Jej sekret - Nicole Trope - ebook + audiobook + książka

Jej sekret ebook

Nicole Trope

0,0
52,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Budzę się w środku nocy, ale to nie hałas wyrwał mnie ze snu, lecz niepokojące uczucie. Zakradam się na palcach do pokoju córki i odczuwam ulgę, widząc ją pogrążoną we śnie.
Zamykam pospiesznie drzwi na klucz. Nie pozwolę, by coś się stało mojej małej dziewczynce.

Mówisz mu wszystko. Mężowi, którego uwielbiasz, ojcu twojego dziecka, twojemu najlepszemu przyjacielowi. Potraficie porozumieć się jednym spojrzeniem lub dotknięciem dłoni.
A jeśli jednak nie potraficie?
A jeśli wasze szczęśliwe małżeństwo zostało zbudowane na jednym wielkim kłamstwie?
Kłamstwie, w które sama zaczęłaś wierzyć, aby przetrwać? A jeśli masz sekret, który ukrywasz przed ukochanym mężem i swoją pachnącą truskawkami córeczką, aby zapewnić im bezpieczeństwo?
Co się wydarzy, gdy nagle po dwudziestu ośmiu latach twój sekret wyjdzie na jaw? 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 347

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: The Life She Left Behind

Copyright © Nicole Trope, 2020

First published in Great Britain in 2020 by Storyfire Ltd trading as Bookouture.

Copyright for the Polish edition © 2026 by Grupa Wydawnicza FILIA

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja, korekta, skład i łamanie: Editio

PR & marketing: Magdalena Drogoś-Kraszewska

ISBN: 978-83-8441-696-9

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Seria: FILIA Mroczna Strona

mrocznastrona.pl

PROLOG

Zimowe powietrze jest ostre i przenikliwe, a wiatr wyje wokół nich, zagłuszając odgłosy ich ciężkich kroków.

Nie może sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz była na zewnątrz po północy, kiedy światło i poranek wydają się niemożliwie odległe. Nie pamięta, kiedy po raz ostatni gdzieś biegła – jej przyspieszony oddech przypomina o braku kondycji.

Zimno wkrada się pod warstwy jej ubrań, znajdując odsłoniętą skórę, gotowe ją dręczyć. Trudno sobie wyobrazić, że lato miałoby kiedykolwiek powrócić. A jednak w tej chwili jeszcze trudniej wyobrazić sobie jutro – nie mówiąc o życiu po tym wszystkim. Jak będzie żyć dalej, skoro wydarzyło się to, co najgorsze? Ryzykuje, spoglądając w bok. Jak oni będą żyć dalej?

On nadal przyspiesza kroku, a ona z trudem za nim nadąża, poruszając głową w lewo i w prawo, otoczona mrokiem i cieniami. Strach ściska jej gardło i zmusza do kaszlu.

Przypatrując się swojemu skraplającemu oddechowi, nagle przypomina sobie czasy dzieciństwa. Stała wtedy na zewnątrz w zimowy poranek, wydmuchując powietrze i obserwując z fascynacją, jak jej oddech zamienia się w białą mgiełkę pośród mroźnego powietrza. Nie jest już dzieckiem, ale czuje się, jakby nim była, przytłoczona dezorientacją i pozbawiona kontroli.

Jak do tego doszło?

Jak mogłam tego nie wiedzieć?

Czy sobie na to zasłużyłam?

Na ulicy panuje złowroga cisza, a niezamieszkane działki wyłaniają się z ciemności, grożąc im swoją pustką.

W oddali słychać delikatny szum jadących autostradą samochodów, niekończącego się strumienia ruchu, którego nic nie zatrzymuje – ani ciemność, ani zimno, ani późna pora.

Ubrana jest odpowiednio do pogody – ma na sobie płaszcz i czapkę – ale teraz, kiedy biegnie, zaczyna tego żałować. Ręce jej marzną i czuje, że strużka potu spływa jej po plecach. Zmusza swoje ciało do szybszego ruchu, na przekór wiatrowi uparcie próbującemu ją zatrzymać. Muszą jak najszybciej dotrzeć na miejsce.

Idziemy, kochanie. Już idziemy.

– Przyjdź sama – polecił jej.

Ale nie jest sama.

– Nie mów nikomu – nakazał.

Ale ona już komuś powiedziała.

– Chcę tylko porozmawiać – stwierdził.

Ale o czym mieli rozmawiać?

– Nie zrobię jej krzywdy – obiecał.

Wie, że to kłamstwo.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Rachel

Budzi ją nie tyle dźwięk, co raczej nieprzyjemne wrażenie, że nie jest sama w domu. Siada na łóżku, a jej serce zaczyna bić szybciej, gdy próbuje cokolwiek usłyszeć.

To tylko twoja wyobraźnia – próbuje przekonać samą siebie. Przesuwa nogi na bok łóżka i zanurza stopy w miękkim dywanie.

– To twoja wyobraźnia – szepcze. Mieszkają tu dopiero od dwóch tygodni, a ona nie przyzwyczaiła się jeszcze do nocnych odgłosów domu. W starym mieszkaniu potrafiła rozpoznać każdy dźwięk, który budził ją w nocy. Tam potrafiła określić porę dnia tylko na podstawie ruchów innych mieszkańców budynku. Pan Hong zawsze wracał z pracy o dziesiątej. Mieszkał obok i czuła się spokojna, gdy słyszała, jak jego klucz obraca się w zamku – był to znak nadchodzącej pory snu. Pani Davos z piętra wyżej trzaskała drzwiami, kiedy o szóstej nad ranem schodziła na dół, by powiesić pranie we wspólnym ogrodzie. Milly z pierwszego piętra śpiewała, wychodząc z mieszkania o ósmej. Wymyślała piosenki o tym, jaki był akurat dzień i jak się czuła.

Nie sądziła, że będzie jej brakowało tych odgłosów, ale teraz czuje się osamotniona, odseparowana od wszystkich w tym dużym, cichym domu. Meble, które przywieźli z mieszkania, nie wystarczyły, aby wypełnić przestrzeń. Obszerne pomieszczenia, takie jak jadalnia i formalny salon, pozostają otwarte i puste.

Nasłuchuje ponownie, mając nadzieję, że już nic nie usłyszy lub że rozpozna jakiś znajomy dźwięk. Liczy na to, że to tylko pozostałości snu, w który zapadła podczas czytania książki, ale kiedy pochyla się do przodu, coś dociera do jej uszu. Ostre uderzenie.

To oczywiście odgłos uderzającej o coś stopy, niezręczny krok kogoś, kto nie zna układu domu, kogoś, kto nie zdaje sobie sprawy, że wszędzie stoją stosy nierozpakowanych kartonów. Bierze głęboki oddech, zszokowana. To przecież niemożliwe, prawda? Zabiera telefon komórkowy z szafki nocnej i wstrzymuje oddech, aby móc lepiej słyszeć i nie zakłócać dźwięków własnym oddechem. Szelest, szelest, łomot. Kolejny nieudolny krok. Zeskakuje z łóżka i staje u szczytu schodów, spoglądając w dół na parter. Światła w przedpokoju i kuchni są zapalone, ponieważ Ben wkrótce wróci do domu. Wytęża słuch, obawiając się, że nie będzie w stanie nic usłyszeć, ogłuszona dudnieniem własnego serca.

Kolejny dźwięk, kolejny źle postawiony krok. Ktoś jest w domu. Ktoś naprawdę jest w środku.

Otwiera usta, by zawołać, bo to może być Ben, ale je zamyka. Wchodząc do domu, jej mąż wydaje dźwięki, do których zdążyła się już przyzwyczaić w ciągu ostatnich kilku tygodni. Zamyka drzwi prowadzące z podwójnego garażu do kuchni, a następnie sprawdza zamek: klik, klik. Zostawia swoją teczkę w kuchni – łup – a potem zawsze sięga po szklankę, aby napić się wody: szszsz…

Jeśli nie ma jej w kuchni, woła ją: „Jestem już w domu, kochanie!”.

Proszę, powiedz: „Jestem już w domu, kochanie” – błaga. Proszę, potykaj się o różne rzeczy, bo wypiłeś kilka drinków lub jesteś zmęczony. Ale wokół panuje tylko cisza. Przesuwa kciukiem po telefonie, sprawdzając lokalizację Bena w aplikacji. Tego hałasu nie spowodował Ben.

Jej mąż nadal jest w pracy, nadal czterdzieści pięć minut drogi stąd – nawet przy niewielkim ruchu o tej porze. Stoi nieruchomo, a usta ma tak suche, że nie może przełknąć śliny i musi powstrzymywać kaszel. Robi krok do przodu i nagle pojawia się przed nią jakiś kształt, sprawiając, że żołądek podchodzi jej do gardła. Gwałtownie wciąga powietrze ze strachu, ale sylwetka się nie porusza. Zdaje sobie wtedy sprawę, że to tylko stos pudeł, prawie tak wysoki jak ona, wypełniony dodatkową pościelą i ręcznikami czekającymi na rozpakowanie. Ponownie wstrzymuje oddech, nasłuchując.

Dochodzące z parteru kroki stawiane są z coraz większą pewnością. Zaciska usta, powstrzymując okrzyk strachu. Koniecznie musi dotrzeć do Beth, zapewnić córce bezpieczeństwo. Porusza się na palcach, stawiając krok za krokiem, i idzie korytarzem w stronę jej pokoju. Po wejściu do środka zamyka za sobą drzwi, wdzięczna za to, że przesuwają się bezgłośnie po puchatym dywanie. Powoli przekręca zamek, mając nadzieję, że kliknięcie, które temu towarzyszy, nie zwróci uwagi intruza. Po zatrzaśnięciu drzwi oddycha z ulgą, ale panika ponownie ogarnia jej ciało. Widzi, że jej córeczka głęboko śpi. Lampka nocna wiruje, a motyle machają różowymi skrzydełkami w przyćmionym świetle. W pokoju pachnie truskawkowym szamponem, którym myje włosy Beth. Ot, noc jak każda inna.

„Połóż się, Beth, nie wierć się. Czas na bajkę. Czas spać kochanie, dobranoc”. Ot, zwyczajna noc, poświęcona opiece nad małym dzieckiem. Tylko że już nic nie jest zwyczajne – ktoś jest w jej domu. Domu, który wciąż nie wydaje się należeć do niej, którego jeszcze nie poznała, a który powinien być jej bezpieczną przystanią. Ściska mocno telefon w dłoni, a przez głowę cały czas przebiegają jej przerażające wizje ataku na nią i jej córkę. Nie jest bezpieczna. Obie nie są bezpieczne.

Oddycha głęboko. Uspokój się – mówi sobie. Musi być spokojna, żeby móc myśleć. Motyle wirują, a zapach truskawek staje się silniejszy. Klatka piersiowa Beth unosi się i opada powoli, sen trzyma ją mocno w swoich objęciach.

Ręka Rachel drży. Nie wie, co robić. Musi… Nie potrafi jasno myśleć. Panika wiruje w jej głowie, tłumiąc wszystkie inne myśli.

– Ben – szepcze, jakby mogła go w ten sposób przywołać. Ben – myśli. Ben będzie wiedział, co robić. On zawsze wie, co robić.

Dzwoni do męża, wciąż czując wywołane strachem dreszcze na ciele.

– Ktoś jest w domu – szepcze i pokrótce wyjaśnia mu sytuację. Wspomina o hałasach, o swoim strachu, a on mówi jej, co powinna zrobić.

– Dzwoń na policję, już jadę, dzwoń na policję.

W jego głosie słychać panikę. Jeśli on jest spanikowany, to znaczy, że ona ma powody do obaw. „Spokojnie”, powtarza jej zawsze. „Wszystko będzie dobrze”. Ben zawsze wierzy, że wszystko się ułoży, ale teraz tego nie mówi.

– Zadzwoń na policję – powtarza, a jego głos nabiera natarczywości.

Dlaczego nie pomyślała o tym wcześniej? Oczywiście, powinna była to zrobić w pierwszej kolejności.

Drżącymi palcami wybiera trzy zera. Kiedy ktoś podnosi słuchawkę, zaciska dłoń w pięść, a paznokcie wbijają się w jej dłoń.

Nigdy nikomu nie mów, nikomu. Obiecaj mi, że nigdy nikomu nie powiesz. Zwłaszcza policji.

Te słowa są tak głęboko zakorzenione w jej psychice, że stały się częścią jej osobowości, ale to co innego. Teraz o tym nie mówi. Nie porusza w ogóle tematu przeszłości. Teraz prosi o pomoc, po prostu prosi o pomoc.

Podaje szczegóły, jąkając się i szepcząc. Puls dudni jej w uszach, prawie nie może złapać oddechu.

– Funkcjonariusze są już w drodze – zapewnia ją mężczyzna o dźwięcznym, spokojnym głosie. – Proszę nie opuszczać pokoju, siedzieć spokojnie, oni już jadą. – Rachel chciałaby, żeby ten mężczyzna był tu z nią, siedział obok niej i uspokajał ją tak samo, jak robi to przez telefon. Wyobraża sobie, że jest wysoki i barczysty. A do tego absolutnie pewien, że wszystko będzie dobrze. Musi mieć rację. Musi.

Opadła na podłogę obok łóżka córki. Próbowała kontrolować oddech, obejmując kolana ramionami i trzymając mocno telefon, który przełączyła na tryb cichy. W pokoju jest ciepło, a jedynym dźwiękiem jest delikatny szum grzejnika.

Przez chwilę jest cicho, ale nagle słyszy, jak ktoś wchodzi po schodach. Wsłuchuje się w ten niemożliwy do pomylenia z niczym innym odgłos kroków na pluszowym dywanie, który nadal zachowuje swój lekko chemiczny zapach nowości. Szur, szur. Pod drzwiami pojawia się cień, a ona zamiera, próbując zniknąć.

Czy to Ben? Czy jest w domu? Czy robi jej jakiś dziwny żart?

Nie, to nie może być Ben. Oczywiście, że nie. On by czegoś takiego nie zrobił. Poza tym właśnie do niego dzwoniła. Powiedział jej, żeby wezwała policję. Nie myśli trzeźwo.

Klamka w drzwiach obraca się powoli, bezgłośnie.

Spogląda na córkę, mając nadzieję, że nadal śpi. Śpij dalej – błaga w myślach. Proszę, śpij dalej. Dotyka klatki piersiowej, próbując uspokoić swoje galopujące serce.

Klamka drzwi ponownie się obraca, tym razem gwałtowniej, jakby osoba na zewnątrz próbowała wyłamać zamek. Nie może jej pozwolić zbliżyć się do Beth.

– Zadzwoniłam… Zadzwoniłam… na policję. – Jej głos drży, gdy to mówi. Wszystkie zasady kontaktu z osobami nieznajomymi, wszystkie ostrzeżenia przed przestępcami przelatują jej masowo przez głowę. Czy stanie się kolejną liczbą w statystykach, jeszcze jedną historią opowiadaną w wiadomościach? A Beth? Co przytrafi się jej dziecku? By stłumić łkanie i powstrzymać panikę, gryzie się w dłoń.

Klamka znów się obraca. Czuje, że zaraz zwymiotuje.

Czołgając się na rękach i kolanach w stronę drzwi, mówi:

– Wezwałam policję – tym razem jej głos jest nieco silniejszy. Jest zamknięta w środku, a intruz nie może wejść. A może tylko tak się jej wydaje? Gdzie jest policja?

Czuje, jakby miała zawał serca. Czy trzydzieści pięć lat to zbyt młody wiek na zawał serca? Czy tak właśnie umrze? Tutaj, teraz? A co z Beth? Co się stanie z Beth?

Czuje łzy płynące po policzkach. Zagryza wargę. Przestań, przestań – upomina się.

I wtedy, w cudowny, niesamowity sposób, powietrze wypełnia ryk syreny. Zakrywa usta dłonią, bo ma ochotę krzyczeć z radości. Jadą, w końcu tu są.

Wyczuwa, że intruz oddalił się od drzwi. Po chwili słyszy odgłos zbiegania po schodach.

Atmosfera się zmienia. Powietrze wydaje się lżejsze. Odszedł – kimkolwiek był – odszedł. Powinna po prostu tu siedzieć i czekać, ale jak policja się tu dostanie? Nie chce, żeby wyważyli drzwi wejściowe i przestraszyli jej córeczkę.

Powoli, ostrożnie otwiera drzwi pokoju Beth, wdzięczna, że jej córka się nie obudziła z głębokiego snu. Wyglądając przez drzwi, nie zabiera z nich ręki, gotowa do ponownego ich zatrzaśnięcia, gdyby obcy nadal tu był. Czuje jednak, że jest tu już sama. Jest tego prawie pewna.

Kiedy policja zaczyna walić w drzwi wejściowe, zauważa to.

Z początku sądzi, że to tylko złudzenie, że to jej wyobraźnia pracuje na pełnych obrotach. Nie może przecież widzieć tego, co jej się wydaje, że widzi.

To nie powinno być możliwe. A jednak jest.

Pochyla się, by to podnieść, niemal spodziewając się, że jej palce przenikną przez to jak przez hologram. Jej dłoń zamyka się jednak wokół przedmiotu; plastik jest twardy i solidny. Wsuwa go do kieszeni spodni od piżamy, a następnie zbiega na dół, żeby otworzyć policji drzwi.

ROZDZIAŁ DRUGI

Ben

Zaskakuje go dźwięk telefonu komórkowego – to ich ślubna melodia, której tytułu już nie pamięta. Zmieniła dla niego dzwonek. „Żebyś wiedział, że to ja dzwonię”, powiedziała z uśmiechem. Podoba mu się to, lubi sobie ją przypominać w kremowej sukni sięgającej do podłogi, z falbaną i różami u dołu. Tygodniami słuchał o tej sukni. O welonie, kwiatach, jedzeniu – ale jedyne, co go interesowało, to że mógł nazywać ją swoją żoną. Zanim ją poznał, przekonywał wszystkich swoich przyjaciół, że nie chce małżeństwa i nie zamierza się z nikim wiązać. Potem poznał Rachel i wiedział, że musi z nią być. Chciał się dowiedzieć, jak ludzie na niego spojrzą, kiedy przedstawi się jako jej mąż. „Nie twoja liga, kolego”, zaśmiał się jego ojciec, kiedy zobaczył ją po raz pierwszy. Ben nie mógł się z tym nie zgodzić. Jej miodowobrązowe włosy, zielone oczy i delikatne rysy nadawały jej eteryczny wygląd, jakby nie była do końca prawdziwa. Ale oczywiście była. Kiedy śmiała się naprawdę głośno, na jej twarzy pojawiały się urocze zmarszczki. Lubiła Monty Pythona i zabawne kartki urodzinowe. Uwielbiała indyjskie jedzenie i nuciła piosenki z reklam podczas prania. Była nieśmiała i cicha w obecności nieznajomych. Miała tylko kilkoro dobrych przyjaciół. Zatrzymywała się i głaskała każdego psa, obok którego przechodziła.

Lubi sobie przypominać, jak wyglądała podczas ich ślubu, tuż przed rozpoczęciem ich piosenki, kiedy przechyliła kieliszek z szampanem i mrugnęła do niego jednocześnie. To była słodka obietnica czekającej ich nocy. Po alkoholu traciła część swojej powściągliwości, stawała się zalotna i zabawna. Nie przygotowali się do pierwszego tańca, więc po prostu kołysali się w rytm muzyki, patrząc na siebie i myśląc o tym, co właśnie zrobili.

– Wygląda pani pięknie, pani Flinders – powiedział jej.

– Och, dziękuję, panie Flinders – odpowiedziała, a potem zachichotała jak dziecko w trakcie zabawy. Przez pierwszy rok czuł się tak, jakby udawali i tylko bawili się w bycie dorosłymi.

Spojrzał na zegarek. Jest już po dziesiątej. Wszyscy inni dawno już wyszli. W biurze panuje cisza, z wyjątkiem delikatnego szumu wydawanego przez komputery. Był tak skoncentrowany, że dopiero teraz uświadomił sobie, jak przerażająca jest ta pusta przestrzeń, w której jedyną pozostałością po obecności innych jest zapach po lunchu.

Spogląda na telefon, upewniając się, że to ona. Myślał, że już śpi i uspokajał się, wyobrażając sobie żonę skuloną w łóżku, z niebieską kołdrą owiniętą wokół ramion i brązowymi włosami rozrzuconymi na poduszce. Od wielu godzin obiecywał sobie, że wstanie i pójdzie do domu, ale zamiast tego otworzył kolejny arkusz kalkulacyjny, przejrzał kolejną kolumnę liczb i przepracował kolejną prezentację, obgryzając nerwowo paznokcie.

„Zdobądź dyplom, a świat będzie należał do ciebie”, mawiał jego ojciec Bernard. Teraz każdy ma dyplom. Każdego roku całe nowe pokolenie absolwentów staje się jego konkurencją, a on przegrywa. Czuje, że przegrywa. Dyplom już nie wystarcza, to zdecydowanie za mało. Powinien był kontynuować naukę. Branża oprogramowania biznesowego zmienia się zbyt dynamicznie, a teraz amatorzy bywają lepsi od profesjonalistów. Nastolatki mają tysiące obserwujących na Instagramie tylko dzięki publikowaniu przypadkowych zdjęć, a jego firma usilnie walczy o uwagę klientów. Czuje, że to tylko bicie głową w mur. Nikogo to nie obchodzi.

– Myślałem, że już śpisz – mówi po odebraniu telefonu.

– Ben, ktoś jest w domu – szepcze z desperacją Rachel.

– O mój Boże, co? – pyta. Jego serce natychmiast zaczyna bić szybciej, krew pulsuje mu w skroniach. – Rachel, jesteś pewna? – Prostuje się, czując, jak sztywnieją mu ramiona. Musi ją chronić, ale jest czterdzieści lub pięćdziesiąt minut od domu.

– Jestem pewna – odpowiada. – Leżałam w łóżku i usłyszałam, jak ktoś porusza się na dole. Boję się. Proszę, wróć do domu.

Słyszy przerażenie w jej głosie i gorączkowo szuka kluczy na biurku.

– Już jadę, Rachel. Odłóż słuchawkę i dzwoń na policję. Zadzwoń na policję.

– Dobrze – odpowiada, a on słyszy jej płacz.

– Rachel, kochanie, uspokój się i zadzwoń na policję. Gdzie jest Beth? – Dlaczego jeszcze do nich nie zadzwoniła?

– Jestem w jej pokoju, drzwi są zamknięte na zamek.

– Dobrze, już jadę. Dzwoń od razu, dzwoń na policję.

– Dobrze, dobrze, zadzwonię – odpowiada, pociągając nosem. Słyszy, jak bierze głęboki oddech i cieszy się, że udało mu się ją uspokoić. Lubi myśleć, że tylko on potrafi to zrobić. Dlatego wybrała właśnie jego. Ze wszystkich mężczyzn, których mogła mieć, wybrała jego.

Wybiega z biura i pokonuje schodami cztery piętra, zanim uświadamia sobie swoją głupotę. Następne dwanaście pięter w dół, do parkingu, zjeżdża już windą. Został tam już tylko jego samochód, a gdy pędzi w jego kierunku, wyobraża sobie, że ktoś wyskakuje zza filaru. Wszystko jest możliwe. Ktoś jest w ich domu. W ich nowym domu, gdzie jadalnia stoi pusta, ponieważ nie stać ich jeszcze na duży stół, który mógłby ją wypełnić. To miał być ich dom na zawsze, a teraz został zbezczeszczony. Wszędzie czuje zagrożenie.

Jest wdzięczny, że jest już późno i na drodze panuje niewielki ruch. Wciska pedał gazu, ryzykując mandat, ale tak naprawdę ma nadzieję, że policyjny radiowóz go zauważy. Zaprowadzi ich prosto do swojego domu. Nie zatrzyma się. Wyobraża sobie, że jadą za nim i myśli o tym, jaką czułby ulgę na widok migających czerwonych i niebieskich świateł. Czy Rachel zadzwoniła już na policję? Czy wszystko u nich w porządku? Może powinien ponownie do niej zadzwonić? A jeśli dzwoniący telefon zdradzi jej obecność temu, który wdarł się do ich domu? Czy intruz zdołałby się przedostać przez ciężkie, solidne drzwi pokoju Beth?

– Idiota! – krzyczy do siebie. – Ty cholerny idioto!

Nie powinien był znowu pracować do późna, nie powinien był zostawiać swojej żony i dziecka w nowym domu, w którym nie zainstalowali jeszcze systemu bezpieczeństwa. Ogromny kredyt hipoteczny zmusza go jednak do spędzania każdego wieczoru przy biurku i szukania sposobów na zwiększenie sprzedaży. Nie może stać się jednym ze zwolnionych kierowników marketingu – firma walczy o utrzymanie pozycji na nasyconym rynku.

Pędzi swoim czerwonym BMW, zmienia pas, a potem wraca, aby wyprzedzić jadący samochód. W lusterku wstecznym widzi kierowcę i jest pewien, że tamten go przeklina.

Ben żałuje tego… jak to nazwać – potknięcia? Chociaż wydaje się, że to coś więcej niż tylko potknięcie. Wydaje się, że to stałe ześlizgiwanie się w niewłaściwym kierunku. Cokolwiek to jest, żałuje, że nie wydarzyło się to przed rozpoczęciem budowy domu, znacznie wcześniej. Podjąłby wiele innych decyzji. Oboje podjęliby wiele innych decyzji, a Rachel i Beth byłyby teraz bezpieczne w ich małym mieszkaniu, gdzie pomoc była na wyciągnięcie ręki.

Jeszcze kilka tygodni wcześniej Rachel pracowała na pół etatu w szkole podstawowej, oddalonej o godzinę drogi od ich nowego domu. Kiedy zaczęła szukać czegoś bliżej, otrzymała druzgocącą wiadomość o swojej matce. Teraz to on jest żywicielem rodziny, a w dni takie jak ten jest to bardzo uciążliwe.

– Nie potrzebuję takiego dużego domu – oznajmiła Rachel, ale on pragnął dać jej wszystko. Uwielbia widzieć ją szczęśliwą i uśmiechniętą. Kocha te chwile, gdy lekki smutek w jej oczach choć na chwilę znika. Nadal nie może wyzbyć się uczucia, że jest dla niego zbyt dobra, zbyt piękna. Jeśli da jej wszystko, nigdy nie będzie chciała odejść.

W końcu nadszedł czas na dom z prawdziwego zdarzenia. Ben ma już trzydzieści pięć lat. Jego ojciec miał dwoje dzieci i dom na przedmieściach, gdy skończył dwadzieścia pięć.

– To są inne czasy – powtarzała mu jego matka Audrey. – Dzisiaj nie jest łatwo zaoszczędzić wystarczającą kwotę na zaliczkę.

– Nie powstrzymuj go przed próbą osiągnięcia sukcesu – powiedział jego ojciec. – Jeśli teraz zmobilizujesz się trochę finansowo, w dłuższej perspektywie wszystko się opłaci.

Bernard zawsze chciał, aby jego dzieci sięgały po więcej. Podczas nauki w szkole, jeśli uprawiały sport lub grały na instrumencie, musiały wykazywać niemal nienaturalne poświęcenie dla tego zajęcia. W przeciwnym razie przestawał płacić za ich lekcje. Siostra Bena, Louise, grała w netball, na fortepianie i skrzypcach. Ćwiczyła to wszystko, jakby od tego zależało jej życie. Ben przeskakiwał od piłki nożnej do tenisa, gitary i karate, aż w końcu, ku niezadowoleniu ojca, nie zdecydował się na nic.

Każdego dnia czuł potrzebę udowodnienia, że potrafi być tak samo dobrym mężem, ojcem i żywicielem rodziny jak jego własny ojciec. Teraz jednak wszystko wydaje się inne. Optymizm, który przepełniał go jeszcze kilka miesięcy wcześniej, rozpływa się w powietrzu. Znowu zaczął obgryzać paznokcie, a ten nawyk, jak dotąd sądził, porzucił już dawno temu.

Ponownie zmienia pas ruchu, by wyprzedzić inny samochód, a potem znów wraca na poprzedni. Zastanawia się, jak intruz się tam dostał. Czy to mężczyzna? To musi być mężczyzna. A jeśli jest ich więcej? Żołądek skręca mu się na samą myśl. Jak ona ma się obronić przed kilkoma napastnikami? Czy przyszli po to, żeby coś ukraść, czy mają bardziej nikczemne zamiary? Kto w ogóle chciałby zabrać dwuletni komputer Rachel i ich pięcioletni telewizor? Narkoman szukający szybkiej kasy? Jeśli tak, to Ben ma nadzieję, że facet znalazł torebkę Rachel i już sobie poszedł. Ale oczami wyobraźni wciąż widzi obce, męskie ręce oplatające jego żonę i córkę. Robi mu się niedobrze. Jeszcze mocniej dociska pedał gazu. Jeśli teraz go złapią, straci prawo jazdy. Niech i tak będzie.

– No dalej, no dalej – warczy, skręcając na jednopasmową drogę i zwalnia za wolno jadącą ciężarówką. Spogląda na drogę przed sobą i widząc, że jest pusta, zjeżdża na przeciwny pas i wyprzedza pojazd.

Kierowca ciężarówki trąbi za nim w reakcji na jego głupotę. To była niebezpieczna decyzja, ale nie miał innego wyboru. Czy policja już tam jest? Czy w ogóle wiedzą, jak znaleźć ich dom? To nowe osiedle, a bloki po obu stronach nie zostały jeszcze wybudowane. Jedynym znakiem, że ktoś zamieszka obok nich, jest ogromna sterta materiałów budowlanych na jednej z działek, ale jak dotąd nikt jeszcze nie przybył, aby rozpocząć pracę.

Na osiedlu są puste działki – wszystkie sprzedane i wciąż czekające, aż ich właściciele rozpoczną budowę. Ich dom jest jednym z nielicznych, które są już zamieszkałe.

– Może powinniśmy wynajmować mieszkanie jeszcze przez jakiś czas, dopóki więcej ludzi nie skończy budowy? W ciągu dnia będzie naprawdę głośno, a w nocy trochę strasznie – powiedziała Rachel, kiedy ich dom był już gotowy do wprowadzenia się.

– Nie stać nas na opłacanie czynszu i kredytu hipotecznego, kochanie.

A teraz wydarzyło się coś takiego – ktoś wykorzystał to, jak cicha jest ich ulica, aby się włamać.

Pomarańczowe światło zmienia się na czerwone, gdy do niego dojeżdża, ale nie zwalnia, nadal naciskając pedał gazu.

Pięćdziesięciominutowa zazwyczaj podróż teraz zajmuje mu dwadzieścia pięć minut. Serce wali mu jak młotem, a policji nadal nigdzie nie widać. Kiedy skręca w swoją ulicę, jest cały zlany potem, a usta ma wyschnięte od strachu. Kiedy widzi światła radiowozu, znów czuje, że robi mu się niedobrze. Podjeżdża pod dom, zatrzymuje auto z piskiem opon i wybiega, zostawiając otwarte drzwi samochodu.

ROZDZIAŁ TRZECI

Ptaszyna

Zakradam się na palcach do sypialni, gdzie leży zwinięta w kłębek w swoim łóżku.

– Mamusiu – szepczę, ale ona nie odpowiada. Podchodzę bliżej, pochylam się nad jej uchem i szepczę ponownie: – Mamusiu.

Otwiera oczy.

– Dzień dobry, kochanie – odpowiada, również szeptem. Leży otulona kocem, z nogami przyciśniętymi do brzucha, w białej koronkowej piżamie. Ja też tak lubię spać. W jej pokoju jest ciemno, ponieważ jeszcze nie wstała, żeby odsunąć ciężkie szare zasłony i wpuścić do środka promienie słońca. Zawsze, kiedy to robi, powtarza te same słowa: „Czas wpuścić do środka trochę słonka”. Kiedy to mówi, lubię wyobrażać sobie pana Słońce z jego przyjaznym uśmiechem, pukającego do okna: „Cześć, cześć. Mogę wejść?”. Lubię, kiedy wpuszcza światło, kiedy zaprasza do środka szczęście z zewnątrz, ponieważ czasami w naszym domu nie ma go wystarczająco wiele. Zaginam palce u stóp na jej dywanie. Jest gruby, a mama mi powiedziała, że ma kolor gołębiej szarości. Lubię ten dywan. Jest miękki jak piórka.

– Jestem głodna, mamo – mówię, bo czuję już, jak burczy mi w brzuchu. Muszę zaczekać, aż zegar cyfrowy w moim pokoju wskaże siódmą rano. Czasami robię się głodna, gdy zegar wskazuje szóstą, ale zawsze czekam. Taka jest zasada. W naszym domu obowiązuje wiele zasad. Bardzo wiele.

– Tata przygotuje ci śniadanie, jak tylko wyjdzie spod prysznica, dobrze? Zejdź do kuchni i zaczekaj. Niedługo tam będzie.

Rozprostowuje nogi i rozpościera ramiona, a ja pochylam się i kładę głowę na jej piersi. Słyszę w środku bicie jej serca i czuję słodki, kwiatowy zapach jej skóry. Chciałabym móc wejść do łóżka i przytulić się do niej, ale jestem już na to za duża. Nie wiem, dlaczego jestem za duża, ale tata tak powiedział, a to znaczy, że to musi być prawda.

– Cześć, Ptaszyno – mówi tata, wprowadzając do sypialni smużkę pary. Ma owinięty wokół bioder niebieski ręcznik i widzę włosy na jego klatce piersiowej, kręcone i mokre. Jest duży, większy ode mnie i większy od mamy. Ma naprawdę dużo rudobrązowych włosów i duże brązowe oczy. Mama ma złocistobrązowe włosy, takie jak moje. Jej włosy są proste i miękkie, a moje kręcone. Oczy też ma zielone, tak jak ja.

– Pamiętaj, że jesteś już za duża, żeby kłaść się do łóżka z mamą – mówi. Powtarza to łagodnym tonem, ale słyszę, że jest na mnie zły, bo trzymam głowę na jej piersi.

Jestem teraz za duża na wiele rzeczy. Kiedy byłam mniejsza, tata brał mnie wysoko na swoje ramiona i wtedy byłam większa od wszystkich, ale teraz już tego nie robi. Kiedyś pozwalał mi leżeć obok mamy w dużym łóżku i siadać mu na kolanach, ale teraz wszystko musiało się skończyć, bo „nadszedł czas, żebym dorosła”. Słyszałam, jak mówił jej o tym wczoraj wieczorem. Mama powiedziała, że jestem za mała, żeby chodzić do szkoły sama, ale tata uważa, że nadszedł odpowiedni czas, więc pewnie ma rację.

Mama odpowiedziała:

– Nie sądzę, Len. Nie czuję się z tym komfortowo.

A tata powiedział… Nic nie powiedział, ale teraz mama również uważa, że mogę chodzić do szkoły sama. Tata lubi, kiedy mama myśli tak samo, jak on. Lubi, kiedy wszyscy myślą tak samo, jak on – ja, mama i Kevin. Wszyscy zatem myślimy tak samo, ponieważ tata jest mądry, duży i silny. Chodzi do pracy w biurze mieszczącym się wysoko na niebie, gdzie sprzedaje coś, co nazywa się ubezpieczeniem. Zarabia pieniądze dla naszej rodziny, dzięki czemu możemy jeść, kupować zabawki i ubrania. Zna się na czymś, co nazywa statystyką. Wie, ile jest wypadków samochodowych, ile jest pożarów i ile lat mają starsi ludzie, kiedy umierają. Wie wszystko, więc musi mieć rację co do tego, że powinnam chodzić do szkoły pieszo.

Szkoła nie jest aż tak daleko, ale boję się dużego, warczącego psa z domu pod numerem piętnaście. Lubi pokazywać mi zęby i próbuje przeskoczyć bramę, żeby mnie złapać. Chciałabym powiedzieć tacie o tym dużym, warczącym psie, ale on nie lubi słuchać o tym, że ktoś się czegoś boi.

– Dorośnij – powtarza cały czas. Ale ja nie wiem, jak to zrobić. Kiedyś mówił coś takiego tylko Kevinowi, a teraz również mnie. Wczoraj wieczorem tata powiedział mamie, że byłam „rozpieszczana”. Nie wiem, co to znaczy, ale myślę, że to coś złego, więc postaram się nie być już dłużej rozpieszczana.

– Gotowa na pierwszy dzień samodzielnej drogi do szkoły, Ptaszyno? – pyta.

– Ćwir, ćwir – odpowiadam, a tata się uśmiecha.

– Zostaw już mamę. Zaraz zejdę na dół.

Chcę zostać z nią, ale wiem, że tata lubi, kiedy go słucham, więc wstaję i dotykam policzka mamy rzęsą. To eskimoski pocałunek – delikatny i miękki, ponieważ wiem, że muszę być delikatna wobec mamusi.

Choć zasłony są zasunięte, nadal widzę kwiat na jej policzku, cały czerwony i fioletowy. To nie jest ładny kwiat. To kwiat, który sprawia ból. Nie chcę jej już więcej ranić. Kiedy wczoraj wieczorem kładłam się spać, nie miała go, a teraz już ma. One często pojawiają się w nocy, zwłaszcza gdy mama mówi do taty: „Nie sądzę, Len”.

– Fruń już, Ptaszyno – mówi, a ja zbiegam na dół, żeby zaczekać na tatę.

Mam siedem lat i potrafię sama przygotować sobie płatki śniadaniowe, ale tata lubi robić to za mnie. Myślę sobie, że skoro jestem wystarczająco duża, żeby chodzić sama do szkoły, to jestem też wystarczająco duża, żeby sama przygotować sobie śniadanie, ale to tata ustala zasady w tym domu. Mówi, że narobię bałaganu, a on nie lubi bałaganu. Nie lubi bałaganu ani hałasu. Nie lubi krzyków ani płaczu. Lubi, kiedy się uśmiecham i jestem jego Ptaszyną.

– Ćwir, ćwir – odpowiadam śpiewnie, czekając na niego i starając się nie myśleć o wielkim, warczącym psie. – Ćwir, ćwir.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Siedzę wyprostowany na krześle, z szeroko rozstawionymi nogami i rękami na kolanach, a ona wyciąga notes oraz długopis i patrzy na mnie z błyskiem w oczach, pełna zapału. Zamierza mnie naprawić. Widzę, że wierzy, że jej się to uda. Przesuwam wzrokiem po jej ciele, zaczynając od krótkich, czarnych włosów, a kończąc na stopach w niebieskich balerinkach, które wydają się o numer za małe. Wolę, gdy kobiety są nieco delikatniejsze, nieco bardziej wdzięczne.

Najlepszym sposobem na opisanie doktor Amandy Sharmy jest słowo „kanciasta”. Ma szerokie ramiona, duże biodra i mocną szczękę. Ciekawe, czy ktoś – mąż lub żona – mówi jej czasami: „Może nie bierz już tego drugiego kawałka ciasta, Amando”.

Zastanawiam się, czy kiedy jej partner mówi coś takiego, ona potulnie zabiera rękę z talerza, czy może każe mu się wypchać. Może uprawia jakiś dziwny dla kobiet sport, na przykład rugby? Wyobrażam sobie, jak biegnie po boisku i rzuca się na przeciwnika. W ciągu zaledwie minuty wymyśliłem całe życie doktor Amandy Sharmy i prawie słyszę, jak mówi do swojego partnera: „Miałam dzisiaj naprawdę trudnego pacjenta, przerażającego wyglądem i niechętnego do przyjęcia pomocy”. Chciałbym jej powiedzieć, że kiedyś byłem o wiele bardziej przerażający. Złagodniałem z wiekiem.

Nadal jednak potrafiłbym zerwać się z krzesła i stłuc doktor Sharmę na miazgę. Barczysty pielęgniarz stojący przed uchylonymi drzwiami gabinetu oczywiście by mnie powstrzymał, ale zdążyłbym zadać kilka mocnych ciosów.

Milczy, kiedy na nią patrzę, dając mi tyle czasu, ile potrzebuję. Wracam wzrokiem do jej twarzy, oczekując, że choć trochę się zarumieni. Większość kobiet uważałaby taki poziom kontroli za niepokojący, ale doktor Sharma nie wygląda nawet na lekko zaniepokojoną. Patrzy na mnie – jej prawie czarne oczy wpatrują się uważnie w moją twarz. Pochylam się do przodu i delektuję się tym, jak subtelnie porusza się na krześle, tak jakby próbowała zwiększyć dzielącą nas odległość.

– No dobrze – mówi doktor Sharma, kiedy uznaje, że cisza trwa już wystarczająco długo. Zaskakuje mnie wysoki, dziewczęcy głos, który wydobywa się z jej ust. – Chcesz porozmawiać o tym, dlaczego tu jesteś?

Śmieję się i natychmiast traktuję to jako żart. Jej podejście do mnie jest obrazą mojej inteligencji.

Ale muszę tu zostać przez dwadzieścia jeden dni, czy mi się to podoba, czy nie. Nawet drogi prawnik nie zdołałby doprowadzić do wcześniejszego zwolnienia – to przymusowe zamknięcie w szpitalu publicznym. Panuje tu zapach antyseptyków, desperacji i strachu. Widać też wyczerpanie personelu, jakby nie mieli już nadziei ani oczekiwań, że ktokolwiek tutaj wyzdrowieje.

Nie jest to dla mnie pierwszyzna. Moim celem jest teraz odbycie w tym szpitalu kary wymierzonej mi przez sąd, bez względu na to, jak jest tu obrzydliwie. Bo karę wymierzą mi na pewno. Zbyt wiele osób widziało, co zrobiłem. Zbyt wiele osób opowie tę samą historię. A ja byłem już wcześniej w więzieniu. Wykazuję „wzorzec zachowań”. Ale nie wrócę tam. Wolę zostać uznany za niepoczytalnego, aby móc spędzić tutaj tyle czasu, ile mi każą, zajmując się malowaniem i uczestnicząc w terapii grupowej.

Muszę udowodnić doktor Sharmie, że to właśnie w tym miejscu powinienem się znaleźć. Tutaj jest lepiej niż w więzieniu. Tutaj system, lekarze i pielęgniarki są łatwiejsi do zmanipulowania niż banda sadystów, którzy zarządzają więzieniami. Nie, nie wrócę tam. To już mam za sobą. Nosiłem splamioną krwią koszulkę. Pierwszego dnia, kiedy wyszedłem na spacerniak, aby się poopalać i poćwiczyć, czułem, jak każdy więzień mi się przygląda i jednocześnie knuje, jak spuścić mi łomot, na wypadek, gdybym pomyślał, że moja postura zapewni mi bezpieczeństwo. Po pierwszym tygodniu miałem już cztery złamane żebra. Po drugim – rękę. Po trzecim wysłałem innego więźnia, człowieka o imieniu Malik, do szpitala, a potem wszyscy zostawili mnie w spokoju. Ale wtedy byłem dużo młodszy.

To już trzeci raz, kiedy zostałem przymusowo zamknięty w szpitalu psychiatrycznym w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Kiedy wydarzyło się to po raz pierwszy, to po wyjściu z odurzenia narkotykowego naprawdę pomyślałem, że może mi to pomóc. Nigdy wcześniej nie byłem w publicznym oddziale psychiatrycznym. Dwa razy przebywałem już w luksusowym prywatnym szpitalu, położonym wśród bujnych ogrodów, gdzie opłaty przekraczały pięć tysięcy dolarów tygodniowo. Gdziekolwiek szedłem, słyszałem dźwięk dzwonków wiatrowych i bulgotanie fontann. Trafiłem tam, by nauczyć się kontrolować gniew. Nie uważam, abym miał problemy z gniewem, ale społeczeństwo widzi to inaczej. Drogie, prywatne szpitale nie pomogły, okropne szpitale publiczne również nie. Nadal mam „problemy” i tym razem może posunąłem się trochę za daleko.

Doktor Sharma stuka długopisem w notes, niecierpliwie czekając na moją smutną historię, mnóstwo wymówek i błędne rozumowanie dotyczące tego, dlaczego zrobiłem to, co zrobiłem. Mógłbym siedzieć tu w milczeniu, wiem o tym. Nikt nie może zmusić mnie do mówienia, ale muszę przyznać, że jestem nawet trochę ciekawy opinii doktor Sharmy na mój temat i tego, jak postrzega życie, które dotychczas prowadziłem.

– Straciłem kontrolę – mówię powoli do doktor Sharmy.

– Tak. Upiłeś się i prawie pobiłeś mężczyznę na śmierć, a kiedy zostałeś aresztowany, groziłeś, że się zabijesz.

– Zgadza się. Załóżmy zatem, że pani wie, dlaczego tu jestem, i że ja również to wiem. Czy możemy od tego zacząć?

Błysk irytacji przebija się przez neutralny wyraz twarzy doktor Sharmy, ale znika tak szybko, jak się pojawił.

– Czy zgodziłbyś się, że często tracisz nad sobą kontrolę, że często jesteś agresywny?

– To są dwa odrębne pytania – odpowiadam, bo tak właśnie jest.

– W porządku, czy powiedziałbyś, że często jesteś agresywny? Czy jesteś agresywnym człowiekiem?

Zastanawiam się nad słowem „agresywny”, nad tym, co ma ono oznaczać w odniesieniu do mnie i tego, kim jestem. To słowo zawsze kojarzyło mi się z kolorem fioletowym, więc kiedy je słyszę, od razu go widzę. Jest naprawdę piękny. Myślę o rzeczach, które zrobiłem, i o rzeczach, które mi zrobiono. Rozmyślam o tym, co planuję wobec tych, którzy moim zdaniem mnie zdradzili, jak zamierzam wymierzyć sprawiedliwość, a potem udzielam jedynej odpowiedzi, jaka przychodzi mi do głowy w tych okolicznościach. Kłamię.

– Nie – odpowiadam. Słyszy moje kłamstwo, ale nie komentuje tego, unosi tylko lekko jedną brew.

– W porządku, miewasz myśli samobójcze?

W mojej klatce piersiowej odzywa się nagły, ostry ból i przez chwilę myślę, że mam zawał serca, ale ból znika, pozostawiając we mnie coś ciemnego i pustego. Zdaję sobie sprawę, że samobójstwo byłoby końcem wszystkiego. Oznaczałoby, że nigdy więcej nie musiałbym otwierać oczu o wschodzie słońca i czuć gniewu, który mnie przytłacza, który utrudnia mi oddychanie. Śmierć oznaczałaby spokój, ale nie mam zamiaru opuszczać tego świata, dopóki nie wymierzę sprawiedliwości.

Pozwalam sobie na suchy śmiech i patrzę w sufit.

– Może.

– Porozmawiajmy o tym – mówi.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Rachel

– Na pewno wszystko w porządku? – pyta Ben po raz dziesiąty.

Rachel przygryza wargę, próbując ukryć westchnienie.

– W porządku – odpowiada. – Najbardziej wstydzę się tego, że wydawało mi się, że kogoś słyszałam, że zmusiłam cię do powrotu do domu i ściągnęłam tu policję. Na pewno mieli lepsze rzeczy do roboty.

– To ich praca, kochanie. Wolę, żebyś do nich dzwoniła, jeśli się martwisz. Przynajmniej ci powiedzieli, że nie znaleźli żadnych śladów obecności intruza w tym domu.

– Wiem, naprawdę dobrze się rozejrzeli. Dzięki Bogu, że przyjechali tak szybko. Martwiłam się, że nie znajdą naszej ulicy.

Przypomina sobie twarze dwojga policjantów, którzy stali w progu, kiedy otworzyła drzwi wejściowe.

– Słyszałam… – zaczęła, ale zdała sobie sprawę, że nie może powiedzieć nic więcej, że powinna milczeć. – Coś… – dokończyła niepewnie, starając się nie patrzeć w jasnoniebieskie oczy umundurowanej funkcjonariuszki z krótką, sterczącą fryzurą, stojącej obok swojego partnera. Oboje mieli ręce wciśnięte za paski, szeroko rozstawione nogi i wyprostowane ramiona. Byli gotowi na wszystko.

– Czy ktoś jeszcze jest w domu? – zapytał policjant, odprężając się nieco na widok drobnej Rachel.

– Och, Beth – odpowiedziała i wbiegła z powrotem po schodach. Policjanci podążyli za nią. Ku wielkiej uldze Rachel, jej córka spała tak głęboko, jak wcześniej.

– Jak długo tu pani mieszka? – zapytała policjantka o niebieskich oczach, schodząc za nią na parter. Rozejrzała się po holu, gdzie piętrzyły się pudła, a dywan nadal stał zwinięty i oparty o ścianę.

– Od dwóch tygodni – odpowiedziała, mając nadzieję, że to wystarczy, aby wyjaśnić chaos panujący w domu.

Policjantka skinęła głową.

– Może zaparzy sobie pani filiżankę herbaty? – zasugerowała uprzejmie.

Rachel posłusznie się odwróciła i poszła do kuchni, aby nastawić czajnik. Słyszała w uszach łomot swojego serca, gdy funkcjonariuszka i jej partner krążyli cicho po domu. Słuchała ich kroków, uspokojona dźwiękiem, który jeszcze niedawno ją przerażał.

– Nie ma żadnych śladów włamania – poinformowała ją policjantka o niebieskich oczach.

– Och – odpowiedziała, ponieważ nie miała pojęcia, jak jeszcze mogłaby zareagować. Jak ten ktoś się tutaj dostał?

Ben śmieje się, odwracając jej uwagę od uśmiechu policjanta. Wierzy, że Rachel będzie spokojniejsza, kiedy poczuje się bezpieczna.

– Myślałem, że nasza ulica nie jest jeszcze zaznaczona na ich mapach – mówi.

– Dzięki Bogu, że to był fałszywy alarm – odpowiada szybko, aby ukryć nieco zbyt wysoki ton swojego głosu. To tylko kolejne kłamstwo – mówi sobie, nawet jeśli zdaje sobie sprawę, że to kłamstwo jest jednak czymś więcej. To karta wyjęta z samego spodu domku z kart, która może wszystko zburzyć. Nienawidzi go okłamywać, zawsze tego nienawidziła.

Nigdy nikomu nie powiem, przysięgam.

Ona i Ben rozmawiają w pustej jadalni, gdzie pewnego dnia mają nadzieję postawić duży stół z krzesłami. Beth nie wie nic o tym, co wydarzyło się zeszłej nocy, i oboje chcą, żeby tak pozostało. Ich córka siedzi radosna przy kuchennym stole, próbując złapać płatki Cheerios w swojej misce. Rachel słyszy, jak mała podśpiewuje pod nosem podczas jedzenia.

– Niechaj da, da, da, da – nuci między kolejnymi łykami mleka z płatkami. Wydarzenia z ostatniej nocy nie zachwiały światem Beth oraz Rachel i zamierza dopilnować, żeby tak pozostało.

Ich siedmioletnia córka spędza dużo czasu zanurzona w świecie wyobraźni, w którym potwory czają się pod łóżkiem, a w nowym parku, zaledwie ulicę od ich nowego domu, mieszkają wróżki. Rachel nie chce, żeby córka wiedziała, że potwory są prawdziwe. Wcale nie musi tego wiedzieć.

Tego ranka, kiedy czesała jej miękkie, lśniące brązowe włoski, Beth się wymykała i zaraz wracała, traktując to jak zabawę. Rachel chciało się płakać nad niewinnością córki i nad niemożliwością zapewnienia jej ciągłej ochrony. Pocałowała pachnące truskawkami włosy córki, wdychając głęboko ten kojący zapach. Beth się wierciła, niecierpliwie czekając na koniec czesania.

– Teraz ja uczeszę ci włosy – oznajmiła, gdy matka związała jej włosy.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

PROLOG

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ TRZECI

ROZDZIAŁ CZWARTY

ROZDZIAŁ PIĄTY

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Meritum publikacji