Jowita - Zachariasz Suchodolski - ebook + audiobook + książka

Jowita ebook i audiobook

Zachariasz Suchodolski

3,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Osiemnastoletni Karol odsiaduje w zakładzie karnym drugi miesiąc dożywocia. Pogardzany przez osadzonych z nim więźniów, bezskutecznie stara się odnaleźć w trudnej więziennej rzeczywistości. Jedyną ucieczkę od niej stanowi pamiętnik, w którym opisuje wydarzenia poprzedzające jego skazanie. Z jego wspomnień wyłania się świat wakacji, pełen słońca i beztroski, w którym wszystko, jak okiem sięgnąć, stanowi wstęp do przygody. Karol stara się dociec, jak to możliwe, że stracił w nim wszystko, co miał? Czy była to cena pomylenia miłości z pożądaniem i obsesją? Czy można było uniknąć tragedii, czy też nosił ją w sobie na długo przed tym, nim się wydarzyła? Wreszcie: czy warto żyć dalej wyłącznie dla samego poczucia winy i ponoszenia kary za to, co zrobił?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 317

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 13 min

Oceny
3,0 (2 oceny)
1
0
0
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
kuczynskisebastian

Nie polecam

Ja wszystko rozumiem:próba wcielenia się w umysł nastolatka w "pamiętniku", ale :...serio? Niektóre pzemyślenia i kwestie przytaczane nie pozwalają na skazanie się na czytanie dalej... Moja przygoda zakończona na dziewiątym rozdziale, może dalej jest bardziej czytalna /prawdziwa, ale ten zbiór bzdur i naiwności nie pozwala mi przejść dalej. A taki fajny temat....
00



Redakcja

Anna Seweryn

Projekt okładki

Pracownia WV

Fotografia na okładce

© Mila Supinskaya Glashchenko|shutterstock.com

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Damian Walasek

Opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2019

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 600 472 609

[email protected]

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

www.dictum.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2018

tekst © Zachariasz Suchodolski

ISBN 978-83-7835-731-5

Dedykuję Zosi Jabczyńskiej

1.

Starożytna maksyma głosi, że kogo Jowisz chce zgubić, temu odbiera rozum.

Jakże mógłbym się z tym nie zgodzić!

Muszę jednakże dodać, że czasami daje coś w zamian.

Czasami szaleństwem, które zsyła na człowieka, jest miłość, przy której rozum nie znaczy nic.

Nic…

Któż mógłby wiedzieć o tym lepiej ode mnie? Kto jeszcze własnymi rękoma składał miłości ofiarę ze swej ukochanej?

Lecz czemu bóstwo odrzuciło mój dar?

Pytanie to pobrzmiewa w twoim imieniu za każdym razem, kiedy je wymawiam, Jowito.

2.

Kiedy strażnik odprowadzał go do celi, na korytarzu panował półmrok. Jego widok przywoływał miłe wspomnienia czasów szkoły – tak bliskich i odległych zarazem – ale poza tym wydawał mu się ordynarny. Tam, na korytarzu szkoły średniej, światła i cienie zdawały się rozkładać na ścianach i podłodze niczym precjoza na wystawie, tutaj były jak walające się śmieci. Jak papierki po cukierkach i batonikach, wyrzucane przez rozpieszczone dzieciaki. Nie wiedział, na czym polega różnica, ale nie musiał się tym martwić. Będzie miał wiele czasu na myślenie. Zdąży dojść do tego, zapomnieć o tym, potem znów to zrozumieć, znowu zapomnieć. I tak kilka razy. Ile dusza zapragnie. Albo do znudzenia.

Poczuł, jak krew z rozbitego nosa (bolał jak cholera, ale chyba nie był złamany, bo strażnik po obejrzeniu urazu nie zaprowadził go do lekarki) spływa mu gardłem do żołądka. Czuł również jej ciepłą lepkość na koszulce, jej metaliczny i słonawy posmak na wargach i języku.

Starał się odwrócić uwagę od tych niemiłych wrażeń, nucąc w myślach śpiew słowika. Zastosował tę sztuczkę z powodzeniem, gdy dwójka funkcjonariuszy policji, mężczyzna i kobieta, odwiedziła go w domu i wyprowadziła do radiowozu. Kiedy schodził ze schodów, zwrócił uwagę na ptaszka, który siedział na szczycie anteny telewizyjnej i świergotał, ile sił w malutkiej, ale dumnie wypiętej piersi. Zrozumiał wtedy, że musi skupić się na tym trelu i nie myśleć o niczym poza nim, gdyż w przeciwnym razie z pewnością zrobi coś głupiego. Czym miało być to tajemnicze „coś głupiego”, nie wiedział i nawet nie chciał wiedzieć. W obliczu tego, czego dokonał ostatnio, te dwa słowa zamykały sprawę.

Szedł więc, prowadzony przez postawnego mężczyznę i śliczną policjantkę z długim warkoczem, i nucił ptasi śpiew. Nie mógł się przy tym nadziwić, jak coś, co na co dzień nie przykuwa uwagi, może okazać się ostatnią deską ratunku w sytuacji kryzysowej.

To zdumiewające, ale bardziej od samego aresztowania wstrząsnęło nim to, że dokonała go kobieta. To ona zapięła mu kajdanki na przegubach dłoni, a odprowadzając go do radiowozu, trzymała go za ramię dużo mocniej, niż było to konieczne. Najwyraźniej chciała dać mu w ten sposób do zrozumienia, że panuje nad nim i że jest wobec niego istotą wyższą. Minę i wyraz oczu miała przy tym tak zniesmaczone, jakby ściskała w rękach kawałek psiego gówna.

Mężczyzna pogardzał nim również, tak, nie było co do tego najmniejszej wątpliwości, ale zachowywał przy tym chłodny profesjonalizm. No, nie do końca – przecież pozwolił tej suce na skucie innego mężczyzny, zamiast uczynić to samodzielnie – ale nie stroił fochów. Nie to co ta paniusia. Kiedy doprowadzili go do auta i trzeba było zapiąć mu pasy bezpieczeństwa, powiedziała do swojego kumpla:

– Zajmij się tym gównem. Chce mi się rzygać.

Karol był pewien, że policjantka przeżywała aresztowanie do tej pory. Prawdopodobnie wielokrotnie chełpiła się przed swym mężem tym, jak skuła i zapuszkowała złego faceta. Karol miał nadzieję, że fagas zajmował się czymś mniej męskim od swej małżonki, że jej opowieści rozpieprzyły jego męskie ego w drobny mak i kutas przestał mu stawać, a ona sama zaczęła dawać na boku kumplom z pracy.

3.

Odetchnął z ulgą, gdy zakratowane drzwi celi zamknęły się za jego plecami. Ciasna klitka z dwiema piętrowymi pryczami, stolikiem, krzesełkami, prymitywnym kącikiem sanitarnym i wspólną szafą nie zapewniała mu wprawdzie wspaniałych perspektyw na dalsze życie, ale przynajmniej nie groziło mu w niej żadne niebezpieczeństwo.

Dopóki jest w niej sam. Za pół godziny Jaca wróci ze spacerniku i Karol będzie musiał mieć się przed nim na baczności. Niewykluczone, że chłopak znowu zacznie szukać u niego bliskości.

„Zdejmij okulary, to mnie rozprasza” – usłyszał w swojej głowie pełen wyuzdania głos Jacy. Tak bardzo chciał wyrzucić go z pamięci lub chociażby uciszyć! Niestety, jego umysł został nim bezpowrotnie zatruty.

Usiadł na swojej pryczy i schował twarz w dłoniach. Trwał tak kilka minut, wyobrażając sobie, że znajduje się gdzie indziej – w swoim pokoju, w domu. Chwilami nabierał nawet pewności, że jest przede wszystkim świadomością, dopiero po drugie ciałem, a zatem tylko wrażenia zmysłowe, których doświadcza, definiują jego położenie w czasoprzestrzeni; że dopóki nie widzi i nie słyszy niczego, co definitywnie świadczy o tym, że jest w więzieniu, to po prostu go tam nie ma.

Gdzie więc był, kiedy zamykał oczy? Gdzieś pomiędzy wszystkimi miejscami tego świata. W przestrzeni, którą w myślach nazywał Przedsionkiem. W Przedsionku było ciemno… ale bezpiecznie. Wchodzenie tam miało coś wspólnego z dziecięcym wczołgiwaniem się pod łóżko lub chociaż z nakrywaniem się po same uszy kołdrą.

Otworzył oczy i rzeczywistość ponownie runęła na niego całym swym ciężarem. Pochylił się ku podłodze i ścisnął palcami lewej dłoni skrzydełka nosa. Z obu dziurek wypłynęło trochę krwi, która dotarłszy do czubka, uformowała się w kroplę. Chwilę wisiała na nim, drgając łaskotliwie, aż spadła na zieloną wykładzinę.

Czerwień kleksa przywołała wspomnienie śladu szminki, który pozostawiła na jego policzku Jowita, całując go po raz pierwszy i ostatni w życiu. Bezskutecznie usiłował przywołać subtelne uczucie lepkiego muśnięcia, jakie poczuł, gdy dziewczyna przywarła wargami do skóry jego policzka. Czyżby wrażenie to przepadło dla niego na zawsze? Nie, życie nie mogło być aż tak okrutne; niechże pozostawi mu chociaż je, niby ostatni grosz na wspomnienie fortuny, którą stracił!

Ściągnął z siebie zbroczoną krwią koszulkę i podszedł do zlewu, gdzie przemył tors i twarz oraz delikatnie, żeby nie wywołać krwawienia, wysmarkał nos. Potem osuszył się ręcznikiem i przebrał w czysty T-shirt. Starł też papierem toaletowym plamy krwi z podłogi, uważając, żeby nie przegapić żadnej z nich. Potem położył się na pryczy i zamknął oczy. Starał się wyciszyć i odciąć duchowo od swego więzienia, wznieść się ponad nie, ale myśli ciągnęły go w dół jak kotwice.

„Im bardziej się postarasz, tym szybciej będziesz miał to za sobą” – w jego głowie znowu rozbrzmiał głos Jacy. Karol czuł się tak, jakby degenerat siedział zabarykadowany w jego mózgu i masturbował się do wspomnień tego, co mu zrobił.

Życie tutaj było piekłem, ale wmawiał sobie, że sprawy z czasem ułożą się, a nawet gdyby nie, to być może zdoła się do niego przyzwyczaić. W razie gdyby nie wypaliła żadna z tych opcji, zawsze mógł przecież popełnić samobójstwo i ewakuować się do nicości.

Wyciągnął schowany w poszwie kołdry zeszyt – pamiętnik – i zaczął pisać. Nie pozostało mu na to zbyt wiele czasu – niebawem miał wrócić Jaca, nieco później pracujący Seba i Wirus. Gdyby dowiedzieli się o tym, że prowadzi zapiski, odebraliby mu je. Tymczasem jednak liczyła się każda chwila powrotu do przeszłości, każde słowo pobytu w niej.

4.

Wszystko zaczęło się od ogniska, które organizowali na swoim przydomowym podwórku Sztubaccy – o dwa lata młodsi ode mnie bracia bliźniacy. To zabawne – na dość ponury sposób, o czym niebawem się przekonacie – ale wcale nie miałem ochoty tam iść. Wolałem posiedzieć w domu i doczytać Martina Edena Jacka Londona, jednak Jarek, mój najlepszy kumpel, namolnie wydzwaniał do mnie i namawiał mnie na przyjście. Chciał poderwać jakąś dziewczynę i moje towarzystwo miało dodać mu w tym otuchy.

– Będzie sporo dziewuch, w większości wolnych. Mówię ci, Karol, musisz zacząć wyłazić trochę z domu i imprezować, bo w przeciwnym razie będziesz wiecznym prawiczkiem. Teraz jest najlepszy moment, żeby przygadać sobie jakąś pannę, bo są wakacje. Dziewczyny są wyluzowane, pobłażają sobie, używają życia. Kiedy nastanie rok szkolny, znowu będą siedzieć ze spiętymi pośladami i z nosem w książkach.

Spodobało mi się słowo, którego użył: „przygadać”. Najwyraźniej wierzył, że każdy, nawet taki chudy okularnik jak ja, może oczarować dziewczynę, jeśli tylko okaże się dobrym rozmówcą. Za dwa lata miałem skończyć technikum, a jeszcze nigdy nie byłem w związku – podczas gdy moi kumple, nawet ci naprawdę debilowaci, acz przystojni, mieli ich za sobą po kilka. Życie z tą świadomością było dla mnie nieustannym upokorzeniem, ale nie potrafiłem go zmienić. Nie to, żebym chociaż próbował – miałem zaniżone poczucie własnej wartości i nie czułem się na siłach do podrywu. Wiele dziewcząt podobało mi się, ale zawsze patrzyłem na nie jak beznogi kaleka na szczyt Mount Everestu. Nie próbowałem ich zagadywać, wyłudzać od kumpli ich numerów telefonów; nawet coś tak błahego, jak polajkowanie na Facebooku zdjęcia ślicznotki przychodziło mi z trudem, bo żywiłem przekonanie, że ludzie tacy jak ja urągają pięknu swoim zachwytem nad nim.

Przyznam, że kolega tchnął we mnie pewną nadzieję. No i miał rację: przecież musiałem kiedyś wyrwać się z marazmu i samotności. Mimo to oponowałem do samego końca. Nie pierwszy raz w życiu to, z czego zdawałem sobie sprawę, nie miało większego wpływu na moje emocje. Wiedziałem, że powinienem iść, rozumiałem to tak jasno, jak to, że dwa plus dwa równa się cztery, ale lęk przed porażką zdominował całą moją świadomość. Bałem się, że będę zamulał, psuł atmosferę i zabawę albo że schlam się i zrobię z siebie pośmiewisko.

Najbardziej jednak bałem się, że na ognisku znajdzie się kilku cwaniaczków, którzy wiecznie szukają zaczepki i budują swoje wypaczone poczucie własnej wartości poprzez poniżanie i krzywdzenie osób takich jak ja – nazywanych przez nich lamusami. Lamus to w świadomości ogółu osoba, która dobrze się uczy, nie gra w piłkę, zamiast na siłownię chodzi do biblioteki i nie ma doświadczenia w sprawach damsko-męskich – co pasowało do mnie jak ulał. Ba, nadprogramowo miałem nawet okulary! Wiedziałem, że jeśli w towarzystwie trafi się taki nabuzowany hormonami przygłup, będę siedział jak mysz pod miotłą, bojąc się pisnąć choćby słówko.

Uległem dopiero, kiedy Jarek przyjechał do mnie z baterią browarów i podchmielił mnie trochę, dodając mi animuszu. Już pod koniec picia pierwszej butelki powiedziałem:

– Dobra.

Gdybym nie wyrzekł wtedy tego jednego słowa, zamiast gnić żywcem w więzieniu, tkwiłbym teraz w bezpiecznym kokonie wiejskiego życia.

Gdyby nie to jedno słowo.

Jedno jedyne.

5.

Impreza była otwarta i każdy był na niej mile widziany, ale nie zamierzaliśmy robić złego wrażenia – wbijać się na krzywy ryj i pić na czyjś koszt. Uzgodniliśmy więc, że zrobimy zrzutkę na litr wódki; Jarek miał tylko dwie dychy, a ja bliżej niesprecyzowane oszczędności w porcelanowej śwince-skarbonce. Nie chciałem jej rozbijać – pełniła rolę ślicznej ozdoby mojej szafki z książkami, a poza tym była wypełniona zaledwie w połowie – ale nie miałem wyboru.

Z butelką zimnego piwa w ręku – jakże cudowny był jej ciężar! – wszedłem do domu i skierowałem kroki do swojego pokoju. Pamiętam, że wchodząc po schodach, zacząłem wyobrażać sobie, że jestem w ukrytej kamerze, a obraz z niej transmitowany jest na cały świat, i teatralnie pociągnąłem długi łyk piwa. Możecie się ze mnie śmiać, ale ileż to razy w życiu ulegamy najwymyślniejszym fantazjom z łatwością większą niż wykonujemy najprostsze czynności!

Kiedy tylko otworzyłem drzwi do pokoju, zaraz runęła na mnie lawina wątpliwości co do sensu uczestnictwa w ognisku – zupełnie tak, jakby pomieszczenie to było zagraconą po sam sufit rupieciarnią negatywnych myśli. Cóż, w pewnym sensie była to prawda – w końcu to tam opłakiwałem swoją samotność i zapijałem smutki.

Usiadłem na łóżku i ogarnąłem spojrzeniem szafkę z książkami, biurko z komputerem, akwarium i plakaty na ścianach (na jednym z nich, największym, była Ola Ciupa; uśmiechnąłem się do niej gorzko). Pamiętam, jak pomyślałem, że wspaniale byłoby pozostać w łóżku, pić piwo, czytać Martina Edena i bezpiecznie użalać się nad tym, że inni bawią się w najlepsze, podczas gdy ja sam jak zawsze uskuteczniam zamułę, bo jestem pizdą bez jaj.

A mimo to… mimo to słowo się rzekło.

Z ciężkim westchnieniem wyjąłem z witryny nieszczęsnego świniaka i zważyłem go w dłoni, zastanawiając się nad tym, ile znajdę w nim forsy. Wrzucałem tam głównie reszty z zakupów – wszystkie monety od pięćdziesięciu groszy w dół – ale od czasu do czasu byłem hojny i karmiłem go większymi nominałami. Nie byłem pewien, ale coś świtało mi w głowie, że kiedyś zaszalałem i wsunąłem w otworek banknot dziesięciozłotowy.

Starzy za pomoc w domu dawali mi miesięcznie stówę kieszonkowego, ale wszystko wydawałem na drobne przyjemności – chipsy, piwo, książki. Nigdy nie oszczędzałem, bo po prostu nie potrzebowałem do szczęścia niczego, na czego zakup musiałbym zbierać większą sumę pieniędzy. Z tego, co pamiętam, najdroższą pojedynczą rzeczą, jaką kiedykolwiek kupiłem za własny szmal, była litrowa flacha Jacka Daniel’sa za sto dwadzieścia złotych, ale był to jedyny raz w życiu, kiedy tak poszedłem na żywioł.

Ponieważ więc nie potrzebowałem na gwałt więcej pieniędzy, niż miałem, nigdy dotychczas nie pracowałem poza domem – nawet w wakacje, kiedy wielu moich kumpli harowało na budowie, żeby uskładać na prawo jazdy albo wyjechać w Bieszczady. Niestety, starzy oznajmili mi, że jeśli po skończeniu technikum nie pójdę na studia, będę musiał znaleźć sobie robotę i zacząć dokładać się do utrzymania.

Usiadłem z prosiakiem na dywanie (odkurzonym przez matkę podczas mojej krótkiej nieobecności w pokoju) i zacząłem zastanawiać się, czym mam go rozbić. Pierwszym, co przyszło mi do głowy, było stuknięcie weń denkiem butelki piwa; bałem się jednak, że ona sama również pęknie i szybko zarzuciłem ten pomysł. Na czworakach poczłapałem do szuflady biurka i zacząłem grzebać w niej, poszukując czegoś ciężkiego. Znalazłem tam metalowy biurowy zszywacz, dość ciężki, i to nim postanowiłem się posłużyć.

Zanim pacnąłem świnkę w czoło, pogłaskałem ją i podziękowałem za to, że tak wiernie mi służyła. Będziecie się ze mnie śmiać, ale przez całe życie ulegam przeświadczeniu, że przedmioty posiadają coś w rodzaju duszy i uczuć. Wiem, że to idiotyczne, ale i tak za każdym razem, kiedy zepsuję jakąś rzecz albo zrugam ją za awarię, muszę pogłaskać ją i przeprosić za swoje zachowanie. Daje mi to jakiś głupi psychiczny komfort, którego podejrzewam, że nie zaznawszy, chodziłbym wściekły albo przygnębiony.

Kiedy walnąłem w porcelanę, odruchowo zamknąłem oczy, żeby nie oberwać w nie odłamkami. Może dlatego – w połączeniu z ciemnością – brzdęk wydał mi się taki przerażający. Zanim uniosłem powieki, pomyślałem: „Co się stało, to się nie odstanie”. Potem kilkukrotnie przywoływałem wspomnienie tego dźwięku w sytuacjach, w których stało się coś złego, czego naprawić się nie dało.

Cokolwiek by mówić, widok porcelanowej tłuczki zmieszanej z drobniakami (wśród nich rzeczywiście była dycha) wydał mi się bardzo artystyczny i przywrócił mi humor. Wybrałem z bilonu wszystkie monety jedno- i dwuzłotowe, a potem przeliczyłem je i dołożyłem tyle pięćdziesięciogroszówek, żeby uskładać czterdzieści złotych. Wrzuciłem je do kieszeni i przebrałem się, a potem pospiesznie, bo kolega przysłał mi SMS-a ponaglającego do zejścia, uprzątnąłem bałagan i wyszedłem z pokoju.

Kiedy schodziłem po schodach, przepełniała mnie groza tego, co może się zdarzyć, ale i ekscytacja oraz wariacki głód wrażeń. Myśli kłębiły mi się w głowie jak cyklon tropikalny, serce trzepotało jak koliber zamknięty w pudełku po zapałkach.

Kiedy zszedłem na dół, wstąpiłem jeszcze do łazienki, żeby załatwić się i trochę ogarnąć. Spryskałem się wodą toaletową ojca, uczesałem i umyłem twarz zimną wodą. Zanim wyszedłem, spędziłem chwilę, przeglądając się w lustrze i oceniając swoje szanse na podryw. Stwierdziłem, że chociaż nie jestem przystojny – mam zbyt delikatne jak na mężczyznę rysy twarzy i silny trądzik – mój uśmiech jest całkiem czarujący. Tym bardziej kiedy odsłania naturalnie równe i białe zadbane zęby.

Zanim wyszedłem z domu, zameldowałem matce (ojciec był na wyjeździe służbowym), że idę na ognisko i wrócę późno. Była tym bardzo zaskoczona – w końcu moje dotychczasowe życie towarzyskie ograniczało się do picia w towarzystwie trójki kumpli – ale zdołała wykrztusić z siebie życzenia udanej zabawy. Zapytała nawet, czy nie potrzeba mi jakiejś kasy, ale tylko wymownie klepnąłem się po kieszeni, uśmiechnąłem i wyszedłem.

6.

Zapadał już zmrok, gdy szliśmy polnym skrótem do Sztubackich. Stres ulotnił się ze mnie, ustępując miejsca spokojowi i radosnemu wyczekiwaniu. Zmiana ta związana była moim zdaniem bezpośrednio z tym, że czułem się lekko nierealnie – najpewniej nie mogłem do końca uwierzyć, że właśnie robię coś tak dla mnie nietypowego. Niczym krab pustelnik wyszedłem ze swej ciasnej skorupy i ruszyłem w świat. Czułem się nagi, odsłonięty na razy, ale byłem wolny.

Z całą pewnością na złagodzenie mojego samopoczucia niebagatelny wpływ miało również sielskie otoczenie. W kołysanej ciepłymi podmuchami wiatru, gęstej i wysokiej trawie przygrywały świerszcze. Z pobliskich bagien niósł się rechot żab, a z pól – klekot bociana. Zza ciemnozielonej ściany drzew unosił się zaś w zmierzchające niebo siwy dym i w ramionach wiatru snuł na nim – jak na haju – swoje nieodgadnione fantazje. Podziwiałem ten spektakl ze świadomością, że stanowi preludium do czegoś większego. Dym pochodził w końcu z palącego się ogniska, dookoła którego skupieni byli młodzi ludzie, w tym dziewczęta, ach, dziewczęta.

W pobliskim brzozowym zagajniku zakukała kukułka. Przypomniałem sobie stary przesąd, zgodnie z którym należy liczyć odgłosy wydawane przez zazule, bo każdy z nich wróży kolejny rok życia. Zacząłem sumować je w myślach, ale doszedłem tylko do dwudziestu dwóch; z zarośniętego trzciną rowu, który akurat mijaliśmy, wystrzeliły, kwacząc wniebogłosy, dwie moczące się w nim dzikie kaczki i wystraszyły mnie tak bardzo, że serce, a wraz z nim cała świadomość własnego ja, podeszły mi do gardła.

– Prawie dostałem zawału – powiedział z poważną miną Jarek.

– Ja też – stwierdziłem, kładąc dłoń na sercu.

Waliło jak szalone. Nie pierwszy raz wzbijające się do lotu krzyżówki przyprawiły mnie o taką palpitację. Mimo wszystko lubiłem jej doświadczać – dawała mi kopa, była jak impuls defibrylatora. Wprawdzie dotychczas niespecjalnie wykorzystywałem to pobudzające doznanie, ale tym razem miało być inaczej. W końcu zamierzałem dobrze się zabawić.

– Tylko pamiętaj, że jeśli uznam, że coś mi nie pasuje, ulatniam się, a ty mnie nie zatrzymujesz – przestrzegłem przyjaciela. – Nie chcę niepotrzebnie zwracać na siebie uwagi.

– No, dobra, dobra.

– Poza tym wiesz przecież, jak ciężko znoszę rozstania. Nie należy ich w związku z tym przedłużać bardziej niż jest to konieczne – zażartowałem.

– Dobra.

Niespecjalnie wierzyłem, że w razie czego Jarek dotrzyma obietnicy. Uznałem jednak, że nic nie byłoby w stanie mnie do tego przekonać, toteż zaniechałem dalszej dyskusji.

– Mów, kto tam ma być.

– Wszystkich nie znam – powiedział, zrywając źdźbło trawy i włożył je sobie do ust. Wyglądał z nim naprawdę dobrze; brakowało mu tylko kowbojskiego kapelusza. – Ewelina Pajda.

– Nie przepadam za nią. Piękność z niej, to fakt, ale cieszy się ze wszystkiego jak głupia.

Jarek wzruszył ramionami.

– Ja tam nic do niej nie mam – wycedził przez zęby, w których ściskał łodyżkę trawy. – Będzie, to będzie, nie, to nie.

– To kto jeszcze?

– Kaśka Koźlarz.

– Zajebista, ale zajęta.

Jarek skinął głową. Zwykle tego nie robił i przyszło mi do głowy, że słomka w ustach wpływa jakoś na jego zachowanie; że może podświadomie naśladuje jakąś filmową postać, która miała nawyk żucia źdźbła. Do głowy przychodził mi westernowy twardziel, grany przez Clinta Eastwooda.

– Milena Dursiewicz i jej młodsza siostra, Sylwia. Obie wolne i śliczne, ale wyższe od ciebie, więc odpadają.

– Pieprz się – mruknąłem, maskując serdecznym uśmiechem irytację, jaką wywołał we mnie tym spostrzeżeniem.

Nie byłem bardzo niski – miałem metr siedemdziesiąt pięć wzrostu – ale brakowało mi do szczęścia tych pięciu centymetrów. Z tego, co zdołałem wywnioskować, przysłuchując się babskim pogaduchom, dla większości z nich facet zaczynał się właśnie od metra osiemdziesięciu.

– Chętnie, ale jeszcze nie mam z kim. – Odwrócił w moim kierunku promieniującą uśmiechem twarz.

– Agata Pyćko.

– A, to spoko.

Skinął głową.

– Karina Wąchocka, ale ona jest starsza od nas o trzy lata. Znasz ją?

– Nie – zaprzeczyłem, zastanawiając się nad tym, jak by to było iść do łóżka ze starszą dziewczyną.

– Z dziewczyn będą jeszcze: Anita Borowa…

– Równie piękna, co niedostępna.

– Taaak… Marlena Soćko…

– Też niezła sztuka, ale chyba wciąż jestem bez szans.

– Werka…

– O nie, tylko nie to! – niemalże wyjęczałem. Nie cierpiałem tej suki.

– O reszcie nic nie wiem, ale na pewno będzie ich więcej – wypalił Jarek, jakby na pocieszenie.

– Oby – powiedziałem, przeskakując przez rów, podczas czego dwie czy trzy wystraszone żaby plusnęły z jego brzegu do wody.

W trakcie skoku zerknąłem w dół i w wyobraźni rozbłysło mi żywe wspomnienie jednej z moich ulubionych dziecięcych zabaw. Było nią chadzanie na pola i przesiadywanie przy głębokich kałużach, kiedy wyobrażałem sobie, że to jezioro, a ja jestem olbrzymem albo wręcz Bogiem. Czasami wrzucałem w nie kamienie i triumfalnym głosem oznajmiałem, że cały świat czeka zagłada. Zastanowiło mnie, dlaczego właściwie byłem tak okrutny.

– A Mareczek i Judasz będą? – zagaiłem, kiedy wkraczaliśmy w pole pszenicy. Byli to nasi najlepsi kumple.

– No ba – odrzekł.

Ucieszyłem się z tej wiadomości. Ich obecność znacznie zwiększała szanse, że będę mógł czuć się swobodnie.

Zamilkliśmy, żeby – daję głowę – móc napawać się szelestem pszenicy ustępującej pod naporem naszych ciał. W chwilę potem wyszliśmy na polną dróżkę, z której od Sztubackich dzieliły nas zaledwie trzy minuty drogi. Idąc, patrzyłem na czubki swoich adidasów, zazielenione od soków trawy. „To kolor nadziei” – pomyślałem. Postanowiłem potraktować ten detal symbolicznie, jako pretekst do rozmarzenia się. Zacząłem fantazjować, że na ognisku wywiązuje się – początkowo bez mojego udziału – dyskusja na temat literatury, w którą włączam się, olśniewając swoją erudycją jakąś ślicznotkę. Potem ona przysiada się do mnie i stopniowo dyskutujemy coraz mniej z innymi, a coraz więcej ze sobą, aż w końcu dochodzimy do wniosku, że pasujemy do siebie, wymieniamy się numerami telefonów i…

Nie zdążyłem dopowiedzieć sobie reszty tej ckliwej historyjki. Wiatr tchnął zapach kiełbaski w żagle okrętu mych myśli, kierując go w rejony bardziej przyziemne.

7.

Był późny wieczór, kiedy wkraczaliśmy na trawiaste, niedawno skoszone (ścięta trawa wciąż leżała na ziemi, czekając na zgrabienie) podwórko Sztubackich. Jaśniejące w oddali ognisko, skąd niosły się śmiechy i głosy skupionych dookoła niego młodych ludzi, wydawało się kolebką szczęścia i beztroski. Jakby za milczącym przyzwoleniem księżyca w pełni, na parkiecie zmroku harcowały ze sobą zapachy świeżo skoszonej trawy, dymu oraz pieczonej na wolnym ogniu kiełbasy.

Oddałbym całą czekającą mnie nieśmieszną parodię życia, byleby móc raz jeszcze doświadczyć tego wrażenia.

Przy palenisku kłębiło się około dwudziestu osób. Większość z nich siedziała na ławkach zbitych z pieńków oraz desek, inni – na pojedynczych drewnianych klocach. Kilka osób piekło nad płomieniem nadziane na kijki kiełbaski, wszyscy zaś dzierżyli w dłoniach butelkowane lub puszkowane piwo. Na stoliku letniskowym, stojącym u złączenia dwóch ławek, spoczywał prowiant – trzy butelki wysokoprocentowych trunków, kiełbasa, plastykowe kubeczki, kieliszki oraz przekąski. Tuż obok, na ziemi, spoczywały fura drewna, baterie piwa oraz zgrzewka coli.

Na pewno niejednokrotnie staliście w obliczu czegoś, o czym teoretycznie wiedzieliście, że powinno wyzwalać w was wielkie emocje, a wobec czego czuliście jednak tylko najzwyklejszy w świecie spokój. Tak właśnie było ze mną, kiedy obserwowałem ten widok. Patrzyłem i widziałem, ale jakby nie doświadczałem tego obrazu na poziomie emocji. Przyszło mi do głowy, że to samo czują może niektórzy skazani na śmierć tuż przed egzekucją – że nie mogąc uwierzyć w to, co zaraz nastąpi, nie zaznają przed tym stosownego lęku. Nawet jeśli usiłują poczuć pełnię grozy wynikającą z faktu, że za moment ich świadomość rozpłynie się w nicości, przekracza to możliwości ich wyobraźni i wysiłki takie spełzają na niczym. Musi być to równie daremne, jak próba przejrzenia na wylot ceglanego muru.

Założę się, że uwielbiacie spędzać czas w gronie znajomych i poznawać nowych ludzi, że jesteście świadomi swoich zalet i czujecie się pewni, akceptowani, że rozpiera was śmiałość. Zapewne niełatwo będzie wam wyobrazić sobie moje usposobienie i mój stosunek do imprez. Przez całe lata życia w kompleksach nabawiłem się czegoś na kształt fobii społecznej. Sądziłem, że jestem brzydki i dziwaczny, i że wszędzie, gdzie się pojawię, jestem niemile widziany, a w najlepszym razie – zbędny. Na pewno na wczesnym etapie takiego rozumowania myśli te miały formę domysłów, potem – przekonania, aż w końcu zmieniły się w absolutne przeświadczenie. Kiedy doszło do zmiany, powiedzmy, statusu tych myśli? Nie wiem. Stało się to niepostrzeżenie. Dość powiedzieć, że sądząc, iż świat jest wobec mnie wrogi, sam zacząłem odczuwać wobec niego niechęć, a bywało, że i nienawiść. Bałem się więc ludzi i gardziłem nimi w równym stopniu, co sobą samym (chociaż pogarda ta występowała naprzemiennie).

Kiedy wcześniej wyobrażałem sobie ewentualny dobrowolny pobyt między ludźmi, sądziłem, że już po przywitaniu się ogarnie mnie paraliżujący lęk przed kompromitacją, że będę zastanawiał się nad każdym wypowiedzianym słowem i taplał w błocie wyobrażeń o tym, jakie wywarłem wrażenie.

Wszystko potoczyło się jednak zgoła inaczej.

Podeszliśmy wraz z Jarkiem do rozbawionego towarzystwa i przywitaliśmy się. Do dziś nie wiem, jak się na to zdobyłem, ale w geście powitalnym podniosłem lewą dłoń na wysokość twarzy i po prostu powiedziałem:

– Siemano!

– Siema! – powiedział zaraz za mną Jarek.

Odpowiedział nam chór wesołych głosów, wśród których znaczenie miały dla mnie przede wszystkim te dziewczęce. Jak dobrze pamiętam każde rubasznie przeciągnięte „cześć” i „hej”!

– Dawajcie tutaj! – zawołał do nas Judasz, siedzący w towarzystwie Mareczka, po czym obaj rozsunęli się, robiąc nam miejsce do siedzenia.

Dołączyłem do nich od razu i przywitałem się tradycyjnym żółwikiem. Jarek podszedł do stolika letniskowego i wyłożył nań dwie flaszki wódki.

– Kupiliśmy z Karolem coś do picia, żeby nie zaschło wam w gardłach od tego dymu.

Oznajmienie to spotkało się z powszechnym wiwatem. Zrobiło mi się żal, że nie wpadłem przed kolegą na pomysł rozstawienia prowiantu. Miałem głupie i zazdrosne poczucie, że zebrał całą śmietankę, choć wiedziałem, że nie uczynił tego umyślnie. Złość przeszła mi zaraz potem, gdy uświadomiłem sobie, że przecież sprawiedliwie wymienił moje imię.

Jarek wziął dwie butelki piwa, usiadł obok mnie i przywitał się z naszymi kumplami. Potem odkapslował browary swoim telefonem komórkowym (robił tak zawsze; pomimo sympatii do niego, nie mogłem doczekać się chwili, kiedy aparat się rozleci) i podał mi jeden. We czwórkę stuknęliśmy się szkłem i wychyliliśmy po łyku. Trunek był lodowaty i przełykanie go sprawiało mi ból w gardle, ale to był dobry ból. Ożywczy.

Byłem głodny, a wypity alkohol jeszcze bardziej rozbudził mój apetyt, toteż z łakomstwem podziwiałem nadziane na kije, wznoszące się nad ogniskiem kiełbaski. Kilka skwierczało już radośnie, a wytapiający się zeń tłuszcz z sykiem kapał w ogień. Zapach towarzyszący pieczeniu wydawał mi się tak piękny, że aż wzruszający. Przez chwilę byłem pewien, że gdybym wypił jeszcze jedno piwo, byłbym zdolny tarzać się u stóp jedzących niczym pies, błagając o choćby kawałek. Może nawet wykonałbym jakąś nieskomplikowaną sztuczkę, jak aport lub podanie łapy.

– Znajdzie się jeszcze jakiś kijek? – zapytał Jarek, kierując swoje pytanie do ogółu obecnych.

– Coś się znajdzie – odezwał się Kamil Turczyn. Był starszy ode mnie o rok i należał do osiłków, ale nigdy nie szukał zaczepki i szanowałem go. – A co?

– No jak to co? Dawaj go tu – powiedział Jarek.

Kamil schylił się do tyłu i wydobył naostrzony kij.

– Łap! – powiedział, udając, że przymierza się do ciśnięcia nim niczym oszczepem, na co wszyscy zareagowali śmiechem.

– Rzuć w niego od razu dwoma, mi też się przyda – powiedziałem, co przyjęto kolejną salwą śmiechu. Pewnie zabrzmi to dla was głupio, ale byłem z siebie cholernie dumny.

– Ale z ciebie kolega – odparł Jarek z ironicznym uśmiechem, po czym wstał, odebrał od Kamila dwie tyczki, wziął ze stolika paczkę kiełbasy i wrócił na miejsce.

Gdy wręczył mi mięso oraz kijek, poczułem się trochę głupio – jakbym był wysługującą się nim panienką. Pomyślałem, że taka sytuacja nie może się powtórzyć, bo inni zaczną myśleć o mnie jako o jego „dziewczynie”.

Nabiliśmy po kawałku na osmalone końcówki kijów i wznieśliśmy je nad ogień. Natychmiast spłynęła na mnie radość, że robię coś tak świetnego wraz z innymi ludźmi, i żal, że nie zdobyłem się na to wcześniej – ileż ominęło mnie przez moją nieśmiałość!

Piekąc kiełbasę, miałem pretekst, żeby pogapić się na nieznaną mi dziewczynę, która siedziała po drugiej stronie ogniska, tuż obok Weroniki Świerczyńskiej. Ponieważ od czasu do czasu zamieniała z nią kilka słów, skonstatowałem, że zapewne jest jej koleżanką lub kuzynką. Dziewczyna przyciągała mój wzrok, bo była całkiem ładna, zgrabna i ubrana w skąpe ciuchy – obcisłą, odsłaniającą pępek bluzkę oraz czerwoną minispódniczkę. Moją uwagę zwracał również kolczyk w jej pępku. Połyskiwał w blasku ognia jak wisienka na torcie urodzinowym lśni w świetle świeczek.

– Keczup macie? – zapytał Jarek.

– Jest, musztarda też – odpowiedziała mu siedząca na kolanach Kamila Kaśka. Dziewczyna była nieoficjalną miejscową królową piękności; wątpię, czy ktokolwiek mógł przeżyć życie, nie zakochując się choćby przelotnie w jej wielkich niebieskich oczach, dużych ustach i ślicznej twarzy okolonej woalem długich, kręconych włosów. – Ja na przykład wolę musztardę.

Sam również byłem zdecydowanym zwolennikiem musztardy i ucieszyłem się na wieść o tym, że cokolwiek może łączyć mnie z tak zajebistą laską. Niewiele brakowało, żebym powiedział: „To dokładnie tak jak ja!” – ale na szczęście ugryzłem się w język.

– Keczup! – zawołał jakiś męski głos.

– Tylko keczup! – zawtórowało mu kilka innych.

– A jaką macie musztardę? – zagaił Jarek.

– Grillową – odpowiedziała Kaśka i oparła się głową o klatkę piersiową swojego chłopaka, który w tym samym momencie pocałował ją w szyję.

Widząc to, poczułem ukłucie bezsensownej zazdrości.

– Najlepsza – odparł Jarek.

– To co? Dorzucimy trochę do ognia? – zaproponował Klaudiusz, jeden z braci bliźniaków.

– Czemu nie – odparł jego brat, Emil, po czym wstał i włożył do ognia dwie duże szczapy. Płomień zajął je i wzrósł, więc wszyscy podnieśli swoje kiełbaski nieco wyżej.

– Wracając do tematu… – Olson, mój kumpel z klasy, na nowo podjął wątek rozmowy przerwanej naszym pojawieniem się. – Być może miną całe lata, nim wyrobię sobie markę i zacznę zarabiać dobre pieniądze, ale jestem w stanie to przełknąć. Najważniejsze, że będę robił to, co kocham. – Wypił łyk piwa i beknął. – Jeśli robisz coś i wkładasz w to serce, pasję, prędzej czy później zaczniesz robić to na tyle dobrze, że ktoś zechce ci za to zapłacić godziwe pieniądze.

– Idealista z ciebie – powiedziała Agata tonem tak bezbarwnym, że nie mogłem wyczuć, czy była to drwina, pochwała, czy suche stwierdzenie faktu.

– Może i tak – roześmiał się Olson, najwyraźniej przyjmując uwagę jako dobrą monetę.

– Kiedyś czytałam coś podobnego w jakiejś książce o rozwoju osobistym – powiedziała Weronika.

Nie przepadałem za nią, bo była zarozumiała, a w dodatku nie wiedzieć czemu wkurzały mnie jej krótko ścięte włosy.

– U Maxwella – odezwała się cicho siedząca obok niej dziewczyna, odgarniając przy tym z czoła kosmyk włosów. – Pożyczałam ci tę książkę.

– O właśnie!

– Niektórzy twierdzą, że dziennikarze muzyczni to osoby, które same próbowały szczęścia w muzyce, ale im nie wyszło – zauważyła Marlena, zdejmując swoją kiełbaskę z patyka na bułkę.

Z pewnością wiedziała, że kilka miesięcy temu Olson nagrał fatalny rapowy album i udostępnił go do darmowego odsłuchu w Internecie. Obciach, jakiego nabawił się z tego powodu wśród znajomych, ciągnął się za nim jak puszki przywiązane do psiego ogona.

– Ooo! – zawył Judasz. – Ale ci pojechała!

– Jedzie po tobie jak po burej suce! – zauważył Kamil. Wszystkich bardzo rozbawiła ta uwaga; nieznany mi z imienia kumpel Kamila przybił z nim nawet piątkę.

Przez chwilę poczułem się, jak w amerykańskiej komedii dla nastolatków. Jak na przykład w American Pie.

– No co? Ajjj! – powiedziała Marlena i zatrzepotała dłonią, bo oparzyła się gorącą kiełbasą. – Myślę, że w przypadku wielu osób to prawda. Ktoś, kto kocha muzykę, ale nie może uprawiać jej samodzielnie, bo brak mu talentu, będzie chciał być blisko niej. To naturalne.

– Dobrze prawi, polać jej! – zawołała Weronika.

– To trochę tak, jak z zawodem miłosnym – ciągnęła Marlena. – Mimo że dziewczyna, która dała ci kosza, jest w związku z innym facetem i tak chcesz widywać ją jak najczęściej, bo wciąż ją kochasz. Poza tym…

– To już desperacja – zauważyłem.

– Może – odparła z zimnym uśmiechem i wycisnęła na hot doga najpierw trochę keczupu, a potem musztardy. – O czym to ja mówiłam?

– O tym, że… – pospieszył jej z pomocą Emil, ale dziewczyna zastopowała go uniesieniem dłoni.

– Już wiem, już wiem. Tak więc mimo że twoja miłość wybrała innego, chcesz ją spotykać jak najczęściej, bo ją kochasz. Mimo wszystko jesteś o nią jednak zazdrosny i chętnie skrytykowałbyś jej relację z ukochanym. Jeśli zaś możesz dokonać tego przy aplauzie społeczeństwa i jeszcze zarobić trochę grosza… – zakończyła z lodowatym uśmiechem, po czym wgryzła się w hot doga.

– Chora miłość. Jak kazirodztwo – skonkludował Kamil i wybuchł śmiechem, a wraz z nim roześmiali się inni.

– Głupek – powiedziała Kaśka, ale zaraz potem odwróciła głowę w jego kierunku i cmoknęła go w usta.

– Nie jak kazirodztwo – stwierdziła Marlena. – Po prostu zaborcza miłość.

Byłem urzeczony bystrością Marleny, jej wywodem i metaforą, którą się posłużyła. Jednocześnie jednak odczuwałem złość, że trochę pastwi się nad moim kumplem. Pomyślałem nawet, że ktoś powinien ostro przerżnąć ją w tę jej śliczną wyszczekaną buźkę, żeby trochę spokorniała.

– Cóż… – zaczął z nieśmiałym uśmiechem Olson. – Fakt, swego czasu próbowałem swoich sił w muzyce. Jednak…

– Widzisz! – zawołała Marlena z pełnymi ustami, ale wciąż triumfalnym tonem.

– Ale to nie do końca tak, jak myślisz – powiedział Olson i westchnął.

– A jak? – zapytała. – Chyba nie powiesz mi, że gdybyś zyskał uznanie jako muzyk, chciałoby ci się jeszcze bawić w dziennikarstwo muzyczne?

– Oj, daj mu już spokój, Marlena – powiedziała Agata.

– Nie, dawaj, ciśnij po nim, ile wlezie – stwierdził siedzący obok Olsona Mareczek. – Może zdissuje cię na swojej kolejnej płycie? – dodał i stuknął go łokciem w bok, na co ten się roześmiał.

– No co? Przecież tylko dyskutujemy. Rozmowy kształcą.

Jarek zdjął swoją kiełbaskę znad ogniska, więc zrobiłem to samo.

– Potrzymaj mi kijek i piwo, idę po bułki – powiedziałem i podszedłem do stolika.

– Weź mi browca! – krzyknął Mareczek. – Tyskacza!

– Nie pij tyle, bo powiem mamie – zaśmiała się Laura, jego siostra.

– Dobra! – zawołałem.

– I frytki do tego – dodał ktoś, nawiązując zgrabnie do reklamy McDonalda.

– Marlena, widzisz… – zaczął Olson. – Masz rację w tym, że gdybym zrobił karierę muzyczną, dałbym sobie spokój z dziennikarstwem. Nie chcę jednak pisać recenzji i felietonów po to, żeby czepiać się słabszych wykonawców. To znaczy… po to też, nie czarujmy się, ale równie mocno zależy mi na popularyzowaniu dobrej muzyki.

– A co to w ogóle jest ta dobra muzyka? – Marlena nie dawała za wygraną.

Olson roześmiał się serdecznie.

– No, jak to, co to jest dobra muzyka?

– No ja nie wiem – powiedziała blondynka, wzruszając ramionami i upiła łyk piwa. – Ja na przykład słucham disco-polo i uwielbiam je. Co o tym myślisz?

– Disco-polo jest do kitu – stwierdził Olson i również zaczerpnął złocistego płynu. – Kilka taktów na krzyż, marny tekst, jeszcze gorszy śpiewak, a do tego sia-la-la-la-la w refrenie. Wszystko idzie tym schematem.

– No dobra. Ale ja to lubię. I co teraz?

Olson zaczął się śmiać. Ja w tym czasie wróciłem do kumpli. Zauważyłem, że niektórzy nie zwracali na toczącą się dyskusję najmniejszej uwagi i zamiast na niej skupiali się na prowadzeniu rozmowy z najbliższym sąsiadem. Z jednej strony było mi szkoda, że Marlena i Olson psują atmosferę, z drugiej – obserwacja ich poczynań sprawiała mi dużo radości.

– Trzymaj. – Podałem Jarkowi bułkę i odebrałem od niego swój kij z kiełbasą, po czym wyłożyłem mięso na pieczywo i obficie polałem musztardą.

– Ale się rozgadali, nie? – zauważył Jarek.

– No – powiedziałem, odgryzając kęs. Kiełbasa była tak gorąca, że mimo ogromnego apetytu i głodu przez chwilę myślałem, że ją wypluję. Zdołałem jednak jakoś przeżuć ją i przełknąć.

– Starła Olsona na miazgę – stwierdził Jarek.

– I osrała – dodał Judasz.

Hot dog smakował tak wybornie, że podczas jedzenia go byłem pewien, iż oto moje życie osiąga pełnię i mogę spokojnie umrzeć – byleby z kawałkiem tego nieba w gębie. „Dokonało się!” – miałem ochotę krzyknąć, jak konający na krzyżu Jezus, tyle że z pełnymi ustami.

– Weźcie dajcie spokój – powiedziała Laura, zaśmiewając się. – To się już robi nudne.

– Nie, czekaj, jeszcze jedno zdanie – uspokoiła ją Marlena. – Dlaczego disco-polo ma być złą muzyką, skoro ja jej lubię słuchać?

– Jeśli słuchasz disco-polo, to znaczy, że masz zły gust. Nieważne jakiego artysty – powiedział, kładąc wymowny nacisk na ostatnie słowo. – Inne gatunki muzyczne mają w sobie potencjał i zdarzają się w nich twórcy lepsi i gorsi, a nawet wybitni. Disco-polo natomiast jest gówniane z samej definicji i nie może być dobre, tak jak mieszkanie w domu położonym w Czarnobylu nie może być zdrowe. Słyszałem w życiu wiele, ale nigdy nie spotkałem się z tym, by ktoś określał twórcę disco-polo mianem wybitnego.

– Ale co konkretnie sprawia, że disco-polo jest według ciebie złe?

– Jest zjebane – powiedział Olson, wpatrując się nieruchomo w ogień. – Sama formuła utworów disco-polo jest do niczego. Zakłada maksymalną prostotę, możliwie najmniejszy poziom skomplikowania.

Monika złożyła usta w dziubek i przekrzywiła go.

– Czyli wychodzi na to, że to muzyka tworzona dla debili?

Głosy rozmawiających między sobą nieco ucichły. Wszyscy byli ciekawi tego, co orzeknie Olson. Ten upił łyk piwa i po chwili namysłu powiedział:

– Tak.

– Ale ja słucham z uwielbieniem tej muzyki, głupiej, debilnej, jak sam twierdzisz, a nie jestem idiotką. Uczę się świetnie, mam wiele twórczych zainteresowań i zamierzam zostać prawnikiem. Emocjonalnie też nie jestem jakaś zacofana, a podobno wręcz przeciwnie. Skoro więc jako osoba inteligentna słucham tej muzyki, to chyba musi być ona dobra?

– Super, Marlena! – Weronika zaczęła bić jej brawo. Widocznie sama przepadała za tego rodzaju rytmami.

Nie byłem tym zdziwiony.

– Marlena… nie wiem – powiedział Olson i uśmiechnął się smutno, a siedzący obok Mareczek poklepał go po plecach.

– Nie martw się, stary. Zdissujesz ją na kolejnej płycie, a ja się dogram, po ziomalsku.

– Dzięki – powiedział Olson, uśmiechając się ironicznie.

Wszyscy zaczęli się śmiać, a najbardziej Kamil.

– Ale dostałeś liryczny wpierdol! – zawołał.

– A zresztą po co komu recenzje w dzisiejszym świecie? – zaczęła Marlena. – Pisanie i czytanie ich miało sens przed rozwojem Internetu, kiedy jeśli chciało się w ogóle posłuchać płyty, trzeba było ją kupić. Wtedy ludzie sugerowali się opiniami recenzentów, żeby nie wyrzucić kasy w błoto. A teraz? Albo najpierw ściągasz album z neta, albo odsłuchujesz go na YouTubie i na tej podstawie podejmujesz decyzję co do kupna. Muzyka sama powie ci o sobie więcej niż jakakolwiek recenzja.

Olson widocznie nie czuł się na siłach do dalszej dyskusji, bo nic nie odpowiedział. Mimo całej sympatii dla niego nie mogłem nie zgodzić się z tą bystrą, wygadaną suką.

– I tym optymistycznym akcentem kończymy temat, i idziemy się napić wódki – zaproponowała Agata.

Wszyscy byli za.