Jezioro Dargin - Wojciech Chmielewski - ebook + książka

Jezioro Dargin ebook

Wojciech Chmielewski

0,0
33,15 zł

lub
Opis

Po przedwczesnej śmierci przyjaciela główny bohater i narrator tej współczesnej powieści – zwolniony właśnie z pracy w redakcji w radiu warszawski inteligent – wyjeżdża nad mazurskie jeziora, by móc psychicznie odpocząć, przemyśleć swoje dotychczasowe życie i obecne położenie. W powracających retrospekcjach przygląda się dziejom tej wyjątkowej przyjaźni, porównuje losy przyjaciela i swoje, rozmyśla o życiowych ideałach i idealnych uczuciach, których wizje wyniósł z romantycznych lektur, a które boleśnie zderzają się z rzeczywistością. Pobyt nad mazurskim jeziorem przynosi też niespodziewany przełom w jego życiu osobistym. Czy bohater odnajdzie sens w losach przyjaciela i swoich? Czy wracając do Warszawy, będzie gotów zaakceptować życie takim, jakie ono jest?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 211

Oceny
0,0
0
0
0
0
0


Kolekcje



Woj­ciech Chmie­lew­ski

Jezioro Dar­gin

Czy­tel­nik

* * * Obłok odbity w pagórku jeziora trzcina do połowy zanu­rzona w błę­ki­cie woda która niczego nie pamięta kró­lew­ski błę­kit który niczego nie widzi to co prze­pływa jest nie­zmienne to co stoi jest ruchome

Krzysz­tof Kucz­kow­ski

I

Namiot roz­bi­łem nad samym brze­giem, wej­ściem w stronę lustra wody, żeby widzieć je i o świ­cie, i o zacho­dzie słońca. Jezioro było ogromne. W nocy szu­miało, a chłodny wiatr prze­ni­kał przez tka­ninę namiotu i łagod­nie doty­kał twa­rzy. Myśla­łem wtedy o wszyst­kim, co ostat­nio wyda­rzyło się w moim życiu, o tym, dla­czego wła­ści­wie zna­la­złem się nad jezio­rem Dar­gin.

O świ­cie woda jaśniała bla­dym, jasno­błę­kit­nym nie­bem. Obłoki zato­pione w jezio­rze przy­po­mi­nały roz­wle­czoną na dnie watę cukrową. Wiel­kie sosny, pod któ­rymi się roz­bi­łem, stały obo­jętne, bo obraz budzą­cego się nad roz­le­głą wodą dnia widziały codzien­nie przez wszyst­kie pory roku.

Wycho­dzi­łem na pomost i patrzy­łem na cienką linię prze­ciw­le­głego brzegu. Kto tam miesz­kał? Czy ktoś tam żył spo­koj­nie przez cały rok i potra­fił dosto­so­wać swój los do rów­no­mier­nie ude­rza­ją­cych o brzeg fal jeziora?

Na drew­nia­nym stole nie­opo­dal brzegu jadłem śnia­da­nie: her­bata, chleb, kieł­basa, żółty ser. Zasta­na­wia­łem się, czy ja naprawdę cią­gle jestem sobą, czy może kogoś naśla­duję, choć sta­ram się nie dopusz­czać do sie­bie natręt­nych myśli, chcę je stłu­mić i dla­tego patrzę na ścianę sosno­wego lasu, wpa­truję się w piasz­czy­stą drogę, a po śnia­da­niu nur­kuję w zie­lo­nej wodzie.

Przy brzegu jezioro było płyt­kie. Musia­łem iść sto metrów w głąb, dopiero wtedy woda zakry­wała cał­ko­wi­cie, mogłem pły­nąć.

Więk­szość czasu spę­dza­łem, leżąc przed namio­tem. Słu­cha­łem fal, które opo­wia­dały „nie­po­jętą rzecz swoją” – przy­cze­piły się te słowa nie wia­domo skąd i wska­ki­wały, powra­cały mimo czy­nio­nych wysił­ków, by spró­bo­wać opi­sać dźwięki wyda­wane przez jezioro tro­chę ina­czej, a przy­naj­mniej po swo­jemu. Nie mam poję­cia, skąd się wzięły. Zapach wody i igieł sosno­wych towa­rzy­szył tym nie­spiesz­nym medy­ta­cjom. Na pewno chcia­łem na jakiś czas odciąć się od świata. Zapo­mnieć o śmierci mojego przy­ja­ciela, zbyt wcze­snej, w któ­rej widzia­łem tyle sensu, co w ude­rze­niach nie­wiel­kich fal o piasz­czy­stą plażę, w chlu­po­ta­niu wody pod pomo­stem.

Wycią­gnięty na kari­ma­cie przed namio­tem patrzy­łem na jezioro, ale czę­sto nie widzia­łem wody. Znowu byłem na szpi­tal­nym kory­ta­rzu w budynku przy ulicy Bana­cha, gdzie fetor cho­rych wywo­ły­wał natych­mia­stowy odruch wymiotny, a potem obej­mo­wał w posia­da­nie i trzy­mał długo – jak żołąd­kowa gorzka pod­ra­so­wana piwem. Na szpi­tal­nym łóżku sto­ją­cym na kory­ta­rzu cał­kiem nagi stary męż­czy­zna pró­bo­wał zało­żyć sobie pam­persa. Bez powo­dze­nia.

Mój przy­ja­ciel wyglą­dał bar­dzo źle. Miał posza­rzałą skórę, a białka oczu zupeł­nie żółte. Powłó­czył nogami, kiedy szli­śmy dłu­gim kory­ta­rzem w stronę koń­czą­cego go okna. Tu stały krze­sła, można było poroz­ma­wiać. O swo­jej cho­ro­bie mówił nie­chęt­nie, a ja nie chcia­łem wypy­ty­wać. Za oknem, na pla­cyku wyło­żo­nym beto­no­wymi sze­ścio­bo­kami par­ko­wały samo­chody, dalej było ogro­dze­nie z meta­lo­wej siatki i traw­nik.

Opo­wia­dał mi, że w sąsied­nim budynku, któ­rego okna widział ze swo­jej sali, wczo­raj w nocy krę­cili por­nola. Mówił, że gdy został przy­wie­ziony do szpi­tala, zacho­wy­wał się jak bydlę, ale nie pamięta szcze­gó­łów. I że w ostat­nich dniach przed szpi­ta­lem widział za oknem swego wynaj­mo­wa­nego miesz­kanka panienkę, która pukała do niego w szybkę, a miesz­kał na dru­gim pię­trze. Po pokoju latały papużki, tak opo­wia­dał i smut­nym wzro­kiem patrzył przed sie­bie.

Ale zobacz, oży­wił się nagle, tu jest półka z książ­kami, weź sobie, co chcesz!

Z tru­dem wstał z krze­sła, się­gnął i podał mi Poże­gna­nie z bro­nią. W tłu­ma­cze­niu Bro­ni­sława Zie­liń­skiego.

Oczy­wi­ście, że Zie­liń­skiego, uśmiech­nął się, przy­ta­ki­wa­li­śmy sobie przez chwilę.

Poczu­łem zapach gula­szu. Obok mojego namiotu roz­bili się dwaj chłopcy, przy­je­chali tu na rowe­rach, które oparli o sosny. Jeden z nich mie­szał w garnku, usły­sza­łem nie­miecki. Prze­byli długą drogę, zanim dotarli aż na Mazury. A może nie podró­żo­wali z samych Nie­miec? Tylko z Gdań­ska albo z Olsz­tyna?

Nad wyspą prze­su­wała się wielka chmura. Od spodu zaczy­nała lekko różo­wieć. Na wodzie poja­wiły się ciem­niej­sze smugi, cho­ciaż wia­tru nie było. Jeden z Niem­ców wszedł do jeziora i wędro­wał, aż przy­kryła go woda, nie pły­wał, zanu­rzył się tylko. Wró­cił do kolegi, jedli pro­sto z garnka.

Posze­dłem na pomost, poga­pi­łem się na linię brze­gową. Potem w lesie. Dobrze jest nie myśleć o niczym, kiedy kopiesz szyszkę albo zry­wasz łodygę jaskół­czego ziela i żółty sok zostaje na pal­cach. I masz świa­do­mość, że wiel­kie sosny patrzyły kie­dyś tak samo, choć znały zupeł­nie innych ludzi. Prze­cho­dzili i spo­glą­dali na las, może był dzie­łem ich dzia­dów, ojców. Drzewa są coraz wyż­sze, a tamci już ni­gdy tu nie przyjdą, nie popa­trzą jak ja teraz pod­czas spa­ceru.

Mój przy­ja­ciel leżał na szpi­tal­nym łóżku, w wenflon miał wetkniętą rurkę. Snuł nie­spieszną opo­wieść. Poja­wiali się w niej różni. Kazik, który czter­dzie­ści lat prze­pra­co­wał w Euro­tran­sie, Bolek, były snaj­per z Bośni, Tomek z Legii Cudzo­ziem­skiej, Darek Bomba, Jurek Wolon­ta­riusz, inni jesz­cze. Ludzie praw­dziwi, tak mówił o nich, jakby chciał pod­kre­ślić szcze­gólny sta­tus osób, z któ­rymi codzien­nie pił. Prze­ciw­sta­wić tym ze swo­jej pracy, małost­ko­wym i chci­wym, zain­te­re­so­wa­nym tylko kolej­nym urlo­pem i pro­ble­mem stolca młod­szej córki. Pra­cow­ni­kom korpo, któ­rych wchło­nęła codzien­ność, a oni czuli się w niej jak ryby w wodzie. Mój przy­ja­ciel mógł zno­sić każdy kolejny dzień tylko dzięki codzien­nej wizy­cie w karcz­mie albo po kilku set­kach taniego sznapsa wypi­tego w bra­mie przed­wo­jen­nej kamie­nicy.

Jak stąd wyj­dziesz, powta­rza­łem mu w szpi­talu, musisz wię­cej czasu prze­by­wać z dziećmi, nie będziesz wtedy tak dużo myślał o ludziach praw­dzi­wych.

Dzieci mnie nie chcą, ja jestem dla nich ten zły od odra­bia­nia lek­cji. Nie widać po nich wcale żalu, że bra­kuje mnie w domu.

Opo­no­wa­łem wtedy gwał­tow­nie.

Nie oka­zują ci tego wprost, czło­wieku, nie usły­szysz od dziecka: tatu­siu, chcę żebyś tu był, znowu z nami zamiesz­kał, nie usły­szysz, bo dziecko wła­śnie takie jest. Ale one tego chcą, muszą chcieć, to prze­cież cał­kiem nor­malne dzieci.

Mój przy­ja­ciel nie odpo­wia­dał. Może dla­tego, że ja nie mia­łem dzieci i moje zda­nie na ten temat nie liczyło się dla niego wcale? Żół­tymi oczami pod­kre­ślo­nymi siną obwódką patrzył w sufit. Dło­nie leżące na koł­drze były opuch­nięte, na nad­garstku szpi­talna opa­ska.

II

Dwaj Niemcy przez więk­szość dnia spali. Zapewne wyczer­pała ich rowe­rowa jazda. Wie­czo­rem bro­daty znowu długo wcho­dził do wody. Jego kolega cze­kał, sto­jąc na brzegu pokry­tym wodo­ro­stami i poła­ma­nymi łody­gami tata­raku. Coś do sie­bie cicho zaga­dali, potem ten, co się kąpał, roz­wie­szał ręcz­niki na sznu­rze koło namiotu.

Na kem­pingu cicho, a niebo robiło się coraz bar­dziej krwawe. Zapach­niało gril­lem. Po mojej dru­giej stro­nie sta­nął kam­per. Chło­pak i dziew­czyna sma­żyli mięso na kola­cję. Ich młody czarny pies – przy­wią­zali go na czas posiłku – od razu wyko­pał dół. Musiał być bar­dzo pobu­dzony zapa­chem. I ja wsta­łem z kari­maty, poczu­łem głód. Posze­dłem do sto­ją­cego przy wjeź­dzie na kem­ping bara­ko­wozu. Z wiszą­cego na ścia­nie z dykty menu wybra­łem pie­rogi z jago­dami.

Na sznu­rze zwi­sa­ją­cym z konara potęż­nej sosny huś­tał się chło­piec, okrę­cał się na końcu liny. Miał na sobie czer­woną koszulkę. Za nim widzia­łem błysz­czące jezioro i plamy namio­tów. Co było za tym wszyst­kim? Męż­czy­zna w dre­sie i san­da­łach posta­wił przede mną pla­sti­kowy tale­rzyk. Zaczą­łem jeść – czyn­ność zupeł­nie poza mną – nie czu­łem smaku, jakby sto­jące wokół powie­trze podzia­łało znie­czu­la­jąco na ten zmysł. Potem pie­ro­gów już nie było, a ja cały czas wpa­try­wa­łem się w wiru­jące na sznu­ro­wej huś­tawce dziecko. Niech Dar­gin ogarną ciem­no­ści, zapo­mnieć o moim tu poby­cie, o dwóch Niem­cach w namio­cie obok, o czar­nym psie, który wyko­pał sobie dół. Potem długo pły­wa­łem, poka­zały się gwiazdy, wysze­dłem na brzeg i od razu scho­wa­łem się w namio­cie.

Tego wie­czora do karczmy przy­szedł Darek Bomba. Kiedy mój przy­ja­ciel zaczął o tym opo­wia­dać, roz­bły­sły mu oczy, nabrał wię­cej życia. Na szpi­tal­nym łóżku obok leżał młody męż­czy­zna, trzy­mał ręce pod głową i też przy­słu­chi­wał się opo­wie­ści.

Darek Bomba miał duży pro­blem. W syl­we­stra wyrzu­cił przez bal­kon bombę wła­snej kon­struk­cji i tak pier­dol­nęło, że kilku sąsia­dom wypa­dły sztuczne szczęki. Pole­ciało szkło z okien. Potem był pro­ces, dostał zawiasy. Tym razem przy­szedł z czymś innym. Już od pew­nego czasu pra­co­wał nad wypro­du­ko­wa­niem nitro­gli­ce­ryny. Zapro­sił wnuczkę do piz­ze­rii i zapo­mniał zabrać stam­tąd swoje notatki, które miał roz­ło­żone na sto­liku. Kiedy dziecko jadło pizzę, on twór­czo pra­co­wał. Potem ogar­nęło go prze­ra­że­nie. Znajdą je, on już miał sprawę, a tu zama­chy, bomby w samo­lo­tach i w pocią­gach, pełno tego w tele­wi­zji, a na tych kart­kach dokładne che­miczne wzory, wyli­cze­nia – z che­mii zawsze byłem korba, nie omiesz­kał się pochwa­lić – wszystko przy­go­to­wane do roz­po­czę­cia wła­snej pro­duk­cji. Szybko wró­cił do lokalu. Były. Roz­sy­pane pod sto­li­kiem kartki, dobrze, że nikt ich jesz­cze nie pod­niósł, nie prze­czy­tał.

Darek Bomba ode­tchnął. Z tej rado­ści posta­wił zero sie­dem czy­stej. Pili pod piwo. Zro­biło się swoj­sko. Zresztą w karcz­mie zawsze było swoj­sko. Mój przy­ja­ciel nie pamięta, jak tego dnia wró­cił do domu.

Chyba tak­sów­karz poma­gał mi wcho­dzić do windy, zakoń­czył opo­wieść.

Roman­tyczny kult przy­jaźni, gło­sił go Wil­helm Wac­ken­ro­der. Zamknięty w sobie, uczu­cia ujaw­niał tylko przy­ja­cie­lowi, Ludwi­kowi Tiec­kowi. Wac­ken­ro­der przy­pi­sy­wał przy­jaźni więk­szą siłę i zna­cze­nie niż miło­ści. Zabo­bon jest lep­szy od wiary w sys­tem. W gło­wie poja­wiały się obrazy, nie mogłem i nie chcia­łem ich ode­gnać. Cytaty. Jesz­cze ze stu­diów, zamierz­chła epoka. Jakoś nie chciało mi się wie­rzyć, że cho­dzi­łem na wykłady, zda­wa­łem egza­miny i zali­cza­łem seme­stry. To był inny czło­wiek niż ten leżący na kari­ma­cie nad brze­giem jeziora Dar­gin, zupeł­nie inny świat.

Nie możesz sobie wyobra­zić, jak wzdy­cham do wol­no­ści. Boże, jak łatwo ją nad­użyć, gdy jest się tak długo uci­ska­nym, jesz­cze coś takiego tele­pie się po gło­wie.

Powierzch­nia wody dziś jest gładka.

Jeden z Niem­ców maj­struje przy rowe­rze. Jest w samych szor­tach. Drugi wysta­wia kudłatą głowę z namiotu. Roz­ma­wiają, ale głosy są ciche, nie rozu­miem słów. Chyba pójdę do lasu, pod sosny, w ich cie­niu poczuję się bez­piecz­nie. Piasz­czy­sta droga jest poma­rań­czowa. Po pra­wej mijam bramę do obozu mło­dzie­żo­wego, skrę­cam w lewo. Prze­cinka, ład­nie oświe­tla ją słońce, pnie się lekko pod górę i zaraz scho­dzi w dół. Potem zaczy­nają się zabu­do­wa­nia, idę drogą wzdłuż lasu, po dru­giej stro­nie rząd domów, bramy poro­śnięte wino­ro­ślą. I już wycho­dzę na leśny cmen­tarz, z któ­rego pozo­stało nie­wiele, roz­le­gła prze­strzeń. Panuje mazur­ska cisza – coś prze­ista­cza się w obce i nie­znane, pod drze­wami, które patrzą na to z góry. Tak tu jest. Czy­tam: „Zum Geden­ken unse­rer beiden Söhne. Obe­rgef. Wal­ter Grinda, Uffz. Fritz Grinda. Psalm 91”. Obaj w wojnę, pierw­szy w czter­dzie­stym trze­cim, drugi rok póź­niej. Cho­dzę i zbie­ram poziomki. Teren jest upo­rząd­ko­wany, chwa­sty ścięte, całość ogro­dzona. Czuję się dobrze, wcale nie chcę wra­cać na kem­ping.

Ale wra­cam. Długo kąpię się w jezio­rze, przy samym dnie rosną rośliny o bar­wie butel­ko­wego szkła, pachną powie­trzem, wodą, niczym. Mój przy­ja­ciel kro­czy do mnie po tafli jeziora, pró­buje mówić, ale dusi się, ma pro­blemy z arty­ku­la­cją. Jest w jasno­nie­bie­skiej piża­mie, w nosie ma rurki dopro­wa­dza­jące tlen, bose stopy napuch­nięte. Otwiera usta w rybi spo­sób, ale nie wydo­bywa z nich żad­nego dźwięku. W jego oczach pyta­nie i strach. Kiedy jest już zupeł­nie bli­sko, podaję mu paczkę men­to­lo­wych vogue’ów light i cza­so­pi­smo muzyczne. Znowu na mnie patrzy – wypu­kłe oczy ugo­to­wa­nego pstrąga, nie­bie­skie tęczówki.

W namio­cie było duszno, obu­dzi­łem się nagle, roz­su­ną­łem wej­ście. Wdarł się powiew znad Dar­ginu. Poranny chłód, tak przy­jemny. Posta­no­wi­łem o sza­rej godzi­nie brza­sku pospa­ce­ro­wać nad brze­giem. Kem­ping pogrą­żony w ciszy, ruszy­łem wąską plażą w stronę tata­ra­ków. Nagle przy­sta­ną­łem. Z jeziora Dar­gin zaczął wydo­by­wać się szary opar i pełzł w stronę brzegu. Dotarł do mych stóp, wtedy nie­po­dzie­wa­nie przy­po­mnia­łem sobie, że w karcz­mie Bolek Snaj­per opo­wia­dał, jak zdej­mo­wał Ara­bów na Wzgó­rzach Golan. Co naj­mniej kilku. Potem się­gnął za pazu­chę, wyjął pół­li­trówkę i pocią­gnął potężny łyk. Na ety­kie­cie: żubrówka czy­sta. Popa­trzy­li­śmy wtedy na sie­bie z moim przy­ja­cie­lem. Ale dla­czego tuman z jeziora i tamto wspo­mnie­nie? Zupeł­nie nie wiem i nie dowiem się.

III

Wstał sło­neczny dzień. Leżące wśród lasów jezioro Dar­gin kusiło chło­dem, na który wiatr narzu­cił srebrną siatkę. Kil­ka­na­ście bia­łych żagli poja­wiło się nie­opo­dal wyspy, pły­nęły w tylko sobie wia­domą stronę. Były niczym ele­ment nie­oży­wio­nej przy­rody, oczy­wi­sty wła­śnie w tym miej­scu. Czarny pies moich sąsia­dów gło­śno skam­lał z rado­ści. Kobieta odwią­zała smycz i poszła z nim w stronę lasu. W nie­miec­kim namio­cie pano­wał bez­ruch, pew­nie jego miesz­kańcy obaj jesz­cze spali, choć wej­ście było roz­su­nięte. Zało­ży­łem kąpie­lówki i wsze­dłem do czy­stej wody. Długo sze­dłem, nie spie­szy­łem się. Potem zoba­czy­łem ich obu. Stali w wodzie, jeden zanu­rzony po szyję. Drugi coś do niego mówił. Miał wodę po pas.

Nie mogę chyba do końca zaak­cep­to­wać samego sie­bie, moich życio­wych wybo­rów, może też wła­snego wyglądu. Goli­łem się przed małym luster­kiem nad kem­pin­gową umy­walką, nie potra­fi­łem oswoić się z wido­kiem sta­rze­ją­cej się twa­rzy. Worki pod oczami. Ale przy­naj­mniej nie mam tak żół­tej i zie­mi­stej cery jak mój przy­ja­ciel, oczy cią­gle żywe. A w jego oczach? Co tam było? Kiedy odwie­dzi­łem go pod­czas kolej­nego pobytu w szpi­talu, opo­wie­dział mi inną histo­rię o Darku Bom­bie. Musiała wyda­rzyć się nie­dawno, pomię­dzy poby­tami mojego przy­ja­ciela na Bana­cha. Tego dnia Darek Bomba przy­szedł do karczmy z pokie­re­szo­waną twa­rzą. Nikt go o nic nie pytał, sam wyznał, że w jego bloku poja­wił się nowy dozorca, byczek taki.

Zro­bi­łem obduk­cję, byłem na komi­sa­ria­cie, nie ujdzie mu na sucho, dorzu­cił i zamy­ślił się.

Bolek Snaj­per spał przy stole, Kazik z Euro­transu dziś sta­wiał, pili z Dar­kiem gorzałę, zagry­za­jąc golonką na zimno z chrza­nem. Kazik zapro­po­no­wał mojemu przy­ja­cie­lowi lufę, ale ten grzecz­nie podzię­ko­wał. Pozo­stał przy piwie.

Lubił z nimi prze­by­wać, roz­ma­wiać i pić. Nie obcho­dziło go, co ludzie praw­dziwi myślą o nim, czuł się w karcz­mie jak u sie­bie, mimo ordy­nar­nego urzą­dze­nia tego miej­sca – trzy boksy ze sto­łami, na ścia­nach land­sza­fty i kalen­darz oraz tele­wi­zor, w któ­rym pani Gra­żynka zza baru oglą­dała tele­tur­nieje. „Lokal lewicy”, jak nazwał go kie­dyś Bolek Snaj­per, stał tam od lat. Prze­żył osie­dlowy baza­rek, który nie­gdyś go ota­czał, potem obok wybu­do­wano ele­gancki hotel, zagra­niczni goście zama­wiali piwo i z zacie­ka­wie­niem spo­glą­dali w twa­rze sta­łych klien­tów. Teraz, na Mazu­rach, znowu zoba­czy­łem tamto miej­sce i zro­biło mi się żal, że mój przy­ja­ciel nie może spo­cząć na leśnym cmen­ta­rzu wśród wyso­kich sosen, obok braci Grin­dów, a jego grób na Cmen­ta­rzu Pół­noc­nym jest pew­nie tak brzydki jak lokal, w któ­rym zapi­jał się na śmierć.

Prze­trwać jesz­cze jeden dzień, jedną noc. Może wła­śnie po to przy­je­cha­łem nad Dar­gin. Wbrew obra­zom z pogrzebu, które wciąż tkwiły pod powie­kami. Pła­cze dziew­czynka i pła­cze chłop­czyk. Mam swoje życie, swoje sprawy i wspo­mnie­nia, a jed­nak jakoś mnie to doty­czy, mój przy­ja­ciel był czę­ścią tego wszyst­kiego. Poma­gał mi patrzeć ina­czej, z dystan­sem, z więk­szym luzem. Poma­gał mi myśleć. Trzeba żyć, powta­rzał, nawet kiedy był na cięż­kim kacu, a ja mia­łem wyłącz­nie czarne myśli. Czy­tał wszystko, co napi­sa­łem, słu­chał każ­dej mojej audy­cji, byłem pewien, że jego oceny są szczere i prze­my­ślane. On po pro­stu powie mi, co myśli, poroz­ma­wiamy przy piwie i będzie to dla mnie kolejna ważna chwila, moment wytchnie­nia. Tak było. Nawet wów­czas, kiedy sie­dzie­li­śmy naprze­ciw sie­bie w takim miej­scu jak karczma. Zwłasz­cza w ostat­nim cza­sie nie był to już dobry lokal na wymianę myśli. Zaraz ktoś z ludzi praw­dzi­wych przy­sia­dał się do nas, zaczy­nał gadkę o życiu, czyli o tym, że podobno piwo ma podro­żeć. Długo jed­nak roz­ma­wia­li­śmy z przy­ja­cielem przez tele­fon, zaska­ki­wał mnie w róż­nych porach dnia, cza­sem, kiedy byłem zajęty, cza­sem, kiedy gapi­łem się w sufit.

W szpi­talu opo­wia­dał, że dwie jego kole­żanki z działu, Ania i Mał­go­sia, prze­szły na islam i że on bar­dzo się tym zmar­twił. To nie była prawda. Ale prze­cież pamię­tam i inne chwile. Rado­sna twarz mojego przy­ja­ciela, idziemy Niem­ce­wi­cza, świeci słońce, on ubrany w mary­narkę i roz­piętą pod szyją nie­bie­ską koszulę. Pali papie­rosa. Mówi o naj­now­szej pły­cie Dylana, wyśmiewa pre­zesa swej firmy i jego grę w golfa, ulicą prze­biega chło­piec. Jego syn jest podobny, mówi, razem oglą­dają mecze.

Naj­cen­niej­sze war­to­ści prozy prze­szły dziś, opo­wia­dał kawa­łek dalej, przy skrzy­żo­wa­niu z Gró­jecką, do takich gatun­ków jak repor­taż i do powie­ści kry­mi­nal­nej.

Naprawdę? Tak uwa­żasz? Dzi­wi­łem się, nie dowie­rza­łem mu, ale potem inten­syw­nie o tym myśla­łem. Wtedy, na Niem­ce­wi­cza, było inne świa­tło, bar­dziej uro­czy­ste. Nawet sklep spo­żyw­czy, w któ­rym mój przy­ja­ciel kupo­wał sobie polę­dwicę z kur­czaka na wagę i biały ser, był szcze­gólny. I regał z piwami, przy któ­rym przy­sta­wa­li­śmy, by omó­wić sezo­nowe nowo­ści. Kie­dyś wyznał, że jest biro­fi­lem i ma ety­kiety ze wszyst­kich pol­skich bro­wa­rów poukła­dane w albu­mie. Ni­gdy mi ich jed­nak nie poka­zał.

Pod wie­czór przy­je­chało dwa­na­ście wło­skich kam­pe­rów. Kie­rowcy usta­wili samo­chody w czwo­ro­bok, na każ­dym z nich krę­ciła się antena tele­wi­zyjna. Posze­dłem do bara­ko­wozu i zamó­wi­łem pie­rogi z mię­sem. Pla­sti­kowy tale­rzyk z daniem przy­nio­słem sobie nad samo jezioro. Tu stał drew­niany stół zbity z desek, sia­dłem przy nim i roz­po­czą­łem posi­łek. Słońce zacho­dzi, zja­dam pie­roga, patrzę na przy­bi­ja­jący do nabrzeża jacht. Nazywa się Sasanka. Dwaj faceci mocują cumy, mały pie­sek nie­cier­pliwi się na pokła­dzie, już chce wyska­ki­wać na ląd. Nie bar­dzo wiem, co mam ze sobą robić, napił­bym się her­baty, ale nie chce mi się goto­wać wody w czaj­niku. Idę drogą, skrę­cam w lewo za kem­pin­giem, kil­ka­na­ście metrów, jestem w lesie. Chcę się uspo­koić, wyci­szyć, ale nie potra­fię. Coś sie­dzi z tyłu głowy, myśl lub wspo­mnie­nie, i nie pozwala kon­tem­plo­wać zie­lo­nych ostę­pów. Co to może być? Czuję się winny – ale czy powi­nie­nem? W końcu to mnie wyrzu­cono z pracy po kil­ku­na­stu latach i choć wzią­łem dużą odprawę, skoń­czyła się moja przy­goda, moje radiowe dyżury, wie­czory przed mikro­fo­nem, roz­mowy ze słu­cha­czami. Koniec. Czu­łem się fatal­nie. Bar­dzo pomógł mi wtedy mój przy­ja­ciel, roz­ma­wia­li­śmy, pozna­łem ludzi praw­dzi­wych i choć męczyli mnie z początku, to w jakiś spo­sób i ich polu­bi­łem. Prze­sta­łem się dzi­wić. Na przy­kład, że Jurek Wolon­ta­riusz przy­cho­dził z siatką pełną rolek papieru toa­le­to­wego i mówił, że dostał je w fun­da­cji. Nie wia­domo, o co mu cho­dziło.

Z rodziną się poro­biło, teraz z matką miesz­kam, dodał jesz­cze, choć nikt go o nic nie pytał.

Łyk piwa, które posta­wiła przed nim pani Gra­żynka. Zamknął się wresz­cie.

Mój przy­ja­ciel był tu u sie­bie, ceniono jego zda­nie, liczono się z nim i chęt­nie się do niego przy­sia­dano. Dar­mowe napitki także nie były bez zna­cze­nia. Sta­wiał, miał pie­nią­dze, a u ludzi praw­dzi­wych bywało z tym róż­nie. Słu­cha­łem opo­wie­ści. Na przy­kład o cho­miku, któ­rego Tomek z Legii Cudzo­ziem­skiej nakar­mił wiśniami z nalewki i zwie­rzątko spało kilka dni pijane. Innym razem zro­bił mu buty z łupin od orze­chów lasko­wych, które przy­kleił sko­czem do łapek. Bar­dzo moż­liwe zresztą, że to wcale nie było w dzie­ciń­stwie, jak się zarze­kał, ale cał­kiem nie­dawno. Nikt go o nic nie zapy­tał. Mój przy­ja­ciel śmiał się ser­decz­nie z głu­pot, któ­rych codzien­nie wysłu­chi­wał. Nie było dnia, żeby nie poszedł do karczmy, nie pił i nie roz­ma­wiał z ludźmi praw­dzi­wymi.

Mój brak pew­no­ści sie­bie po zwol­nie­niu z pracy kom­pen­so­wa­łem sobie roz­mo­wami z nim, a ponie­waż on już wtedy codzien­nie cho­dził do karczmy, ja też tam bywa­łem. Chcia­łem co prawda namó­wić go na zmianę miej­sca: chodź, pój­dziemy na Fok­sal, tam są knajpki, można też zjeść coś dobrego, ale on się nie dawał. Musiała być karczma. Czuł się w niej naj­le­piej, ni­gdzie nie chciał cho­dzić. Po roz­wo­dzie, mówił, nie musi już wysłu­chi­wać pre­ten­sji, kiedy nalewa sobie piwo do szklanki.

Ten etap mam za sobą, powia­dał. I to jest fajne.

Odwie­dzi­łem go kie­dyś w wynaj­mo­wa­nej prze­zeń kawa­lerce przy Sie­wier­skiej. Uliczka na Sta­rej Ocho­cie, drzewa, ławki, eme­ryci z psami. Z ciem­nej sionki-kuchenki prze­cho­dziło się do pokoju, w któ­rym pod oknem stała lodówka. Obok była szafka ze sprzę­tem hi-fi i sto­sem zaku­rzo­nych płyt CD. Jesz­cze sto­lik, na nim lap­top i roz­grze­bane łóżko obok. Na ścia­nach obrazki, za ich ramy mój przy­ja­ciel wetknął swoje dwa ulu­bione zdję­cia. Była żona i on płyną gon­dolą w Wene­cji – to jedno. Na dru­gim dzieci, które uro­dziły im się póź­niej. Smugi kurzu bie­gnące od szafy do łóżka spra­wiały raczej przy­gnę­bia­jące wra­że­nie. Ale zaraz mój przy­ja­ciel otwo­rzył lodówkę, wyjął dwa piwa, podał szklanki. Atmos­fera nieco zła­god­niała. Zaczę­li­śmy nie­spieszną roz­mowę o pew­nym wykła­dowcy uni­wer­sy­tec­kim zna­nym mu z polo­ni­styki. Opo­wia­dał o zaję­ciach, na któ­rych wszy­scy żło­pali piwo i dys­ku­to­wali o zna­cze­niu pism por­no­gra­ficz­nych. Potem ten facet swoim ulu­bio­nym stu­den­tom zała­twiał pracę w zaprzy­jaź­nio­nych redak­cjach pra­so­wych i radio­wych.

W sumie to bar­dzo miłe, zauwa­ży­łem, też bym chciał zaraz po stu­diach, po obro­nie, wsko­czyć na dobrą posadę, pracę w radiu zna­la­złem po kilku latach tuła­nia się, tro­chę przez przy­pa­dek. Udało się wtedy, wszystko dzięki mojej ciotce. Ty mia­łeś szczę­ście, mówi­łem, że od razu tra­fi­łeś do swo­jej firmy i wciąż awan­su­jesz.

Przy­tak­nął i wypił łyk piwa. Potem uchy­lił okno, zaja­rał men­to­lo­wego voque’a. Od roz­wodu znowu palił, choć wcze­śniej miał ośmio­let­nią prze­rwę.

Razem z moją byłą żoną, zaczął nowy wątek, byli­śmy kie­dyś na festi­walu fil­mo­wym w Łago­wie. Pierw­szą nagrodę otrzy­mał film Płatna miłość. Na drugi dzień po ogło­sze­niu wer­dyktu na śnia­da­nie zeszła aktorka, odtwór­czyni głów­nej roli. Przy sąsied­nim sto­liku sie­dział znany reży­ser ze swym kolegą akto­rem. Kiedy kobieta zaczęła sma­ro­wać chleb masłem, usły­szała głos reży­sera. Był skie­ro­wany do niej: „Sza­nuj się, dziew­czyno! Sza­nuj! Nie rób z sie­bie kurwy!”. Aktorka w popło­chu ucie­kła do swo­jego pokoju, a reży­ser zasnął przy sto­liku. Ale na ogni­sko przy­szli obaj, reży­ser i jego kolega aktor, obaj w bar­dzo dobrej for­mie, pili dalej.

Wycią­gną­łem kolejne piwa z lodówki pod oknem.

IV

Ci dwaj obok mnie w namio­cie to wędrowne nie­miec­kie ptaki. Wandervögel. Był kie­dyś taki ruch, przy­po­mnia­łem sobie, bro­dząc w cie­płej, wie­czor­nej wodzie jeziora Dar­gin. Mło­dzi ludzie łączyli się w grupy i zwie­dzali pie­szo swą nie­miecką ojczy­znę. Z ple­ca­kami wspi­nali się na szczyty, biwa­ko­wali w gór­skich sza­ła­sach, byli dla sie­bie braćmi i sio­strami. Ci dwaj to też Wandervögel, pomy­śla­łem, a potem zoba­czy­łem jesz­cze kogoś na pomo­ście.

Postać z dale­kiej prze­szło­ści, kobieta, która stała teraz oparta o barierkę. Patrzy­łem na nią przez zale­wa­jące mi oczy kro­pelki wody. To na pewno ona, błę­kitny kwiat, pozna­łem ją po geście, jakim odgar­nęła włosy z czoła. I po tym, w jaki spo­sób uło­żyła całą syl­wetkę. Była tęsk­notą, o któ­rej wła­ści­wie zapo­mnia­łem. Odby­łem żałobę. A jed­nak widzia­łem ją teraz na pomo­ście. Patrzyła na taflę wody, zupeł­nie taka sama jak przed laty, odle­gła, nie­do­stępna, ktoś, kogo sam stwo­rzy­łem i modli­łem się do nie­ist­nie­ją­cego obrazu. Poru­szyła nawet nogą, a potem wolno odwró­ciła głowę w kie­runku brzegu. Mignęła biała plama twa­rzy.

Kiedy wycho­dzi­łem z jeziora, na pomo­ście nikogo już nie było. Łodygi tata­raku i kawałki drewna wyrzu­cone przez fale kłuły mnie w stopy. Wycie­ra­łem się koło namiotu, znowu dole­ciał zapach grilla. Ci z kam­pera przy­rzą­dzali mięso, facet niósł wodę w baniaku i wle­wał ją do zbior­nika z boku samo­chodu. To pew­nie woda na prysz­nic dla żony, która z mokrymi wło­sami sie­działa przy tury­stycz­nym sto­liku i roz­wią­zy­wała krzy­żówkę. Cie­pły blask zacho­dzą­cego słońca oświe­tlił całą scenę, bra­ko­wało tylko psa. Musiał scho­wać się za samo­cho­dem. Jezioro, błę­kitne i cie­płe, było czę­ścią tego pej­zażu.

Co ja jej mam do zaofe­ro­wa­nia? Nie­wiele. Macankę w krza­kach i dwie puszki piwa. A to za mało, sta­now­czo za mało, mówił mój przy­ja­ciel, kiedy roz­ma­wia­li­śmy o wybo­rze nowej narze­czo­nej dla niego.

On roz­wie­dziony, przy­dałby się zatem ktoś inny, nowy, a nie tylko ludzie praw­dziwi, codzien­nie odwie­dzani w karcz­mie. Temat został prze­rwany, do naszego sto­lika dosiadł się stały klient.

Ruscy, dowo­dził Bolek Snaj­per, mają już wła­sną bombę baryczną. Wymy­ślili ją Żydzi w Izra­elu. Po odpa­le­niu zasysa tlen w pro­mie­niu setek metrów i wszystko ginie, ale nie wia­domo, czy Putin zde­cy­duje się na jej uży­cie w Syrii. Ale jakby chcieli, to mogą.

Minęło kilka minut i był już z nami Tomek z Legii Cudzo­ziem­skiej, przy­siadł się i posta­wił przed sobą małą butelkę wody. Ozna­czało to, że nie ma pie­nię­dzy i pije dziś na sępa. Bolek krótko, po żoł­nier­sku, otak­so­wał go wzro­kiem.

Ja ni­gdy nie zosta­wi­łem cię na polu walki, a jak ty zacho­wa­łeś się wczo­raj?

Tomek mil­czał jak zaklęty.

Zosta­wi­łeś mnie samego na polu walki z alko­ho­lem, kon­ty­nu­ował z wyraźną pre­ten­sją Bolek Snaj­per.

Wczo­raj leżał zamro­czony na traw­niku przed karczmą i nie zna­lazł się nikt, kto odpro­wa­dziłby go do domu. Mało nie zali­czył izby, opo­wia­dała pani Gra­żynka. A wcze­śniej pił wła­śnie z Tom­kiem. I zapewne mu sta­wiał, ale ten zawi­nął się do mamusi.

To jest moje nie­szczę­ście, to jest moje nie­szczę­ście, szep­tała ta sta­ro­winka, eme­ry­to­wana lekarka, kiedy pew­nej nocy mój przy­ja­ciel z Jur­kiem Wolon­ta­riu­szem przy­ta­chali stu­trzy­dzie­sto­ki­lo­gra­mowe ciel­sko Tomka na blok.

Wła­śnie dla­tego nowa kobieta w życiu mojego przy­ja­ciela bar­dzo by się przy­dała, myśla­łem i sta­ra­łem się go prze­ko­nać do tej idei. Kiedy był pijany, wycho­dziło, że wciąż jest zako­chany w żonie, ona wciąż tkwi w nim, on więc nie może być z żadną inną. U mnie w radiu krę­ciło się kilka kobiet potrze­bu­ją­cych męskiego wspar­cia, raz nawet zaaran­żo­wa­łem spo­tka­nie w pubie miesz­czą­cym się w wieży mostu Ponia­tow­skiego. Spo­kojny, cie­pły war­szaw­ski wie­czór. Dziew­czyna roz­wie­dziona i bar­dzo ładna, kie­dyś była modelką. Mój przy­ja­ciel przy­szedł jed­nak w strasz­nym sta­nie, a wsta­jąc do toa­lety, prze­wró­cił się i trzeba go było zbie­rać z pod­łogi. Z randki nic nie wyszło, jej fia­sko wytłu­ma­czy­łem kole­żance nie­za­mknię­tym związ­kiem miło­snym z byłą żoną, nie sądzi­łem, że to tak silne, tro­chę mi głu­pio, przy­zna­łem. On jesz­cze musi to w sobie prze­tra­wić, nie byłem świa­domy pro­blemu, kla­ro­wa­łem kobie­cie, która patrzyła na wszystko sze­roko otwar­tymi oczami, ale do końca – czyli do chwili, gdy wpa­ko­wa­łem mego przy­ja­ciela do tak­sówki – zacho­wała pogodę ducha. I na koniec powie­działa, że naj­waż­niej­sze, żeby on bez­piecz­nie dotarł do domu.

Widzisz, jaka ona jest – mówi­łem przez tele­fon następ­nego dnia, kiedy do mnie zadzwo­nił i wypy­ty­wał, co się działo – jest miła, spo­kojna, a w pracy nie dała mi poznać, że ma do mnie żal o tam­ten wie­czór.

Wię­cej jed­nak o mego przy­ja­ciela nie zapy­tała.

Dekla­ro­wał kil­ka­krot­nie, że gustuje w damach przy kości. Bar­dzo mnie to dzi­wiło, bo żonę miał szczu­płą i raczej drob­nej budowy, być może więc były to tylko jego marze­nia, pro­jek­cje. Efek­tem całego zamie­sza­nia stało się jesz­cze więk­sze zbra­ta­nie się z ludźmi praw­dzi­wymi, prze­sia­dy­wa­nie w karcz­mie do późna w noc, wsta­wa­nie do pracy z gigan­tycz­nym kacem. Mój przy­ja­ciel stał się jed­nym z nich, choć ni­gdy sam przed sobą by tego nie przy­znał. Uczest­ni­czył w ich życiu, pił wódkę, wysłu­chi­wał nie­koń­czą­cych się mono­lo­gów o pra­cach na działce, wiej­skim serze i kieł­ba­sie od chłopa, o kwia­tach na grządce. O woj­nie na Wzgó­rzach Golan, o zdej­mo­wa­niu wroga kara­bin­kiem snaj­per­skim, o zada­niach wywia­dow­czych w Alba­nii i olbrzy­mim poświę­ce­niu sie­dzą­cych teraz w karcz­mie wojow­ni­ków, raczą­cych się wódą i piwem. Jesz­cze też o tym, jak teraz jest źle w ojczyź­nie, w sej­mie i w sena­cie.

Ja bym wpu­ścił tam moich chło­pa­ków z pałami! Od razu zro­bi­liby porzą­dek, gorącz­ko­wał się Ste­fan, eme­ry­to­wany puł­kow­nik mili­cji, pry­wat­nie kawał chuja, jak okre­ślił go na stro­nie Tomek z Legii Cudzo­ziem­skiej.

Kiedy odcho­dzi­łem z pracy po nie­mal pięt­na­stu latach spę­dzo­nych na Myśli­wiec­kiej 3/5/7, w zasa­dzie czu­łem ulgę. Moje audy­cje od pew­nego czasu nie cie­szyły się popu­lar­no­ścią. Święta Edyta Stein, bło­go­sła­wiony ksiądz Jerzy, sprawa pastora Bon­ho­ef­fera i jego zgi­lo­ty­no­wa­nie – to wszystko dla kie­row­nic­twa sta­cji były gorące kar­to­fle, któ­rych nale­żało się pozbyć, by słu­chal­ność wzro­sła. A ja nie bar­dzo mia­łem ochotę ani nie potra­fi­łem przy­go­to­wać rela­cji z Win­ter Games czy z dorocz­nego Mar­szu Szmat w sto­licy. Tak siło­wa­li­śmy się przez ostat­nich kilka lat, w końcu doszło do roz­strzy­gnięć. Odsze­dłem za poro­zu­mie­niem stron, dosta­łem nie­złą odprawę, nie bar­dzo jed­nak wie­dzia­łem, co dalej. Dla sta­cji komer­cyj­nych byłem za stary i cho­ciaż wszystko odbyło się kul­tu­ral­nie, zaczą­łem odczu­wać ogromną pustkę. Nie mia­łem czym jej wypeł­nić. Mój przy­ja­ciel pra­co­wał w zupeł­nie innej branży, nie bar­dzo mógł mi pomóc, nie miał zbyt wielu zna­jo­mo­ści. Ale był przy mnie, czę­sto roz­ma­wia­li­śmy, w ostat­nich mie­sią­cach miej­scem tych roz­mów stał się „lokal lewicy”, drew­niana buda z wido­kiem na War­szawę Główną.

Bro­nek, wła­ści­ciel baru, naj­praw­do­po­dob­niej czło­wiek resortu, miał wiele wyro­zu­mia­ło­ści dla sta­łych klien­tów. Pozwa­lał im spać pod sto­łami, drzeć mordy, pić kupo­waną obok na CPN-ie wódkę, blu­zgać na całe gar­dło. Można też było brać na kre­chę, pani Gra­żynka pro­wa­dziła sto­sowny trzy­dzie­sto­dwu­kart­kowy zeszyt w kratkę. Zabro­nione było wsz­czy­na­nie awan­tur i uży­wa­nie prze­mocy. Bro­nek robił rol­mopsy, poda­wane jako zagry­cha, sam, według wła­snej recep­tury, co go mniej kosz­to­wało. Cią­gnął z tego miej­sca więk­szą kasę, mój przy­ja­ciel opo­wie­dział mi o jego córeczce, któ­rej Bro­nek kupił miesz­ka­nie w Paryżu. Pomy­śla­łem o tych śle­dziach teraz, sto­jąc do pół łydki w wodzie i obser­wu­jąc małe rybki, które pod­pły­wały i doty­kały mojej nogi. Już nie pamię­tam, czy jedli­śmy rol­mopsy w karcz­mie, ale bar­dzo moż­liwe, że tak było. Ja bez­ro­botny, on roz­wie­dziony, obaj na ławce sto­jącej w ogródku piw­nym przed karczmą. Roz­ma­wia­li­śmy o wszyst­kim i o niczym, a słonko grzało. Tak było jesz­cze w zeszłym roku, bo w tym, w roku śmierci mego przy­ja­ciela, on od wio­sny leżał już w szpi­talu – jed­nym, dru­gim, a potem znowu w tym pierw­szym. Wio­sna była chłodna.

Pew­nego dnia uciekł ze szpi­tala tak­sówką i poje­chał do miesz­ka­nia matki. W piża­mie, bo nie miał ubra­nia na zmianę. Matka nie chciała dać mu klu­czy do kawa­lerki, prze­ko­ny­wał ją usil­nie, że jest umó­wiony z gazow­ni­kiem. Wresz­cie wezwał poli­cję. Wró­cił na Sie­wier­ską, ale na krótko. Rychło znowu leżał w Szpi­talu Czer­nia­kow­skim na Stę­piń­skiej. Był już wtedy bar­dzo wymę­czony, mało roz­ma­wia­li­śmy, kupi­łem mu śmie­tan­kowe lody na patyku i serowe czipsy, z trud­no­ścią scho­dził po kilku schod­kach na szpi­talny, wewnętrzny dzie­dzi­niec. Z jed­nej strony trzy­mał się porę­czy, z dru­giej – mojej ręki. Ale wciąż opo­wia­dał, że pil­nie musi wró­cić do pracy. Patrzy­łem na jego wynędz­niałą twarz i prze­ko­ny­wałem, żeby wyje­chał do sana­to­rium albo nie myślał o fir­mie, tylko o zdro­wie­niu, leczył się, nabie­rał sił. Teraz widzę, że był w klin­czu – nie chciał już wra­cać do pracy, ale bez niej nie wyobra­żał sobie życia, dotąd ni­gdzie indziej nie pra­co­wał, bał się bez­ro­bo­cia, pła­cił ali­menty. Suge­ro­wa­łem mu nawet, żeby się zwol­nił, pod­re­pe­ro­wał zdro­wie, a potem zaczął szu­kać nowej roboty. Mil­czał wtedy, chyba nie chciał nawet brać pod uwagę takiego sce­na­riu­sza. Ze mną było tro­chę ina­czej, przed radiem mia­łem posadę jedną i drugą, może więc dla­tego, choć bar­dzo żal mi było tej pracy, potrak­to­wa­łem całe zamie­sza­nie jako kolejne wyda­rze­nie w życiu, które toczyło się dalej. A mój przy­ja­ciel nie potra­fił stam­tąd odejść, ale też nie chciał już patrzeć w oczy ludziom ze swego oto­cze­nia. Pił coraz wię­cej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

PRO­JEKT GRA­FICZNY OKŁADKI: Agnieszka Cie­śli­kow­ska

REDAK­TOR: Mariusz Zwo­liń­ski

Wyda­nie I elek­tro­niczne

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela jest zabro­nione.

Spół­dziel­nia Wydaw­ni­cza „Czy­tel­nik” Ul. Wiej­ska 12a, 00-490 War­szawa www.czy­tel­nik.pl

© Copy­ri­ght by Woj­ciech Chmie­lew­ski, 2021 © Copy­ri­ght for the edi­tion by Spół­dziel­nia Wydaw­ni­cza „Czy­tel­nik”, War­szawa 2021

ISBN 978-83-07-03509-3