Kamień w wodę - Paulina Cedlerska - ebook + audiobook + książka

Kamień w wodę ebook i audiobook

Paulina Cedlerska

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.



Dowiedz się więcej.
Opis

Mieszkańcami Czernika wstrząsa brutalna zbrodnia. W cieniu starej garbarni ktoś bestialsko morduje dziewczynę. Przy ciele śledczy znajdują guzik powleczony ludzką skórą. Jednak profil DNA zamordowanej nie pokrywa się z materiałem genetycznym z pobranej próbki. Trop wiedzie do zaginionej przed laty nastolatki.   Czy te pozornie różne historie mają jakiś wspólny mianownik?  Zagadkowa zbrodnia wabi do Czernika Jakuba Lubańskiego, który w tajemniczych okolicznościach stracił siostrę. Owładnięty pragnieniem schwytania Lalkarza podkomisarz Lubański, zamiast tropić seryjnego mordercę, wraca do rodzinnego miasteczka, chcąc uwierzyć w to, że przyszłość może odmienić przeszłość. Jednak za policjantem ciągnie się długi cień. W jego mroku czai się prawda, której nigdy nie chciałby poznać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 259

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 24 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Mateusz Drozda

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Paulina Cedlerska, 2026

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Joanna Jóźwiak, Anna Nowak

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

PR & marketing: Sławomir Wierzbicki

ISBN: 978-83-8441-706-5

Grupa Wydawnicza Filia Sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Seria: FILIA Mroczna Strona

mrocznastrona.pl

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Najbardziej kochamy tych ludzi, te sprawy i te rzeczy, od których bieg życia każe nam odchodzić – nieraz na zawsze.

Marek Hłasko, Opowiadania

Prolog

Sylwetka falująca na tle czarnego nieba z każdym krokiem głębiej zapadała się w noc. W oddali tliły się ślady miejskiego życia podsycane jasnymi słupami światła z ulicznych latarni. Oczy wąskie jak u jastrzębia w popłochu omiotły przestrzeń. Mężczyzna wszedł na pomost. Woda niemrawo rozbijała się o nadgniłe deski. Sunące nisko chmury na ułamek sekundy odsłoniły księżyc. Wzrok przybysza podążył za wiązką światła i zatrzymał się na wybrzuszeniu. Fioletowa smuga opadła na poplątane włosy, a facet ukucnął nad ciałem.

Kilka minut później opłukał ręce w lodowatej wodzie. Pod sklejonymi krwią pasmami nie było już twarzy ani nawet jej konturów – jedynie czarna dziura. Księżyc znów się schował, a obraz wsiąknął w ciemność. Mokra dłoń z wysiłkiem przesunęła ciało w stronę jeziora. Ciężkie chlupnięcie poniosło się w przestrzeni.

Ten dźwięk coś mu przypominał. Wiódł prosto do spłowiałych już wspomnień, kiedy jako dzieciak wrzucał do tej samej wody kamienie.

Część pierwsza

Teraz

Jakub

Dzwonek telefonu przeplatał się z trzaskiem zamykanych drzwi. Jakub Lubański włączył ekspres i przez moment wpatrywał się w wąski strumień kawy, który powoli wlewał się do filiżanki, rozbryz­gując drobne krople po białych ściankach. Czarna strużka przywodziła na myśl ciemne grudy ziemi, spod których wczoraj technicy wyciągali faceta. Ciało było płytko zakopane tuż przy trakcji kolejowej. Tłuczona rana głowy. Amatorska robota.

– Wolne już czy jeszcze korzystasz? – Napastliwy głos Mirki przywrócił go do rzeczywistości.

– A, tak, sorry, system się zawiesił. – Lubański puknął się żartobliwie w czoło, po czym zabrał filiżankę, wyszedł i zatrzasnął drzwi biura.

Odpalił pierwszą fotografię. Ekran laptopa wypełniła opuchnięta twarz z kawałami zbitej gliny między siwymi włosami.

Gorąca kawa spłynęła podkomisarzowi w głąb przełyku. Następne zdjęcie. Stare jeansy, puchowa kurtka nieodpowiednia na tę porę roku, miejscami poprzecierane adidasy. Trzeba będzie ustalić tożsamość, ale najpewniej to okoliczny kloszard, którego załatwił kolega z meliny w czasie pijackiej kłótni o flaszkę. Zabójca być może nawet tego nie pamiętał.

Jakub westchnął. To trzecia tego typu sprawa od stycznia. Jeszcze raz przewinął zdjęcia znajdujące się w galerii, próbując doszukać się w materiałach czegoś, co mogłoby świadczyć, że tym razem trafiło mu się coś lepszego.

Sosnowe drzwi otworzyły się tak gwałtownie, że aż się wzdrygnął. To Szczepan dziarsko wszedł do biura, roztaczając wokoło gryzący zapach wody kolońskiej.

– Widzę, że odkąd szanowny pan podkomisarz dostał własny pokój, to już kawę pija wyłącznie w pojedynkę. Burżujsko, kurwa. – Szeleszczący głos dobiegł spod siwego wąsa. – Mogę wejść czy może pan zarobiony?

– Nie pierdol, tylko właź. – Jakub zatrzasnął klapę laptopa.

Tyczkowaty facet z głęboką łysiną na czole z łoskotem zamknął drzwi i przysiadł przy biurku. Wyjął paczkę papierosów i ignorując pełen dezaprobaty wzrok młodszego kolegi, odpalił jednego. Jakub bez słowa otworzył okno.

– No już się, kurwa, nie kwaś.

– Celowo ostentacyjnie tu jarasz? Przypominam, że rzuciłem tydzień temu.

– Oj, dobra, nie smęć. Od jednego od razu nie dostaniesz raka.

– O nie, nie ma opcji. Nie po to się już tyle trzymam.

– „Tyle”, kurwa? – Szczepan charknął. – Siedem dni to jest nic, drogi chłopcze.

– Zawsze jakiś początek. Zresztą chyba nie będziemy teraz gadać o moich życiowych postanowieniach?

– A czemu nie? Temat dobry jak każdy inny. Ty jesteś po prostu za bardzo ambicjonalny. Będziesz się tak napinał, to ci w końcu żyłka pęknie. Wyluzuj trochę, w robocie też, bo to i tak niczego nie zmieni.

Lubański westchnął, zaciągając się dymem, który wysączył się z na wpół wypalonego Camela kolegi.

– Jakbym dostał coś innego niż kolejnego zapitego menela, to może by się coś zmieniło.

– Stary, ale tu nie ma nic innego. To jest Olsztyn, tu robimy albo zaćpanych studentów, albo najebanych nożowników. Ot, taka rzeczywistość. Chcesz innej, to idź do jakiegoś Archiwum X czy gdzieś, a nie gnijesz w tym grajdole.

– Wystarczyłoby, że dostałbym choćby sprawę tamtego zaginionego dzieciaka z Orzysza.

– A, tu cię boli. Parcie na szkło, co? Mamusia sąsiadkom by synka w telewizji mogła pokazać.

Jakub postukał palcami w blat biurka.

– Zupełnie nie to. Po prostu po to przyszedłem do tej roboty. Żeby… nieważne.

Szczepan zgasił papierosa w doniczce z przywięd­łą monsterą.

– Okej, było miło, ale teraz czas wracać do swojego kurnika. Mam chyba dzisiaj do obrobienia jakiegoś podprowadzonego Opla albo trzy. – Prychnął, wstając. – Dzięki za gościnę, ale jak się ma jednoosobowy kwaterunek, to trzeba się dzielić dobrem, bo ja muszę się gnieździć ze Zbychem i jego śmierdzącą śniadaniową mielonką.

– Uprzejmie przypominam, jestem tu tylko na tymczasie. Remont się skończy i znów czeka na mnie wspaniały open space.

– No to tym bardziej trzeba korzystać z luksusów, dopóki są. – Szczepan otworzył drzwi, w których zarysowała się smukła kobieca sylwetka, którą Jakub kilkanaście minut wcześniej minął w socjalnym.

– A ty co się tak czaisz? – Starszy policjant omiótł dziewczynę świdrującym spojrzeniem.

– Zastanawiałam się właśnie, skąd ten tytoniowy swąd na korytarzu – odpowiedziała mu ze złośliwym uśmiechem, po czym wślizgnęła się do środka.

– „Tytoniowy swąd” – prychnął Makowiecki. – Bardzo wyszukane stwierdzenie. Spadam, nie mam zamiaru dalej słuchać biadolenia. Już Luban wystarczająco mi się nażalił z rana.

Mira zrobiła dziwną minę.

– To idź prosto do konferencyjnej. Stary robi nadzwyczajną odprawę, a ja jestem posłańcem tych wspaniałych poniedziałkowych wieści.

– Co jest? – Jakub ściągnął brwi, czekając z zainteresowaniem na ciąg dalszy. Na początku tygodnia zwykle nie było czasu na zebrania. To musiało być coś pilnego.

Mira przeżuła gumę, po czym lekko, jakby rozmawiali o jakimś obejrzanym niedawno serialu, oznajmiła:

– Trup na tym nowym osiedlu, chyba Rubinowym. Kojarzysz?

– Rubinowym? – Lubański zmarszczył czoło. – Tym, które powstaje na starych ogródkach?

– Tak, właśnie. W piwnicy któregoś domku znaleźli mocno posunięte zwłoki. Tak na oko podobno trzy, cztery lata.

– I co w związku z tym? W sensie, że trzeba z tego robić aż takie wielkie halo i specjalną odprawę organizować? – wtrącił się Szczepan, kładąc upstrzoną drobnymi plamami dłoń na klamce. Wbrew deklaracjom nie śpieszyło mu się za bardzo.

– Nie wiem, ja tylko jestem posłańcem i zbieram ludzi. – Mira wzruszyła ramionami, po czym uśmiechnęła się tajemniczo i dodała: – Ale w socjalnym mówi się, że podobno przy zwłokach była laleczka.

– Co, kurwa? – Jakub odruchowo chwycił kubek i krzywiąc się, upił łyk zimnej już kawy.

– No wszystko wskazuje na to, że to robota Lalkarza, więc będzie gorąco. – Cienki głos Mirki jeszcze przez chwilę unosił się w przestrzeni jak gęsta mgła.

Teraz

Iza

Żołądek Izy zacisnął się boleśnie, kiedy minęli bramę z kutego żelaza zdobioną różanymi motywami. Nienawidziła tego pretensjonalnego przepychu. Dalej dostrzegła dwukondygnacyjny dom z kolumnami w złotawym odcieniu, które zupełnie nie pasowały do ciężkiej bryły budynku. Jakby je ktoś dokleił w ostatniej chwili. Na pokaz.

– Dlaczego nic nie mówisz? – Damian zerknął na nią z ukosa, zdejmując nogę z gazu.

– A co mam powiedzieć? To pierwszy dzień, a wyrok obejmuje sto sześćdziesiąt siedem.

– Zamierzasz milczeć przez pół roku?

Blondynka westchnęła, patrząc na zadbany ogród przez boczną szybę.

– Jeśli się da, to skorzystam z tego przywileju.

– Źle do tego podchodzisz. Ja to traktuję jak urlop. Zero stresu, jedzenie pod nos w cenie, a pod nogami nie będą nam się plątać wycieczki szkolne ani emeryci z klubów seniora. Odpoczniemy od atrakcji toruńskiego Starego Miasta. Brzmi całkiem dobrze.

– Errata. Po tygodniu będziesz rzygał rybami, a zamiast wycieczek szkolnych na każdym kroku będziesz się natykał na moją matkę. To jeszcze gorsze. Jak ojciec wróci do domu, też da nam popalić. Uwierz mi.

– Przesadzasz. Zapomniałaś o finansowych bonusach. Skoro wynajęliśmy nasze mieszkanie, po tym półroczu będziemy mieli trochę oszczędności. Może ruszymy gdzieś dalej? Kilka miesięcy w Azji?

Niebieskie oczy zalśniły.

– Brzmi dobrze. O ile nie trzeba będzie robić generalnego remontu po lokatorach.

Auto wtoczyło się na stromy podjazd, a Iza czuła w brzuchu rosnący ciężar. Nie odwiedzali jej rodzinnego domu od ponad dwóch lat, zwykle zasłaniali się kolejnymi wymówkami.

Drzwi otworzyły się, a na eleganckim ganku stanęła kobieta w dzianinowym swetrze o szerokim splocie. Machnęła do nich energicznie, a Damian wysiadł z samochodu.

– Co się tak zastanawiacie? Chodźcie, chodźcie.

– Zaczyna się. – Iza przewróciła oczami i niechętnie podążyła za mężem.

Lodowaty wiatr natychmiast omiótł odsłoniętą szyję i policzki. Wzdrygnęła się.

– Wchodź do środka, bo te osławione Mazury to chyba jakiś krajowy biegun zimna. Zamarznąć tu można. – Damian otworzył klapę bagażnika, by wyjąć z niego bagaże.

W domu panowały bezpieczny bezruch i ciepło, ale zamiast wywołać przyjemne wspomnienia, kojarzyły się Izie z dusznym, ciasnym miejscem, z którego nie można uciec.

– Placek ze śliwkami wstawiłam do piekarnika, będzie gotowy do wyjęcia za godzinę.

No tak. Matka musiała wszystko kontrolować. Nawet to, co będą jedli pod jej nieobecność.

– Mamo, nie trzeba było.

– Oj, trzeba, trzeba. Jak tu sami przez te kilka dni macie urzędować, to coś słodkiego się przyda. Zresztą dziewczyny z Leszczyny przygotowały, ja tylko wstawiłam, bo wiesz, że nie umiem robić ciast.

– Firmę ochroniarską też zaangażowałaś na nasz przyjazd?

Matka zignorowała jej kąśliwe pytanie i dalej ciągnęła swój wywód:

– Dzisiaj łowisko zamknięte, nie musicie tam zaglądać. Restauracja czynna do dwudziestej, ale Jagoda ma zmianę, więc ona wszystko ogarnie. Chyba że na obiad będziecie chcieli… A właśnie, no właśnie. – Siedemdziesięciolatka wykrzywiła wąskie usta w grymasie.

Iza już przeczuwała nadchodzącą katastrofę.

– Tak?

– Andrzej, ten kierowca z Leszczyny, nie może mnie jednak zawieźć, bo mu coś w domu wypadło. – Kobieta złapała się za złoty łańcuszek przewieszony na szyi, po czym westchnęła teatralnie. – Pociągiem się tułać z tyloma przesiadkami, to nie wiem, czy do jutra przed operacją dojadę, a ojca trzeba tam pilnować, żeby z łakomstwa czegoś w ukryciu nie zjadł…

– I co w tej sytuacji?

– No pomyślałam, że może Damian by mnie zawiózł.

– Teraz mi o tym mówisz? Nie mogłaś zadzwonić? Przecież to ponad trzysta kilometrów w jedną stronę.

Iza miała zamiar coś jeszcze dodać, ale zrezygnowała i zamiast tego wciągnęła powoli powietrze do płuc. Za wszelką cenę próbowała uniknąć awantury, bo przecież dopiero co przyjechali.

– No wiem, wiem. Nie chciałam was denerwować w trasie, żebyście się nie śpieszyli… – Matka zawiesiła głos, spoglądając na zziębniętego Damiana, który wszedł do kuchni, rozcierając ręce.

– O co chodzi? Co to za miny?

– Trzeba mamę zawieźć do Poznania. – Iza spojrzała na niego przepraszająco.

– No jak trzeba, to trzeba. Wypiję tylko kawę, bo oczy mi się kleją, i ruszamy.

Matka z wdzięcznością zerknęła w stronę zięcia. Iza przygryzła usta, próbując stłumić irytację. Nie chciała spędzać pierwszego wieczoru w Czerniku sama, ale nie miała też ochoty słuchać w samochodzie trajkotania matki przez najbliższe trzy godziny.

– Obrócę najszybciej, jak się da. – Ciemne kędziorki załaskotały ją przyjemnie w ucho, kiedy Damian pieszczotliwie cmoknął ją w płatek.

*

Dwie godziny później weszła do drewnianej chaty pod strzechą, upstrzonej kolorowymi lampkami. W środku panował przyjemny półmrok. Jedynymi źródłami światła były staromodne świece stojące na drewnianych ławach i czerwieniący się żarem kominek.

– Izuuu! – Wysoki pisk rozległ się za jej plecami.

Po chwili kelnerka ubrana w obcisłą sukienkę, z którą kontrastował zapleciony nisko kwiatowy fartuch, rzuciła się jej na szyję.

– Hej, hej. – Pod mocnym makijażem Iza rozpoznała twarz koleżanki z klasy. Kilkanaście ostatnich lat zapisało się na niej głębokimi zmarszczkami. – Co ty tu robisz? Myślałam, że mieszkasz w Irlandii?

W końcu uwolniła się z uścisku dawno niewidzianej znajomej i gorączkowo próbowała przypomnieć sobie, jak dziewczyna ma na imię. W zasadzie ten wyjazd to jedyne, co jej się z nią kojarzyło.

– Mieszkałam, ale teraz wiesz, młoda mi trochę podrosła i na początku roku postanowiliśmy z Grześkiem wrócić, wybudować coś swojego – westchnęła tamta, po czym dodała: – Siadaj, zaraz ci przyniosę coś do jedzenia. Twoja mama uprzedzała, że będziesz, więc Jagoda opracowała już cały zestaw, żeby wejść szefowej w dupę.

Wiktoria – Iza z ulgą wreszcie przypomniała sobie imię znajomej – mrugnęła do niej posklejanymi rzęsami.

– Wystarczy, żeby było ciepłe. I w miarę możliwości bez mięsa i bez ryb.

Kelnerka spojrzała na nią z udawaną dezaprobatą.

– To jest mazurska smażalnia.

– Znam realia, więc poproszę frytki.

– W daniach dnia mam jeszcze pomidorową.

– Na mięsie? – Na moment zapadła cisza. – To zostanę przy frytkach.

Iza usiadła na krześle i rozejrzała się po sali. Przykurzone kinkiety, leniwie tlący się kominek, lada barowa z rzeźbionego drewna. Poczuła się, jakby czas się zatrzymał, a ona znów miała kilkanaście lat i wpadła na obiad po szkole. Wnętrze niemal wcale się nie zmieniło. A jednak zmieniło się dużo więcej.

Przede wszystkim ona sama.

*

Po jakiejś godzinie wyszła z restauracji, czując w łydkach przyjemne rozprężenie rozchodzące się po ciele wraz z grzanym winem, które wmusiła w nią Wika. Dla świętego spokoju zjadła też placki ziemniaczane oprószone rozmarynem. Może ten czas na Mazurach rzeczywiście nie będzie taki zły? Czernik wrył się jej w pamięć jako wrogie, duszne miejsce, ale może upływ lat rzeczywiście zmienił miasteczko i jego mieszkańców. Drobny deszcz obmył pulsujące ciepłem policzki. Wiedziona tym przyjemnym wrażeniem, zamiast wracać, skręciła w stronę deptaka. Dochodziła dwudziesta, pomyś­lała, że spacer nad jeziorem będzie przyjemniejszy niż siedzenie w pustym domu. Ulice Czernika o tej porze były zupełnie wyludnione. Chciała więc z sentymentu powędrować starymi szlakami. Wrócić do tych dobrych nastoletnich czasów, kiedy jeszcze nie musiała uciekać przed pełnymi wrogości szeptami i stygmatyzującymi spojrzeniami. Zanim to wszystko się wydarzyło.

Skręciła w lipową alejkę okalającą dziką plażę, a mokre liście przyjemnie zaszeleściły pod butami. Kilkanaście lat temu przemierzała tę trasę otoczona śmiechem znajomych. Tym razem była sama; mocniej chłonęła szum drzew, których wysokie zarysy niknęły na tle czarnego nieba. Ostrożnie zeszła wąskimi betonowymi schodkami i stanęła na wilgotnym piasku. Lustro wody było niemal niedostrzegalne w ciemności przecinanej tylko wątłym blaskiem księżyca wyzierającego spomiędzy chmur. Jezioro spokojnie rozbijało się o brzeg.

Spojrzała z nostalgią w stronę pomostu, na którym kiedyś spędzała długie godziny, leżąc i wpatrując się w gwiazdy. Do tej pory miała na języku cierpki smak taniego wina, który wtedy uświetniał te kosmiczne podróże. Odblokowała telefon, a wyświetlacz wyrzucił jasną smugę, która przebiła ciemność. Weszła na śliską od deszczu kładkę, która tonęła w głębszym mroku niż reszta jeziora. Cień rzucany przez wielki budynek starej garbarni robił posępne wrażenie.

Spojrzała w tamtą stronę, a zaraz potem przenios­ła wzrok w kierunku głuchego dźwięku, który poniósł się gdzieś pod jej stopami. Jakby coś rozbijało się o kładkę. Przesunęła strumień światła z telefonu na wodę, spodziewając się, że zobaczy zakotwiczoną łódkę, którą fale zniosły pod drewnianą konstrukcję. Ale nic tam nie było.

Ukucnęła i wychyliła się ostrożnie poza linię desek. Woda kołysała się miarowo. Chlupot ustał. Iza już miała wstać, kiedy spod pomostu coś wypłynęło. Wyglądało jak długie nitki, niemal zlewające się z poczerniałym jeziorem. Ale za nimi ciągnęło się coś jeszcze. Światło ekranu było zbyt mdłe, żeby mogła rozpoznać ciemny kształt, włączyła więc latarkę i położywszy się na mokrych deskach, bez wahania zajrzała pod spróchniałe drewno. Wijące się sznurki plątały się poniżej. Za nimi, w wąskiej przestrzeni między taflą jeziora a kładką, Iza dostrzeg­ła częściowo zanurzone w wodzie szmaty. Dopiero z kolejnym mrugnięciem zdała sobie sprawę, że to nie były nitki, ale włosy, które jakby utrzymywały na powierzchni dryfujące ciało. Przez ułamek sekundy Izie wydawało się, że zaraz potworny mityczny draugr, o którym w dzieciństwie opowiadał jej ojciec, wciągnie ją w głębinę. A potem deski pod jej stopami zafalowały, jakby znów znalazła się na pełnym morzu. Wszystkie myśli, które przez lata odpychała, nagle zlały się w głośny huk, przed którym musiała uciec.

Wcześniej10 godzin do zaginięcia

Risa

Niewielkie pomieszczenie wypełniała mieszanina dźwięków, w której przeważały piskliwe głosy dzieci.

Klimat trochę jak w dworcowej poczekalni, pomyślała nastoletnia szatynka, wrzucając monetę do automatu z batonikami. Niskie, zatłoczone pomieszczenie z plastikowymi krzesełkami rozmijało się z jej wyobrażeniem o zagranicznych podróżach. Spodziewała się ludzi w eleganckich ubraniach i sklepów z drogimi perfumami. Namiastki wielkiego świata, który gdzieś tam czekał. Zamiast tego był duszący zapach kanapek z folii aluminiowej i wszechobecny rwetes. W tym samym momencie jakiś facet w naciągniętej na uszy czapce wpadł na nią i oparł szerokie dłonie na jej talii.

Dziewczyna zastygła w bezruchu, zakłopotana, a po chwili konsternacji wyswobodziła się z niechcianego dotyku.

– Co pan robi? – zapytała, próbując przełknąć gulę, która spęczniała jej w gardle.

– Jakiś gówniarz mnie popchnął. Zresztą gdybyś nie sterczała tu bez sensu, tylko kupowała, co masz kupić, to by problemu nie było. – Wrzucił do kieszeni trzymane w rękach monety. – Tylko się nie zakrztuś tym batonikiem… Chociaż w tych czasach to chyba nastolatki mają głębokie gardła. – Zmierzył dziewczynę od stóp do głów i opadł na ławkę, chowając spojrzenie w smartfonie.

– My to mamy nosa do podróży. Piszczące dzieci i niewyżyci kierowcy tirów w pakiecie – zaśmiała się wysoka blondynka o dużych oczach.

Jej koleżanka z konsternacją wpatrywała się w czerwone opakowanie batonika.

– Na koszt twoich starych, więc nie wypada narzekać. – Risa po chwili wahania włożyła słodycz do kieszeni, mrucząc pod nosem. – Odebrało mi apetyt.

– Apetyt to akurat możesz sobie wyostrzyć na najbliższe dwie noce, ale na inne przygody niż macanki oblechów. O, zobacz, można się już odprawiać. – Zaya wychyliła się w stronę przeszklonego okienka.

– Daj pierwszeństwo tym ekipom z rozwrzeszczanymi dziećmi.

– Risa jak zwykle chce zbawiać świat. Kiedyś to cię zgubi.

– Dbam jedynie o nasze trąbki słuchowe.

Czterdzieści minut później pomieszczenie niemal całkowicie się wyludniło, a piski wyparła senna cisza.

– Dobra, chyba się doczekałyśmy. – Blondynka wyjęła z torebki bilety, wyrwała koleżance z rąk dowód i podeszła do okienka.

Risa stanęła z tyłu. Od karku odbił jej się ciepły strumień powietrza. Pomyślała, że to tylko wrażenie, ale po chwili znów poczuła łaskotanie poniżej potylicy. W tle niosło się szczebiotanie Zai, która ucięła sobie przydługą rozmowę z pracownicą linii promowych. Risa już miała się odwrócić, kiedy w jej uchu wybrzmiał męski szept, wraz z którym do nozdrzy przesączyła się nieprzyjemna woń.

– Jeszcze zaskamlesz, suczko.

– Co jest? – Zaya podniosła głowę i napotkała przerażone spojrzenie koleżanki. – Pan znowu z tymi lepkimi łapskami startuje? – Szybko przeniosła wzrok na faceta w dzianej czapce.

Mężczyzna prychnął.

– Gówniaro, chyba cię trochę ponosi. Stoję sobie w kolejce, jak Bóg przykazał, więc odsuń swoje szanowne cztery litery – wymownie zawiesił spojrzenie na pośladkach dziewczyny – i zrób miejsce ludziom, którzy zamiast szukać wrażeń, są w pracy.

Zaya chwyciła Risę za rękę i bez słowa pociąg­nęła ją w stronę terminala.

– Cham, szkoda prądu na takich. Co on właściwie tam do ciebie sapał?

Szatynka tylko pokręciła głową.

– Nieważne. Oby się tylko do nas nie przyczepił na promie.

– Spokojnie. Tam o dobór towarzystwa nie musisz się martwić.

– Co to znaczy?

– Zobaczysz – Zaya uśmiechnęła się tajemniczo, ale w tym pozornie serdecznym geście było coś, co wywołało u Risy jakieś nieprzyjemne przeczucie.

Teraz

Jakub

Sklejone deszczem liście niemrawo zafalowały na klonie toczonym jakąś plamistą chorobą. Jakub wyszedł przed biurowiec i powoli zaciągnął się chłodnym październikowym powietrzem. Odruchowo włożył rękę do kieszeni, ale trafił tam wyłącznie na opakowanie gumy miętowej.

– Chcesz? – Mira wyciągnęła w jego stronę paczkę cienkich papierosów.

Wziął głęboki wdech i wbrew impulsowi z mózgu odmówił.

– Nie, tylko się wietrzę.

– Ciśnienie skoczyło, co? Stary nieźle nas wabi. Myśli, że będziemy się uganiać za tą sprawą jak podwórkowe psy za kawałkiem parówki.

– Łatwo na tym wypłynąć. – Lubański silił się na lekki ton.

Dziewczyna przez chwilę wpatrywała się w długi jęzor ognia wyrastający z zapalniczki Zippo, po czym przyłożyła go do papierosa i zaciągnęła się powoli.

– Nie bądź naiwny. Chyba nie myślisz, że właściciel tego ogródka ma coś wspólnego z Lalkarzem?

Jakub przez moment się wahał, kalkulując, czy warto dzielić się z koleżanką swoimi spostrzeżeniami. W końcu mruknął na odczepnego:

– Zawsze to jakiś nowy punkt odniesienia. A ta sprawa jest mocno medialna. Po czymś takim raczej dostaje się coś lepszego niż lokalni menele.

– Ja to mam życie poza mundurem. Chcę pracować osiem godzin, nie osiemnaście. Ale jak ci zależy, żeby się wykazać, to dawaj, podliż się trochę staremu i to dostaniesz. Mówią, że jesteś mocnym kandydatem.

Mira zaciągnęła się jeszcze dwa razy i zgasiła dopiero co zapalonego papierosa, zanim Jakub zdążył o cokolwiek zapytać.

Zapatrzył się przez chwilę na gnijące liście, zastanawiając się, czy koleżanka rzeczywiście coś słyszała, czy tylko chciała go podkręcić. Jeśli faktycznie miał szansę dostać sprawę Lalkarza, to powinien zrobić wszystko, by jej nie stracić. Dla każdego policjanta z aspiracjami to byłaby duża zawodowa szansa. Ale dla Lubańskiego to śledztwo znaczyło znacznie więcej niż dla innego ambitnego gliny. To była jedyna rzecz, która choć w małym stopniu mog­ła zmienić przeszłość.

Teraz

Iza

Zaspany policjant dyżurny przekręcił klucz w zamku, a następnie z wysiłkiem pchnął skrzypiące drzwi. Niespodziewanie zwykle o tej porze ciemne okna komisariatu w Czerniku rozbłysły jaskrawym światłem.

– Proszę, proszę – mruknął funkcjonariusz do Izy, po czym niemrawym gestem zaprosił ją do niewielkiego pomieszczenia. – Tu będzie spokojniej niż na plaży, gdzie chłopcy prowadzą czynności. No i na pewno cieplej. – Zawiesił wzrok na dygocących drobnych ramionach i przemoczonym płaszczu.

Kobieta niepewnie opadła na krawędź krzesła, kiedy na biurku rozbłysła lampka, rażąc ją w oczy. Miała wrażenie, że oślepiający strumień przenika jej głowę na wskroś i dociera do wspomnień, które dawno obrosły nową tkanką.

– Wszystko już powiedziałam – odburknęła, telepiąc się coraz bardziej.

– W tym pierwszym chaosie zawsze coś umyka. Zresztą wypadałoby te zeznania spisać w jakiejś trwalszej formie niż notes, więc przegadajmy temat ponownie i przynajmniej pani będzie mogła w spokoju wrócić do łóżka. Bo ja tu jeszcze trochę posiedzę. – Skrzywił się. – Litościwie pominę formułki, a dane sobie uzupełnię później z odręcznych zapisków.

W skupieniu obserwowała, jak policjant unosi miejscami spękaną klapę laptopa, próbując uporządkować myśli.

– Przejdźmy od razu do rozwinięcia. – Zakołysał ręką jak dyrygent powiatowej orkiestry.

Iza wzięła głęboki wdech i zaczęła nerwowo opowiadać:

– Wybrałam się na spacer. Kiedy weszłam na pomost, usłyszałam dziwny głuchy dźwięk, więc instynktownie schyliłam się, żeby zlokalizować jego źródło, i wtedy zobaczyłam te włosy. Były zaplątane o deski. Później zadzwoniłam na sto dwanaście. To wszystko – wyrzuciła z siebie na jednym wydechu.

Wypuściła powietrze z ust tak gwałtownie, że strumień zakołysał paprotką, która stała na krawędzi biurka.

– Spokojnie, spokojnie. Śpieszymy się, ale regulaminowo, a zasady są takie, że ja pytam, pani odpowiada.

Niezgrabnie stuknął palcami w klawisze komputera.

– Zacznijmy więc od początku. O której godzinie opuściła pani smażalnię rodziców, w której, jak zapisano w notatce – zerknął do zeszytu – jadła pani kolację?

– Przed dwudziestą.

– A dokładniej?

– Nie wiem, nie patrzyłam na zegarek.

– Rozumiem – mruknął, drapiąc się po skroni pooranej pojedynczymi zmarszczkami.

Mógł być starszy od Izy zaledwie o kilka lat, ale w jego zachowaniu było coś, co postarzało go przynajmniej o dekadę.

– Co było dalej?

– Tak jak już mówiłam, po kolacji poszłam na spacer i zaintrygowana głuchym dźwiękiem dochodzącym spod pomostu, zajrzałam pod spód i odpaliłam latarkę w telefonie. Włosy plątały się między deskami, a z jeziora wystawał fragment głowy, który co chwilę zakrywała falująca woda.

– O której to było?

Iza przymknęła oczy.

– Naprawdę nie myślałam wtedy o tym, by sprawdzać godzinę.

– Rozumiem. – Policjant coraz głośniej stukał palcami w klawiaturę laptopa. – Tylko widzi pani, problem polega na tym, że z Leszczyny wyszła pani przed dwudziestą. A zgłoszenia pod numer sto dwanaście dokonano po dwudziestej trzeciej. Droga ze smażalni na plażę to jakieś siedemset metrów. W międzyczasie zaczął padać deszcz i wiać mocny wiatr. Naprawdę w takich warunkach spacerowała pani przez ponad trzy godziny?

Niespodziewanie przestała się trząść, a strumień gorąca przeszedł przez jej ciało. Chrząknęła.

– Pyta mnie pan o to dlatego, że jestem podejrzana, czy o co chodzi? Bo nie bardzo rozumiem.

Policjant teatralnie ziewnął i wzruszył ramionami.

– Pytam, żeby ustalić fakty. No i spisane zeznania muszą mieć jakiś ciąg logiczny. Więc? Co pani robiła przez te trzy godziny, zanim wezwała pomoc?

Iza rozejrzała się nerwowo wokół, próbując uciec wzrokiem od wyczekująco wpatrującego się w nią policjanta i oślepiającego strumienia biurkowej lampki.

– Co pani robiła przez ten czas? – ponaglił.

– Wszytko już powiedziałam. Mogę wyjść? Chyba że jestem o coś oskarżona.

Nie czekając od odpowiedź, wstała, a funkcjonariusz bez słowa odprowadził ją spojrzeniem.

– Będę się jeszcze z panią kontaktować w celu uzupełnienia wyjaśnień. Albo ktoś od prokuratora – mruknął do siebie, kiedy w oddali niósł się trzask zamykanych drzwi.

Wcześniej8 godzin do zaginięcia

Risa

Plecaki z plaśnięciem opadły na podłogę maleńkiej kajuty.

– Boże, jak tu ciasno! Można paść na klaustrofobię – zaśmiała się Risa, przekładając paczkę papierosów z bagażu do kieszeni.

– Przecież twój pokój jest niewiele większy. Tylko trochę… brzydszy – zauważyła przyjaciółka.

Szatynka się zmieszała i zmieniła temat.

– To co, idziemy na wypłynięcie?

– Jeszcze pytasz? Pomachamy obcym, popatrzymy na zachód słońca, będzie jak w serialach. – Zaya się roześmiała. – No już, nie ociągaj się, musimy mieć dobre miejsca, żeby zrobić jakieś epickie zdjęcia, które będzie można bez wstydu wrzucić na Insta.

Wyszły na lekko zakurzony korytarz, na którym tłoczyli się ludzie wpatrujący się nerwowo w numery kajut na drzwiach. Pod nogami plątały się dzieciaki. Przyjaciółki weszły do windy, a chwilę później Risa z ulgą pchnęła ciężkie skrzydło prowadzące na zewnętrzny pokład. Przyjemny, ale wciąż ostry majowy wiatr omiótł im policzki. Przy barierkach stało już kilka osób pozujących na tle morza z telefonami w rękach.

Zaya spojrzała na zegarek. Do wyjścia z portu zostało jeszcze pół godziny.

– Skiśniemy tu przez trzydzieści minut – mruknęła.

– Dawaj fajkę, zamiast narzekać. Ja mam ograniczone zasoby.

Blondynka ostentacyjnie przewróciła oczami i westchnęła.

– Dziecko drogie. Na promie nie pali się wszędzie, tylko w wyznaczonych miejscach przy popielniczkach. Chyba że chcesz nam zafundować ewakuację jeszcze przez rozpoczęciem rejsu.

– No to poszukajmy jakiejś popielniczki, pani mądra.

– Co ty byś beze mnie zrobiła, kaczuszko?

– Kaczuszko?

Zaya wybuchła śmiechem.

– Ostatnio twój brat tak do mnie powiedział.

Risa teatralnie wetknęła sobie dwa palce do ust, udając, że wymiotuje. Przyjaciółka roześmiała się jeszcze głośniej.

– Też mnie to zdziwiło. Tak bardzo, że z tego zdziwienia aż zapamiętałam i powtarzam.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Prolog

Część pierwsza

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Epigraf

Meritum publikacji