niewielkie urządzenie zamontowane nad daszkiem chroniącym wejście.
Dyrektorka wzrusza ramionami, szuka odpowiedzi u pana Szczotki.
– Bo ja wiem. Kiedyś działała, ale ja się nie zajmuję ochroną – tłumaczy konserwator. – Z tego, co wiem, rejestrujemy tylko nagrania z tych kamer przy wejściu głównym: wewnętrznej i zewnętrznej.
– Bo szkoda kasy, nie? – W głosie Kozaka wybrzmiewa kpina.
– Zobacz. – Kinga pokazuje na obudowę kontenera, gdzie widnieje ciąg drobnych cyfr napisanych flamastrem. – Jeden, cztery, jeden, dwa, cztery, jeden. Co to może znaczyć? – zastanawia się na głos, po czym oboje przenoszą wzrok na dyrektorkę i pana Szczotkę.
Szefowa placówki robi kolejny grymas sugerujący brak wiedzy, ale konserwator od tej chwili drży, jakby odczytany kod zadziałał niczym zapalnik. W oczach starszego mężczyzny czai się przerażenie.
– Proszę pana, co się dzieje? – pyta z niepokojem w głosie Kozak.
Witold Szczotka przykłada dłoń do mostka i nabiera powietrza w płuca.
– Halo! Dobrze się pan czuje? – ponawia policjant.
– Chyba ma zawał. – Kinga odpina kieszeń wojskowej kurtki, pospiesznie wyjmuje z niej telefon i wybiera numer alarmowy.
– Poczekaj. Nie dzwoń. To może być atak paniki.
Starszy mężczyzna bierze kilka szybkich, płytkich wdechów i bez słowa drepcze w stronę boiska, kulejąc.
– Halo. Zwariował? Gdzie pan idzie? Proszę się zatrzymać! – nawołuje za nim policjant, lecz mężczyzna, jakby nie słyszał, kroczek za kroczkiem pokonuje kolejne metry. – Stój, kurwa!
Dogania go szybko i jedną ręką łapie za kark, drugą ściska nadgarstek i wykręca mu rękę. Miałby ochotę przygnieść faceta do ziemi, ale szkoda energii na takie truchło.
– Co jest, dziadku? Dlaczego uciekałeś? – pyta z empatią w głosie i jednak rezygnuje z siłowej pacyfikacji, zauważywszy, że oczy starca podchodzą wilgocią. – Co tu się odwala? Pierwszy raz widzę coś takiego – zwraca się do partnerki, po czym zerka na równie osłupiałą dyrektorkę.
– Co to za liczba? To jakiś szyfr? – usiłuje dociec Kinga.
– Niech się pan wytłumaczy! – skrzeczy roztrzęsiona szefowa placówki.
Szczotka tylko kręci głową. W tym momencie słychać zbliżające się samochody służb. Ich syreny są coraz głośniejsze, aż myśli nie można zebrać. Na dziedzińcu uzbierał się spory tłum gapiów oraz wezwani na tę porę nauczyciele. Niczym widzowie spektaklu śledzą występ kilku aktorów.
– Zabieramy pana na komendę. – Kozak wydaje polecenie pierwszemu mundurowemu wysiadającemu z radiowozu.
Ten przejmuje zatrzymanego, obszukuje, zakłada kajdanki i ostrożnie pomaga mu wsiąść na tylne siedzenie, pilnując, by starszy mężczyzna nie uderzył się w głowę.
Ze szkoły wychodzi kolejna kobieta.
– Dzień dobry. Przed chwilą się dowiedziałam. – Trzydziestolatka wygląda na przejętą, jej głos jest podszyty niepokojem.
– Kim pani jest? – Policjant bacznie jej się przygląda.
– Małgorzata Jawor. Jestem wychowawczynią trzeciej B, klasy Mateusza.
Kozak oddycha z ulgą. Wreszcie coś idzie po jego myśli.
– Dobrze, że pani przyszła. Mam kilka pytań na temat tego, co się wczoraj działo.
– Ale mnie wczoraj nie było w pracy...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
