Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
21 osób interesuje się tą książką
Planujesz spokojną wieczność w zaświatach? A co, jeśli… nagle przestaną istnieć?
Minęło dziesięć lat od mojej ucieczki z Tartaru. Ocaliłam zaświaty, ale przy okazji straciłam Łaskę i stałam się potępioną duszą. Łaska niby do szczęścia aż taka potrzebna nie jest, ale zrozumienie i wspólne cele w związku raczej się przydają. Kto by przypuszczał, że nasze drogi z Belethem się rozejdą? Ja na pewno nie. A już w ogóle nie wpadłabym na pomysł pracy w „Top Angel”, konkursie na anielicę, któremu przewodniczyłam. Dodajmy do tego Lucyfera, który swoją depresję postanowił uleczyć przyspieszoną Apokalipsą, Azazela, który ma niebawem wyjść z anielskiego więzienia, dokąd trafił podczas próby wciśnięcia guzika WIELKIEEEGO KATAKLIZMU, Beletha szukającego mitycznego ifrita oraz dziwne drzewo w ogrodzie cherubina Uzjela, mojego nowego… kolegi.
Jedno jest pewne: w zaświatach nie da się nudzić.
Książka zawiera opowiadanie „Gdzie Mikołaj nie może… tam diabła pośle!”, poprzednio opublikowane w antologii „Wigilijne opowieści” (2020).
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 552
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dzwoneczki sań brzęczały miłą dla ucha melodię. Kopyta reniferów stukały w takt niespiesznego biegu w srebrnej poświacie księżyca. Sanie były już praktycznie puste. W pokaźnym worku leżało jeszcze tylko kilka prezentów. Zbliżał się koniec godziny czarów.
– Pieprzona noc. Nie cierpię świąt – warknął mężczyzna siedzący na koźle i pociągnął nosem, z którego nieustannie mu kapało.
Poprawił na głowie czerwoną czapkę okoloną białym futrem. Mokry nos wytarł o rękaw czerwonego płaszcza. Czuł, że powoli zamarza. Sanie sunęły gładko w stratosferze, jakieś piętnaście kilometrów nad powierzchnią Ziemi. Nie było bardzo zimno, temperatura utrzymywała się mniej więcej w okolicach zera. Jednak przez pęd sań wydawało się, że jest znacznie, znacznie mroźniej.
– Nienawidzę świąt – powiedział i szarpnął za lejce.
Renifery zaczęły pikować w dół, ciągnąc za sobą sanie. Woźnica poczuł, że żołądek podchodzi mu do gardła. Uwielbiał latać. Latanie to wolność. Jednak kierowanie dziewięcioma reniferami, które miały móżdżki wielkości orzechów włoskich (i to orzechów bez skorupki), zdecydowanie nie przypadło mu do gustu.
Sanie wyhamowały gwałtownie na dachu domu postawionego pośrodku głuszy. Jak okiem sięgnąć nigdzie nie było widać zabudowań, jedynie ciągnący się kilometrami las. Dość nowoczesny domek zimowy, zapewne zachcianka bogacza, który chciał uciec od tłumów w Boże Narodzenie, był niesamowicie cichy i nie paliło się w nim ani jedno światło.
Woźnica poczuł się odrobinę nieswojo. Niedawno odkrył nowy gatunek filmowy, mianowicie horror, i teraz nie mógł pozbyć się przeczucia, że stale grozi mu jakieś niebezpieczeństwo. Co gorsza, zaczęły go przerażać dzieci. Już wcześniej czuł się w ich towarzystwie niepewnie. Zwłaszcza w pobliżu tych najmniejszych. Uważał, że jest coś dziwnego w ich dużych głowach i krótkich nogach. Tych większych też zresztą nie lubił. Głównie dlatego, że umiały mówić. Po obejrzeniu kilku horrorów do jego dość licznej kolekcji lęków dołączyły dzieci, które są już duże na tyle, że mają dorosłe proporcje i umieją mówić, ale z jakiegoś powodu tego nie robią. Bo dzieci w horrorach się nie odzywają. Patrzą tylko w ten przerażający sposób, który sprawia, że włoski na karku stają dęba.
– No dobra, czas się wziąć w garść – powiedział, żeby dodać sobie odwagi. – Może w tym domu nie ma dzieci.
Podszedł do komina. Przez chwilę przyglądał mu się z marsową miną. Komin był wyjątkowo wąski i na dodatek przysłonięto go od góry metalowym daszkiem. Zostało jakieś piętnaście centymetrów wolnej przestrzeni, przez którą trzeba by się przecisnąć.
– A w nosie, żeby nie powiedzieć, że niżej, mam tradycję – oświadczył reniferom, które patrzyły na niego z politowaniem.
Pstryknął palcami i w jednej chwili zmaterializował się razem z workiem w przestronnym salonie połączonym z kuchnią. Wskazówka minutowa na zegarze, który powieszono nad kominkiem, zrównała się ze wskazówką godzinową. Była północ.
Położył pękaty worek na podłodze i zaczął się rozglądać. Musiał się upewnić, czy na ścianie wisi krzyż. Choinka także była mile widziana.
Krzyż znalazł nad drzwiami wejściowymi. Nieduży, drewniany, bardzo prosty. Choinka natomiast niemile go zaskoczyła. Była z plastiku. Białego, skrzącego się brokatem plastiku. Zakłuła jego zmysł artystyczny, choć musiał przyznać, że z granatowymi bombkami prezentowała się dość elegancko. Niemniej i tak wolał zielone, najlepiej naturalne drzewka, obwieszone starymi bombkami, dziecięcymi łańcuchami, ciasteczkami, orzechami i zasuszonymi plastrami pomarańczy. Za takimi ozdobami zawsze kryły się jakieś wesołe historie: piekarnik nastawiony na zbyt długi czas, kłótnia rodzinna po stłuczeniu najcenniejszej bombki, która jednocześnie była najbrzydsza, dziecięce rączki sklejone super glue, palec zraniony podczas krojenia pomarańczy, złamany na orzechu ząb. Sama radość!
Właściciele tej choinki mogli najwyżej pokłócić się podczas kupowania w hipermarkecie bombek wyprodukowanych w Chinach o to, który odcień granatu będzie się lepiej prezentował na świątecznych zdjęciach.
Złapał krzesło i podszedł do krzyża.
– Czas na obowiązki! – westchnął.
Był skupiony na swoim zajęciu i zupełnie nie zauważył, że ktoś się do niego podkradł.
– Co pan tu robi?
Cienki dziecięcy głosik zmroził go do szpiku kości. Zachwiał się niebezpiecznie na krześle, cudem tylko z niego nie spadając. Odwrócił się powoli w stronę, z której dobiegło pytanie.
– Jaaa? – stęknął.
Niziutki chłopiec ubrany w piżamę z olbrzymim symbolem Batmana na piersi przyglądał mu się bez cienia strachu. Był zafascynowany widokiem mężczyzny przebranego za Świętego Mikołaja, który właśnie odwrócił do góry nogami krzyżyk na ścianie.
– Tak. Pan.
– Ja… – zaczął, a potem nagle zmarszczył brwi. – Zaraz, zaraz! A czemu ty nie śpisz, przecież zanim wszedłem do domu, rzuciłem czar, żeby wszyscy spali!
Chłopiec uniósł brwi.
Mężczyzna ściągnął czapkę z głowy. Na ramiona rozsypały mu się czarne jak smoła, proste włosy. Zeskoczył z krzesła.
– A może nie rzuciłem? Do kroćset. Chyba zapomniałem – mówił już do siebie. – No trudno. Macie ekspres do kawy? Albo jakiś alkohol? Strasznie przemarzłem.
– Tata chowa alkohol w tamtej szafce. A tu stoi ekspres. To kim pan jest? – Chłopiec nie ustępował.
– Jestem Świętym Mikołajem!
Malec mierzył go przez chwilę pełnym wątpliwości spojrzeniem.
– Nieprawda.
– Jak to nieprawda?! – oburzył się. – Oczywiście, że jestem Świętym Mikołajem!
– Nie ma pan siwej brody. I nie jest pan stary. Nie jest pan też gruby – zaczął wyliczać dzieciak, zginając małe paluszki.
– Jeszcze tego by brakowało, żebym oprócz noszenia tego koszmarnego stroju musiał się upodobnić do starego zgreda. Masz rację. Ja tylko zastępuję Świętego Mikołaja – przyznał się. – Poza tym jestem o niebo przystojniejszy. To w sumie komplement, że mnie nie poznałeś.
Gładka przemowa nie zrobiła na dziecku żadnego wrażenia.
– To kim pan jest?
– A co ty tak wszystko musisz wiedzieć? – zirytował się. – Czy dzieci zawsze są takie ciekawskie? Nic dziwnego, że dorośli kupują wam gry komputerowe. Przynajmniej nie muszą z wami rozmawiać.
– To kim pan jest? – Chłopiec zignorował pytanie.
– No już dobrze, dobrze. Sam tego chciałeś! – Przybysz wziął się pod boki. Zbyt obszerny czerwony płaszcz, bez wątpienia uszyty na kogoś o potężniejszych gabarytach, zafalował. – Jestem diabeł Azazel!
Dzieciak prychnął i pokręcił głową.
– Nieprawda. Nie jest pan diabłem.
Pewność siebie Azazela odrobinę stopniała. Nie spodziewał się, że ten mały mu nie uwierzy. Poza tym był przekonany, że chłopiec się go przestraszy, a on zyska zabawną anegdotę, którą będzie mógł opowiadać innym mieszkańcom Piekła. A już na pewno zamierzał ją opowiedzieć tej świętoszkowatej Wiki i swojemu najlepszemu piekielnemu przyjacielowi Belethowi. Zapowiadało się jednak na to, że nie będzie historyjki. Najwyraźniej diabły już w ogóle nie wzbudzają lęku.
Do czego ten świat zmierza?
– Oczywiście, że jestem diabłem! – zaperzył się.
– Nie ma pan rogów. Nie ma pan kopytek. I nie widzę wideł – zaczął wyliczać smarkacz, ponownie zginając paluszki.
– Kopytek – prychnął przybysz zniesmaczony. – Żaden diabeł nie ma kopytek! To jakaś bzdura wymyślona wiele lat temu. Albo propaganda tych tam z góry! A widły i rogi mam. Pozłacane! Zakładam je tylko na parady w Piekle.
– Jakoś mi się nie wydaje. Czemu diabeł miałby się przebierać za Świętego Mikołaja?
– Ja chyba nie lubię dzieci – stwierdził Azazel bardziej do siebie niż do swojego rozmówcy.
– No? Czemu?
– Bo… bo… bo pyskujecie!
– Nie! Pytam, czemu przebrał się pan za Świętego Mikołaja!
Diabeł mocno zacisnął wargi, zirytowany do granic możliwości. Jego zwykle przeraźliwie białe policzki poczerwieniały. Przymknął powieki i odetchnął głęboko przez nos. Wyobraził sobie, że jest kwiatem lotosu na spokojnym jeziorze.
Otworzył oczy. Był jeszcze bardziej zirytowany. Nienawidził kwiatów. Zupełnie nie wiedział, dlaczego postanowił sobie wyobrazić coś takiego.
– Za dużo czasu spędzam przed telewizorem – burknął do siebie.
– Słucham? – Chłopiec bez lęku podszedł bliżej.
– Nic, nic! Bądź tak łaskaw i zrób mi espresso, to może pogadamy – poinstruował go diabeł i rozsiadł się w fotelu pod choinką.
Spojrzał na sufit. Dokładnie nad nim znajdowała się główna sypialnia, w której dwie osoby oddychały równo, zatopione w głębokim śnie. Postanowił przynajmniej częściowo naprawić swój wcześniejszy błąd. Pstryknął palcami.
– Nie martw się, twoja mama i tata się nie obudzą – powiedział.
– To nie jest moja mama. To koleżanka taty z pracy – poinformował go chłopiec.
– Koleżanka?
– Tak, bardzo dobra koleżanka. Dlatego śpią razem w pokoju. Mama nie mogła z nami być w te święta. Pojechała do chorej babci. Musi się nią opiekować. Tata mówi, że pewnie babci już więcej nie zobaczymy. – Oczy chłopca podejrzanie się zaszkliły.
Tym razem to Azazel zmierzył nieufnym wzrokiem dziecko. Skrzywił się ze wstrętem na widok łez.
– A ile ty masz lat? – zapytał niechętnie.
– Osiem.
– Aha. Mało. – Diabeł był niezadowolony.
– A co?
– A, bo coś bym ci powiedział, ale może się powstrzymam. Na razie. Przynieś mi kawy, to pogadamy.
– Tak jest! – odparł posłusznie chłopiec.
Sprawnie wspiął się na niski stołek i włączył ekspres. Azazel przymknął oczy i oparł wygodnie głowę na fotelu. Mile go zaskoczyło, że dzieciak naprawdę przygotuje mu kawę. Pomyślał, że może ludzie mają trochę racji, decydując się na posiadanie tych małych potworków. Jak widać, do czegoś się jednak przydają.
Westchnął. Był okrutnie zmęczony. Świąteczna noc dobiegała końca. Niedługo będzie mógł wrócić do zaświatów, żeby wreszcie odpocząć.
– To czemu przebrał się pan za Świętego Mikołaja?
Diabeł uchylił powieki. Mały człowieczek wyciągał w jego stronę filiżankę. Zapach świeżo zmielonych ziaren otrzeźwił zmęczonego wędrowca. Azazel mógł wykorzystać swoje moce i stworzyć sobie najlepszą kawę, jednak spodobało mu się, że ktoś go obsługuje.
– Dziękuję. Jestem na zastępstwie. – Siorbnął napoju o temperaturze niemal wrzątku. Oczy wyszły mu na wierzch, ale przełknął. Był w końcu diabłem. Lubił ciepło.
Chłopiec zrobił zaskoczoną minę, nie zauważywszy, że właśnie poparzył swojego gościa.
– To tak można?
– Tak, tak. Widzisz… problem w tym, że Święty Mikołaj, pomimo swojego wyglądu zapamiętałego alkoholika, niestety nie ma zbyt mocnej głowy. Ja wiem. Zaskakujące! Sam się dałem nabrać na ten jego czerwony kinol, piwny bęben i małe kaprawe oczka. A tu taka niespodzianka!
Chłopiec zmarszczył czoło.
– Święty Mikołaj… – zaczął.
– Poszedłem do niego z wizytą, by wyjaśnić kilka bardzo frapujących mnie kwestii – przerwał dziecku diabeł, chcąc wreszcie delektować się swoim głosem w spokoju. – W prezencie zaniosłem mu kilka butelek ajerkoniaku mojej własnej roboty. Jak by to ująć, żeby ci najdokładniej zobrazować, co się stało, a jednocześnie nie skazić twojego delikatnego młodego umysłu zbyt wulgarnym określeniem? Hm… – Złożył dłonie w piramidkę i wbił spojrzenie w sufit. Nagle uśmiechnął się szeroko i zwrócił swoje czarne, bezdenne oczy na chłopca. – Już wiem! Ubzdryngolił się, aż miło.
– Komu miło? – Dziecko było całkiem zagubione.
– No na pewno nie jemu! – Azazel parsknął śmiechem. – Leży teraz pod stołem i chrapie. Jeśli mam farta, to w kałuży swoich wymiocin. I pomyśleć, że wystarczyła jedna butelka diabelskiego adwokata. Muszę go chyba częściej przyrządzać.
Chłopiec usiadł na podłodze obok fotela. Wbił w diabła mądre spojrzenie zielonych oczu.
– I pan pojechał zamiast niego?
– Tak. Postanowiłem spełnić obywatelski obowiązek. Zaprzęgłem te jego tępe konie czy tam inne kozy, wziąłem worek i pojechałem.
– Naciągane – skwitował malec. – Coś mi się wydaje, że pan kłamie. Poza tym to zabrzmiało tak, jakby specjalnie pan chciał mu zaszkodzić.
Azazel dopił kawę. Był coraz bardziej zirytowany. Dzieciak nie miał nawet dziesięciu lat, a przejrzał na wylot diabła, który miał na karku milenia. Gorąca kawa mile grzała go jednak w żołądku, więc postanowił, że jeszcze chwilę posiedzi w położonym na odludziu domu. Nie miał w końcu nic do stracenia. Jako istocie wiecznej nie żal mu było czasu, który właśnie tracił na pogaduszki ze smarkatym śmiertelnikiem.
– A nie chciałbyś się przypadkiem dowiedzieć kilku ciekawostek o Świętym Mikołaju? – zaproponował łaskawie, zmieniając temat.
– Być może. – Chłopiec pozostał nieufny.
– To chcesz czy nie?
– Niby chcę…
Kusiciel wychylił się do przodu. Na jego twarzy pojawił się zadowolony uśmieszek.
– Boisz się mnie? – zapytał.
– Nie! – żachnął się chłopiec. Jego drobne ramionka trzęsły się od śmiechu. Pan diabeł wydał mu się bardzo sympatyczny i w pewien sposób pocieszny.
Zadowolenie Azazela od razu stopniało. Nie takiej odpowiedzi się spodziewał.
– Nie? – jęknął.
Zaraz jednak szybko sobie wytłumaczył, że dzieciak jest po prostu oszołomiony jego urodą. Azazel był bowiem bardzo przystojny, jak zresztą większość diabłów. Musiał taki być, w końcu jego pracą było kuszenie ludzi. Tak, to na pewno dlatego smarkacz w ogóle się go nie przestraszył.
– Ale panie diable, pan wie, że Święty Mikołaj nie istnieje? – zagadnął chłopiec. – To bajka dla małych dzieci. Prezenty tak naprawdę kupują rodzice.
Azazel poczuł się nagle staro. Bardzo rzadko zwracano się do niego per pan. W Piekle wszyscy byli równi. Nikt nie używał zwrotów grzecznościowych. Poza tym w Niższej Arkadii płeć często była pojęciem dość… płynnym. Taki na przykład Belfegor o delikatnej, kobiecej wręcz urodzie uwielbiał nosić kiecki.
Diabeł stwierdził, że jednak nie lubi dzieci. Gnojek przypomniał mu o tym, że tak naprawdę Azazel wcale nie ma trzydziestu lat. Stworzono go tylko w taki sposób, żeby wyglądał na młodzieńca.
– Święty Mikołaj istnieje – odburknął. – Dawno, dawno temu był facet, który odziedziczył po ojcu kupę pieniędzy. Nazywał się Mikołaj. Mieszkał w Mirze, w Licji.
– Gdzie? – przerwał mu mały.
Azazel westchnął z irytacją.
– Czy to moja wina, że wy, ludzie, tak lubicie zmieniać nazwy geograficzne? – warknął. – Zrób mi drugą kawę. I skołuj coś słodkiego. Ciasto jakieś czy ciasteczka, ewentualnie lody. Na pewno coś macie. W końcu są święta. A Mira była w Licji, czyli teraz w Turcji. Wiesz, gdzie jest Turcja?
– Wiem, jeździmy tam na wakacje.
Chłopiec ponownie włączył ekspres. Aromat mielonych ziaren znowu rozszedł się po całym pomieszczeniu. Diabeł oparł stopy w długich czarnych botkach na podnóżku. Śnieg już prawie całkowicie rozpuścił się pod grubą podeszwą. Pod fotelem rozlewała się brudna kałuża. Resztki wody wsiąkały w beżowy materiał obicia podnóżka, by pozostać tam na zawsze.
Azazel rozpiął czerwony kaftan. Pod spodem miał białą koszulę z żabotem, nijak niepasującą do reszty stroju. Na jego szyi wisiało na rzemyku niebieskie piórko. Pozostałość skrzydeł, które obcięto mu za udział w rebelii Lucyfera.
– Proszę, to dla pana.
Przyjął talerzyk, na którym leżało kilka ciasteczek. A raczej coś, co w założeniu miało uchodzić za ciasteczka. Ponieważ były to raczej sklejone z nasion bryłki. Dłuższą chwilę przyglądał się im krytycznie. Dziecko ugryzło śmiało jedną z kulek i żując zawzięcie, usiadło na dywanie obok podnóżka.
– A co to jest? – zdziwił się diabeł i powąchał ostrożnie to coś.
– Ciasteczka.
– Śmiem wątpić.
– To ciasteczka bez mleka, cukru i glutenu – wyjaśnił chłopiec. – I bez wiórków kokosowych.
Azazel nadgryzł jedno ostrożnie. Było gruzłowate, lepkie i kompletnie niesłodkie. Przykleiło się do wszystkich zębów i na dodatek weszło w szpary między trzonowcami. Zaczął zirytowany cmokać, ale w żaden sposób nie mógł się pozbyć kleistej masy.
– Obrzydliwe – skwitował. – Nie ma innych?
– Nie, ja mogę jeść tylko takie – oświadczył chłopiec.
– Jesteś alergikiem czy co? – Diabeł wypluł na podłogę resztę ciasteczka.
– Nie.
– To czemu jesz takie świństwo?
– Bo mama mówi, że wtedy będę zdrowszy.
Diabeł nie był pewien, jak powinien zareagować na takie oświadczenie. Według niego karmienie dziecka czymś takim to był szczyt diabelstwa. Z drugiej strony kobietą chyba kierowały dobre intencje. Paradoks.
– Piekło jest wybrukowane dobrymi chęciami – skwitował. – Powiedz to swojej matce, jak ją spotkasz. A nie masz przypadkiem ochoty na ciasteczka czekoladowe z kawałkami najpyszniejszej mlecznej? Prosto ze Szwajcarii?
Na jego wyciągniętej dłoni zmaterializował się talerz, na którym leżała cała sterta ciasteczek. Chłopiec przełknął ślinę. Nie mógł oderwać wzroku od słodkości. Zapach czekolady był tak silny, że aż zatuszował aromat kawy.
– Rok temu jadłem czekoladę na urodzinach Sebastiana. Po kryjomu – wyznał mały. – Mama nic nie wie.
– Jedz – kusił diabeł. – Teraz mama też się nie dowie.
– A muszę ci za nie oddać duszę? – spytał chłopiec roztropnie, zatrzymując dłoń tuż nad ciasteczkiem.
Diabeł nie mógł się powstrzymać i zaśmiał się szczerze. Coraz bardziej lubił tego dzieciaka.
– A chciałbyś? – zapytał chytrze.
– Nie, raczej nie.
– To możesz się poczęstować za darmo. Ty mi zrobiłeś kawę, to ja ci mogę zrobić ciasteczka. Niech stracę.
Azazel postanowił, że będzie łaskawy. W końcu były święta. Patrzył, jak dzieciak pochłania ciastka. Żaden okruch się nie marnował, bo chłopiec poślinionym paluszkiem zbierał każdy z talerzyka. Diabeł zaczął się zastanawiać nad sensem rodzicielstwa. Doszedł do wniosku, że ludzie chyba mają dzieci po to, żeby je torturować. Jak w końcu inaczej wyjaśnić fakt, że biedny bachor był karmiony kamiennymi ciasteczkami? Nic dziwnego, że był taki chudy i podejrzanie wiotki.
– To co jeszcze mi pan powie o Świętym Mikołaju? – zapytał chłopiec.
– A faktycznie, obiecałem ciekawostki. No to już wiesz, że odziedziczył spory majątek, a potem go rozdał potrzebującym, frajer. Ponieważ udawał świętego już za życia, rozdawał pieniądze ukradkiem, żeby nie mieć z tego żadnych korzyści. Dziwak jakiś. Poza tym…
– Mogę jeszcze ciasteczko? – przerwał mu chłopiec.
– Oczywiście.
Na podłodze zmaterializowała się miska pełna ciastek czekoladowych. Diabeł rozłożył dłonie. Na każdej z nich pojawił się talerz z eklerką. Bita śmietana wylewała się z obficie polanego czekoladą ciastka.
– A może eklerkę? Szatan za nimi przepada. W Piekle chodzą słuchy, że codziennie zjada co najmniej sześć. Chyba czas sprawdzić, co takiego niesamowitego jest w tym deserze – powiedział Azazel.
Dzieciak pobiegł po widelczyki do ciasta, a diabeł stworzył sobie jeszcze kieliszek białego wina. Zachwyciło go, że dziecko wykonuje posłusznie wszystkie jego polecenia. Ponownie naszła go myśl, że może ludzie mają dzieci po to, żeby im służyły. Tak, to zdecydowanie musiało być to. Pokiwał głową. Przydałoby mu się takie karne dziecko. Przynosiłoby mu wieczorem kapcie.
– Wracając do Mikołaja… Kiedy był nastolatkiem, wyrzekł się kobiet, dobrej zabawy, a także bogactwa. Chciał się tylko modlić. Jego rodzice też byli pobożni, ale podobno zmarli młodo. Szczerze mówiąc, to uważam, że kopnęli w kalendarz, jak im oświadczył, że rozda majątek, na który wypruwali sobie żyły przez całe życie. – Diabeł nie potrafił się powstrzymać przed komentowaniem.
– To trochę taki Robin Hood! – Chłopiec był zachwycony. – Rozdawał majątek biednym!
Diabeł zacmokał.
– Robin Hood to postać fikcyjna – odpowiedział. – To bohater legend. Oczywiście w każdej legendzie tkwi ziarno prawdy. Mamy w Piekle tego Robina, co to o nim potem zaczęli opowiadać te historie. Powiem ci z ręką na moim czarnym sercu, że miły to on nie był. Porywał, gwałcił, kradł. A kradł głównie w kościołach, chciałbym zauważyć. No, niby czasem coś tam odpalił biednym, trzeba mu to przyznać. Nie robił tego jednak za każdym razem. Chodzi teraz po Piekle i ciągle się chwali, jaki to jest sławny. Straszny facet.
– Ooo, naprawdę? – Chłopiec się zmartwił.
Diabeł poczuł się w obowiązku odrobinę go pocieszyć. Sam się sobie zdziwił. Doszedł do wniosku, że to wskutek podniesienia poziomu cukru we krwi po zjedzeniu eklerki. Nie mogło być przecież innego wytłumaczenia.
– Każda legenda jest wyolbrzymiona, ale to nic złego. Po to są właśnie legendy. Poza tym kiedyś nie było filmów z superbohaterami. Opowieści powtarzane wieczorami podczas biesiad to była taka ich namiastka. A że za każdym razem ktoś dodawał od siebie jakiś nowy szczegół, to już inna broszka. Mikołaj jednak nie był jak Robin Hood. On naprawdę wszystko oddał. Żył biednie jak mysz kościelna. A skoro już jesteśmy przy temacie kościoła: Mikołaj łaził do niego codziennie. Jeśli chcesz znać moje zdanie, to taka nadgorliwość jest zdecydowanie nienormalna.
Chłopiec posłusznie pokiwał głową. Eklerka już dawno zniknęła z jego talerza. Teraz sukcesywnie opróżniał miskę z ciastkami.
– Mikołaj został biskupem Miry właśnie dlatego, że ciągle łaził do kościoła. Tamtejsi włodarze stwierdzili, że nowym biskupem zostanie człowiek, który w dniu przez nich wytypowanym jako pierwszy przekroczy próg świątyni. Dawno nie słyszałem bzdurniejszego pomysłu. Mikołaj miał farta, że padło na niego. Potem, już jako biskup, dokonywał cudów czy burzył pogańskie miejsca kultu. Ma na swoim koncie wyburzenie świątyni Artemidy, greckiej bogini łowów. Starożytni Grecy do dzisiaj mają do niego o to pretensje w zaświatach.
– To starożytni Grecy są w Niebie? – zdziwił się chłopiec.
– W Niebie, w Piekle… – Diabeł wzruszył ramionami. – Przecież musieli gdzieś trafić po śmierci. Przygarnęliśmy ich do nas, ponieważ Pola Elizejskie i Hades nie istnieją.
– A jakie cuda robił Święty Mikołaj?
Opróżniony kieliszek w dłoniach diabła ponownie wypełnił się winem. Azazel pociągnął długi łyk, zanim odpowiedział.
– Przede wszystkim umiał się, skubany, teleportować.
– Cooo?! – Oczy chłopca prawie wyszły na wierzch.
– Tak… niektórzy święci umieli. Dzisiaj to już chyba tylko tybetańscy mnisi potrafią osiągnąć taki stan. Tak długo medytują, aż udaje im się odłączyć duszę od ciała i być w kilku miejscach naraz.
– I co robił Mikołaj, jak już się teleportował?
– No, pomagał. Przecież nie mógł się powstrzymać. Miał jakąś niezdrową obsesję na tym punkcie. Raz na przykład pomógł żeglarzom, których statek tonął podczas sztormu. Zawołali go, a ten hyc! Jak diabeł z pudełka. Wyciągnął statek z dna morza, sprawił, że sztorm ucichł, a potem uciekł bez pożegnania.
– To niesamowite!
– Jak chcesz udawać superbohatera, to jasne, że niesamowite. Mnie się jednak wydaje, że on miał w tym swoje ukryte motywy. Ci żeglarze popłynęli potem do Miry podziękować mu osobiście. A wiesz, co on zrobił?
– Co?
– Kazał nikomu nie mówić, co się stało!
Diabeł sapnął z irytacją i pokręcił głową. Dziecko było tymczasem lekko zbite z tropu.
– No ale to chyba dobrze? Przecież nie robił tego dla sławy – zauważyło.
Azazel roześmiał się nieco nieszczerze.
– Ależ oczywiście, że robił to dla sławy. Powiedział im, żeby nie mówili, bo to tajemnica. To co te tępe chłopy zrobiły od razu? Zaczęły opowiadać tę historię w każdym porcie. Oczywiście za każdym razem dodając szeptem, żeby słuchacze nie powtarzali tej opowieści, bo Mikołaj to bardzo skromny człowiek. No mnie to wygląda na bardzo dobrze przemyślaną akcję promocyjną.
Chłopiec nie do końca rozumiał, o co diabeł ma pretensje. Uwielbiał opowieści o superbohaterach. Żaden z jego idoli nie dbał o rozgłos, więc postępowanie świętego wydało mu się całkowicie normalne. Co prawda do tej pory nie uważał grubego Mikołaja za kogoś specjalnie interesującego, jednak niespodziewanie ta postać zaczęła się robić coraz ciekawsza.
– Z innych cudów, to umiał też pomnażać jedzenie. Tak na marginesie: ściągał od Jezusa. Syn szefa pierwszy wpadł na ten pomysł. Kiedyś panowała straszna susza w Andriake. Mikołaj ukazał się kapitanowi statku, który wiózł zboże z Egiptu do Konstantynopola. Przekonał go, żeby zamiast płynąć do celu, poratował ludność Andriake. A kiedy tylko wypakowali zboże, w ładowni pojawiło się nowe, dzięki czemu marynarze nie musieli się tłumaczyć kupcom w Konstantynopolu.
Chłopiec zjadł ostatnie ciastko z miski. Był już pełen słodyczy. Nie przełknąłby nawet jednego kęsa więcej. Poczuł, że robi się coraz bardziej senny. Ziewnął.
– Nudzi cię moja historia? – zirytował się Azazel.
– Nie, nie, panie diable – odpowiedział szybko mały. – Po prostu jest już późno.
Obaj zerknęli na zegar nad kominkiem. Wskazywał północ. Chłopiec zmarszczył brwi. Niemożliwe, żeby wciąż była dwunasta. Kilka minut przed nią wyszedł z sypialni, żeby wziąć szklankę wody z kuchni. Potem spotkał diabła, z którym na pewno spędził już dobrą godzinę.
– Ale jak to? – Pokazał palcem na zegar.
– Czas stanął – wyjaśnił Azazel. – A coś ty myślał, że Święty Mikołaj zdąży w jedną noc zajrzeć do wszystkich? Przecież to fizycznie niemożliwe. Na Ziemi żyje ponad siedem i pół miliarda ludzi. Z tego chrześcijan jest ponad dwa miliardy. Nawet jeśli wizyta w jednym domu trwałaby sekundę, to nijak by wszystkich nie obskoczył.
– A jak można zatrzymać czas?
Diabeł uśmiechnął się w duchu. On też nie cierpiał ględzenia o przeszłości. Żywoty świętych zawsze uważał za kompletne nudziarstwo. Nie to co, dajmy na to… żywoty gwiazd rocka.
– Zatrzymuje czas za pomocą tego.
Sięgnął do kieszeni. Pokazał chłopcu niepozorny kilkucentymetrowy, zagięty na końcu patyczek.
– Co to takiego?
– To magia, synku.
Złapał go w dwa palce i stuknął nim o poręcz fotela. Z cichym szczęknięciem patyczek rozprężył się i zamienił w pełnowymiarowy pastorał. U góry zwinięty był w spiralę, wewnątrz której znajdował się wyrzeźbiony zegar. Jego wskazówki zatrzymały się, wskazując wieczną północ.
– To pastorał – wyjaśnił diabeł. – Taki kijek, na którym podpierają się biskupi, żeby udawać, że są ważniejsi niż w rzeczywistości. Ten konkretny umie zatrzymywać czas. Zanim ruszyłem w podróż, stuknąłem nim siedem razy o ziemię i voilà! Czas stoi, a ja mogę rozdawać prezenty.
– Długo już pan jeździ?
– Chyba z miesiąc. Szczerze mówiąc, mam dość. Nie sądziłem, że to takie pracochłonne. Już rozumiem, dlaczego Mikołaj przez resztę roku nie rusza się z leżaka w Niebie. W sumie to nawet jego totalnie zaniedbany wygląd nagle zaczyna mieć sens. Na jego miejscu też nie chciałoby mi się golić.
Rozmowę przerwał głośny stukot. Brzmiał, jakby po dachu przebiegł koń.
– To renifery? – Oczy chłopca zabłysły.
Diabeł poczuł się lekko urażony. Sądził, że magiczny kijek bardziej zainteresuje chłopca niż ta wyleniała rogacizna.
– Tak. Niestety, sanie z reniferami są moim obecnym transportem – przyznał niechętnie.
– I są tam wszystkie?
– Nie do końca rozumiem.
– Rudolf Czerwononosy, Kometek, Amorek, Błyskawiczny, Fircyk, Pyszałek, Tancerz, Złośnik i Profesorek – wyrecytował chłopiec podnieconym głosem.
– Taaa, było ich dziewięć, kiedy ostatnio sprawdzałem. Ale wiesz, że to jedna wielka ściema?
Dzieciak zmarszczył brwi.
– Teraz ja nie rozumiem – powiedział. – Nie ma Rudolfa Czerwononosego?
– Święty Mikołaj nie miał sań ani reniferów. Przecież mieszkał w Turcji. Nie ta szerokość geograficzna – wyjaśnił diabeł z przekąsem. – Zaprzęg z reniferami wymyślił niejaki Clement Moore w tysiąc osiemset trzydziestym drugim roku. Napisał wierszyk o saniach Mikołaja i jakimś cudem się przyjęło, chociaż bzdura totalna. A ten twój ulubiony Rudolf z czerwonym kinolem to nic innego jak chwyt marketingowy. W tysiąc dziewięćset trzydziestym dziewiątym roku Robert May napisał bajkę o czerwononosym synu Profesorka dla sieci sklepów Montgomery Ward. Rozdawali książeczkę o Rudolfie dzieciom, żeby ich rodzice robili u nich zakupy.
Chłopiec kiwał głową. Jego mina wyrażała zrozumienie.
– Wiem, co to chwyt marketingowy. Mój tata pracuje w reklamie – powiedział. – Ale skoro to wszystko zostało zmyślone, to dlaczego przyjechał pan saniami? Czemu słyszymy renifery?
– Żeby była jasność: ten koszmarny strój i czapka z pomponem też zostały dołożone do całej historii znacznie później – ciągnął Azazel. – Wiesz, kto wymyślił ten kostium?
– Nie.
– Koncern Coca-Cola, żeby im do napoju pasował, jak robią reklamy z ciężarówkami.
Głos diabła ociekał jadem podczas tej przemowy, jednak w głębi serca Azazel był pod wrażeniem tego, jak ludzie umieją manipulować sobą nawzajem. On sam był oczywiście mistrzem kłamstwa, jednak od czasu do czasu zaskakiwało go, że niektórzy ludzie to diabły wcielone.
– To dlaczego się pan tak ubrał?
– Widzisz, głównie z powodu pokręconego poczucia humoru Świętego Mikołaja. Uznał, że skoro wszyscy uważają, że on tak się ubiera i że jeździ saniami, to nie pozostaje mu nic innego, jak się przystosować. I żeby była jasność, to wy, ludzie, wykazaliście się kompletnym bezguściem, ubierając go w ten koszmarny uniform. – Azazel z obrzydzeniem złapał za poły swojego czerwonego płaszcza. – Przecież to mi dodaje ze dwadzieścia kilo!
– Przykro mi – powiedział szczerze chłopiec.
Początkowo kusiciel nie wiedział, jak zareagować na te słowa. Zupełnie się czegoś takiego nie spodziewał.
– Hmm, no… dziękuję – odparł w końcu zmieszany. – Chcesz jeszcze ciasteczek?
– Nie, już nie zmieszczę.
– To może na później?
– A jak na później, to poproszę.
Azazel klasnął w dłonie. Obok nich zmaterializowało się kilka opakowań hermetycznie zamkniętych ciastek. Diabeł poczuł, że robi mu się ciepło w środku na widok szczerej radości chłopca. Natychmiast, gdy tylko zdał sobie sprawę z tego, że dzieje się z nim coś niedobrego, stworzył sobie nowy kieliszek wina i wypił go jednym haustem.
– Uch, od tego alkoholu aż mnie piecze w żołądku – powiedział głośno.
– To co jeszcze mi pan opowie o Świętym Mikołaju? – zapytał chłopiec, ściskając w objęciach opakowania ciastek. – A te słodycze to mój prezent?
– Nie – żachnął się diabeł. – Jak sam słusznie zauważyłeś, Mikołaj nie rozdaje prezentów. Robią to rodzice. Mikołaj daje każdemu… jak by to ująć… uśmiech albo kopniaka od losu w nadchodzącym roku.
Znowu rozsiadł się wygodnie w fotelu. Splótł ręce na podołku i poprawił nogi na podnóżku.
– Legendy, że Mikołaj przynosi prezenty, miały swoje źródło w opowieściach o tym, jak rozdał za życia majątek. Po śmierci oczywiście także zdarzało mu się jeszcze nawiedzać ludzi, ale nie robił tego na jakąś dużą skalę. Dopiero od niedawna zaczął szaleć z tym jeżdżeniem po świecie. A wiesz, że w Polsce rozdaje prezenty dopiero od dwóch wieków?
– To krótko! A co było wcześniej?
– Ludzie po prostu sami sobie dawali prezenty, bez jego pomocy. Tak szczerze mówiąc, przez ostatnie wieki nie tylko on był odpowiedzialny za prezenty. Praktycznie w każdym rejonie świata było święto, podczas którego przekazywano sobie podarki albo robił to jakiś szczególny, zmyślony oczywiście, bóg. Można powiedzieć, że obecnie Boże Narodzenie jest w pewnym sensie połączeniem mitów. Święty Mikołaj stara się to wszystko utrzymać razem. Niestety, popkultura całkiem wypaczyła dawne legendy. Bo wiesz, na samym początku wierzono, że Święty przybywa z południa. Jako tako pasuje to nawet do tej Turcji. Ktoś jednak musiał wpaść na genialny pomysł czerwonego mundurka na tle białego śniegu i oto w efekcie wyeksmitowali Mikołaja na biegun czy do Laponii. Jeden pies.
– To prawda – zgodził się chłopiec. – Jak byłem mniejszy, to pisałem listy do Świętego Mikołaja. Znalazłem w internecie, że można je wysłać na jeden z trzech adresów: do Norwegii, Finlandii albo Kanady.
– I gdzie wysłałeś?
– Do Finlandii. Znaczek był za pięć złotych!
– Majątek.
– No! To cztery gumy do żucia z samochodami. I nawet nie odpisał. Na dodatek nie dostałem tego, o co poprosiłem w liście.
– Nie dostałeś, bo twoi rodzice, zamiast przeczytać, wysłali list – wyjaśnił usłużnie diabeł. – Powiedziałem ci przecież, że święty nie przynosi prezentów. A w ogóle to wiesz, że początkowo Mikołaj chodził do ludzi razem z diabłem?
– Naprawdę?
– Tak. Święty dawał to co dobre, a diabeł resztę. Niestety, propaganda koncernów napojów gazowanych wykluczyła diabła z zabawy. W ogóle u was, w Polsce, jest dużo ciekawych legend o Świętym Mikołaju.
– Tak?
Chłopiec się szczerze zdziwił, bo nigdy żadnej nie słyszał. Święty Mikołaj to był Święty Mikołaj, i tyle.
– Przede wszystkim u was Święty rozdawał prezenty szóstego grudnia, w swoje imieniny, czyli w mikołajki – powiedział diabeł.
– A faktycznie! W szkole dajemy sobie wtedy prezenty. Ale mama i tata nic mi wtedy nie dają. Myślałem, że w szkole to dlatego, że w czasie Bożego Narodzenia mamy wolne.
Azazel westchnął ciężko. Męczyła go ignorancja młodego rozmówcy. Mimo to cieszył się, że z nim rozmawia. Miał przynajmniej okazję wyjaśnić kilka rzeczy. Była to oczywiście kropla w morzu ludzkiej głupoty, ale diabeł poczuł, że robi właśnie dobry uczynek.
Nagle się stropił. Przecież on nie jest od dobrych uczynków! Te całe święta zaczynają mu mieszać w głowie.
– Może chociaż próchnicy dostaniesz od ciastek – mruknął pod nosem.
– Słucham? – Chłopiec nie zrozumiał mamrotania diabła.
– Nic, nic – odparł szybko Azazel. – No więc Święty Mikołaj przynosił prezenty szóstego grudnia. Swoją drogą, to wiesz, że szóstki to ulubione cyfry wszystkich diabłów? I tego szóstego, zgodnie z legendami, święty schodził po złotej drabinie z kaplicy Świętego Mikołaja przy kościele Matki Bożej w Ocicach w Raciborzu.
– Nie wiem, gdzie to jest – przyznało dziecko.
– A gdzie Turcja, to wiesz – zacmokał Azazel. – Ta dzisiejsza młodzież.
– A pan wie, gdzie jest Racibórz?
– Eee… aaa… hmm…
– No właśnie.
Diabeł wychylił się w fotelu i zmierzył dziecko poważnym spojrzeniem. Jego przenikliwe czarne oczy wwiercały się w duszę malca. Chciał go przywołać do porządku. Kto to słyszał, żeby taki smark pyskował diabłu? Na chłopcu jednak nie zrobiło to najmniejszego wrażenia.
– Mówił pan, że w Polsce jest kilka legend o Świętym Mikołaju – zauważył. – Na razie opowiedział pan tylko jedną.
– Racja. To co by ci tu jeszcze powiedzieć… A, wiem! Mieliście takie powiedzenie: „Na Świętego Mikołaja rozbestwia się wilków zgraja”.
Chłopiec wydawał się sceptyczny.
– Brzmi tak, jakby pan to właśnie wymyślił.
– Nieprawda! To znaczy to jest prawda! Nic nie zmyślam! U was na wsiach wierzyli, że święty może gadać z wilkami, jakby był bohaterem jakiegoś hollywoodzkiego filmu. Trzeba przyznać, że wy, Słowianie, macie bujną wyobraźnię. Całymi grupami siadywaliście wieczorami w chałupach i opowiadaliście niestworzone historie. No, a przy okazji lubiliście sobie popić.
Diabeł zapatrzył się na kieliszek wina.
– Ja też lubię sobie popić. Szanuję Słowian – oświadczył po chwili zastanowienia. – To chyba dlatego tak cenię wasz kraj. Nie tylko ja zresztą. Boruta, Rokita, Hejdasz, Fugas i Iskrzycki już dawno uciekli z Niższej Arkadii i przesiadują u was od wieków. Ciekawe, kiedy Lucek dobierze im się do tyłków. Zaniedbują przecież swoją normalną pracę.
Dziecko nie było zainteresowane historią innych diabłów. Chciało poznać jak najwięcej ciekawostek o Świętym Mikołaju.
– I o co chodzi z tymi wilkami? – dopytywało.
– Chodziły słuchy, że jak się do niego pomodlić, to ocali twoje owce czy tam kozy przed wilkami. Wystarczyło powiedzieć:
Święty Mikołaju,
Weź klucze, idź do raju.
Zamknij pysk psu wściekłemu
Iwilkowi borowemu.
Diabeł był zachwycony, że zdołał sobie to przypomnieć.
– Święty miał rzekomo zdolność rozumienia wilczej mowy – kontynuował. – A nawet odbywał z wilkami zebrania! Oczywiście szóstego grudnia, jakżeby inaczej. Poza tym czasem pomagał ludziom w walce z wilkołakami. Jestem szczerze zdziwiony, że biorąc pod uwagę wszystkie te plotki i niedomówienia, w Polsce nadal uważacie Mikołaja za kogoś dobrego. Bo wiesz… z wilkami to się zwykle zadają diabły i czarownice. A tu jeszcze dochodzą wilkołaki!
– Nie ma wilkołaków – zaprotestował chłopiec. – To ściema.
– Ależ oczywiście, że są!
– Nie! Wilkołaków nie ma. Tak samo jak wampirów.
– Mój drogi, chciałbym tylko uprzejmie przypomnieć, że do niedawna nie wierzyłeś także w Świętego Mikołaja.
Chłopiec łaskawie pokiwał głową.
– Niby tak…
Nie był jednak do końca przekonany. Miał świadomość, że przecież rozmawia z diabłem. Wszystko, co ten mówił, mogło być kłamstwem. Dodatkowo dziecko wciąż miało wrażenie, że Święty Mikołaj nie upił się przypadkiem, choć tak twierdził jego podstępny gość.
Azazel westchnął ciężko. Jako diabeł miał możliwość podsłuchiwania ludzkich myśli. Było to dość przydatne narzędzie podczas kuszenia. Dzięki niemu każdy diabeł wydawał się elokwentny. Oczywiście Azazel był przekonany o swojej doskonałości. Od dawna nie zaglądał już śmiertelnikom do umysłów. Nie czuł takiej potrzeby. Dziecko niezbyt kryło się w głowie z wątpliwościami. Diabeł słyszał jego myśli tak wyraźnie, jakby wypowiadało je głośno. Zresztą miało je także doskonale wypisane na twarzy.
Poczuł, że to chyba dobry moment, żeby wracać do domu.
– Powiem ci jeszcze tylko tyle, że jeśli kiedyś spotkasz wilkołaka i będziesz chciał go zgładzić, to przede wszystkim musisz go zastrzelić. Bo wiesz, do wilkołaków się nie podchodzi. Szybkie są i cwane. Co do kuli: koniecznie musi być srebrna. Inna nie zrobi wilkołakowi krzywdy. To jednak nie wszystko! Żeby strzał był na pewno śmiertelny, musisz tę kulę zanurzyć w święconej wodzie. A dokładniej moczyć ją w tej wodzie przez trzy dni. Ale nie nada się do tego byle jaka woda święcona. Zadziała jedynie ta, którą poświęcono szóstego grudnia.
Podniósł się ciężko z fotela. Wygodny mebel wyciągnął z niego wszystkie siły. Azazel najchętniej zwinąłby się na nim w kłębek i usnął. Zwłaszcza po tej ilości alkoholu, którą wypił. Diabły z zasady mają mocne głowy, ale po tym przemarznięciu wino przyjemnie go ululało.
– Dobra, będę się zbierał – oświadczył.
– Już?
Na twarzy dziecka pojawił się szczery żal. Azazel, który od wielu tysiącleci powtarzał uparcie wszystkim, którzy tylko chcieli go słuchać, że ludzie to wstrętne kreatury niewarte diabelskiego czasu, poczuł, że gdzieś w środku robi mu się ciepło.
Jeszcze nikt nigdy tak nie zareagował, gdy Azazel wychodził.
Zaskoczony pomasował się na wysokości mostka.
– Chyba mam niestrawność po tych eklerkach – stwierdził bardziej do siebie niż do chłopca. – Nic dziwnego, że Szatan zawsze ma taką cierpiętniczą minę, skoro ciągle się nimi objada.
– Szkoda, że już pan idzie – powiedział chłopiec.
– Muszę dokończyć robotę.
Kusiciel podszedł do worka i zajrzał do środka. Pogmerał w nim chwilę. Zaciekawione dziecko ledwie wytrzymywało w miejscu. W końcu diabeł się wyprostował. Miał zaciśniętą pięść. Pomiędzy jego palcami widać było migające światełka.
– Mój drogi, jak już mówiłem, nie przynoszę plastikowych samochodzików wyprodukowanych w Chinach. Przynoszę to, co los dla ciebie szykuje na przyszły rok. Oczywiście każdy człowiek na bieżąco kształtuje swoją dolę i nikt nie ma zaplanowanej przyszłości. Jednakże Święty Mikołaj nauczył się odrobinę wspomagać szczęście. Bądź nieszczęście… – Azazel złowieszczo zawiesił głos.
Otworzył dłoń. Skakały po niej trzy małe świecące kulki. Jedna była żółta, jedna granatowa, a jedna różowa. Diabeł dmuchnął. Światełka wzleciały w powietrze. Żółta, najszybsza kulka podleciała do chłopca i wniknęła w jego pierś. Zachichotał, kiedy go połaskotała. Dwie pozostałe poleciały w kierunku schodów, do znajdującej się piętro wyżej sypialni pana domu.
– Tobie podarowałem uśmiech losu – oświadczył Azazel. – Powinieneś dostawać w szkole trochę lepsze oceny, a Zośka z trzeciej ławki pod ścianą wreszcie zauważy, że istniejesz.
Chłopiec poczerwieniał.
– Ale ja wcale nie chcę, żeby ona mnie zauważyła. Jest głupia. Rzucała we mnie kasztanami na wycieczce szkolnej – zaprotestował.
– Tak, tak. Doskonale cię rozumiem. Te zadziorne są najciekawsze. Znam taką jedną w Piekle. Nawet się spotykamy. To Kleopatra. Tak, ta Kleopatra! – Diabeł nie mógł się powstrzymać. Musiał się pochwalić.
– A co dostał tata i jego koleżanka?
Na twarzy diabła pojawił się mściwy uśmieszek.
– Powiedzmy tak… Twój wiarołomny ojciec się przekona, że co ma stać, będzie wisieć. No chyba że w towarzystwie prawowitej małżonki. A koleżanka twojego ojca będzie musiała w tym roku solidnie zainwestować w kosmetyczkę, bo jej trądzik młodzieńczy postanowi wrócić.
Dziecko zmarszczyło brwi. Nie do końca wszystko zrozumiało.
– Idę!
– Poczekaj!
– No co tam?
– Dlaczego tak naprawdę zastępujesz Świętego Mikołaja? – chciał jeszcze wiedzieć chłopiec.
Azazel zacmokał. W sumie nie zależało mu aż tak bardzo na sekrecie. Nikt i tak nie uwierzy dziecku.
– Jako Święty Mikołaj mogłem niepostrzeżenie wejść do domu każdego chrześcijanina – powiedział. – Nikt w Piekle ani Niebie nie będzie się zastanawiał, dlaczego to zrobiłem. Wszyscy uważają, że po prostu zastępuję Mikołaja.
Dziecko spojrzało na odwrócony do góry nogami krzyż.
– Aaa, to? – Diabeł się zaśmiał. – Nie, to tylko taki dowcip. Tak naprawdę to czegoś szukałem.
– I znalazłeś?
Czarne oczy kusiciela zabłysły.
– Och, tak. To będzie bardzo ciekawy rok – oświadczył Azazel.
Złapał worek i zarzucił go sobie na ramię. Postanowił, że nie będzie się przepychał kominem. Wyjdzie jak kulturalny człowiek, znaczy diabeł – skorzysta z drzwi.
– Także hoł, hoł, hoł i inne takie!
Pomachał dziecku i wyszedł. Chłopiec zamrugał. Zerknął na zegar nad kominkiem. Na jego oczach wskazówka minutowa się przesunęła. Czy mu się to tylko przyśniło? Spojrzał na opakowania ciastek z czekoladą.
Nie! To nie był sen!
W panice zaczął się zastanawiać, gdzie je schowa, żeby mama ich nie znalazła.
Dziesięć lat po wydarzeniach z części trzeciej cyklu – Ja, potępiona
Na dużym biurku jak zwykle panował nieskazitelny porządek. Wszystkie wieczne pióra ułożono w rządku jak od linijki. Dokumenty, posegregowane do odpowiednich teczek, stały w kolejności alfabetycznej na półce obok. Zielona podkładka pod myszkę leżała równolegle do brzegu biurka. A bezprzewodowa myszka komputerowa znajdowała się idealnie na jej środku. Na ekranie komputera wesoło migał wygaszacz ekranu z Angeliną Jolie. Uśmiechnięta aktorka zerkała z niego kokieteryjnie w stronę siedzącego przy biurku Szatana.
Zmęczony Lucyfer westchnął ciężko. Nawet jego platoniczna miłość nie potrafiła poprawić mu w tej chwili humoru. Czuł, jak powoli ogarnia go marazm.
Ktoś – zgodnie z piekielną etykietą – zastukał sześć razy do drzwi gabinetu. Szatan oderwał wzrok od twarzy Angeliny. Nie miał ochoty się odzywać, ale dobrze wiedział, że stojący za drzwiami natręt nie pójdzie sobie. Będzie pukać tak długo, aż usłyszy odpowiedź, a jeśli się jej nie doczeka, to po prostu wejdzie do środka. Lucek pomyślał, że oprócz wielu zalet jego sekretarz ma niestety sporo wad. A chyba największą była nadopiekuńczość.
– Proszę – powiedział niechętnie Lucyfer.
Do środka zajrzał diabeł Belfegor. Miał zaniepokojoną minę. Zaglądał do gabinetu już szósty raz, odkąd rano jego szef z ponurą miną przyszedł do biura ze swoim pupilem. Za każdym razem Szatan zdawał się coraz bardziej przygaszony i zły. Nawet jego sięgające ramion blond loki zwieszały się jakoś smutno. (A na lokach Belfegor znał się świetnie, sam szczycił się imponującą grzywą, o którą pedantycznie dbał). Z jego pracodawcą było coś nie tak.
– Przyniosłem eklerki! – oświadczył Belfegor przesadnie wesołym tonem. – Z podwójną ilością bitej śmietany! Ma pan ochotę?
Lucyfer przestał machinalnie głaskać po trójkątnym łebku małego smoka, który rozłożył się niczym kot na jego kolanach. Zwierzątko ziewnęło przeciągle i zeskoczyło na ziemię. Strzelało na boki rozbieganym wzrokiem. Cieniutki, nibyszczurzy ogon młócił wściekle powietrze. Z nozdrzy stworzenia wydostawała się smużka dymu, niechybny znak, że zaraz kichnie ogniem.
Belfegor machnął w panice nogą, kiedy smok doskoczył mu do kostek. Kwiecista spódniczka nad kolano, którą dzisiaj włożył, uniosła się tak wysoko, że prawie odsłoniła bieliznę, a polana obficie czekoladą wieża z eklerek niebezpiecznie przechyliła się na talerzu. Zdenerwowany i speszony modową wpadką diabeł od razu się spłonił.
– Lewuś, do nogi – warknął Lucyfer.
Smok parsknął niezadowolony, zostawił ciężko oddychającego Belfegora i schował się pod fotelem obrotowym swojego właściciela. Zestresowany sekretarz poprawił jedną ręką spódnicę i przestąpił próg gabinetu. Był idealnym, bardzo zdyscyplinowanym pracownikiem. Spełniał się w roli sekretarki, uwielbiał planować, katalogować i co najważniejsze, oznaczać wszystko kolorowymi karteczkami. Wielką satysfakcję sprawiało mu też doglądanie prywatnych spraw Szatana – pilnowanie organizacji jego balów, dbanie, by jadł o wyznaczonych porach, i wyganianie go do rezydencji na odpoczynek, gdy już dawno skończył się dzień pracy.
Belfegor nigdy się nie skarżył, od tysiącleci znosił cierpliwie wszystkie humory Szatana. Był mu wierny do grobowej deski.
Jednak nawet jego cierpliwość miała swoje granice.
– Wnioskowałbym o pozostawianie Lewusia w rezydencji – powiedział. – W gabinecie jest wiele cennych dokumentów, antyków! Lewiatan może coś, oczywiście całkowicie niechcący, zniszczyć.
Jak na zawołanie smok usiadł pod opartym o ścianę olbrzymim, zmurszałym zakrwawionym krzyżem, z którego wciąż sterczały gwoździe. Kichnął, a z jego pyska wzbił się płomyczek ognia, na szczęście nie czyniąc żadnych szkód.
Malutki smok tak naprawdę wcale nie był taki mały. Przybrał niewielkie rozmiary wskutek zaklęcia, które rzucił na niego właściciel. W rzeczywistości Lewiatan był olbrzymią bestią, której Szatan dosiadał w razie potrzeby. Ów straszliwy potwór dorównywał wtedy wielkością kilkupiętrowej kamienicy, a z jego gardła wydostawały się prawdziwe płomienie.
Belfegor podejrzewał, że jedna część ciała stwora nie ulega powiększeniu podczas powrotu do normalnych rozmiarów. Tą częścią był według niego mózg. Duży Lewiatan nadal zachowywał się jak rozszczekany ratlerek. Na szczęście Lucyfer umiał go poskromić. Tylko on był do tego zdolny.
– Daj eklerki – rozkazał Szatan, ostentacyjnie nie zwracając uwagi na komentarz odnośnie do swojego pupila.
Sekretarzowi Szatana, który wolał być nazywany sekretarką, drgnęła powieka. Przeżył w swojej wieczności już niejedno. Czasem nawet przecierał szlaki – był przecież pierwszym diabłem transwestytą. Nasłuchał się wiele na swój temat, często nie odnoszono się do niego z szacunkiem, więc usiłował wszystkim udowodnić, że jest profesjonalistą, którego nie sposób zranić. Teraz jednak to jemu się należała eklerka. A nawet sześć! Stawał na rzęsach (doklejanych z futra norki), by zadowolić Szatana, ten jednak z dnia na dzień robił się coraz bardziej nieznośny.
– Mam dosyć takiego traktowania! – wrzasnął histerycznie Belfegor. – Ciągle się tylko staram i staram. Mam dość uśmiechania się! Mam dość bycia miłym! Idę na kawę. Bo należy mi się przerwa. A jak wrócę, to Lewiatan ma stąd zniknąć.
Drzwi do gabinetu trzasnęły głucho. Lucyfer zamrugał kilka razy. Był kompletnie zaskoczony. Ostatni raz widział Belfegora w takim nastroju, kiedy ten złamał sobie obcas w nowych szpilkach podczas oficjalnej parady, a upadając, niechcący zadarł kieckę na głowę. Inne diabły naśmiewały się potem z niego przez kilka miesięcy.
– Zabrał eklerki – mruknął Lucyfer do Lewiatana.
Smok zaczął zawzięcie obwąchiwać dywan w pobliżu donicy, w której rosła nieduża jabłonka. Jabłuszka błyszczały zachęcająco w żółtym, przygaszonym świetle lamp.
– Zostaw! Jeszcze tego brakowało, żebyś zżarł choćby jedno – upomniał go Szatan i ze stęknięciem wstał z fotela. Zbyt długo siedział nieruchomo w jednej pozycji.
Czuł, że podobnie jak jego podwładny także znalazł się na granicy rozstroju nerwowego. Już od wielu miesięcy dokuczała mu chandra, na którą zaczęły się nakładać objawy somatyczne. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek bolały go plecy albo głowa. A teraz notorycznie się na coś skarżył.
Odgonił smoka i zapatrzył się na jabłka rosnące na Drzewie Poznania Dobra i Zła. Z przyzwyczajenia zaczął przeliczać owoce, żeby sprawdzić, czy któregoś nie brakuje.
Po raz kolejny westchnął. Niby wszystko w Piekle układało się tak, jak powinno, nie było żadnych przykrych niespodzianek. Żaden diabeł nie usiłował nagle przejąć władzy, nikt też nie knuł za jego plecami. Nawet Beleth i Azazel jakoś tak podejrzanie przycichli, przez co nie było już okazji, żeby założyć zbroję i złapać za widły. Nigdy głośno by tego nie przyznał, ale dzięki kłopotom, które sprawiali razem z tą wyszczekaną śmiertelniczką Wiktorią, czuł zew przygody.
A teraz? Teraz się nudził. I męczył. A zmęczenie było nawet gorsze od nudy.
Przez rutynę, w którą popadł, Lucyfer nie mógł pozbyć się wrażenia, że wieczność straciła sens. Codzienne wstawanie rano do pracy wyraźnie go męczyło. Miał już po dziurki w nosie papierkowej roboty. Poza tym od siedzenia przy biurku powoli robił mu się garb. Z roku na rok coraz więcej dusz trafiało do Niższej Arkadii. Piekielny Urząd był na granicy możliwości, jeśli chodzi o obsługę klientów. Diabłów przecież nie przybywało, bo i skąd? Same się nie rozmnażały, a Bóg nie przejawiał chęci do powiększania anielskich bądź diabelskich zastępów.
– A ludzi jak mrówków – burknął do siebie.
Coraz częściej zastanawiał się, czy nie powrócić do rekrutowania śmiertelniczek. Obecnie zatrudniał dwie diablice – Kleopatrę i Phylis. O ile ta pierwsza, pomimo koszmarnego charakteru, była mistrzynią w targach o dusze, o tyle druga miała kilka wpadek. Oprócz tego najzwyczajniej w świecie jej nie lubił, ale słowo się rzekło i podpisał z nią kontrakt na sześćdziesiąt sześć lat. Zostało ich jeszcze pięćdziesiąt sześć, podczas których będzie musiał znosić jej fochy.
Chociaż – czy na pewno musiał? Ostatnimi czasy sporo rozmawiał z Kleopatrą. Dawna władczyni Egiptu kilkakrotnie go odwiedzała, przynosząc różne głupie podania, których nawet nie chciało mu się czytać. Od razu oddawał je Belfegorowi. Za to rozmawiał z nią o życiu i o nieżyciu. Zazdrościł jej, że jako śmiertelniczka tyle dokonała. Ale chyba jeszcze bardziej tego, że w pewnym momencie umarła. W chwale. Co prawda teraz istniała już tylko jako nieśmiertelna dusza, ale to był dla niej nowy początek.
Szatan doszedł powoli do wniosku, że też chętnie zacząłby wszystko od nowa. Poza tym…
Zerknął na ekran komputera, na którym ciągle wyświetlała się Angelina Jolie. Zdjęcie było kadrem z jednego z głośnych hollywoodzkich filmów, w których występowała razem z innym amerykańskim aktorem, Bradem Pittem. Lucek wyciął ze zdjęcia jego twarz, a potem dość nieudolnie zastąpił ją swoją, dzięki czemu z daleka wyglądało to, jakby tańczył z piękną aktorką. Z bliska niestety wyraźnie było widać, że głowa jest doklejona.
Podszedł do metalowego regału z kilkudziesięcioma szerokimi szufladami, zamykanymi na małe zamki. Podwinął dywan i spod ruchomej klepki wyjął pęk kluczy. Nigdy nie chciało mu się ich pilnować, więc założył, że jeśli ktokolwiek by się tu włamał, to raczej nie zrywałby podłogi. Zresztą dokumenty w szafie i tak nie były specjalnie ważne. Zawarta w nich wiedza była ogólnie dostępna.
Każda z szuflad miała w rogu wypisaną literę alfabetu. Wysunął tę z literą A. Przez dłuższą chwilę grzebał w równo ułożonych teczkach. Mamrotał pod nosem tytuły, które okrągłymi literami wypisał na nich Belfegor.
– Apokryfy… Apostazja… Apostołowie… Gdzie się to podziało? O, jest! Wpadło na sam koniec.
Zadowolony wyciągnął teczkę. Była cieniutka.
– Wiesz, Lewuś, rozmawiam ostatnio często z Kleopatrą. To chyba jedyna osoba w Piekle, która rozumie, jakim wysiłkiem jest panowanie nad tym wszystkim. Mówi mi, że powinienem zrobić sobie urlop. Może wyjechać na wakacje. Wydaje mi się, że to słuszna rada. Nadszedł czas, żebym odpoczął.
Zdmuchnął z teczki kurz i przeczytał zadowolony:
– Apokalipsa.
Ziewnęłam. Nawet nie usiłowałam tego tuszować. Konwenanse konwenansami, a z nudą zwyczajnie nie da się wygrać. Zadanie, któremu się aktualnie poświęcałam, było zdecydowanie zbyt nużące.
Oczywiście kiedy Archanioł Gabriel powiedział mi, że ma dla mnie bardzo ciekawą ofertę pracy, uwierzyłam mu od razu. Niby czemu miałam nie wierzyć? W końcu to Archanioł, na litość boską.
Teraz już wiem, że drugi raz nie popełnię tego błędu. Najwyraźniej różnie rozumiemy słowo „ciekawa”.
Zrezygnowana spojrzałam na pustogłowe panienki, stojące w równym rządku przed moim biurkiem. Gdy zaczynałam pracę, naprawdę chciałam je czegoś nauczyć. Dawałam z siebie wiele. Starałam się. Bardzo starannie przygotowywałam się do każdej lekcji. Przeczytałam chyba wszystkie możliwe dostępne materiały. Tłumaczyłam, powtarzałam, wbijałam do głowy. Nawet rysowałam im obrazki, tabele i algorytmy postępowania.
Wszystko na nic. Jak grochem o ścianę.
Zgodziłam się na tę ofertę pracy, bo bardzo mnie ubawiła. Gabriel chciał, żebym wykorzystała niedawno nabyte umiejętności i nauczyła kilka ładnych dziewczyn zawodu anielicy. Sama nie mogłam już piastować tego stanowiska w związku z moim potępieniem, które niestety okazało się nieodwracalne. Mogłam natomiast ćwiczyć nową kadrę.
Niebo postanowiło dogonić dużo nowocześniejsze Piekło i rozpoczęło rekrutację do programu Top Angel. Chcieli wybrać trzy dziewczyny wystarczająco piękne i inteligentne, aby były w stanie pokonać piekielną kadrę.
Niższa Arkadia nie spieszyła się ze znalezieniem nowych diablic. W tym momencie mieli na stanie tylko dwie, z czego jedna, Phylis (którą przezywam złośliwie Syphilis, bo jest prawdziwym wrzodem na dupie), nie należała do najlepszych w swoim fachu. Wydaje mi się, że przeze mnie Lucek wciąż miał pewien uraz do kobiet na tym stanowisku. Nie sądzę, żeby szybko zaczął ponowną rekrutację. W Niebie postanowili, że jeśli nie da się wygrać na jakość, to chociażby na ilość, i dlatego zdecydowali, że zatrudnią od razu aż trzy anielice.
Ale oczywiście to nie mogło być takie proste. Dlatego powstał program Top Angel. Wymysł aniołów spragnionych kobiecej obecności.
Zgodnie z zaleceniami Gabriela miałam w ciągu kilku tygodni przeprowadzić eliminacje i z pięćdziesięciu kandydatek wybrać dziesięć, następnie pięć, a potem trzy. Tymczasem przeprowadzałam gruntowne szkolenie oraz liczne próby targów.
Początkowo wydało mi się to niesamowicie zabawne i twórcze. Wyobrażałam sobie, że poświęcam się dla dobra ogółu, dla zwycięstwa Nieba. Po cichu liczyłam też na kilka plusów w mojej kartotece, które pomogłyby unieważnić potępienie. Nie powiem, propozycja Gabriela mile połechtała moje ego. Najbardziej lubiłam wspominać moment, gdy Archanioł powiedział: „Nie ma nikogo lepszego od ciebie, kto mógłby wykonać to zadanie”. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że spokojnie można to było odczytać jako: „Nie mamy wyboru. Jesteś jedyną kobietą, która mogłaby się tym zająć”. Ja jednak wolałam interpretację: „Jesteś cudowna, mamy szczęście”.
Niestety, jak się okazało, nie była to praca moich marzeń. Ani przyjemna, ani opłacalna. Nikt, poza samym Bogiem, nie mógł cofnąć mojej kary, więc tak naprawdę poświęcanie się dla Archanioła nie miało najmniejszego sensu.
Dziewczyny stojące przede mną łączyła jedna cecha. Były przepiękne. Z niechęcią musiałam przyznać, że dużo ładniejsze ode mnie. Wstępny przesiew z kilku tysięcy ochotniczek, które zgłosiły się na casting, zrobiła specjalnie powołana w tym celu siedmioosobowa grupa aniołów. Jeśli sądzić po poziomie prezentowanym przez dziewczyny, najważniejszym kryterium dla spragnionych kobiecego towarzystwa skrzydlatych był wygląd zewnętrzny.
Siedziałam na widowni i oglądałam ten spektakl. W Niebie nie było zbyt wielu rozrywek, więc casting do Top Angel odbył się w Wielkim Amfiteatrze w Edenii. Na widowni znalazło się kilka tysięcy szczęśliwców. Reszta pilnie śledziła relację na żywo emitowaną w anielskiej telewizji na kanale Gloria.
Ja miałam zaklepane miejsce w pierwszym rzędzie. Casting trwał sześć dni. Siódmego wreszcie mogliśmy odpocząć.
Spośród tysięcy pięknych dziewczyn aniołowie wybrali pięćdziesiąt, które później przeszły pod moje skrzydła.
Na castingu uczestniczki miały wystąpić w mundurze anielicy. Został on stworzony przez jakiegoś znanego projektanta. Aniołowie nie przewidzieli tylko jednego. Każda z dziewczyn chciała zostać anielicą i prawie każda umiała lepiej lub gorzej radzić sobie z igłą i nitką.
Projektant mało zawału nie dostał, gdy zobaczył, że praktycznie wszystkie jego grzeczne mundurki, inspirowane strojami prywatnych szkół, zostały przerobione na stroje seksownych nauczycielek. W każdym razie ich stylizacje w połączeniu z plisowanymi spódniczkami projektanta takie wzbudziły we mnie skojarzenia.
Anioły w jury o mało nie zaśliniły się na śmierć.
Najpierw dziewczyny wychodziły w mundurkach i mówiły kilka słów o sobie. Jak bardzo zaślepieni ich wielkimi biustami aniołowie by byli, musieli jednak sprawdzić, czy kandydatki umieją się wypowiadać. Potem wracały na scenę po przebraniu się w strój codzienny. To dodatkowe kryterium wprowadzono po to, by każda mogła się wykazać i żeby publiczność miała więcej zabawy.
Od tamtej pory strój codzienny zawsze będzie mi się już kojarzył z satynowymi szlafroczkami i mocnym makijażem. Właśnie, muszę sobie kupić jakieś szlafroczki, bo najwyraźniej nie umiem się ubierać.
– Tu macie podręcznik do przeprowadzania targów. – Uniosłam wolumin liczący blisko dziesięć tysięcy stron, o wdzięcznym tytule Targ dla początkujących.
Kandydatki na anielice skrzywiły śliczne usteczka i zmarszczyły zgrabne noski, za które szczerze ich wszystkich nienawidziłam…
– Musicie to przeczytać do piątku – oświadczyłam.
Zaczęły głośno narzekać. Zupełnie ich nie rozumiałam. Miały na to całe cztery dni. Mieszkały w Niebie. Nie miały żadnych zajęć poza studiowaniem podręcznika. Nawet nie musiały jeść ani korzystać z toalety. Przecież nie żyły. Odpoczynek nocny w Niebie także jest raczej praktykowany z przyzwyczajenia niż z realnej potrzeby organizmu. Naprawdę nie zdążą?
– Nie mam zamiaru słuchać waszych jęków – warknęłam. – Macie to przeczytać. W piątek sprawdzę, jak sobie radzicie. Odegramy krótkie scenki, podczas których będziecie musiały starać się przekonać śmiertelnika do wybrania Nieba.
– Przepraszam, czy to będą prawdziwi śmiertelnicy? – zapytała jakaś blondynka o olbrzymim biuście.
– Nie, to będę ja. Będę udawać przypadkowych śmiertelników.
Z zamieszania, jakie wywołałam tym oświadczeniem, zdołałam wyłowić kilka zdań sugerujących, że jestem nienormalna. Dowiedziałam się też, że kogoś najwyraźniej nie lubię i to całe zaliczenie jest tylko po to, żeby zrobić im na złość.
Cudownie.
Gdy pięknisie wyszły, odetchnęłam głęboko i położyłam głowę na stole. Najgorsze, że moje zmagania były filmowane. Publiczność srodze się zawiedzie poziomem, jaki prezentowały przyszłe anielice. Chyba że telewizja Gloria zdoła tak zmontować materiał, że uda im się to ukryć przed opinią publiczną.
Miałam serdecznie dość tej roboty. W poprzednim tygodniu podczas kilkunastu wykładów wyjaśniałam im podstawowe zasady targu. Gdyby słuchały uważnie, nie musiałyby czytać teraz podręcznika. Ale skoro zamiast słuchać, wszystkie jak jeden mąż malowały paznokcie…
– Coś nie tak, Wiki? – Niski, schrypnięty głos przywrócił mnie do rzeczywistości.
Podniosłam głowę i napotkałam spojrzenie Borysa. Był to mały putto – czyli anielski pomocnik o wyglądzie amorka – bardzo niski, o odrobinę nieprawidłowych proporcjach, takich dziecięcych. Na głowie miał obowiązkowe blond loczki, a z pleców wyrastały mu malutkie skrzydełka, które ledwo mogły unieść jego pulchne ciało. Jego firmowym uniformem były dziwne majtki, przypominające tetrową pieluchę.
Praca w niebiańskiej Administracji nie przeszkadzała Borysowi w potajemnym paleniu papierosów, posiadaniu kilku tatuaży i spotykaniu się ze Śmiercią. Tak, jego dziewczyną była ta Śmierć. Sama ich zresztą ze sobą poznałam. Nie ma co, zdolna ze mnie swatka. Nawet Śmierci znalazłam faceta.
– Mam dość – jęknęłam. – Przyszłe anielice są głupie albo po prostu im się nie chce. Niczego się nie uczą, nie słuchają żadnych poleceń. Najchętniej tylko by siedziały i robiły miny do kieszonkowych lusterek. Ja wiem, że wieczność w Niebie każdego by trochę rozleniwiła, ale są jakieś granice. Jeśli zgłosiły się do tego programu, to chyba są w jakimś stopniu zmotywowane do pracy?
– Nie bądź dla nich taka surowa. – Borys pogładził mnie po ręce.
Zauważyłam, że zza jego pieluchy, to jest zza uniformu, wystawała paczka papierosów. Poklepał ją znacząco.
– Mam akurat przerwę. Może przejdziesz się na spacer za bramę? – zaproponował.
Nie miałam nic przeciwko temu. Skończyłam pracę na dzisiaj, nie miałam też niczego innego do roboty. U rodziców byłam wczoraj. Zdążyłam się nasłuchać tylu ploteczek na temat mojego brata i jego rodziny, że starczy mi na dobry miesiąc. Nie miałam przyjaciół w Arkadii, których mogłabym bezkarnie odwiedzić. Do Piekła się obecnie nie zapuszczałam. Tak naprawdę nie pozostawało mi nic innego jak powrót do mojej tymczasowej kwatery w Niebie i rozmyślanie nad jutrzejszymi zajęciami.
A perspektywa takiego spędzenia popołudnia nie napawała mnie szalonym entuzjazmem.
– Czemu nie – odparłam i pozwoliłam wyprowadzić się z budynku. – Umówiłam się z Uzjelem dopiero na wieczór – dodałam, niemal od razu gryząc się w język.
Putto zagwizdał przeciągle, a potem zarechotał zachrypniętym głosem. Kilka osób, które minęły nas właśnie na chodniku, posłało mu spojrzenia pełne dezaprobaty. W Niebie raczej nie hałasowano. Nawet na ulicy.
– Czyżby randeczka? – zapytał.
– Borys, jestem potępiona, zapomniałeś? Nie kwalifikuję się na towarzyszkę życia dla żadnego anioła ani diabła – odparłam, nie mogąc ukryć goryczy.
Minęło już dziesięć lat, odkąd przepłynęłam z Charonem przez Styks i znalazłam się w Tartarze. Szara kraina pełna była największych zwyrodnialców. Do tych zaświatów trafiały dusze czarne, złe i zgniłe. Nie chciano ich nigdzie indziej.
Tartar był tak straszny, że nie miały tam wstępu ani anioły, ani diabły. Rządził się własnymi prawami, wymyślonymi przez dyktatorów, morderców i szaleńców, którzy mieli spędzić tam wieczność. O tym miejscu chyba nawet sam Bóg zapomniał.
Na szczęście nie byłam tam długo. Beleth specjalnie pozbawił się Łaski Boskiej, by jak najszybciej mnie stamtąd wydostać. Zrobił to, bo mnie kochał, a także dlatego, że to z jego winy tam trafiłam. Do dzisiaj zastanawiam się, co było dla niego ważniejsze: plama na honorze czy uczucie, podobno takie szczere.
Można by pomyśleć, że to po prostu kolejna przygoda, która mnie spotkała. Nie była to moja pierwsza śmierć, chociaż jak się okazało, ostateczna. Odkąd poznałam diabły, nieustannie pakowałam się w kłopoty.
Kiedy już wydostałam się z Tartaru, sądziłam, że się otrząsnęłam, że możemy zacząć z Belethem nowe życie. To jednak było złudzenie.
Gdy wróciliśmy i pokonaliśmy Elżbietę Batory, która podstępem wydostała się przez nas na Ziemię, Beleth odzyskał Łaskę Boską. Nie był już ifritem, czyli ogniem bez dymu. Ponownie stał się płomieniem Boga, jednym z jego diabłów. Ja jednak pozostałam potępioną duszą.
Nie obchodziło Go, co się ze mną stanie. Nie dał mi kolejnej szansy, chociaż mógł. Moja śmierć nie była zaplanowana, nie trafiłam z własnej winy do Tartaru. A mimo to nie otrzymałam Łaski. Byłam potępiona, niekochana przez Boga.
To przecież niemożliwe, żebym miała więcej na sumieniu od Beletha. Mimo że zachowywałam się dziecinnie, to miałam do Boga olbrzymi żal, że mi nie wybaczył. Złościłam się na Niego, a potem na samą siebie za tę złość.
Żywienie pretensji do Boga to naprawdę nic mądrego.
Beleth uważał, że całe to tartaryjskie zamieszanie od początku było przez Niego zaplanowane. Przeze mnie zginęła przecież obłąkana Darvulia, osoba obdarzona Iskrą Bożą, która także przez pomyłkę trafiła do Tartaru. Wszystko się ułożyło, gdy jej dusza została unicestwiona.
Jedynie ja nie pasowałam do równania. Teoretycznie powinnam zostać z powrotem skierowana do Tartaru, by w końcu oszaleć razem z jego mieszkańcami. Archanioł Gabriel i Lucyfer pełniący funkcję Szatana powiedzieli, że mnie tam nie odeślą, że pozwolą mi żyć w ich zaświatach, że specjalnie dla mnie nagną zasady.
Po latach zrozumiałam jednak, że to wcale nie była ich dobra wola. Nie mogli mnie tam odesłać. Ja także miałam Iskrę Bożą, dar po przodkach, który dawał mi moc. Poza tym zjadłam jakiś czas temu jabłko z Drzewa Poznania Dobra i Zła, co zapewniało mi siły diabelskie. Skierowanie kogoś takiego do Tartaru byłoby bardzo złym pomysłem. Poza tym teraz i tak wiedziałam, jak stamtąd wyjść. Nie zatrzymaliby mnie siłą.
Westchnęłam ciężko. Wydostałam się z Tartaru, ale Tartar został we mnie. Nie pomogły mi nawet szczere rozmowy ze Świętym Piotrem, który został moim spowiednikiem. Wciąż nie mogłam pozbyć się tego mroku, który się we mnie zalągł.
Borys spojrzał na mnie podejrzliwie. Był jednym z moich nielicznych przyjaciół. Nie traktował mnie jak osoby zadżumionej przez to, że jestem potępiona. Nie bał się, że mu w jakiś sposób zaszkodzę.
– Kochanieńka, co tak się zadumałaś?
– Eee, nad życiem, znaczy nieżyciem…
– Już nie bądź taka zrzęda. Nigdzie nie jest napisane, że nie wolno się zadawać z potępioną duszą. Wiem to. Sam sprawdzałem w niebiańskiej bibliotece w Kodeksie zachowania istot anielskich. – Poruszył znacząco krzaczastymi brwiami, ponownie nakierowując rozmowę na Uzjela.
Zasępiłam się jeszcze bardziej. Byłam pewna, że to sprawdził, bo bał się, że dalsza przyjaźń ze mną może mieć dla niego jakieś nieprzyjemne konsekwencje. Jak widać, nawet przyjaciele mieli co do mnie wątpliwości.
– Laleczko, rozchmurz się! – zawołał przesadnie wesołym tonem, który w moich uszach zabrzmiał wyjątkowo nieszczerze. – Dzisiejsza randka na pewno się uda.
– To nie jest randka – zaznaczyłam.
Putto otworzył swoje tajne przejście umożliwiające wyjście poza złotą bramę Nieba. Przepuścił mnie przodem. Przeczołgałam się przez tunel, czując na pośladkach lubieżne spojrzenie zbereźnika. Usiadłam na marmurowych schodach, niknących w różowej mgle. Borys stanął obok i zaciągnął się z lubością papierosem. Nie były legalne w Niebie. Można je było palić tylko za bramą, o ile się wiedziało, jak przejść na drugą stronę.
Zerknęłam przez ramię. Niebo otoczono złotym ogrodzeniem. By dostać się do bramy, należało wejść po kilku stopniach. Wszędzie unosiła się różowa mgła przypominająca watę cukrową. Niby była lekka i przejrzysta, ale bardzo skutecznie zasłaniała widok Arkadii.
Wszystko wyglądało jak w bajce, ale zawsze czułam się tutaj nieswojo. Święty Piotr odbudował już swoje złote golemy, które strzegły wejścia. Małpopodobne, bezwzględne stwory niezmiennie napawały mnie strachem. Odwracanie się do nich plecami nie było najprzyjemniejsze.
– Musisz znaleźć inne miejsce do przesiadywania na przerwach – mruknęłam.
– Nigdzie indziej nie wolno przecież palić.
Cóż, Borys miał rację. Sprawnie zapalił papierosa i zaciągnął się z lubością. Podsunął mi paczkę, ale pokręciłam przecząco głową.
