Jak być kochanym - Janusz Głowacki - ebook + książka

Jak być kochanym ebook

Janusz Głowacki

4,0

Opis

Znakomite, ponadczasowe felietony, które o rzeczach ważnych, poważnych, czasem smutnych mówią w sposób ironiczny, lekki, zabawny, a nieraz refleksyjny. Wszak ironia to najlepszy sposób opowiadania o rzeczach dramatycznych. Głowacki jest niestrudzonym tropicielem absurdów i idiotyzmów właściwych czasom minionym, a jednak nadal wracających jak bumerang w świecie współczesnym. Co więcej, autor pokazuje, że te absurdy nie są ograniczone do jednego kraju, do jednego systemu ideologiczno-ekonomicznego. Absurd bowiem jest międzynarodowy i ponadczasowy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 336

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (25 ocen)
10
7
6
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Głowacki

Literatura to dzieło i jego autor, pół na pół. Jeżeli jest inaczej, to tylko dlatego, że zasadom zdarzają się wyjątki, jak by logicy lub językowi puryści się na to zżymali. A zasada jest taka, że autorzy na ogół rozczarowują. Mało który dorównuje własnej twórczości, nawet jeśli byle jaka.

Głowacki dorównywał, a nie było to łatwe. Jak bardzo niełatwe można zrozumieć, czytając poruszające fragmenty Good night, Dżerzi z obsesyjnymi refrenami każdego nadwrażliwego ludzkiego życia. Można to odczuć, gdy dotknie nas sarkazm mego ulubionego opowiadania My sweet Raskolnikow, gdy poczujemy się skonfundowani podobieństwem do bohaterów Kuszenia Czesława Pałka, gdy pogodzimy się niechętnie z prawdą niedocenionej mikropowieści Moc truchleje lub poruszy nas los Pchełki, Anity, Saszy, figur z Antygony w Nowym Jorku, którą Jan Kott zaliczył do najwybitniejszych w polskiej dramaturgii, obok Do piachu Różewicza i Emigrantów Mrożka. A Arthur Miller i Joseph Papp w ciemnej przestrzeni sztuk Głowackiego dostrzegli nadzieję i „światło wśród gruzów”.

Gdy lekkość i wdzięk Z głowy wzbudzą w nas zazdrość z powodu przedstawionego w niej życia i umiejętności zdystansowania się wobec jego atrakcji i uciążliwości.

Jeżeli twórcami kierować mogą porywy serca, chęć wymierzenia światu sprawiedliwości, czułość lub chłód, to w przypadku Głowackiego był to dystans, co nie znaczy obojętność. Nie traktował życia serio, ale je lubił z godną pozazdroszczenia wzajemnością. Jego śmierć była absurdem tym dotkliwszym, że ominęła go, mimo osiemdziesiątki na karku, starość. Śmierć każdego jest godnym pożałowania ekscesem, ponurym zwieńczeniem upadku ducha i ciała, ale nie absurdem. Odwrotnie, to nieubłagana logika, jakaś posępna prawda, konieczność już sobie darujmy. Jednak bywają byty tak zanurzone w istnieniu, tak bezawaryjnie do niego podłączone, że nieuchronność śmierci staje się w ich przypadku co najmniej wątpliwa.

A smutek? No cóż, trzeba mieć źle w głowie, by nie odnaleźć w nim szlachetnej przyjemności, choć udręki i trwogi trzymać należy przy pysku, by się w nas zbytnio nie rozhulały. Mam wrażenie, że zapach bezdyskusyjnego powodzenia, ta umiejętność zmuszenia życia do uległości, łączyła się u Głowackiego ze smutkiem, który miał do niego łatwy i bezterminowy dostęp. I nic do rzeczy nie miała tu jego mitologia. Bo nawet jeżeli był jej nieprzeciętnie utalentowanym autorem, to przyznajmy to wszelkim mitologiom: nie wyniosą nas ponad ogół, jeżeli nie uznają, że gotowi jesteśmy je przyjąć i co dużo trudniejsze, unieść, że ich, mówiąc krótko, nie rozczarujemy. A los wielu twórców, nierzadko świetnych, z którymi najdyskretniejsze mitologie nie chciały mieć nic wspólnego, tylko to potwierdza.

* * *

Zbiór felietonów zatytułowany Jak być kochanym dotyczy czasów egzotycznych nawet dla tych, którzy je przeżyli. Ale nie egzotyka opisywanych czasów nas intryguje, tylko zmysł obserwacji autora w aliansie ze słuchem absolutnym na ludzi, zdarzenia i to, co między nimi. Na to, co wypowiedziane, zawieszone w pół słowa i zaklęte w milczeniu.

To nie było łatwe. Na felieton trzeba było zasłużyć. Konkurencja w tej branży była mordercza. Każde z nazwisk wymienionych przez Głowackiego w jego wstępie to firma. Można się było z nimi nie zgadzać, nie można było nie docenić, gdy w kilku wybijających się tytułach prasowych tamtych czasów czynili głębokie rajdy w przestrzeń zarezerwowaną dla literatury z wielkim dla niej pożytkiem. A poza tym trzeba było umieć prowadzić tę nieustanną grę pozorów z władzą i wyjść na swoje. Trzeba było wykiwać cenzorów, a ci – nawet jeżeli łaskawi – wystawiali rachunek do uregulowania. Ta wierzytelność potrafiła zamęczyć. Choćby z tego powodu Głowacki na takie koncesje nie przystawał, a przekonanie, że niezależnie od okoliczności trzeba stanąć po dobrej stronie, umacniało w nim poczucie moralnego komfortu w niekomfortowych czasach. Skoro o czasach, to w miarę zagłębiania się w tę fascynującą lekturę miałem nieodparte wrażenie, że historia z nas zakpiła, zataczając koło, które się wprawdzie jeszcze nie zamknęło, ale jeżeli się jej nie postawimy, to się zamknie.

Gdy Głowacki wyszydza twardych patriotów z Gontarzem, Filipskim, Drozdowskim, Porębą na czele, to mam wrażenie, że tej ironii mogłoby nie wystarczyć na współczesnych nam narodowców, którzy się jakimś cudem – lub cudu w to nie mieszając – zreprodukowali. Gdy pisze o brutalności i głupocie ulicznych i knajpianych obyczajów, to echem odzywa się współczesne nam, coraz bardziej rozwielmożnione chamstwo. Gdy prezentuje determinację milicji w tropieniu grupki skrytych za wydmami golasów, jakby nie było innych groźniejszych wyzwań, to współczesne przykłady policyjnej służby nonsensowi same sypią się z rękawa. Gdy cytuje fragmenty recenzji wyrafinowanego intelektualisty, który ma pretensje do Tadeusza Konwickiego, że w snach jego bohaterów nigdy nie występują przedstawiciele ludu pracującego, to niektóre pretensje czynnych obecnie krytyków literackich zdają się powtarzać te sprzed lat kilkudziesięciu.

Godzę się z poglądem, że felieton, jeżeli jest literaturą, nie traci aktualności, bo gatunek ludzki gdzie by się roił, trzyma twardą wartę przy wszystkich swoich wadach, narowach, fantasmagoriach. Co najwyżej hasło się zmienia. Ten pogląd podpowiadał Głowackiemu teksty na równi z obserwacją rzeczywistości.

Ominął go też smętny los autorów nieczytanych, których nierzadko interesujące historie udane metafory, celne puenty, barwny język snują się gdzieś na peryferiach literackich notowań lub prosto jak strzelił nurkują w czytelniczą pustkę. Głowacki tego nie doświadczył; miał szczęście, a szczęście to nie jest jakiś przypadkowy, wyżebrany od opatrzności grant, tylko immanentna część talentu. Bez szczęścia talent jałowieje. Głowacki to wiedział. Pewność, z jaką poruszał się po literackich gatunkach, lub mistrzowsko zakamuflowana niepewność wysuwały go na pozycję pisarskiego frontmana na każdej ze scen. Znakomity tygodnik „Kultura” bez felietonu Głowackiego uchodziłby za wybrakowany.

W swoich felietonach bywa niesprawiedliwy, na przykład gdy w najefektowniejszej aktorce lat siedemdziesiątych dostrzega podobieństwo do Maksa von Sydowa, co w odniesieniu do mężczyzn jest najwyższą pochwałą, w odniesieniu do dziewczyny już niekoniecznie. Gdy dworuje sobie z klimatycznego, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, filmu Lokis Janusza Majewskiego, jakby nie wiedział, że to co w Koronie snuło się klechdą, legendą, w północnych rubieżach Rzeczpospolitej było rzeczywistością i na tym polegał ich tajemniczy urok.

Ale pierwszą zaletą felietonu nie jest sprawiedliwość, jego pierwszą zaletą jest kunszt. A kunsztu Głowackiemu nie zabrakło. Jak każdemu umiarkowanie spełnionemu twórcy, zazdrość nie jest mi obca. Ale ona szlachetnieje, gdy jej przedmiot zniewala nas swoją mądrością, humorem, wdziękiem. A taka wyszlachetniona zazdrość to podziw.

Nie miałbym żadnego powodu, by podjąć się próby napisania wstępu do tego zbioru felietonów, gdyby nie podziw dla ich jakości. Jak znam siebie, akceptacja, rozbawienie, przyjemność, renoma autora, a nawet nostalgia by nie wystarczyły.

I jeszcze dwa zdania do potraktowania jako post scriptum. Jeżeli tytułem książki jest Jak być kochanym, to jestem ostatnim, który ma o tym jakieś pojęcie. I mówiąc szczerze, nie mam w tym względzie żadnych ambicji na przyszłość. Ale tym wszystkim, dla których to jest ważne, polecam tytułowy felieton z Janem Himilsbachem w roli głównej, z jego kilkoma podpowiedziami, które potraktowałbym serio. Choćby dlatego, że autoryzuje je Janusz Głowacki.

Eustachy Rylski

grudzień 2018

Zamiast wstępu

W PRL-u, jako że sukcesy władz opierały się głównie na słowie, partia wszystko co napisano oraz wydrukowano, albo i nie, traktowała jako zagrożenie i ze śmiertelną powagą. Na kolejnych zjazdach Związku Literatów pojawiali się dygnitarze albo grożąc, albo odwołując się do wyższych uczuć. A na jednym z ostatnich kierownik Wydziału Kultury KC zwrócił się do pisarzy: „Wy, robotnicy pióra...”. Na co poderwał się miniaturowy Julian Stryjkowski i cienkim głosem wykrzyknął: „Ja protestuję, to jest degradacja. Ja byłem inżynierem dusz ludzkich!”.

Odkąd zacząłem pisać, otaczali mnie ludzie życzliwi. Od razu po pierwszym wyjeździe na Zachód, a Szwecja to też był Zachód, zostałem wezwany do MSW. Oficer w randze majora zaproponował, żebym się z nim podzielił wrażeniami. Odpowiedziałem, że piszę o tym opowiadanie i tam wszystko będzie. Przyglądał mi się przez chwilę, pokręcił głową, zapalił papierosa i spytał:

– Niech mi pan powie, pan wygląda na inteligentnego człowieka, dlaczego pan pisze?

A kiedy się zastanawiałem, co by tu odpowiedzieć, dodał:

– Inteligentny człowiek nie pisze. Inteligentny człowiek nie zostawia za sobą żadnego śladu.

W książce Z głowy opisałem kilka ważnych dla mnie spotkań z Ryśkiem, który w latach sześćdziesiątych pracował w „Dzienniku Telewizyjnym”, zajmował się wychwalaniem wszystkiego i bardzo go martwiło, że ja piszę złośliwe recenzje teatralne. Też kręcił głową i pytał:

– Na co ci to, Janek? No na co? Cui bono?

Następnie pouczał:

– Zapamiętaj to sobie dobrze. Mówię ci to po raz kolejny i ostatni, każde, ale to każde stworzenie, nawet tak paskudne jak kot, też lubi, żeby je pogłaskać. A jak pogłaszczesz, to połknie wszystko, ale to wszystko, co mu dasz albo powiesz.

W Nowym Jorku na początku lat dziewięćdziesiątych byłem mocno zaprzyjaźniony z polską brygadą z Greenpointu, zajmującą się remontami mieszkań. Wszystko szło dobrze, ale raz w barze u Wandeczki na dole Manhattanu, w czasie opijania jakiejś pracy, zacząłem coś zapisywać na serwetkach. A to od razu zgasiło uśmiechy bankietowiczom.

Główny kontraktor próbował mnie usprawiedliwiać, że to niby jest mój zawód. Ale tynkarz Kijanka oświadczył, że też poznał kiedyś jednego pisarza, który robił notatki. I zaraz potem Kijanka został skazany na trzy lata więzienia. A na moje wyjaśnienia, że ja nie piszę dla UB, tylko dla teatru, machnął ręką, że to na jedno wychodzi.

Wspominam o tym, żeby uświadomić młodszym czytelnikom, że zawód pisarza w socjalistycznej Polsce niekoniecznie budził wyłącznie uczucia wyższe. Dlatego w jednym z felietonów zamieszczonych w tym tomie wymyśliłem hasło: „Donieś dzisiaj, co miałeś donieść jutro”, łącząc je z innym: „Cały naród czeka na współczesną sagę”.

*

W połowie lat sześćdziesiątych zacząłem pracować w warszawskiej „Kulturze”. I tak jak paru innych dziennikarzy i pisarzy kombinowałem, czyby się nie dało jakoś sensownie wypowiedzieć na temat filmów, książek i w ogóle najrozmaitszych zjawisk społeczno-politycznych, które wywoływały entuzjazm i miłość wydziałów prasy i kultury Komitetu Centralnego i co za tym idzie, był na nie zapis cenzury, czyli słowa krytycznego się o nich napisać nie dało. Też pisałem już o tym w autobiografii. No, że w pewnej chwili przypomniałem sobie radę Ryśka i pomyślałem, czyby się nie dało jego filozofii twórczo rozwinąć i do przodu popchnąć, czyli żeby rzeczy paskudne przechwalić do obłędu i tym sposobem ośmieszyć. Żeby tak tego spragnionego pieszczot kotka na śmierć zagłaskać.

Na próbę napisałem tekst Erotyzm ciemny i jasny, porównując całkiem poważnie paskudną i grafomańską powieść Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego Głupia sprawa o wydarzeniach marcowych w 1968 roku z wydanym właśnie po raz pierwszy w Polsce arcydziełem Joyce’a Ulisses.

I się okazało, że Rysiek miał rację, cenzura to połknęła. Oczywiście takiego, powiedzmy, zjazdu partii to już się w żaden sposób nie dało zaczepić. Ale akurat zaraz po nim odbywał się w Warszawie wielki turniej fryzjerów państw obozu socjalistycznego. Więc pojechałem na Torwar i opisałem językiem, jakim propaganda komentowała tamto doniosłe wydarzenie. Zacząłem tak: „W dniach 29 i 30 sierpnia Warszawa stała się widownią imponującej demonstracji sił fryzjerskich naszego bloku...”. Patrz tekst Ostrze na ostrze.

Zanim powstały wydawnictwa niezależne, pełną swobodę wypowiedzi mieli w kraju tylko artyści zamieszczający swoje utwory na ścianach publicznych toalet. Zwłaszcza toalety dworcowe były od góry do dołu pokryte nadwiślańskimi graffiti. No bo po prostu człowiek przymknięty w kabinie na haczyk miał tę chwilę wolnego czasu, czuł się bezpiecznie, uruchamiał wyobraźnię i mógł na dodatek tanio, bo przy pomocy ołówka kopiowego albo długopisu dać wyraz najrozmaitszym frustracjom albo tęsknotom. A także w sposób mniej lub bardziej ambitny podjąć polemikę z propagandą oficjalną, co to była wszędzie.

Bo nawet na dworcu Warszawa Wschodnia zachrypnięty głos informował przez megafon: „Uwaga, uwaga, pociąg pospieszny z Wrocławia wjedzie na tor pierwszy przy peronie drugim. Uwaga, imperialistom angloamerykańskim na ich knowania odpowiadamy – Nie! Powtarzam...”.

Nie jestem pewien, czy te felietony to właściwie są felietony, czy nie wiadomo co. Tak czy inaczej, stopniowo wypracowałem w nich postać narratora. Cokolwiek ograniczonego umysłowo, ale pełnego żarliwości i całkowitego oddania idei socjalizmu. W tych tekstach przeprowadzałem badania nad PRL-owską nowomową. A później to sobie wykorzystywałem w opowiadaniach, powieściach albo scenariuszach. Jedne miały wpływ na drugie i odwrotnie. Na przykład utwór Niewierny Tomasz ma podtytuł wg docenta Dłubniaka z Instytutu Marksizmu i Leninizmu. A docent Dłubniak z kolei jest jednym z bohaterów mojego opowiadania My sweet Raskolnikow. Z tym felietonem, a zwłaszcza podtytułem, trochę przesadziłem. Rzecz była o tym, jak wydarzenia ewangeliczne komentuje członek KC, który swoje wahania, z kim by się zabrać do góry, żeby nie polecieć do dołu, przekłada na wątpliwości trapiące niewiernego Tomasza.

Tu cenzura się kapnęła, zdenerwowała i tekst zdjęła nieodwołalnie. Lepiej mi poszło z postępową interpretacją paru arcydzieł, Pieśni o Rolandzie na przykład, postaci historycznych Attyli, cesarza Czenga, Tyberiusza i paru innych. W to już docenta nie pakowałem i się udało. W ogóle szło nieźle. Pisałem na przykład tekst pt. Pochwała Poręby, zachwycając się kolejnym socrealistycznym kiczem reżysera należącego do ultranarodowej grupy „Grunwald”. Jego zakłamany od góry do dołu film się nazywał Prawdzie w oczy. Bohdan Poręba nienawidził wszystkiego, co nie nasze, wszechpolskie, tylko europejskie, czyli wrogie. Więc ja, komplementując go gorąco, martwiłem się jednak, że no, niestety, ale Poręba snobuje się na Europę, robi filmy pod festiwal w Cannes i jest pod wpływem Antonioniego.

Trochę później reżyser Jerzy Passendorfer, sekretarz organizacji partyjnej Stowarzyszenia Filmowców Polskich, reżyser między innymi Barw walki, według książki Mieczysława Moczara, napisał w tygodniku „Ekran”: „Ostatnio pojawiły się głosy, że przekaz filmowy stał się dziedziną mającą realizować cel sztuki przede wszystkim. Jest to jeden z najbardziej szkodliwych poglądów, któremu muszą się przeciwstawić zdecydowanie twórcy i marksistowska krytyka”.

Wtedy pochwaliłem Passendorfera za odwagę, z jaką żegna się z ideałami młodości. Kiedy to sztuka była mu chlebem powszednim i wyrzeka się kręcenia wysmakowanych formalnie arcydzieł, takich jak Janosik czy Zabijcie czarną owcę.

Williama Szekspira atakowałem za czarnowidztwo, pesymizm i niedostrzeganie osiągnięć, czyli za to wszystko, za co władza atakowała w Polsce pisarzy.

A kiedy Edward Gierek zapowiedział konsultacyjne spotkania ze społeczeństwem, żeby przypadkiem więzi nie utracić, napisałem Abiit non obiit, czyli historię ostatniego króla Pergamonu, który, ponieważ bardzo liczył się z własnym zdaniem, zanim zapisał w testamencie państwo Rzymowi, chętnie spotykał się sam ze sobą i udzielał sam sobie szerokich konsultacji. A jak się zapędził w pytaniach za daleko, to po prostu nie odpowiadał.

Cenzura była tymi tekstami cokolwiek skołowana, ale część czytelników też. Więc dostawałem listy, że owszem Głupia sprawa świetna, ale Ulisses jednak chyba lepszy. A kiedy napisałem, że Kmicica w Potopie nie powinien grać Olbrychski, tylko Kapitan Kloss, dostałem ponad sto listów z wyrazami solidarności. Patrz felietony Od przodu i Od tyłu.

Na pomoc cenzorom wezwano specjalistów. Postępowi docenci z Katedry Filologii Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego rozpoczęli na ulicy Mysiej, gdzie mieścił się cenzury urząd główny, cykl wykładów na temat: „Aluzja prosta i złożona w dziele literackim”. Czytelnikom, niestety, nikt z pomocą nie przyszedł.

Jeżeli chodzi o aluzję prostą, to w scenie balu w filmie Rejs okazał się nią fakt, że jeden z balowiczów wkłada maskę świni. Bo jak oświadczył cenzor, „wszyscy świetnie wiedzą, kogo panowie mieli na myśli”. Za aluzję złożoną cenzorzy uznali wypowiadaną przez Himilsbacha w filmie Kondratiuka Wniebowzięci opinię: „Piękna jest nasza ziemia z lotu ptaka”. Bo mogłoby to oznaczać, że nie z lotu ptaka nasza ziemia już piękna nie jest. W filmie Trzeba zabić tę miłość, do którego napisałem scenariusz, cenzura oczywiście wycięła z procesji Bożego Ciała kardynała Stefana Wyszyńskiego. Ale też zakwestionowała na oko słuszne zdanie: „Wiele się u nas buduje, kawał rzetelnej roboty żeśmy odwalili”. Stało się ono przedmiotem długich analiz i ekspertyz. W wyniku których, ponieważ całego zdania z powodów montażowych wyciąć się nie dawało, na jego drugą część polecono nałożyć klakson samochodu.

Na jednym z sopockich festiwali niemiecki wykonawca przygotował i chciał wykonać w tak zwanym dniu polskim piosenkę Powrócisz tu, gdzie nadwiślański brzeg. Po konsultacjach uznano to za aluzję i Niemca pogoniono. A znowuż w 1968 roku, akurat w momencie, kiedy wojska państw Układu Warszawskiego wkroczyły do Czechosłowacji, rosyjski piosenkarz szykował się do wykonania piosenki Dziś bomby lecą na mój dom. Po konsultacjach zmieniono tytuł na Pieśń o Wietnamie.

No i tak to ogólnie wyglądało: strasznie, śmiesznie i boleśnie. Czasem wyrzucano w całości, czasem przycinano albo kazano zmieniać miejsce akcji i epokę. Stąd w pewnej mierze brał się budzący podziw Europy formalnym wyrafinowaniem metaforyczny i paraboliczny charakter literatury w PRL-u.

Przyznaję, że wspomniane już napisy i rysunki w toaletach w przeważającej mierze były poświęcone przechwałkom, rozczarowaniom bądź skargom związanym z rozmiarami albo funkcjonowaniem narządów płciowych. Ale nie brakowało też pełnych goryczy lamentów obywatelskich. Takich jak:

Sraj, Polaku, sraj,

bo to jest Twój kraj.

Jeszcze tyle ci zostało,

że się wysrać możesz śmiało,

sraj, Polaku, sraj.

W zakłamanej rzeczywistości zdarzały się też apele wzywające do poszanowania pewnych trwałych wartości:

Sram na Stalina trumnę,

na Bieruta czoło dumne,

na wszystkich komunistów na świecie,

tylko nie na Ciebie, desko, w klozecie.

Podobno romanse w dziewiętnastowiecznej Rosji powstawały spontanicznie. Ktoś pisał na przykład: „Nie odjeżdżaj ukochany”, a już w kilka dni później w karczmach śpiewano: „On odjechał i jest wszystkiemu winien”.

W toalecie na dworcu w Koluszkach, gdzie się często przesiadałem, jadąc z Łodzi do Warszawy i z powrotem, pod poematem o poszanowaniu deski ktoś dopisał:

Zapomniałeś skurwysynie

o Marszałku Konstantynie

Chodziło oczywiście o polsko-rosyjskiego marszałka Konstantego Rokossowskiego.

Co pewien czas siły bezpieczeństwa w ramach represji zamykały szalet. Wtedy na peronie w Koluszkach pojawiała się pamiętna tabliczka: „Pisuar nieczynny. Z moczą prosimy kierować pasażerów za budkę dyżurnego ruchu”.

Ja wiem, to wygląda podejrzanie, że aż tyle piszę o publicznych toaletach, ale chcę oddać sprawiedliwość miejscom, które pełniły istotną rolę w życiu społecznym i politycznym, a i towarzyskim. Ale o tym przy innej okazji.

*

To nie przypadek, że w filmie Rejs posiedzenie komisji śledczej, która doprowadziła do usunięcia inżyniera Mamonia z Rady Rejsu, rozpoczęło się od tego, że ktoś napisał na ścianie w toalecie: „Głupi kaowiec”. Poeta Missisipi to zauważył i zaraportował kaowcowi Tymowi, wprawdzie nie było pewności, czy autorem napisu jest akurat inżynier Mamoń, ale kaowiec właśnie na niego miał oko. Tak więc zaproponował na posiedzeniu komisji, żeby najpierw „sformułować zarzuty, a potem je sobie dopasować do osoby, która by nam odpowiadała”. I Mamonia wyrzucono.

Ciekawe, że nie tylko w krajach o ustroju totalitarnym, ale i w demokracjach atmosfera toalet skłaniała do refleksji. W 1975 roku, kiedy byłem po raz pierwszy na stypendium Departamentu Stanu w Ameryce, pojechałem do Berkeley, sławnego uniwersytetu, na którym wykładał Czesław Miłosz. Czekając na wielkiego poetę, zajrzałem do uniwersyteckiej toalety i ze wzruszeniem stanąłem przed zapisanymi od góry do dołu ścianami. Były to na ogół obce mi refleksje ogólne, takie jak: „Jeżeli martwi cię przeludnienie, zacznij od siebie”, czy: „Poszukuje się Jezusa, nagroda 30 dolarów”, zapisywane często w formie polemicznych dialogów. Typu sławnego już „Bóg umarł – Nietzsche” i pod nim „Nietzsche umarł – Bóg”. Popatrzyłem, zrobiło mi się smutno i napisałem „Kocham Heńka”, a kiedy po spotkaniu z przyszłym noblistą zajrzałem raz jeszcze do toalety, zobaczyłem, że ktoś po polsku dopisał: „A ja go chromolę”. I ucieszyłem się, że mam w Ameryce pierwszego czytelnika.

W PRL-u czytanie tygodników zaczynało się prawie zawsze od ostatniej strony, czyli felietonów. I często się na tym kończyło. Felietonistom było wolno więcej. Ja często na ostatniej stronie wyśmiewałem to, czego domagał się redaktor naczelny warszawskiej „Kultury” Janusz Wilhelmi na pierwszej. I jego ta gra dość długo bawiła. Ogólnie znienawidzony i absolutnie cyniczny Wilhelmi miał swoje fantazje. Wspominałem w swojej autobiografii, że kiedy cenzura zdjęła mój tekst pt. Obrona Poloniusza, ironiczną pochwałę wysługującego się zbrodniczemu władcy urzędnika, Wilhelmi zadzwonił do wydziału kultury KC i powiedział: „Słuchajcie, ten Poloniusz to mam być ja. Puśćcie to. Pozwólcie mi walczyć z Głowackim przy pomocy pióra, a nie pałki. Inaczej przyznacie mu rację”. Oczywiście nie dla wszystkich był taki liberalny. A do mnie też się w końcu zniechęcił.

Felietony w tamtych czasach stały na wysokim poziomie. W „Tygodniku Powszechnym” pisali je Słonimski i Kisiel, w „Literaturze” Andrzejewski, a przed nim Dygat. W „Polityce” Urban, Passent i Radgowski. A w „Kulturze” Hamilton, czyli Jan Zbigniew Słojewski, i KTT, czyli Krzysztof Teodor Toeplitz. Ja te swoje pisywałem mocno nieregularnie, głównie w latach 1968–1980, czyli ponad trzydzieści lat temu, kiedy się dopiero uczyłem pisać. Do tego tomu wybrałem kilkadziesiąt, które coś może mówią o tamtych czasach, ludziach i dziełach sztuki. A i mogą się czasem nawet z nową rzeczywistością kojarzyć.

Cały cykl rzymski budził gwałtowne emocje cenzury. Tragedię Krassusa napisałem tuż przed emigracją i stanem wojennym, czyli jest to utwór cokolwiek proroczy. W „Kulturze” warszawskiej się go już w żaden sposób wydrukować nie udało. Więc już po 13 grudnia wziął go Jerzy Giedroyc.

Po przyjeździe do Stanów chciałem Krassusa wsadzić do „New York Timesa”. I to była pierwsza lekcja Ameryki, bo nikt w redakcji nic z tych aluzji nie zrozumiał.

Ale teraz cofnijmy się w czasie, jak mawiają członkowie sejmowych komisji śledczych, nazywanych żartobliwie wysokimi komisjami...

Janusz Głowacki

Nowy Jork, styczeń 2005

Felieton optymistyczny

Wiele, wiele lat temu w rozrywce naszej panował, co niełatwo dziś sobie wyobrazić, marazm i zastój. Telewizji nie było, Czerwone Gitary nie żyły, Witold Filler był młodziutkim lnianowłosym aktorem i sam nie miał świadomości drzemiącej w nim siły. Jerzy Gruza walczył o świadectwo dojrzałości, Krzysztof Teodor Toeplitz pisał dopiero pierwsze szkice dramatyczne, René Glaneau, Polak francuskiego pochodzenia czy Francuz polskiego pochodzenia, nie znał jeszcze poprawnie ani francuskiego, ani polskiego, zaś nazwisko Joanny Rostockiej znaczyło jeszcze niewiele więcej niż Jarosława Iwaszkiewicza. Właśnie wtedy nadeszli dwaj mężczyźni.

Ich dotkliwa obecność zrewolucjonizowała rozrywkę, wniosła twórczy niepokój w zastałe stereotypy, a ich nieposkromiony śmiech dopędzał nas wszędzie przez długie wesołe lata. Pojawili się w rytmie szlagierowej audycji popartej szlagierową piosenką. Rokita i Przybylski, za nimi hulaliśmy my, hulała babula i hulał dziadulo.

Moje pokolenie, pokolenie, które spóźniło się na wojnę, wyrosło na Zgaduj-Zgaduli, rozpasanym intelektualizującym quizie, mieniącym się wszelkimi barwami humoru. To Zgaduj-Zgadula uczyła nas, obecnych trzydziestolatków, zgadywać, co dobre, a co złe. Wchłonęła wszystko i wszystkich, wchłonęła nawet René Glaneau, który wyzwalał już wówczas pierwsze namiętności na pierwszych koncertach erotyczno-botaniczną piosenką o pszczółce, która poszła w las z pajączkiem, i poruszał słuchaczy niedobrą miłością do Paryża, pięknego, chociaż obcego nam z wielu względów. Zaczął się złoty okres. Potem bywało różnie. Mijały lata, wybuchła telewizja. Przyszli inni ludzie, zmieniali się dyktatorzy humoru. Rokita i Przybylski odeszli z pierwszych szeregów, opuścili nas. Chcąc zająć ich miejsce, sztucznie tworzyły się niedobrane pary, kalekie efemerydy, które musiały wymrzeć. Tak odeszli Przybora i Wasowski, tak odejdą przemykający jeszcze niekiedy przez szklane ekrany Gruza i Fedorowicz. Rosło niezadowolenie, mnożyły się ataki i pretensje do szefa rozrywki Witolda Fillera, który zdążył już zostać klasykiem. Ten próbuje ratować sytuację, tworząc programy zastępcze, tak zwane filleriana.

Było niedobrze, a miało być jeszcze gorzej, gdy nagle przypomniano sobie o działającej gdzieś na peryferiach Pierwszej Parze. Czas pracował na ich korzyść. I oto Andrzej Rokita wkracza do telewizji, anektuje wyobraźnię widzów, zostaje zastępcą szefa rozrywki, zdobywa nas po raz drugi, wprowadzając styl, który zatriumfował piętnaście lat temu. Ta sama swoboda, te same bon moty, ten sam humor poparty refleksem i obecnością pani Edyty Wojtczak w brawurowo prowadzonych spotkaniach przy pół czarnej. Okazało się, że szukano czegoś, co było cały czas tuż obok, wystarczyło po prostu sięgnąć ręką. Rokita nie zawiódł. Zmienił się świat, zmienili się ludzie, zmieniło poczucie humoru – on się nie zmienił. Jest taki sam, jak był, a jednocześnie jest jeszcze lepszy. Jego humor okrzepł, zawsze świeży, stał się jeszcze świeższy, swoboda jest bardziej dojrzała, dowcipy nabrały szlachetnej patyny. Wrodzoną brawurę podbudowała głęboka wiedza o życiu. Już od pewnego czasu chciałem zareklamować Rokitę i jego program, ale przyznam się do pewnej słabości, wywodzącej się z asekuranctwa: nie wydawało mi się po prostu możliwe, aby mógł on utrzymać się dłużej na tak zawyżonym poziomie, obawiałem się, jakże bezzasadnie, ludzkich w końcu potknięć czy pomyłek. Dopiero program ze „Stefana Batorego” oddał moje pióro całkowicie na usługi Andrzeja Rokity.

„Podobno macie na «Batorym» żywą krowę, bo zawsze jest u was świeże mleczko?” – przesłuchuje dowcipnie intendenta, by za chwilę spuentować z humorem wiadomość, że pani, z którą rozmawia, jest stomatologiem. „O Boże, dobrze, że mnie zęby nie bolą!”. Jest skromny, ale zna swoją wartość. Słusznie śmieszą go własne dowcipy. Zresztą pani Edyta Wojtczak sprawia wrażenie rozbawionej nimi do granic wytrzymałości. Oboje bawią się świetnie, a przecież w końcu o to chodzi – miło jest patrzeć na zadowolonych ludzi przy pracy. Skąd więc pojawiło się u mnie uczucie pewnego niedosytu? Bo przecież program miał przezabawny scenariusz i teksty Wojciecha Młynarskiego, któremu zresztą należy się kilka słów szczególnego uznania. Przez dłuższy czas ten niewątpliwie utalentowany autor i wykonawca własnych tekstów męczył się wyraźnie, starając się jakoś określić, szukając nie wiadomo czego, błąkał się po marginesach i ślepych torach. Zresztą ostatnio pisał coraz celniej, aż przyszedł moment radosny dla mnie, kiedy mogę śmiało stwierdzić, że Młynarski odnalazł wreszcie trwałe wartości, odnalazł siebie w spotkaniu przy pół czarnej. Może pobudziła go bliskość Andrzeja Rokity – nie o to chodzi. Nie wiem też na pewno, czy jego dziełem jest finałowy utwór „Oto jest «Stefan Batory» w majestacie całym swym. Oto jest «Stefan Batory», rozstajemy się już z nim” – w każdym razie układ całości i pozostałe teksty nie ustępują tej pięknej balladzie.

Czego więc brak? Powiem bez ogródek: Pani Edyta Wojtczak jest w tym programie znakomita, ale pomyślmy tylko, ile wniosłaby tu obecność Przybylskiego. Rokita dopiero z Przybylskim tworzą pełnię, rozdzielanie tych dwóch ludzi jest okrucieństwem, tak się nie postępuje. Prosimy o Przybylskiego.

Jeszcze jedna uwaga, także w formie propozycji. Parę dni temu obejrzałem w Warszawie występ „Estrady” białostockiej „Pod gwiazdami mórz południowych”, prezentujący humor, iluzję, zespół gitar hawajskich „Marimba” i solistów, a wśród nich René Glaneau. Całość programu można by śmiało przenieść do telewizji, o ile oczywiście artyści zgodziliby się na to. Może Glaneau, który operuje już z powodzeniem obydwoma językami, dałby się namówić na występ teraz, kiedy w telewizji jest Rokita?

Nie lubię wpadać w łatwy optymizm, ale możemy sobie śmiało powiedzieć, że sprawy rozrywki w TV wkroczyły wreszcie na właściwą drogę. Pozostało jeszcze dokonanie kilku niewielkich zmian i uzupełnień, o których wspomniałem i o które chyba warto się bić.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Projekt okładkiKarolina Żelazińska
Zdjęcie na okładceSergarck/Shutterstock
Wybór tekstówOlena Leonenko-Głowacka
KorektaJadwiga Przeczek, Jadwiga Piller
Skład i łamanieAkces, Warszawa
Copyright © by Olena Leonenko-Głowacka, Zuza Głowacka & Ewa Zadrzyńska-Głowacka, 2019 Copyright © by Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2019
ISBN 978-83-8032-317-9
Wielka Litera Sp. z o.o. ul. Kosiarzy 37/53 02-953 Warszawa
POBIERZ NA TELEFON APLIKACJĘ WIELKA LITERA ARAplikacja WielkaLitera wykorzystuje technologię rozszerzonej rzeczywistości (AR) i umożliwia odtwarzanie wideo, audio oraz e-booków, a także przekierowuje na wybrane strony www. Aplikacja WielkaLitera jest dostępna w wersjach na Android oraz iOS. Pobierz ją za darmo i zobacz więcej.
Konwersja: eLitera s.c.