Kanenbergowie. Tom II. Samotne wyspy - Iwona Żytkowiak - ebook
NOWOŚĆ

Kanenbergowie. Tom II. Samotne wyspy ebook

Iwona Żytkowiak

0,0

Opis

Kontynuacja powieści „Kanenbergowie. Tom 1. Tam, gdzie twój dom”.
Ewa i jej córka Aniela próbują przetrwać czas narastającego lęku, wojny i samotności w obcym miejscu, pośród niemieckich mieszkańców. Kiedy Ewa bierze pod opiekę pozostawionego samemu sobie niemieckiego chłopca, Gustawa, nie wie jeszcze, że jego los na zawsze splecie się z losem Anieli. Po latach młodzi Kanenbergowie zakładają rodzinę, a na świat przychodzą bliźniaczki – Róża i Stefania. Siostry od początku więcej dzieli, niż łączy, jakby każda z nich niosła w sobie inną część polsko-niemieckiej historii rodziny.
Dom Kanenbergów staje się miejscem pełnym niedopowiedzeń, tęsknoty i samotności. Gustaw wyjeżdża do Niemiec, próbując odnaleźć matkę i własne korzenie, a Aniela, Róża i Stefania zostają z pytaniami, na które nie ma prostych odpowiedzi. Każdy z bohaterów na swój sposób stara się dociec prawdy. Czy można ocalić rodzinę, jeśli każdy z jej członków żyje na własnej wyspie?
„Samotne wyspy” to poruszająca opowieść o miłości wystawionej na próbę, o dziedziczonym milczeniu i o poszukiwaniu tożsamości w świecie naznaczonym piętnem wielkiej historii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 415

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © 2026 by Iwona Żytkowiak

Copyright for this edition © 2026 by Grupa Wydawnicza Axis Mundi

redaktor prowadzący: Marta Szelichowska

redakcja: Anna Płaskoń-Sokołowska

korekta: Renata Minior

korekta techniczna: Basia Borowska

projekt okładki: Izabela Surdykowska-Jurek

zdjęcie →: Ze zbiorów prywatnych Pawła Cicheckiego

wydanie i

isbn print: 978-83-8412-992-0

isbn ebook: 978-83-8412-993-7

isbn abonament: 978-83-8412-994-4

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część książki nie może być wykorzystana bez zgody wydawcy.

Niniejsza powieść stanowi wytwór wyobraźni, a wszelkie podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych, wydarzeń i miejsc jest całkowicie przypadkowe.

Okładka została częściowo zmodyfikowana za pomocą sztucznej inteligencji.

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Tobie, Mamo

Wszyscy mamy dwa życia:

jedno, w którym mówimy to, co myślimy,

i drugie, w którym tego nie mówimy i 

świadomie przemilczamy pewne rzeczy.

– Valérie Perrin, Zapomniane niedziele

Na moim skrawku Europy wydarzyło się podczas wojny za dużo historii,

na tej wojnie każdy wyżył swoje życie do granic możliwości,

swoje życie przeżył wielokrotnie, w końcu nie żył już życia, to życie go żyło.

– Zbigniew Rokita, Odrzania. Podróż po Ziemiach Odzyskanych

Pytam ja, czy może kochać kogoś ten, kto sam siebie nie cierpi? Czy może żyć w zgodzie z innymi, kto sam ze sobą jest niezgodny? Czy może być komuś miły, kto sam dla siebie jest przykry i uciążliwy? Myślę, że tak nie będzie twierdził nikt, chyba że od samej Głupoty byłby głupszy.

– Erazm z Rotterdamu, Wybór pism

Czas nie zawsze biegnie z taką samą prędkością. Einstein ma rację.

– powinnaś mu to powiedzieć, będzie mu miło.

– Jean–Baptiste Andrea, Czuwając nad nią

– To znaczy, że mój głos zawsze będzie ci towarzyszył, nawet kiedy mnie zabraknie. Bo odcisnęłam swój ślad tutaj… i tutaj… – Babka dotyka skroni dziewczynki. – Tak się dzieje, kiedy kogoś kochasz: nosisz jego twarz pod powiekami i jego szept w uszach, żeby nawet w głębokim śnie, nawet po wielu latach wciąż widzieć i słyszeć go w snach.

– Elif Shafak, Tam na niebie są rzeki

PrologDie Brücke

Pokój jest niewielki. Trochę przypomina ten, w którym dorastałyśmy: ja i ona. Skromne meble, choć przecież tu od zawsze były Niemcy, te bogatsze, bardziej europejskie, cywilizowane. Do pewnego czasu byłam przekonana, że to jakiś zupełnie inny, odrębny świat, do którego prawo mają tylko wybrani. Świat niedostępny dla nas, Polek z domu, gdzie od zawsze wszystkiego brakowało, a najbardziej mężczyzn.

W powietrzu unosi się zapach starości, którego nie są w stanie odegnać ani odświeżacz o kojącym zapachu sosny, ani otwarte na oścież okno. Za oknem rośnie wielkie drzewo, rozłożyste gałęzie zasłaniają krajobraz rozciągający się ponad ogrodzeniem, na którym wisi napis – Die Brücke. Obok niego grupowe zdjęcie pensjonariuszy i pracowników ośrodka. Wszyscy są na nim promiennie uśmiechnięci. Jakby właśnie trafili do raju.

Wchodzę powoli, w zasadzie skradam się niczym ktoś, kto się spodziewa, że zza otwieranych drzwi za moment wychynie jakiś czyhający z łomem łotr. Oddycham płytko i szybko jak wyrzucona na brzeg ryba, nie chcę, by zawieszona w pokoju woń wtargnęła we mnie – jest intensywna i agresywna. Jak konserwujący balsam pokrywa grubą warstwą meble, tapicerki, tkwi wżarta w ściany. Pokój jest jasny, pomalowany na jaskrawy kolor, taki sam był w naszym domu w Mieście. Określałaś go jako kanarkowy, chociaż ani wcześniej, ani wtedy, gdy tam mieszkałyśmy, nie widziałaś kanarka na oczy. Nad łóżkiem – w zasadzie jest to rozłożona kanapa, zakryta starannie żakardową narzutą – wisi oleodruk, na którym Matka Boska trzyma Dzieciątko, a do jej kolan garną się aniołki, a może po prostu dzieci. Taki sam powiesiłaś w domu w Mieście. Nie zapytałyśmy, skąd go wytrzasnęłaś, ale chyba wisiał wcześniej w pokoju babki Ewy. W naszym bowiem domu po incydencie z księdzem Marcem, o którym kiedyś napomknęłaś mimochodem, bo o to też nikt cię przecież nie zapytał, dziadek wyrzucił wszystkie sakralne obrazy. O tym też kiedyś wspomniałaś – i też bez kontekstu, że nie masz pojęcia gdzie, ale gdzieś się podziały wszystkie dobrotliwe Matki Boskie, Święte Rodziny, srodzy Panowie Bogowie oraz reszta wizerunków należących do zastępu świętych i błogosławionych, odpowiedzialnych za dobry los. Rzuciłaś to pytanie w eter, a ja dopiero teraz po tylu latach zrozumiałam, dlaczego pytałaś. To była twoja głośno wyartykułowana pretensja do Boga i jego zastępu świętych. Bo przecież – co było faktem – żadna z owych światłych person nigdy nie wysłuchała zanoszonych do nich próśb. W naszym domu w Mieście na ścianach nie było żadnych obrazów, fotografii, sztychów. Były za to dziury po gwoździach. Zamalowane i wyglądające jak blizny po pryszczach na gładkiej twarzy. Nie! Zapomniałabym o nim! Krucyfiks! Z kutego żelaza, gdzieniegdzie podchodzący rdzą. Pan Jezus ze spuszczoną głową i wzrokiem skierowanym w dół. Ślepy i głuchy na wszystko. Wisiał nad framugą drewnianych drzwi. Zawsze bałam się patrzeć w tamtą stronę. Przerażała mnie jego cierpiętna twarz.

O tak! Teraz myślę sobie, że ten wizerunek cierpiącego Jezusa doskonale wpisywał się w aurę naszego domu. Tutaj wszelkiego rodzaju umęczenie miało się nader dobrze. Podsycane nieustannie coraz to nowymi nieszczęściami.

***

Stoję i patrzę na was. Starzy jesteście. Powykręcani jak drzewo oliwne, którego konary splatają się ze sobą tak, że już nic nie jest w stanie ich rozplątać. I tak jak te gałęzie kiedyś rośliście oddzielnie, choć korzenie były wspólne, zanurzone w tej samej ziemi, czerpiące z niej i to, co dobre, i to, co złe. Rozwiewani przez lata, szargani wichurami. Obok siebie, ale osobno. Każde ze swoim bagażem doświadczeń i przeżyć. Nie raz zdawało się, że konar pęknie, złamie się, zmurszeje, ale żywe soki wciąż krążyły podsycane miłością, tęsknotą, wspólną tożsamością. A teraz zaplątani w siebie trwacie. I jedno o drugim nie wie. Starość wyczyściła pamięć, odebrała rozum. Polsko-niemiecki mariaż. Naznaczyliście nim nasze życie. Mojej polskiej siostry – Róży Kanenberg i moje – niemieckiej dwojaczki.

– Mamo, tato!

Nie wiem, czy wydobyłam z siebie jakiś dźwięk, czy tylko pomyślałam i słowa zamarły na moich ustach. Chrząknęłam, przełknęłam zbitą grudkę śliny.

Patrzycie zupełnie niewidzącym wzrokiem, a potem jak na komendę przenosicie spojrzenia na siebie, jakbyście przekazywali sobie jakiś tajny kod, zrozumiały tylko dla was. Młody lekarz, który wyrósł obok mnie jak spod ziemi i zdawał się słyszeć mój niewyartykułowany na głos monolog, dotknął mojego ramienia jak hipnotyzer wytrącający z transu, i rzekł:

– Jestem Manfred Vorpagel i jestem neuropsychologiem. Zajmuję się pacjentami z zespołem otępiennym oraz… – Wyglądał, jakby szukał dla nich jakiejś medycznej sygnatury, która obejmowałaby i ją, i jego.

– …czyli takimi jako oni – przerwałam mu.

Nie chciałam, żeby wdawał się w szczegóły, żeby mi opowiadał o objawach i zachowaniach, ani wtajemniczał mnie w ich zanikający świat. Wolałam się łudzić, że oni po prostu zastygli w chwilowej katatonii jak w tych strasznych baśniach, w których zły czarownik zamienia ludzi w głazy i potrzeba tylko właściwego zaklęcia, by ich odczarować, wrócić im pamięć, tożsamość, osobowość.

Mężczyzna wyglądał na zasmuconego, a może zakłopotanego – jakby pierwszy raz miał zakomunikować komuś, że jego wysiłki, próby przekazania obecnym pacjentom konkretnej informacji, czegokolwiek są daremne. Że tu nie ma żadnego antidotum w postaci cudownego uzdrawiającego ziela, magicznego zaklęcia. Jest tylko dwoje starych ludzi, pustych jak wydmuszki. Bez wnętrza. Skorupki, na zewnątrz jedynie porysowane, ale w środku rozkruszone w pył.

Siedzą jak dziad i baba. „Bardzo starzy oboje, Ona kaszląca, słaba, On skurczony we dwoje”*. Patrzą raz na siebie, raz na mnie. On usadzony sztywno na łóżku, podparty z obu stron, ona tuż przy nim. Garną się do siebie, zbijają w kupkę jeszcze bardziej, zwarci jak pisklęta nieświadome zagrożenia, ale intuicyjne wyczuwające, że ktoś chce wtargnąć w ich intymność, anektować ich pustą szklaną bańkę, przestrzeń, która jest poza wszelką realnością.

– Mamo, jestem. – Tym razem wydusiłam tych kilka słów, ale kolejne zablokowały się we mnie.

Cisza. Brak reakcji.

Spojrzałam pytająco na lekarza.

– Czy oni mnie nie słyszą? – W moim pytaniu oburzenie mieszało się z niedowierzaniem.

Medyk splótł ręce na piersi i oznajmił:

– Nawet jeśli… – Pokręcił głową. – To zapewne pani nie rozumieją. – Zaraz też wzruszył bezradnie ramionami i dodał: – Przykro mi.

Patrzyłam to na nich, to na niego, jakby w trakcie tej wędrówki spojrzeń coś się miało zmienić. W głowie miałam plątaninę myśli, natłok pytań. Wreszcie wyszeptałam, gdyż nie miałam dość siły, by mój głos zabrzmiał donośniej:

– Błagam, niech mi pan chociaż powie cokolwiek o nich… Od kiedy tu są… Kto ich… Kto za wszystko płaci…? – wyrzucałam z siebie jakieś urywane frazy, formułowałam zapytania, usiłowałam nadać im jakiś porządek, który pomógłby mi w wyjaśnieniu czegokolwiek. – Ja nic nie wiem… – Byłam kompletnie zdezorientowana i coraz bardziej zrozpaczona. – Czy wiadomo, kiedy tu trafili? Jak? Czy oni się poznali? Wiedzieli o sobie? Czy mieli, choćby przez chwilę, poczucie szczęścia?

Doktor wbił we mnie spojrzenie. Może był zdumiony tym, co mówię, tym, że uroiłam sobie jakieś love story i oczekuję od niego potwierdzenia. A potem powoli przeniósł wzrok na nią i na niego. I znów wzruszył ramionami.

– Nie wiem – rzekł. – Naprawdę nie wiem.

* Józef Ignacy Kraszewski, Dziad i baba.

1. Rok 1956

– E, Niemiec! Wołają cię do telefonu!

Gdyby nie szturchnięcie, nie zareagowałby na słowa Zawadzkiego, który krzyczał do niego niemal przy samych uszach, lecz na marne, bo szum terkoczących maszyn skutecznie zagłuszał ludzki głos.

Nieco wytrącony z rytmu, odwrócił się, pokręcił głową, że nie rozumie, rozłożył bezradnie ręce i czekał, aż młody zmianowy powtórzy to, co powiedział. Wyglądał jednak na zupełnie nieprzejętego obecnością kierownika. Jego myśli najpierw krążyły wokół Anieli, ale potem wyrywały się gdzieś ku nieokreślonym przestrzeniom, tak że na dobrą sprawę można by powiedzieć, że nie myślał o niczym, co dałoby się nazwać, opisać, ukonkretnić – za to, jak automat wykonywał określone czynności. Był sumiennym pracownikiem.

– Ogłuchłeś? – spytał zmianowy, podszedłszy na tyle blisko, że jeśli nie głos, to z pewnością jego widok musiał przywrócić go do rzeczywistości. – Ze szpitala dzwonią. Pewnie ta twoja urodziła. Tylko wyłącz i zabezpiecz obrzynarkę! – dorzucił nieco łagodniejszym tonem, a na jego twarzy pojawił się uśmiech. Sam nie tak dawno został ojcem i gdy tylko się dało, z dumą rozprawiał na temat nowo narodzonego syna.

Gustaw Kanenberg bez słowa wykonał polecenie. Zdjął robocze rękawice i ruszył w stronę portierni. Nie spieszył się szczególnie, chyba nawet wolniej niż zwykle powłóczył nogami – jak ktoś, kto idzie dokądś trochę wbrew sobie albo waha się, czy w ogóle powinien tam iść. Otrzepywał dłonie z drzewnego pyłu, który wznosił się nad nim lekkim tumanem. Halę wypełniał zapach świeżo ściętego drewna. Lubił tę woń i często podczas pracy – co zresztą było bardzo nierozważne – zadzierał nieco głowę, przymykał oczy i wyobrażał sobie, że jest w lesie. Bujnym i gęstym, w którym nie ma ludzi, a jedynie zwierzęta, dalekie od egzystencjalnych dylematów, żyjące po swojemu, porozumiewające się własnym kodem, nierespektujące ustanowionych odgórnie podziałów i granic. Trzymając w rękach kawał tarcicy, która ulegle poddawała się szczękom piły, fantazjował, że ma pod palcami chropowaty pień drzewa, a nad nim – rozbujałą zieloną koronę, przez którą błękitnieje niebo.

Nie lubił swojej pracy, ale gdy powrócił z wojska i niedługo po ślubie się okazało, że Aniela spodziewa się ich dziecka, łapał, co popadnie, bo to już nie były żarty. Nie wystarczały oszczędności uciułane z żołdu ani grosze zarobione to tu, to tam. Teraz trzeba było utrzymać rodzinę, zachować się jak mężczyzna – odpowiedzialnie i dorośle.

***

Telefon ze szpitala. Ze szpitala? – Powtarzał w myślach. Czy go zaskoczył? Nie, w zasadzie innego się nie spodziewał. Jeszcze wtedy nie czekał na jakiekolwiek wieści STAMTĄD, STAMTĄD jeszcze wtedy nie zajmowało jego myśli, STAMTĄD jeszcze nie istniało. Więc to mógł być tylko telefon ze szpitala. Trochę go tylko zdziwiło, że to już. Zaledwie kilka godzin temu, nad ranem, kiedy leżał z otwartymi oczami, bo jakoś tej nocy co rusz wybudzał się z niespokojnego snu, bo to znów śniła mu się matka, udręczona i niepodobna do siebie, Aniela zasyczała długo stłumionym głosem, a potem trąciła go i odezwała się zbolałym szeptem:

– Gustaw… To chyba już…

Poderwał się z łóżka, nagle oprzytomniały, jakby kto wylał na niego kubeł zimnej wody.

– O, matko! Ana, jesteś pewna?

Odpowiedzi nie było, bo cóż to za pytanie. Jak mogłaby nie wiedzieć? Skoro i czas po temu, i ból z regularnością przeszywał jej ciało na wskroś. I mimo że to była pierwsza ciąża, nie trzeba było szkół ani doświadczenia, by mieć pewność, że nadszedł czas porodu.

Aniela uśmiechnęła się do męża, choć uśmiech zaraz przemienił się w grymas bólu.

Na dworze się rozwidniało, ale w pokoju panował jeszcze półmrok, pozwalający jednak bez problemu wyodrębnić kształty – wielki prostokąt okna, za którym majaczył ciągnący się nieopodal nasyp kolejowy, kilka poniemieckich mebli, które pozostały po rektorowej, a które przytargali po jej śmierci do swojego pokoju i pośród których wciąż czuli się nieswojo, jakby wewnątrz drewnianych komód ukrył się duch Niemki. Lokum młodych Kanenbergów mieściło się na samym końcu długiego korytarza. Wybrali je rozmyślnie, gdyż było z dala od miejsca, w którym kilka lat wstecz powiesił się ojciec Anieli – Wojciech Sulima, kiedy po długiej poniewierce zamieszkał z żoną i przez cały ten czas walczył z demonami przeszłości plączącymi jego umysł, odbierającymi mu sens życia i radość. Pokój Wojciecha od tamtej pory stał pusty, jakoś nieprzyjemnie tam było i nie pomogło ani malowanie, ani odczynianie uroków przez miejscową wiedźmę. Pomieszczeń było na tyle dużo, że każdy miał swoje miejsce i nikt nikomu nie zawadzał, więc tamten jeden nieszczęsny traktowano jak składzik niepotrzebnych rzeczy. Nikomu też do głowy nie przyszło, by to zmieniać, a już na pewno – by go zasiedlać.

Sulimowie mieli szczęście, że koniec końców dom pozostał w ich rękach, bo w tamtych czasach przecież nic nie było wiadomo. Wojenne bomby wciąż huczały w głowach, jeszcze człowiek nie był pewien, czy za moment do domu nie wtargną żołnierze – albo ci w granatowych mundurach, albo z czerwoną gwiazdą na pagonach – nie postawią pod ścianą, nie wywiozą gdzieś… Kamienicę wprawdzie zamieszkiwała jeszcze wówczas rektorowa Wittich, ale stara była już i schorowana, a godziny jej życia skrzętnie policzone. Mąż jej zmarł na początku wojny – na szczęście, bo nie zobaczył już ani ogromu nieszczęść na świecie, ani małych kataklizmów, które dotknęły jego dom, a zwłaszcza fortepian, najwspanialszy w nim mebel. Instrument, przy którym wieczorami siadywała rektorowa i rozpoczynała codzienny koncert. La Campanella Liszta, Sonata księżycowa Beethovena, nokturny Chopina niosły się ulicami Miasta. Myślano wówczas, że świat wypełniony takimi pięknymi, subtelnymi dźwiękami nie może być zły…

A teraz panował kompletny bałagan. Nikt nie widział, kto właściciel, kto dziki lokator, komu co się należy. Nie było żadnych gwarancji, wszelkie kształty nowego porządku były jeszcze niewyraźne. I nawet gdy ktoś znalazł dach nad głową, to najczęściej siedział jak mysz pod miotłą, trzymając swój dobytek blisko siebie. Nie zagospodarowywał się, nie zadomawiał, nie wiedział, czy zaraz nie zapukają do drzwi, nie przegonią.

***

Mężczyzna wciągnął spodnie, wsunął za pas flanelową koszulę i podszedł do żony. Ta stała wyprężona, z krzyżem wygiętym w łuk i wielkim brzuchem, który wydawał się tak ciężki, jakby zaraz miał się urwać i potoczyć po drewnianej podłodze niczym wielka piłka.

– Trzeba szybko ins Krankenhaus! – powiedział zatrwożonym głosem. – Zawołam taksówkę!

Język mu się plątał, w szyk wkradały się niemieckie frazy. Zawsze tak miał, gdy dopadał go stres. Polskie słowa pierzchały mu z głowy, a na ich miejsce zjawiały się niemieckie, wylegające z odległej pamięci. Czasem zżymał się sam na siebie, że ten język tak silnie jest w niego wszczepiony i choć tyle lat już go nie używał, ten wyłazi z niego na złość jak szydło z worka.

Kobieta zaś stała na szeroko rozstawionych nogach, nieproporcjonalna, zdeformowana, z wykrzywioną cierpieniem twarzą – i tylko gdy nadchodziła fala bólu, syk przerywany głośnym oddechem umykał z jej ust. Kiedy skurcz mijał, uśmiechała się do męża.

2. Czas przeszły

Wciąż budził w niej czułość. Był tym samym chłopakiem, z którym przesiadywała na brzegu jeziora i puszczała kaczki. Nikt lepiej niż Gustaw nie potrafił rzucić kamieniem z takim pędem i rotacją, że ten odbijał się od wody wiele razy, pozostawiając na tafli rozchodzące się kręgi. I choć wtedy rzadko ze sobą rozmawiali, lubiła, gdy był blisko. Czuła się przy nim bezpiecznie i od lat nie potrzebowała nikogo innego do towarzystwa.

Znali się od wojny. Dzieciakami byli jeszcze. Ona – córka Polki znikąd, rzuconej przez los do Miasta niemal w przededniu wojny. W jej pamięci często odzywał się tamten poranek. Z fotograficzną dokładnością potrafiła odtworzyć scenerię zdarzeń, których była bezwolnym świadkiem.

Wówczas, w tamtym życiu, gdzieś w innym zakątku świata, ze snu wybudziły ją pospieszne szepty. Matka opatulona chustą krążyła niespokojnie po izbie, a ojciec, który jak zwykle zjawił się niespodzianie pod osłoną nocy, przywodząc ze sobą zapach lasu wymieszany z machorką, tłumaczył:

– Ewa, musisz zabrać małą i wyjechać. Tutaj robi się niebezpiecznie, a ja nie jestem w stanie zapewnić wam opieki. Spakuj co niezbędne i w piątek z rana udacie się na pociąg. Pojedziecie do Polski, a stamtąd dalej, na zachód. W każdym miejscu ktoś was znajdzie i powie, co robić dalej. Za dużo teraz nie możesz wiedzieć, ale musisz mi zaufać. Musisz! – mówił wolno, jakby bał się, że jakieś słowo wybrzmi niewyraźnie, i ściskał żonę za ramiona, lekko nią potrząsając.

Ewa nie protestowała. Na jej twarzy malowała się oczywista ufność. Wstała i nie bacząc na nic, wtuliła się w męża. A kiedy u ich boku zjawiła się mała, prosiła:

– Córcia, wracaj do łóżka. Śpij, jeszcze wcześnie.

Dziewczynka wzdragała się przed ponownym zaśnięciem, czuła niepokój. Nie tylko z powodu tej tajemniczej rozmowy rodziców. Zawsze, ilekroć ojciec zjawiał się w domu, Aniela stawała się nieufna. Nie pomagało nakłanianie, by przywitała się z tatusiem, by go uściskała. Obruszała się na perspektywę tulenia się do niego. Nie podobał się jej ani jego wciąż rozbiegany wzrok, ani ogorzała twarz z kłującą brodą i pożółkłymi od tytoniu wąsami. Zerkała to na ojca, to na matkę i choć niewiele rozumiała, wyczuwała potęgujące napięcie bezbłędnie, niczym busola.

Tamtego dnia ojciec zaraz znów się ulotnił, a matka jęła gorączkowo pakować walizki. Po dwóch dniach wrzuciła bagaż na wóz, który zjawił się wczesnym rankiem, a potem, trzymając w jednej ręce wielki kufer, w drugiej zaś ściskając dłoń córki, ruszyła na stację, skąd rozpoczęły długą i męczącą podróż. Przez Polskę. Na Zachód.

Dziewczynka niewiele pamiętała z tego czasu. Pociągi się zmieniały, wszystkie dworce wydawały się podobne do siebie, choć na niektórych rozbrzmiewała polska mowa, inne tętniły twardo brzmiącym niemieckim. I jeden, i drugi język były jej znane, choć w jej domu zawsze mówiło się po polsku.

Może tylko ostatni etap owej osobliwej peregrynacji mocniej się zakotwił w jej umyśle, kiedy to po kilku dniach znalazły się w niewielkiej miejscowości Arnswalde, gdzie czekał na nie mężczyzna, który przedstawił się jako Heinrich Neuman. Stał na peronie i gdy tylko pociąg się zatrzymał, ruszył w ich kierunku pewnym krokiem, jakby znali się od dawna. Wziął Anielę na ręce, Ewie podał ramię, a potem nakazał im stanąć z dala od torów, po czym sam wytaszczył bagaże. Był trochę podobny do ojca, ale jego oczy miały w sobie łagodność, która z miejsca zjednywała mu sympatię. Nie pozwolił matce dźwignąć niczego, sam zajął się wszystkim, a gdy umieścił manele na furmance, posadził je na ławce, wyłożonej derką i przykrył owczym błamem, choć był środek lata i w powietrzu wciąż wisiał zapach gorąca.

– Pewnieśta umęczone podróżą. A jak człowiek zmęczony, to i ziąb w nim hula – stwierdził i zawołał na konia. – Wiśta wio, Grot!

Bat zaświszczał i koń ruszył stępa. Drewniane koła terkotały po bruku. Usta woźnicy się nie zamykały. Relacjonował wszystko, co napotykali po drodze. A to zwracał ich uwagę na żółte kobierce rzepaku, a to zachwycały go ugory z połaciami bławatków i maków, to znów kazał im podziwiać lasy ciągnące się na horyzoncie i wyglądające tak, jakby ktoś zieloną farbą namalował otoczkę krajobrazu, by wyodrębnić go z przestrzeni.

Kiedy po kilku godzinach wjechali do niewielkiej miejscowości Bernstein, zmęczenie już mocno dawało o sobie znać, ale Ewa z zaciekawieniem obserwowała mijane miasteczko. Ogarnęło ją dziwne uczucie niepokoju, jakby dopiero teraz uświadomiła sobie, że zmierza ku niewiadomemu, że pozostawiła swój dom i niebawem znajdzie się w miejscu, o którym kompletnie nic nie wie. Rozczarowanie dusiło ją w piersiach. Nie tak miało wyglądać jej życie u boku ukochanego. Wyrzucała sobie w myślach, że zbyt łatwo dała się Wojciechowi namówić na tę ryzykowną zmianę. Była zła na męża, że posiał w niej strach, który odebrał jej możliwość osądu sytuacji. Odezwał się w niej żal za przeszłością, za pochopnie porzuconą nauką w seminarium. Za rodzicami, niechętnie odnoszącymi się do tego, że ich córka na przekór wszystkiemu postawiła na swoim i wybrała ryzykowną miłość do człowieka o niejasnym, tajemniczym pochodzeniu. Zatopiona w myślach, zarzucała sobie bezwolność wobec mężowskiej decyzji, która rzuciła ją daleko na Zachód, gdzie nie było Polski, gdzie wszystko wrogie, niepoznane.

Niemieckie napisy – Ephraim, Max Liepmann, Manufaktur, Modewaren, Konfektion, Schuhwaren – kłuły w oczy jak zmrożone przecinki deszczu.

– Sami Niemcy – szepnęła do siebie Ewa. – Samiuteńcy…

Tam, skąd pochodziła, było tyluż Niemców, ilu Polaków. W drogę sobie nie wchodzili i jakoś udawało im się żyć obok siebie. Tutaj wydawało się jej, że nawet powietrze drga w innym języku.

Woźnica chyba dostrzegł chmurny cień na jej twarzy, bo przerwał kolejną powiastkę o puszczy pełnej zwierzyny, grzybów oraz jagód, i powędrował wzrokiem w kierunku mijanych kamienic, gdzie spod świeżej warstwy farby przebijały jeszcze nazwiska żydowskich właścicieli.

– Bo to przecież nie Polska, paniusiu kochana – rzekł. – A co do tego – dodał, wskazując palcem na szyldy – to już historia. To byli Żydzi. Po trzydziestym trzecim ich zaszczuli. Wszystko poszło w aryjskie ręce, cały majątek. I tak kolejno wyjeżdżali… Kolejna alija. Daj pani spokój, co się na tym świecie wyrabia… To byli dobrzy ludzie. W każdym narodzie znajdą się szuja i wesz. Czy to Cygan, Polak, Niemiec czy inny, którego sam Pan Bóg zaprosił na ziemię…

Aniela rozglądała się, jakby szukała śladów tego, o czym mówi mężczyzna. Strach rósł w niej, potężniał. Chciała jak najszybciej opuścić tę miejscowość, woźnica jednak mówił dalej:

– Była tam jedna dziewczyna. Mówię pani, marzenie. Frieda miała na imię. Ale ona też wyjechała. – W jego głosie wyczuwało się smutek. Może owa Frieda była mu bliska, może się w niej durzył. – Do Palestyny. Ponoć wyszła za mąż…

Heinrich westchnął głęboko i zaraz świsnął w powietrzu batem, jakby to miało sprawić, że czym prędzej znajdzie się poza miastem, o którym z takim rozrzewnieniem opowiadał. I rzeczywiście – wóz minął po jednej stronie szereg kamienic, po drugiej ukwiecony skwer, po czym skręcił w prawo i dalej brukowaną ulicą skierował się ku wyjazdowi.

Kolejny etap drogi upływał już w ciszy. Zarówno Ewa, jak i mała Aniela przysypiały, strudzone podróżą. Dopiero gdy wóz przyspieszył, tocząc się drogą wiodącą pośród lasów, ocknęły się na dobre. Przed nimi roztaczał się widok na Miasto. Po lewej stronie niebieściło się niewielkie jeziorko, w którym jak na błękitnej tkaninie odbijały się niczym diamenciki świecące w oknach światła. Zapadała ciemność.

***

Po latach Aniela z trudem mogła sobie przypomnieć kolejne dni w Mieście. Zupełnie jakby zatarły się w jej pamięci, rozmyły jak prześwietlona fotografia. Pamiętała tylko dokładnie, że wcześniej, jeszcze przed wojną, miała koleżanki. Niemieckie dziewczynki: Elke, Urlike i Kerstin. Zanim wybuchła wojna, ich przyjaźń była prosta, serdeczna, nieobwarowana strachem ani stereotypami. Były dziećmi. Żadna nie pytała drugiej o pochodzenie, o ojca, o matkę. Liczyła się dobra zabawa. A ta najlepsza była na szkolnej górce, gdzie znajdował się cmentarz żydowski. I choć pod koniec lat trzydziestych w wyniku nasilenia nastrojów antyżydowskich w Mieście i okolicach kirkut uległ dewastacji, wciąż jeszcze znajdowały się tam groby z macewami, które niezwykle ciekawiły.

Dziewczynki wymyślały historie spoczywających na cmentarzu osób. Wiele inskrypcji było nieczytelnych, wiele w języku, którego nie znały, ale z płaskorzeźb i symboli umieszczonych na stelach odgadywały: kobieta czy mężczyzna. Jeśli był świecznik, to pochowana była kobieta. Niektóre świeczniki były pojedyncze, inne potrójne, a czasem menora zdobiła płytę. Świece często były złamane, co odczytywały jako symbol przerwanego życia. A u mężczyzn był lew – znak, że zmarły należał do pokolenia Judy. Wszystkie groby ozdobiono na górze ornamentami. Były tam i motyl, i palmety, winorośle albo przedmioty codziennego użytku jak książki czy dzbany. A co niektóre mogiły wyglądały niczym bramy lub portale wsparte na kolumnach.

Dziewczynkom podobały się imiona: Absalom, Ahab Mendel, Majer, Natan, Lejba, Noam, Rachele. Brzmiały egzotycznie i pasowały do ich wyimaginowanych opowieści. Nie zwróciły uwagi na fakt, że coraz rzadziej w owych zabawach uczestniczy Kerstin, której matka zakazała bawić się na żydowskiej górce. Podobno dlatego, że to grzech i nie wypada. Ale prawda była ukryta w niedomówieniach i szeptanych plotkach, które najprawdopodobniej wcale nie były wyssanymi z palca dykteryjkami, całe Miasto bowiem wiedziało, że babka Kerstin to nie żadna Hilda Meyer, ale Sura Goldi, pochodząca z kupieckiej rodziny żydowskiej z pobliskiego Bernstein.

Gdy czasy robiły się coraz bardziej niespokojne, ludzie coraz bardziej nieufni, a na domiar złego zamknięto szkołę i urządzono w niej szpital dla niemieckich żołnierzy, dziewczynki spotykały się coraz rzadziej. A potem – nie wiadomo kiedy ani jak – każda dokądś wyjechała. Elke i Ulrika w głąb Niemiec, a o rodzinie Kerstin szeptano, że zimą wywieziono wszystkich do obozu.

Anieli pozostał tylko Gustaw.

***

Gustaw Kanenberg na skutek dramatycznych zdarzeń trafił do domu Ewy Sulimy. Było to niedługo po rozpoczęciu wojny oraz po tym, kiedy Rothe, właściciel hotelu, w którym Sulimowa znalazła zatrudnienie, zorganizował dla młodej Polski nowe lokum. Odbyło się to nie za sprawą jakiegoś cudu, ale dzięki tajemniczym koneksjom jej męża. Niemiec zawezwał ją do swojego gabinetu, w którym Ewa zachwyciła się nie tylko pięknymi, rzeźbionymi meblami z egzotycznego drewna, ale przede wszystkim okazałą biblioteczką z rzędami starannie oprawionych książek. Byli tu Goethe i Leibnitz, Szołochow i Tołstoj, a także wielu innych twórców. Pamiętała ich z seminarium nauczycielskiego, do którego uczęszczała i które ku wielkiej rozpaczy musiała porzucić, ponieważ na horyzoncie pojawił się Wojciech Sulima. Wybrała wówczas miłość i małżeństwo. Młodzieńcowi spieszyło się do ołtarza, o czym niedługo po ślubie szybko zapomniał, pozostawiając żonę i córką same sobie, podczas gdy on ruszył naprawiać świat.

Ewa stała onieśmielona w progu pokoju. Hotelarz swoim zwyczajem chwilę milczał, po chwili rzekł:

– Dobrze, powiem wprost. Na Bahnhofstrasse jest dla pani mieszkanie. Może nie są to jakieś luksusy, ale trzy pokoje i kuchnia. I jest elektryka! Wszystko jako tako urządzone…

Ewa zachodziła w głowę, skąd u niego ta wspaniałomyślność, domyślała się jednak, że ma to związek z jej mężem. I mimo niezręczności sytuacji, w jakiej się znalazła, nie kryła radości z perspektywy zamieszkania w samodzielnym lokum.

Mieszkanie nie było luksusowe, ale schludne i co najważniejsze – mieściło się przy nowoczesnej ulicy z szerokim trotuarem, pięknymi, szachulcowymi kamieniczkami, których balkony obsypane były kwiatami fuksji i pelargonii. Mieszkanie Kanenbergów znajdowało się obok poczty. Była to typowa niemiecka rodzina, niewyróżniająca się spośród innych w Mieście. Rozgłos zyskała, kiedy pewnego dnia gruchnęła wieść, że na froncie zginęli mąż i dwaj synowie Berty Kanenberg. O ile ten pierwszy został przymusowo wcielony do wermachtu, o tyle Kurt i Gerhard, wiedzeni solidarnością i lojalnością wobec Rzeszy, a nade wszystko miłością do ojca, nie bacząc na zaklinanie i rozpacz matki, wyruszyli jego śladem. Kobieta szalała z rozpaczy, nie jadła, nie piła, głucha i ślepa na wszystko wokoło. Na próżno mały Gustaw błagał Ewę, by ta wpłynęła na matkę, by zrobiła cokolwiek, aby tamta powróciła do życia. Nie pomagały ani tabletki, ani zastrzyki, ani pobyt na oddziale miejskiego szpitala. Aż pewnego razu pod osłoną nocy jakiś krewny, podobno brat aż z południa Niemiec, zabrał ją z oddziału szpitalnego, kompletnie nie mając świadomości, że w domu pozostał najmłodszy syn Kanenbergów. Chłopiec, nieświadomy nagłego osierocenia, dzielnie czekał na matkę, wyjadając resztki pozostawione w kredensie. Nie wiadomo, ile dni przesiedział sam w pustym domu, aż któregoś dnia Aniela wypatrzyła go w oknie. Pobiegła do matki zatrwożona, ta zaś natychmiast zabrała dziecko do siebie.

I tak znaleźli się oboje w jednym czasie i miejscu. Dobrani jak w korcu maku.

***

Wówczas zaczęła się ich wspólna opowieść. Jedno i drugie wyobcowane i osobne. Dwie obce komórki w spójnej niemieckiej tkance Miasta, które już traciło swoją niemieckość, ale jeszcze nie było polskie. Lata całe, trudne lata wojny, zeszły im na codziennej walce o przetrwanie. Rośli i dojrzewali obok siebie. I choć najpierw Anieli żal było tego sieroty i to uczucie dominowało, mając w pamięci wystraszoną twarz małego chłopca, to z czasem ów obraz się zamazał, żal przerodził w sympatię. W końcu całym sercem polubiła tego niemieckiego chłopaka, on zaś oczu z niej nie spuszczał. Była dla niego najcudowniejszą dziewczyną pod słońcem, choć do głowy mu nie przyszło, by się zakochiwać. A gdy czasem któryś z kolegów się podśmiewywał, wołając za nimi: „Zakochana para, zakochana para!”, Gustaw, albo strzelał mu w łeb, oczywiście jeśli tamten był mniejszy, albo zagrał na nosie i szedł dalej.

Koniec końców stali się nierozłączni, zsynchronizowani jak jeden dźwięczny akord.

3. Aniela

***

Poruszenie w domu obudziło Ewę. Właściwie nie spała, od dawna balansując na granicy jawy i snu, w nierealności. Rejestrowała to, co się działo w otoczeniu, ale nie podejmowała żadnych działań. Od śmierci Wojciecha była ogarnięta jakąś niebywałą inercją. Nigdy nie należała do osób żywiołowych, czerpiących z życia garściami, niemniej jednak śmierć męża spustoszyła ją emocjonalnie.

Zanim Wojciech wrócił na dobre, snuła wyobrażenia na temat ich wspólnej przyszłości. Miała nadzieję, że po latach samotności wreszcie zaczną normalne życie. Ona, on i ich córka. Rozumiała, że po powrocie z wojennej tułaczki mężczyzna potrzebuje czasu, by na nowo przywyknąć do niej, do małej, że lata rozłąki wydrążyły w nim puste koryta, ale przecież z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc zacznie w nim płynąć świeża krew, odżyje, odrodzi się w nowej postaci.

Nie protestowała, gdy mąż nalegał na kolejne dziecko, jakby chciał nadrobić stracony czas, udowodnić – chyba nade wszystko sobie – że potrafi być dobrym ojcem, odegrać tę rolę, którą na lata odebrała mu wojna. Ale nie dane im było jeszcze raz zostać rodzicami. Po kilku tygodniach ciągłych niedomagań i nieustannych krwawień którejś nocy dziecko wylało się z niej jednym chlupnięciem na kamienną posadzkę łazienki. Ewa już nigdy nie dała mężowi drugiego potomka.

Oddalali się od siebie, każde zamknięte w swoim świecie. Aż do tamtej feralnej nocy, gdy Wojciech – targany szaleństwem, rozczarowaniem, tęsknotą za Bóg wie czym – wypiwszy przedtem morze wódki, zrozumiał, że nie nauczy się rodziny, że nie jest w stanie dać szczęścia kobiecie, o której tyle lat myślał dniami i nocami. Wtedy też chwycił wojskowy pas i powiesił się na żyrandolu.

***

– Czy aby na pewno masz wszystko? – dopytywała Ewa, starając się za wszelką cenę zachować spokój, choć w środku tak nią trzęsło, jakby pozrywały się wszystkie organy.

Aniela potakiwała niemo. Od kilku dni w korytarzu stała torba z naszykowanymi dla dzieci rzeczami. Dwojga dzieci. Za którąś wizytą u lekarza okazało się bowiem, że ciąża jest mnoga. Położnik długo badał przyszłą matkę, kręcił przy tym głową, przytykał zimny stetoskop do brzucha, a potem znów sadowił się między jej udami, obracał dłońmi w jej wnętrzu. Wreszcie pozwolił jej zejść z fotela i kazał usiąść naprzeciwko, by powoli, głosem lekko zdradzającym niepewność, oznajmić:

– No to, droga pani, mamy niespodziankę. Nosi pani bliźniaki.

Z początku sądziła, że stary ginekolog robi sobie żarty, ale spojrzawszy na jego kamienną twarz, zrozumiała, że jest poważny. Była absolutnie oszołomiona. Dwoje dzieci! Dwa serduszka! Dwie główki! Nie mogła w to uwierzyć. Czasem rzeczywiście wydawało się jej, że czuje ruchy to tu, to tam, ale składała to na karb braku doświadczenia.

Potrzebowała trochę czasu, żeby oswoić się z tą myślą. Głaskała brzuch zawsze jednocześnie po jednej i drugiej stronie, kładła na nim obie dłonie, jakby się bała, że któreś z jej dzieci będzie niedopieszczone. Stopniowo też gromadziła wyprawkę: pieluchy tetrowe, kaftaniki, śpioszki. Tylko kolorów nie mogła wybrać – różowego dla dziewczynki, niebieskiego dla chłopczyka – bo przecież nie wiedziała, jakiej płci będą jej dzieci.

Pewnego dnia matka z głupia frant rzuciła:

– Widzisz, córka, jak to los zrządził! Z dwóch natur, polskiej i niemieckiej, dwoje dzieci. Jakby tak musiało się stać. Takie zjednoczenie, sprawiedliwość dziejowa!

Aniela spojrzała na nią wtenczas trochę ze zdziwieniem, a trochę z pobłażliwością. Dwie natury? Polska i niemiecka? Ona nigdy nie myślała takimi kategoriami.

***

– Oddychaj, córka! Oddychaj głęboko! – instruowała Ewa.

Stała na progu, wyglądając taksówki, po którą pobiegł zdenerwowany Gustaw. Przestępowała z nogi na nogę, robiła daszek z dłoni, wyciągała szyję, aż wreszcie na jej twarzy zarysowała się ulga.

W tym samym momencie biała Warszawa zahamowała tuż przed płotem. Mężczyzna o okazałej posturze wygramolił się zza kierownicy, by otworzyć drzwi, tymczasem Gustaw chwycił żonę pod łokieć i poprowadził na tylne siedzenie.

– Paniusia pozwoli, że podam koc. Będzie wygodniej! – zaproponował taryfiarz.

Przez moment można było dostrzec zaniepokojenie na jego twarzy. Gdy chwilę wcześniej na postoju z drzemki wytrąciło go łomotanie w szybę, nawet się ucieszył. Ostatnio rzadko trafiał się klient, dlatego już wczesnym rankiem ustawiał się w zatoczce, by złowić chętnego na kurs, a kto wie, może trafi się taki, którego trzeba będzie zawieźć do Gorzowa albo chociaż do Myśliborza, gdyby przypadkiem spóźnił się na pociąg. Wiadomo – kto pierwszy, ten lepszy, a taksówkarzy przybywało. Ale mało który miał taką furę jak on. Dużą, wygodną limuzynę. Ileż to starania kosztowało go zdobycie odpowiednich pozwoleń, ileż łapówek musiał wcisnąć w ręce urzędników, by wreszcie zakupić upragnione auto! Zwątpił nieco, kiedy młody mężczyzna, z paniką w oczach wyłuszczył mu sprawę. Do porodu! Wszak szpital niedaleko! Zarobek marny, a ryzyko ufajdania siedzeń – wielkie. Jednak nie miał sumienia odmówić.

Silnik zawarczał i auto ruszyło w kierunku szpitala. Kierowca zdawał się przejęty nie mniej niż pasażerowie. Raz po raz zerkał w lusterko wsteczne. Jechali ulicą Bieruta, którą szpalerem porastały bujne kasztanowce i dęby, za nimi ciągnęły się poniemieckie kamienice – jedne już wyremontowano, inne szykowano do rozbiórki, by na ich miejsce pobudować jednorodzinne klocki. Miasto wciąż jeszcze pogrążone było we śnie. Kiedy na horyzoncie pojawiła się czerwona bryła szpitala, samochód przyspieszył, jakby ostatnia prosta miała decydować o losach świata.

***

Korytarz był opustoszały. Chociaż na zewnątrz już całkiem rozwidniało, tu wciąż panował senny półmrok. Front szpitala znajdował się po zachodniej stronie i promienie wrześniowego słońca jeszcze tu nie dotarły. Wokół panowała cisza, tylko od czasu do czasu przerywana pojedynczymi odgłosami zamykanych drzwi gdzieś na wyższych piętrach. W powietrzu unosił się charakterystyczny szpitalny zapach. Kamienna posadzka błyszczała jeszcze miejscami – widać było, że podłoga świeżo umyta, pewnie dlatego w nozdrza uderzała intensywna woń lizolu.

Aniela spoczęła na ławce, podtrzymując brzuch. Była opanowana – w przeciwieństwie do męża, który rzuciwszy na ziemię szpitalne bambetle, załomotał nerwowo w drzwi izby przyjęć, czyniąc raban na całą klinikę.

– I czego wali jak w bęben! To nie piekarnia! – Zza drzwi wychyliła się położna z napoczętą kanapką, owiniętą w gazetę. Przełknęła trzymany w ustach kęs, obrzuciła lustracyjnie Anielę i z miejsca zorientowała się, w czym rzecz. – Ze skurczami przyszła? Jak często są? To już termin? Wody odeszły? – Otrzymawszy odpowiedzi, ugryzła kolejny duży kęs i mieląc go w ustach, powiedziała: – Zaraz zawołam lekarza. Niech czekają.

Gustaw rozłożył ramiona, wyraźnie niezadowolony obrotem spraw. Chciał coś odburknąć, ale żona pociągnęła go za rękaw.

– Gutek, nie panikuj. Wszystko jest w porządku – zapewniała, choć jej twarz znów zniekształcił grymas bólu.

Wodziła wzrokiem po odrapanych ścianach, licząc w myślach: raz, dwa, trzy… pięć, osiem… – dopóki skurcz nie odpuszczał. Wówczas pod wpływem ulgi uśmiechała się do męża, który nieudolnie usiłował rozładować zdenerwowanie.

W pewnej chwili za czerwonym filarem z klinkieru dostrzegła skuloną postać – siedzącą nieruchomo jakby wykutą z ciemnoszarego bazaltu. Aniela wyostrzyła wzrok. Była przekonana, że skądś zna tę osobę. Przez chwilę szukała w myślach jej wizerunku, aż wreszcie ją olśniło. To jedna z Niemek, które odwiedzała wraz z matką pod koniec wojny i tuż po jej zakończeniu. Mieszkały na skraju lasu i nikt nie wiedział, dlaczego nie zabrały się z innymi do Niemiec, choć w Mieście narażone były na ostracyzm i biedę.

Ona i matka nosiły im jedzenie – w koszyczku jak bajkowy Czerwony Kapturek. Ewa pakowała do niego chleb, czasem osełkę masła (choć tę rzadko), niekiedy udało się wrzucić trochę herbaty i sacharyny. W zamian kobiety przerabiały swoje sukienki z dobrych materiałów dla Anieli, niekiedy też dla Ewy, ale ta uważała, że są dla niej zbyt wytworne. Niemki miały złote ręce i dobry gust, ubrania dla małej Polki zdobiły koronkowymi kołnierzykami lub własnoręcznymi haftami. Aniela wyglądała w nich jak mała księżniczka.

Któregoś dnia Niemki zniknęły. Nie było ich w domu, nie widziano ich na ulicach Miasta, które od zakończenia wojny przemierzały szybko, pochylone, jakby bały się podnieść głowę, by nie napotkać nienawistnych spojrzeń. A te były gorsze niż wyzwiska rzucane za plecami.

Kiedy spojrzenia kobiet się spotkały, Aniela skłoniła głowę na przywitanie.

– Frau Helga? – spytała tonem, w którym radość mieszała się z niedowierzaniem.

Tamta tylko uśmiechnęła się nieznacznie.

– Czy… czeka pani… jest pani chora… – Aniela nie potrafiła sformułować konkretnego pytania, ale chciała spytać o tę drugą. W jej pamięci tkwił obraz obu kobiet. Zawsze były razem jakby połączone niewidzialną nicią. Teraz widok samej Helgi zaniepokoił Polkę.

– Ona tam jest. – Stara Niemka skinęła głową w kierunku wielkich drzwi, za którymi znajdowały się schody prowadzące na oddziały. – Właściwie nie wiem… czy jeszcze jest… czy jest żywa – dokończyła z rezygnacją.

– Ojej, to straszne! – wykrzyknęła przerażona Aniela. Z wolna docierał do niej sens słów kobiety. – Tak mi przykro… – Miała ochotę do niej podejść, przytulić ją, ale kolejny napad bólu odebrał jej siły. Kiedy minął, ponownie zwróciła się do Niemki: – Kochana pani Helgo, niechże mi pani powie, co się z wami działo? Gdzie panie się podziewały? Moja mama rozpytywała o was, ale… żadnego śladu! – Była podekscytowana. Najchętniej od razu poleciałaby do matki, by opowiedzieć jej o tym niezwykłym spotkaniu. Ewa na pewno by się ucieszyła. Niemieckie kobiety były bodaj jedynymi znajomymi w Mieście, z którymi Ewa utrzymywała bliższy kontakt. W pewnym stopniu utożsamiała się z nimi, rozumiała ich niepokój, współczuła powojennego wyalienowania. – Tyle lat… I nagle spotykam panią tutaj. Pani Helgo…

Kobieta podniosła ramię, jakby chciała przepędzić coś fruwającego wokół jej twarzy.

– Musiałyśmy opuścić nasz dom – powiedziała w końcu. – Wieczorem przyszli z komendantury i kazali nam się wynieść… Spakowali nas na wóz… co pod ręką… szybko… bez gadania… wywieźli z Miasta…

– Ale jak to tak? Kiedy? Dokąd? Myślałyśmy z mamą, że wyjechałyście do Niemiec… że… – Opowieść Helgi budziła w Anieli coraz większy gniew.

Kobieta wzruszyła ramionami i spojrzała na nią ze smutkiem.

– Nie planowałyśmy wyjeżdżać. Tutaj się urodziłyśmy, tu wychowałyśmy, tu był nasz dom – rzekła ciszej, jakby bała się, że wypowiadane słowa ściągną na nią nieszczęście. – Zamieszkałyśmy na wsi. Dom stary, wszędzie wilgoć… Póki były siły, szło się do lasu po chrust. A potem… potem już opalało się tym, co pod ręką… – Umilkła, jakby zbierała myśli, by jak najkrócej opowiedzieć o tym, co się z nimi działo. – Ona zachorowała… nie miał nas kto zawieźć do lekarza… Nikt nas tam nie lubił… Żyłyśmy same… – Zawiesiła głos, ale po chwili westchnęła ciężko i podjęła: – Aż w końcu, gdy już całkiem opadła z sił, ulitował się jeden gospodarz… Dałam mu resztę tego, co zostało. Medalik po naszej matce… Obracał go w palcach, nadgryzał, jakby to było ciasto, i w końcu się zgodził. Zapakowałam ją na wóz…

– O rety! – jęknęła Aniela, tym razem nie z bólu, lecz z wielkiego żalu, jaki w niej wezbrał. Chciała coś rzec, ale żadne słowo nie wydawało się odpowiednie. Było jej żal tej starej kobiety, która czekała na najgorsze. Dopiero teraz dostrzegła, że Niemka jeszcze bardziej wychudła, włosy się jej przerzedziły, a dłonie nosiły ślady ciężkiej pracy.

– Ale nie mam do nikogo żalu, każdy przecież ma swoje problemy… Wojna wszystkich doświadczyła. Niemcy wyrządzili tyle krzywdy… Nie dziwię się, że wszyscy omijają nas z daleka… Zasłużyliśmy na to… – szepnęła Niemka ledwie słyszalnie. Było w niej tyle pokory, tyle wstydu.

– Ależ pani Helgo – przerwała jej Aniela. Chciała jeszcze dodać, że Niemka nie może tak myśleć, że przecież to nie ona wywołała tę wojnę, że nie ona spowodowała tyle nieszczęść, ale w tej samej chwili jej ciałem szarpnął ból.

Gustaw natychmiast poderwał się z miejsca z zamiarem ponownego dobijania się do drzwi, lecz te właśnie się otworzyły i w progu stanęła położna.

– No, niech idzie tu do mnie! – zakomenderowała. – A tata niech się nie piekli, to nie on będzie rodził. Niech pożegna się z żoną i wraca do domu. Pani też! – Zwróciła się do Niemki. Sucho i nieprzyjemnie. – Czekanie na nic się zda. Zresztą tu już nie ma na co czekać. To kwestia godzin.

Dalsza część w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Prolog. Die Brücke

1. Rok 1956

2. Czas przeszły

3. Aniela

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Dedykacja

Epigraf

Meritum publikacji