Kąkol - Zośka Papużanka - ebook + książka
BESTSELLER

Kąkol ebook

Zośka Papużanka

4,3

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Kąkol to powieść o powrocie do wakacji spędzanych na wsi, do przyrody, dzieciństwa – trudnego, naznaczonego niewyjaśnionym międzypokoleniowym konfliktem ludzi przymuszonych do bycia ze sobą. Narratorka patrzy na świat oczami kilkunastoletniego dziecka, rozdartego między ojcem, pełniącym funkcję autorytetu, ale dalekim i zdominowanym przez swojego ojca, a matką, która jest postacią idealną, niezwykłą – lecz odrzuconą przez rodzinę męża, nieumiejącą się odnaleźć. Dziecko nie umie wytłumaczyć sobie zależności, którym podlega, w które zostało wrzucone – i próbuje znaleźć w własne miejsce, odrzucić poczucie winy.

To historia pamięci. Zioła, liście, trawy wkładane pomiędzy kartki książki, mogą oznaczać coś, co chcemy zachować, albo o czym chcemy zapomnieć. Kąkol to książka o przyjaźni, próbującej pogodzić świat dziecka z miasta z wakacjami dziecka ze wsi. O poszukiwaniu kogoś, kto bardzo się stara być taki, jak my, chociaż nie jest. Kąkol szuka wreszcie odpowiedzi na najstarsze z pytań: czym jest dobro, a czym zło? Czy jesteśmy złem naznaczeni, czy też wybieramy je świadomie? Czy dziecko potrafi być złe?

Ta książka pachnie suchą trawą, mlekiem i korą drzew. Ta książka boli jak pierwsze doświadczenie niesprawiedliwości. Jest urokliwa i straszna, nieprawdziwa i prawdziwa – jak każda baśń.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 323

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (173 oceny)
95
49
21
6
2
Sortuj według:
karolinastarosta

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniale opowiedziana historia. W gruncie rzeczy jest bardzo gorzka, ale autorka doskonale osłodziła tą gorycz poczuciem humoru
10
orchidea90

Całkiem niezła

Język tej powieści jest niesamowity! Tak samo jak kreacje postaci, bardzo wyraziste i soczyste. Jest w tej powieści mnóstwo niezwykłych, wciągających historii, ale.z drugiej strony jest też sporo, które zwyczajnie wymęczyłam. Głównym powodem tego zmęczenia było poczucie pewnej bezcelowości kolejnych wydarzeń i zmierzania donikąd. Nie potrafię określić co sądzę o tej powieści, pozostawia we mnie poczucie zachwytu nad pojedynczym słowem, znudzenia całością.
00
natalia_gr

Nie oderwiesz się od lektury

Język tej powieści jest niezwykły. Gęsty i duszny jak atmosfera panująca w wiejskim domu. Poskręcany i nieokiełznany jak roślinność, która staje się tutaj źródłem wielu porównań i metafor. Bardzo często takie stylistyczne rozpasanie do mnie nie przemawia, ale w "Kąkolu" podobało mi się to bardzo. Autorka wie co robi. "Ciężkość" tej prozy świetnie dookreśla temat, który fabularnie nie jest w pełni rozwinięty, ale to też jest uzasadnione perspektywą narratorki - nastolatki, która wspomina wakacje na wsi. Jest tu miejsce na baśniowość, fragmentaryczność, oniryczność i grozę. Wszystko to pięknie wytrąca nas z wyobrażeń o sielankowych wakacjach.
00
bstrdbwn

Dobrze spędzony czas

Pięknym językiem napisane wspomnienia z dzieciństwa. Czasem zabawne, a czasem straszne. Dobre.
00
apl123

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobrze napisana historia rodzinna jakich wiele. I to jest komplement, bo czyta się naprawdę jednym tchem i nie można się oderwać.
00

Popularność



Kolekcje



Wydawca, redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja MICHAŁ OLECH
Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ, JAN JAROSZUK
Projekt okładki i stron tytułowych ANNA POL
Autorka haftu na okładce EWA POL
Opracowanie typograficzne, łamanie | manufaktu-ar.com
Projekt zrealizowany w ramach Stypendium Twórczego Miasta Krakowa 2020
Projekt zrealizowany przy wsparciu finansowym Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO, realizowanej przez Krakowskie Biuro Festiwalowe ze środków Gminy Miejskiej Kraków
Copyright © by Zośka Papużanka Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2021
Warszawa 2021 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66863-07-1
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:[email protected]
www.marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

dla L., zawsze i wszędzie,

i dla Bejatki, z podziękowaniem

Zbieram liście. Zrywam liście z drzew i wkładam między kartki książki albo zeszytu. Bez żadnego systemu, rozróżniania i segregowania według gatunków drzew, bez głębszego uzasadnienia, po prostu ze zwykłej żądzy posiadania, której zawsze bezecnie folgowałam. Chcę mieć. Chcę mieć ten liść, zrywam go i chowam, to wszystko. Lubię pisać na kartce, pod którą leży liść, duży wachlarz klonu, niecierpliwa dłoń kasztanowca, prążkowana łyżka grabu. Linie papilarne drzewa szukają człowieka, liść pod kartką pyta o moje linie papilarne, to jest jak cudza skóra, której się nie spodziewasz, a której dotyk zostaje w tobie na długo, na dłużej, niż prosiłeś, niż to potrzebne. Liść ma nerw główny i nerwy boczne, jak człowiek. Dotykam go piórem przez kartkę, drażnię jego nerwy, a on je odbija na papierze. Bardzo jest trudno tak pisać i oboje wiemy, że tak ma być, że tak właśnie będzie, że nie można prosto i gładko, bo wtedy nie ma dotyku.

Chociaż pouczano nas, byśmy nie zabierali wiele, zabieraliśmy wszystko, bo świat, do którego nas zabierano, zbudowany był z nie naszych rzeczy. Nie zawierał w sobie naszych sandałów, ręczników, naszych kredek i foremek na ciastka. Ktoś inny go zbudował, inny Pan Bóg, który łaskawie zapraszał nas na chwilę i pozwalał ułożyć na swoich półkach nasze rzeczy. Jest jeden Bóg, mówiło przykazanie. Mogło sobie mówić, co chciało, a Bóg i tak wiedział swoje.

Pierwszy dzień wakacji zadziwiał nas swoją rozlazłością, oznajmiał się godziną ósmą piętnaście na czerwonym budziku, godziną, która przywykła do klasówki z matematyki albo do biegu na czterysta metrów wokół boiska, a która teraz budzi się bez pośpiechu, sama zdziwiona, że jej wolno. Wolno nam było wszystko. Świadectwa z czerwonym paskiem uprawniały człowieka do wakacji. Mama była zadowolona. Ojciec szedł po samochód.

– Chcesz śniadanie?

– Chcę.

– To sobie coś zrób, dobrze?

Nie było dobrze. Było zbyt gorąco. Nie dość, że lipiec rozwalał się jak kot na parapecie, to jeszcze na każdym z czterech kuchennych palników stał garnek. Pieczeń kąpała się w sosie. Z piekarnika wyszło ciasto z owocami. Mama obierała marchew do zupy, marchew była pomarańczową kredką, którą można narysować zbyt duże słońca. Siadałam nad kromką z masłem przy stole pełnym naczyń, pokrywek, patelni, poustawianych w siatkach, pozawijanych w folię, jakbyśmy jechali na wojnę albo na pustynię. Ojciec szedł po samochód.

Odkładałam talerz do zlewu wypełnionego po brzegi innymi brudnymi talerzami, łyżkami, widelcami i kubkami. Czasem litowałam się nad moją mamą sanitariuszką i zmywałam z drewnianej deski żółte łzy, pozostałe po krojeniu pomidorów, albo zlizywałam z łopatki miksera resztki piany z cukru i białka. Wszyscy to robią. A wszystkie mamy mówią wszystkim, że nie wolno. A wszyscy i tak zlizują pianę.

– Nie jedz tego, to są surowe jajka, nie jedz.

– Gdzie ojciec?

– Spakowałaś się już?

– Gdzie ojciec?

– Jak to gdzie. Poszedł po samochód.

Moja mama wyglądała ładnie. Pachniała cebulą i pieprzem. Miała wakacyjną sukienkę na ramiączkach, białą i długą, w bardzo drobne kolorowe kwiatki. Zazdrościłam jej jasnych włosów wyplątujących się samowolnie z koka i szukających końcówkami wszystkich kierunków świata. Moje włosy były nudne i chude, znały tylko jeden kierunek. W dół. Nie miały własnego życia, nie zapisywały niezależnych planów. Mama miała ładne włosy, w ogóle była ładna, w tej letniej sukience najładniejsza, a kto jest najładniejszy, ten pierwszy zginie, wiadomo. Nie wiadomo natomiast, czy lepiej być ładnym, czy żywym, trudno się zdecydować.

– Dasz mi śniadanie?

– Gdzie jest ojciec?

– Mogę to przesunąć?

– Posmarujesz mi kromkę?

– Mogę to zjeść?

– Mogę to przesunąć?

– Zrobisz mi wody z sokiem?

Do kuchni wpełzało jasnowłose robactwo, stan liczebny – dwoje, możliwości destrukcyjne – sto na sto. Gdyby się bliżej przyjrzeć, można było stwierdzić, że robactwo różni się między sobą cechami płciowymi, nieznacznie wysokością w kłębie i higieną przewodu usznego, ale nie przyglądałam się bliżej, mając robactwo za jedną jasnowłosą plamę, która wlała się między moją mamę a mnie w źle zapiętej górze piżamki w jakieś słoniki i majtkach na lewą stronę i która teraz jadła chleb z pomidorem, patrząc na mnie intensywnie, jakbym była czymś nieoczywistym, nie do końca pojętym w pasożytniczym spojrzeniu Trutni.

Trutnie były dwa, ale wyglądały jak odbite przez kalkę, ojciec w zasadzie mógłby zrobić za jednym zamachem jeszcze z pięć identycznych, a potem pójść po samochód.

Mama wyglądała ładnie. Zastanawiałam się, jak można wyglądać tak ładnie, jakby się miało tylko mnie i nic do roboty, podczas gdy ma się jeszcze przez pomyłkę, w amoku chyba jakimś wykonane Trutnie, dwadzieścia kotletów w panierce, garnek zupy, wiadro ruskich i ciasto oraz nie ma się aktualnie męża, ponieważ poszedł po samochód. Jak można było wyglądać tak ładnie, gdy się wiedziało, że to dopiero początek, że piekło ledwie uchyla skrzypiące drzwi, gdy się wiedziało, w co się człowiek pakuje.

Każde z nas na pewno, i Trutnie, i ja, chciało kiedyś z ojcem pójść po samochód, pójść chociaż raz i odkryć, co też podczas tego pójścia, trwającego czasem ponad dwie godziny, się dzieje. Pewnie nawet pytaliśmy, prosiliśmy, żeby ojciec zabrał nas ze sobą gdzieś tam, do tego dalekiego miejsca, w którym samochód jest ukryty przed ludzkim wzrokiem. Ja prosiłam, ale ojciec nigdy mi nie pozwolił, więc pewnie gdyby Trutnie prosiły, też spotkałyby się z odmową, z krótkim nie, uderzającym jak ścierka w ramię, nie i koniec, no ale dlaczego, ale dlaczego aledlaczego. Ojciec wychodził. Mama wiedziała tylko tyle, że samochód stoi gdzieś w jakimś garażu i jest to samochód w takim stopniu święty, że nie może stać pod naszym blokiem pośród innych samochodów, których ojcowie nie musieli nigdzie daleko chodzić. Samochód, którego ojcem był nasz ojciec, miał swoje garażowe tabernakulum i czekał na właściwy dzień, żeby ruszyć, święty dzień poruszenia, ale zanim ruszył, trzeba było po niego pójść. Ojciec mógł, bo mógł. Gawiedź nie mogła, bo nie i koniec. Samochód był kwiatem paproci, skrzynią na końcu tęczy, księżniczką na szklanej górze i tylko dzielny rycerz o szlachetnym sercu, skrytym pod benzynową zbroją, mógł ten skarb otrzymać na określonych warunkach i w ściśle określonej chwili, nie tak codziennie i bez sensu. Samochód nie służył do jeżdżenia po zakupy czy do odwożenia Trutni do szkoły. Trutnie miały zdrowe odnóża, mama miała siatki i dwie ręce, a samochód był stworzony do wyższych celów. I miał go ojciec. I chodził po niego i do niego jak do najładniejszej dziewczyny w okolicy. Starania i zabiegi, którymi mój ojciec obdarzał samochód, były z pewnością większe od zabiegów, które musiał niegdyś przedsięwziąć w celu zdobycia mojej mamy. Zresztą z nią było mniej ceregieli niż z samochodem. Robi dzieciom śniadanie, pilnuje, żeby były spakowane, stoi przy garach, gotuje bez gadania pięć dań równocześnie i nie pomyli się, gdzie cukier, gdzie pieprz, mimo że Trutnie na niej wiszą, i znowu ładnie wygląda, chociaż nie powinna. Moja matka Maria Stuart. Uśmiech do zdjęcia, uśmiech do ścięcia. Maria Stuart królowa kuchni. Ma pomidory i młode ziemniaki z koperkiem, ma ciasto z pianką, ma dzieci i sukienkę w kwiatki. Ojciec zaś ma samochód. I wszyscy powinni być zadowoleni.

Dzieci były bardzo średnie, w cieście czasem robił się zakalec, dobra mina do złej gry, natomiast samochód był wyjątkowy. Całe te ceregiele, wyjścia i powroty, ukrywanie go, dziwność ojcowych nabożeństw wyjaśniała się, gdy pod klatkę schodową podjeżdżał wreszcie pomarańczowy płomień, a sąsiedzi wystawiali głowy przez okna, zwabieni miękkim barytonem silnika. Gdybyśmy mieli samochód codziennie, przestałby należeć do sfery sacrum, pomarańczowy płomień nie rozpalałby sąsiedzkiej wyobraźni, a miejsce jego ukrycia stałoby się dostępne dla każdego głupiego Jasia. Gdyby samochód stał na parkingu, ktoś mógłby zechcieć bezrefleksyjnie przejść mimo, zawadzić kołem wózka dziecięcego, zaparkować zbyt blisko innym samochodem, jakiś pies mógłby podnieść nogę, człowiek zły porysować lakier na masce kluczami pełnymi zrozumiałej zawiści, jakieś dziecko mogłoby grać koło naszego samochodu w piłkę, a piłka mogłaby omójboże nawet mi nie mów. I tak dalej. Ale samochód nie był chlebem powszednim i żadne tam daj nam dzisiaj. Nie dla psa kiełbasa, nie dla plebsu opel kadett tysiąc. Zresztą ojciec nie używał słowa samochód, mówił po imieniu, opel, idę po opla, powiedział na pewno, gdy wychodził rano na swoją jutrznię, a ja jeszcze spałam; mówił: opel, ewentualnie: autko.

Pomarańczowy kolor płomienia, jak większość spraw niewyjaśnionych przez ludzkie mózgi, ale czczonych i mitycznych, był przypadkowy. Ojciec kupił nowe auto, powypadkowe. Złożył je, właściwie zbudował od początku, trudno się zatem było dziwić jego przywiązaniu; jako dzieci i Trutnie nie rozumieliśmy, dlaczego ojciec bardziej zabiega o stan techniczny, czystość i względy samochodu niż nasze, dlaczego auto nocą mieszka gdzieś daleko, w osobnym tylko swoim domku, a my się gnieciemy we wspólnym pokoju, porośniętym nienawiścią o każdy klocek, książkę, kredkę. Z czasem stało się jednak oczywiste, że ważniejsze jest dla człowieka coś, co robi dwa lata, niż kilka minut. Lakier sprowadzano w czasie tajnej misji z zamorskich krain, gdzie lakiery do samochodów istniały. Zdobycie puszki lakieru oznaczało wyprawę do Kolchidy czy El Dorado, ale ojciec się uparł i lakier załatwił. Lakier miał być koralowy. Król Karol zamiast korali kupił królowej Karolinie lakier do karoserii koloru koralowego. Gdy otwarto pierwszą puszkę, okazało się, że kolorem koralowym ten kolor nie jest, tylko kolorem wściekłej pomarańczy, płatków nasturcji i aksamitek. Zdobycia innych puszek farby do karoserii w kolorze dowolnym niepomarańczowym nikt nawet nie brał pod uwagę. Tak, drogie dzieci, był sobie kiedyś kraj nad Wisłą, gdzie wszystko było niemożliwe albo za dolary. A dolary wcale nie były dolarami, tylko papierem. Ale nikt z mieszkańców tej krainy prawdziwego dolara na oczy nie widział, więc zgadzaliśmy się na papier. Wiele rzeczy w tej zaklętej krainie zrobiono z papieru, poza najważniejszym z papierów, kwintesencją papieru, którego nie było. A jeśli był, ludzie tak się cieszyli, że robili z niego wieńce i naszyjniki.

Sąsiad z czwartego wystawia łysą głowę, bo oto między szare szczyty wielkiej płyty wjeżdża ognisty rumak, zatrzymuje się w polu zdumionych fiatów 126p okraszonych jednym czy dwoma polonezami, a z rumaka wysiada mój ojciec, wódz nad wodze, i udaje szlachetnie, że nie liczy spojrzeń poddanych, zazdrośnie obserwujących nieskalaną sylwetkę opla kadetta tysiąc, poddanych nieświadomych, że mityczny kolor wściekle pomarańczowy jest niezaakceptowanym zbiegiem okoliczności, i traktują go jak ekstrawagancję, na jaką tylko prawdziwi wodzowie mogą sobie pozwolić.

Ojciec wysiada. Obchodzi samochód dookoła, zagląda pod maskę, chociaż wie, że nie ma czego poprawiać, silnik chodzi pod jego ręką jak dwudziestolatka po jednym piwie za dużo. Tata przyjechał opelem! krzyczą Trutnie czatujące przy oknie, tatatatatata opelemopelem! Mama zakręca kurki gazu. Może chciałaby odkręcić, zdjąć z balkonu suche ręczniki i zatkać nimi szpary pod drzwiami, nie wiem, może chciałaby, ale jej nie wolno, jest gospodynią domową i ma teraz powkładać jedzenie do garnków i słoików, jest głównym logistykiem wyprawy i musi sprawdzić, czy zgadza się liczba śpiworów, majtek i suchych ręczników, czy jest akutol na rany na kolanach, który piecze jak cholera, ale trzeba; jest w końcu mamą moją i Trutni, ma na sobie letnią sukienkę i nie czas myśleć o takich rzeczach.

– Gotowi? – pyta ojciec, który już stoi w progu.

– Prawie – odpowiada mama. Ustawia nas w pochodzie, na czele którego stoi ojciec. Ojciec czeka przy drzwiach i się nie rusza, czeka spokojnie, aż mama skończy nas ustawiać i sprawdzać, czy wszystko zabraliśmy. Ojciec nie rusza się z miejsca. Nie narzeka, że za długo, nie poprawia, nie ingeruje w strategię mamy, nie działa wcale. Każdy tu ma swoje miejsce i swoje zadania, mama po prostu ma wiele miejsc i zadań, a ojciec jedno, ale ważne: przywieźć samochód, podjechać ognistą strzałą i czekać spokojnie, aż pozostałe mniej ważne zadania zostaną wypełnione.

Mama zakłada nam na ramiona szelki spakowanych plecaków, rozdziela między nas torby i garnki, stawia przed ojcem ogromną granatową walizkę. Trutnie dostają zielony owalny garnek, który nazywa się gęsiarka, choć gęsi nigdy nie widział, jeśli już, to bigos, czasem nogę kurczaka. Nie mieścimy się do windy, schodzimy z drugiego piętra po schodach, odprowadzani migającymi judaszami sąsiadów; pokrywki podskakują rytmicznie, nadając naszemu obiadowo-deserowemu pochodowi pierwszolipcowemu rys smutnej uroczystości państwowej albo pogrzebu. Czekaliśmy, aż mama rozlokuje nas na czerwonych siedzeniach opla kadetta tysiąc, pozapina pasami i każdemu ułoży na kolanach jakiś bagaż podręczny. Co się nie zmieściło do bagażnika, trzymamy przy sobie, trochę chyba jak w samolocie, ale skąd mogłaby to wiedzieć, samoloty nie latają w naszej magicznej krainie, mama leciała tylko raz, w osiemdziesiątym czwartym, do Rzymu, do papieża; przywiozła nam pisaki i pomarańcze, ale istnienia samolotu nie potrafiła udowodnić. Dostawałam do trzymania na kolanach zieloną gęsiarkę. Wyobrażałam sobie, że gdybyśmy mieli wypadek, znaleziono by nas zalanych sosem pieczarkowym i ciastem z pianką. Moją mamę rozpoznano by po letniej białej sukience i po wianku z pierogów, a wszystko przykryłaby zupa pomidorowa zmieszana ze szkłem słoików. Na szczęście mieliśmy przy sobie kilka butelek akutolu na rany, który szczypał jak cholera, ale tak trzeba. Akutolowa powłoka zabezpieczała każdą ranę grubą gumową warstwą. Byliśmy zranienioodporni. Tak przynajmniej uważaliśmy.

Ojciec jechał pewnie i bezpiecznie. Wiedział o swoim oplu wszystko, wszak go stworzył, my zaś nie wiedzieliśmy nic, wszak byliśmy tylko trójką bez sternika i bez pomyślunku, zatem zawsze musieliśmy pytać, a skutek bywał różny. Czasem ojciec pozwalał otworzyć okno, czasem nie. Czasem jedno tak, a drugie już nie. Na szczęście można było od początku jazdy rozmawiać, co stanowiło poważne udogodnienie w stosunku do wypraw zimowych, na przykład gdy jechaliśmy na święta do wuja do Cieszyna i przez pierwszy kwadrans nie można było rozmawiać ani oddychać buzią, tylko przez nos, bo szyby oplowi zaparują. Nie można też było nigdywcale, bez względu na porę roku, wiercić się ani rozpraszać kierowcy formuły jeden zbędnymi pytaniami w stylu tato, a kiedy dojedziemy, albo tato, a czy możemy gdzieś stanąć bo mi się bardzo chce sikać kaszleć rzygać, ani też uwagami natury estetycznej o jaka gruba krowa, o jaki ładny dom.

– Możesz stanąć koło sklepu na Zabawie? – prosiła mama na dziesięć minut przed wjazdem do wsi Zabawa, żeby dać ojcu czas na przemyślenie sprawy, zebranie i ocenę argumentów i kontrargumentów i powzdychanie. Stanąć koło sklepu. Czy możesz. Nigdy nie mógł. Wzdychał i zatrzymywał samochód.

Wiejski sklep pachniał ciepłym chlebem, babami w trzech warstwach kufajek odpornych na każdą temperaturę i chłopami, którzy od dziewiątej rano przepijali emeryturę. Ekspedientka odkrawała nożem kawałek czerwonej marmolady z ogromnego bloku. Na blacie stało przezroczyste pudło z landrynkami tak posklejanymi, jakby ktoś celowo pluł między nie albo lizał i odkładał z powrotem, aż do uzyskania zielono-złotego witrażu. Nad plackami z serem wolno krążyły tłuste muchy i osy złodziejki, symbiotycznie związane ze sklepem. My też byliśmy symbiotycznie związani ze sklepem, zwłaszcza Trutnie, które w czasie każdej naszej wizyty umiały wypatrzyć lizak o nieznanym im smaku albo gazowane picie w kolorze nieistniejącym w przyrodzie. Ojciec i opel czekali na zewnątrz, stali i czekali, spoglądając gniewnie na bąbelki w butelce i złocistą kulę landrynek. W autku się nie je ani nie pije, przypominam, mówił ojciec, w autku się wyłącznie jedzie, żadnej innej czynności w autku się nie wykonuje. Konsekwencje, mówił ojciec, a myślał opel, konsekwencje to nie jest słowo wszystkim znane, landrynkowe konsekwencje to słodkie plamy na nienagannej tapicerce, bąbelki butelkowe oznaczają, że nam to picie za dwieście metrów pójdzie nosem i uszami, a suma składników oznacza pawia w autku, pawia w oplu, czyli że chyba idziecie na piechotę, tak? Kto puści do opla pawia, tego się dusza nie zbawia.

– Nie chcemy iść na piechotę, bo się zgubimy i jest za ciepło! – darły się Trutnie. – Wypijemy i zeżremy wszystko teraz! I nie będziemy rzygać w oplu, obiecujemy, tatusiu! Kto opla cukrem uklei, nie masz dla niego nadziei! Kto na siedzeniu się wierci, ten błaga o karę śmierci! Kto w opla łapska wyciera, temu się piekło otwiera!

Mama podawała Trutniom chusteczki do łap, chusteczki kleiły się do skóry, Trutnie wsiadały i kładły uklejone paluchy na kolanach, żeby tylko nie dotknąć opla kadetta w żadne miejsce. Już za drugim zakrętem zaczynało się Trutniom odbijać wesołymi kolorowymi bąbelkami, które szczypią na podniebieniu i w nosie jak nieświadome dzieciństwo. Trutnie łapały powietrze, jakby pływały w oplu kraulem, i modliły się, żeby nie rzygnąć. Na szczęście byliśmy już blisko.

Jeszcze jeden zakręt, jeden pagórek i ostatni zjazd w drogę, o której wiedzieli tylko ci, którzy mieli wiedzieć, i byliśmy na miejscu. Tak się mówi, jesteśmy na miejscu, czyli na czymś, na czym być powinniśmy. Tam, gdzie chcemy. Dokąd dążymy. W punkt, który sobie wyznaczyliśmy, miejscu, gdzie jest nasze miejsce. Nasze, do dyspozycji, dla mnie, dla ciebie, bierzcie i jedzcie to miejsce, przynoście tu swoje rzeczy, swoje garnki z jedzeniem, pościel, proszek do prania, dzieci mile widziane, rozmnażajcie się i czyńcie sobie miejsce poddanym. Choćby się nie wiem ile razy powtarzało, choćby się to tłukło w każdym zdaniu, nic się nie zmieni, język i tak pozostanie szmatą bez zasad. Miejsce. Nasze miejsce.

Opel parkował na trawie, łamał znaki ostrzegawcze babki lancetowatej, zapadał się w miękkie srebrzyste skrzydełka pięciornika gęsiego. Dach domu i ganek wyłaniały się zza gałęzi gruszy, które trzeba było rozgarniać ręką jak włosy opadające na czoło. Przed nami otwierało się nisko położone gardło piwnicy z prowadzącą do niego ścieżką stokrotek. Z prawej strony, za trzema węgierkami ubranymi w niewielkie, zielone jeszcze owoce, stała psia buda. Pies zobaczył nas i ucieszył się swoją głupią psią radością, wył i tańczył na łańcuchu, kładł się i pokazywał brązowy miękki brzuch, prosząc o czułość. Pies się cieszył, że przyjechaliśmy. No i to by było na tyle.

Na tyle radości i na tyle ruchu. Gdybyśmy się zatrzymali w naszym garnkowo-pościelowym pochodzie, gdybyśmy się wyłączyli jak silnik samochodu, który zasłużył na dłuższy odpoczynek, usłyszelibyśmy ptaki w gałęziach, żaby w stawie, wiatr dotykający ziemi. Gdybyśmy. Ale szliśmy dalej, do domu. Szliśmy w naszej nierozumnej pielgrzymce garnkowo-pościelowej, szukając ciągle i od nowa tego, co nie było dla nas. Ludzi. Ludzi nie było. Człowiek jest głupi i uważa, że ludzie są mu potrzebni, domaga się ich dźwięków, zapachów, słów, podczas gdy żaby w stawie naprawdę są przyjemniejsze. I rytmiczne stukanie dzięcioła. I czarno-czerwone żuczki, które poruszają się, tworząc plamę, jakby musiały się dotykać, czuć, jakby chciały swojej bliskości. Żuczek żuczka z żuczkiem. Naprawdę żuczki są ciekawsze i sobie bliższe. I tylko ta wieczna naiwność mojej mamy, że może tym razem się uda, i tylko te pobożne życzenia mojego ojca, że tym razem to już na pewno, tylko się trzeba postarać, i Trutnie robiące za dużo hałasu, przekonane, że swoją radością i spontanicznością coś wywalczą. A trzeba było pozostać na poziomie żuczków, zbliżyć się plecami, uformować szyk, żeby nikt nam nie zaszkodził, i mieć w nosie wszystkie sprawy poza sprawami żuczkowymi. Żuczki to wiedzą, człowiek nie wie. Dla żuczka to proste, istnieje drugi żuczek, trzeci żuczek, czyli że są żuczki. Człowiek człowieka nie widzi, a i tak wierzy, że jest. Nieprawda. Ludzi nie ma. Ludzi nie było.

Mama wniosła po schodach gigantyczną konstrukcję z kołder, poduszek i śpiworów. Usiadła na drewnianej ławie na ganku. Ojciec zamykał okna w samochodzie, jakby starał się zatrzymać czas, nie wpuścić wsi do środka, opel nie mógł pachnieć skoszoną trawą i jabłkami, które spadały przedwcześnie i gniły, miał pachnieć benzyną. Przez uchylone drzwi wpadły do domu Trutnie, pozbawione jeszcze rodowej pamięci, jeszcze uważające, że każdy dzień się wiecznie zaczyna, a wieczór, tydzień, rok są gumką do mazania, i że się przebacza, zapomina i chce. Dzień dobry, wrzeszczały Trutnie.

– Dzień dobry – odpowiedziała babcia Marysia.

– Dzień dobry! – darły się Trutnie.

– Dzień dobry – odparł dziadek Antoni.

– Dzień dobry! Dzień dobry!

– Dzień dobry – mruknęli ciotka Irmina i Szwagier.

Ludzi nie było.

Dzień dobry święte, najświętsze. Dziadek Antoni nie przystałby na opis stworzenia świata zaproponowany w Księdze Rodzaju. Żadne tam Niechsięstanie Istałosię, to Dzień dobry było logosem, zaklęciem umożliwiającym wejście w świat drewnianego domu wśród śliw, grusz i orzechów. Przybyli, czyli my, musieli bezwarunkowo oddać hołd każdemu z obecnych za pomocą Dzień dobry. Każdy każdemu. Trzeba było powiedzieć Dzień dobry tyle razy, ilu ludzi zobaczyło się w domu pod orzechem, i tyle samo razy należało poczekać na odpowiedź w pozycji na baczność. Dzień dobry, ciociu. Dzień dobry. Dzień dobry, wujku. Dzień dobry. Dzień dobry, teściu, mówiła moja mama. Dzień dobry, odpowiadał dziadek Antoni. Co u was słychać, pytała mama. Dziadek odwracał się plecami albo mijał ją w progu i wychodził.

Mama miała ładną letnią sukienkę i całą blachę ciasta w ręce, ale była beznadziejna w te klocki, nie nadawała się wcale do zabaw, w które namiętnie i bezwzględnie bawiono się w domu pod orzechem; fatalnie się czuła na pozycji rozgrywającej, przecież dostawała piłkę pod same stopy, a zachowywała się, jakby w ogóle nie wiedziała, o co chodzi na boisku. Wracała co roku w tej swojej ładnej sukience, która nie zwracała niczyjej uwagi, i z tym swoim pysznym, pachnącym ciastem, które nikogo nie obchodziło.

– O, upiekłaś ciasto – zauważał Szwagier. – Jak pachnie.

– Zaraz pokroję – mówiła mama.

Ciotka Irmina podnosiła brew.

– A... w zasadzie ja i tak nie mogę, bo mam cholesterol – bronił się Szwagier. Też grał średnio, ale miał licznych pomocników i sędziego głównego po swojej stronie.

Mama stawała w progu i uświadamiała sobie, że znowu nie pamięta reguł, że już ostatnim razem miała sobie zapisać na kartce, ale zapomniała, i znowu przegra. Już przegrała. Od ostatnich wakacji nie posunęła swojego piona o ani jedno pole do przodu, nie przeszła ani jednego poziomu. Poziom pierwszy jakoś jej darowano, przesmyknęła się przez pole z napisem Dzień dobry, jestem nowa w grze, zostałam właśnie żoną jednego z zawodników ze stałego składu i synową mistrza gry. Pozwolono jej raz czy dwa rzucić kostką, nowa zawodniczka się przyda, wspaniale jest grać z nową zawodniczką w ustalone od dawna reguły. Wydawało się jej, że opanowanie zasad jest tylko kwestią czasu, że może jej samej uda się wpłynąć na przebieg którejś partii dzięki inteligencji twórczej albo szarlotce. Ale się jej wydawało, wciąż tkwiła na tym samym polu, z jednym głupim domkiem, jak w Eurobiznesie, pomiędzy linią kolejową a siecią wodociągów, w miejscu, gdzie nikt się nie zatrzymuje. Dzień dobry. Wszystkie stoły zajęte, nie bardzo jest gdzie to ciasto położyć.

Dom pod orzechem zbudował mój ojciec ze swoim ojcem. Być może posadzili też orzech, żeby dom był pod orzechem. Kiedyś myślałam, że budowali we trzech, ze Szwagrem, ale ojciec na wspomnienie Szwagra pomocnika śmiał się w kułak, a dziadek Antoni machał ręką. Szwagier nawet gwoździa nie umiał porządnie podać, a młotek byłby w stanie zepsuć, lepiej więc było nie dopuszczać go do twórczości i podśmiechiwać się pod wąsem zamiast potem przez pół dnia sprzątać to, w co Szwagier niechcący wdepnie albo skonstatuje jako zbyt banalne i będzie potrzebował upiększyć. Szwagier kiedyś, pod nieobecność ojca i dziadka, przybił na samym środku zewnętrznej ściany domu – na samym środku, śmiał się ojciec, na środku, na jakim środku – półkę, na której ustawił figurkę Matki Boskiej z Dzieciątkiem, chociaż nie wierzył ani w jedno, ani w drugie. Matka Boska była piękną blondynką w letniej sukience, mogłaby równie dobrze trzymać blachę pełną szarlotki zamiast dziecka, stać tak sobie i chronić nasz dom przed dziećmi, które na początku dają się trzymać na rękach, a potem rosną i zaczynają się stawiać, ale gdy padał deszcz i Matka Boska płakała nieprawdziwymi łzami, Szwagrowi zrobiło się jej żal. Obudował smukłą sylwetkę przezroczystym pleksi, dodając na górze daszek zmyślnie wycięty w kształt nieregularny. Matka Boska i jej Dzieciątko wyglądali, jakby wsiedli do rakiety i chcieli uciec z domu pod orzechem na dowolną planetę. Ojciec przewrócił się prawie ze śmiechu, nazwał ją Matką Boską Kosmiczną i zdusił w zarodku kiełkującą pobożność Szwagra. Matka Boska Kosmiczna przetrwała jeden sezon i zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Może dziadek ją zdjął i wyrzucił. Dziadek był niewierzący naprawdę, nie tak jak Szwagier, dla picu, więc z całą pewnością miałby odwagę zdjąć niejedną Matkę Boską i wyrzucić gdziekolwiek, na przykład na leśny śmietnik Gąsowskich, albo zanieść do piwnicy, gdzie można było znaleźć przedmioty kultu należące do różnych wyznań, traktowane z jednakową obojętnością. A jeśli nie dziadek pozbył się Matki Boskiej od świętego Jurija Gagarina w Rakiecie, może sama odleciała na inną planetę, co byłoby najlepszym dla niej i dla dziecka rozwiązaniem.

W lesie, blisko ścieżki, w grubą kołdrę mchu ktoś wbił drewniany krzyż. Krzyż stał na Niemcu, Co Go w Lesie Pochowali, bo umarł i trzeba go było pochować, ale skoro Niemiec, to wiadomo, że nie na polskim cmentarzu koło Bohaterskich Lotników, bo naprawdę nie wypada. Może nawet chrześcijanin, dowiedzieć się nie było jak, ale wbić krzyż nie zaszkodzi, więc wbili. Leżał ten Niemiec w lesie i widok miał lepszy niż Bohaterscy Lotnicy na cmentarzu, bo cmentarz był za kościołem, a Niemiec przy ścieżce, którą prawie wszyscy chodzili. Do lasu i przez las. A poza tym powinien się cieszyć, że go w ogóle pochowali, skoro Niemiec.

Droga z lasu wychodziła na asfalt, który kiedyś zaczęli kłaść. Może nawet i skończyli, nie wiadomo, w każdym razie poszli sobie gdzieś, ci oni, co wszystko zaczynają i zostawiają w połowie roboty rozpieprzone, i nie wrócili. Asfalt przez jakiś czas wyglądał dość autonomicznie, a potem pozwolił, żeby ludzie wydeptywali z niego ścieżki w różnych kierunkach, przeważnie do swoich domów. Dom to popularna nazwa miejsca, w którym ludzie przebywają, gdy pada deszcz i gdy chcą zademonstrować, że mogą ze sobą wytrzymać, chociaż nie mogą ze sobą wytrzymać. Nazwa popularna i niezbyt precyzyjna. W domu ludzie, najczęściej kiedy właśnie pada, wykonują tajemniczym sposobem nowych ludzi, żeby oni też nie mogli ze sobą wytrzymać. Każdemu się to należy.

Dużo domów koło siebie to jest wieś. Między domami są pola, łąki, maliny pani Słowikowej, czereśniowy sad pana Mietka. Dalej niebieski kościół wśród lip, cmentarz z Lotnikami, którzy kiedyś latali, a teraz leżą. Przy naszej ścieżce stoi stajnia ciotki Aurelii, nasz dom, a dalej rosną porzeczki, prawie wszędzie porzeczki. Nie ma ich tylko w zimie, ale w zimie w ogóle nie ma wsi. Przykrywa ją śnieg, i tyle. Wieś jest tylko w lipcu i sierpniu, resztę roku mieszkamy w mieście i wsi na pewno wtedy nie ma. Nikt jej nie widział. Może tylko dziadek.

Dziadek przyjeżdża na wieś w kwietniu. Można by go spytać, czy wtedy jest droga, czy są maliny, czy można jak w lipcu zbiec łąką i potknąć się o rzekę, zimną i szklistą. Można by spytać, ale nie można.

Dom miał tyle lat, ile ja, a może to ja byłam w wieku domu, nie wiem. Ojciec zaczął go budować w roku moich narodzin, chyba nawet zanim się urodziłam; dom jest łatwiejszy do pomyślenia i wybudowania od nowo narodzonego dziecka, nie chciałam tak myśleć. Zaczęli więc budować wtedy, a nie skończyli nigdy. Ciągle chodzili wokół domu i krążyli jak ćmy po jego wnętrzu, od rana do wieczora, nieustannie znajdując coś do przykręcenia, przewiercenia, dociśnięcia albo poprawienia po Szwagrze, jego Matkach Boskich Szwagrowych, gzymsikach, kolumienkach i pilastrach, jakby Szwagier się uparł, że całą swoją nieudaną miłość do historii architektury przeleje w praktyce na ten dom. Zawsze coś było do zrobienia. Dlatego nie zwariowali. Ratunkiem na szaleństwo jest tylko praca, zajęcie dla rąk.

Ojciec był z domu bardzo dumny. Na zdjęciach z mojego chrztu pokazywał palcem siebie i tłumaczył, dlaczego akurat wtedy przez kilka tygodni musiał nosić ciemne okulary. Belka uderzyła go w oko. O mało nie zginął. Mógłby zginąć, jednak cudem się uratował od zginięcia. Ale to było bardzo niebezpieczne. Budował dom mimo narażenia życia. Narażał się normalnie jak ruski chłop przymuszony do stawiania Petersburga w błocie. I dostał belką w oko, prawie jak w biblijnym powiedzonku, tylko dosłownie i jeszcze gorzej.

Pytałam ojca o jakiś plan, rysunki, projekt, architekta. Śmiał się. Dom w głowie, drzewo w lesie. Jechali wozem do lasu, wracali z drzewem. Przecież nie ma sklepów z drzewem, drzewa się nie kupuje, drzewo się ścina i przywozi wozem wuja Teofila. Potem się wyładowuje drzewo i przygląda się mu. I od razu widać, jak to skąd widać, skoro Michał Anioł widział w marmurze, to mój ojciec z ojcem swoim widzieli w sośnie, widzieli i wiedzieli, w którym miejscu ich domu ona być powinna. Ta sosna i następna, i każda kolejna. I nie potrzebowali rysunków ani planów, mieli swój dom w swoich głowach. Pozwolenie na budowę? Chyba żartujesz, a kto tu miał dziadkowi czegoś zabraniać, skoro to jego ziemia? Które drzewo można wyciąć w lesie? Jak to które wyciąć, skoro wszystkie drzewa były nasze. Nasz las, nasze drzewa, nasze miejsce. No nasze, rodziny, może nawet rodzinne. Nasze wasze, dopytywałam, nasze ich, czyje w końcu i czemu nie wiadomo czyje, skoro dla siebie zbudowaliście, po co wam tu wszyscy my inni, czemu siedzimy w tym wyobcowanym ciasnym mrowisku, jakby nie było innych mrowisk na świecie, chociaż na pierwszy rzut oka widać, że należymy do różnych gatunków mrówek, że są drapieżne mrówki leśne, są te małe czerwone, których nikt nie traktuje poważnie, a jak ugryzą, to boli jak cholera, i są faraonki, którym się nie chce zakładać własnego gniazda, nie chce im się ryć korytarzy i zdobywać pożywienia, tylko się wprowadzają, gdy cudzy dom stoi gotowy. No to czyje to wszystko, nasze wasze ich, które mrówki najważniejsze, dlaczego nas tu poupychano jak ogórki w słoiku, nie zmiękniemy w środku, tato? Ojciec wyprowadził mnie na drogę.

Po jednej stronie stał jego dom, po drugiej stajnia ciotki Aurelii. Dalej wzgórza i parowy, lasy i łąki, domy i dymy z kominów. Las z grobem Niemca, Co Go w Lesie Pochowali, no bo Niemca na cmentarzu, jakże by to wyglądało. Widzisz, powiedział ojciec, wszystko nasze. Wszystko rodziny. Jak ja mam sobie drzewa w lesie nie wyciąć, skoro to nasz las i nasze drzewo? Kogo ja się o pozwolenie mam pytać, kto mi tu może na coś pozwolić albo zabronić czegoś? Nie rozumiem, tato, skoro to nasza ziemia, rodziny, czemu sąsiedzi na niej mieszkają? Czemu tam jest czereśniowy sad pana Mietka i to pan Mietek czereśnie w nim zbiera, skoro to nasz sad, rodziny? I czemu dzieciaki od Gila tędy do lasu na grzyby chodzą, skoro to nasza rodzinna droga i nasze grzyby w lesie? I czemu Gąsowscy śmietnik w lesie zrobili, skoro to nasz las? A różnie, mówi ojciec, trochę się w karty przegrało, trochę się tych jodeł i buków przepiło w historii, ale najwięcej to wżenionych, wżenieni, mówi ojciec, rodziną się stali przez wżenienie i teraz uważają, że ich jest las, droga i czereśnie. To nie jest rodzina, ci wżenieni? Wątroba nie mięso, szwagier nie rodzina, mówił ojciec. Może im trzeba powiedzieć, tato, żeby las i grzyby oddali, żeby sklepów i kościołów na naszym nie budowali, skoro nasze rodzinne, co, tato? Nie chce mi się, powiedział ojciec, ważne, że ja wiem, jak jest. Oni też wiedzą, że po naszym chodzą, i głupio im, a mnie to wystarcza. Teraz ty też wiesz, bo ci powiedziałem. Wiedz to do końca życia. Mógłbym ich wszystkich jednym palcem przepędzić, ale mi się nie chce. A poza tym mam robotę.

Ze stajni wybiegały żółte kuleczki. Ciotka Aurelia wynosiła na drewnianej tacy drobno pokrojone jajko, żółto-biały śnieg, i karmiła pisklęta tym samym, czym były jeszcze kilka dni temu.

Dom pod orzechem zbudował mój ojciec ze swoim ojcem. Obiekt ten był najpiękniejszym wyrazem współpracy między ojcem a synem, jaki znała ludzkość. Żaden z nich nie planował, żaden nie rysował, żaden nie prowadził wykresów ani obliczeń, niewiele w zasadzie rozmawiali, a wiedzieli dokładnie, co robią. Być może obu im było potrzebne dokładnie to samo. Według tradycyjnej nomenklatury budowlanej dom nie został ukończony, ale oni, mimo że wciąż dłubali w budynku jak w leczonym kanałowo zębie, trwali w przekonaniu, że ukończony był zawsze, już wtedy, gdy powstał w ich tajemnie połączonych, jednobrzmiących umysłach. Nie poprawiali go zatem, bo nie było czego poprawiać, podobnie jak nie było kogo prosić o pozwolenie na budowę czy na ścięcie drzewa w lesie. Ich nieustanne krążenie wokół domu z młotkiem i poziomicą było więc trochę jak prace konserwatorskie, doglądanie, czy w przesadny sposób domu gdzieś nie zepsuliśmy. Dom był ich wspólnym dzieckiem, jednoczesnym synem i wnukiem, stworzonym według przepisu biblijnego, czyli na obraz i podobieństwo Twórców. Widać było, że Twórcy dom ten wznieśli wyłącznie dla siebie samych i swoich potrzeb, a cała reszta letnich lokatorów pojawiła się tam niechcący, przypadkiem i głupio po prostu, głupio. I dom dawał nam to odczuć.

Twórcy dwaj zbudowali dom sami i dla samych siebie, dom doskonały, jak oni sami i ich witruwiańscy ludzie, doskonały obraz siebie samych, noszony z dumą jak order na piersi. Lubili swoją mroczną piwnicę, mimo otwartych drzwi zawsze ciemną; pobudowali w niej emocjonalne labirynty półek ze śrubami i gwoźdźmi, postawili przeszkody grabi, łopat i taczek. Do tego wnętrza pasowały tylko szerszenie o dźwięku zepsutych świetlówek, obijające się o szyby małych okienek jak pijane nastolatki w knajpianej toalecie. Ganek Twórcy pozostawili w pełnym słońcu, a gałęzie orzecha, które chciały się nad nim zwiesić i zasłonić cokolwiek, obcinali natychmiast. Betonowa patelnia ganku była lepszą ochroną niż fosa z mostem zwodzonym, każdy wróg cofnąłby się natychmiast. Drzwi wejściowe znajdowały się pod niewytłumaczalnym przez meteorologię wpływem nieustannych wiatrów i trzaskały groźnie, a Twórcy wkładali pod drzwi któryś ze swoich butów. Na tym bucie, podtrzymującym drzwi, trzymał się dom, jak świat trzymał się na słoniach i krokodylach. Chcieli mieć kościół i dom równocześnie, wyszła, jak to zwykle ludziom, wieża Babel.

Dziadek śpi na dole. Babcia też. Na drugim łóżku. Pies pod schodami. Ciotka Jadwiga chyba też gdzieś śpi, ale nigdy nie widziałam, więc niekoniecznie. Na górze w jednym małym pokoju my wszyscy z Trutniami. W drugim małym pokoju – oni wszyscy z Dziubaskiem. I czasem wujaszek. Bardzo wiele za wiele o wiele za dużo ludzi. Gdyby ktoś przypadkiem w tajemniczy sposób wykonał jeszcze jednego człowieka, on zapewne musiałby leżeć na kimś.

Do dwumiesięcznej wsi o niepewnym statusie ontologicznym nasz dom bardzo pasował. Nie był nasz. Oni tak mówili, ja też tak mówiłam, miałam za dużo czasu, a za mało słów. Dom nasz, ale czyjś. Prowizoryczny. Zamiast porządnego wieszaka – kołek wbity w ścianę. Zamiast łazienki – pomarańczowa balia z wodą. Zamiast rodziny – zbiór i podzbiory. Zamiast. Wszystko takie na chwilę, na a może się uda, jakby siać na niezaoranym polu. Aż dziw, że dom prowizoryczny z udawaną rodziną funkcjonował tyle lat. Może jest łatwiej, gdy się nie ma ambicji.

Gdyby dwóm osobom jednocześnie zachciało się otworzyć dwoje naprzeciwległych drzwi od dwóch pokoików na piętrze, klamki spotkałyby się w połowie drogi, któraś musiałaby ustąpić, powiedzieć przepraszam i poczekać. I mówiliśmy przepraszam. My z pokoju na wschodzie, pobudka ze słońcem, upał do wieczora, spocone drewno i stopy, i oni, Dziubasek ze stworzycielami swemi z pokoju zachodniego, spanie do jedenastej, pająki i wilgoć. Przestrzeń między pokojami miała długość i szerokość kroku dorosłego człowieka. Nie wiadomo, czemu było tam zawsze ciemno, żarówki utrzymywały się zaledwie kilka dni i więdły jak niepodlewana paproć. Drewniana akustyka domu ogłaszała bezwstydnie, że ktoś idzie po schodach – dzięki niej ktoś inny, przebywający w którymś z pokoi, wiedział, że nie może otwierać drzwi, żeby nie zabić przybysza. Nieustające zaproszenie do współuczestnictwa, ocierającego się o ekshibicjonizm, i nieustające igranie z ludzką wytrzymałością. Nikt tu nikogo nie chciał zabić, w żadnym razie, to by było nazbyt szybkie, a zabawne wyłącznie jednorazowo. Szkoda zachodu. Reguły gry każą utrzymywać przeciwnika przy życiu jak najdłużej, łudząc go możliwością wygranej, podczas gdy policzono, zważono, podzielono.

Twórcy tej wielorodzinnej i wielopokoleniowej budowli nie przewidzieli potrzeby skorzystania z łazienki. Być może uznali, że ludzkość na tym poziomie rozwoju powinna już oczyszczać się sama, jak kot, albo też że taplanie się w wielkiej balii ze studzienną wodą, podgrzaną bezgotówkowo słońcem, wystarczy. Dziadek jako istota wyższa, poczucia brudu wyzbyta, kropił się hizopem i nad śnieg wybielał tudzież obmywał się w rzece zapomnienia, nie wiem, był czysty, i tyle. Patrzył na nas ze zdziwieniem, gdy szorowaliśmy się w balii i pluliśmy białą pastą do zębów na korę orzecha włoskiego. Problemy utrzymania prowizorycznej czystości dawały się jakoś rozwiązać. Gorzej z sikaniem. Najgorzej zaś z sikaniem w nocy.

Im więcej się myśli o tym, że się może zachcieć sikać, chociaż nie powinno, tym bardziej chce się sikać natychmiast, zaraz, szczególnie w nocy. W nocy każdemu, kto pomyśli o sikaniu, komu przyjdzie do głowy, że mu się nie chce sikać albo że mu się chce sikać, albo że na pewno zaraz zachce mu się sikać, temu natychmiast chce się sikać. A nie można się po prostu wysikać, trzeba zejść po schodach, otworzyć drzwi, przebyć zimny ganek, znaleźć wejście do piwnicy, otworzyć kolejny sezam, zaświecić światło, siąść wreszcie ciepłym ciałem na zimnej desce kibla, zbudowanego pod ziemią, jakby trzeba było nasze gówno ukryć, jakbyśmy na pokojach żadnego gówna nie mieli. Wrócić tą samą drogą.

W nocy nikt dobrowolnie nie zejdzie po piętnastu skrzypiących schodach, tanich zdrajcach, nikt za żadne pieniądze nie podejdzie do drzwi na dole, koło których stoi tapczan dziadka, nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie próbował przekręcić w zamku klucza, który umie przekręcić za jednym razem tylko dziadek Antoni, który śpi, którego nie wolno budzić; nikt wreszcie nie odważy się wejść w czarną zupę nocy, by opróżnić pęcherz pod krzakiem albo skorzystać z piwnicznego wychodka.

Nikt wreszcie, nawet sprytny Odys, ani Kajko i Kokosz, ani Ronja, nie ma takich jaj, żeby podczas powrotu spotkać się w ciemnościach ze spojrzeniem dziadka czującego się w obowiązku poinformować nas, żeśmy go właśnie obudzili. No nikt na świecie. A sikać chciało się każdemu.

Moja mama potrafiła wyobrazić sobie ze szczegółami spadanie po schodach wprost w objęcia obudzonego dziadka, dlatego też postanowiła nas chronić. Nas i siebie. W tym celu w wąskim przejściu między podniebnymi sypialniami ustawiła nocnik. Z dwoma uszami. Pomarańczowy. W kolorze opla kadetta. I z identycznym przyśpieszeniem.

Siedzieliśmy, zjedzeni przez kompletne ciemności, w wąskim gardle między pokojami i sikaliśmy do pomarańczowego nocnika w rytm chrapania dziadka Antoniego. Wystarczyła chwila sprytnie zorganizowanej nieuwagi, moment rozmyślnego działania pośród ciepłej żółtej rzeki inercji, żeby sprytnie, acz niechcący potrącić nocnik i zatruć wszystkich na dole, tak jak mój ojciec truł robaki buszujące w drewnie, zjadające dom, który zbudował. Wystarczyłaby sekunda czystego rozumu, szybka iluminacja w tym strumieniu uległości i można by zwyciężyć, zalać ich wszystkich tym, co w człowieku najgorsze, najbardziej śmierdzące, toksyczne, co nie pozwala zasnąć. Ile razy myślałam o morderstwie, kucając nad pomarańczowym oplem kadettem, pełnym złotej żywicy mojej nieudolnej nienawiści, ile razy chciałam wrzucić czwarty bieg i napoić ich wszystkich moją choleryczną, najszczerszą żółcią. Wkładałam spodnie od piżamy i wyrzucałam sobie, szukając po ciemku brzegu łóżka, brak odwagi i dobre wychowanie, do którego mnie doprowadzili chyba tylko po to, żebym nie umiała ich otruć.

Dzień dobry, mówiła moja mama, wcale tak nie myślę, ale dzień dobry, mówiła. Schodziła po schodach ostrożnie, powolutku, trzymając w jednej ręce pomarańczowe naczynie, wypełnione po brzegi naszym nocnym strachem. Dzień dobry, dzień dobry, i taki właśnie będzie ten dzień, pełen po brzegi, śmierdzący i zaszczany od rana.

Przed stajnią ciotki Aurelii były schody. Trzy kamienne stopnie, na które ciotka wysypywała kurczętom pokrojone drobno pokrzywy i skorupki jajek. Kurczęta ciotki Aurelii jadły jajka, posiekane białka, żółtka i skorupki, jadły to, skąd przyszły, jadły swoje własne domy i się nie bały. Zazdrościłam im, nie umiałabym dziobać własnego domu, chociaż wiedziałam, że trzeba zjeść tę skorupę i wysrać ją bez specjalnego nabożeństwa, najlepiej po kurzemu, bezmyślnie. Powinno się zjeść dom, szybko zjeść, żeby z żółtej głupiej kuleczki stać się dzielnym kogutem. Albo kurką złotopiórką znoszącą złote jaja. Albo kurczakiem z rożna. Albo kogutkiem na dachu. Potłuczone skorupki dodawały kurczętom odwagi, której nie miałam.

Trzy kamienne stopnie donikąd nie prowadziły. Schody do nieba, road to hell. Nie wiadomo było, czy się nimi wchodzi, czy schodzi. Ciotka Aurelia zamiatała je wierzbową miotłą w rytm matematycznych zaklęć. Raz, dwa, raz dwa trzy, raz, dwa, trzy, cztery, raz dwa, raz dwa, razdwa, nieodgadniony był porządek jej znerwicowanej świadomości, którą oddawała miotle. Raz, dwa, dwatrzy. Schody wyglądały, jakby wyrosły z trawy. Nie miały przy sobie żadnego domu, do żadnego miejsca nie prowadziły.

To są schody babci, powiedział kiedyś ojciec. Mojej babci. Babcia miała na imię Karolina i piekła w sobotę chleby na cały tydzień. Wołała mnie i wtykała mi w rękę grubą pajdę ze śmietaną i z cukrem. Niewiele więcej pamiętam z babci Karoliny. Tu było jej miejsce, jej dom, wchodziłem po schodach, gdy mnie wołała. Stąd zaczynało się wszystko, od schodów.

Śniła mi się babcia Karolina jak z obrazów Murilla, podtrzymująca białą dłonią pulchne dziecko, którym był kiedyś dziadek Antoni, a drugą ręką rozdająca ubogim pajdy chleba ze śmietaną. Nie chcę wcale twojego chleba, nie chcę twoich schodów, babciu mojego ojca, nie chcę domu. Popatrz, domu nie ma, powiedziała z uśmiechem moja prababka, pachnąca chlebem, nie bój się, nic nie zostaje, i tak nic nie zostaje.

Kurczaki ciotki Aurelii były złotymi kuleczkami zaledwie przez kilka dni. Później pióra zaczynały im ciemnieć, szyje – wydłużać się, i kuleczki stawały się rudobrązowymi, srającymi co trzy centymetry, popisującymi się ohydną mutacją podlotkami, uciekającymi pod byle pretekstem z podniesionymi wachlarzami skrzydełek koloru zaschniętych wymiocin.

Kogutki z ledwie zarysowanymi grzebieniami tłukły się nieustannie i o wszystko, wyskakując na siebie jak uczniowie na długiej przerwie. Moje najwyższe obrzydzenie budziły jednak dorosłe kury, kiedy pokrytymi łuską nogami odrzucały za siebie ziemię i wygrzebywały w grządce dziadka dołek wśród roślin, choć nie chciały być roślinami i rosnąć, jak roślinom przystało. Przysiadały dziury w ziemi pierzastymi dupami i udawały, że nie rozumieją, o co chodzi, gdy wściekły dziadek wpadał między nie z grabiami albo motyką. Podnosiły się powoli, zdegustowane jak baby w kolejce do ginekologa, i wykrzykiwały jakieś kurze obelgi obrażonymi głosami, przypominającymi skrzypienie starych drzwi. Żeby spojrzeć na swojego adwersarza, obracały się bokiem, oczy ich bowiem nie potrafiły zobaczyć tego, co miały przed dziobem. Nawet ziarnu, które wysypywała dla nich ciotka Aurelia, przyglądały się z profilu, przez długą chwilę zastanawiając się, co z nim zrobić. Jakby jadły po raz pierwszy w życiu. Zapomniałam se od wczoraj, że jestem kurą. Pacjentki wiejskiego szpitala dla umysłowo chorych przebiegające przez drogę w brudnych spódnicach, podkasane do szeroko rozstawionych łydek. Czasem któraś z nich znienacka stawała przede mną, zasnuwając oko błoną, albo rozpoczynała Pieśń Solwejgi w zgrzytliwej tonacji i zbierało mi się na wymioty.

Tylko pies radził sobie z nimi skutecznie. Jeśli udało mu się uciec podczas spaceru, wracał prawie natychmiast, trzymając w pysku jedną z kur ciotki za przegryzioną na wylot szyję. Układał truchło pod nogami dziadka, który przyjmował hołd i dar psiej miłości bez komentarza. Skurczybyk, minutę go nie było i już przyniósł, mówił dziadek, dumny z psich dokonań. Śmierć kury nie robiła na nim wrażenia.

Moja